Dolores Claiborne - Stephen King - ebook
Opis

Mieszkańcy Little Tall Island czekali blisko 30 lat, by dowiedzieć się, co przydarzyło się mężowi Dolores Claiborne pewnego dnia latem 1963 roku podczas całkowitego zaćmienia Słońca. Podejrzana o zamordowanie swojej pracodawczyni, bogatej Very Donovan, Dolores niespodziewanie przyznaje się do popełnienia zupełnie innej zbrodni, uparcie jednak deklarując: 'Wszystko, co robiłam, robiłam z miłości'. Tak zaczyna sie jej niezwykła opowieść...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 378

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność

Kolekcje



Ty­tuł ory­gi­na­łu:

DO­LO­RES CLA­IBOR­NE

Co­py­ri­ght © Ste­phen King 1993

All ri­ghts re­se­rved

Po­lish edi­tion co­py­ri­ght © Wy­daw­nic­two Al­ba­tros A. Ku­ry­ło­wicz 2004

Po­lish trans­la­tion co­py­ri­ght © Ju­li­ta Mir­ko­wicz 2003

Re­dak­cja: Ewa Cisz­kow­ska

Ilu­stra­cja na okład­ce: Lar­ry Ro­stant/Ar­tist Part­ners Ltd.

Pro­jekt gra­ficz­ny okład­ki i se­rii: An­drzej Ku­ry­ło­wicz

ISBN 978-83-7885-006-9

Wy­daw­ca

WY­DAW­NIC­TWO AL­BA­TROS A. KU­RY­ŁO­WICZ

Hlon­da 2a/25, 02-972 War­sza­wa

www.wy­daw­nic­two­al­ba­tros.com

2012. Wy­da­nie elek­tro­nicz­ne

Ni­niej­szy pro­dukt jest ob­ję­ty ochro­ną pra­wa au­tor­skie­go. Uzy­ska­ny do­stęp upo­waż­nia wy­łącz­nie do pry­wat­ne­go użyt­ku oso­bę, któ­ra wy­ku­pi­ła pra­wo do­stę­pu. Wy­daw­ca in­for­mu­je, że pu­blicz­ne udo­stęp­nia­nie oso­bom trze­cim, nie­okre­ślo­nym ad­re­sa­tom lub w ja­ki­kol­wiek inny spo­sób upo­wszech­nia­nie, ko­pio­wa­nie oraz prze­twa­rza­nie w tech­ni­kach cy­fro­wych lub po­dob­nych – jest nie­le­gal­ne i pod­le­ga wła­ści­wym sank­cjom.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Mo­jej mat­ce, Ruth Pil­ls­bu­ry King

Cze­go pra­gnie ko­bie­ta?

Sig­mund Freud

Chcę tyl­ko jed­ne­go: SZA­CUN­KU!

Are­tha Fran­klin

O co py­ta­łeś, Andy Bis­set­te?

Czy zro­zu­mia­łam, ja­kie przy­słu­gu­ją mi pra­wa?

Boże, dla­cze­go fa­ce­ci są tacy tępi?!

Nie, to ty się nie iry­tuj – prze­stań kła­pać ja­dacz­ką i po­słu­chaj mnie chwi­lę. Coś mi się zda­je, że i tak bę­dziesz mnie słu­chał przez cały wie­czór, więc rów­nie do­brze mo­żesz za­cząć już te­raz. Pew­nie, że wszyst­ko zro­zu­mia­łam! A co, czyż­byś my­ślał, że do­szczęt­nie po­mie­sza­ło mi się w łe­pe­ty­nie, od­kąd spo­tka­łam cię w skle­pie? Prze­cież to było za­le­d­wie w po­nie­dzia­łek! Pa­mię­tasz, po­wie­dzia­łam, że żona łeb ci urwie, kie­dy po­ka­żesz się w domu z czer­stwym bo­chen­kiem chle­ba – oszczę­dzasz grosz, a tra­cisz trzos, jak po­wia­da przy­sło­wie – i za­ło­żę się, że mia­łam ra­cję, co?

Ja­sne, wiem, ja­kie mam pra­wa, Andy; mat­ka nie wy­cho­wa­ła mnie na idiot­kę. Znam tak­że swo­je obo­wiąz­ki, na wła­sne nie­szczę­ście!

Mó­wisz, że wszyst­ko, co po­wiem, może zo­stać uży­te prze­ciw­ko mnie w są­dzie? No, no, to mi do­pie­ro no­wość! A ty, Frank Pro­ulx, prze­stań tak głu­pio szcze­rzyć zęby. Może inni uwa­ża­ją cię za cwa­ne­go gli­nę, ale ja pa­mię­tam, jak jesz­cze nie­daw­no la­ta­łeś z mo­krą pie­lu­chą mię­dzy no­ga­mi i tym sa­mym dur­nym uśmie­chem na py­sku. Do­brze ci ra­dzę, mój mały: kie­dy masz do czy­nie­nia z taką wy­ga­da­ną babą jak ja, le­piej po­wścią­gnij chi­chot­ki. Wiem, co tam so­bie my­ślisz: wszyst­ko masz wy­pi­sa­ne na gę­bie, wszyst­ko jest na wierz­chu, zu­peł­nie jak na re­kla­mie bie­li­zny w ka­ta­lo­gu Se­ar­sa.

Do­bra, ko­niec żar­tów; czas przejść do rze­czy. Za­raz opo­wiem wam nie lada hi­sto­rię i pew­nie wie­le z tego, co usły­szy­cie, moż­na by użyć prze­ciw­ko mnie w są­dzie, gdy­by ko­muś chcia­ło się roz­grze­by­wać całą spra­wę po la­tach. Naj­za­baw­niej­sze jest to, że miesz­kań­cy wy­spy i tak pra­wie wszyst­ko wie­dzą, a mnie prze­sta­ło już za­le­żeć na ukry­wa­niu praw­dy… za­le­ży mi na tym jak na wczo­raj­szym gów­nie, jak ma­wiał sta­ry Ne­ely Ro­bi­chaud, kie­dy mu szu­mia­ło w czu­bie. A szu­mia­ło mu bez prze­rwy, co po­twier­dzi każ­dy, kto go znał.

Na­to­miast ob­cho­dzi mnie co in­ne­go i dla­te­go przy­szłam tu sama, nie cze­ka­jąc na żad­ne we­zwa­nie. Nie za­bi­łam tej wiedź­my Very Do­no­van i za­mie­rzam cię o tym prze­ko­nać, Andy. Pew­nie po­dej­rze­wasz, że ze­pchnę­łam ją z tych cho­ler­nych scho­dów, ale na­wet taka myśl nie po­sta­ła mi w gło­wie. Jak ze­chcesz przy­mknąć mnie za to, co zro­bi­łam kie­dyś, nie będę mo­gła mieć do cie­bie pre­ten­sji, ale na­praw­dę nie cią­ży na mnie krew tej szajb­nię­tej ję­dzy. Jak usły­szysz całą hi­sto­rię, uwie­rzysz mi, Andy, co do tego nie mam wąt­pli­wo­ści. Za­wsze był z cie­bie do­bry, uczci­wy chło­pak i wy­ro­słeś na po­rząd­ne­go fa­ce­ta. Ale niech ci moje sło­wa nie ude­rzą do gło­wy; to nie two­ja za­słu­ga, tyl­ko two­jej mat­ki, któ­ra pra­ła ci ga­cie, wy­cie­ra­ła nos i pil­no­wa­ła, że­byś wy­szedł na lu­dzi.

Jesz­cze tyl­ko jed­no, za­nim na do­bre roz­pocz­nę swo­ją gad­kę – znam cie­bie, Andy, i znam, oczy­wi­ście, Fran­ka, ale kim jest dziew­czy­na z ma­gne­to­fo­nem?

Chry­ste Pa­nie, Andy, prze­cież wiem, że to ste­no­ty­pist­ka! Chy­ba mó­wi­łam ci przed chwi­lą, że mat­ka nie wy­cho­wa­ła mnie na idiot­kę, co? Fakt, że w li­sto­pa­dzie skoń­czę sześć­dzie­siąt sześć lat, to jesz­cze nie po­wód, żeby trak­to­wać mnie tak, jak­by bra­ko­wa­ło mi pią­tej klep­ki. Wiem, że dziew­czy­na z ma­gne­to­fo­nem i blocz­kiem do ste­no­ty­pii jest ste­no­ty­pist­ką. Prze­cież oglą­dam w te­le­wi­zji wszyst­kie se­ria­le roz­gry­wa­ją­ce się w są­dzie, na­wet „L.A.Law”, w któ­rym jesz­cze nie zda­rzy­ło się, aby mi­nął kwa­drans i nie po­ka­za­li go­li­zny.

Jak ci na imię, skar­bie?

Aha… a skąd po­cho­dzisz?

Uspo­kój się, Andy. Co masz dziś lep­sze­go do ro­bo­ty? Czyż­byś pla­no­wał urzą­dzić za­sadz­kę na pla­ży, w na­dziei że uda ci się zdy­bać paru go­ści, któ­rzy bez po­zwo­le­nia wy­grze­bu­ją z pia­chu mał­że? Jesz­cze byś do­stał ata­ku ser­ca z pod­nie­ce­nia, ha, ha!

No wła­śnie. Te­raz jest w po­rząd­ku. Czy­li na­zy­wasz się Nan­cy Ban­ni­ster i po­cho­dzisz z Ken­ne­bunk, tak? Ja na­zy­wam się Do­lo­res Cla­ibor­ne i po­cho­dzę stąd, z wy­spy Lit­tle Tall. Wspo­mnia­łam, że za­mie­rzam ga­dać przez ład­ne parę go­dzin, i prze­ko­nasz się, że wca­le nie bu­ja­łam. Więc je­śli bę­dziesz chcia­ła, że­bym mó­wi­ła albo gło­śniej, albo wol­niej, nie krę­puj się, tyl­ko po­wiedz. Nie masz się co wsty­dzić. Chcę, że­byś do­brze za­pi­sa­ła i wy­raź­nie na­gra­ła każ­de moje sło­wo, po­czy­na­jąc od tego, co po­wiem w tej chwi­li: dwa­dzie­ścia dzie­więć lat temu, kie­dy obec­ny tu ko­men­dant po­li­cji Bis­set­te cho­dził do pierw­szej kla­sy pod­sta­wów­ki i zbie­rał zdję­cia sław­nych ba­se­bal­li­stów, za­bi­łam mo­je­go męża, Jo­ego St. Geo­r­ge’a.

Czu­ję ja­kiś prze­ciąg, Andy. Czyż­by tak wia­ło z two­jej roz­dzia­wio­nej gęby? No i co tak sze­ro­ko wy­ba­łu­szasz gały? Prze­cież wiesz, że za­bi­łam Jo­ego. Wie­dzą o tym wszy­scy na wy­spie, a tak­że z po­ło­wa miesz­kań­ców Jo­ne­sport po dru­giej stro­nie prze­smy­ku. Tyle że nikt nie był w sta­nie nic mi udo­wod­nić. Nie sta­ła­bym te­raz przed tobą, Fran­kiem Pro­ulxem i Nan­cy Ban­ni­ster z Ken­ne­bunk, przy­zna­jąc się do za­bi­cia Jo­ego, gdy­by ta szur­nię­ta pru­kwa nie wy­cię­ła mi na ko­niec ta­kie­go nu­me­ru.

No, ale to już ostat­ni raz, kie­dy mi za­la­zła za skó­rę. Tym się po­cie­szam.

