Do końca świata - Tomasz Maruszewski - ebook
Opis

To opowieść o miłości i różnych jej odcieniach. A może o stracie i jej oswajaniu? Na pewno o czymś istotnym. Niebanalna historia bycia i niebycia jednocześnie.
Kobieta uciekająca przed samotnością - i dwaj mężczyźni, z których każdy odmiennie postrzega miłość. Ojciec i syn uzupełniający się wzajemnie, tworzący racjonalną i emocjonalną całość, która niekiedy pęka pod ciężarem zdarzeń. Droga do pogodzenia się z faktem, że drugiego człowieka się nie ma, a jedynie można przy nim być, czasem jest długa i wyboista.

Tomasz Maruszewski - ur. w 1985 roku w Tarnowskich Górach, radca prawny, od czasu studiów związany z Warszawą. Zafascynowany mechanizmami społecznymi, nauką i własnymi dziećmi. Sfrustrowany zanikiem empatii w ludziach - właśnie to skłoniło go do napisania debiutanckiej powieści. Od najmłodszych lat nieodłącznie towarzyszy mu muzyka, dzięki której rozpoczął swoją przygodę ze sztuką. To ona i literatura są dla niego podstawowymi, przenikającymi się środkami wyrazu. Osobiście współtworzy kilka alternatywnych projektów muzycznych.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 213

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


 

 

Copyright © Tomasz Maruszewski, 2019

 

Projekt okładki

Paweł Panczakiewicz

www.panczakiewicz.pl

 

Zdjęcie na okładce

© Ovcharenko/Shutterstock.com

 

Redaktor prowadzący

Anna Derengowska

 

Redakcja

Anna Płaskoń-Sokołowska

 

Korekta

Maciej Korbasińki

 

ISBN 978-83-8169-620-3

 

Warszawa 2019

 

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

 

(…) Na zawsze unieść z sobą

smutek chwili, daję słowo,

Nie pozwolę ci mnie opuścić,

nawet gdybym miał się zgubić.

Na zawsze zostać razem,

w milczeniu i bezwładnie.

Mieć siebie, resztę spalić,

aż zostanie tylko to, co pomiędzy nami.

 

Nawet jeśli to nie to,

usiłuję uwierzyć w coś,

Nawet jeśli to nie tu,

usiłuję uwierzyć w coś (…).

 

A. Rojek, Czas, który pozostał

 

Kasi, Alinie i Tadeuszowi

 

Prolog

Jestem tu, teraz,

choć pojęcia miejsca i czasu zdają się pozostawać bez znaczenia. To stan noworodkowy, w którym nowo narodzone dziecko nie odczuwa ich – w rozumieniu człowieka dostosowanego już do otoczenia. Jeszcze dla niego nie istnieją. Czas nie płynie – to plama wieczności. Sekundy, minuty, godziny nie mają znaczenia. Są ze sobą tożsame. A miejsce? Jest nieokreślone. Nie ma granic ani punktów – to gęsta mgła. Zupełnie tak jakby czas i miejsce wytwarzały się kulturowo, wraz z wiekiem i z nabywaną wiedzą, a nie stanowiły stanu obiektywnego. Jakby wypływały z naszej kształtującej się samoświadomości, a nie były częścią i podstawowym stanem świata zewnętrznego.

Od kiedy wszedłem do windy, wiele się zmieniło. Wkroczyłem do niej, opuściwszy mieszkanie syna. Podjechała na siódme piętro bloku Janka zupełnie zwyczajnie. Tak jak robiła to wielokrotnie, pewnie tysiące czy dziesiątki tysięcy razy, towarzysząc niezliczonym rzeszom ludzi. Nic nie zdradzało więc kolejnych zdarzeń. Gdy otworzyły się jej drzwi, wciąż miałem przed oczami moją uśmiechniętą wnuczkę – jej złoty warkocz sięgał niemal do pasa, a pas był mniej więcej na wysokości moich kolan. To wspomnienie wywołało w mojej klatce piersiowej ucisk i ukłucie. Jest taka podobna do swojej babci, pomyślałem.

Nie wskazałem piętra, na które chciałem się dostać – nie zdążyłem. Winda ruszyła samoczynnie. Nie wiem, czy w górę, czy w dół. Z początku nie dało się tego wyczuć, poruszała się zbyt wolno. Po chwili zaś malutki, niebieski ekranik zawieszony nad zamkniętymi połyskliwymi drzwiami wskazywał piętro siódme, później szóste, ósme, znów szóste i piąte. Na piątce wskaźnik zatrzymał się na chwilę, by następnie pokazać czwórkę, która migocząc, zmieniała się to w trójkę, to piątkę, poprzez gaśnięcie i rozpalanie się ledowych żaróweczek, odpowiadających za właściwe kreski. Mrugając tak, wskaźnik wygasł, pozostawiając jedynie tło – niebieskie, jakby matowe światło, przez które nie przebijał się już żaden biały ślad. Tego wieczoru miałem oglądać z okien mojego mieszkania deszcz meteorów Orionidy, powiązanych z kometą Halleya. Ponoć miały być doskonale widoczne. Nie dotarłem jednak do domu. Na wejściu do metalicznie błyszczącej windy tamten wieczór się dla mnie zakończył, jak i chyba wszystkie kolejne, choć mówienie w tych okolicznościach o końcu zdaje się być równie niewłaściwe, co rozmowa o czasie i o miejscu. Wróciły wspomnienia dotyczące tego, co było, wydarzeń sprzed dziesięciu lat – jeszcze przed wejściem do windy, bo o tym, jak wiele czasu minęło, od kiedy do niej wszedłem, nie ma sensu mówić. Nie ma o czym.

