Dom numer pięć - Justyna Bednarek - ebook + książka

Dom numer pięć ebook

Justyna Bednarek

4,2

Opis

Dla dwunastolatka życie to nieustająca walka. Nie mówiąc już o szkole, która bywa prawdziwym polem bitwy! Masakra… Zwłaszcza jeśli z góry jesteś skazany na przegraną.

A Piotrek nie mógł czuć się inaczej. Pomijany przez kolegów, zawsze wybierany jako ostatni, w okularach ze szkłami przypominającymi denka od butelek. Tylko wuefista, pan Gliwiusz zdawał się widzieć w nim niedostrzegalne dla innych pokłady ambicji i energii, powtarzając nieustannie: „możesz szybciej”, „stać cię na więcej”.

Chyba właśnie te pokrzykiwania nauczyciela dodały chłopcu skrzydeł, kiedy pewnego dnia rzucił się – na oślep, bez okularów (!) – do ucieczki przed klasowym osiłkiem Erykiem. Ten dzień i nieoczekiwana wizyta w tajemniczym domu numer 5, zamieszkanym przez starego Kapitana, odmieniły wszystko w życiu Piotra.

Mądra i krzepiąca opowieść o prześladowaniach w grupie rówieśników, odrzuceniu, sile, która bywa jedynie tchórzostwem, ale także o przyjaźni, miłości i samoakceptacji.

Justyna Bednarek – absolwentka romanistyki, dziennikarka i autorka książek dla dzieci. Przez wiele lat pracowała jako redaktorka w pismach kobiecych. W roku 2004 wydała trzy wierszowane bajeczki o skrzacie Lenku (Lenek i podróż, Lenek i gwiazdka, Lenek i polowanie). Opublikowane w 2015 roku, wielokrotnie nagradzane Niesamowite przygody dziesięciu skarpetek były jej powrotem do literatury dziecięcej. Od tamtej pory wydała kilka innych książek dla młodszych i starszych dzieci, ilustrowanych m.in. przez Daniela de Latour czy Józefa Wilkonia. Mieszka w Warszawie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 79

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,2 (60 ocen)
30
18
8
4
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Gsobierajski

Dobrze spędzony czas

troche smierci, troche wojny, troche ostrych slow... ale ladne
00
Cynamonek798pl

Dobrze spędzony czas

Książkę dobrze się czytało lecz momentami była trochę nudna ale polecam 8,5/10
00
Kewr2006

Nie oderwiesz się od lektury

Przeczytana "od deski do deski" bez zbędnych przerw :)
00
NDWbellaIZA

Nie oderwiesz się od lektury

super akcja
00
KamilaLabuda

Całkiem niezła

Dla młodego czytelnika lektura obowiązkowa. Bawi i jednocześnie uczy.
00

Popularność




Opieka redakcyjna: DOROTA WIERZBICKA
Redakcja: BARBARA GÓRSKA
Korekta: JACEK BŁACH, EWELINA KOROSTYŃSKA, ANNA RUDNICKA
Redaktor techniczny: ROBERT GĘBUŚ
© Copyright by Justyna Bednarek Ilustracje i projekt okładki © by Anna Sędziwy © Copyright for this edition by Wydawnictwo Literackie, 2021
ISBN 978-83-08-07253-0
Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o. ul. Długa 1, 31-147 Kraków tel. (+48 12) 619 27 70 fax. (+48 12) 430 00 96 bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40 e-mail: [email protected] Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl
Konwersja: eLitera s.c.

Wszystko zaczęło się od tego, że Eryk schował mi okulary. Zapewne uważał, że to doskonały dowcip – bez nich prawie nic nie widzę, choć i w okularach nie mam sokolego wzroku. Delikatnie mówiąc. A to przecież takie zabawne, gdy człowiek zaczyna się o wszystko potykać i macać dookoła – może jednak trafi na te swoje szkła? Mam nadzieję, że słychać w moim głosie ironię...

Zdarzyło się to po lekcji WF-u. Przez poprzednie lata było tak, że nauczyciele nie zmuszali mnie, bym wykonywał trudne ćwiczenia czy grał w koszykówkę. Wiedzieli, że mam słaby wzrok i po prostu mi odpuszczali. Ale nie pan Gliwiusz. On wszystko robił inaczej. Na przykład kazał mi biec na czas. Przy tej okazji przekonałem się, że jednak potrafię szybko przebierać nogami. Nie powiem, na mnie samym zrobiło to pewne wrażenie, ale pan Gliwiusz nie wyglądał ani na zaskoczonego, ani na zadowolonego.

