Doktor Muchołapski - Erazm Majewski - ebook

Doktor Muchołapski ebook

Erazm Majewski

0,0

Opis

Fantastyczne przygody w świecie owadów. Powieść fantastyczno-naukowa Erazma Majewskiego z 1890 roku, opowiadająca o przygodach tytułowego bohatera, który zmniejszył się do wielkości owada.

Doktor Jan Muchołapski, zapalony warszawski entomolog, bez większego skutku usiłuje zainteresować swojego siostrzeńca światem owadów. Kiedy nakłoniony przez niego młodzieniec przywozi mu z wyjazdu w Tatry kolekcję złapanych okazów, doktor dokonuje zaskakującego odkrycia. Na nóżce jednej z much dostrzega przyczepioną białą okruszynę, miniaturowy list. Ekscentryczny Anglik, lord Puckins, podczas pobytu w Indiach otrzymał od bramina Nureddina cudowny eliksir, sporządzony według pradawnej, tajemnej receptury. Wracając do kraju, lord Puckins zatrzymał się w Tatrach, pod wpływem chwili wypił eliksir i nieoczekiwanie zmniejszył się do wielkości muchy. Doktor Muchołapski czym prędzej wyrusza na ratunek.

Mimo że autor Doktora Muchołapskiego był przyrodnikiem-pasjonatem, który wiedzę zdobył przez samokształcenie, jego książka zyskała uznanie uczonych uniwersyteckich. Józef Nusbaum-Hilarowicz, doktor zoologii Uniwersytetu Warszawskiego, autor wielu prac naukowych i popularyzatorskich, po ukazaniu się pierwszego wydania powieści chwalił ją na łamach „Przeglądu Tygodniowego”: „p. Majewski wywiązał się ze swego zadania bardzo dobrze (…) przystępność, barwność opisów, piękne wydanie, ozdobne rysunki uczynią to dzieło niewątpliwie bardzo poczytnym”.

Istotnie, powieść zdobyła sobie dużą popularność, zwłaszcza wśród młodzieży, do której była adresowana. Książkę kilkukrotnie wznawiano, za życia autora (wydania w roku 1890, 1892 i 1921, wszystkie trzy z ilustracjami Juliana Maszyńskiego) oraz w okresie powojennym (1957, 2013).

Jednym z czytelników, na których wywarła za młodu duży wpływ, był Czesław Miłosz. Jak pisał w eseju Pan Muchołapski: „Doktór Muchołapski pomógł mi w moim sprzeciwie wobec dorosłych, którzy zamiast cenić zajęcia poważne, jak na przykład kolekcjonowanie owadów, wolą robić głupie miny do osób płci odmiennej i przewracać oczami (…) Świat jest inny, niż nam się wydaje, i zmienia się zależnie od skali. Kiedyś, żeby to sobie uświadomić, należało zmniejszyć człowieka i oglądać dziwy przyrody jego zmniejszonym okiem. (…) Zastanawiam się nieraz nad uwagą skierowaną dzisiaj na sprawy przede wszystkim ludzkie, tak jak gdyby świat natury, w którym jesteśmy zanurzeni, słabo istniał. I jakby on to właśnie nie nasuwał wielu pytań zasadniczych, niezbyt przychylnych dla naszych wyobrażeń o życiu na ziemi”.

Powieści Erazma Majewskiego polski noblista oddał hołd w poemacie Pamiętnik naturalisty (1972), poświęcając jej niemal dwie stronice, od słów:

Mistrzom naszej młodości pozdrowienie./ (…)/ Doktorze Muchołapski, bohaterze/ Wiekopomnej wyprawy w krainę owadów.

Powieść Doktor Muchołapski Erazma Majewskiego dostępna jest jako e-book (EPUB i Mobi Kindle) oraz plik PDF.

Książkę polecają Wolne Lektury — najpopularniejsza biblioteka on-line.

Erazm Majewski
Doktor Muchołapski
Epoka: Pozytywizm Rodzaj: Epika Gatunek: powieść dla dzieci i młodzieży

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 406

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Erazm Majewski

Doktor Muchołapski

Ta lektura, podobnie jak tysiące innych, jest dostępna on-line na stronie wolnelektury.pl.

Utwór opracowany został w ramach projektu Wolne Lektury przez fundację Wolne Lektury.

ISBN-978-83-288-8138-9

Doktor Muchołapski

Fantastyczne przygody w świecie owadów

Książka, którą czytasz, pochodzi z Wolnych Lektur. Naszą misją jest wspieranie dzieciaków w dostępie do lektur szkolnych oraz zachęcanie ich do czytania. Miło Cię poznać!

I. Zaginiony turysta

W jednym z numerów czerwcowych „Poczty Karpackiej” — pisma węgierskiego, poświęconego sprawom letnich gości tatrzańskich — zamieszczono artykuł pod nagłówkiem: „Zaginiony turysta”. Czytamy w nim, co następuje: „Mamy do zanotowania tajemniczy i niezwykły w kronice życia naszego wypadek. Tydzień temu jeden z przewodników i dwóch jego pomocników przybyli do kancelarii Węgierskiego Towarzystwa Tatrzańskiego1 w Szmeksie2 z oświadczeniem, że zgubili turystę, Anglika. Przed kilku dniami udali się oni z podróżnym przez Polski Grzebień na Żabie Wierchy3. Nieznajomy okazał się w drodze wytrwałym i doświadczonym turystą. Ponieważ wzięto namiot, na pierwszą noc rozłożono się obozem u stóp Litworowych Wodospadów, w pobliżu niegościnnego, bo zawsze zamkniętego schroniska Salomona4.

O świtaniu podróżny oświadczył, że pragnie przyjrzeć się górom o wschodzie słońca, i oddalił się w kierunku Białej Wody. Nie przeczuwając nic złego, towarzysze oczekiwali cierpliwie na powrót jego do godziny dziewiątej rano. Dopiero wtedy, zaniepokojeni, czy powierzony ich pieczy nie zbłądził, rozbiegli się na wsze strony.

Kilkugodzinne wszakże nawoływania nie wydały żadnych rezultatów. Wtedy udano się aż do Roztoki, ale w schronisku Pola odpowiedziano, że od dwóch dni nikt tam nie zaglądał. Podobnie niepomyślną odpowiedź otrzymali przewodnicy w Jaworzynie i w Zakopanem, gdzie nikt opisywanego Anglika nie zauważył.

Wyczerpawszy wszelkie sposoby odszukania zaginionego cudzoziemca, strapieni przewodnicy powrócili do Szmeksu, meldując władzy o zagadkowym zniknięciu.

Węgierskie Towarzystwo Tatrzańskie, przypuszczając nieszczęśliwy wypadek, zarządziło ścisłe poszukiwania, ale i teraz na najmniejszy choćby ślad zaginionego nie natrafiono. Co więcej, nazwisko jego pozostało tajemnicą, gdyż nieszczęśliwy przybył bez bagaży i nie nocował w żadnym hotelu. Widziano go tylko dwa razy w jednej z pierwszorzędnych restauracji. Jedyną torbę podróżną, którą przy nim zauważono, zabrał ze sobą; zresztą, wszystkie potrzebne do wycieczki przedmioty i namiot zakupił na miejscu, płacąc hojnie.

Jedni przypuszczają, że był to desperat, który w tajemniczy sposób odebrał sobie życie, inni domyślają się w nim jakiegoś przestępcy, którego celem było zmylenie śladów pogoni”.

II. Tajemnicze poszukiwania

Na schodach jednego z domów przy ulicy Miodowej w Warszawie umilkła nagle trzepaczka pana Antoniego.

— Dobry wieczór, panie Grzegorzu — powitał przybyłego kolegę z przeciwka, wymierzając ostatni cios w sam środek perskiego dywanu. — A cóż tam u was słychać?

— Źle, panie Antoni, źle z moim starym!

— Co? Może zbuntował się przeciwko panu Grzegorzowi?

— Et! Gorzej jeszcze...

— Więc niezdrów?

— I nie to...

— No, to chyba tej zguby szuka jeszcze od wczoraj?

— Nie inaczej! Obiadu nawet nie tknął i cięgiem5 czegoś upatruje.

— Musi to być jakiś klejnot drogi, kiedy się tak dla niego mizeruje6?

— Gdzie tam! Mój pan nie dba o takie rzeczy, a przy tym ziarnko piasku już by chyba znalazł, a tu nic i nic!

— Więc cóż to może być?