 

I

Tato, obudź się – wyszeptał Janek. – Obudź się, już po dwunastej – powtórzył cicho, łagodnie, jakby tak naprawdę wcale nie chciał wyrywać ojca ze snu. Jakby sen był domeną starszych ludzi, był im przypisany. Zresztą sam miał ochotę wrócić do łóżka i się zdrzemnąć. Poza grubymi murami domu, z pozoru zapewniającymi bezpieczeństwo, listopadowy świat spowijały ciemność i wilgoć. Niebo, przypominające morze mrocznej szarości, zdawało się zwisać tak blisko ziemi, że gdyby stanąć na palcach, można by zanurzyć w nim dłoń. Gdyby ktoś wyszedł wówczas na dwór bez zegarka, nie rozpoznałby – patrząc na otoczenie – czy to godzina dziesiąta rano, trzynasta czy siedemnasta. Nie pozwalała na to gęstość chmur. O tym, że jest środek dnia, przypominały jedynie wygasłe latarnie i spacerowicze, choć z powodu chłodu i ich było niewielu.

Janek nachylił się nad ojcem i zatopił palce smukłej, żylastej dłoni pianisty w kruczym buszu jego włosów. Przez chwilę gładził je z czułością i troską. Robił to delikatnie, tak jak głaszcze się najukochańsze dziecko, gdy to, leżąc wieczorem w łóżku, zapada w sen: powieki mu opadają mimo walki, którą toczy, by nie zasnąć, a rodzic czuje, że to jedna z piękniejszych chwil jego życia. Choć czasem, z rzadka, miejsce miłości, a raczej miejsce obok miłości zajmuje złość, gdy dziecko mimo upływu czasu wciąż walczy, niczym Spartanin, a bezsilność rodzica i jego własne zmęczenie nie znajdują ujścia. Jerzy jednak nie walczył. Przypominał raczej cherlawego ateńskiego filozofa, który niechybnie zostałby zrzucony ze skał przez swych współtowarzyszy Spartan jako bezużyteczny. Było już po bitwie.

Gest syna go wybudził. Jerzy otworzył oczy, bardzo powoli i ociężale. Czas spowolnił. Patrzył na Janka, ale pusto, jakby wciąż spał, choć jego źrenice odnalazły już światło. Syn cofnął dłoń, chyba z zawstydzeniem. Nie chciał, żeby jego ojciec, wciąż jeszcze przecież młody, poczuł się jak starzec albo jak dziecko. Niebieskie oczy syna i jego blond grzywa – włosy miał grube i gęste – przypominały Jerzemu matkę Janka. Przy każdej możliwej okazji powtarzał sąsiadom i przyjaciołom, że gdyby Magda urodziła się chłopcem, z całą pewnością wyglądałaby dokładnie tak jak Janek, jej syn.

– Tato, już po dwunastej, czas wstać – powiedział dwudziestodwuletni chłopak, tym razem głośniej, śmielej.

Ojciec jednak, wpatrzony w syna – lub przestrzeń za nim, bo mimo że wzrok miał skierowany na Janka, zdawał się go nie widzieć – ani drgnął. Milczał on i milczało także echo, które wyczuwając nastrój, nie odważyło się powtórzyć słów młodego mężczyzny. Trwali tak przez kilka chwil, może nawet parę minut. Janek, siedzący na skraju łóżka i patrzący w stronę Jerzego, swojego ojca. Jerzy, leżący na łóżku, w ubraniu, patrzący na syna lub na atomy tlenu unoszące się w powietrzu, a może po prostu przed siebie, bez konkretnych myśli o obserwowanym obiekcie. Tak jakby jego wzrok funkcjonował zwyczajowo, ale część mózgu odpowiedzialna za rozumienie dostarczanego obrazu już nie.

– Najpierw dwadzieścia lat nie sypiałeś… – zaczął ponownie Janek, po czym umilkł, pozwalając wybrzmieć ciszy. – Harowałeś dniami i nocami, więc teraz zamierzasz odespać te wszystkie lata, tak? – zakończył żartobliwie, choć się nie uśmiechnął. W tamtej chwili pomyślał, że może faktycznie ojciec musi nadrobić te wszystkie godziny straconego snu. Myśl ta jednak była złudna. W głębi duszy Janek wiedział, że nie to jest problemem. Wiedział, że ojciec śpi, żeby śnić. Chłopiec, którym stał się w tamtej chwili Janek, zapragnął pozwolić mu na to. Pozwolić ojcu śnić. Młody mężczyzna jednak, który wyparł chłopca, zbuntował się i zażądał od ojca normalności.

– Tato, kurwa, wstawaj. Nie będziesz gnić w tym łóżku. Nie mazgaj się jak małe dziecko. Wstawaj, już – wycedził przez zęby. Wydawał się pewny siebie.

– Wstawaj, już? – zapytał niespodziewanie Jerzy, czym ujął nieco pewności siebie syna. Jego wzrok nie był już tak pusty jak jeszcze kilka chwil temu.

– Tato, popadasz w jakiś głęboki dół i ciągniesz mnie ze sobą. Jak mogę ci na to pozwolić? Dzwonię do Miłosza. Jest lekarzem. Pomoże nam. Zrób to dla mnie i posłuchaj go, gdy tu przyjedzie.

Słowa syna nie sprowokowały żadnej odpowiedzi. Przeleciały gdzieś koło uszu Jerzego i rozbiły się o poduszkę, jedno po drugim.

Janek podniósł się, pozostawiając w pościeli wgłębienie po swoim lekkim ciele, i w bezradnym gniewie wyszedł z pokoju. Zapomniał już o swoich myślach, które pojawiły się, gdy na chwilę stał się chłopcem. Teraz starał się być nieprzerwanie mężczyzną, a mężczyźni przecież nie pozwalają nikomu bezmyślnie spać. Nie taki jest społeczny stereotyp. Słabość i delikatność to prawo chłopców, nie mężczyzn. Janek wiedział też, że tego oczekiwałaby jego matka – w tamtej chwili. Czuł, że Magda chciałaby, by był mężczyzną silnym i wyrwał ojca z objęć nicości – w rozumieniu syna, przywracając go życiu – w pojęciu racjonalnego świata. Zdawało mu się zresztą, że nawet mówiła mu to ostatnio, przy kolacji. Że powiedziała Jankowi, że ten musi postawić ojca na nogi, a jeśli mu się to nie uda w krótkim czasie, ona się tym zajmie.