Przy­suń ma­gne­to­fon nie­co bli­żej, zło­ciut­ka; sko­ro już na­gry­wa­my, nie chcę żad­nej ob­su­wy. Ale ci Ja­poń­ce wy­ra­bia­ją prze­myśl­ne cu­deń­ka, nie ma co… Obie chy­ba wie­my, że przez to, co się na­gry­wa na ta­śmie ob­ra­ca­ją­cej się we­wnątrz, mogę tra­fić za krat­ki na resz­tę ży­cia. Trud­no, nie mam wy­bo­ru. Jak mi Bóg miły, za­wsze wie­dzia­łam, że prę­dzej czy póź­niej Vera zro­bi mi koło dupy – wie­dzia­łam o tym, jak tyl­ko uj­rza­łam ją pierw­szy raz. I pa­trz­cie, jak mnie urzą­dzi­ła; pa­trz­cie, jak mnie za­ła­twi­ła ta sta­ra zoł­za. Tym ra­zem na­praw­dę zro­bi­ła mnie na sza­ro. Ale tacy już są ci bo­ga­cze; albo sko­pią cię tak, że go­tów je­steś się prze­krę­cić, albo za­du­szą cię na śmierć swo­ją cho­ler­ną mi­ło­ścią.

Co?

Chry­ste Pa­nie, Andy! Za­raz do tego doj­dę, nie po­ga­niaj! Wciąż nie mogę się zde­cy­do­wać, czy opo­wia­dać wam wszyst­ko po ko­lei od sa­miu­sień­kie­go po­cząt­ku, czy le­piej za­cząć od koń­ca… A nie ma­cie tu przy­pad­kiem nic na zwil­że­nie gar­dła?

E tam, w du­pie mam two­ją kawę! Wsadź se głę­bo­ko cały pie­przo­ny dzba­nek. Już wolę szklan­kę wody, je­śli taki z cie­bie skne­ra, że ża­łu­jesz mi łycz­ka whi­sky z tej bu­tel­ki Jima Be­ama, któ­rą trzy­masz w szu­fla­dzie biur­ka. Nie za­mie­rzam…

Jak to, skąd wiem? Jezu, Andy Bis­set­te, gdy­bym nie zna­ła cię tak dłu­go, go­to­wa bym są­dzić, że coś tam u cie­bie nie­tę­go pod su­fi­tem. My­ślisz, że śmierć mo­je­go męża jest je­dy­ną rze­czą, o ja­kiej plot­ku­ją miesz­kań­cy wy­spy? Zresz­tą, to już prze­brzmia­ła hi­sto­ria. Co in­ne­go ty. Każ­de­go aż świerz­bi, żeby wziąć cię na ję­zyk.

Dzię­ki, Frank. Z cie­bie też był za­wsze po­rząd­ny dzie­ciak, choć mi się nie­do­brze ro­bi­ło w ko­ście­le na twój wi­dok, do­pó­ki mat­ka nie od­zwy­cza­iła cię wresz­cie od dłu­ba­nia w no­sie. Jezu, cza­sem tak głę­bo­ko wpy­cha­łeś pa­luch do środ­ka, że mało bra­ko­wa­ło, byś wy­cią­gnął so­bie mózg. Coś się tak za­czer­wie­nił, do li­cha? Prze­cież wszyst­kie dzie­cia­ki dłu­bią, zu­peł­nie jak­by nos był ko­pal­nią, a glu­ty zie­lo­nym zło­tem.

Do­brze, że przy­najm­niej w ko­ście­le nie trzy­ma­łeś łap w kie­sze­niach i nie ba­wi­łeś się w bi­lar­da ja­ja­mi, jak inne chło­pa­ki, któ­re nig­dy…

Tak, Andy, tak, już wra­cam do spra­wy. Co się tak wier­cisz nie­cier­pli­wie, jak­by cię mrów­ki ob­la­zły?

Wie­cie co? Pój­dę na kom­pro­mis. Ani nie będę opo­wia­dać wam wszyst­kie­go od koń­ca, ani od po­cząt­ku, tyl­ko za­cznę od środ­ka. Jak masz coś prze­ciw­ko temu, Andy Bis­set­te, na­pisz za­ża­le­nie na kart­ce, wsadź do ko­per­ty i wy­ślij do Pana Boga.

Mie­li­śmy z Joem tro­je dzie­ci; kie­dy po­cho­wa­łam go w le­cie sześć­dzie­sią­te­go trze­cie­go, Se­le­na mia­ła pięt­na­ście lat, Jim trzy­na­ście, a mały Pete za­le­d­wie dzie­więć. Zo­sta­łam bez gro­sza, bied­na jak mysz ko­ściel­na, na­wet dupę mu­sia­łam so­bie pod­cie­rać ga­ze­tą…

Usu­niesz póź­niej moją ła­ci­nę, praw­da, Nan­cy? Je­stem po pro­stu sta­rą babą z nie­wy­pa­rzo­ną gębą i par­szy­wym cha­rak­te­rem, ale tak już jest, kie­dy się wio­dło pie­skie ży­cie.

Aha, o czym to ja mó­wi­łam? Jesz­cze nie za­czę­łam, a już mi się wszyst­ko po­plą­ta­ło.

A… tak, tak. Dzię­ki ci, anio­łecz­ku.

Je­dy­ne, co mi Joe po­zo­sta­wił, to tę wa­lą­cą się ru­de­rę przy Wschod­nim Cy­plu i sześć akrów zie­mi po­ro­śnię­tych plą­ta­ni­ną je­żyn i chasz­czy, któ­rych ni­jak nie daje się wy­kar­czo­wać. I co jesz­cze? Niech no się za­sta­no­wię. Trzy sta­re pół­cię­ża­rów­ki, z któ­rych żad­na nie była na cho­dzie, czte­ry sągi drew­na i nie­za­pła­co­ne ra­chun­ki w skle­pie spo­żyw­czym, w skle­pie z na­rzę­dzia­mi, u do­staw­cy ropy i w za­kła­dzie po­grze­bo­wym… a jak­by tego było mało, to za­nim mi­nął ty­dzień, jak go po­cho­wa­łam, przy­lazł ten pi­jus Har­ry Do­ucet­te, oby go po­skrę­ca­ło, z we­kslem na dwa­dzie­ścia do­lców, któ­re Joe prze­grał do nie­go, za­kła­da­jąc się o ja­kiś mecz ba­se­bal­lo­wy!

Może my­śli­cie, że wpa­dło mi parę gro­szy z jego po­li­sy ubez­pie­cze­nio­wej? Ha! Do­bre so­bie! Joe nig­dy się nie ubez­pie­czył, choć może to i le­piej, zwa­żyw­szy na jego ko­niec. Opo­wiem wam, co się sta­ło, nie bój­cie się, ale w tej chwi­li chcę wam przede wszyst­kim uświa­do­mić jed­no: Joe St. Geo­r­ge nie był dla mnie mę­żem; był cho­ler­nym ka­mie­niem młyń­skim, któ­ry no­si­łam u szyi. Praw­dę po­wie­dziaw­szy, wo­la­ła­bym już ka­mień od nie­go, bo przy­najm­niej by się nie upi­jał, nie wra­cał do domu po nocy, cuch­nąc piw­skiem i nie pró­bo­wał mnie wy­ru­chać o pierw­szej nad ra­nem. Nie dla­te­go za­bi­łam skur­wy­sy­na, ale wła­śnie od tego za­cznę swo­ją hi­sto­rię.

Wierz­cie mi, wy­spa to naj­gor­sze miej­sce na po­peł­nie­nie mor­der­stwa. Za­wsze ktoś się krę­ci w po­bli­żu, go­tów we­tknąć nos w nie swo­je spra­wy, aku­rat kie­dy naj­chęt­niej po­pę­dzi­ło­by się go, gdzie pieprz ro­śnie. Dla­te­go za­ła­twi­łam Jo­ego wła­śnie wte­dy, kie­dy to zro­bi­łam. Nie­dłu­go się o wszyst­kim do­wie­cie, a na ra­zie po­wiem wam tyl­ko, że za­bi­łam go mniej wię­cej trzy lata po tym, jak mąż Very Do­no­van zgi­nął w wy­pad­ku sa­mo­cho­do­wym pod Bal­ti­mo­re, gdzie miesz­ka­li cały czas z wy­jąt­kiem wa­ka­cji, któ­re spę­dza­li na Lit­tle Tall. W tam­tych cza­sach Vera mia­ła jesz­cze umysł spraw­ny jak szwaj­car­ski ze­ga­rek.

Po śmier­ci Jo­ego nie było mi ła­two… wierz­cie mi, ni­ko­mu nie jest tak cięż­ko zwią­zać ko­niec z koń­cem jak sa­mot­nej ko­bie­cie z trój­ką dzie­ci na kar­ku. Już wła­ści­wie po­sta­no­wi­łam, że prze­pra­wię się na dru­gą stro­nę prze­smy­ku i po­szu­kam pra­cy w Jo­ne­sport, jako ka­sjer­ka w su­per­mar­ke­cie albo kel­ner­ka w knaj­pie, kie­dy na­gle ta zoł­za zde­cy­do­wa­ła się miesz­kać na wy­spie przez okrą­gły rok. Lu­dzie my­śle­li, że ba­bie do resz­ty od­bi­ło, ale ja się nie zdzi­wi­łam – w tym okre­sie już i tak spę­dza­ła tu więk­szość cza­su.

Jej fa­gas – nie pa­mię­tam, jak się na­zy­wał, ale wiesz, o kogo mi cho­dzi, Andy, o tego ro­słe­go przy­głu­pa, któ­ry pra­co­wał u niej jako kie­row­ca i spe­cjal­nie no­sił ob­ci­słe por­t­ki, żeby każ­da baba od razu wi­dzia­ła, jaką ma wiel­ką pałę – za­dzwo­nił do mnie i oznaj­mił, że pani wła­ści­ciel­ka („pani wła­ści­ciel­ka” – za­wsze ją tak na­zy­wał, ten je­łop) chcia­ła­by wie­dzieć, czy je­stem go­to­wa pra­co­wać u niej na sta­łe jako go­spo­dy­ni. Od pięć­dzie­sią­te­go pra­co­wa­łam tam w każ­de lato, więc było cał­kiem na­tu­ral­ne, że za­dzwo­nił naj­pierw do mnie, ale w owym cza­sie wy­da­ło mi się to ist­nym da­rem nie­bios. Zgo­dzi­łam się od ręki i pra­co­wa­łam u Very aż do wczo­raj­sze­go ran­ka, kie­dy to zwa­li­ła się po scho­dach i roz­bi­ła so­bie ten swój pu­sty, dur­ny łeb.

Czym się zaj­mo­wał jej mąż, Andy? Pro­du­ko­wał sa­mo­lo­ty, tak?

Aha. Ano tak, pew­nie o tym sły­sza­łam, ale wiesz, jak jest z plot­ka­mi, któ­re się sły­szy na wy­spie. Jed­no, co do cze­go nie mia­łam wąt­pli­wo­ści, to że sie­dzie­li na szma­lu, na ku­pie szma­lu, i że po jego śmier­ci wszyst­ko przy­pa­dło jej w udzia­le. Z wy­jąt­kiem tego, co rząd za­gar­nął w po­dat­kach, oczy­wi­ście, lecz nie są­dzę, żeby za­gar­nął wię­cej niż uła­mek swych na­leż­no­ści. Mi­cha­el Do­no­van był by­strym fa­ce­tem. I cwa­nym jak lis. I cho­ciaż nikt, kto znał ją przez ostat­nie dzie­sięć lat, by w to nie uwie­rzył, Vera była kie­dyś nie mniej cwa­na od nie­go… aż do dnia jej śmier­ci zda­rza­ły się okre­sy, gdy mia­ła pie­kiel­nie by­stry umysł. Cie­ka­we, czy wie­dzia­ła, w ja­kie wpa­ku­je mnie ta­ra­pa­ty, je­śli umrze in­a­czej niż na atak ser­ca w swo­im wła­snym łóż­ku? Spę­dzi­łam dziś więk­szość dnia na Wschod­nim Cy­plu, sie­dząc na roz­kle­ko­ta­nych scho­dach i roz­my­śla­jąc o tym… i o ty­siącu in­nych spraw. Z po­cząt­ku wy­da­wa­ło mi się, że to nie­moż­li­we, że prze­cież mi­ska owsian­ki ma wię­cej ro­zu­mu niż Vera Do­no­van mia­ła pod ko­niec ży­cia, ale po­tem przy­po­mnia­łam so­bie te jej nu­me­ry z od­ku­rza­czem i uzna­łam, że może jed­nak… może jed­nak wie­dzia­ła…

Ale te­raz to już nie­istot­ne. Waż­ne jest tyl­ko to, że na­gle grunt za­czął mi się usu­wać pod no­ga­mi. Mu­szę się ra­to­wać, je­śli mam choć cień szan­sy.