— Nie mogę zmiarkować7, ale zły to znak, jeśli kto szuka jakiegoś pisania w szparach podłogi, gdzie nawet szpilki by nie ukrył, i każe zbierać garściami prochy z ziemi, aby je pod szkiełkiem przebierać. W tych prochach nie ma ani kruszyny papieru, a przecież sam mi wyraźnie powiedział, że szuka jakiegoś pisania, co je zgubił przy biurku. Wczoraj, przynoszę obiad, patrzę, pan leży na podłodze jak długi i zagląda przez szkiełko w szparę między deskami. Ani przerwał roboty, choć mnie usłyszał, tylko końcem ołówka przewracał każdy proszek i kruszynkę. Każdy szmatek śmieci otrząsnął i odłożył osobno. Sapał biedaczysko, obcierał pot, aż żal mi się go zrobiło, a nie było końca tej robocie...

— A to ciekawa historia! Ja myślę, panie Grzegorzu, że wasz stary... — i nie dokończył zdania, wskazując wymownie palcem na czoło.

— Co znowu! Taki uczony człowiek!

Pan Antoni zaśmiał się po raz wtóry8 swym śmiechem rubasznym, który niemile dotknął Grzegorza.

— Dobry sobie pan Grzegorz! A cóż to, nie wiadomo, że właśnie uczenie najwięcej rozum odbiera? My na przykład, nie przymierzając, ludzie jak się należy, nie bylibyśmy z pewnością tacy, gdyby nam kazali patrzyć w te szkła i książki jak waszemu albo rozbijać fortepiany, jak to praktykuje mój, od wieczora do rana. W głowie by nam się poprzewracało od tej mądrości i muzyczności ciągłej. Przecie mój to już niedługo powędruje do Jana Bożego9 razem z innymi. Jak ci co dzień zacznie bić po klawiszach, a słucha ci ich czasem ze sześciu, to tłucze, że niech ręka boska broni, ani ładu, ani składu, a oni siedzą jak trusie, żeby chociaż który nogą ruszył. Jeden patrzy w sufit, drugi w but, trzeci oczy zamknie, gębę rozdziawi i kiwa głową i godzinę ci tak, jak lunatyki, przesiedzą... niech ręka boska broni! — I splunął.

— Et! Zwyczajna rzecz, słuchają bez grzeczność, inaczej nie wypada, ale co innego z moim panem...

Nie dokończył, bo doszedł go okrzyk radości, jaki się rozległ z gabinetu, okrzyk o tak niezwykłym brzmieniu, że zapominając rozpoczętego zdania, pan Grzegorz rzucił swemu towarzyszowi krótkie: „Muszę lecieć!” i znikł we drzwiach przedpokoju.

Widok, jaki go czekał, był oryginalny. Rozpromieniony pracodawca trzymał na dłoni jakiś bardzo drobny przedmiot. Zbliżywszy się do biurka, złożył go na czystej ćwiartce papieru z ostrożnością, jakby to był kwiat paproci10, potem zatarł ręce i uśmiechnął się triumfująco.

— A więc mam cię nareszcie, nieszczęsna odrobinko, coś mi zatruła trzy dni życia, coś mi przez trzy noce nie pozwoliła zamknąć znużonych powiek! — zawołał z uśmiechem, stojąc przed biurkiem i wpatrując się w biały proszek. — Za chwilę więc rozstrzygnę dręczące mnie niepewności... Odetchnę pełną piersią i przekonam się, czy nie jestem wariatem! Grzegorzu, podajcie mikroskop!

Grzegorzowi, który wysłuchał monologu, stanął przed oczami jak żywy pan Antoni z palcem u czoła.

— Ot, nowa bieda! A ja myślałem, że się już utrapienie skończyło. Może by odłożyć robotę — zaczął nieśmiało. — Czas na obiad... pan głodny...

— Dajcież mi spokój z waszymi obiadami! Czyż mógłbym teraz myśleć o jedzeniu? Jestem na drodze do niesłychanego odkrycia!

Biedny sługa podrapał się w głowę.

— Proszę pana, do czego to podobne? Na wszystko pora... O! Po obiedzie podam mikroskop, co tu pilnego!

— Masz tobie! Znów mi się sprzeciwia! Grzegorzu, co się wam stało?

— Ależ, panie, szósta godzina!... z czego będą siły?

— Nie będę nic jadł! Proszę o mikroskop!

Cóż było robić? Grzegorz, choć zawsze bywał górą, tym razem poczuł, że nic nie wskóra. Postawił więc na stole narzędzie, skierował lusterko na szkło przedmiotowe i oddalił się, złorzecząc zapewne wynalazcom drobnowidzów11. Pan tymczasem gotował mu większe niespodzianki.

Skoro tylko proszek znalazł się na szkiełku, a odpowiednio zbliżone soczewki pozwoliły obejrzeć badany przedmiot, nasz uczony nawet dla mniej wprawnego obserwatora przedstawiał niezwykłe widowisko. Zerwał się gwałtownie od stołu, chwycił oburącz za głowę; przetarł oczy, spojrzał w szkła i nareszcie zwrócił się do sługi:

— Słuchaj, Grzesiu, czy nie wyglądam czerwono?

— Gdzieby zaś...

— Uszczypnij mnie mocno w rękę!...

Grzegorz spełnił polecenie z ostrożnością i niedowierzaniem.

— Mocniej!

— Nie mogę...

— Zobacz puls! Podaj mi wody!

Biedny Grzegorz zwijał się jak mógł, kiwał strapioną głową, a głośno upewniał pana, że zdrów zupełnie. Niespokojny, myślał już tylko nad tym, jak by co prędzej sprowadzić lekarza.

Pan tymczasem usiadł przed mikroskopem i nie ruszył się już aż do późna w nocy.

Źle mówię, bo był ciągle w ruchu. Przewracał kartki słownika, zapisywał coś ustawicznie i spoglądał co chwila w mikroskop.

Grzegorz nie zmrużył oka. Był już pewny, że pan zachorował. Przemyśliwał tylko, co począć rano i kogo zawezwać. Tak doczekali obaj brzasku dziennego. Kiedy niekiedy nasz uczony wstawał i chodził gorączkowo po pokoju, wymawiając niezrozumiałe zdania.

Nareszcie legł nad ranem w ubraniu i przespał do dziesiątej. Ledwie się zbudził, Grzegorz, oczekujący nań od dwóch godzin ze śniadaniem, otrzymał polecenie upakowania walizy podróżnej.

— Wyjeżdżam dziś za granicę, przygotować mi wszystko na trzecią godzinę — brzmiało krótkie rozporządzenie.

Potem wręczył Grzegorzowi list zapieczętowany, z poleceniem oddania go panu Janowi, ale nie wcześniej, aż się sam zgłosi, i nie rzekłszy nic więcej, wyszedł na miasto.

Że święciło się coś nadzwyczajnego, poznał Grzegorz po tym, iż pan wyszedł w obuwiu nieparzystym12, a na popielniczce zostało trzydzieści niedopałków zamiast zwykłych pięciu lub sześciu wypalanych podczas bezsennych nocy.

III. Mój wuj. Księgozbiór mego wuja

Uczony, którego czytelnicy przed chwilą poznali, jest moim wujem.

Takiego wuja z pewnością żaden z moich czytelników nie posiada. Najprzód trzeba państwu wiedzieć, że jest on sławną w świecie osobistością, po wtóre — wielkim oryginałem.

Tytuł „znakomity” nie stanowi wprawdzie osobliwości w naszym obfitującym w wielkich ludzi społeczeństwie, ale gdy dodam, że bohater mój jest prawie najważniejszym działaczem w niniejszej opowieści, mam nadzieję pozyskać dla niego odrobinę uwagi i pobłażania.

Jest on znakomitym zoologiem i jako taki mógłby być przyjemny, a nawet pożądany w towarzystwie, gdyby nie posiadał nieszczęśliwej żyłki nawracania każdego, kto mu się nawinie, do swej ulubionej nauki.

Nie zapomina ani w dzień, ani w nocy o owadach, a skoro się zapali, wychwalając uroki i rozum napowietrznych istot, najlepiej wtedy zejść mu z oczu, staje się bowiem nudny, a nawet okropny.

Ta słabość do ulubionego przedmiotu nie tylko mnie, ale wszystkim znajomym mocno dała się już we znaki. Wujaszek nie umie literalnie o niczym innym mówić, jak tylko o owadach i entomologii13. A jak cudnie i ogniście przemawia!... Gdyby nauka o owadach była religią, mój wuj z pewnością w liczbie jej kapłanów pierwszorzędne zajmowałby stanowisko.

Ale dosyć! Zaczynam obmawiać zamiast przedstawić łaskawym czytelnikom szanownego męża, bo pewno nie domyślacie się jeszcze, o kim mówić zamierzam.

Jakkolwiek brzydko to nie znać własnego zoologa, którego szanuje świat cały, nie dziwię się wam jednak wcale. Sława nie bez przyczyny jest rzeczownikiem rodzaju żeńskiego, gdyż jest to rzecz bardzo kapryśna, zupełnie jak cała piękniejsza połowa rodu ludzkiego.

Są więc u nas sławni ludzie, którzy nie zasługują na to, są nieznani, którzy powinni być sławni. Gdyby mój wujaszek pisywał wiersze drukowane w kurierach14, znalibyście bez wątpienia jeśli nie dzieła, to już przynajmniej nazwisko jego, a podobizny oblicza „znakomitego męża” ozdabiałyby zarówno wystawy księgarskie, jak i wasze albumy fotograficzne. Ale że jest sobie tylko przyrodnikiem, który ani jednego nie wygłosił odczytu, nic dziwnego, że nie znają go szerokie koła naszej inteligencji.

Pocieszać się jedynie może starym przysłowiem łacińskim: „Nemo propheta in patria sua”15 oraz tym, że zwykle o ludziach, których szanuje cały świat uczony, najbliżsi wiedzą najmniej lub to tylko, czego tamci nie wiedzą.

Mój wuj, Jan Muchołapski, jest doktorem rzeczywistym Wszechnicy Jagiellońskiej, a doktorem honoris causa16 uniwersytetów w Oksfordzie, Heidelbergu i Jenie.

Aby wam dać pojęcie, jak ciężkiego to kalibru uczony, dość będzie, gdy powiem, że przyjaciele nieboszczyków Agassiza17 i Darwina18 — Milne-Edwards19, Schiner20 i Löw21 zostawali w naukowych stosunkach z moim wujem, z obecnie zaś żyjących dipterologów22 tacy jak baron von Osten-Sacken, Wiktor Roeder, Mick, Bigot, Meade i nasz Dziedzicki23 prowadzą z nim stałą korespondencję.

Jest on czynnym członkiem wszystkich chyba zoologicznych i entomologicznych towarzystw, a zarazem korespondentem mnóstwa czasopism specjalnych. Napisał między innymi ogromną rozprawę O porównawczych badaniach nad gębą owadów24 i dwutomową monografię łowików (Asilidae)25.

Ta ostatnia praca zjednała mu w młodym już wieku europejską sławę, ale zarazem tak zaciążyła w życiu, że nasz uczony odtąd z największą odrazą spogląda na te muchy i prosi przyjaciół, aby mu ich nie nadsyłali.

Przyczyna tej niechęci rzadko komu jest znana, bo doktor nigdy drażliwego przedmiotu nie porusza, ale sługa wasz zna tajemnicę i wkrótce się nią z wami podzieli.

Pomimo wszystkiego, com powiedział o swoim wuju, nie znacie go jeszcze wcale.

Aby człowieka poznać, najlepiej jest pono rozpatrzeć się w jego otoczeniu. W myśl tej maksymy zamiast mówić o nim, zaprowadzę was do gabinetu „znakomitego” męża.

Jest to duży pokój wypełniony książkami i zbiorami. Na ścianach pełno rysunków, o tyle dla wuja wymownych, o ile dla nas niezrozumiałych.

Kilka szaf przy ścianach, na środku duże biurko zarzucone stosem książek i papierów, obok biurka stolik — ot i wszystko, reszta bowiem umeblowania nie zasługuje na uwagę.

Na stoliku króluje mikroskop, otoczony świtą szczypczyków, flaszeczek, nożyków i szpilek.

Skromny ten i cichy przybytek wystarcza memu wujowi za świat cały. Nie uczuwa on tutaj samotności, otacza go bowiem liczne i dobrane towarzystwo, ukryte w szafach. Pełno tu znakomitości, z którymi rozprawia, kiedy chce, a one, zawsze cierpliwe i poważne26, niosą wujowi uczoną pomoc o każdej porze dnia, a nawet nocy.

Przez szyby biblioteki błyszczą pstre szeregi książek dużych i małych, cienkich i grubych, okazałych i niepozornych, nowych i starych. Zupełnie to jak ludzie, z postaci i wewnętrznej wartości rozmaici.

Jeden tom wyświeżony, niby modny elegant, inny zaniedbany, w wyszarzanym odzieniu, zaledwie śmie sąsiadować ze strojnym jegomościem.

W bibliotece wuja są bowiem i książki zniszczone, o podartych grzbietach, pozałamywanych kartach, na których pełno dopisków. Niepozorne aż strach! Ale mimo to z tymi obdartusami jest mój wuj w najściślejszej zażyłości i w wytartym, znoszonym odzieniu są mu one milsze i droższe aniżeli inne, sztywne i eleganckie tomy.

Z tamtymi jest na stopie etykietalnej, z tymi, jak z dobrymi przyjaciółmi, obcuje bez ceremonii i szczerze.

I tak jak ludzie, niejedna z owych niepozornych, bibulastych książek wartością stokroć przewyższa okazałe dzieła, drukowane na welinie27, a oprawne w safiany28 i złoto.

Ale miałem was zapoznać z towarzystwem wuja, a zabawiam się filozofowaniem!

Otóż zaczynam od górnej półki, na której spoczywa siedmiotomowe dzieło Meigena29 o muchach europejskich. Rozglądałem się pewnego razu w tym dziele, opisującym mnóstwo gatunków much leśnych, polnych i ogrodowych, ale pomimo złudnych pozorów gruntowności znalazłem30 je wielce niedokładnym.

Pojmiecie łatwo, szanowni czytelnicy, moje zgorszenie, gdym spostrzegł, że ten niby wyczerpujący autor ani słówkiem nie wspomniał o muchach zamieszkujących nosy i noski ludzkie, których (much ma się rozumieć, nie zaś nosów) jest przecież niemała ilość na świecie. Gruntowne studium nad tą kategorią much byłoby ze wszech miar ciekawe i pouczające.

Obok tej monografii stoi na półce inna powaga w kwestii much. Jest to praca Schinera. Jakkolwiek prócz tych dwóch znakomitych autorów pisało o muchach jeszcze bardzo wielu innych przyrodników (nie obawiając się przesady, powiem, że przynajmniej było ich paruset, a z dzieł ich można by złożyć bardzo pokaźną bibliotekę), to jednak, rzecz szczególna, wszyscy zostawili odłogiem najwdzięczniejszą gałąź dipterologii i żaden nie dotknął nawet słówkiem kategorii dwuskrzydłych pasożytów nosa.

Powinniśmy wszakże spodziewać się, spoglądając na dowody niewyczerpanej energii, jaką ujawniają koledzy mego wuja w poszukiwaniu nowych gatunków, że niezadługo uda się im wyjaśnić tajemniczą kwestię: dlaczego wspomniane muchy najchętniej gnieżdżą się w mniejszych noskach, gdy przecież wygodniej i przestronniej by im było lokować się w dużych nosach. Przydałoby się także myślącemu ogółowi wyjaśnienie zagadkowego faktu: dlaczego przedkładają one zgrabne noski nad brzydkie? Czyżby muchy znały się na estetyce, i to w ludzkim jej pojmowaniu? Są to, jak widzicie, czytelnicy, bardzo interesujące pytania, porzućmy jednak, jako nieentomologowie, tyle ciekawe, ale zarazem specjalne kwestie i wracajmy do biblioteki, której przegląd jeszcze nieskończony.

Ze wspomnianymi dziełami sąsiaduje dziewięciotomowa monografia Hahna31, zajmująca się stworzeniami nader znienawidzonymi przez człowieka. Z powodu samej nazwy ciąży na nich taka niełaska estetyków, że obawiam się piorunów z ich Jowiszowej32 ręki za wymówienie samego nazwiska, sprawiającego niemiłe wrażenie nie tylko na filozofach, ale i na gosposiach miłujących schludność i spokój, a przede wszystkim spokój podczas snu.

Domyślacie się zapewne, że chcę wspomnieć o... pluskwach (przepraszam za wyrażenie!). Nie potrzebuję chyba dodawać, że mam na myśli tylko te dyskretne stworzonka, które przepędzają żywot swój z dala od siedzib ludzkich i zadowalają się podziwianiem cudów bożych, szczodrze rozsianych wśród pól i lasów.

Co się tyczy zwierzątka pobudzającego ród ludzki do... porządku, stanowi ono tylko jeden rodzaj w tym licznym pokoleniu33. Jest to gatunek najskąpiej we wdzięki uposażony, prawdziwy rodzaj pariasa34. Nie mogąc widocznie dobić się wśród swoich żadnego uznania, a nie chcąc cierpieć wzgardy od współbraci, powziął niepraktyczną myśl oddania się pod opiekuńcze skrzydła ludzi. Trafił jednak zapewne z deszczu pod rynnę, boć35 trudno nazwać żywot pluskwy domowej wesołym. Powymyślano dla niej mnóstwo środków „ekspulsyjnych”36 i w proszkach, płynach, torturach, a nawet pod... pantoflem codziennie miliony ich giną śmiercią męczeńską. Na pochwałę pluskwy trzeba jednak dodać, że mimo najsroższych prześladowań reszta mężnie, a nawet z podwojoną ostrożnością broni siedzib, w których od prababek wiedzie swój ciężki żywot, pełen zdrad i walki.

Obok tylko co wyliczonych klasyków przyrodoznawstwa rozpiera się wspaniałe dzieło Toussaint de Charpentiera37, zawierające opisy i wizerunki ważek, łątek i panien38, nadobnych39 mieszkanek brzegów strumieni i rzek.

Prawdziwe to boginki, nimfy i rusałki40, o tyle nadobne, o ile drapieżne.

Niżej błyszczy złotymi literami na bieluchnej cielęcej skórce siedemnaście razy wybite na tyluż tomach imię głośnego de Candolle’a41. Tomy te zawierają treściwe opisanie stu pięćdziesięciu tysięcy roślin całego świata. Szkoda, że po łacinie, bo można by tę lekturę polecić cierpiącym na bezsenność. Z pewnością pozamykano by fabryki morfiny42 i niektóre teatry, gdyby książka ta była dla ogółu dostępna.

Usypiające to dzieło sąsiaduje z tomami, na których czytamy imiona Réaumura43, Burmeistra44, Latreille’a45 i innych najznakomitszych entomologów. O każdym z nich dałoby się tyle przynajmniej powiedzieć, co się pisze o nowej farsie lub komedii, ale ponieważ czytywanie sprawozdań z dzieł uczonych jest rzeczą niemodną, pewno by niektórzy z mych czytelników, jak od de Candolle’a, zasnęli, odłożę więc ten przedmiot do czasów, gdy zasypianie nad naukowymi sprawozdaniami stanie się modnym sportem.

Nie chcę już nużyć swoich czytelników wyliczaniem zawartości drugiej szafy, bo pełna jest cienkich i suchych broszurek. Są to najważniejsze monografie46 entomologiczne. Nie ma tak błahego pozornie przedmiotu, którego by nie dotknęły obszernie pióra zoologów. Dają oni w traktatach swoich dowody takiej cierpliwości z jednej strony, a przenikliwości z drugiej, że mogliby zająć wśród powag śledczych najpierwsze stanowiska.

Trzecia i ostatnia szafa mieści czasopisma i tygodniki. „Benchty”, „Bulletiny” i „Memoiry” najrozmaitszych akademii i uczonych towarzystw znajdują się tu w dziwnie przykładnej, bo milczącej zgodzie. Z ich pomocą dr Muchołapski, nie ruszając się z pracowni, wie, co się dzieje w świecie naukowym, z taką samą dokładnością, z jaką każdy prenumerator kurierów powiadamiany bywa o najświeższych połamaniach nóg i rąk, o pożarach, pobiciach itp. najciekawszych wydarzeniach świata.

Te ostatnie, jako żywotniejsze, słusznie bliżej nas obchodzą, tłumaczyć też nie trzeba, co za olbrzymie korzyści z karmienia się podobną „lekturą” spływają na ludzkość w ogólności, a na małoletnich w szczególności.

Nie trzeba dowodzić, jak potężnie rozwijają się młodociane serca i umysły na kronice spraw kryminalnych, na rubryce „najpikantniejszych skandalików” i „dowcipnych figlów” „rycerzy kunsztu” złodziejskiego, które podaje się zwykle czytelnikom w możliwie najbarwniejszej i lekkiej formie; jak kształci się ich styl na górnobrzmiących sprawozdaniach artystycznych, przepełnionych „ekspresjami”, „modulacjami”, „interpretacją” „egzekucjami”.

Zważywszy, ile milionów ludzi zaspokaja duchowe potrzeby w tej krynicy, dziwić się należy, że jeszcze i tak za dużo papieru zadrukowuje się sprawozdaniami i odczytami naukowymi, które powinny nazywać się raczej „nieczytami”, bo wszak ich żaden szanujący się mecenas prasy brukowej nie czytuje.

Podoba Ci się to, co robimy? Jesteśmy organizacją pożytku publicznego. Wesprzyj Wolne Lektury drobną wpłatą: wolnelektury.pl/pomagam/

IV. Muzeum. Smutna historia łowika

Obejrzeliśmy nieoszacowane skarby, jakie mieści biblioteka dr. Muchołapskiego.

Poznaje on z niej liczną menażerię kuli ziemskiej i dobrze mu z tym. Kto zaś chciałby łatwiejszym i przyjemniejszym sposobem zawrzeć znajomość z zoologią, może zwiedzać smutne lazarety47 i domy katuszy, zwane „ogrodami zoologicznymi”. Tam oprócz widoku anemicznych małp, zakatarzonych lwów i zreumatyzmowanych lampartów może napawać się wonią wcale nieprzypominającą dziewiczych lasów podzwrotnikowych. Wuj mój z politowaniem odzywa się o tych szpitalach i nie bywa w nich wcale.

Jego ogrodem zoologicznym jest kraj nasz cały, a gdzie stąpnie, może obserwować najrozmaitsze i najciekawsze zwierzęta na wolności.

Ma on przy tym w swym pokoju coś lepszego niż szpitale zoologiczne, bo prawdziwy cmentarz, nie gorzej pewno utrzymywany od katakumb48 paryskich.

Cmentarz ten, założony przez wuja, droższy mu jest od biblioteki może dlatego, że zajmuje w nim wszystkie posady, poczynając od grabarza, a kończąc na nagrobkarzu. Co więcej, był nawet głównym medykiem wszystkich lokatorów wspomnianych katakumb. Sądzę, że najznakomitszy nawet lekarz, gdyby zbierał wszystkich pacjentów, którym ułatwił wyemigrowanie z tego padołu nędzy doczesnej, jeszcze by nie zdołał zgromadzić tak pokaźnej kolekcji.

Nieduża szafa mieści na swych półkach przeszło 20 000 owadów, schwytanych, zabitych i upozowanych własną doktora ręką.

Dwadzieścia tysięcy egzemplarzy! Ileż to pracy i czasu pochłonęło samo zgromadzenie takiej liczby!

Ale igraszką jest chwytanie, mordowanie i przenoszenie do zbioru wobec trudności rozpoznawania zdobyczy. Dr Muchołapski, przyjmując nowego gościa do swego zbioru, pragnie poznać jego imię i nazwisko, ale że biedne owadki obywają się bez biletów wizytowych, trudno więc idzie z przedstawieniem się gospodarzowi. Filozof nasz jest jednak wyrozumiały; bierze po kolei każdego lub każdą pod lupę, a niekiedy pod mikroskop, i po mozolnej pracy, trwającej czasem kilka godzin, odszukuje imię gościa przy pomocy ksiąg genealogicznych, których pełna jest jego biblioteka.

A iżby nadal go nie zapomniał, zapisuje je na kartce zdobiącej szpilkę, na której tkwi lokator jego muzeum. W ten sposób zameldowani goście, wśród których znajdzie się wielu dygnitarzy owadziego świata, są, przyznacie sami, milsi i drożsi od niemeldowanych. Muzeum doktora posiada i tych ostatnich sporą ilość, a są to wszytko niedawno pomordowane osobniki, z którymi jeszcze nasz zoolog nie miał czasu zawrzeć bliższej znajomości. Mieszczą się one w osobnych pudłach, pomieszane bez względu na dostojeństwo i pochodzenie. W tym miejscu czasowego spoczynku oczekują cierpliwie na... sąd szczegółowy, po którym każdy z nieboszczyków przenosi się, stosownie do zapadłego wyroku, z grobu jeneralnego49 do grobów familijnych, a tam już stałe otrzymuje pomieszczenie.

Niekiedy, ale to bardzo rzadko, zdarza się, że badany co do imienia i nazwiska owad nosi cechy niezgadzające się z żadnym rysopisem. Gorliwość w poszukiwaniach mego wuja rośnie wtedy w zastraszający sposób. Gorączkowo przegląda wszystkie rodowody i metryki owadzie, a jeśli mimo wszelkich starań pomyślnym skutkiem nie zdołał uwieńczyć poszukiwań, dochodzi do przekonania, że obserwowany owad nie ma dotąd metryki. Wtedy oblicze szanownego męża rozjaśnia się niebiańskim blaskiem, a z całej jego postaci bije uroczysty nastrój; czuje on, że mu przypada w udziale zaszczyt zostania ojcem chrzestnym nowego gatunku!

Dnie uwieńczone podobnymi rezultatami należą do najszczęśliwszych w życiu każdego faunisty. Tylko prawdziwi ojcowie zdolni są odczuć radość i dumę, jaka rozsadza w tak uroczystych chwilach pierś zoologa.

Sama myśl, że ma prawo nazwać jakim mu się spodoba imieniem nowo narodzony dla wiedzy nabytek, zdolna jest spędzić sen z najbardziej znużonych powiek. Jeżeli dodamy do tego okoliczność, że jako ojciec chrzestny uwiecznia przy nowym imieniu owada własne jeszcze nazwisko, nie będziemy się dziwili gorliwości systematyków w zdobywaniu dla wiedzy coraz to nowych, nieznanych dotąd gatunków.

Nawiasem dodam, że jeśli tak dalej pójdzie, jak szło dotąd, liczba gatunków za lat dziesięć podwoi się, za dwadzieścia potroi, a za sto lat, kto wie — może tyle będzie już gatunków, ile osobników?!...

Wuja mego namiętność do ojcowania owadom drożej raz kosztowała, niż to przypuszczać mogą piękne czytelniczki moje.

Było to już dawno, ja tego nie pamiętam; wuj zachowuje o tej epoce głębokie milczenie, ale są dobrzy ludzie, co pamiętają wypadek, po którym wstręt do łowików (Asilidae) pozostał wujowi na całe życie.

Doktor Muchołapski studiował przed laty z młodzieńczym zapałem tę rozbójniczą rodzinę much. Nie było wówczas dla niego ani bąkowatych (Tabanidae), ani bujankowatych (Bombyliidae), ani kobyliczek (Rhagionidae); za nic miał wszystkie długorożkowe muchy, zwane komarami, a także krótkorożkowe (Brachycera)50, stanowiące razem ogromną rodzinę much właściwych. Dla niego istniały tylko drapieżne muchy o wysmukłych ciałach i bystrym locie, posiadające prócz wielkiej siły potężnie rozwinięte tylne nogi, którymi chwytają w powietrzu inne muchy oraz owady i żywią się ich sokami.

Poza dwuskrzydłymi rozbójnikami z tej rodziny wuj mój nic w lesie i przy drogach nie widział, na żadnego by najzwinniejszego bekasika (Rhamphomyia)51 i wujka (Empis) nie spojrzał.

Mogła mu nawet śliczna garbatka (Hoplocyrtoma), o karmazynowych oczach, porwać sprzed nosa choćby piękną hemileę (Hemilea dimidiata) — rzadki bardzo gatunek much, jakiego nie miał dotąd w zbiorach — obie nie obchodziły go zupełnie. Dopiero gdy pojawił się zuchwały jaki żbiczek (Dasypogon)52, albo chudzik (Leptogaster)53, dr Muchołapski ścigał go zapamiętale dopóty, dopóki nie schwycił zucha i nie obejrzał z bliska, co za jeden. Jeśli to był pospolity śmiertelnik, puszczał go na wolność, skoro zaś zdobył rzadko przytrafiający się okaz, wracał z tak rozpromienioną twarzą do domu, że przechodnie na ulicy widząc go, zapytywali: „Azali54 to nie ten, co wygrał główny los w ostatnim ciągnieniu?”.

Choć całą myślą zatopiony w krainie much, miał jednak dr Muchołapski serce i był młody.

Serce to zabiło raz żywiej nie do rozbójki włochatej (Laphria gibbosa)55, ale do ślicznej dwurękiej istotki, która nawzajem nieobojętnym rzucała oczkiem na młodego naturalistę56.

Pomimo perswazji znajomych, zapewniających, że żaden naturalista, zakochany w muchach lub motylach, nie może być dobrym mężem, przyszło do porozumienia. Oznaczono dzień ślubu, ukończono przygotowania i wszystko poszłoby zwykłym trybem, gdyby między dwoje zakochanych nie wmieszał się piękny łowik.

Marna mucha zerwała małżeństwo, a jak to się stało — w trzech słowach opowiem.

Dzień, w którym nasz naturalista miał poprowadzić do ołtarza piękną narzeczoną, był jasny, pogodny i bezwietrzny. Zupełnie taki, jakiego było potrzeba do ekskursji57 na muchy. Dr Muchołapski jednak, ubrany już we frak, nie myślał o dwuskrzydłych istotach. Pociągniony jedynie śliczną pogodą i przyzwyczajeniem, postanowił ostatnią wolną godzinę spędzić w Łazienkach Królewskich58. Idąc, rozmyślał nad szczęściem przyszłego pożycia, gdy naraz przed rozmarzonym wzrokiem jego mignęła się jakaś dwuskrzydła istotka. Spojrzał i stanął jak wryty. Miał przed sobą łowika, ale takiego łowika, jakiego jeszcze nigdy nie widział! Serce zabiło mu jak młotem. Zataił dech i zbliżył się do listka, chcąc dokładnie obejrzeć osobliwy okaz, tymczasem ostrożny owad, pozwoliwszy upewnić się, że jest rzeczywiście niezwykłym gatunkiem, uleciał sobie na dalszą gałązkę. Nasz naturalista, nie tracąc go z oczu, zbliżył się na palcach, ale łowik, nie w ciemię widać bity, oddalił się w porę. Powtórzyło się to kilka razy i rozbawiona mucha zaprowadziła go na drugą stronę klombu. Przyrodnik tracił ją z oczu i odnajdywał ciągle i tak grali sobie w chowanego, a czas leciał i leciał. Nadeszła godzina ślubu, gdy łowik ulokował się bardzo wysoko, tak wysoko, że aby go nie stracić z oczu, trzeba było wleźć na drzewo. Nie było czasu do namysłu.

Autor monografii łowików, lubo59 we fraku, znalazł się na gałęzi i czołgając, zbliżał się jak tygrys do ofiary. Był cały wzruszony. Rozgrzany oporem, powiedział sobie, że muchę musi posiadać. Wobec takiej determinacji łowik z pewnością tragicznie by skończył, gdyby nie wmieszała się w całą sprawę „siła wyższa” w postaci brata narzeczonej.

Zaniepokojony nieobecnością pana młodego orszak wysłał gońców do mieszkania naturalisty, a tymczasem brat panny, który wypadkiem dowiedział się o jego spacerze w stronę Łazienek, udał się do parku, gdzie ślepy traf doprowadził go na miejsce łowów.

Tu, na widok przyszłego szwagierka, ulokowanego na stanowisku zupełnie nieodpowiednim ważności chwili, skamieniał z podziwu60.

— A pan co tu robisz? — wykrzyknął zdumiony. — Wszyscy czekają, szukamy pana!

„Także wybrał się w porę — pomyślał nasz bohater, nie spuszczając oczu z łowika. — Gotów mi spłoszyć zwierzynę!”

Pełen więc troski, dał ostrożny znak ręką, aby mu nie przeszkadzano, i kocim ruchem posunął się na wyższą gałąź.

Tego było za wiele dla osłupiałego drużby.

— Co pan, u diabła, robisz na tym drzewie? — zawołał.

— Ciszej, ciszej! — szeptał zapalony naturalista. — Ciszej, bo go pan spłoszysz...

— Kogo mam spłoszyć, u licha? — krzyknął młody człowiek, tracąc zimną krew. — Złaźże co prędzej!

— Uważasz pan, spotkałem pysznego61 łowika, zaraz go uchwycę... — brzmiała przytłumiona odpowiedź — tylko nie krzycz pan tak głośno, bo mi ucieknie.

Brat panny młodej patetycznie załamał ręce i wzniósł oczy do nieba, jakby wzywał je na świadka.

— Narzeczona czeka i goście także, a ten jak małpa za robakami po drzewach łazi! — zawołał wreszcie, odzyskując zamarły z oburzenia głos.

— Zapominasz się pan! — odezwał się głos z góry. — Ja pracuję dla nauki i nie zrzeknę się tej służby za żadne skarby świata!

— Ależ nauka nauką, a tam moja siostra czeka; słyszysz pan?! — zawołał podniesionym głosem gorący młodzieniec.

— Powiedziałem, że w tej chwili nie zejdę, a za małpę zdasz mi pan rachunek! — rzucił mu rozogniony dr Muchołapski i utkwił na nowo wzrok w łowika.

Na takie dictum62 niedoszły szwagierek uniósł się jeszcze większym gniewem, ale i to nie poskutkowało. Doprowadzony do ostateczności przyszły szwagier nazwał Muchołapskiego skończonym wariatem i zaklął się na honor, że siostra nie zniesie podobnego lekceważenia, że od dawna cała familia63 i on sam odradzali jej związek z podobnym idiotą, a następnie, nie czekając odpowiedzi, pobiegł rozwścieczony w stronę miasta.

W czasie tej awantury łowik, zgorszony widocznie tonem dyskusji, dyskretnie przeniósł się na inne drzewo. Koniec końcem nasz bohater łowika nie schwytał, prędko oprzytomniał i przybiegł do kościoła w podartym fraku, ale po to jedynie, aby się dowiedzieć, że rozjechano się i ślubu nie będzie. Od progu zaś narzeczonej odprawiono go oświadczeniem, że panna spazmuje i widzieć go nie chce, rodzice zaś radzą, aby skandaliczne zerwanie małżeństwa na drugi raz lepiej umiał upozorować niż polowaniem na łowika. W dodatku brat panny za despekt64 wyrządzony jego rodzinie wyzwał zoologa na rękę65 i o mały włos nie zabił. Przeciął mu żyłę nad ramieniem.

Biedny męczennik nauki srodze odczuł zawód miłosny, jaki w niego ugodził, i posądzenie o nędzną komedię; ale zbyt dumny, aby to okazać, wyrzucił tylko łowiki ze zbiorów, wyjechał za granicę na lat kilka, przebolał i wrócił, postanawiając nigdy się nie żenić.

„Dwóm ideałom służyć nie można” — powiedział sobie i oddał się niepodzielnie entomologii.

Od tego czasu sporo lat upłynęło.

Stał się sławny, odkrył ze sto gatunków much, ale rana, choć zabliźniona, odzywa się niekiedy. Wtedy zagorzały naturalista traci zapał, który go ożywia, posępnieje, czoło jego okrywa się fałdami, a tęskne oczy, wpatrzone gdzieś w dal, ścigają różowe obrazy przeszłości...

V. Skutki wyrzutów sumienia

Ilekroć wuj dowiadywał się o odkrytych przez swych kolegów nowych gatunkach, tyle razy tęsknym wzrokiem obejmował swoje pudełka, zawierające niedeterminowane66 jeszcze okazy, i wzdychał głęboko. Twierdził, że do robienia odkryć trzeba mieć specjalne szczęście, jak do wygrywania w loterię, a tego szczęścia niebo mu odmówiło. Zaledwie kiedy niekiedy uda mu się odkryć mizerny gatuneczek, gdy mniej pracowici koledzy liczą nowe zdobycze na setki. W takim nastroju ducha z najwyższym zapałem przegląda nowe zdobycze, bo któż wie, czy nie kryją osobliwości, jakie nową chwałą mogą opromienić imię Muchołapskiego.

Pomimo że może się to dziwne wydać, muszę wyznać, że przyczyniłem się i ja do wzbogacenia zbiorów wuja, a tym samym powiększenia zoologicznych jego nadziei.

Stało się to tak:

Powróciwszy w tym roku z krótkiej wycieczki do Zakopanego, przywiozłem wujowi w upominku pudełko własnoręcznie zebranych owadów, owoc paru zoologicznych wycieczek w urocze zakątki tatrzańskie. Nie sądźcie, abym uczynił to z podejrzaną chętką przypodobania się wujowi. Broń Boże! Pobudki moje były czyste, chciałem jedynie wymazać z pamięci przykrości, jakie sprawiałem chłodnym traktowaniem gorących jego zapałów.

Poczciwiec nie domyślał się, na jak opoczysty67 grunt padają ziarna jego wymowy, i nieraz w chwili, gdy mniemał, że mnie olśnił i rozgrzał, gdy zdawało mu się, że zwyciężony padnę w jego objęcia, wołając: „Wuju, bądź moim mistrzem!” — przerywałem milczenie tak prozaicznym zarzutem, iż wuj, osłupiały, tracił z oburzenia mowę i załamywał ręce.

Przyznaję, że żal mi się potem robiło wyrządzonej mu przykrości, że w końcu sprawdziło się na mnie przysłowie o dzbanie i o uchu.

Tknięty wyrzutami sumienia, postanowiłem choć w części wynagrodzić wujowi doznane zawody, a sposobność prędko się nadarzyła.

Z chwilą gdy wuj dowiedział się, że wyjeżdżam w końcu maja do Zakopanego, wręczył mi śliczną siateczkę do łapania owadów i pudełko z przyborami do konserwowania, prosząc o przywiezienie choćby najmniejszej kolekcji much. Prośbę swą poparł racją, że z tak wczesnej pory much tatrzańskich jeszcze nie posiada.

Bez wahania przyjąłem godło zoologa, ani domyślając się wtedy, jak niezwykłe następstwa mieć będzie moja ofiara, co za awantury wywoła i że narazi kochanego wujaszka na niebezpieczeństwo utraty życia.

Tak jest! Nad dr. Muchołapskim zawisło szczególne fatum68 entomologiczne. Niegdyś łowik pozbawił go narzeczonej, tym razem znowu inna mucha wtrąciła go w tarapaty, z których cudem tylko wyszedł cało.

Ale nie uprzedzajmy wypadków i wracajmy do rzeczy.

Nigdy nie zapomnę radości, jaką sprawił wujowi skromny mój dar. Przyjmując pudełko z muchami, poczciwiec z niedowierzaniem spoglądał kolejno to na mnie, to na podarunek, jaki trzymał w ręku. Nie mógł uwierzyć, abym został nawrócony. Dopiero gdy otworzył pudło i dostrzegł jego zawartość, uścisnął mnie gorąco i czule.

— Dziękuję ci serdecznie za twoją ofiarę, złożoną na ołtarzu wiedzy! — przemówił drżącym ze wzruszenia głosem. — Sprawiłeś mi wielką i bardzo przyjemną niespodziankę.

Potem włożył na nos okulary i począł się owadom uważnie przyglądać. Snadź69 przegląd wypadł pomyślnie, bo oko wuja zabłysnęło wesołym ogniem.

— Brawo, mój chłopcze! — zawołał. — Widzę, że będziesz kiedyś tęgim70 entomologiem; spisuj się tak dalej, a zostaniesz chlubą naturalistów.

Szczegółowe oględziny ofiar miały nastąpić w najbliższej przyszłości. Tymczasem wuj ograniczył się do skonstatowania71, że wszystkie były wzorowo nakłute i wybornie przewiezione! Jeden tylko egzemplarz, z połamanymi nóżkami, sfałdował zmarszczką niezadowolenia rozjaśnione czoło uczonego, a inny, z mocno uszkodzonym gorsetem72, wywołał nawet okrzyk zgrozy.

— Tej muchy już nigdy nie zdeterminuję! — zawołał z żalem. — Zatarłeś najważniejszą jej cechę, gorset ma zupełnie zgnieciony!

Doprawdy, gdybym sto razy przyglądał się tej kalece, jeszcze bym nie zauważył swej niezręczności. Zbyt mało mnie muchy i ich gorsy obchodzą.

Nie potrzebuję zapewniać, że pochwały wuja sowicie wynagrodziły mi przykrości, jakich doświadczyłem, znajdując się w upokarzającej roli „myśliwego na owady”.

Gdyby to można było wybierać się na motyle i muchy z fuzją i torbą myśliwską przy boku, o! chodziłbym z przyjemnością dni całe i nosiłbym głowę wysoko. Nie unikałbym spotkań ze znajomymi, jak to czyniłem, uzbrojony jedynie w zieloną siatkę osadzoną na kiju długim jak Potop Sienkiewicza.

Ale gdym wędrował z saczkiem73, powiewającym niby chorągiewka ulicznika za każdym podmuchem wiatru, zdawało mi się, że góry śmieją się ze mnie, że mi urągają wiatr, drzewa i cała przyroda. Rumieniłem się, spotykając poczciwych górali i tych wszystkich, co mi z dziwnym uśmieszkiem życzyli obfitego połowu. Co bym ja wtedy dał za to, aby tych faryzeuszów74 przynajmniej osy dotykalnie przekonały, że i one coś znaczą w gospodarstwie natury!

*

Skromny dar zjednał mi na nowo życzliwość wuja i stał się zaczynem przyjaźni i serdeczności.

W ciągu kilku dni wujaszek nagle aż do zbytku spoufalił się ze mną, a co gorsza, począł mnie traktować jak swego kolegę.

Poufałość zagorzałego naturalisty nie należy wcale do tak miłych rzeczy, jak się na pozór wydawać może, bo wobec kolegów uczony wuj łatwo wpada w zapał oratorski, a gdy znajdzie się w tak miłym usposobieniu, najlepiej wtedy ratować się ucieczką.

Wypróbowałem już na sobie potęgi jego słowa i wierzajcie mi, że tylko silnej kompleksji75 zawdzięczam szczęście, że mogę porozmawiać z wami, obywając się bez pomocy mediów76, spirytystycznych ekierek i wirujących stolików. Mimo to, ilekroć zastaję wuja w zapale, lękam się zawsze o swoje nerwy, parę razy bowiem zdarzało się, żem wychodził z gabinetu na wpół żywy, z bólem głowy zakrawającym na migrenę i ze wzrokiem tak obłąkanym, jaki się spotyka chyba u wracających z deklamacyjno-muzycznych rautów.

Wirowały mi w głowie kołatki (Anobium) i różne inne sześcionogie potworki. Pamiętam, że szybki jedynie ratunek, jaki sobie zaordynowałem (bo ja się znam i na medycynie praktycznej), kupując bilet na operetkę, przyprowadzał do równowagi mój umysł prawdziwie skołatany.

Wypadek ten nauczył mnie na przyszłość ostrożności w obcowaniu z wujem i odtąd, skoro ujrzę wuja w kaznodziejskim nastroju (a poznać to po nim łatwo), wymykam się przerażony, ani minuty nie zwłócząc.

VI. Nieznana mucha. Zapał wuja. Tajemnicza kruszynka

Pewnego dnia, a było to w kilka dni po zawarciu nowego przymierza, zastałem wuja strasznie rozpromienionego. Cofnąłem się do drzwi w nadziei, że jeszcze znajdę ocalenie, ale zabrzmiało mi nad uchem powitanie:

— Jak się masz, drogi Jasiu! Doskonale, że przybywasz. Siadaj, pogadamy!

To „pogadamy”, wiedziałem, jak ocenić.

— Witasz mnie, wuju, jakby po kilkuletniej rozłące lub jakbym przybywał prosto z krateru wybuchającego Wezuwiusza.

— Ależ bynajmniej! Witam cię tylko jako swego dobroczyńcę. Przyjmij jeszcze raz, kochany chłopcze, moje podziękowanie.

I na policzki moje spadły ogniste pocałunki.

Stało się! Musiałem wysłuchać uroczystego podziękowania, niedobrze jeszcze rozumiejąc, za co mnie to szczęście spotyka.

— Jesteś dzieckiem szczęścia! — ciągnął dalej straszny wujaszek. — Wyobraź sobie, wziąłem się wczoraj do twoich owadów i zaraz na wstępie spotykam przepyszny okaz Phthiria gaedii! Pierwszorzędna rzadkość w naszym kraju! Wszyscy mi będą zazdrościli tej zdobyczy...

— Przyjemnie mi, kochany wuju, że mimo woli sprawiłem ci radość...

— Ale to jeszcze nic! — przerywa mi dr Muchołapski. — Słuchaj dalej i ciesz się wraz ze mną! Zaledwie się załatwiłem z phtirią, od razu zauważyłem w twym pudełku jakąś interesującą kobyliczkę. Na razie77 zdawało mi się, że to będzie Leptis tringaria, kobyliczka rdzawa, ale po bliższym zbadaniu wiesz, co się okazało? Znalazłeś nowy, zupełnie nieznany gatunek!!! Postanowiłem go nazwać twym imieniem. Należy ci się to z prawa, bo komuż, jak nie tobie nauka zawdzięcza odkrycie!? Niech zaszczyt, jaki cię spotyka, stanie się zachętą do dalszych trudów na niwie78 krajowego przyrodoznawstwa. Nie ustawaj na tej drodze, na którą cię sama Opatrzność popycha itd., itd.

Gdy już wypowiedziane zostało wszystko, co w tej materii dało się wypowiedzieć, wuj wziął mnie pod ramię i pociągnął do stolika, na którym stały flaszeczki i pudełka.

— Chodź zobaczyć swoją zdobycz! — wołał patetycznie. — Zdobycz, jaka uwieczni twoje nazwisko na kartach księgi wiedzy. Pierwszy twój debiut powiódł się znakomicie! Winszuję ci z przepełnionego radością serca i witam w tobie obiecującego przyrodnika.

— Co nie daj Boże, amen! — mruknąłem półgłosem, w przekonaniu, że wuj ukończył swoją przemowę.

Omyliłem się jednak, był to tylko mały przystanek w celu zaczerpnięcia nowego zapasu sił, po czym, jak lokomotywa zaopatrzona w nowy zapas wody i węgla, sypnął iskrami wymowy...

Zrezygnowany na wszystko, nie przerywałem już i słuchałem w milczeniu wuja, który jak pochodnia na wietrze rozgorzał szlachetnym zapałem. W toku przemowy postanowił mi okazać egzemplarz, który go tak ucieszył. Zrozumiałem, że niełatwo przyjdzie ugasić tę pochodnię, posłuszny więc, poszedłem obejrzeć nieszczęsną muchę, która odtąd miała nosić nazwisko swojego mordercy.

O ironio! Jakie czasem płatasz figle!

Lekkomyślny zabójca poczuł głębokie współczucie, ale zarazem i żal do ofiary, zatkniętej i zesztywniałej na szpilce.

„Czemużeś wleciała do mej siatki, nieszczęsna mucho?! Żyłaś sobie spokojna, szczęśliwa i wesoła. Żaden uczony i żaden pająk o tobie nie wiedział... a teraz! skończyły się piękne dni twoje... Staniesz się przedmiotem ciekawości i rozmów; wizerunek twój, jak złoczyńcy jakiego, roześlą po szerokim świecie; będą cię mierzyli i oglądali; będą szukali wszędzie, szpiegowali: czy i co jadasz, wiele i kiedy pijasz, co robisz, gdzie latasz — jednym słowem — zginęłaś, biedna mucho! Zatrują ci żywot, dotąd spokojny i cichy... I to ja, ja jestem mimowolnym sprawcą twego czarnego losu!...”

Wpadłem w ponurą zadumę.

Przypomniał mi się nieszczęśliwy komar, którego tragiczny zgon tak wymownie opisał Brodziński7980:

Oj! gruchnęło w ciemnym borze: 
Komar zleciał z dębu stary, 
Krwi się nassał w nocnej porze, 
Sen mu psuły widma, mary, 
Na korzenie padł dębowe 
I zgruchotał sobie głowę... 

Ten komar nieszczęśliwy wydał mi się szczęśliwszy od mej biedaczki muchy. Przynajmniej się nassać mógł ciepłej krwi w nocnej porze, a ty, biedna, na czczo możeś poszła na pal.

Wreszcie do komara:

Mucha z chaty wyleciała, 
Rzewnie nad nim zapłakała, 

biadając:

Ach, komarze, kumie miły, 
Gdzież cię zanieść do mogiły, 
Twoją starość uszanować?... 
. . . . . . . . . . . . . . . .  
Oj, komarze nieboracze! 
Któż nad tobą nie zapłacze?! 

Po tak tkliwej i żałosnej przemowie mógł przynajmniej komar ostatnią swą wolę wygłosić. Rozporządził też uczciwie pogrzebem:

Zanieście mnie w las głęboki, 
Tam wykopcie grób szeroki, 
Na nim będą róść szałwije, 
Macierzanka go pokryje... 

I stało się, jak chciałeś, nieszczęsny komarze, ale ty, biedaczko!... Twoich zwłok ani macierzanka, ani żadne zioła nie pokryją...

Zatknięta na żelaznym drągu, będziesz za szkłem sromotnie wystawiona przez długie lata na ciekawe, a często bezmyślne spojrzenia ludzkie... gdy tyle milionów sióstr i braci twoich, uczciwie oraz zgodnie z waszymi zwyczajami i przeznaczeniem pochowanych, nie lęka się ciekawych i niedyskretnych spojrzeń.

Po tych refleksjach po głowie mojej poczęły chaotycznie krążyć czarne i szare myśli. Zadawałem sobie pytania: po co żyje na świecie tyle gatunków? Dlaczego ludzie zajmują się nimi i co to może być za przyjemność — zamiast bawić się — przepędzać pół życia na studiach w samotnym gabinecie, i to nad owadami?

Wszak jeśli już kto został mizantropem81 i stroni od rumianych i uśmiechniętych twarzy, mógłby sobie przynajmniej inaczej urozmaicać godziny samotności.

Dlaczego na przykład mój wuj ugrzązł wśród much i nie zatęskni do innego świata? Przecież warto choć kiedy niekiedy spojrzeć w niebo gwiaździste i zastanowić się nad tajemnicami niewidzialnych sił międzycząsteczkowych, magnetyzmu i elektryczności...

Wszak zagadek i cudów na każdym kroku pełno, a wszystkie wielkie, ciekawe i tajemnicze!...

Zakomunikowałem wujowi moje myśli.

— Oj, ty zapalona głowo — przerwał mi z uśmiechem. — Czyż nie wiesz, że aby dziś z pożytkiem dla nauki pracować, trzeba być specjalistą? Minęły czasy, gdy przyrodnik zajmował się całą naturą. Dziś nawet wśród zoologów jeden musi się poświęcać pająkom, drugi rakom, inny zajmuje się samymi wężami i tak dalej.

— Zlituj się, wuju! Ależ taki system to tortura! Suche badania w jednej dziedzinie mogą wykolejać tylko umysły i tworzyć owych rabinów, co to uczeni na Talmudzie82, są w życiu naiwni jak dzieci. Weźmy za przykład naukę o owadach. Czyż te nikłe stworzenia zasługują na tyle uwagi, ile im poświęcacie? Czy nie przeceniacie ważności tych istot?...

— Dosyć, dosyć! Wstrzymaj się, nieszczęsny, w swym krasomówczym zapędzie, bo cię unosi na manowce! — zawołał wuj, pąsowiejąc z oburzenia. — Wątpisz, czy marny owadek spotkany na twej ścieżce posiada jakieś znaczenie w gospodarstwie natury? Wątpisz, nieszczęsny, bo ci oczy zasłoniła szalona pycha i wielkość twoja, a raczej pięciopudowa83 waga twego ciała; bo cię już niańka nauczyła brzydzić się i pogardzać nędznymi „robakami”. Lecz zrzuć bielmo z oczu swoich, porzuć wstręty i wniknij choć raz uważnie w objawy życia rozsianego po całej ziemi, a ogarnie cię zdumienie na widok potęgi, jakiej nie domyślałeś się w tych pogardzanych istotach. One są najgorliwszymi naszymi, choć źle płatnymi sługami. Zaledwie zwierzę jakie wydało ostatnie tchnienie, już całe legiony84 tych stróży porządku publicznego pracują nad oczyszczeniem powietrza i nad śpiesznym usunięciem zgnilizny lepiej aniżeli cała sieć naszej tak długo wyczekiwanej kanalizacji85. Gdy ta rola owadów nie wystarcza ci, dowiedz się, iż jest ona tysiączną zaledwie cząstką ważnej działalności owadziego społeczeństwa. Pomyśl, ilu ludzie mają wśród owadów przyjaciół, a ilu nieprzejednanych wrogów. I jedne, i drugie gospodarują wszechwładnie i nic prócz ślepych żywiołów nie umie im stawić czoła. Oto, gdzie się kończy osławiona nasza potęga! Jesteśmy tylko pyszałkowatym towarzystwem wzajemnej adoracji, które nareszcie uwierzyło w szumne pochwały, jakich sobie przez liczne wieki nie szczędziło!... Króle i Panowie Stworzenia — mówił dalej z zapałem — zabrońcież marnej filokserze86 niszczyć korzonki krzewu winnego! Wszak tu chodzi o miliony, jakie corocznie na jej apetycie tracą właściciele winnic. Spróbujcie wytępić termity! Wytrujcie w lasach waszych korniki, kołatki i pustosze! Wszak to mizerne owady tylko! Albo szarańcza! Samo jej imię wywołuje paniczny przestrach w mieszkańcach Azji i Afryki. Okrzyk „szarańcza!” znaczy „głód i morowe powietrze”. Gdzie padnie, tam jeden listek nie zostanie. Zostają tylko widmo głodowej śmierci i straszne wyziewy z gnijących pokładów martwej szarańczy...

— Ależ, kochany wuju, uspokój się. Nas, Europejczyków, ani termity, ani szarańcza nie napastują; znamy je zaledwie z rycin.

— To nasze wielkie szczęście, mój chłopcze, bo inaczej nie znajdowalibyśmy się bez wątpienia na dzisiejszym stopniu cywilizacji. Ale i bez niej inne gatunki owadów wyrządzają nam nieobliczalne szkody. W starej książce do nabożeństwa spotkałem raz wymowną suplikację87: „Od Turka, owadów i robactwa leśnego zachowaj nas, Panie!”. Dziś, po trzech wiekach, przy całej wiedzy naszej na nic skuteczniejszego zdobyć się nie umiemy.

— Więc powiedzże mi, drogi wujaszku, na co się zda ludzkości twoja i twych kolegów wiedza? Co komu przyjdzie z waszych opisów i biegłości w rozpoznawaniu owadów?

Dr Muchołapski uśmiechnął się, pokiwał głową i wyjął szufladkę z motylami.

— Oto, kochany chłopcze, dwa okazy — tu wskazał ręką na dwa niepozorne motylki. — Nieprawdaż, że podobne są do siebie? Powiedziałbyś, że to jeden gatunek i tak rzeczywiście mniema większość ogrodników, a tymczasem jeden jest niewinnym motylkiem i żyje na chwastach, drugi niszczy ogrodowiznę. Gdyby ogrodnik wiedział o tym, zawczasu by złemu zaradził, a że się nie uczył entomologii, więc gdy mu szkodnik pożre plony, mści się później na niewinnych ofiarach podobieństwa, pozwalając przez nieświadomość pierwszemu znów się mnożyć. Zbyt często człowiek bierze prawdziwych szkodników za niewinne stworzonka, tępiąc pożyteczne lub obojętne. My właśnie podpatrujemy naturę, poznajemy obyczaje owadów między innymi i w tym celu, aby znaleźć broń najskuteczniejszą przeciwko nieprzyjaciołom — bo tylko znając dokładnie wroga, możemy go pokonać lub uczynić nieszkodliwym. Iluż kosztownych pomyłek uniknęliby ziemianie88, gdyby z naszej wiedzy umieli korzystać! Ileż szkodników dlatego tylko rozmnożyło się lub zaaklimatyzowało z innych krajów, bo nie odróżniano ich i nie tępiono, gdy były nieliczne. Przykładów mógłbym ci tysiące przytoczyć. Popełniają i popełniali błędy nie tylko prostaczkowie, ale nawet i koronowane głowy. Pewnego razu uwaga moja została zwrócona na kępki uschłej trawy, w których sterczały kije obwieszone szmatami dla odstraszenia ptactwa. Obejrzawszy trawę, spostrzegłem, że korzenie jej były zjedzone przez pędraki pewnego chrząszcza, a ptaki owadożerne przylatywały i wydobywając swą zdobycz, powyrywały tu i ówdzie kłaczki trawy. Poczciwe ptaszęta za swe usługi zostały poczytane za przyczynę zła i mądry gospodarz postawił straszydła, aby nimi odpędzać swych najlepszych przyjaciół. Podobnego w skutkach czynu dopuścił się Fryderyk Wielki89, który mniemał, że będąc szczęśliwym władcą, może swe kaprysy narzucać nawet przyrodzie. Jako wielki amator wiśni postanowił otoczyć opieką te owoce na piaskach Brandeburgii. W tym celu wydał rozkaz, aby łapano, strzelano i mordowano wróble, które zbyt często wyręczają właścicieli w konsumowaniu tych smakowitych owoców. Niszczono więc wróble z całą energią chciwości, bo rząd płacił za każdego po sześć fenigów90. I cóż się okazało? Oto rząd stracił kilkanaście tysięcy talarów91, a w następstwie po ogrodach nie tylko wiśni, ale nawet listka nie zostało. Wszystko pozjadały gąsienice. Fryderyk Wielki cofnął poniewczasie niefortunny rozkaz i musiał znów płacić za wróble, które z dalekich krajów sprowadzano. Odtąd nakazał je szanować. Zabawna ta historia doskonale ilustruje ludzką mądrość w poprawianiu urządzeń natury...

W taki to gorący sposób rozwodził się mój wuj nad pożytecznością najnudniejszej pod słońcem nauki i nad potęgą oraz wdziękami szkaradnych larw, chrząszczy, bąków i Bóg wie jakich skrzydlatych potworków. Deklamacja na ten miły temat ukołysała myśli moje bardzo prędko.

Przy towarzyszeniu miarowych słów wuja, niby przy szemraniu górskiego strumyka, popłynęły moje marzenia w świat daleki...

Myśli splątały się, znikł z oczu gabinet szanownego wuja, znikły muchy, znane i nieznane, znikł wreszcie i świat cały...

Naraz zerwałem się. Nad uchem zabrzmiał mi głos dr. Muchołapskiego podniesiony do najwyższej potęgi.

— Szczęśliwy śpiochu! Dziś skończę przegląd twych owadów. Czuję, że w twoim rogu obfitości92 znajdą się jeszcze ciekawe rzeczy.

Z tymi słowy sięgnął wuj do pudełka, ponownie wyjmując i oglądając okazy.

„Cóż mnie to może obchodzić?” — pomyślałem, usiłując powrócić do zaczarowanego raju marzeń. Nie chcąc wujowi przeszkadzać w zachwycaniu się wdziękami dwuskrzydłych ładnotek, połyśnic, pstroczek93 i Bóg wie jakich tam rusałek, usadowiłem się, jak mogłem najwygodniej, do... marzeń; wtem o uszy moje obił się nowy okrzyk, tym razem okrzyk podziwu o niezwykłym brzmieniu.

Spojrzałem na zapalonego muchołapa. Cała jego postać znamionowała teraz najwyższy stopień zdumienia, a drżąca ręka trzymała jakąś muchę zatkniętą na szpilce.

„Masz tobie! — pomyślałem. — Pewno jakiś nieznany gatunek. Dziwne mam szczęście do owadów. Same osobliwości wpraszały się do mej siatki!”

Pytam o powód wzruszenia, ale żadnej nie otrzymuję odpowiedzi. Wuj jakby ogłuchł, skupiwszy całą duszę w zaiskrzonym wzroku.

— Co to jest? Co to jest?! — wołał, zmieniając co sekunda pozycję i obracając muchę na wszystkie strony.

Naraz pochwycił gorączkowym ruchem lupę i spojrzał przez szkło na zdobycz. Patrzył przez kilka sekund nieruchomo, potem wyprostował się jak automat, a szkło wypadło mu z bezwładnej ręki, rozbijając się z hałasem na posadzce.