Jerzy leżał w tej samej pozycji, ale mimo trzas­­ku drzwi nie zamknął powiek. Jego oczy wciąż były otwarte, jednak tylko pozornie. W rzeczywistości powrócił tam, skąd na chwilę wyciągnął go Janek. Słowa, które wypowiedział przed kilkoma chwilami do syna, były już tylko wypadkiem we śnie. Nie usłyszał też, jak Janek dzwoni do Miłosza, sąsiada i przyjaciela Jerzego, by błagać go o pomoc, pomimo że słowa sączyły się spod drzwi do pokoju. Janek opowiadał Miłoszowi o swoim ojcu, który śpi od kilkunastu dni, może nawet już kilka tygodni. O tym, że to chyba depresja. Zwierzał się, że Jerzy nie wstaje, mało je, nie funkcjonuje jak niegdyś. Błagał też o leki, które zdawały mu się jakimś wymarzonym, magicznym środkiem ratunkowym. Miało być jak w reklamie: uzupełnij magnez, będziesz szczęśliwy.

Dwie godziny później drzwi do pokoju Jerzego zaskrzypiały, a pomieszczenie wypełnił dodatkowy, niepowtarzalny zapach. Była to kombinacja perfum i potu Miłosza w wyjątkowej proporcji dokładnie tamtej chwili. W proporcji, która już nigdy się nie powtórzy. Nikt już nie będzie pachniał tak jak on w tym momencie, nawet sam Miłosz. Postawny, ale i brzuchaty mężczyzna z okularami na nosie, o brązowych włosach zaczesanych do tyłu w stylu lat siedemdziesiątych i z modnym zegarkiem na przegubie bez słowa podszedł do łóżka Jerzego, który wciąż śnił. Lekarz miał na sobie długą koszulę z białego lnu, bez kołnierzyka; wyglądał tak, jakby dopiero co wyszedł ze szpitala, przez gapiostwo nie zdjąwszy wcześniej kitla. Na nogach nie miał jednak jasnych chodaków, w których przemierza się szpitalne korytarze, ale botki z ciemnobrązowej skórki.

– Jurek, wstawaj. Po prostu się podnieś, przebierz i funkcjonuj – zwrócił się łagodnie do przyjaciela, siadając na skraju łóżka, dokładnie w miejscu, w którym wciąż widoczne było wgniecenie w pościeli po Janku. Jerzy nie reagował, więc Miłosz ciągnął dalej, dłonią szturchając jego ramię: – Wszyscy wiemy, co się wydarzyło, ale masz syna. Musisz wstać. Nie dla siebie, nie dla mnie, ale dla niego. Jest zbyt młody, żeby to wszystko udźwignąć.

Tym razem słowa przyjaciela najwidoczniej trafiły w Jerzego, bo po raz pierwszy od czasu, gdy przebudził go syn, poruszył oczami. Spojrzał w stronę okna, po czym obrócił głowę przy szeleście wykrochmalonej poduszki. Mrugnął, uwalniając łzę – mozolnie przedarła się przez długie rzęsy i spłynęła po policzku, zanikając gdzieś pod podbródkiem.

– Przepiszę ci leki. Tylko masz je brać dwa razy dziennie. W przeciwnym wypadku nie będzie efektu, a tylko wątrobę sobie obciążysz. Słyszysz mnie? Masz je brać. Tu masz dwie pierwsze pigułki. – Miłosz położył dłoń na dłoni Jerzego. Ten przez chwilę walczył z myślami, chyba o nią. Patrząc jednak w okno, poczuł nagle, że przecież jest tuż obok, że siedzi na krześle w kuchni i pije kawę, zamartwiając się. Sprawię jej przyjemność, wychodząc wreszcie z tego pokoju, pomyślał i gwałtownie podniósł się z łóżka. Bez słowa połknął pierwszą dawkę leków.

– No nareszcie. Jurek… Przed tobą trudna droga, ale będzie dobrze – skwitował Miłosz i odetchnął, poklepując przyjaciela po plecach.

Jerzy skierował spojrzenie na twarz sąsiada i uśmiechnął się. W jego oczach dostrzegł własne odbicie, a swój uśmiech, który ujrzał, spodobał się mu. Kiwnął głową i wyszedł z pokoju. Po raz pierwszy od kilku tygodni.

 

Przy blacie kuchennego stołu ujrzał Janka; wyglądał tak, jakby ktoś oderwał go gwałtownie od jakiejś ważnej rozmowy. Ze zdumieniem wpatrywał się w każdy ruch swojego ojca.

– Cześć, Magda. Cześć, synku – Jerzy zwrócił się do bliskich z uśmiechem. – Przepraszam za to, co było. Od teraz już będzie dobrze – dodał, ale patrząc na Magdę, wystraszył się własnych myśli. Chyba nawet bardziej niż wówczas, gdy po raz pierwszy postanowił pozostać w łóżku przez cały dzień.

Janek wpatrywał się w ojca z mieszaniną przejęcia i zaciekawienia. Magda patrzyła na Jerzego czule, niemal tak jak zawsze. Jej wzrok przepełniony był ciepłem, jakby w oczodołach zamiast oczu mieściły się dwa rozgrzane węgielki. Jerzy usiadł przy stole z długim betonowym blatem, wykonanym kilka lat wcześniej na zamówienie; ważył ze sto kilogramów, a do kuchni wnosić go musiały cztery osoby. Niezwykle ostrożnie, żeby nie obić ani nie upuścić tego rzemieślniczego arcydzieła. Blat był piękny, choć w tym akurat domu odczuć można było chłód, który się z niego wydobywał. Na szarym połyskliwym betonie leżała kanapka z serem i keczupem. Keczup rozlał się nieco na blat, ale ten, odpowiednio zaimpregnowany, nic sobie z tego nie robił. Jerzy chwycił kanapkę i podniósł ją do ust, uważając, żeby kropla czerwonego sosu nie spadła mu na koszulę. Ugryzł kęs i żując, zapytał:

– Madzia, chcesz czy mogę zjeść całą?

– Zjedz całą, ja już jadłam – odpowiedziała Magda cicho, prawie niesłyszalnie, podpierając głowę prawą ręką. Siedziała na metalowym krześ­­le, jakby barowym, z jedną nogą założoną na drugą. Obcisłe granatowe dżinsy podkreślały długość i smukłość jej nóg. Miała bose stopy, zwieńczone pomalowanymi na czerwono paznokciami. Uwagę Jerzego odwrócił cichy krzyk: „To boli!”, który rozległ się jakby za jego plecami. Gwałtownie spojrzał za siebie, żeby sprawdzić, czyj to głos. Wraz z nim głowy odwrócili także Janek i Magda. Zauważyli jednak wyłącznie Miłosza – wyszedł z pokoju i obdarował ich życzliwym uśmiechem. Nie wyglądał, jakby krzyczał.

 

Gdy Miłosz opuszczał dom, Janek wybiegł za nim. Przy drzwiach wyjściowych upewnił się, że nikt z rodziny nie usłyszy ich rozmowy, i zapytał szeptem:

– Co mu powiedziałeś?

– To, co należy, chłopcze. Będzie dobrze. Wiem, co robię. Jeśli wstał, to znaczy, że będzie lepiej. Pilnuj tylko, żeby brał leki dwa razy dziennie. Zostawiłem mu całą fiolkę. I niech nie miesza ich z alkoholem. To psychotropy. – Miłosz przytulił łzawiącego Janka; można by powiedzieć: płaczącego, jednak sześć łez z prawego oka i siedem z lewego wydawało się nie zawierać w definicji płaczu. Potem ruszył w stronę podjazdu. Zszedł po kamiennych schodkach i kroczył dalej, kamiennym chodnikiem ciągnącym się wzdłuż szeregu pokaźnych lip, aż do swojego samochodu. Szedł wyprostowany, z dumą człowieka, który właśnie uratował komuś życie. Starał się skryć tę dumę sam przed sobą – przez wyuczoną skromność, ale tak naprawdę w tamtej chwili omal nie eksplodował z poczucia spełnionej misji. Otwierając drzwi opla, poślizgnął się jednak na mokrych liściach i huknął ręką o auto, próbując złapać równowagę.

– Kurrwa mać… – warknął, a środkowe spółgłoski wypowiedział tak siarczyście, że omal nie pękła mu szczęka.

 

W tym samym czasie Jerzy patrzył na Magdę siedzącą przy kuchennym stole. Na jej piękne niebieskie oczy, długą szyję, która – o czym był przekonany – była w tamtej chwili przyjemnie ciepła, a skóra na niej, tuż pod żuchwą, niezwykle delikatna i miękka. Miał ochotę zatopić w niej nos. Zerknął na dłonie kobiety, które trzymały zielone jabłko, i zastanowił się, dlaczego nie widział jej takiej dotychczas. Powinien był.

 

II

Kobieta o bujnych złotych włosach wpatrywała się w jabłko. Jej niebieskie źrenice niemal odbijały się w zielonej skórce. Owoc był wypolerowany, kształtny, wręcz idealny. Tak idealny, jakby nie istniał. Siedziała przy stole i patrzyła na jabłko jak na dzieło sztuki. Patrzyła tak na wszystko, co ją otaczało. Od zawsze. Może i marudziła milion razy, może nawet miliard razy na to, na tamto i na inne rzeczy. Jednocześnie jednak nie można było nie odnieść wrażenia, że każde jej spojrzenie tworzy świat. Że tam, gdzie zerknie, rodzi się coś nowego, coś pięknego. Marudzenie było jedynie pozorem, spod którego emanowało creatio ex nihilo – tworzenie czegoś z niczego. Tworzenie świata z nicości. Była jak stwórca nieba i Ziemi z rozdziału czternastego Biblii hebrajskiej. Była jak Twórca w rozumieniu Tomasza z Akwinu. Poza nią świat nie istniał, stworzyła go z siebie. Nie było materii pierwszej. To ona była materią, z której wszystko powstało. Tworzyła go tam, gdzie sięgnął jej wzrok. Tam tworzył się świat. Tam tworzył się cały jego świat.

 

„Wierzymy, że Bóg, aby stwarzać, nie potrzebuje niczego istniejącego wcześniej ani żadnej pomocy1. Bóg stwarza w sposób wolny z niczego2”.

 

Gdy mężczyzna wszedł do kuchni, zdziwiła się. Nie spodziewała się ani jego, ani tam, ani wtedy. Uśmiechnęła się i spojrzała najczulej, jak wydawało się jej, że potrafi. Nie tak czule jednak jak niegdyś na kogoś innego.

1 Sobór Watykański I: DS. 3022.

2 Sobór Laterański IV: DS. 800; Sobór Watykański I: DS. 3025.

 

III

Dzień po wizycie Miłosza, około siódmej rano, Jerzy się przebudził. Nie potrzebował budzika, obudził się sam, co więcej: gdy tylko zdał sobie sprawę z tego, że nowy dzień rozpoczął bieg, pomyślał z energią, że wstanie z łóżka. Przez ostatnie tygodnie budził się późno, jakby organizm sam wyczuwał, że umysł nie zamierza działać. Tym razem tak nie było. Jerzy otworzył oczy i natychmiast odwrócił wzrok, żeby ujrzeć zapewne wciąż śpiącą Magdę. Zdziwił się, że jej nie ma. Wstała wyjątkowo wcześnie jak na nią, pomyślał i nieco ociężale zwlekł się z łóżka. Poszedł do łazienki, spodziewając się, że tam ją zastanie, ale wśród zieleni kafelkowych ścian nikogo nie ujrzał.

– Gdzie mama? – zawołał z piętra do Janka, który krzątał się po kuchni, podśpiewując kawałek The Rolling Stones Anybody Seen My Baby, który leciał akurat w radiu. Jerzy uśmiechnął się pod nosem – nie tylko z powodu fałszującego niemiłosiernie Janka, który nie miał za grosz talentu wokalnego, ale też pod wpływem wspomnienia twarzy wiecznie młodego Keitha Richardsa.