– Umiesz szybciej, stać cię na więcej! – powiedział.

Nie odpuszczał też w grach zespołowych. Do tej pory, gdy ludzie z klasy grali w nogę czy w kosza, sami dobierali się w grupy. I tak już wypadało, że jedna grupa była wyraźnie mocniejsza od drugiej. W zasadzie niepotrzebne były mecze, każdy wynik dał się z góry przewidzieć. Eryk, rzecz jasna, należał do drużyny zwycięzców. Ja nie należałem do żadnej. Zwykle siadałem na ławce jako rezerwowy. Tej słabszej grupy, ma się rozumieć. Ale też czasem łaziłem bez celu po szkole. Nie buntowałem się. Po prostu tak się czasem dzieje, że ktoś się rodzi z chorymi oczami albo chorymi nogami. Nie ma sensu robić z tego szczególnej historii. Pan Gliwiusz najwyraźniej uważał inaczej. Po którejś lekcji dokonał nowego podziału na grupy według własnego uznania.

– A ty dlaczego siedzisz na ławce? – zwrócił się wtedy do mnie. – Będziesz grał z nimi.

I wskazał mi jedną z grup.

– Ale ja... – zacząłem niepewnie. – Mam bardzo mocne okulary.

– To świetnie – uśmiechnął się pan Gliwiusz. – Masz w takim razie szansę, żeby trafić do kosza.

I tak wszedłem do gry. I to od razu: mieliśmy po lekcjach rozegrać mecz. Nie powiem, żebym był tak całkiem zielony, jeśli chodzi o koszykówkę. Zdarzało mi się grać dawniej, z tatą, gdy jeszcze lepiej widziałem... stare dzieje. Coś tam, w każdym razie, pamiętałem. Na przykład, że to było bardzo przyjemne. Pewnie dlatego – aż głupio mi o tym mówić, bo musiałem po prostu mieć fart – no więc pewnie dlatego w decydującym momencie trafiłem do kosza. Nasza drużyna – roboczo nazwana drużyną Rudych, bo grała z nami Majka, która ma rude loki – wygrała z drużyną Zielonych. Ta druga nazwa wzięła się od zielonej koszulki Eryka.

– Rudzi górą! – zawołał pan Gliwiusz, a potem przybił mi piątkę.

Byłem wniebowzięty. Wszyscy wyglądali na mocno zdziwionych i gratulowali mi rzutu. Oczywiście Eryk był wściekły. Tak wściekły, że od razu wiedziałem, że nic dobrego z tego nie może wyniknąć.

***

A potem zaczął płakać. Już wcale nie przypominał tego odważnego Eryka, szefa wszystkich szefów, kapitana najlepszej drużyny i najsilniejszego chłopaka w klasie. Był smutnym biedakiem, któremu ktoś zrobił krzywdę. Doskonale umiałem sobie wyobrazić, co czuje, jednak wcale nie było mi go żal. No nareszcie. Teraz wie, jak to jest!

Kapitan raz po raz wypuszczał z ust kłęby dymu i przyglądał się nam bez większego zainteresowania, zupełnie jakbyśmy wpadali do niego co wtorek.

– Proszę pana... Kapitanie! Co tu się dzieje? Dlaczego on nic nie widzi? – zapytałem. – Przecież to ja mam chore oczy!

Staruszek znowu buchnął dymem i mruknął.

– Na wojnie jak to na wojnie. Raz jednego trafi, raz innego, wszystkim rządzi potężny władca – przypadek.

– Co pan mówi?! Jaka wojna, jaki przypadek? Nie ma żadnej wojny! – zdenerwowałem się.

– Wojna trwa od zawsze i nigdy się nie kończy – powiedział staruszek. – Dlatego trzeba przekazać meldunek żołnierzom. A skoro ptak uciekł – a nie będę przypominał, czyja to wina – to musimy znaleźć inny sposób, żeby im go dostarczyć.

To „musimy” powiedział z naciskiem i spojrzał na mnie tak, jakby liczył, że powiem mu, jak to zrobić. Musiałem mieć smętną minę, bo uśmiechnął się, wypuścił kolejny obłoczek dymu i dodał:

– Ale tym zajmiemy się potem. Najpierw trzeba coś zjeść. Głodny żołnierz to nieskuteczny żołnierz.