Roz­po­czę­łam pra­cę u Very jako go­spo­dy­ni, ale pod ko­niec by­łam jej opie­kun­ką. Jako go­spo­dy­ni da­wa­łam Ve­rze sobą po­mia­tać osiem go­dzin dzien­nie, pięć dni w ty­go­dniu. Jako opie­kun­ka by­łam jej po­py­cha­dłem na okrą­gło.

Pierw­szy wy­lew mia­ła la­tem ty­siąc dzie­więć­set sześć­dzie­sią­te­go ósme­go roku w trak­cie oglą­da­nia re­la­cji ze zjaz­du de­mo­kra­tów w Chi­ca­go, na któ­rym wy­ło­ni­li swo­je­go kan­dy­da­ta na pre­zy­den­ta. Był to mały wy­lew, za któ­ry wi­ni­ła póź­niej Hu­ber­ta Hum­ph­reya.

– Jak spoj­rza­łam na tego roz­anie­lo­ne­go dup­ka, po pro­stu krew mnie za­la­ła i pę­kło mi ja­kieś na­czy­nie – po­wta­rza­ła.

– Mówi się trud­no; rów­nie do­brze mógł to spo­wo­do­wać Ni­xon.

Ko­lej­ny, znacz­nie po­waż­niej­szy wy­lew na­stą­pił sie­dem lat póź­niej; tym ra­zem nie mo­gła zrzu­cić winy na żad­nych po­li­ty­ków. Dok­tor Fre­ne­au prze­strze­gał ją, ka­zał jej rzu­cić pa­le­nie i pi­cie, ale nie­po­trzeb­nie strzę­pił so­bie ję­zyk – taka ele­ganc­ka dama jak Vera Ca­łuj-Mnie-W-Ty­łek nie za­mie­rza­ła słu­chać byle wiej­skie­go le­ka­rza.

– Jesz­cze go prze­ży­ję – twier­dzi­ła. – Wy­pi­ję szklan­kę whi­sky z lo­dem, sie­dząc na jego gro­bie.

Przez pe­wien czas zda­wa­ło się, że może rze­czy­wi­ście tak się sta­nie; Chip Fre­ne­au wciąż ją besz­tał, a ona nic so­bie z tego nie ro­bi­ła, tyl­ko pru­ła na­przód peł­ną parą, do­kład­nie jak „Qu­een Mary”. Ale w osiem­dzie­sią­tym pierw­szym mia­ła na­praw­dę po­tęż­ny wy­lew, a na­stęp­ne­go roku jej fa­gas za­bił się w wy­pad­ku na lą­dzie. Wła­śnie wte­dy się do niej wpro­wa­dzi­łam – w paź­dzier­ni­ku ty­siąc dzie­więć­set osiem­dzie­sią­te­go dru­gie­go roku.

Czy mu­sia­łam? Sama nie wiem, chy­ba nie. Do­sta­wa­łam ren­tę, a ren­ta nie mię­ta, jak ma­wia­ła sta­ra Hat­tie McLe­od. Nie było tego wie­le, ale dzie­cia­ki już daw­no wy­nio­sły się z domu – mały Pete to aż na tam­ten świat, bie­da­czek – zdo­ła­łam też odło­żyć tro­chę gro­sza. Ży­cie na wy­spie za­wsze było ta­nie i choć bar­dzo po­dro­ża­ło, wciąż jest o nie­bo tań­sze niż na lą­dzie. Więc nie, nie mu­sia­łam wpro­wa­dzać się do Very.

Jed­nak­że przez te wszyst­kie lata przy­wy­kły­śmy do sie­bie. Trud­no to wy­ja­śnić fa­ce­to­wi. My­ślę, że Nan­cy ze swo­imi blocz­ka­mi, dłu­go­pi­sa­mi i ma­gne­to­fo­nem ro­zu­mie mnie do­sko­na­le, ale ona pew­nie ma pi­sać, a nie po­ta­ki­wać.

Przy­wy­kły­śmy jak dwa sta­re nie­to­pe­rze, któ­re la­ta­mi wi­szą obok sie­bie do góry no­ga­mi w pie­cza­rze, choć wca­le nie sta­ły­śmy się przy­ja­ciół­ka­mi. Zresz­tą prze­pro­wadz­ka do Very nie­wie­le zmie­ni­ła w moim ży­ciu – tyle że cho­wa­łam te­raz swo­je wyj­ścio­we su­kien­ki do tej sa­mej sza­fy co ro­bo­cze – bo przed je­sie­nią osiem­dzie­sią­te­go dru­gie­go i tak spę­dza­łam u niej nie tyl­ko całe dni, ale i więk­szość nocy. Kie­dy się wpro­wa­dzi­łam, za­czę­łam za­ra­biać nie­co le­piej, ale nie aż tak dużo, że­bym mo­gła ku­pić so­bie na raty pierw­sze­go w ży­ciu ca­dil­la­ca, ha, ha!

Chy­ba zde­cy­do­wa­łam się zo­stać opie­kun­ką Very głów­nie dla­te­go, że nie było in­nych chęt­nych. W No­wym Jor­ku jej in­te­re­sy pro­wa­dził nie­ja­ki Gre­en­bush, ale prze­cież nie za­mie­rzał się prze­nieść na Lit­tle Tall, żeby Vera mo­gła wy­dzie­rać się do nie­go z okna sy­pial­ni, by na pew­no przy­piął każ­de prze­ście­ra­dło sze­ścio­ma, a nie czte­re­ma spi­na­cza­mi. Nie za­mie­rzał wpro­wa­dzić się do po­ko­ju go­ścin­ne­go, zmie­niać Ve­rze pie­luch, myć jej za­faj­da­ne­go sta­re­go dup­ska, słu­chać oskar­żeń, że rąb­nął jej kil­ka dzie­się­cio­cen­tó­wek z cho­ler­nej por­ce­la­no­wej świn­ki i ona już do­pil­nu­je, żeby go za­mknę­li do mam­ra. Gre­en­bush pro­wa­dził in­te­re­sy Very, ja my­łam ją z gów­na i słu­cha­łam jej bzde­tów o prze­ście­ra­dłach, ko­tach ku­rzu i cho­ler­nej por­ce­la­no­wej świn­ce.

I co z tego? Nie uwa­żam, że na­le­ży mi się zło­ty krzyż czy choć­by skrom­ny me­dal. Wy­tar­łam w swo­im ży­ciu nie­je­den ty­łek, na­słu­cha­łam się wie­le bzde­tów (w koń­cu było się żoną Jo­ego St. Geo­r­ge’a przez szes­na­ście lat) i ko­ro­na mi z gło­wy nie spa­dła. My­ślę, że zgo­dzi­łam się nią za­jąć, bo nie mia­ła ni­ko­go in­ne­go; wy­bór był taki, że albo ja, albo dom star­ców. Dzie­ci nig­dy jej nie od­wie­dza­ły i z tego po­wo­du było mi Very szcze­rze żal. Nie ocze­ki­wa­łam, że rzu­cą wszyst­ko i za­czną się nią same zaj­mo­wać na okrą­gło, bez prze­sa­dy, ale – choć nie wie­dzia­łam, o co im po­szło – nie po­tra­fi­łam zro­zu­mieć, dla­cze­go się z nią wresz­cie nie po­go­dzą. Mo­gli­by co ja­kiś czas wpaść na week­end albo od bie­dy na je­den dzień. Była ję­dzą, co do tego nie ma dwóch zdań, ale prze­cież była ich mat­ką! A w do­dat­ku sta­rą ko­bie­tą. Oczy­wi­ście, te­raz wiem znacz­nie wię­cej niż wte­dy, ale…

Co?

Tak, to praw­da. Niech mnie dun­der świ­śnie, je­śli kła­mię, jak mó­wią moje wnu­ki. Za­dzwoń­cie do tego tam Gre­en­bu­sha, je­śli mi nie wie­rzy­cie. Nie wąt­pię, że kie­dy wieść się roz­nie­sie – a roz­nie­sie się na pew­no, już wy się nie bój­cie – ban­gor­skie „Da­ily News” za­mie­ści je­den z tych swo­ich ckli­wych ar­ty­ku­łów, że to niby ta­kie cu­dow­ne. Wierz­cie mi, nie ma w tym nic cu­dow­ne­go. Je­den pie­przo­ny kosz­mar! Bez wzglę­du na to, co so­bie wy­ja­śni­my, lu­dzie będą ga­dać, że naj­pierw, cwa­nia­ra, sko­ło­wa­łam bie­dacz­kę, a po­tem ją za­bi­łam. Wła­śnie tak bę­dzie, Andy; na­wet nie pró­buj za­prze­czyć. Żad­na siła nie po­wstrzy­ma lu­dzi od tego, żeby my­śle­li o kimś naj­gor­sze, je­śli tyl­ko mają ja­kiś pre­tekst.

Ale to wszyst­ko bzdu­ra. Do ni­cze­go jej nie zmu­sza­łam, a tego, co zro­bi­ła, na pew­no nie zro­bi­ła dla­te­go, że mnie ko­cha­ła czy choć­by lu­bi­ła. Może uzna­ła, że jest mi coś win­na; wła­ści­wie mo­gła od daw­na uwa­żać, że ma wo­bec mnie dług wdzięcz­no­ści, lecz nie by­ło­by w jej sty­lu za­jąk­nąć się słów­kiem na ten te­mat. Może więc w taki spo­sób chcia­ła mi po­dzię­ko­wać… Nie za to, że zmie­nia­łam jej za­faj­da­ne pie­lu­chy, lecz za to, że by­łam u jej boku, kie­dy z ką­tów wy­su­wa­ły się dru­ty, a koty ku­rzu wy­ła­zi­ły spod łóż­ka.

Wiem, wiem… nie ma­cie po­ję­cia, o czym ga­dam, ale cier­pli­wo­ści. Obie­cu­ję, że za­nim otwo­rzy­cie drzwi i wyj­dzie­cie z tego po­miesz­cze­nia, zro­zu­mie­cie wszyst­ko.

Vera da­wa­ła się każ­de­mu we zna­ki z trzech po­wo­dów. Zna­łam baby, u któ­rych byś zna­lazł i wię­cej po­wo­dów, ale trzy to i tak spo­ro jak na skle­ro­tycz­ną sta­rusz­kę spę­dza­ją­cą całe dni albo w łóż­ku, albo na wóz­ku in­wa­lidz­kim. Cał­kiem spo­ro, cho­le­ra.

Pierw­szy po­wód był taki, że uro­dzi­ła się ję­dzą i nic na to nie mo­gła po­ra­dzić. Pa­mię­ta­cie, co mó­wi­łam o spi­na­czach do bie­li­zny, że ka­za­ła uży­wać sze­ściu za­miast czte­rech? No, to tyl­ko je­den przy­kład.

Je­śli chcia­ło się pra­co­wać dla Very Ca­łuj-Mnie-W-Ty­łek, pew­ne rze­czy po pro­stu na­le­ża­ło ro­bić zgod­nie z jej ży­cze­nia­mi, i le­piej było o tym pa­mię­tać. Z góry każ­de­mu mó­wi­ła, cze­go bę­dzie wy­ma­gać, i mogę was za­pew­nić, że umia­ła po­sta­wić na swo­im. Je­śli za­po­mnia­ło się o czymś raz, do­sta­wa­ło się burę. Je­śli dwa razy, po­trą­ca­ła z pen­sji. Je­śli trzy razy, wy­wa­la­ła z ro­bo­ty i nie ob­cho­dzi­ły ją żad­ne tłu­ma­cze­nia. Ta­kie mia­ła za­sa­dy, lecz mnie to nie prze­szka­dza­ło. Su­ro­we, ale spra­wie­dli­we. Je­śli po­wta­rza­ła słu­żą­cej dwa razy, na któ­rym bla­cie na­le­ży sta­wiać for­mę z cia­stem po wy­ję­ciu z pie­ca i po­ucza­ła ją, żeby przy­pad­kiem nie sta­wia­ła bla­chy na pa­ra­pe­cie okien­nym, jak to nie­któ­re ko­bie­ty mają w zwy­cza­ju, a ta wciąż nie po­tra­fi­ła tego za­pa­mię­tać, było bar­dzo praw­do­po­dob­ne, że nie za­pa­mię­ta nig­dy.

Do trzech razy sztu­ka i fora ze dwo­ra, taka była re­gu­ła i ab­so­lut­nie żad­nych wy­jąt­ków, to­też w cią­gu tych lat kie­dy pra­co­wa­łam u Very, przez dom prze­wi­nął się cały tłum ko­biet. Daw­ny­mi cza­sy nie­raz sły­sza­łam na­rze­ka­nia, że iść pra­co­wać u Do­no­va­nów to tak, jak­by wejść w drzwi ob­ro­to­we; moż­na zro­bić jed­no kół­ko, dwa, nie­któ­rym uda­wa­ło się na­wet z dzie­sięć czy dwa­na­ście, ale w koń­cu i tak lą­do­wał czło­wiek z po­wro­tem na chod­ni­ku. Więc kie­dy po raz pierw­szy po­szłam do Very na służ­bę – jesz­cze w czter­dzie­stym dzie­wią­tym – czu­łam się, jak­bym wcho­dzi­ła do smo­czej jamy. Ale wca­le nie była taka zła, jak lu­dzi­ska ga­da­li. Je­śli tyl­ko mia­ło się uszy sze­ro­ko otwar­te, mia­ło się i ro­bo­tę. Ja słu­cha­łam po­le­ceń, ten jej fa­gas rów­nież. Ale cały czas trze­ba było mieć się na bacz­no­ści, bo nie spusz­cza­ła nas z oka, w do­dat­ku zna­ła wy­spia­rzy le­piej niż ja­cy­kol­wiek inni let­ni­cy… i po­tra­fi­ła być wred­na. Na­wet za­nim jesz­cze spa­dły na nią te wszyst­kie nie­szczę­ścia, po­tra­fi­ła być wred­ną cho­le­rą. Zu­peł­nie jak gdy­by czer­pa­ła z tego przy­jem­ność.

– Co ty tu ro­bisz? – spy­ta­ła mnie pierw­sze­go dnia. – Nie po­win­naś sie­dzieć w domu, niań­czyć ma­łej i pich­cić obiad­ków naj­droż­sze­mu mę­żul­ko­wi?

– Pani Cul­lum po­wie­dzia­ła, że chęt­nie zaj­mie się Se­le­ną przez czte­ry go­dzi­ny dzien­nie – od­par­łam. – Dla­te­go mogę pra­co­wać tyl­ko na pół eta­tu.

– Do­kład­nie o to mi cho­dzi, co chy­ba było ja­sno i wy­raź­nie sfor­mu­ło­wa­ne w ogło­sze­niu, któ­re za­mie­ści­łam w wa­szej nędz­nej lo­kal­nej ga­zet­ce… Tu­tej­si re­dak­to­rzy nie mają na­wet po­ję­cia, jak po­win­na wy­glą­dać ga­ze­ta! – od­pa­li­ła na­tych­miast i choć tym ra­zem nie na mnie skie­ro­wa­ła swój gniew, póź­niej nie­raz zda­rzy­ło jej się tak mi przy­ga­dać, że w pię­ty mi po­szło.

Pa­mię­tam, że tego dnia ro­bi­ła coś na dru­tach. Dru­ty do­słow­nie śmi­ga­ły jej w pal­cach – w cią­gu dnia po­tra­fi­ła zro­bić parę skar­pet, na­wet je­śli za­czę­ła do­pie­ro o dzie­sią­tej. Ale jak po­wia­da­ła, mu­sia­ła być w na­stro­ju.

– Tak, psze­pa­ni – od­po­wie­dzia­łam. – Tak pi­sa­ło.

– Nie na­zy­wam się „Psze­pa­ni” – oznaj­mi­ła, od­kła­da­jąc ro­bót­kę – tyl­ko Vera Do­no­van. Je­śli cię za­trud­nię, będę ci mó­wić po imie­niu, Do­lo­res, a ty masz się do mnie zwra­cać pani Do­no­van, do­pó­ki nie uznam, że zna­my się na tyle dłu­go, byś mo­gła zwra­cać się in­a­czej. Ja­sne?

– Tak, pani Do­no­van.

– W po­rząd­ku, przy­najm­niej jed­ną rzecz mamy z gło­wy. A te­raz od­po­wiedz na moje py­ta­nie. Cze­go tu szu­kasz, sko­ro masz wła­sny dom, któ­rym po­win­naś się za­jąć?

– Chcę tyl­ko za­ro­bić tro­chę pie­nię­dzy na pre­zen­ty gwiazd­ko­we. – Po­sta­no­wi­łam, że wła­śnie tak po­wiem, gdy­by mnie o to spy­ta­ła. – Ale je­śli bę­dzie pani ze mnie za­do­wo­lo­na… i je­śli mnie rów­nież spodo­ba się pra­ca u pani, ma się ro­zu­mieć… może zde­cy­du­ję się zo­stać tro­chę dłu­żej.

– Je­śli to­bie spodo­ba się pra­ca u mnie? – Wy­wró­ci­ła oczy, jak­by jesz­cze nig­dy nie sły­sza­ła cze­goś tak dur­ne­go; w gło­wie jej się nie mie­ści­ło, że ko­muś może nie od­po­wia­dać pra­ca u wiel­kiej Very Do­no­van. – Chcesz tyl­ko za­ro­bić na pre­zen­ty gwiazd­ko­we, tak? – spy­ta­ła, a po chwi­li po­wtó­rzy­ła jesz­cze bar­dziej sar­ka­stycz­nym to­nem: – Chcesz tyl­ko za­ro­bić na pre­zen­ty gwiazd­ko­we, tak?

Po­dej­rze­wa­ła mnie o kłam­stwo. Była pew­na, że stoi przed nią mło­da mę­żat­ka, któ­ra le­d­wo zdą­ży­ła wy­cze­sać z wło­sów ryż, a już ma kło­po­ty mał­żeń­skie, i cze­ka­ła, aż się za­ru­mie­nię i spusz­czę oczy ze wsty­du. Więc ani się nie za­ru­mie­ni­łam, ani nie spu­ści­łam oczu, choć mia­łam do­pie­ro dwa­dzie­ścia dwa lata i nie było mi ła­two się opa­no­wać. Ale do swo­ich kło­po­tów mał­żeń­skich nie przy­zna­ła­bym się ży­wej du­szy, na­wet na tor­tu­rach. Tro­chę gro­sza na gwiazd­ko­we pre­zen­ty to wy­star­cza­ją­cy po­wód dla ta­kiej Very; niech so­bie my­śli, co chce. Zresz­tą na­wet so­bie wmó­wi­łam, że przy­da­ło­by mi się wię­cej for­sy na pro­wa­dze­nie domu, bo z for­są jest ostat­nio ja­koś kru­cho. Do­pie­ro po la­tach zro­zu­mia­łam, że praw­dzi­wym po­wo­dem, dla któ­re­go po­szłam sta­wić czo­ło smo­ko­wi w jego wła­snej ja­mie, było to, że mu­sia­łam sama za­cząć za­ra­biać na ży­cie, bo Joe prze­pi­jał wszyst­ko albo prze­gry­wał w po­ke­ra w piąt­ko­we wie­czo­ry w karcz­mie Fud­gy’ego po dru­giej stro­nie prze­smy­ku. W tam­tych cza­sach wciąż wie­rzy­łam, że mi­łość, jaką da­rzy się dwo­je lu­dzi, jest sil­niej­sza niż po­ciąg do wódy i hu­lan­ki – że mi­łość wy­pły­nie na wierzch jak śmie­ta­na w bu­tel­ce mle­ka. Na­stęp­ne dzie­sięć lat na­uczy­ło mnie, że wca­le tak nie jest. Cza­sem ży­cie to naj­trud­niej­sza szko­ła, praw­da?

– No więc zo­bacz­my, czy so­bie przy­pad­nie­my do gu­stu, czy nie, Do­lo­res St. Geo­r­ge… cho­ciaż na­wet je­śli się spraw­dzisz, pew­nie za rok czy dwa znów zaj­dziesz w cią­żę i wię­cej cię nie zo­ba­czę.

Praw­dę mó­wiąc, już wte­dy by­łam w dru­gim mie­sią­cu cią­ży, ale do tego też bym się nie przy­zna­ła, na­wet gdy­by mi wy­ry­wa­no pa­znok­cie. Za­le­ża­ło mi na tych dzie­się­ciu do­la­rach ty­go­dnio­wo, któ­re pła­ci­ła, choć mo­że­cie mi wie­rzyć, że każ­de­go cen­ta oku­pi­łam wła­snym po­tem. Ha­ro­wa­łam jak dzi­ki osioł przez całe lato, ale za to pod ko­niec sierp­nia Vera spy­ta­ła, czy nie chcia­ła­bym zaj­mo­wać się do­mem, kie­dy wy­ja­dą do Bal­ti­mo­re, bo tak du­żym do­mem trze­ba się zaj­mo­wać przez okrą­gły rok, żeby nie za­rósł bru­dem. Od­po­wie­dzia­łam, że chęt­nie.

Prze­rwa­łam pra­cę do­pie­ro mie­siąc przed uro­dze­niem Jima, a wró­ci­łam, za­nim jesz­cze od­sta­wi­łam go od cyc­ka. La­tem pod­rzu­ca­łam syn­ka do Ar­le­ne Cul­lum – Vera za nic nie zgo­dzi­ła­by się na obec­ność w domu pła­czą­ce­go dziec­ka – ale kie­dy je­sie­nią Do­no­va­no­wie opusz­cza­li wy­spę, za­bie­ra­łam ze sobą i jego, i Se­le­nę. Se­le­nę mo­głam z re­gu­ły zo­sta­wiać samą – na­wet gdy mia­ła za­le­d­wie trzy lat­ka, by­łam spo­koj­na, że nic nie prze­skro­bie. Jima zwy­kle no­si­łam po ca­łym domu. Pierw­sze kro­ki na­uczył się sta­wiać w sy­pial­ni Do­no­va­nów, choć nie by­łam taka głu­pia, żeby mó­wić o tym Ve­rze.

Za­dzwo­ni­ła do mnie ty­dzień po po­ło­gu (wa­ha­łam się, czy wy­słać jej za­wia­do­mie­nie o uro­dze­niu dziec­ka; w koń­cu do­szłam do wnio­sku, że je­śli uzna to za przy­ma­wia­nie się o ja­kiś dro­gi pre­zent, jej spra­wa), po­gra­tu­lo­wa­ła mi syna, a po­tem po­wie­dzia­ła (chy­ba głów­nie z tym dzwo­ni­ła), że nie za­trud­ni ni­ko­go na moje miej­sce. Pew­nie my­śla­ła, że się ucie­szę, i rze­czy­wi­ście, zro­bi­ło mi się przy­jem­nie. Był to naj­wyż­szy kom­ple­ment, jaki mo­głam od niej usły­szeć, i zna­czył dla mnie o nie­bo wię­cej niż pre­zent, czek na dwa­dzie­ścia pięć do­la­rów, któ­ry przy­szedł pocz­tą w grud­niu.

Była twar­da, ale spra­wie­dli­wa, i to ona trzę­sła ca­łym do­mem. Jej mąż po­ja­wiał się na wy­spie nie czę­ściej niż raz na dzie­sięć dni, na­wet w le­cie, kie­dy niby miesz­ka­li tu na okrą­gło, a wi­dząc ich ra­zem, ła­two było po­znać, kto na­praw­dę rzą­dzi. Może i fa­cet miał pod sobą z dwu­stu dy­rek­to­rów, któ­rzy jak tyl­ko wark­nął na nich: „Co wy pier­do­li­cie?!”, to od razu le­cie­li po żony i ko­chan­ki, żeby mu po­ka­zać, ale w domu sze­fem była Vera i ile­kroć mó­wi­ła mu, żeby zdjął buty, bo za­bło­ci dy­wan, ścią­gał je po­słusz­nie.

Jak wam już wspo­mnia­łam, Vera mia­ła wła­sne zda­nie na te­mat tego, jak co na­le­ży ro­bić. I nie było z nią żar­tów! Nie wiem, skąd jej te róż­ne po­my­sły przy­cho­dzi­ły do gło­wy, ale wiem, że sama była ich nie­wol­ni­cą. Je­śli coś zro­bio­no nie po jej my­śli, to albo za­raz bo­la­ła ją gło­wa, albo do­ku­czał jej brzuch. W do­dat­ku spraw­dza­nie, czy wszyst­ko zo­sta­ło wy­ko­na­ne rze­czy­wi­ście we­dług po­le­ceń, zaj­mo­wa­ło jej tyle cza­su, że rów­nie do­brze mo­gła­by sama pro­wa­dzić dom i za­osz­czę­dzić so­bie ner­wów.

Na przy­kład do szo­ro­wa­nia wa­nien na­le­ża­ło uży­wać Spic and Span. Nie Le­sto­il, nie Top Job, nie Mr. Cle­an. Tyl­ko Spic and Span. Je­śli przy­ła­pa­ła słu­żą­cą na czysz­cze­niu wan­ny in­nym środ­kiem, bia­da nie­szczę­snej!

Przed pra­so­wa­niem trze­ba było spry­ski­wać koł­nie­rzy­ki ko­szul i blu­zek spe­cjal­nym kroch­ma­lem w ae­ro­zo­lu, ko­niecz­nie przez ka­wa­łek gazy. Gaza nic nie da­wa­ła – wiem, co mó­wię, bo w domu Do­no­va­nów upra­so­wa­łam ład­nych kil­ka ty­się­cy ko­szul i blu­zek – ale je­śli Vera we­szła do pra­so­wal­ni i zo­ba­czy­ła, że któ­raś za­po­mnia­ła o tej cho­ler­nej ga­zie, bia­da nie­szczę­snej!

Je­śli słu­żą­ca wzię­ła się do sma­że­nia, a nie włą­czy­ła w kuch­ni wen­ty­la­to­ra, bia­da nie­szczę­snej!

Ko­lej­ny po­wód do awan­tur sta­no­wi­ły ku­bły na śmie­ci sto­ją­ce w ga­ra­żu. Było ich sześć. Son­ny Qu­ist przy­jeż­dżał co ty­dzień, żeby je opróż­nić, i ta słu­żą­ca, któ­ra aku­rat znaj­do­wa­ła się naj­bli­żej, mia­ła obo­wią­zek wtasz­czyć je z po­wro­tem, za­nim jesz­cze Son­ny znik­nie za za­krę­tem. Oczy­wi­ście ku­błów nie moż­na było po pro­stu zo­sta­wić w ką­cie; na­le­ża­ło je usta­wić w dwu­sze­re­gu wzdłuż wschod­niej ścia­ny, kła­dąc na każ­dym od­wró­co­ną po­kryw­kę. Je­śli któ­ra zro­bi­ła coś nie tak, bia­da nie­szczę­snej!

Po­dob­nie było z trze­ma wy­cie­racz­ka­mi z na­pi­sem WI­TA­MY. Jed­na le­ża­ła przed głów­nym wej­ściem, dru­ga przed drzwia­mi oszklo­nej we­ran­dy, trze­cia przy drzwiach ku­chen­nych, na któ­rych ca­ły­mi la­ta­mi wi­sia­ła ta­blicz­ka z uwła­cza­ją­cym na­pi­sem DLA SŁUŻ­BY, do­pó­ki w ze­szłym roku nie ze­zło­ści­łam się i jej nie zdję­łam. Raz w ty­go­dniu wszyst­kie wy­cie­racz­ki trze­ba było kłaść na wiel­kim ka­mie­niu na koń­cu po­dwó­rza, ze czter­dzie­ści me­trów od ba­se­nu, i wa­lić trze­pacz­ką. Wa­lić tak, żeby szły tu­ma­ny ku­rzu, bo Vera lu­bi­ła spraw­dzać, czy słu­żą­ca się przy­pad­kiem nie leni. Wpraw­dzie nie ro­bi­ła tego za każ­dym ra­zem, ale jed­nak dość czę­sto. Wy­cho­dzi­ła na oszklo­ną we­ran­dę i ob­ser­wo­wa­ła trze­pa­nie przez mę­żow­ską lor­net­kę. A kie­dy od­no­si­ło się wy­cie­racz­ki na miej­sce, na­le­ża­ło pa­mię­tać, żeby ko­niecz­nie uło­żyć je pra­wi­dło­wo. Czy­li tak, żeby oso­ba zbli­ża­ją­ca się do drzwi mo­gła od­czy­tać na­pis. Je­śli któ­ra po­ło­ży­ła wy­cie­racz­kę do góry no­ga­mi, bia­da nie­szczę­snej!

Były dzie­siąt­ki ta­kich re­guł. Przed laty, kie­dy do­pie­ro co na­ję­łam się u Very do pra­cy, nie­raz sły­sza­łam, sto­jąc w ko­lej­ce do skle­pu spo­żyw­cze­go, jak dzie­wu­chy na nią uty­sku­ją. W la­tach pięć­dzie­sią­tych Do­no­va­no­wie czę­sto wy­da­wa­li przy­ję­cia, więc za­trud­nia­li licz­ną służ­bę. Zwy­kle naj­gło­śniej gar­dło­wa­ła na Verę któ­raś z tych mło­dych gęsi, wy­na­ję­tych na kil­ka go­dzin dzien­nie i szyb­ko wy­wa­lo­nych za to, że trzy razy pod rząd źle wy­ko­na­ły to samo po­le­ce­nie. Roz­po­wia­da­ła taka póź­niej na pra­wo i lewo, że Vera Do­no­van to wred­na, kłó­tli­wa sta­ra pru­kwa, w do­dat­ku tęgo stuk­nię­ta. Nie­któ­rym rze­czy­wi­ście mo­gło się wy­da­wać, że Vera jest po­my­lo­na, ale po­wiem wam jed­no: nig­dy nie wy­wa­li­ła z pra­cy dziew­czy­ny, któ­ra sto­so­wa­ła się do jej za­sad. Ja tak na to pa­trzę: je­śli ktoś po­tra­fi za­pa­mię­tać, z kim sy­pia­ją wszy­scy bo­ha­te­ro­wie po­po­łu­dnio­wych se­ria­li, po­wi­nien umieć so­bie za­ko­no­to­wać, że do my­cia wa­nien ma uży­wać pły­nu Spic and Span, a wy­cie­racz­ki kłaść na­pi­sem we wła­ści­wą stro­nę.

Ale wspo­mnia­łam o prze­ście­ra­dłach. Je­śli cho­dzi o prze­ście­ra­dła, Vera nie to­le­ro­wa­ła naj­mniej­szej po­mył­ki. Mu­sia­ły wi­sieć na sznu­rze ide­al­nie rów­no – tak żeby je­den brzeg nie był ni­żej od dru­gie­go – i za­wsze na­le­ża­ło mo­co­wać każ­dą sztu­kę sze­ścio­ma spi­na­cza­mi. Nie czte­re­ma, a wła­śnie sze­ścio­ma. I nie daj Boże, je­śli słu­żą­cej zda­rzy­ło się uwa­lać skraj bło­tem, bo wte­dy Vera od razu wy­wa­la­ła ją na zbi­ty pysk, nie cze­ka­jąc, aż bie­dacz­ka po­wtó­rzy ten sam błąd trzy razy. Sznu­ry wi­sia­ły z boku domu, do­kład­nie pod oknem sy­pial­ni Very. Ile­kroć wie­sza­łam pra­nie, Vera pod­cho­dzi­ła do okna i dar­ła się:

– Tyl­ko pa­mię­taj, Do­lo­res, sześć spi­na­czy! Pa­mię­taj, co ci mó­wię! Sześć, nie czte­ry! Li­czę, a wzrok wciąż mam do­bry!

Cza­sa­mi…

Co ta­kie­go, złot­ko?

Och ci­cho, Andy, daj jej mó­wić! Bar­dzo słusz­ne py­ta­nie i ża­den fa­cet nie miał­by dość ro­zu­mu, żeby je za­dać.

Oczy­wi­ście, Nan­cy Ban­ni­ster z Ken­ne­bunk w sta­nie Ma­ine, że Vera mia­ła su­szar­kę, dużą i na­praw­dę do­brą, ale nie po­zwa­la­ła su­szyć w niej prze­ście­ra­deł, chy­ba że za­po­wia­da­no ule­wę na naj­bliż­sze pięć dni.

– Naj­przy­jem­niej śpi się w po­ście­li, kie­dy wy­schła na dwo­rze – ma­wia­ła. – Pach­nie wia­trem, któ­ry ją owie­wał, a ten za­pach spra­wia, że ma się miłe sny.

Vera czę­sto wy­ga­dy­wa­ła bzdu­ry, ale aku­rat w tym wy­pad­ku mia­ła świę­tą ra­cję. Każ­dy od razu po­zna róż­ni­cę mię­dzy po­ście­lą wrzu­co­ną do su­szar­ki, a taką, któ­rą wy­su­szy­ły po­dmu­chy po­łu­dnio­we­go wia­tru. Lecz w zi­mo­we ran­ki, kie­dy tem­pe­ra­tu­ra spa­da­ła do mi­nus dwu­na­stu stop­ni, a ze wscho­du wiał sil­ny, wil­got­ny wiatr znad Atlan­ty­ku, zre­zy­gno­wa­ła­bym z mi­łe­go za­pa­chu bez sło­wa pro­te­stu. Bo wie­sza­nie prze­ście­ra­deł na mro­zie to fi­zycz­na tor­tu­ra! Ktoś, kto tego nie ro­bił, na­wet so­bie nie wy­obra­ża, jaka to męka – ale póź­niej już za­wsze pa­mię­ta się ten ból.

Wy­no­sisz na po­dwó­rze kosz pa­ru­ją­cej po­ście­li, za­czy­nasz wie­szać pierw­sze, wciąż jesz­cze cie­płe prze­ście­ra­dło i je­śli nig­dy do­tąd nie ro­bi­łaś tego na mro­zie, my­ślisz so­bie: „E, wca­le nie jest tak źle”. Za­nim jed­nak wy­rów­nasz brze­gi i za­mo­cu­jesz sześć spi­na­czy, prze­ście­ra­dło prze­sta­je pa­ro­wać. Nadal jest mo­kre, ale te­raz na do­kład­kę i zim­ne. Two­je pal­ce też są mo­kre i po­twor­nie zim­ne. A tu trze­ba wie­szać dru­gą sztu­kę, po­tem trze­cią i czwar­tą. Pal­ce masz czer­wo­ne i zgra­bia­łe, bolą cię ra­mio­na, war­gi drę­twie­ją od trzy­ma­nia w nich spi­na­czy, ale prze­cież nie mo­żesz trzy­mać ich w ręku, bo obie ręce mu­sisz mieć wol­ne, żeby wie­szać po­ściel. Naj­gor­szy jest ból pal­ców. Gdy­by po pro­stu drę­twia­ły! Aż ma­rzy ci się, żeby tak było. Tym­cza­sem one ro­bią się co­raz bar­dziej czer­wo­ne, a je­śli pra­nia jest dużo, to przy­bie­ra­ją ko­lor bla­do­fio­le­to­wy, jak li­lie. Pod ko­niec za­miast pal­ców masz sine szpo­ny. I my­ślisz z prze­ra­że­niem o tym, co cię cze­ka, kie­dy wró­cisz z pu­stym ko­szem do domu i znów znaj­dziesz się w cie­ple. Naj­pierw po­czu­jesz mro­wie­nie w dło­niach, a po­tem rwa­nie w sta­wach, zu­peł­nie jak­by tam głę­bo­ko w środ­ku wszyst­ko sko­wy­cza­ło z bólu. Nie umiem tego le­piej opi­sać, Andy, ale Nan­cy Ban­ni­ster ma taką minę, jak­by wie­dzia­ła, o czym mó­wię, choć roz­wie­sza­nie pra­nia zimą na lą­dzie to jed­nak nie to samo, co u nas na wy­spie. Kie­dy pal­ce tro­chę ci się ogrze­ją, za­czy­na­ją piec, jak­by użą­dli­ło je sta­do os. Więc na­cie­rasz je kre­mem i cze­kasz, aż pie­cze­nie mi­nie. Bez wzglę­du na to, czy sto­su­jesz spe­cjal­ny krem, czy zwy­kły owczy łój, pod ko­niec lu­te­go masz tak po­twor­nie wy­su­szo­ne dło­nie, że skó­ra ci pęka i krwa­wi, gdy tyl­ko za­ci­skasz pięść. Cza­sa­mi, kie­dy już się daw­no roz­grza­łaś i wla­złaś do łóż­ka, bu­dzisz się w środ­ku nocy, bo two­je ręce sko­wy­czą na wspo­mnie­nie bólu. My­śli­cie, że żar­tu­ję? Do­bra, śmiej­cie się, je­śli chce­cie, ale za­pew­niam was, że mó­wię praw­dę. Skom­lą jak po­rzu­co­ne szcze­nię­ta. Le­żysz i słu­chasz do­bie­ga­ją­ce­go gdzieś z głę­bi skom­le­nia, i nie opusz­cza cię świa­do­mość, że wkrót­ce znów trze­ba bę­dzie wie­szać na mro­zie po­ściel i nie ma na to żad­nej rady, bo wie­sza­nie po­ście­li jest jed­nym z tych przy­krych ko­bie­cych obo­wiąz­ków, o któ­rych fa­ce­ci ani nic nie wie­dzą, ani nie chcą wie­dzieć.

I kie­dy zgra­bia­ły­mi, si­ny­mi rę­ka­mi wie­sza­łam prze­ście­ra­dła, czu­jąc, jak ra­mio­na omdle­wa­ją mi ze zmę­cze­nia, a ska­pu­ją­ce z nosa glu­ty za­ma­rza­ją na gór­nej war­dze i przy­kle­ja­ją się moc­no jak klesz­cze, Vera zwy­kle sta­wa­ła lub sia­da­ła przy oknie i ob­ser­wo­wa­ła mnie. Czo­ło mia­ła zmarsz­czo­ne, usta ścią­gnię­te i wy­ła­mu­jąc so­bie ner­wo­wo pal­ce, śle­dzi­ła moje ru­chy z ta­kim na­pię­ciem, jak­by na jej oczach do­ko­ny­wał się skom­pli­ko­wa­ny za­bieg chi­rur­gicz­ny, a nie wie­sza­nie po­ście­li, żeby wy­schła na zim­nym wie­trze. Wi­dzia­łam, jak wal­czy ze sobą, jak bar­dzo się sta­ra trzy­mać gębę na kłód­kę, ale to było sil­niej­sze od niej; po pew­nym cza­sie – nie mo­gąc się dłu­żej opa­no­wać – pod­no­si­ła okno, wy­chy­la­ła się tak, że zim­ny wschod­ni wiatr tar­gał jej wło­sy, i dar­ła się:

– Sześć spi­na­czy! Pa­mię­taj, sześć spi­na­czy na każ­dym! Nie chcę, żeby wiatr po­roz­rzu­cał mi po­ściel po ca­łej oko­li­cy! Tyl­ko bez fo­chów, Do­lo­res! Sześć spi­na­czy na każ­de, pa­mię­taj, że pa­trzę i li­czę!

Ja­koś to zno­si­łam do koń­ca lu­te­go, ale od po­cząt­ku mar­ca mu­sia­łam moc­no za­ci­skać zęby, żeby nie po­gnać po sie­kie­rę, któ­rą ja albo ten jej fa­gas rą­ba­li­śmy drwa na opał – po­tem kie­dy zgi­nął, ro­bi­łam to sama (szczę­ścia­ra ze mnie, co?) – i nie wal­nąć ja­zgo­czą­cej wiedź­my pro­sto mię­dzy oczy. Tak mnie po­tra­fi­ła wku­rzyć, że cza­sem wy­obra­ża­łam so­bie, jak roz­wa­lam jej łeb, ale chy­ba gdzieś w głę­bi du­szy za­wsze wie­dzia­łam, że Vera nie­na­wi­dzi się za te wrza­ski rów­nie moc­no, jak ja jej.

To był pierw­szy po­wód, dla­cze­go da­wa­ła się każ­de­mu we zna­ki – po pro­stu nie umia­ła się po­wstrzy­mać. W su­mie bar­dziej do­skwie­ra­ło to jej sa­mej niż mnie, zwłasz­cza póź­niej, po tych po­waż­niej­szych wy­le­wach. Było wte­dy znacz­nie mniej pra­nia, ale Vera mia­ła iden­tycz­ne­go bzi­ka na punk­cie wie­sza­nia prze­ście­ra­deł jak daw­niej, za­nim jesz­cze po­za­my­ka­no więk­szość po­koi, a po­ściel po­ścią­ga­no z łó­żek go­ścin­nych, za­wi­nię­to w pla­stik i scho­wa­no do bie­liź­niar­ki.

Za­czę­ło jej to do­skwie­rać dla­te­go, że gdzieś od ty­siąc dzie­więć­set osiem­dzie­sią­te­go pią­te­go roku nie była już w sta­nie spraw­dzać, czy wła­ści­wie speł­niam jej po­le­ce­nia – beze mnie w ogó­le nie była się w sta­nie po­ru­szać. Gdy­bym nie pod­no­si­ła jej z łóż­ka i nie sa­dza­ła na wóz­ku, le­ża­ła­by cały dzio­nek. Wie­cie, strasz­nie się spa­sła: z pięć­dzie­się­ciu dzie­wię­ciu kilo na po­cząt­ku lat sześć­dzie­sią­tych uty­ła do osiem­dzie­się­ciu sze­ściu. Z rąk, z nóg i z tył­ka zwi­sał jej żół­ty, ga­la­re­to­wa­ty tłuszcz, jaki się wi­dzi tyl­ko u sta­rych osób. Zwi­sał jak cia­sto z pa­ty­ka. Nie­któ­re ko­bie­ty sta­ją się na sta­rość chu­de i ży­la­ste, ale Vera Do­no­van do nich nie na­le­ża­ła. Dok­tor Fre­ne­au mó­wił, że jej ner­ki nie pra­cu­ją pra­wi­dło­wo i dla­te­go tak jest. Pew­nie miał ra­cję, ale nie­raz go­to­wa by­łam przy­siąc, że utu­czy­ła się spe­cjal­nie, żeby zro­bić mi na złość.

Była nie tyl­ko gru­ba, ale na sku­tek wy­le­wów nie­mal śle­pa jak kret. Cza­sa­mi coś tam wi­dzia­ła, cza­sa­mi w ogó­le nic. Zda­rza­ło się, że pra­wym okiem wi­dzia­ła cał­kiem do­brze, a le­wym nie­wie­le go­rzej, ale zwy­kle – jak mó­wi­ła – było to tak, jak­by pa­trzy­ła na świat przez gru­bą sza­rą za­sło­nę. Chy­ba mo­że­cie so­bie wy­obra­zić, jak to ją do­pro­wa­dza­ło do sza­łu; ją, któ­ra za­wsze lu­bi­ła mieć wszyst­ko na oku! Kil­ka razy na­wet po­be­cza­ła się z tego po­wo­du, a wierz­cie mi, taką twar­dą babę jak ona mało co po­tra­fi­ło do­pro­wa­dzić do łez… a cho­ciaż wiek zgiął jej dum­ny kark, nadal była twar­dą babą.

Co, Frank?

Czy moż­na by ją uznać za nie­po­czy­tal­ną?

Przy­znam się, że sama do­brze nie wiem. Chy­ba jed­nak nie. Pew­nie, że mia­ła skle­ro­zę, ale to jesz­cze o ni­czym nie świad­czy. I nie mó­wię tak wy­łącz­nie dla­te­go, że gdy­by uznać ją za nie­po­czy­tal­ną, to sę­dzia, przed któ­rym bę­dzie się to­czyć po­stę­po­wa­nie spad­ko­we, wy­dmu­chał­by nos w jej te­sta­ment i wy­rzu­cił go do śmie­ci. Je­śli cho­dzi o mnie, sę­dzia może so­bie po­de­trzeć ty­łek jej te­sta­men­tem; je­dy­ne, cze­go pra­gnę, to wy­do­stać się ja­koś, cho­le­ra ja­sna, z ta­ra­pa­tów, w ja­kie mnie wpa­ko­wa­ła. Moim zda­niem nie bra­ko­wa­ło jej żad­nej klep­ki, na­wet pod sam ko­niec. Może jed­na czy dru­ga była ob­lu­zo­wa­na, ale wciąż tkwi­ły na swo­im miej­scu.

Zda­rza­ły się dni, gdy umysł mia­ła spraw­ny jak daw­niej. Na ogół były to te same dni, kie­dy le­piej wi­dzia­ła i z nie­wiel­ką po­mo­cą po­tra­fi­ła usiąść na łóż­ku, a cza­sem tak­że przejść dwa kro­ki od łóż­ka do wóz­ka; w te dni nie mu­sia­łam jej tar­gać jak wora psze­ni­cy. Zwy­kle sa­dza­łam ją na wóz­ku, żeby zmie­nić po­ściel; lu­bi­ła w nim sie­dzieć, bo mo­gła pod­je­chać do okna, z któ­re­go roz­ta­czał się wi­dok na po­dwó­rze i da­lej na port. Kie­dyś po­wie­dzia­ła, że zbzi­ko­wa­ła­by do resz­ty, gdy­by mu­sia­ła le­żeć w łóż­ku dzień w dzień i noc w noc, ga­piąc się tyl­ko na su­fit czy ścia­ny. I nic dziw­ne­go.

Pew­nie, mie­wa­ła gor­sze dni, kie­dy nie wie­dzia­ła, kim je­stem, a chwi­la­mi na­wet nie bar­dzo ko­ja­rzy­ła, kim sama jest. W te dni była jak łódź, któ­ra ze­rwa­ła się z cum i pły­wa po oce­anie cza­su – na przy­kład rano zda­wa­ło jej się, że jest rok ty­siąc dzie­więć­set czter­dzie­sty siód­my, a po po­łu­dniu, że ty­siąc dzie­więć­set sie­dem­dzie­sią­ty czwar­ty. Ale mia­ła też i do­bre dni. Oczy­wi­ście z bie­giem lat, w mia­rę jak prze­cho­dzi­ła ko­lej­ne drob­ne wy­le­wy, zda­rza­ły się one co­raz rza­dziej. Nie­ste­ty do­bre dni Very czę­sto były moim utra­pie­niem, gdyż wte­dy na wszyst­kie spo­so­by usi­ło­wa­ła za­leźć mi za skó­rę.

Znów sta­wa­ła się ję­dzą. Bo dru­gi po­wód, dla­cze­go da­wa­ła się lu­dziom we zna­ki, po­le­gał na tym, że po pro­stu lu­bi­ła być ję­dzą, ję­dzą do kwa­dra­tu. Na­wet przy­ku­ta przez więk­szość cza­su do łóż­ka, w pie­lu­chach i w gu­mo­wych majt­kach, po­tra­fi­ła wy­ci­nać mi ta­kie nu­me­ry, że aż mózg sta­je. Opo­wiem wam, co wy­pra­wia­ła w dni prze­zna­czo­ne na sprzą­ta­nie. Wpraw­dzie nie co ty­dzień, jed­nak zbyt czę­sto aku­rat w czwart­ki, żeby to mógł być przy­pa­dek.

W czwart­ki za­wsze od­by­wa­ło się wiel­kie sprzą­ta­nie. Do­pie­ro kie­dy ro­zej­rzeć się po wnę­trzu, wi­dać, jaki dom Very jest ogrom­ny, tyle że te­raz więk­szo­ści po­koi już się nie uży­wa. Ta­kie ob­raz­ki, jak sześć dziew­czyn w chust­kach na gło­wach za­ję­tych po­le­ro­wa­niem po­sadz­ki, my­ciem okien i wy­mia­ta­niem pa­ję­czyn z ro­gów od po­nad dwu­dzie­stu lat na­le­żą do prze­szło­ści. Cza­sem spa­ce­ru­jąc wśród tych po­sęp­nych mu­rów i pa­trząc na me­ble za­kry­te po­krow­ca­mi, przy­po­mi­na­łam so­bie, jak dom wy­glą­dał w la­tach pięć­dzie­sią­tych, kie­dy w lip­cu i w sierp­niu wy­da­wa­no przy­ję­cia – traw­nik za­wsze oświe­tla­ły ko­lo­ro­we lam­pio­ny, do­sko­na­le to pa­mię­tam! – i aż mnie ciar­ki prze­cho­dzi­ły po grzbie­cie. Za­uwa­ży­li­ście, że z bie­giem cza­su co­raz mniej jest w ży­ciu we­so­łych ko­lo­rów? Pod ko­niec wszyst­ko sta­je się sza­re jak po­krow­ce na me­blach czy su­kien­ka pra­na zbyt wie­le razy.

Przez ostat­nie czte­ry lata je­dy­ne po­miesz­cze­nia, z ja­kich się ko­rzy­sta­ło, to kuch­nia, głów­ny sa­lon, ja­dal­nia i oszklo­na we­ran­da, któ­rej okna wy­cho­dzą na traw­nik i ba­sen, oraz czte­ry po­ko­je na pię­trze – Very, mój i dwa prze­zna­czo­ne dla go­ści. Po­ko­je go­ścin­ne rzad­ko ogrze­wa­no w zi­mie, ale utrzy­my­wa­łam je w czy­sto­ści na wy­pa­dek, gdy­by dzie­ci Very po­sta­no­wi­ły ją jed­nak od­wie­dzić.

W cią­gu ostat­nich lat po­ma­ga­ły mi w czwart­ki dwie dziew­czy­ny z mia­stecz­ka. Służ­ba czę­sto zmie­nia­ła się u Do­no­va­nów, ale od mniej wię­cej dzie­więć­dzie­sią­te­go roku były to Shaw­na Wyn­dham i sio­stra Fran­ka, Susy. Bez nich nie da­ła­bym so­bie rady, ale i tak mia­łam peł­ne ręce ro­bo­ty, więc kie­dy o czwar­tej wresz­cie zni­ka­ły za drzwia­mi, sła­nia­łam się ze zmę­cze­nia. A zwy­kle mu­sia­łam jesz­cze do­koń­czyć pra­so­wa­nia, zro­bić li­stę za­ku­pów na pią­tek i przy­go­to­wać ko­la­cję dla Jej Wy­so­ko­ści. Jak po­wia­da­ją, bez pra­cy nie ma ko­ła­czy.

Ale naj­gor­sze w czwart­ki było to, że wła­śnie tego dnia Vera wy­ci­na­ła mi swo­je naj­pa­skud­niej­sze nu­me­ry.

Na ogół za­ła­twia­ła się w mia­rę re­gu­lar­nie. Co trzy go­dzi­ny wsu­wa­łam pod nią ba­sen, żeby się od­la­ła. Za­zwy­czaj w po­łu­dnie jed­no­cze­śnie si­ka­ła i wa­li­ła kupę.

Z wy­jąt­kiem czwart­ków.

Nie wszyst­kich czwart­ków, tyl­ko tych, kie­dy umysł mia­ła spraw­ny; wte­dy mo­głam się spo­dzie­wać, że cze­ka­ją mnie kło­po­ty… a po­tem łu­pa­nie w krzy­żu, któ­re do pół­no­cy nie po­zwo­li mi zmru­żyć oka. Na­wet moc­ne środ­ki prze­ciw­bó­lo­we nic mi nie po­ma­ga­ły. Więk­szość ży­cia cie­szy­łam się koń­skim zdro­wiem i wciąż nie mogę na­rze­kać, ale wiek robi swo­je. Ma­jąc sześć­dzie­siąt pięć lat na kar­ku, nie od razu do­cho­dzi się do sie­bie po wy­sił­ku.

W taki czwar­tek o szó­stej rano za­miast po­ło­wy ba­se­nu si­ków było zwy­kle je­dy­nie kil­ka kro­pe­lek na dnie. To samo o dzie­wią­tej. A w po­łu­dnie za­miast si­ków i po­rząd­nej kupy na ogół nie było nic. Za­czy­na­łam więc po­dej­rze­wać, co się świę­ci. Bo stu­pro­cen­to­wą pew­ność mia­łam je­dy­nie wów­czas, gdy w śro­dę w po­łu­dnie też nie uda­ło mi się skło­nić Very do strze­le­nia kupy.

Wi­dzę, że pró­bu­jesz po­wstrzy­mać się od śmie­chu, Andy. Śmiej się, śmiej, ulżyj so­bie. Mnie wte­dy by­najm­niej nie było do śmie­chu, ale to już na­le­ży do prze­szło­ści. Są­dząc po two­jej mi­nie, chy­ba od­ga­dłeś, ja­kie ta sta­ra pur­cha­wa wy­ci­na­ła mi w czwart­ki nu­me­ry. Tak jest; w nie­któ­re dni ce­lo­wo wstrzy­my­wa­ła się od sra­nia, zu­peł­nie jak­by od­kła­da­ła gów­no na kon­cie, li­cząc na wy­so­kie od­set­ki… tyle że kie­dy wresz­cie do­cho­dzi­ło do li­kwi­da­cji ra­chun­ku, to ja mu­sia­łam wszyst­ko czy­ścić i szo­ro­wać, czy mia­łam ocho­tę, czy nie.

Za­tem więk­szość czwart­ko­wych po­po­łu­dni ga­nia­łam tam i z po­wro­tem po scho­dach, żeby w porę po­de­tknąć Ve­rze ba­sen; cza­sem mi się na­wet uda­wa­ło. Ale mimo po­waż­nych kło­po­tów ze wzro­kiem, słuch nadal mia­ła zna­ko­mi­ty, a wie­dzia­ła, że nie po­zwa­lam dziew­czy­nom od­ku­rzać dy­wa­nu z Au­bus­son le­żą­ce­go w sa­lo­nie. Więc kie­dy sły­sza­ła, jak włą­czam od­ku­rzacz, na­sta­wia­ła na peł­ny re­gu­la­tor swo­ją roz­kle­ko­ta­ną fa­bry­kę cze­ko­la­do­wych ba­to­nów i opróż­nia­ła kon­to.

Ale po­tem wy­my­śli­łam, jak ją prze­chy­trzyć. Krzy­cza­łam do dziew­czyn, że za­raz będę od­ku­rza­ła sa­lon. Krzy­cza­łam na całe gar­dło, na­wet je­śli były tuż obok, w ja­dal­ni. Po czym włą­cza­łam od­ku­rzacz, ale za­miast brać się do sprzą­ta­nia, pod­cho­dzi­łam do scho­dów i sta­wa­łam z jed­ną nogą na pierw­szym stop­niu i dło­nią na gał­ce u po­rę­czy, zu­peł­nie jak sprin­ter­ka cze­ka­ją­ca na wy­strzał sę­dzie­go, żeby rzu­cić się do bie­gu.

Raz czy dwa razy po­gna­łam na górę zbyt wcze­śnie. Błąd.

Czu­łam się wte­dy jak bie­gacz­ka zdys­kwa­li­fi­ko­wa­na za fal­start. Na­le­ża­ło wpaść do po­ko­ju Very, kie­dy jej zde­ze­lo­wa­ny me­cha­nizm pra­co­wał na ta­kich ob­ro­tach, że już nie po­tra­fi­ła go za­trzy­mać, ale za­nim cały ła­du­nek wy­lą­do­wał w wiel­kich gu­mo­wych maj­tach, któ­re mia­ła na so­bie. Z cza­sem tak się wy­ćwi­czy­łam, że osią­gnę­łam na­praw­dę mi­strzow­ską kla­sę. Każ­dy by się wy­ćwi­czył, gdy­by wie­dział, że kil­ku­se­kun­do­wa po­mył­ka ozna­cza szo­ro­wa­nie dup­ska wa­żą­cej bli­sko dzie­więć­dzie­siąt kilo sta­ru­chy. Była jak wiel­ki gra­nat na­peł­nio­ny nie dy­na­mi­tem, lecz gów­nem.

Kie­dy wpa­da­łam na górę we wła­ści­wym mo­men­cie, Vera mia­ła usta wy­krzy­wio­ne z wy­sił­ku, a twarz czer­wo­ną jak bu­rak; wpar­ta łok­cia­mi w ma­te­rac, za­ci­ska­ła pię­ści i stę­ka­ła:

– Ęęę! Ęę­ę­ę­ę­ę­ęę! ęę­ę­ę­ę­ę­ę­ę­ę­ę­ę­ę­ę­ęę!

Coś wam po­wiem: bra­ko­wa­ło tyl­ko, żeby obok zwi­sa­ła rol­ka pa­pie­ru to­a­le­to­we­go, a Vera mia­ła na ko­la­nach ka­ta­log Se­ar­sa, żeby wy­glą­da­ła jak na nor­mal­nym ki­blu.

Oj, Nan­cy, prze­stań za­gry­zać po­licz­ki – prze­cież śmiech to zdro­wie! A tak już jest, że sra­nie ma w so­bie coś ko­micz­ne­go. Każ­de dziec­ko to wie. Te­raz, kie­dy Vera nie żyje, na­wet mnie te jej nu­me­ry wy­da­ją się za­baw­ne, choć nig­dy bym się nie spo­dzie­wa­ła, że będę po­tra­fi­ła się z nich śmiać. Tak, mimo że Vera Do­no­van wpa­ko­wa­ła mnie w nie lada ta­ra­pa­ty, czwart­ko­we uże­ra­nie się z nią na­le­ży do hi­sto­rii.