– Co? – odkrzyknął syn.

– Nic! Nieważne – odpowiedział Jerzy, uświadamiając sobie, że dwa dni wcześniej, gdy jeszcze leżał w łóżku, dotarły do niego z kuchni głosy, że Magda ma niedługo coś do załatwienia w centrum miasta. Rozmowa dotyczyła chyba właśnie tego dnia, choć Jerzy nie był pewny. Ubrał się i umył zęby. Ruszył do pracy już z nieco mniejszą energią. Nie pożegnał się z Jankiem, który w tym samym czasie wyszedł na spacer z psem.

 

Do gmachu instytutu Jerzy wszedł przed dziewiątą. Cudem tego dnia nie było korków i mógł swobodnie dojechać z obrzeży do centrum. Tak właściwie nie był to instytut, a przedsiębiorstwo, ale nigdy go tak nie nazywał. Wolał mówić, że pracuje w instytucie. To kojarzyło mu się z nauką, z pracą dla innych, nie dla siebie – jak to bywa w firmach.

Pracownicy nie kryli zdumienia na jego widok. Nie było go tu od kilku tygodni. Zniknął nagle. Sekretarka dostała jedynie SMS od Janka, że ojca nie będzie przez jakiś czas, i na tym wieści się skończyły. Wszyscy pracowali jak dotychczas, ale tak naprawdę nikt nie wiedział, czym ma się zajmować. A to przez dotychczasową organizację pracy. Jerzy zwykł mówić pracownikom o zadaniach na kilka najbliższych dni w ostatniej chwili, tak by konkurencja nie mogła z wyprzedzeniem się dowiedzieć, nad czym aktualnie pracują. Każdy z pracowników miał przydzielone tematy i bezwzględny zakaz informowania innych o tym, czym się właśnie zajmuje albo zajmował dzień wcześniej. Stąd gdy zabrakło szefa, wszyscy zachowywali się jak dzieci we mgle. Krzątali się po biurze całymi dniami, markując pracę i nie zdradzając innym, że faktycznie nic nie robią. Nikt nie wiedział, czym się zajmuje kolega na stanowisku obok, więc nie było to takie trudne. A skoro niemal wszyscy udawali, że pracują, to nikt nie wyłamywał się z tej fikcji, żeby nie być jedynym – ani pierwszym – który zarzuciłby pracę.

Teraz, gdy zauważyli Jerzego, odzyskali wiarę, że coś ruszy do przodu, i zaczęli się krzątać w swej bezczynności dwa razy szybciej, oczekując jednocześnie na nowe przydziały. Nikt nie pytał, co się stało. W korytarzach panowała atmosfera tajemniczości. Kłaniali mu się jedynie zaskoczeni i z uśmiechem mówili „dzień dobry”. On odpowiadał uśmiechem lub gestem ręki, z nikim jednak nie porozmawiał. Wydawało mu się, że wszyscy oni mają napompowane głowy. Wielkie, spuchnięte, kuliste. Jak baloniki z helem. Dużo przestrzeni, ale poza gazem puste w środku. A może było to jedynie jego własne wyobrażenie siebie. Skierował się wprost do swojego gabinetu. Gdy tylko do niego wszedł, rozsiadł się w fotelu. Chwilę później wyjął komputer ze skórzanej torby, którą kilka lat wcześniej sprezentowała mu Magda, i włączył go. Torba była dość sfatygowana, wytarta tu i ówdzie, ale Jerzy nie miał w planach kupowania nowej. Promienie słońca przeniknęły żaluzje i pasami jasności rzucanymi na ścianę oświetliły obraz Hoppera – samotną kobietę z przedziału C w wagonie numer sto dziewięćdziesiąt trzy, czytającą książkę. Nie był to oryginał, choć Jerzy marzył, że kiedyś go sobie sprawi. Gabinet był stosunkowo mały, jednak niewątpliwie większy od innych pomieszczeń na piętrze. Ściany miały kolor gołąbkowy, a okna przesłaniały drewniane żaluzje. Pokój oświetlały małe gęsto zawieszone lampy ścienne z żarówkami o żółtej barwie. Gdy Jerzy w ciszy obserwował obraz, drzwi pokoju uchyliły się i do gabinetu bezszelestnie weszła sekretarka – Jagoda. Była zaskoczona obecnością Jerzego nie mniej niż inni. Przyniosła na tacy grzanki i kawę z mlekiem, której aromat w kilka chwil wypełnił pomieszczenie. Nalała ją do porcelanowej filiżanki, tak jak lubił. Już sam zapach kawy rozbudzał umysł, choć równie dobrze mogła to być kwestia przyzwyczajenia, wypracowanych i utrwalanych latami połączeń neuronalnych. Ot, zwykła plastyka mózgu, a nie niemal metafizyka – dla niektórych – ukryta w tym powszechnym napoju.

– Panie prezesie, Piotrek będzie tu za chwilę. Dowiedział się, że pan wrócił, i prosi o pięć minut. Gdy tylko dojedzie do biura, od razu skieruje się do pańskiego gabinetu. – Jagoda z wrodzoną łagodnością zaanonsowała Piotra, asystenta Jerzego. Jej głos był przyjemny, można powiedzieć: miękki. Spodobał się Jerzemu jeszcze na rozmowie kwalifikacyjnej. Koił go. Co do Piotra, to zawsze liczył, że zostanie wiceprezesem, a może nawet kiedyś zastąpi swojego szefa, ale od kilku lat, mimo harówy i pracy po godzinach, nie zyskał na tyle dużego zaufania Jerzego, by ten powierzył mu to stanowisko. Co tu dużo mówić, Piotrek był raczej nieciekawym typkiem. Cały był zbyt. Zbyt piękny, zbyt ambitny, zbyt mądry, zbyt złośliwy, zbyt elokwentny, zbyt miły. Nadmiar „zbytu” zdradzał fałsz lub głęboko skrywane problemy. W każdym razie Piotrek był na tyle zdolny, żeby być dla Jerzego dużą podporą, ale jednocześnie „zbyt”, ażeby mu w pełni zaufać.