I pokuśtykał do pieca. Zamieszał w garnku z kaszą i nagle cały pokój wypełnił się smakowitym zapachem.

– Siadajcie do stołu, chłopcy...

Chcąc nie chcąc (no cóż, raczej nie chciałem) podszedłem do Eryka i pomogłem mu dojść do stołu, a potem – usiąść na krześle, które przyjemnie zaskrzypiało. Lubię dźwięk skrzypiącego drewna, jakoś miło mi się kojarzy, więc w tamtej chwili poczułem w głębi serca dziwny spokój. Ale Eryk syknął przez zęby:

– Jeszcze mi za to zapłacisz! To wszystko twoja wina.

– Dobre sobie! – prychnąłem. Typek był naprawdę bezczelny. – A kto mi zabrał okulary?! A potem gonił mnie, żeby we mnie wpychać jakieś świństwo?!

Spuścił głowę. Spróbował kaszy. Trochę przy okazji rozsypał dookoła. Jeśli nie wiecie, jak to jest jeść kaszę, z trudem widząc łyżkę i talerz, proponuję zrobić to choć raz ze zmrużonymi oczami. Eryk jakoś tam sobie poradził. A dodam, że była to najlepsza kasza, jaką w życiu jadłem. Gryczana z cebulką i białym serem. A na popitkę Kapitan dał nam kefir.

– Jedyny sposób, by postawić żołnierza na nogi, to nakarmić go kaszą... i porcją muzyki! – Staruszek wyjął zza pieca harmonię. A potem usiadł i zaczął grać śliczną i pełną tęsknoty melodię.

Piraci mnie porwali, sprzedali niczym rzecz,

Lecz ja przeciąłem więzy, bo słowa znam jak miecz.

I śpiewam o wolności – ta pieśń prowadzi mnie.

I zawsze wskaże drogę, gdy błądzę jak we mgle.

Wszystko, co mam,

to pieśń wolności.

Mój największy skarb!

Wolności pieśń...

Wolności pieśń...[*]

– Gdzieś to już słyszałem – szepnął Eryk. – Ale nie mogę sobie przypomnieć gdzie. Ja sam też czułem, jakbym to znał. Kojarzyło mi się z piosenką, której słuchali moi rodzice.

Trudno powiedzieć, ile czasu minęło nam na podziwianiu gry Kapitana. Harmonia, tak jak i skrzypienie krzesła miały na nas kojący wpływ. Chyba do końca nie wierzyliśmy, że to się dzieje naprawdę. Jednak dzięki muzyce powoli zaczynaliśmy się przyzwyczajać do naszego nowego położenia. Tak jakbyśmy zapominali, kim byliśmy jeszcze parę chwil wcześniej. Ale nagle staruszek zerwał się z krzesła i zawołał:

– Dość! – i wcisnął instrument za piec, a następnie wyciągnął z tylnej kieszeni połatanych spodni niewielki zwitek papieru.

– Oto on – powiedział uroczyście. – Meldunek. Raz na tydzień gołąb pocztowy przenosi go do obozu naszych żołnierzy. Dzięki tej mapie – postukał krzywym paluchem w kartkę – wiedzą, w którym miejscu będą bezpieczni. Obszary wolne od wroga zaznaczyłem na niebiesko. Natomiast czerwone plamy to obozy nieprzyjacielskie.

– Przypominam, że ja nic nie widzę – zirytował się Eryk. – Straciłem wzrok.

– Oczywiście – uśmiechnął się staruszek. – Dlatego nauczysz się wszystkiego na pamięć. Zresztą to bardzo proste. Cała część osady na północ od starego kasztana jest bezpieczna – z wyjątkiem polany Trzech Sów. Tam nie wolno chodzić pod żadnym pozorem, bo to otwarty teren i łatwo dać się zaskoczyć nieprzyjacielowi. Natomiast część południowa jest opanowana przez wrogie wojsko. Na granicy ich terytorium mocno trzyma się tylko dom Alicji. Alicja to twarda sztuka, potrafi tak grzmotnąć z karabinu, że nikt nie odważy się podejść pod jej okno. Czyli, powtórzmy: północ jest w porządku – oprócz polany Trzech Sów, południe – zagrożone, poza chatą Alicji. Prawda, że proste?

[*] fragment utworu Boba Marleya Redemption Song w przekładzie autorki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki