Długie popołudnie - Giles Waterfield - ebook + książka

Długie popołudnie ebook

Giles Waterfield

0,0
22,20 zł

lub
Opis

Najlepszy debiut powieściowy w Wielkiej Brytanii w 2001 (Zwycięzca McKitterick Prize).

„Pierwsza powieść Gilesa Waterfielda, niczym nowele Anity Brookner, opisuje zamknięty świat emocji, przeżyty w klaustrofobicznym otoczeniu. To kusząco staromodna powieść… Jak w dobrym utworze z epoki, Waterfield przywołuje czar utraconego stylu życia, przy okazji odsłaniając wszystkie jego niedorzeczne wybryki”.

Independent

„Zapadająca w pamięć pierwsza powieść Waterfielda to studium małżeństwa, miłości i strachu. To niemal doskonały »obiekt historyczny«”.

Express

„Elegancko powściągliwy styl…delikatny i wielkoduszny”

Guardian

„Waterfield perfekcyjnie uchwycił ospały, nieuciążliwy tryb życia ekspatów… , prowadzący do tragicznego, zapadającego w pamięć, niespodziewanego końca”.

Daily Mail

„Piękna książka oparta na historii dziadków Waterfielda. Autor pisze klarownie i z domieszką życzliwości o ich lęku i rozbiciu emocjonalnym oraz niedoskonałościach charakteru, które sprawiły że nie byli zdolni do stawienia czoła zmianom, z jakimi przyszło im się zmierzyć”.

The Times

„Nadzwyczajny debiut powieściowy”

Express (w zestawieniu polecanych lektur wakacyjnych)

„Znakomicie wyważona pierwsza powieść Gilesa Waterfielda »Długie popołudnie« przenosi nas do Mentony na Riwierze, w czasach pierwszej i drugiej wojny światowej i pomiędzy nimi: przepych, spokój i rozkosze, którym położyła kres cicha, ale przejmująca tragedia”.

Lucy Hughes Hallett, The Sunday Times

 

Długie popołudnie, książka pióra Gilesa Waterfielda, wybitnego angielskiego historyka sztuki i wnikliwego analityka współczesnego życia muzealnego, jest fascynującą opowieścią o losach zamożnej rodziny angielskiej postawionej w obliczu dramatycznych wydarzeń I i II wojny światowej. Książka jest subtelną metaforą marności życia. Przypomina, że wszystko, o co człowiek przez swoje życie zabiega, pieczołowicie gromadzi i buduje, jest marnością, pogonią za czymś ulotnym i przemijającym. Ale topos marności dóbr doczesnych to ważny, lecz nie jedyny motyw omawianej książki. Tym drugim jest wiara w wartości wynikające z utrwalonego tradycją i zwyczajem ładu i porządku. Dla ich trwałości zagrożeniem staje się nieprzewidywalna i brutalna swą prymitywna siłą, wojenna rzeczywistość. Bohaterowie książki Waterfielda nie pogodzą się z tą sytuacją. Nie bez znaczenia jest też wątek autobiograficzny, bowiem autor w przedstawionej czytelnikowi historii inspirował się losami swoich przodków, którzy dzielili życie między swym domem w Anglii i willą na Lazurowym Wybrzeżu, a także to, że w świetnych opisach wnętrz i ogrodów w posiadłościach należących do bohaterów książki wykorzystał swą rozległą wiedzę historyka sztuki i znawcy sztuki dekoracyjnej. Rzadko zdarza się książka, która z tak niezwykłą wrażliwością dotyka najwyższych wartości ludzkich: moralności, piękna, miłości”.

Andrzej Rottermund

 

“Powieść zaczyna się niczym nieskomplikowana historyjka o bogatej i błyskotliwej angielskiej rodzinie, która z powodów zdrowotnych tuż przed I wojną światową zamieszkała w Mentonie na południu Francji. Potem, z biegiem czasu, w latach 20. i 30. można dostrzec stopniowe narastanie neurozy, zamknięcia się w sobie, izolacji, a nawet omamów.

Komfort i piękno willi w Mentonie zdają się paraliżować w bezlitosnym słońcu południa; drobiazgowo opisywana przez autora obfitość jedzenia czyni powolne i bezcelowe życie jeszcze bardziej ospałym. To, co nie zostało w tej książce wypowiedziane, jest tak samo ważne jak słowa, które w niej padły. Czasami to miłość, czasem nienawiść. Tak wiele pozostaje ukryte po to, by nagle wyjść na jaw i wywołać wstrząs. Powieść pokazuje śmiertelne drgawki rytuałów i zasad, które niegdyś kształtowały życie. Można zadać sobie pytanie, jak rodzina może mieć tyle szczęścia i być zarazem tak głęboko zraniona. Ostatecznie rzeczywistość burzy ten sztuczny świat.

To historia świetnie opowiedziana. Giles Waterfield potrafi wykreować niepokojące wrażenie melancholii i wyparcia, pokazując, jak dobre wychowanie, a nawet poczucie humoru mogą służyć ukryciu uczuć, których nie chce się ujawniać ani dopuszczać do świadomości. To, wraz z atmosferą narastającego zagrożenia, na tle piękna i pozornej wygody, czyni Długie popołudnie niezapomnianą lekturą. Powieść, napisana z poruszającą czułością i taktem, jest dziełem wybitnym”.

Max Egremont

Giles Waterfield jest niezależnym kuratorem i pisarzem, dyrektorem Royal Collection Studies i wykładowcą Courtauld Institute of Art w Londynie. Młodośc spędził w Paryżu i w Genewie. Pracował jako dyrektor Dulwich Gallery w Londynie, w której zbiorach znajdują się obrazy przeznaczone dla króla Stanisława Augusta Poniatowskiego, a wcześniej w Royal Pavillion w Briighton. Dał się poznać anglojęzycznym czytelnikom jako autor powieści: The Long Afternoon za którą otrzymał nagrodę McKittericka w 2002 roku, The Hound In the Left Hand Corner i Markham Thorpe, przychylnie przyjętych przez brytyjską krytykę. Najnowsza powieść, która ukazała się w 2015 roku, nosi tytuł The Iron Necklace.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB

Liczba stron: 275

Oceny
0,0
0
0
0
0
0



Giles Waterfield

Długie popołudnie

tłumaczenie

Irena Beaulieu

kle

Mojemu Bratu

Podziękowania

Za zachętę i dobre rady chciałbym podziękować Rupertowi Christiansenowi, Charlotte Gere, Lucy Hughes Hallett, Sarze Lutyens, Hazel Orme, Felicity Rubinstein, Paulowi Ryanowi, Nancy Tennant i Williamowi Waterfieldowi. Jestem bardzo wdzięczny pracownikom Review: Rosowi Elisowi, Davidowi Groganowi, Mary-Anne Harrington, Peterowi Wardowi, a przede wszystkim Geraldine Cooke, za ich przyjazny profesjonalizm.