Jerzy skinął głową, obracając na palcu serdecznym prawej dłoni błyszczącą obrączkę. Pocierał ją jak amulet, mający przynieść szczęście lub natchnienie. Dotychczas tego nie robił.

– Dobrze, skieruj go do mnie, gdy tylko przyjdzie, bez anonsowania. Niech się poczuje ważny – skwitował niskim tonem, zabawnie przeciągając ostatnie słowo. Chciał zabrzmieć sympatycznie, biorąc pod uwagę, że zjawił się po raz pierwszy od tygodni, ale mu się nie udało. Jego głos był nader niski i zbyt miły, a „zbyt”, podobnie jak u Piotra, może zdradzać fałsz.

Jagoda wyszła z pokoju, pozostawiając za sobą mgiełkę słodkich perfum, które dwa dni wcześniej otrzymała od przystojnego mężczyzny. Poznała go na jednej z imprez przy Mazowieckiej. Zatrudniając ją, Jerzy prosił, żeby uważała na to, z kim się spotyka. Zdziwiła się, słysząc pierwsze pytanie na rozmowie kwalifikacyjnej: Czy spotyka się pani z kimś na stałe? Sądziła, że chodzi o ewentualną ciążę i wizję kilkunastomiesięcznego urlopu, jednak Jerzy zbił ją z tropu, dodając, że ma uważać na potencjalnych kochanków. Ostrzegał ją, że mogą to być pracownicy konkurencji, chcący wyłącznie wyciągnąć od niej informacje o opracowywanej w instytucie technologii. Jagoda to zbagatelizowała. Tak bardzo pragnęła wyśnionej miłości, że każdy flirtujący z nią mężczyzna był niczym zbawienie. Był jak Nowy Rok – pełen pokładanych w nim nadziei. Od tamtej rozmowy z Jerzym kandydatów było siedmiu, może ośmiu. Żaden jednak, wbrew jej oczekiwaniom, nie stanowił spełnienia marzeń. Lepsze poznanie się było jak pierwszy stycznia, ale mężczyźni nie doczekiwali nawet Bożego Narodzenia. Kończyła się zalotna zima, rozkwitała wiosna, seks powszedniał, a „miłość” ulatniała się wraz z pierwszymi podmuchami jesiennego wiatru. Za każdym razem. Mówili jej, że za bardzo chce, za bardzo napiera, a potem uciekali, dociśnięci do ściany, wystraszeni. Tak, bardzo napierała. Ale co mogła robić, jeśli czas i wdzięki bezpowrotnie przemijały, a ona czuła, że granica możliwości jest niebezpiecznie blisko. Jagoda często płakała przez to wieczorami, ale poza poduszką nikt nie słyszał jej szlochu, nikt też nie był go świadomy. Puste ściany pozbawione były uszu, a dywany i meble udawały wówczas, że nie istnieją. Tylko ten kawałek materiału, wypełniony puchem, nasiąkał wieczorami jej smutkiem i rozczarowaniem, tylko on wiedział wszystko o każdej z miłostek. Zresztą zapewne i on by uciekł, gdyby nie to, że głowa Jagody przygniatała go ściśle do prześcieradła. Skoro nawet ludzie tchórzą przed smutkiem innych i potrafią skutecznie udawać, że go nie ma – lub że nie ma ich – to co dopiero przedmioty martwe.

Piotr wkroczył do gabinetu pewnym, szybkim krokiem. Jego buty wydawały przy tym zabawny, skrzypiący dźwięk. Wchodząc, sapał, umyślnie sugerując pośpiech, z jakim dotarł do biura. Jerzy od zawsze był przekonany, że Piotr jest krótkowidzem. Zdradzały to nie tylko jego okulary – te mogłyby wszak należeć i do dalekowidza – ale ten młody i ambitny gnojek nigdy nie widział dalej niż czubek własnego nosa, zadartego zresztą.

– Witaj, Piotrze – Jerzy przywitał gościa, odczuwając przy tym lekki niepokój, przed którym od kilkunastu minut bezskutecznie usiłował uciec.

– Dzień dobry, Jerzy. Zaskoczyłeś nas tym nagłym zjawieniem się, równie mocno jak zniknięciem. – Piotr zasiadł w fotelu naprzeciwko biurka. Ten doskonale ubrany mężczyzna nie zapytał nawet, czy może to zrobić, co nie umknęło uwadze Jerzego. Siadając, poprawił krawat, po czym położył ręce na podłokietnikach, odsłaniając mankiety i srebrne spinki w kształcie korony. Światło słoneczne wyraźnie odbijało się w jego starannie zaczesanym przedziałku, który także zwrócił uwagę Jerzego. Na pewno był wygalany maszynką. Mogę się założyć, pomyślał, gdy zauważył, że szerokość przedziałka jest nienaturalna. – Muszę przyznać, że nie było łat­wo, ale jakoś daliśmy sobie radę. Przynajmniej na tyle, na ile mogliśmy bez ciebie – kontynuował Piotr. – Więcej zrobić się nie dało. Sam wiesz, że nasz system pracy, gdy zabraknie twoich poleceń, uniemożliwia postęp. Od dawna zresztą twierdziłem, że ten podział na dziesięć niezależnych grup badawczych to nie jest najlepszy pomysł. My tu w biurze też niewiele wiemy o tym, jak ma wyglądać całość projektu. – Kończąc zdanie, Piotr dziwnie cmoknął, jakby się wymądrzał. – Sądzę, że ten ostatni czas dowodzi tylko, iż musisz kogoś wtajemniczyć. Chociażby mnie, tak żeby w razie jakiejś choroby czy wypadku ktoś mógł prowadzić to dalej mimo twojej czasowej nieobecności. – Zakończył już mniej pewnie, choć umyślnie pogestykulował jeszcze dłonią, żeby ukryć wahanie, po czym schował się jakby za siebie samego.

– Piotrek, my tu nie pracujemy nad zwykłym projektem. Musimy to robić tak, żeby przed rozpoczęciem sprzedaży nikt nie poznał naszej technologii. Każdy miał swoją działkę do opracowania, plus ja i moja grupa część dziesiątą. To dobry sposób, dzięki któremu nikt poza mną nie jest wtajemniczony w całość prac. I tak musi pozostać. – Chociaż Jerzy rozmawiał z Piotrem, to zdawał się nieobecny. W głowie słyszał głównie trzaski i szum.

– Rozumiem, ale jeśli coś ci się stanie, cały projekt szlag trafi. Razem z tobą wszystko przepadnie. Jeśli, nie daj Boże, umrzesz, zachorujesz – jak ostatnio, cała praca pójdzie na marne. – Piotr próbował znaleźć rozsądne wytłumaczenie dla swoich osobistych ambicji, jednak w jego nieszczerym tonie trudno było znaleźć choćby nutę troski.

– Piotrek, pracuję nad tym od kilkunastu lat. Wiele temu poświęciłem, prawie wszystko. Nie oddam tego komuś, kto to spieprzy.

– Ale ja…

– Nie pozwolę, żeby ktoś to wykradł – dodał Jerzy dobitnie. – Będzie, jak powiedziałem. A o to, że tajemnica przepadnie wraz ze mną, nie musisz się martwić. Zabezpieczyłem nas. Jeśli cokolwiek mi się stanie, Janek poprowadzi sprawę dalej. Doceniam twoją troskę – skłamał – ale nie martw się.

– Jeszcze jedno… – gdy ponownie zabrzmiał głos Piotra, Jerzy sapnął i przewrócił oczami. – Od kilku tygodni odbieram telefony od VNG. Oferują nam już takie pieniądze, że kwoty nie da się zapisać w tweecie, bo się nie mieści. Za chwilę pewnie ją podwoją. Sądzę, że warto rozważyć potencjalną współpracę.

– Nie interesują mnie pieniądze – odparł Jerzy z satysfakcją.

Piotr puścił tę uwagę mimo uszu.

– Nie musimy im tego sprzedawać, ale można poprowadzić projekt wspólnie. My pomysł, wykonanie, a oni dystrybucja.

Jerzy znów zaczął pocierać obrączkę; zrobił się niespokojny, jakby wewnątrz jego ciała znajdowała się duża metalowa kula, której drżenie przenosi się na całe ciało.

– Piotrek, znam ich prezesa od dwudziestu lat. Cenię go, ale niczego im nie sprzedamy ani nie wejdziemy z nimi we współpracę. Dystrybucja tego projektu to klucz. Mogliby ją ograniczać lub windować ceny, a ja tego nie chcę. To ma być tanie i dla wszystkich. Zmienimy oblicze rynku, a to nie ma ceny. Poza tym obawiam się, że oni szpiegują nas od dawna i ich intencje nie są czyste.

– Znasz prezesa VNG? – zapytał Piotr, wyraźnie zaskoczony. Jego pobladłą skórę oblał zimny pot. Przetarł nawet dłonią czoło, żeby mieć pewność, że słone krople nie będą widoczne dla Jerzego.

– Tak, znam Tadka jeszcze ze studiów. Przyjaźniliśmy się. – Jerzy przełknął łyk kawy i zagryzł kęsem grzanki. Żując, mówił niewyraźnie; zdawało się, że zamiast słów słychać chrupanie. – Planowaliśmy nawet wspólny biznes. Problem w tym, że zakochaliśmy się w tej samej kobiecie. W Magdzie, mojej żonie. – Na chwilę umilkł, po czym przełknął kęs i dodał: – Nawet zauważyliśmy ją w tym samym momencie. Kilka lat później ona wybrała mnie, a po kilku kolejnych miesiącach Tadeusz odszedł. On założył własny biznes, ja swój. Mało kogo znam tak jak jego, dlatego wiem, że zrobi wiele, żeby wykraść nasz projekt. Nie uzyskasz dostępu do całości prac ani nie wejdziemy z nimi we współpracę. Zresztą moja żona mi na to nie pozwoli. Zbyt wiele poświęciłem.

– Oczywiście. Będzie tak, jak sobie życzysz. To ty jesteś ojcem tego projektu. Swoją drogą VNG też pracuje nad czymś nowym, podobno przełomowym. Wkrótce ogłoszą, co to takiego. Naprawdę nie wiem, czy nie warto…

– Będzie, jak powiedziałem – skwitował Jerzy.

Piotr wstał, zapiął marynarkę i niepocieszony ruszył w stronę drzwi. Zanim je otworzył, obrócił się jeszcze na pięcie.

– A co słychać u pani Magdy? – zapytał. – Wszystko w porządku? Jej też dawno nie widzieliśmy… – Słowa te były uporczywe jak komar, który nie pozwala zasnąć.

Jerzy wrócił myślami do domu, na kanapę, na której dzień wcześniej siedział wraz z Magdą, obejmując ją ramieniem.

– Tak, wszystko dobrze, dziękuję – odparł i upił duży łyk kawy, sugerując, że rozmowa definitywnie dobiegła końca.

 

Jeszcze długą chwilę po wyjściu Piotra Jerzy słyszał skrzypienie jego butów. Nie wiedział tylko, czy go to bawi, czy prześladuje. Wyjął z torby telefon i napisał do Magdy: „Kocham Cię”. Chwilę później znów poczuł strach. Nie był to jednak nierozpoznany niepokój, który można określić jako lżejszą fazę mgły lęku, ale czysty strach. Ponownie wystraszył się własnych myśli. Piotr z kolei opuścił budynek i wybrał numer na prywatnym telefonie BlackBerry.

– VNG, słucham – po drugiej stronie rozległ się kobiecy głos.

– Tu Piotrek, połącz mnie z prezesem.

– Witaj, Piotrze. Co dla mnie masz? – Ton Tadeusza był głuchy i ciężki.

– Nic nie mam. Jurek wrócił do firmy – odparł Piotr. – Nie ma najmniejszych szans, żeby mnie wtajemniczył.