Jak tyl­ko sły­sza­ła, że wcho­dzę do po­ko­ju, ogar­nia­ła ją zim­na fu­ria. Była wście­kła jak niedź­wiedź, któ­re­go za­sko­czy się na wy­bie­ra­niu mio­du z ula.

– Co ty tu ro­bisz? – py­ta­ła wy­nio­słym to­nem, do ja­kie­go za­wsze się ucie­ka­ła, ile­kroć przy­ła­py­wa­łam ją w porę, kie­dy chcia­ła coś prze­skro­bać, zu­peł­nie jak­by nadal była stu­dent­ką Vas­sar, Holy Oaks czy in­nej eks­klu­zyw­nej uczel­ni dla dziew­cząt, do któ­rej za mło­du po­sy­ła­li ją ro­dzi­ce. – Dziś jest dzień sprzą­ta­nia, Do­lo­res! Zaj­mij się swo­imi obo­wiąz­ka­mi! Nie dzwo­ni­łam na cie­bie i wca­le mi nie je­steś po­trzeb­na!

Ale się jej nie ba­łam.

– Chy­ba jed­nak się my­lisz – mó­wi­łam. – Bo coś mi się zda­je, że to nie za­pach per­fum Cha­nel Nu­mer 5 roz­cho­dzi się po po­ko­ju od stro­ny two­je­go tył­ka, co?

Cza­sa­mi pró­bo­wa­ła od­py­chać moje dło­nie, kie­dy pod­no­si­łam koł­drę. Mie­rzy­ła mnie wzro­kiem ba­zy­lisz­ka i wy­su­wa­ła gniew­nie dol­ną war­gę jak dzie­ciak, któ­ry nie chce iść do szko­ły. Ale to mnie nie po­wstrzy­my­wa­ło. Nie mnie, Do­lo­res, cór­kę Pa­try­cji Cla­ibor­ne. Bły­ska­wicz­nie ścią­ga­łam z niej koł­drę, po­tem gu­mo­we maj­ty i roz­wią­zy­wa­łam pa­ski mo­cu­ją­ce pie­lu­chy, nie przej­mu­jąc się tym, że bije mnie po rę­kach, aby mi prze­szko­dzić. Zwy­kle po chwi­li prze­sta­wa­ła się sza­mo­tać, bo i po co? Obie wie­dzia­ły­śmy, że przy­ła­pa­łam ją w porę. Ma­szy­ne­rię mia­ła tak zde­ze­lo­wa­ną, że jak raz ją włą­czy­ła, nie po­tra­fi­ła za­trzy­mać. Wsu­wa­łam więc jej pod ty­łek ba­sen i scho­dzi­łam na dół, żeby tym ra­zem na­praw­dę od­ku­rzyć sa­lon. Kie­dy opusz­cza­łam po­kój, Vera klę­ła jak do­ker; wierz­cie mi, wte­dy już nie przy­po­mi­na­ła stu­dent­ki Vas­sar! Bo wie­dzia­ła, że prze­gra­ła, a prze­gry­wa­nie było tym, cze­go nie cier­pia­ła naj­bar­dziej. Na­wet na sta­rość cho­ler­nie nie lu­bi­ła prze­gry­wać.

Po­nie­waż tyle razy uda­wa­ło mi się przy­ła­pać ją w porę, my­śla­łam, że wy­gra­łam woj­nę, a nie kil­ka ma­łych bi­tew. Ale by­łam głu­pia!

W któ­ryś czwar­tek, mniej wię­cej pół­to­ra roku temu, za­cza­iłam się jak zwy­kle przy scho­dach, żeby wy­ko­nać sprint na pię­tro i w od­po­wied­nim mo­men­cie wsu­nąć pod nią ba­sen. Ta na­sza za­ba­wa na­wet do pew­ne­go stop­nia za­czę­ła mi się po­do­bać; mo­głam się zre­wan­żo­wać Ve­rze za róż­ne sy­tu­acje z prze­szło­ści, kie­dy to ona za­wsze była górą. Po­dej­rze­wa­łam, że tym ra­zem pla­nu­je sra­nie na czte­ry fa­jer­ki, w do­dat­ku z or­kie­strą. Po pierw­sze, mia­ła nie tyl­ko do­bry dzień, ale do­bry ty­dzień; w po­nie­dzia­łek na­wet ka­za­ła mi uło­żyć de­skę na po­rę­czach wóz­ka, żeby mo­gła so­bie po­sta­wić pa­sjan­sa jak za daw­nych dni. Po dru­gie, cho­ler­nie daw­no nie mia­ła wy­próż­nie­nia; od week­en­du nie rzu­ci­ła żad­ne­go dat­ku na pod­su­wa­ną tacę, i to mimo pęcz­nie­ją­ce­go ra­chun­ku. Do­szłam do wnio­sku, że w ten czwar­tek pla­nu­je nie tyl­ko pra­snąć w maj­ty oszczęd­no­ści wraz z od­set­ka­mi, ale jesz­cze do­rzu­cić kar­tę kre­dy­to­wą.

Kie­dy tego dnia w po­łu­dnie wy­cią­gnę­łam ba­sen i zo­ba­czy­łam, że jest czy­sty jak wy­li­za­ny ta­lerz, za­py­ta­łam:

– Może jed­nak by ci się uda­ło coś zro­bić, gdy­byś się tro­chę na­dę­ła, co?

– Och, Do­lo­res, pró­bo­wa­łam, na­praw­dę pró­bo­wa­łam, aż mnie wszyst­ko roz­bo­la­ło w środ­ku – od­par­ła, kie­ru­jąc na mnie za­mglo­ne oczki, nie­win­na jak ba­ra­nek. – Chy­ba po pro­stu mam za­twar­dze­nie.

Przy­zna­łam jej ra­cję.

– Chy­ba rze­czy­wi­ście masz, złot­ko, i to po­waż­ne. Je­śli cię wkrót­ce nie ru­szy, będę mu­sia­ła ci dać cały sło­ik ta­ble­tek prze­czysz­cza­ją­cych.

– Ech, po­cze­kaj­my jesz­cze, może żo­łą­dek sam mi się wy­re­gu­lu­je – po­pro­si­ła, po­sy­ła­jąc mi bla­dy uśmiech.

Nie mia­ła już wte­dy ani jed­ne­go zęba, a sztucz­nej szczę­ki nie no­si­ła, chy­ba że sie­dzia­ła na wóz­ku, bo gdy­by się na­gle za­krztu­si­ła, pro­te­za mo­gła­by jej wpaść do gar­dła i spo­wo­do­wać udu­sze­nie. Więc kie­dy Vera się uśmie­cha­ła, jej twarz przy­po­mi­na­ła ka­wa­łek spróch­nia­łe­go pnia ze zbu­twia­łą dziu­rą po sęku.

– Znasz mnie, Do­lo­res. Wolę, żeby mój or­ga­nizm sam się upo­rał z pro­ble­mem – do­da­ła.

– Oj znam cię, znam – mruk­nę­łam, od­wra­ca­jąc się od niej.

– Co po­wie­dzia­łaś, ko­cha­nie? – spy­ta­ła tak słod­kim gło­si­kiem, jak­by mia­ła gębę peł­ną mio­du.

– Po­wie­dzia­łam, że nie mogę tu stać i cze­kać, aż cię wresz­cie ru­szy. Mam huk ro­bo­ty. Dziś jest prze­cież dzień sprzą­ta­nia.

– Na­praw­dę? – zdzi­wi­ła się, zu­peł­nie jak­by nie wie­dzia­ła o tym od chwi­li, kie­dy rano otwo­rzy­ła oczy. – No to idź, idź, Do­lo­res. Je­śli po­czu­ję po­trze­bę, na pew­no cię za­wo­łam.

Aku­rat ci wie­rzę, po­my­śla­łam so­bie; za­wo­łasz mnie, ale do­pie­ro po fak­cie. Nie po­wie­dzia­łam jed­nak nic, tyl­ko ze­szłam na dół.

Wy­cią­gnę­łam od­ku­rzacz z sza­fy w kuch­ni, za­nio­słam do sa­lo­nu i we­tknę­łam wtycz­kę do kon­tak­tu. Nie od razu go jed­nak włą­czy­łam; naj­pierw przez kil­ka mi­nut wy­cie­ra­łam me­ble szmat­ką. Tak się wy­ćwi­czy­łam, że mo­głam cał­ko­wi­cie po­le­gać na swo­im in­stynk­cie; cze­ka­łam, aż mi pod­po­wie, że już pora.

Kie­dy wy­czu­łam, że zbli­ża się wła­ści­wy mo­ment, krzyk­nę­łam do Susy i Shaw­ny, że za­bie­ram się za sa­lon. Krzyk­nę­łam tak gło­śno, że pew­nie usły­sza­ła mnie nie tyl­ko Jej Wy­so­kość na pię­trze, ale i po­ło­wa miesz­kań­ców wy­spy. Włą­czy­łam od­ku­rzacz i po­de­szłam do scho­dów. Nie cze­ka­łam dłu­go; ja­kieś trzy­dzie­ści, czter­dzie­ści se­kund. Uzna­łam, że Ve­rze nie­wie­le bra­ku­je i po­mknę­łam na górę, bio­rąc po dwa stop­nie na­raz. I jak my­śli­cie?

Nic!

Nic… a… nic.

Z jed­nym ma­łym wy­jąt­kiem.

Z wy­jąt­kiem tego, jak na mnie pa­trzy­ła. Po­god­nie i ser­decz­nie.

– Czyż­byś cze­goś za­po­mnia­ła, Do­lo­res? – spy­ta­ła sło­dziut­kim to­nem.

– Pew­nie – wark­nę­łam – za­po­mnia­łam rzu­cić tę ro­bo­tę w cho­le­rę pięć lat temu. Daj spo­kój, Vera.

– Z czym mam dać spo­kój, ko­cha­nie? – spy­ta­ła, mru­ga­jąc po­wie­ka­mi, jak­by nie ro­zu­mia­ła, o co mi cho­dzi.

– Po pro­stu skończ te wy­głu­py. Po­wiedz uczci­wie, czy po­dać ci ba­sen.

– Po co? – za­py­ta­ła gło­sem prze­po­jo­nym szcze­ro­ścią.

– Już ci mó­wi­łam, że nie po­trze­bu­ję.

I uśmiech­nę­ła się. Nie po­wie­dzia­ła sło­wa wię­cej, ale nie mu­sia­ła. Jej uśmiech mó­wił wszyst­ko. Mam cię, Do­lo­res. Tym ra­zem prze­gra­łaś.

Nie za­mie­rza­łam się jed­nak pod­dać bez wal­ki. Wie­dzia­łam, że je­śli nie uda mi się po­de­tknąć jej ba­se­nu pod ty­łek, za­nim strze­li pierw­sze od kil­ku dni kup­sko, uty­ram się po pa­chy, żeby ją do­myć. Ze­szłam więc na dół, sta­nę­łam przy od­ku­rza­czu, od­cze­ka­łam pięć mi­nut i znów po­gna­łam na górę. Tym ra­zem nie uśmiech­nę­ła się, kie­dy sta­nę­łam w drzwiach. Le­ża­ła na boku i spa­ła… Przy­najm­niej tak my­śla­łam. Na­bra­ła mnie ta zoł­za, a wie­cie, co się mówi: dasz się na­brać raz, zmą­drzeć szyb­ko czas, dasz się na­brać dwa razy, je­steś cym­bał bez ska­zy.