Do roku 1860 było to malownicze rybackie miasto o kilku, rozrzuconych w pobliskich gajach, willach wynajmowanych obcym przybyszom, i otoczeniu ponad wszelką wątpliwość pięknym i atrakcyjnym. Dziś większą część dwóch pięknych zatok zapełniają szkaradne, zdobione sztukateriami domy w najgorszym guście. Zniszczono interesujące stare mury, pretensjonalne, wyłożone kostką promenady zajęły miejsce ślicznych, wysadzanych tamaryszkami alei nad brzegiem morza. Z punktu widzenia miłośnika sztuki Mentona spospolitowała się i została zepsuta, lecz jej suchy słoneczny klimat pozostaje wyśmienity, kwiaty piękne, a wycieczki — dla dobrych piechurów — są niezbyt męczące i bardzo zajmujące.

Augustus Hare, South-Eastern France , 1890.

Wszystko w tej, cieszącej się powodzeniem, miejscowości odpowiada potrzebom osób chorych i o delikatnym zdrowiu. Tutejszy klimat jest najłagodniejszy na całym wybrzeżu. Nigdzie na północnym wybrzeżu Morza Śródziemnego drzewa cytrynowe nie rosną tak bujnie. Mgieł i rosy tu nie ma, niebo jest bezchmurne. Miasto otaczają góry, tak że mistral ledwie daje się odczuć, a temperatura bardzo rzadko spada poniżej punktu zamarzania. Osoby cierpiące na choroby płuc, zarówno w ich początkach jak i w zaawansowanym stadium, wiele zyskują, spędzając tu zimę.

Przybyszowi Mentona wydaje się miejscem raczej nudnym. Przenika ją nastrój spokojnego wypoczynku, wiatr nie bywa tu ostry, a tchnienie morza rześkie. Czy zawdzięcza to wyniosłym górom, pogrążającym w cieniu jej wąski skrawek lądu, czy obecności na ulicach — wtedy gdy świeci słońce — tak wielu twarzy naznaczonych pieczęcią śmierci, nie ulega wątpliwości, że przenika ją pewnego rodzaju mrok, który jest raczej przygnębiający. Znany pisarz, któremu przeznaczone było tu umrzeć i tu zostać pochowanym, mówił o niej „»Mentona« ta duszna kostnica”.

Thomas Cook and Son, The Travellers’ Handbook for the Riviera / Marseilles to Leghorn / and the Pyrenées / Biarritz to Marseilles, 1912.

LISTOPAD 1912

Tak, podobał jej się dom.

„Zbudowany z kamienia — oznajmiał w imieniu licytatorów, panów Hampton z Cockspur Street, London SW, pośrednik, pan Achille Isnard z Mentony — przebudowany przez obecnego właściciela zaledwie przed kilku laty, bez względu na koszty, wszystko do najdrobniejszych detali jest doskonale wykończone...”.

Jak wyraził się czarujący i uprzejmy młody agent, tak usilnie starający się zrozumieć jej niezbyt płynną francuszczyznę, jest on fort bien située.1 Posiada piękny widok na morze i stare miasto dzięki temu że, jak ujęli to sprzedający, „został wzniesiony w jednym z najpiękniejszych i wysoko położonych miejsc tej zachwycającej okolicy”. Nawet jeśli odległość pomiędzy ogrodem a wybrzeżem wynosi co najmniej dwieście jardów — czy metrów, jak sądziła, że powinna nauczyć się mówić, choć z pewnością nie była w stanie wyobrazić sobie francuskiego odpowiednika słowa „jard” — z wyższego tarasu ma się wrażenie, że morze sięga aż do krańca ogrodu. Woda była nierealnie błękitna; kiedy umierała dwadzieścia osiem lat później, ostatnim wspomnieniem, jakie pojawiło się wraz z nagłym przypływem siły, zapowiadającym chwilę ostateczną, której zawsze tak bardzo się obawiała, było lśniące Morze Śródziemne, połyskujące u jej stóp. Morze Śródziemne, sama ta nazwa, nasuwająca tyle skojarzeń (co prawda Henry lepiej niż ona znał jego klasyczne odniesienia), zdawało się do niej uśmiechać, obiecując wytchnienie i szczęście. Może wytchnienie i szczęście przyniesie sam dom.

Dom, jak przypuszczała, był całkiem zwykły, choć odznaczał się „niezwykle imponującym charakterem w stylu włoskim” na podobieństwo wielu, wznoszonych w ciągu ubiegłych dwudziestu lat willi, stojących w gajach oliwnych, górujących nad wybrzeżem dawnej republiki Mentony. Bez wątpienia pan Hare (którego zajmującą książkę o południowej Francji czytała w hotelu) miał rację, krytykując takie domy. Lecz czy naprawdę tak niewłaściwą rzeczą było poddanie się urokowi budowli o ścianach w kolorze ochry, z werandą ocienioną czymś, co musiało być glicynią rosnącą wzdłuż frontowej elewacji, z pięknym balkonem pierwszego piętra i podwójnymi oknami z wielkimi zielonymi żaluzjami na wszystkich trzech kondygnacjach (nazywano je persiennes — czy to istotnie Persowie wynaleźli coś tak pożytecznego?). Miała wrażenie, że budowniczy nie powinien był zastępować starej zagrody nowoczesnym domem, ale nie była jednak całkowicie o tym przekonana.

Pośrednik z uśmiechem poinformował ją, że sklepiony sufit sieni należał do dawnego budynku, który stał się podwaliną nowego domu przed dwudziestu laty. Miałaby z niego zrezygnować tylko dlatego, że panu Hare nie podobały się takie domy? Zapytałaby Henry’ego, co o tym myśli, gdyby był tutaj — gdzie on może się podziewać — zapytałaby go, czy ten dom może się podobać z estetycznego punktu widzenia, by tak rzec, a także co myśli o jego położeniu i przydatności. A gdyby, ze względów zasadniczych, nie kupili tego domu, to jaki by kupili? Gdyby wybrali coś starszego w samym mieście raczej niż na tych, jak sądziła, śródziemnomorskich peryferiach — okropne słowo — wtedy kupiłby go ktoś inny i nie docenił zalet ogrodu, co ona, sam Bóg to widzi, doceniła i w tym momencie dostrzegła oliwne drzewko, które, jakże stosownie, rosło tuż koło niej. Popatrzyła na nie z podziwem, położyła na nim rękę i przybrała, w sposób, jak sądziła, naturalny, poetyczną pozę, na pół pochylona, na pół wyprostowana jak klasyczna nimfa na Olimpie. Poczuła chęć ogarnięcia oceanu spojrzeniem, które, jak sądziła, było pełne uczucia. Wtedy przypomniała sobie, że pośrednik stoi obok. Odwróciła się do niego. On także patrzył w dal.

—Ravissante2— powiedziała, odwracając głowę z wiele mówiącym, choć ledwo dostrzegalnym ożywieniem, gdyż większość jej członków trwała nadal w pozycji pochylonej. Ravissante to było dobre słowo, dające zastosować się niemal do wszystkiego, choć może nie do wszystkiego, co jest rodzaju męskiego.

W chwilę później:

— Enfin, il vous plaît, le jardin, Madame?3 — zapytał z wdziękiem, który nie był typowy dla Francuzów. Sądziła jednak, że tu w Mentonie byli daleko od Paryża, a bliżej Włoch, i ludzie mogli stawać się bardziej naturalni. Tak, podobał jej się ogród, odpowiedziała, choć opis zleceniodawców pośrednika brzmiał nieciekawie i nie oddawał całego uroku położenia domu, w pół drogi pomiędzy górami i morzem:

„POSESJA — Drzewa palmowe dające chłodne i wonne zacisze. Piękna grota, ogród skalny, staw z liliami wodnymi. Liczne krzewy i rośliny tropikalne. Cenny ogród sukulentów z wyszukanym wyborem rzadkich roślin. Otoczona heliotropami i goździkami. Garaż zbudowany z kamienia…”.

Jakże mógłby się jej nie podobać ten ogród, założony na sześciu długich tarasach, wznoszących się na wzgórzu, gdzie tylko palmy i wczesna mimoza — niewyrażalnie wiotka, a jednak wyniosła, radosna i mocno pachnąca mimoza, pyszniąca się na tle nieba — mogły sugerować, że nie jest to naturalna roślinność Riwiery?

C’est ravissant — miała właśnie znów powiedzieć, lecz przypomniała sobie, że określenie to mogło coś sugerować i brzmiało nieco monotonnie, wpadło jej więc na myśl słowo merveilleux.4 Miała nadzieję, że uznał jej znajomość francuskiego za całkiem dobrą i na pewno było mu przyjemnie, że zadaje sobie trud posługiwania się nim, gdy większość Anglików nigdy tego nawet nie próbuje. Czy Francuzi używają superlatywów tak jak my? Zastanawiała się przez chwilę.

Młody człowiek wydawał się zadowolony i zapytał z nadzieją w głosie, czy podoba jej się Mentona.

— Tak — odparła, bo tak wypadało odpowiedzieć, skoro ten mężczyzna pochodził z tego miasta. Co prawda wyrażał nadzieję, że kiedyś pojedzie do Londynu, który ponoć jest formidable .

— Tak, Londyn jest formidable — zapewniła z ironią, wzdrygnąwszy się na samą myśl o tym surowym i brudnym miejscu, siedzibie imperialnej władzy.

Zaproponował, by weszli do domu.

— Alors qu’est-ce que c’est que Madame voudrait voir?5 — zapytał uprzejmy młody człowiek, którego nazwiska nie zapamiętała, choć oczywiście, jeśli o to chodzi, we Francji było łatwiej, bo nie obowiązywało tam używanie nazwiska rozmówcy. Ach, wszystko, chciała zobaczyć wszystko, nawet pomieszczenie na węgiel. Ostatecznie, przypomniała, pozwalając sobie na uśmiech, gdyż tak mało mówiła o swym pochodzeniu — po części dlatego, że ludzie rzadko pytali, choć musieli się zastanawiać, skąd pochodziły pieniądze — była przecież córką fabrykanta spinek do kołnierzyków, który spędził całe swoje zawodowe życie, aż do ukończenia siedemdziesięciu jeden lat, tworząc fabrykę w Derby i kierując nią. Nie może — choć wielką odczuwa pokusę — zapominać, że jest córką swego ojca. Papa obejrzałby każdy szczegół domu, który chciałby kupić. Pamiętała, jak robił to w Staffordshire i choć nie miała pewności, czy sama byłaby zdolna zrozumieć takie rzeczy jak system ogrzewania, zrobi to, co powinna.

— O tak, wszystko — powiedziała — a z pewnością wszystkie pomieszczenia dla służby, ponieważ nie potrafiłaby mieszkać w domu, w którym służący nie mieliby dobrych pokoi.

Wydawał się zdziwiony, choć nie powiedział tego, otworzył tylko szeroko oczy, patrząc na nią jak na kogoś niezwykłego. Może pomyślał, że kieruje się współczuciem, albo może sądził, że była nierozsądna. Ale ponieważ wydawał się tak sympatycznym młodym człowiekiem, wyjaśniła:

— Wychowano mnie w poczuciu, że nasi służący, choć postawieni w pozycji służebnej, są w oczach Boga w równym stopniu ludźmi jak my i jeśli mieszkają w naszym domu, stają się częścią naszej rodziny. Pomimo różnic majątku i pozycji, musimy być pewni, że są szczęśliwi i żyją w zgodzie (choć Bóg wie, jak trudno to czasem osiągnąć, wydaje się, że natura ludzka skłania ich do kłótni, szczególnie kobiety) i że mają ładne pokoje i wszelkie wygody, dość światła i powietrza.

I wtedy uświadomiła sobie, że nie zniosłaby wokół siebie niezadowolonych twarzy i że odczuwała niepokój, gdy ktoś ze służby wydawał jej się chłodny lub wrogo usposobiony. Musiała zawsze się dowiedzieć, co go niepokoi, jeżeli chciał jej to wyjawić. Czasem, dając do zrozumienia, że chce zachować swą prywatność, nie mówił.

Snuła dalej te myśli, ze wzrastającym poczuciem, że był to dom, w którym mogłaby mieszkać cały czas, podziwiając sklepienie holu z żeliwną lampą i rzeźbiony drewniany kominek, chłód i nastrój pokoju, po wejściu z zalanego światłem ogrodu.

Wybór odpowiedniego domu, który mógłby stać się ich domem, i w którym mogliby przeżyć długie lata, miał niezwykłe znaczenie. Podobała jej się myśl, że byłoby to miejsce, w którym radowaliby się popołudniem swego życia. Miała nadzieję, że będzie to długie popołudnie, które powoli, stopniowo przejdzie w wieczór, i wreszcie w noc.

(„Hol wejściowy” — anonsowała broszura — „ze sklepionym sufitem i bardzo pięknymi oszklonymi drzwiami z kutego żelaza, 19 stóp na 14, mozaikową podłogą, oświetlony dwoma oknami o kryształowych szybach, z dwoma głębokimi marmurowymi parapetami, francuskie okna otwierające się na werandę wspartą na dwóch korynckich kolumnach, które zdobią fronton”).

— Et voici le salon6 — powiedział pośrednik.

Pokój był duży, odpowiednie miejsce do wielkich przyjęć i podejmowania tutejszej śmietanki towarzyskiej, kto by do niej nie należał. Były tu dwa kominki, nad jednym z nich lustro, dwa francuskie okna (jak one się po francusku nazywają?) otwierające się na werandę, i wykusz z widokiem na ogród. Pozbawiony mebli, pokój nie wyglądał zachęcająco. Zapytała, kto przedtem mieszkał w tym domu.

— Angielska dama — odpowiedział. — Madame Groves, która żyła raczej skromnie, ale lubiła mieć wokół siebie dużo przestrzeni i miała siostrzeńca, który bardzo często tu bywał.

Nigdy nie słyszała o bogatej pani Groves, lecz jakie to intrygujące. Co ten siostrzeniec mógł robić? Czy był łowcą fortun? Czy naprawdę był jej siostrzeńcem?

Widok jadalni, po drugiej stronie holu, naprzeciw salonu, przerwał te myśli. Tak samo wychodziła na werandę i, choć ciemna, uderzała dostojeństwem, ozdobiona „wielkim kominkiem z rzeźbionego orzecha włoskiego” w stylu baroku, jaki w Anglii rozpowszechnił się w pokojach do palenia tytoniu. Kuchnia, wielka i wesoła, wyłożona ośmiokątnymi czerwonymi płytami i mały pokój dla służby (nazywał go l’office), i tylne drzwi jeszcze bardziej obrośnięte glicynią, to było wszystko, czego tylko można zapragnąć. Z zapałem wbiegła po stromych schodach prowadzących do sypialni dla służby nad kuchnią, z których rozpościerał się olśniewający widok miasta.

— Ach, mogłabym mieszkać w tych małych pokojach — zawołała do młodego człowieka. —Mais ça ne sera pas nécessaire7 — odpowiedział z powagą. — Je pense que le premier étage plaira à Madame.8

Miał rację. Jak mogłyby się jej nie spodobać te wysokie pokoje, wszystkie z widokiem na morze, kwadratowa sypialnia w rogu nad jadalnią, mała garderoba, środkowy pokój nad holem? To jak książęcy apartament, pomyślała. Próbowała nie myśleć o tym, że jest trochę podobny do domu, który ona i Henry zajmowali podczas pobytu na ostatniej ponurej placówce w Delhi, podczas tych strasznych tygodni, gdy zabrano od niej dziecko, gdy ohydny klimat Indii zabił jej najdroższą córeczkę. Stłumiła te myśli nie do zniesienia, wzdrygając się lekko. Potem przeszli jeszcze kilka schodów i młody człowiek powiedział:

— Le petit salon9 — jakby oczekiwał, że będzie wiedziała, co to za pokój, otworzył drzwi i przepuścił ją w progu, patrząc na nią przez chwilę wyczekująco. I wtedy zrozumiała, bez cienia wątpliwości, że jest to idealny dom dla niej, dla Henry’ego i dla chłopców, choć tak niewiele domów obejrzeli i trudno było cokolwiek porównywać, i że ona musi go kupić, a raczej, że oni muszą go kupić. Wiedziała, że Henry’emu (gdzie on był, dlaczego jego tu nie ma, co on może robić w tak ważnej chwili w mieście?) też będzie się podobał.

Stała przez chwilę w progu, z ręką na futrynie drzwi, patrząc na pokój. Światło kierowało jej wzrok w stronę balkonu. Tu będzie szczęśliwa, wiedziała o tym, tu stanie się osobą pewną siebie, pełną erudycji atrakcyjną rozmówczynią, panią domu, matką i żoną, jaką zawsze chciała być. Gdyby tylko Indie nie zraniły jej tak boleśnie. Stojący za nią pośrednik przesunął się nieco. Musi wejść do środka.

Pokój był pusty i ciemny, w zestawieniu z blaskiem wiosennego słońca. Jej spojrzenie przyciągał rozpościerający się za oknami widok morza. Te okna prowadziły ją ku światłu, tak że salon i balkon stały się jedną wielką, ale na ludzką miarę, zamkniętą przestrzenią, stworzoną dla swobodnej konwersacji pomiędzy znajdującymi się tam osobami. Sam pokój — jakże on go nazwał: petit salon? — ogołocony z mebli, ze ścianami noszącymi ich ślady, już wydawał się przyjazny ze swymi zielonymi pasiastymi tapetami i lustrem nad kominkiem. Jej meble, od razu zdała sobie z tego sprawę, będą tu na swoim miejscu. Portret ojca (oczywiście bez portretu matki jako jego pendant) będzie wisiał z prawej strony. Jej własny portret zawiśnie naprzeciwko kominka — choć możliwe, że Henry miał rację mówiąc, że portret całopostaciowy jest za duży do większości pokojów. Czy jej podobizna, sielankowa, przedstawiająca ją w długiej białej sukni, na tle krajobrazu, z łagodną zadumą spoglądającą na krzew, nie zaciąży nad wnętrzem pokoju? Jaka szkoda, że nie mają portretu Henry’ego. To było bez sensu, co mówił, że nie ma żadnego powodu, by go malować, że jest kimś bez znaczenia; przecież portret upamiętnia osobowość, a nie pozycję człowieka. A Henry w każdym razie był naprawdę bardzo dystyngowany. Przeszli w kierunku balkonu i młody człowiek, chyba nazywał się Monsieur Étienne, pochylił się, by otworzyć okno. I oto zobaczyła doskonały balkon, balkon nad balkonami, pięcioboczny z balustradą. Stąd może obserwować ogród, wznoszące się powyżej cyprysy, stare miasto Mentony, nowe wille i hotele rozciągające się wzdłuż promenady Garavan, w kierunku pomnika królowej Wiktorii. Uśmiechnął się widząc, jaką przyjemność jej to sprawia, gestem ukazał widok za ich plecami, jak artysta pokazujący obraz. Odwróciła się, by podziwiać zbocze wzgórza, ze starymi, starannie pielęgnowanymi tarasami, które od czasu do czasu przerywały masywne wille podobne do tej. Za zboczami, ciężki, szary lecz nie budzący uczucia zagrożenia, wznosił się potężny masyw góry. Spojrzała pytająco na Monsieur Étienne, on zaś powiedział:

— Le Berceau, Madame, plus que mille mètres de hauteur.10

Uśmiechnęła się do niego, wdzięczna, że nie będzie musiała wspinać się na taką wysokość.

Gdy podziwiali widok, na zewnątrz dał się słyszeć jakiś hałas. Był to powóz, ciągnięty przez dwa konie (co za ekstrawagancja z jego strony, brać dwukonny pojazd, pomyślała z pewnym zachwytem). Posuwał się ostrożnie, jakby woźnica nie znał drogi, aleją, aż do kolistego żwirowego podjazdu z drzewami palmowymi i mimozą przed domem. Powóz zatrzymał się przed frontowymi drzwiami i wysiadł z niego Henry, przesadnie uprzejmy, wysoki, lekko zaróżowiony od słońca, doskonały w każdym calu. Ach, był doskonały, jakże była szczęśliwa, i gdy wychyliła się, by go zawołać, zobaczyła, że patrzy w górę, jak zrobiłby to każdy, widząc tak piękny balkon. Zauważył ją wśród liści i pomachał ręką. To była chwila szczęścia, czystego, niczym nie zmąconego uczucia, przywoływana w późniejszych latach, gdy radość będzie już skażona niepokojem i chorobą. Uśmiechnął się tak czule, pomachał do niej, wysiadł z powozu i zawołał:

— Przepiękne miejsce, kochana!

Łatwo było z tego balkonu porozumiewać się z kimś na dole, bez względu na to, jak wielka wydawała się odległość.

— Kochanie, myślę, że jest piękny — odparła Helen. A potem, pamiętając, że pośrednik, choć twierdził, że nie zna angielskiego, z pewnością musiał to zrozumieć, dodała:

— Myślę, że jest parę problemów, lecz dom jest dość przyjemny — i poczuła, jak nie na miejscu było użycie tak przyziemnych angielskich słów. Nie tylko przyjemny, ale zachwycający, bezpieczny, czysty…

Poprosiła, żeby wszedł na górę, a Monsieur Étienne uprzejmie zaproponował, że odszuka Monsieur i przyprowadzi go na balkon. Gdy Henry nadszedł, w żartobliwym nastroju, podniecony i jak zwykle stroskany, nie zapytała, dlaczego tak późno przyjechał i czy coś mu dolegało, lecz powiedziała:

— Kochany, myślę, że jest odpowiedni — i dodając — kochany, myślę, że jest idealny. Jestem pewna, że będziemy tu bardzo szczęśliwi — jak ci się zdaje?

Gdy zwrócił uwagę, że dopiero wszedł i prawie niczego jeszcze nie zdążył zobaczyć, przynagliła go:

— Nie widziałeś wszystkiego, ale zobaczysz. Każdy pokój. Monsieur Étienne jest tak uprzejmy, że pokaże nam wszystko.

Obejrzeli razem pozostałą część domu, a przede wszystkim inne pokoje na pierwszym piętrze. Boczna sypialnia z oknem wychodzącym w stronę granicy włoskiej miała piękny malowany plafon z girlandami kwiatów tworzącymi baldachim wokół krawędzi sufitu i niebo z puszystymi, błękitnymi chmurami.

— Kto to malował? — zapytał Henry, jak zawsze pragnąc uzyskać informację o budowlach i malowidłach.

„Jakie to w nim miłe i interesujące”, pomyślała Helen. Monsieur Étienne odparł, że malowidła na sufitach to specjalność Mentony i że najlepsze wykonywała, jak sądzi, rodzina Cerrutich. Jest też pewien, że to właśnie ta rodzina musiała pracować w tak imponującym domu, jak Lou Paradou.

— Nasza sypialnia? — zauważył Henry, spoglądając na sufit. — To znaczy, twoja sypialnia?

Wiedziała, że w domu są wspanialsze pokoje niż ten, odrzekła więc: — Nie, musimy obejrzeć jeszcze całe drugie piętro.

Poszli zatem na górę, pośrednik pierwszy, teraz bardziej milczący i pełen szacunku, od chwili przybycia tego angielskiego dżentelmena, tak imponującego, tak poprawnego, choć często uśmiechającego się. Szła za nim szybko, ciągle jednak oglądając się, by stwierdzić, czy Henry jest zadowolony. Henry wchodził po schodach w sposób bardziej powściągliwy, podziwiając namalowane niebo (które zdobiło także sufit klatki schodowej) i widok góry.

Na górnym piętrze pokoje położone były wysoko ponad ogrodem, tak że z okien widać było tylko wierzchołki drzew palmowych. Ze szczytu wieży, dzięki której dom uzyskał malowniczą nieregularną sylwetkę na tle nieba, okna wychodziły na zatokę i stare miasto. Czy to będzie nasz pokój, zastanawiała się, czy pokój gościnny, może nawet Charlesa, gdy będzie starszy. Od frontu znajdowały się trzy główne pokoje.

— Ach, to wprost doskonałe — powiedziała — tak dobrze rozplanowane i urządzone. Tu musi być pokój gościnny, bo myślę, że będziemy mieli dużo gości, a to musi być nasza sypialnia, pewnie należała do pani… do kobiety, która tu mieszkała przedtem… z tym małym cabinet de toilette, a to na pewno będzie twój pokój albo pokój szkolny, chociaż może jest zbyt ładny jak na pokój szkolny, a gdybym była obok i chciała wypocząć, to dzieci przeszkadzałyby, no to może twój pokój, mam na myśli twoją garderobę, gdzie byś pracował i pisał swoje książki, kochany, czy jednak jest dość duży, żeby do tego służyć? Ale ważne, żebyś miał swój własny kącik, teraz pewnie brakuje ci takiego biura.

— Ależ wcale nie brakuje mi biura, ani jako miejsca do pracy, ani pozycji urzędnika, więc to nie problem.

Umilkli, patrząc wokół, na pokój, na widok i na siebie, uświadamiając sobie w ciszy, że być może podejmują jedną z najważniejszych decyzji w życiu. O tylu rzeczach musieli ostatnio zadecydować, pomyślała Helen. Najważniejsze było porzucenie Indian Civil Service przez Henry’ego. Podał się do dymisji mając trzydzieści lat i stojąc przed błyskotliwą, jak sądzili jego koledzy, karierą. Zdobył z najwyższą oceną stopień naukowy w Oksfordzie i jako pierwszy z roku trafił do Indian Civil Service, do której, jak to było powszechnie wiadomo, przyjmowano najlepszych, lepszych niż do Civil Service w kraju. Otwierało się przed nim tyle możliwości, niestety, służba w administracji państwowej w Indiach, bez względu na to jak chwalebna i jak ważnym obowiązkiem patriotycznym by nie była, oznaczała poświęcenie nie tylko siebie, ale swojej rodziny, ofiarę, która mogła skończyć się śmiercią. Oczywiście jego decyzja o rezygnacji nie mogła była być kwestionowana; człowiek tak delikatnego zdrowia i tak bardzo zagrożony astmą nie mógł kontynuować niebezpiecznej dla zdrowia kariery, która narażała jego delikatne płuca na okropności klimatu Indii, okrutne słońce i bezlitosne, zabójcze dla dzieci i dorosłych upały. Ale nie było to łatwe. Nie wszyscy okazywali zrozumienie, napomykano, że to ona skłoniła go do rezygnacji, ponieważ sama nie znosiła Indii. To były tylko drobne aluzje, po większej części robione przez żony jego kolegów, być może spowodowane tym, że same nie mogły sobie pozwolić na ucieczkę z Indii, ale nawet sugerowanie czegoś takiego było okrucieństwem. Zdała sobie sprawę, że zmarszczyła brwi z niezadowolenia i szybko zmieniła ten przykry wyraz twarzy.

Potem trzeba było zdecydować się, gdzie się udać. Próbowali zamieszkać w Staffordshire, gdzie się wychowała i chociaż kochała tamten dom, bardzo piękny i prawdopodobnie zaprojektowany przez Adamów, jej ciotka nadal tam mieszkała a klimat środkowych hrabstw Anglii, choć różniący się od klimatu Indii, nie był jednak odpowiedni dla osób tak delikatnych jak oni dwoje. Przenieśli się więc do Kornwalii, gdzie cieszyli się domem w Marazion, z widokiem na morze, wiecznie spienionymi falami i cudownym spokojem, ale jednak było tu zbyt chłodno i wilgotno w zimie, a towarzystwo — trzeba to powiedzieć — nie było zbyt atrakcyjne.

Postanowili więc w końcu opuścić Anglię i poszukać domu na południu Francji, albo może na włoskiej Riwierze (choć to było mniej modne, a nie dawało się tak zupełnie nie brać tego pod uwagę), gdzie mogliby spędzać większą część roku. Wiele osób, szczególnie lekarze, mówili o Mentonie jako o najcieplejszym, najbardziej zacisznym miejscu w cywilizowanej Europie i jedynym możliwym miejscu, w miarę blisko położonym Anglii, dla ludzi mających słabe płuca lub zagrożonych astmą. Od czasu do czasu zadawała sobie pytanie, czy to posunięcie było właśnie tym, czego chciał Henry, skoro, jak raz czy drugi półgłosem napomknął, miał nadzieję podjąć jakąś urzędową pracę, gdyby został w Anglii. Ale ona rozumiała diagnozę lekarzy, niewątpliwie zasmucającą, i wytłumaczyła mu, że taka decyzja mogłaby być fatalna. Zdawała sobie sprawę z tego, że choć był tak mądrym człowiekiem, nie zawsze bywał praktyczny i to jej obowiązkiem było przekonanie go, że muszą podjąć decyzje praktyczne.

Gdy kilka dni wcześniej przybyli do Mentony, tak kuszącej, tak niezobowiązującej, pełnej pomarańczowych i cytrynowych drzew, miasta, które zdawało się uśmiechać nad zatoką, obiecując swoje przyjemności, wszystkie te trudne decyzje stały się o wiele łatwiejsze do podjęcia.

Młody pośrednik obserwował tych uroczych choć cichych ludzi: ona taka ładna, ciepła, tak bardzo świadoma siebie, owładnięta uczuciem, którego nie sposób odgadnąć, lecz które musi być związane z domem, on taki uprzejmy i układny i tak trudny do rozszyfrowania. Wyczuwając wspomnienia, nadzieje i niepokoje, które ich nurtowały, wyszedł dyskretnie z pokoju na korytarz, mamrocząc słowa przeprosin. Tam się zatrzymał, właściwie nie podsłuchując, lecz pozostając pod ręką, na wypadek gdyby go potrzebowali.

— To bardzo piękny dom — powiedział Henry — i bardzo dobrze rozplanowany. I to położenie… Ale trudno decydować, czy zamieszkamy tutaj, gdy zobaczyliśmy tak niewiele innych. Czy myślisz, że będziesz tu szczęśliwa, najdroższa?

— Tak, myślę, że tak, naprawdę podoba mi się — odparła — jest nie tylko piękny, ale tak zaciszny; jestem pewna, że zawsze będzie w nim ciepło i jest tu akurat tyle przestrzeni, ile nam potrzeba, nawet gdybyśmy mieli więcej dzieci, co raczej nie jest prawdopodobne — powiedziała to, wstrzymując oddech i patrząc w ziemię. — I nadaje się do podejmowania gości i dla służby. Ale czy tobie się podoba, najdroższy? To jest najważniejsze.

— O tak, podoba mi się. Uważam, że jest doskonały. Tylko czy możemy sobie na to pozwolić? — zastanawiał się, z łobuzerskim wyrazem twarzy, jak to było w jego zwyczaju, gdy mówili o pieniądzach, przede wszystkim o dużych pieniądzach. Tak, odpowiedziała, przemyślała to dokładnie. Na pewno stać ich na kupienie tego domu.

Poprosili na powrót Monsieur Étienne’a, który wydawał się zdumiony i zachwycony, że tak szybko się zdecydowali i zapewnił ich, że jest to jeden z najpiękniejszych domów w mieście i że jest pewien, że będą tu szczęśliwi. Taktownie wręczył im klucz i powiedział, że mogą pozostać w domu jak długo zechcą, lecz powinni zwrócić go przed szóstą, chyba że chcą, by się po niego zgłosił. Pożegnał ich ciepłym uściskiem dłoni (co za dziwny zwyczaj, pomyślała, i nie za bardzo higieniczny przy tych wszystkich zarazkach wokół, szczególnie we Francji i, choć Monsieur Étienne miał schludny wygląd, będzie musiała starannie umyć ręce. To nie jego wina, jeśli był nosicielem zarazków, najprzyzwoitsi ludzie przecież mogą coś roznosić). Potem zostawił ich samych.

Spoglądali na siebie w cudownej ciszy, wciąż w tym pokoju, który mógłby być gabinetem Henry’ego, a może pokojem szkolnym. Zauważyła wzorzyste tapety na ścianach, ukazujące ślady po meblach poprzednich właścicieli i stwierdziła, że już zastanawia się, czy pokryją podłogi dywanami. Potem spojrzała na niego. A on patrzył na nią tym swoim osobliwym spojrzeniem łączącym nieśmiałość i jakieś inne uczucie — co to było? Czy to mogła być namiętność i jaka namiętność? Widziała przedtem u niego to spojrzenie, ale od pewnego czasu już tak nie patrzył. Czy ją kochał? — zadała sobie jednak znów pytanie. Czy zmuszała go do zaakceptowania sposobu życia, który jemu nie odpowiadał? I gdy patrzyła na niego i już miała coś powiedzieć, on odpowiedział na jej pytanie, nie słowami, lecz podchodząc do niej, ujmując jej rękę i całując ją. Następnie uniósł głowę i spojrzał jej w oczy, mocno przycisnął jej usta do swoich. A potem zapytał:

— Czy chcesz mieć ten dom? — i zanim zdążyła odpowiedzieć, czy nawet zrozumieć, co miał na myśli, znów ją pocałował. — Obejrzyjmy dom — zawołał — pokaż mi swój dom, pani Williamson, pokaż mi swój nowy piękny dom.

Pochwyciwszy jej wyciągniętą dłoń, tak że ich wyprostowane ręce były złączone razem, poprowadził ją do ogromnego pustego pokoju i powtórzył łagodniej:

— Pokaż mi dom.

Cisza była coraz większa, a słońce w samo południe doskwierało mocniej, gdy przechodzili z pokoju do pokoju, ręka w rękę, on ją prowadził, ona zaś od czasu do czasu opierała się lekko na nim, była zadowolona, że żaluzje były w większości opuszczone i w pokojach panował mrok. Tu i tam zatrzymywał się i patrząc na nią pytająco, mówił coś, na przykład: „Pokój dziecinny?”, a potem przechodzili dalej. Łatwo było odgadnąć przyszłe przeznaczenie każdego pokoju, choć Henry przekomarzając się dodał:

— Czy jest dość pokoi dla służby w wielkim gospodarstwie, które pewnie tutaj planujesz?

Zeszli wreszcie na dół do salonu i tam, porwany uczuciem i szczęściem, wziął ją w ramiona i całował tak, jak nie robił tego od wielu miesięcy i szeptał jej do ucha, że ją kocha, a ona martwiła się, że mogą nadejść inni klienci i zdziwić się, że dom wywarł na nich taki wpływ, albo że zjawi się ogrodnik, albo że dorożkarz wciąż czeka przed domem…

Spośród osób cierpiących na każdą możliwą chorobę i trafiających na Riwierę największy odsetek z pewnością stanowią suchotnicy. Przez suchoty rozumiem w mniejszym lub większym stopniu postępujące atakowanie pęcherzyków płucnych przez rozmnażające się komórki śródbłonka (desquamative pneumonica Buhla), zaczynające się zwykle w jednym szczycie i zstępujące coraz niżej. Wytworzona w ten sposób „konsolidacja” zmierza, przez zanik odżywczych naczyń krwionośnych, a także przez nacisk nowych komórek na otaczające tkanki, do utworzenia martwiczych części i owrzodzenia, i w ten sposób do powstania jam. Choroba może być zlokalizowana w jednym płucu, lub może zaatakować szczyt drugiego i w ten sposób szybko opanować duże części obu płuc. W innych, chronicznych przypadkach, postępuje wzrost tkanki łącznej w przestrzeniach międzypęcherzykowych i zwłóknienia przechodzą przez chore płuco… Wydaje mi się bardzo ważne, by nie używać wyrażenia „tuberculosis” w odniesieniu do przewlekłej choroby płuc…

Co do liczby zim, które pacjent zaczynający korzystać z dobrodziejstw klimatu, powinien spędzać na Riwierze, trudno orzekać z całkowitą pewnością, lecz nie bacząc na koszty i patrząc na sprawę z całkowicie abstrakcyjnego punktu widzenia, nie jestem pewien, czy nie należałoby brać pod uwagę co najmniej trzech zim…

Edward Sparks, The Riviera-Sketches in the Health Resorts of the North Mediterranean Coast of France and Italy from Hyéres to Spezia, 1879.

znakomicie położony↩

Zachwycająca.↩

A więc podoba się pani ogród, Madame?↩

cudowne↩

A więc co chciałaby pani zobaczyć?↩

A oto salon.↩

Ale to nie będzie konieczne.↩

Myślę, że pierwsze piętro spodoba się pani.↩

Salonik.↩

Le Berceau, ponad tysiąc metrów wysokości.↩

STYCZEŃ 1914

— Co o tym myślisz, ciociu Susan? — zapytała Helen. To było pytanie, które jako dziecko często zadawała swej wspaniałej, mądrej, przystojnej i dowcipnej ciotce. Nie miała matki, której mogłaby stawiać pytania, a ojca rzadko widywała i raczej nie bardzo się nią interesował, więc ciotka Susan została jej opiekunką i mentorką. A ponieważ była także jej nauczycielką, ciotka ukształtowała osobowość Helen. Niewielu miała przyjaciół w swoim wieku w Staffordshire. Nikt nie trudził się, by ich odwiedzić: rodziny ziemiańskie nie udzielały się zbytnio, a jej ojciec nie dążył do związków z ludźmi zajmującymi się handlem, czy uprawiającymi jakiś zawód, szczególnie z lekarzami. Żadnej pociechy nie przyniosło życie w szkole z internatem, którą chciała porzucić, od chwili gdy się w niej znalazła; gdy ją opuściła, nikogo stamtąd nie pragnęła więcej widzieć. Zanim poznała Henry’ego latem 1901 roku i spędziła z nim sielankowe tygodnie w Blithbury, była niemal zupełnie pozbawiona przyjaciół.

Było bardzo miłe ze strony ciotki, że przyjechała z panną Gordon, młodą kobietą poleconą jako guwernantka, którą Helen spotkała w Londynie. Przyjechały dzień wcześniej, najwyraźniej już zaprzyjaźnione. Panna Gordon zdawała się czuć jak u siebie w domu — była tak naturalna i spokojna, dobrze wychowana, tak bardzo uosabiała wszystko co najlepsze w Szkocji (Helen, co prawda, nie wiedziała dobrze, co to oznacza, bo nigdy nie była w Szkocji, ale wydawało jej się, że tak właśnie jest). Zaproponowali jej przyzwoite wynagrodzenie i możliwość odwiedzania latem każdego roku rodziny w Szkocji. Wydawało się, że była zadowolona, zachwycała się ogrodem, na który patrzyła tak, jakby chciała go wchłonąć. A poprzedniego wieczoru przy kolacji (której Helen dość się obawiała, wiedząc, że odtąd codziennie będą musieli jadać z guwernantką) panna Gordon odpowiadała doskonale na wszystkie pytania dotyczące jej dotychczasowego życia i wykształcenia.

— Uważam, że podjęliście bardzo dobrą decyzję, Helen — powiedziała ciotka. — To czarująca dziewczyna. Nie chcielibyście przecież francuskiej guwernantki, przy której dorastające dzieci szczebiotałyby po francusku i bawiły się kółkiem w parku publicznym, czy co tam francuskie dzieci robią. Panna Gordon wydaje mi się ideałem.

— Tak — odparła Helen. — Mam nadzieję, że będzie się tu dobrze czuła, oczywiście, jeśli podejmie tę pracę. Zastanawiam się, czy zostawiła w kraju jakiegoś młodego człowieka.

— Nie wspominała o nikim podczas naszej podróży — powiedziała ciotka. — Myślę, że doskonale sobie bez niego poradzi. Tutaj niebezpieczeństwem może być raczej jakiś starszy pan, który doceni jej wspaniałe walory. Ale chyba nie powinnaś sobie na razie zaprzątać tym głowy.

— A czy myślisz, że spodoba się dzieciom?

— W tej chwili nie o to chodzi. Nauczą się ją lubić — oświadczyła ciotka. Jej stanowczość wzbudziła w siostrzenicy znajome uczucie zaniepokojenia. — To będzie wspaniały nabytek dla domu, i wniesie w wychowanie dzieci element dyscypliny, o czym ty, moja droga, i Henry, często zapominacie.

Helen zagryzła wargi, by nie pokazać kwaśnej miny lub czegoś gorszego, gdy zasiadły do herbaty. Five o’clock był zwyczajem, którego Williamsonowie nie porzucili po przyjeździe do Francji. Zdumiewało ich to, jak bardzo mocno zwyczaj popołudniowej herbaty bywał przestrzegany w hotelach i kawiarniach Mentony, a ciotka Susan znalazła ustęp w „Menton and Monte Carlo News”, gdzie zwracano uwagę, że „nigdzie popołudniowa herbata nie jest bardziej modna niż w Nicei”. Ciotce Susan wydawało się to całkiem banalne: nawet Staffordshire potrafi zaoferować bardziej ożywione przyjemności. Ale podwieczorki odpowiadały jej siostrzenicy. Helen nadal uważała, że kanapka, bardzo cienko krojona i kawałek lub dwa kawałki ciasta, są nieodzowne dla podtrzymania sił. Wpatrywała się usilnie w wybrany przez siebie serwis do herbaty Royal Worcester, który dopiero przed tygodniem nadesłano z Army and Navy Stores i było to uważane za wielki sukces. Miała nadzieję, że skupiając na nim uwagę rozproszy panikę, jaką wywoływały w niej słowa ciotki. Nie, mogła prowadzić dom i mogła wychowywać dzieci — spędzała z nimi dużo więcej czasu niż większość matek. Nie można negować jej osiągnięć tylko dlatego, że ciotka Susan dawała do zrozumienia, że jest pobłażliwą matką, a Henry pobłażliwym ojcem. Zresztą ciotka nie miała nic do roboty, tkwiąca w olbrzymim domu w Straffordshire, gdzie nie było z kim porozmawiać z wyjątkiem jej brata i kaczek, chociaż mówiono, że stała się osobą bardzo pożądaną w miejscowym towarzystwie…

— Kiedy Charles i Francis tu przyjdą? — zapytała ciotka Susan. — Charles to taki ładny chłopczyk, i tak inteligentny, i bardzo rozwinięty jak na swoje pięć lat. Ale przypuszczam, że tu, we Francji, nie miałby żadnych szans na jakąkolwiek naukę bez guwernantki.

Ciotka Susan należała do szkoły utrzymującej, że Anglia, a co za tym idzie Wielka Brytania, była najlepszym na świecie krajem i że inne narody były o tyle szczęśliwe, o ile mogły naśladować to źródło wszelkich cnót. Trudno było to powiedzieć o Francuzach, choć zdawało się, że ostatnio nieco bardziej usiłowali stać się odrobinę brytyjscy.