– Wcale mnie to nie dziwi. Ale miałeś zadanie, któremu nie sprostałeś. Za co ci płacimy?

– Nie wkurwiaj mnie. Wiesz, ile ryzykowałem, wydobywając dla ciebie dane tych dziewięciu grup? Za takie rzeczy idzie się do pierdla! – Piotrek uniósł się, ale szybko zdał sobie sprawę, że przesadził.

– Miałeś załatwić dostęp do dziewięciu grup i do części dziesiątej bezpośrednio od Jurka, a co nam dałeś? Osiem grup, a dziewiątą za późno. Kierownik grupy zmarł, zanim do niego dotarliśmy. Zabrał tajemnicę do grobu. Mam teraz osiem elementów układanki i kosztowało mnie to miliony euro łapówek dla tych kujonów, a ostatnie dwa elementy są wyłącznie w głowie Jurka. I ty mi teraz mówisz, że nie masz szans na dostęp? To po chuj tam jesteś? Osiemdziesiąt procent projektu nic nam nie daje. Musimy mieć całość! – wykrzyczał Tadeusz, by po chwili, już spokojniej, dodać: – Piotrek, pomyśl, jeśli ci się uda, zarobimy więcej niż Arabia Saudyjska w rok i ty też będziesz miał w tym udział, o ile dob­rze się spiszesz. Wciąż wisisz mi dwa elementy. Postaraj się.

Piotr chciał odpowiedzieć, ale usłyszał przerywany sygnał rozłączonej rozmowy. Splunął na chodnik, ratując swoje ego, i skasował z telefonu dane połączenia. Dopiero wchodząc do windy, zauważył krople swojej śliny na lewym, doskonale wypastowanym pantoflu. W złości wytarł but o spodnie stojącego obok mężczyzny, udając, że go kopnął. Niechcący. Ten był świadomy, że to umyślność, ale nie miał odwagi, a może ochoty, postawić się schludnemu, młodemu mężczyźnie. Miał już sześćdziesiąt lat i sam nie był pewien, czy mu to zwisa, czy może przyzwyczaił się do tego, że upadlają go takie gnojki. Stał nieruchomo, obciążony doświadczeniem, a może wolny dzięki niemu. Dojrzałość ma w sobie dużo wyważonego spokoju. Czegoś na kształt pogodzenia. A spokój pozwala postrzegać inaczej. Wolniej, rozważniej. Jest cieplejszy.

– Przepraszam – powiedział nieszczerze Piotr i wyszedł z windy.

W drodze do toalety zastanawiał się, czy kopiąc mężczyznę, jedynie starł swój wstyd czy może był to objaw powracającej dominacji. Zapomniał jednak o tym, rozpinając rozporek.

 

Po południu, już po pracy, Piotr wróci do domu, do mieszkania, w którym czekać będzie na niego żona. W drodze będzie się zastanawiać, jak ma się zachować, żeby zyskać jej przychylność. Jaką postawę przyjąć, żeby mu współczuła i wreszcie stanęła po jego stronie. Z początku pomyśli, że warto zgrywać twardziela, że jakby nic się nie stało, że jakby nadal płynął na fali sukcesów, że to kolejny etap zwycięskiej drogi. Po chwili stwierdzi, że sam w to nie wierzy, i przyjmie postawę wkurwionego. Potraktowanego niesprawiedliwie. Otworzy drzwi i już od wejścia ryknie siarczyście:

– Kurwa, wydymali mnie, skurwysyny!

A ona, nie wychodząc nawet z salonu, zapyta:

– Co spierdoliłeś tym razem?

Piotr będzie się bronić, że to nie on, że zrobił wszystko, jak należy, ale pewnych rzeczy nie przeskoczy. A ona mu odpowie:

– Do pięt swojemu bratu nie dorastasz. On w twoim wieku osiągnął trzy razy tyle co ty, nie marudząc i nie stękając przy tym jak dzieciak.

Porównanie do starszego brata rozsierdzi Piotra.

– Gdyby nie ty i twoje pomysły, żebym grał do dwóch bramek jednocześnie, być może osiągnąłbym już więcej. Zanim się pojawiłaś, szło mi doskonale. Robiłem wszystko w swoim tempie, bez presji, ale sukcesywnie. Nie wiem, jaka cholera mnie do ciebie przyciągnęła – zakończy agresywnie Piotr.

– Brak ci ambicji, chłopcze, i tyle – dociśnie go żona, lekceważąc narastający w nim gniew. Wiecznie zapomina, że słowo „chłopiec” drażni go niemiłosiernie, jakby ktoś obcasem stawał mu na odcisku.

– Ty nie mówisz o ambicji, ale o chciwości i obsesji władzy. Ambicji nigdy mi nie brakowało. Co ty ze mną zrobiłaś… – zastanowi się już spokojniej Piotr, a potem, w rodzącym się smutku i żałości, odwróci się na pięcie i wyjdzie (czemu oczywiście towarzyszyć będzie skrzypienie butów), trzaskając drzwiami. Ona, wystraszona, podbiegnie do nich i je otworzy. Chwilę później zrzuci z siebie bluzkę, ukazując swoje piersi, ozdobione seksowną bielizną, i zgrabny brzuch. Zawoła go, udając uśmiech, i powie:

– Wracaj do mnie, przepraszam, przesadziłam…

Piotr zatrzyma się na chwilę, zawaha, czy się odwrócić, czy jednak odejść. Nie, nie może odejść, bez niej czuje się nikim. Odwróci się więc i zobaczy ją półnagą. Wróci do mieszkania, w którym przez kolejną godzinę będą się agresywnie kochać, jakby toczyli między sobą walkę o dominację. Piotr będzie jednak na z góry straconej pozycji. Po miłosnych uniesieniach nawet się nie przytulą. Ona wstanie z łóżka i pójdzie do łazienki, za drzwiami szepcząc pod nosem: „palant”. On z kolei będzie leżał bezmyślnie, wpatrując się w sufit i odpychając od siebie myśl, że powinien był odejść.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI