Długi romans z muzą Klio - Janusz Tazbir - ebook
Opis

Ten zbiór esejów został poświęcony blaskom i cieniom zawodu historyka, który profesor Janusz Tazbir uprawia od przeszło pół wieku. Autor zaczyna je akcentem bardzo osobistym – wspomnieniami z dzieciństwa i wczesnej młodości, kiedy to między innymi pod wpływem powieści historycznych rodziły się w nim pierwsze zainteresowania przeszłością. Ta z biegiem czasu stała się jego pasją – obiektem studiów i zadumy. Dlatego w swych rozważaniach nad dawnymi wiekami i rolą historyka dotyka tematów trudnych, niezwykle go nurtujących i bliskich mu przez wzgląd na własne doświadczenia. Sporo uwagi poświęca z tego powodu choćby warunkom rozwoju współczesnego dziejopisarstwa oraz przeszkodom, jakie ono napotyka, wierności źródłom i staranności w pisaniu czy edycji książek historycznych oraz przemianom polskiego patriotyzmu.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 365

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Opra­co­wa­nie gra­ficz­ne: ‌An­drzej Ba­rec­ki ‌

Re­dak­cja: Anna Chyc­kow­ska ‌

Ko­rek­ta: Prze­my­sław Kut­nyj, Zu­zan­na ‌He­nel

Zdję­cie na okład­ce: ‌

Au­to­rzy i źró­dła zdjęć: str. ‌49 ‌(lewe ‌dol­ne) – fot. Da­nu­ta ‌Wę­giel,

po­zo­sta­łe zdję­cia ‌z ar­chi­wum ‌au­to­ra

Co­py­ri­ght ‌© by Ja­nusz ‌Ta­zbir, 2007

Co­py­ri­ght ‌© by ‌Wy­daw­nic­two Iskry, War­sza­wa 2007 ‌

ISBN 978-83-244-0230-4 ‌

Wy­daw­nic­two Iskry ‌

ul. Smol­na ‌11

00-375 War­sza­wa ‌

tel./faks ‌(0-22) 827-94-15 ‌

e-mail: iskry@iskry.com.pl

www.iskry.com.pl

Sprze­daż wy­sył­ko­wa ‌i dys­try­bu­cja:

Do­bra 28 Sp. ‌z o.o.

ul. ‌Ka­ba­re­to­wa 21

01-942 War­sza­wa ‌

tel. (0-22) 864-95-17

Skład ‌wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

CZĘŚĆ ‌PIERWSZAOkruchywspomnień

Pochodzenie nazwiska Tazbir

Na­zwa „ta­zbir” ‌po­ja­wia się ‌już w XV wie­ku, ‌je­śli ‌nie wcze­śniej, ‌na ozna­cze­nie mar­ne­go ‌piwa. Alek­san­der Brück­ner ‌wy­wo­dził to sło­wo od ‌nie­miec­kie­go das Ti­sch­bier, ‌co ozna­cza­ło piwo sto­ło­we, ‌a więc ‌to naj­lich­sze, ‌po­da­wa­ne ‌cze­la­dzi1. Na­to­miast ‌ta­kie ‌piwa jak an­giel­skie ‌szmal­birczy el­bir, jak ‌rów­nież gdań­skie du­bel­biri ta­fel­birza­li­cza­no do ‌przed­niej­szych. Nie ‌wy­da­je ‌się słusz­ne utoż­sa­mia­nie ta­zbi­ra ‌z fas­bi­rem, któ­ry jest w Słow­ni­ku ‌sta­ro­pol­skimwy­mie­nia­ny jako ‌dość pod­ły ‌ga­tu­nek piwa2. Po­gar­dli­wy ‌sto­su­nek do taś­bi­ra, zwa­ne­go tak­że tyź­bi­rem, taź­bi­rem, taź­bie­rem, te­szbi­rem czy taź­bir­kiem, wy­stę­pu­je w wie­lu prze­ka­zach źró­dło­wych po­cho­dzą­cych z XVI-XVIII stu­le­cia. Sa­ty­ra miesz­czań­ska XVII wie­ku mówi wręcz o „pie­kiel­nym ta­zbier­ku”3. Jego wa­rze­nie mo­gli przy­nieść do Pol­ski ko­lo­ni­ści nie­miec­cy, któ­rzy i od tego piwa otrzy­ma­li (przy­bra­li?) na­zwi­sko Tas­bir.

Mi­ko­łaj Rej z po­gar­dą wy­ra­ża się o ob­żar­tu­chu, któ­ry je łap­czy­wie, choć jesz­cze wczo­raj­sze­go po­kar­mu nie prze­tra­wił. Leży on w jego żo­łąd­ku jako „(…) śmier­dzą­ce młó­to w ka­dzi, co z nie­go taź­bir zla­no”4. Szy­mon Sy­re­niusz (Sa­cra­nus) tłu­ma­czy w swo­im Ziel­ni­ku, wy­da­nym po­śmiert­nie (1613), że taź­bi­ry stąd się bio­rą, iż na mło­to wy­wa­rzo­ne­go piwa „zno­wu wodę go­rą­cą leją” i w ten spo­sób po­wsta­ją „te­szbi­ry dla cze­la­dzi”5. An­zelm Go­stom­ski (zmar­ły w roku 1588) za­le­ca zie­mia­nom: „Taź­bir do dwo­ru cze­la­dzi ro­bot­nej za­wż­dy zo­sta­wo­wać ma pi­wo­war”6. Po­wtó­rzy to po stu la­tach inny pi­sarz rol­ni­czy, Ja­kub Ka­zi­mierz Haur, ra­dząc, by tego cien­ku­sza „ubo­gim lu­dziom” nie ża­ło­wać. „Taź­bir do dwo­ru cze­la­dzi ro­bot­nej za­wż­dy zo­sta­wo­wać ma pi­wo­war”, jed­nak ba­cząc, aby nie bra­ła ona do domu „taź­bie­rów”, po­nie­waż zda­rza się, iż do­le­wa się je do do­bre­go piwa, w ten spo­sób fał­szu­jąc ów tru­nek7. Naj­bez­piecz­niej więc bę­dzie sprze­da­wać wszel­kie cien­ku­sze w bro­wa­rach. Ba­zy­li Ru­do­wicz, pro­fe­sor Aka­de­mii Za­moj­skiej, w Efe­me­ro­sie, czy­li dia­riu­szu pry­wat­nym (za­pis z roku 1665), wy­ty­ka krę­ta­czom dwor­skim, iż w ra­zie po­trze­by „uczy­nią oni z ta­zbi­ru miód”8. „Taź­bir” do­stą­pił tego za­szczy­tu, że zna­lazł się w słyn­nym słow­ni­ku Am­bro­że­go Ca­le­pi­nu­sa, któ­ry uwzględ­niał dzie­sięć naj­przed­niej­szych ję­zy­ków Eu­ro­py, a wśród nich przez pe­wien czas tak­że i pol­ski. U Ca­le­pi­nu­sa czy­ta­my, iż Po­la­cy cien­kusz na­zy­wa­ją taź­bie­rem: „No­stri iti­dem ta­zbier czien­kusz, te­nu­am il­lam ce­ria­siam ap­pel­la­rent”9. Da­wa­no ów tru­nek tak­że da­mom, stro­nią­cym od moc­niej­szych na­po­jów. „Bia­ło­głow­ski tru­nek, woda lub taź­bie­rek” – czy­ta­my w zbio­rze przy­słów Ar­nol­da Ka­zi­mie­rza Że­glic­kie­go10. „Z lodu teź­bie­rek we­nec­ki pi­je­cie albo w we­nec­kim krysz­ta­le chło­dzo­ny” – pi­sa­no w „Mo­ni­to­rze” (1771)11.

Dość ni­ska ja­kość tego piwa, a co za tym idzie i jego nie­wy­so­ka cena, tra­fia do drwin z Ma­zu­rów, sta­no­wią­cych, jak wia­do­mo, ulu­bio­ny obiekt żar­tów ze stro­ny sta­ro­pol­skiej fa­ce­cjo­ni­sty­ki12. Miesz­kań­cy Ma­zow­sza mie­li się w karcz­mach czy go­spo­dach z gę­stą miną roz­py­ty­wać o naj­droż­sze trun­ki, aby po­tem po­prze­stać na taź­bir­ku. Krzysz­tof Opa­liń­ski nie omiesz­kał opi­sać Ma­zu­ra, któ­ry naj­pierw za­py­tu­je, czy może do­stać wino, mał­ma­zję, ala­kant hisz­pań­ski, wresz­cie mio­dy. Wszyst­ko to ku­piec po­sia­da na skła­dzie; ma tak­że piwo wa­rec­kie, sły­ną­ce z wy­so­kiej ja­ko­ści. Wów­czas Ma­zu­ro­wi rzed­nie mina i za­py­tu­je:

– A tas­bir?

– Jest ci i ten.

– Daj­cies mi tas­bi­ru. Za se­ląg, bo tes wię­cej nie znaj­dę w kie­sie­ni13.

Po­dob­ny mo­tyw po­ja­wia się też w in­nej sa­ty­rze na Ma­zu­rów (Praw­dzi­wa jaz­da Bar­to­sza do Li­twy). Jej moc­no ośmie­szo­ne­go bo­ha­te­ra stać tyl­ko na kup­no „za se­ląg ta­zbie­ru”. Kie­dy go pił, skra­dzio­no mu przed karcz­mą wóz z koń­mi. Obie­cu­je więc tym, któ­rzy po­jazd od­naj­dą: „Dam wam na ta­zbir całe siedm­kwart­nik (sie­dem kwart­ni­ków – J.T.), po wa­se­mu gros”14. Ale wozu ni­ko­mu nie uda­ło się zna­leźć.

Przed pierw­szą woj­ną świa­to­wą naj­wię­cej Ta­zbi­rów miesz­ka­ło w No­wym Ka­mień­sku koło Piotr­ko­wa Try­bu­nal­skie­go (było ich tam po­noć po­nad stu). Po dziś dzień jest on przez nich licz­nie za­sie­dlo­ny. Czyż­by był pier­wot­ną sie­dzi­bą tego rodu? Po­cząt­ko­wo pi­sa­li się przez „s”15. Wie­le od­mian tego na­zwi­ska po­da­je Ka­zi­mierz Ry­mut, w któ­re­go słow­ni­ku Na­zwi­ska Po­la­ków pod ha­słem „Ta­zbir” czy­ta­my: „(…) od ta­zbir, taś­bir, tyś­bier «li­che piwo», to z niem. Ti­sch­bier. Ta­zbir-ek; Ta­zbier 1663, Ta­zbier-cz+ak 1791, Ta­zbier-ek 1690 (lub od ta­zbie­rek «gor­szy ga­tu­nek piwa owsia­ne­go»), Ta­zbier-ski; Ta-zber; Taź­bir, Taź­bir-ek, Taź­bir-k, Taź­bir-owski; Taź­bier, Taź­bier-ek, Taź­bier-ski; Taż­bir, Taż­bir-ek, Taż­bir-owski; Taż­bier, Taż­bier-ek, Taż­bier-ski; Ty­zbir-ek; Ty­zbier-ek; Tyź­bir-ek; Tyż­bir-ek; Tyż­bier-ek; Ty­szbir; Ty­szber; Ty­szbier-ek; Tyś­bier-ek; Tysz­per; Tyś­per; Tis­bier-ek; Ti­szbir-ek; Ti­szbier, Ti­szbier-ek; Ti­sch­bier, Ti­sch­bier-ek, Ti­sch­bier-k; Ty­sch­bier-ek; Te­szbir”16. Po od­zy­ska­niu nie­pod­le­gło­ści na­zwi­sko to ule­gło po­lo­ni­za­cji. Moż­na się o tym prze­ko­nać, wer­tu­jąc choć­by naj­now­szą książ­kę te­le­fo­nicz­ną mia­sta sto­łecz­ne­go War­sza­wy, w któ­rej fi­gu­ru­je aż czter­na­ścio­ro Ta­zbi­rów, a obok wid­nie­je pani Elż­bie­ta Taź­bier­ska-Bo­bia­tyń­ska. Ge­ne­alo­gią tego na­zwi­ska in­te­re­so­wa­li się mię­dzy in­ny­mi Ta­zbi­rzy, za­miesz­ku­ją­cy Czę­sto­cho­wę oraz Łódź17. Nie­któ­rzy z nich od­rzu­ca­ją zresz­tą teo­rię, we­dług któ­rej sta­no­wi ono spo­lsz­cze­nia na­zwy Ti­sch­bier (ti­szbier, tyź­bir, taź­bir)18. Wy­wo­dzi się na­to­miast z Wę­gier, skąd mie­li przy­wę­dro­wać pierw­si Ta­zbi­rzy. Do nie­daw­na za­miesz­ki­wa­li oni w Ka­łu­szy­nie koło Miń­ska Ma­zo­wiec­kie­go, gdzie trud­ni­li się si­tar­stwem19 (prze­nie­śli się tu z Wy­so­kie­go Li­tew­skie­go, obec­nie na­le­żą­ce­go do Bia­ło­ru­si).

Obok wspo­mi­na­ne­go już w przy­pi­sie Sta­ni­sła­wa Ta­zbi­ra do bar­dziej zna­nych przed­sta­wi­cie­li tego na­zwi­ska na­le­ża­ła Lila Lu­dwi­ka Ta­zbi­ro­wa (1888-1973), dzia­łacz­ka spo­łecz­na, harc­mi­strzy­ni i espe­ran­tyst­ka, jak rów­nież Ja­nusz Ta­zbir, hi­sto­ryk. Wszy­scy tro­je zo­sta­li uwzględ­nie­ni w En­cy­klo­pe­dii War­sza­wy10. Znacz­ny roz­głos zy­skał Mak­sy­mi­lian Ta­zbir, pe­da­gog, a w okre­sie mię­dzy­wo­jen­nym prze­wod­ni­czą­cy Sto­wa­rzy­sze­nia Na­uczy­cie­li Szkół Śred­nich, oraz jego syn, Mie­czy­sław (1921-1987), wy­bit­ny znaw­ca twór­czo­ści The­il­har­da de Char­din, je­zu­ic­kie­go fi­lo­zo­fa. Żona Mie­czy­sła­wa Lu­dwi­ka Koz­droń-Ta­zbi­ro­wa (uro­dzo­na w roku 1922) jest zna­ną pla­stycz­ką.

Przy­pi­sy

1 A. Brück­ner, Słow­nik ety­mo­lo­gicz­ny ję­zy­ka pol­skie­go, War­sza­wa 1985, s. 566: „taś­bir, też­bier, tyź­bier, w 16. i 17. wie­ku o pi­wie: «ko­went», tj. cien­kusz, z niem. Ti­sch­bier piwo sto­ło­we”.

2 Słow­nik sta­ro­pol­ski, t. II: D-H, Wro­cław 1956-1959, s. 357. Fas­bi­rem ra­dzo­no za­le­wać ma­kuch, „alisz bę­dzie jako ma­sacz”.

3 Pol­ska sa­ty­ra miesz­czań­ska. No­wi­ny so­wi­źrzal­skie, oprac. K. Ba­dec­ki, Kra­ków 1950, s. 17; z ano­ni­mo­we­go wier­sza Wód­ka albo go­rzał­ka, gdzie czy­ta­my, iż ta ostat­nia bywa na­zy­wa­na, mię­dzy in­ny­mi przez pro­szo­wic­kich dzia­dów, „pie­kiel­nym taź­bier­kiem”.

4 M. Rej, Zwier­cia­dło albo kształt, w któ­rym każ­dy stan snad­nie się może swym spra­wom, jako we źwier­cia­dle, przy­pa­trzeć, wyd. J. Czu­bek i J. Łoś, Kra­ków 1914, t. II, s. 93.

5 Sz. Sy­re­niusz, Ziel­nik her­ba­rzem z ję­zy­ka ła­ciń­skie­go zo­wią, Kra­ków 1613, s. 945.

6 A. Go­stom­ski, Go­spo­dar­stwo (1588), oprac. S. In­glot, Wro­cław 1951, s. 99 (BN 1139).

7 Por. J.K. Haur, Oeko­no­mi­ka zie­miań­ska ge­ne­ral­na, Kra­ków 1675, s. 91 i 109.

8 B. Ru­do­wicz, Efe­me­ros, czy­li dia­riusz pry­wat­ny, pi­sa­ny w Za­mo­ściu w la­tach 1656-1672, oprac. M.L. Kle­men­tow­ski, cz. 2. 1656-1672, Lu­blin 2002. s. 16.

9 A. Ca­le­pi­nus, Dic­tio­na­rium de­cem lin­gu­arum, Ba­zy­lea 1605, fol. 414a.

10 A.K. Że­glic­ki, Ada­gia po­lo­ni­ca, War­sza­wa 1951, s. 16.

11 „Mo­ni­tor”, 1771, s. 714.

12 Por. J. Ta­zbir, Dla­cze­go Ma­zu­rów nie lu­bia­no? [w:] Si­lva re­rum hi­sto­ri­ca­rum, War­sza­wa 2002, s. 81 i nast.

13 K. Opa­liń­ski, Sa­ty­ry, oprac. L. Eu­sta­che­wicz, Wro­cław 1953, s. 47 (BN 1147).

14 Pol­ska sa­ty­ra miesz­czań­ska, Kra­ków 1950, s. 275.

15 Jesz­cze w 1912 r. Sta­ni­sław Ta­zbir (1892-1978), póź­niej­szy dzia­łacz oświa­to­wy i spo­łecz­ny, swój szkic Mło­dzież w opi­nii star­sze­go po­ko­le­nia (w zbio­rze: Bez przy­łbi­cy, War­sza­wa 1912) pod­pi­sał jako S. Tas­bir. W la­tach póź­niej­szych uży­wał już tyl­ko for­my Ta­zbir.

16 K. Ry­mut, Na­zwi­ska Po­la­ków. Słow­nik hi­sto­rycz­no-ety­mo­lo­gicz­ny, t. II, L-Ż, Kra­ków 2001, s. 599.

17 Świad­czą o tym li­sty z za­py­ta­nia­mi o po­cho­dze­nie na­zwi­ska, któ­re otrzy­ma­łem od Le­sła­wa Ta­zbi­ra z Czę­sto­cho­wy i od Mi­ro­sła­wy Ta­zbir-Psar­skiej z Ło­dzi.

18 J.S. Bandt­ke (Słow­nik do­kład­ny ję­zy­ka pol­skie­go i nie­miec­kie­go, cz. 2, Bre­slau 1806, s. 1473) pod ha­słem „taś­bir” po­da­je, iż zna­czy to pół­piw­ko, pod­piw­ko, pod­pi­wek. Jako dün­nes Bier, pe­tit­bie­re tłu­ma­czy to słow­nik Trot­za (1764). Adolf Że­glic­ki (Ada­gia po­lo­ni­ca, 1751, s. 16) pi­sze: „bia­ło­głow­ski tru­nek woda lub [jak] taź­bie­rek”.

19 Por. J. Ta­zbir, Dwu szło w dro­gę si­ta­rzy… [w:] Ne­ces­si­tas et ars. Stu­dia sta­ro­pol­skie de­dy­ko­wa­ne pro­fe­so­ro­wi Ja­nu­szo­wi Pel­co­wi, t. I, War­sza­wa 1993, s. 83-86.

20 Zob. En­cy­klo­pe­dia War­sza­wy, War­sza­wa 1994, s. 868 oraz J. Wal­dorff, D. Jen­drycz­ko, B. Ol­szew­ska i Z. Czyń­ska, Cmen­tarz po­wąz­kow­ski w War­sza­wie, War­sza­wa 1982, s. 193.

O Kałuszynie, Żydach i – sitarzach

Na po­czą­tek tej czę­ści wspo­mnień chciał­bym po­świę­cić nie­co uwa­gi Ka­łu­szy­no­wi w li­te­ra­tu­rze pięk­nej i pa­mięt­ni­kar­skiej. Moją ulu­bio­ną po­wie­ścią jest Fa­cho­wiec… Wa­cła­wa Be­ren­ta. To książ­ka o mło­dym en­tu­zja­ście idei po­zy­ty­wi­stycz­nych, któ­ry tak się nimi prze­jął, że po­szedł pra­co­wać do fa­bry­ki, z cze­go zresz­tą nic po­ży­tecz­ne­go nie wy­szło. Czy­ta­łem ją wie­lo­krot­nie, za każ­dym ra­zem iry­tu­jąc się stro­ni­cą, na któ­rej bo­ha­ter pa­trzy przez „za­kop­co­ne szy­by” fa­bry­ki tak da­le­ko, iż gubi „spoj­rze­nie na tym roz­le­głym mo­rzu pól, co się aż hen, pod Gro­cho­wem, Ka­łu­szy­nem i Waw­rem krę­tą li­nią la­sów od­gra­dza”. Ob­ser­wu­je słoń­ce, le­d­wie prze­bi­ja­ją­ce się przez sza­re bar­wy pól, „by gdzieś tam w ką­cie, pod ka­łu­szyń­skim la­sem wy­braw­szy osa­dę ci­snąć na nią pro­mień zło­te­go świa­tła”1. Na po­zór non­sens oczy­wi­sty: wie­lo­pię­tro­wych wie­żow­ców War­sza­wa wów­czas nie po­sia­da­ła, a i z nich nie spo­sób do­strzec Ka­łu­szy­na. Do­pie­ro je­den z ko­men­ta­to­rów tej nie­słusz­nie za­po­mnia­nej po­wie­ści wy­ja­śnił ową po­zor­ną nie­lo­gicz­ność pi­sa­rza. Mia­no­wi­cie: aby zmy­lić czuj­ne oko ro­syj­skiej cen­zu­ry, któ­ra nie ścier­pia­ła­by wzmian­ki tra­dy­cjach po­wsta­nia li­sto­pa­do­we­go, Be­rent po­prze­stał na alu­zji za­war­tej w na­zwie trzech miej­sco­wo­ści, pod któ­ry­mi i o któ­re w roku 1831 bito się szcze­gól­nie za­wzię­cie. Dzię­ki temu i Ka­łu­szyn zy­skał sła­wę, jaka prze­kro­czy­ła gra­ni­ce Kró­le­stwa Pol­skie­go.

Mło­da wie­śniacz­ka spod Ka­łu­szy­na dość fan­ta­stycz­nie ubra­na, wio­zą­ca na chłop­skiej fu­rze broń ze­bra­ną dla pol­skiej ar­mii na po­bo­jo­wi­skach, sta­nie się te­ma­tem li­to­gra­fii, roz­po­wszech­nia­nej póź­niej w Niem­czech. Rów­nież i sama bi­twa pod Ka­łu­szy­nem (Ge­fecht bei Ka­lu­szin) zo­sta­nie uwiecz­nio­na na współ­cze­snej li­to­gra­fii nie­miec­kiej.

Po dru­giej woj­nie świa­to­wej mia­sto znaj­dzie się obok in­nych miej­sco­wo­ści zwią­za­nych z wal­ka­mi o nie­pod­le­głość na jed­nej z ta­blic ko­me­mo­ra­tyw­nych przy Gro­bie Nie­zna­ne­go Żoł­nie­rza w War­sza­wie. Tra­fi tam z ra­cji za­cię­tych walk, ja­kie to­czy­ły się pod Ka­łu­szy­nem i w sa­mym mia­stecz­ku 11 i 12 wrze­śnia 1939 roku. W okre­sie po­wsta­nia li­sto­pa­do­we­go wła­śnie pod Ka­łu­szy­nem zo­stał cięż­ko ran­ny Edward Fre­dro (1803-1878), ro­dzo­ny brat au­to­ra Ze­msty. Był on rot­mi­strzem 6. puł­ku uła­nów, tak zwa­nych Dzie­ci War­szaw­skich. Z tej to ra­cji Ka­łu­szyn, skąd Edwar­da prze­wie­zio­no na ku­ra­cję do War­sza­wy, po­ja­wia się w ro­dzin­nej ko­re­spon­den­cji Fre­drów.

Wcze­śniej wspo­mi­na tę miej­sco­wość Ju­lian ur­syn Niem­ce­wicz, któ­ry od­by­wa­jąc po­dróż po Kró­le­stwie Kon­gre­so­wym, w roku 1828 za­wa­dził był o to mia­stecz­ko. Scha­rak­te­ry­zo­wał je dość nie­przy­chyl­nie, pi­sząc: „(…) duża au­ste­ry­ja, re­stau­ra­cją zwa­na, nie od­po­wia­da ani szczu­pło­ści mia­sta, ani licz­bie przy­jeż­dża­ją­cych. Le­piej by­ło­by po­bu­do­wać domy i dać je rze­mieśl­ni­kom; są jed­nak fa­bry­ki su­kien­ne. Da­lej la­ski, ra­czej gaje, roz­rzu­co­ne wo­ko­ło, uwe­se­la­ją kra­inę”2. In­a­czej by się pew­nie o tej karcz­mie wy­ra­ził pan Onu­fry Za­gło­ba, her­bu Wcze­le, któ­re­mu Sien­kie­wicz (Pan Wo­ło­dy­jow­ski) wła­śnie w Ka­łu­szy­nie no­co­wać ka­zał.

Oce­na Niem­ce­wi­cza wy­pa­dła­by za­pew­ne ła­god­niej, gdy­by był wie­dział, iż w Ka­łu­szy­nie przed ro­kiem 1830 ist­nia­ło nie tyl­ko ka­sy­no, lecz tak­że kół­ko mu­zycz­ne „z lo­ka­lem ozdob­nie i wy­god­nie urzą­dzo­nym”. I gdy­by wła­ści­cie­lem mia­sta nie był od roku 1817 ge­ne­rał Alek­san­der Roż­niec­ki (oko­ło 1774-1849), bar­dzo nie­po­pu­lar­ny jako szef taj­nej po­li­cji i żan­dar­me­rii te­goż Kró­le­stwa. Na wieść o wy­bu­chu po­wsta­nia li­sto­pa­do­we­go, „zda­jąc so­bie spra­wę z gro­żą­ce­go mu śmier­tel­ne­go nie­bez­pie­czeń­stwa, prze­do­stał się w prze­bra­niu do­roż­ka­rza do Bel­we­de­ru”3 – pi­sał Zbi­gniew Za­cha­re­wicz. Po­wstań­cy mu­sie­li za­do­wo­lić się po­wie­sze­niem por­tre­tu Roż­niec­kie­go na la­tar­ni. Wraz z wiel­kim księ­ciem Kon­stan­tym opu­ścił War­sza­wę, aby po klę­sce in­su­rek­cji zo­stać, jako ge­ne­rał jaz­dy, człon­kiem szta­bu cara Mi­ko­ła­ja I.

Nic więc dziw­ne­go, iż Nar­cy­za Żmi­chow­ska w li­ście o Ka­łu­szy­nie (z 1844 roku) pi­sa­ła: „Po­wia­dam, że nad tym miej­scem jest kara i prze­kleń­stwo Boże, ono każ­de­mu śmierć lub nie­szczę­ście nie­sie. Choć zda­je się, że Roż­niec­ki nic już do tego nie ma, ale za­wsze tkwi tam imię tego zdraj­cy i bia­da każ­de­mu, kto się o nie do­tknie, choć­by naj­święt­szy, to bó­lem spła­ci, je­śli nie ska­la­niem”4. Na opi­nię au­tor­ki Po­gan­ki wpły­nął za­pew­ne jej brat, Hia­cynt Żmi­chow­ski (oko­ło 1801-1871), któ­ry dzier­ża­wił fol­wark Ka­łu­szyn. Go­spo­dar­stwo to nie przy­no­si­ło mu do­cho­dów i chciał się jak naj­prę­dzej po­zbyć tej dzier­ża­wy. Li­sty do nie­go Nar­cy­za Żmi­chow­ska ad­re­so­wa­ła po fran­cu­sku („Mon­sieur Hy­acin­the Żmi­chow­ski par Var­so­vie, Ka­łu­szyn”)5. Prze­by­wał w nim cza­so­wo jej brat, Ja­nusz (Jan) Żmi­chow­ski (zmar­ły w 1843 roku). Nie­da­le­ko Ka­łu­szy­na go­spo­da­ro­wa­ła zaś ro­dzi­na Lu­dwi­ka Ka­miń­skie­go, któ­ry był za­przy­jaź­nio­ny z Nar­cy­zą Żmi­chow­ską.

Dzi­siej­szym miesz­kań­com Ka­łu­szy­na może się wy­dać dziw­nym, iż w po­cząt­kach XIX stu­le­cia ota­cza­ły go gę­ste lasy, w któ­rych nie­mi­ła przy­go­da spo­tka­ła ma­łe­go Ka­zi­mie­rza Wła­dy­sła­wa Wój­cic­kie­go (1807-1879), póź­niej­sze­go pi­sa­rza i hi­sto­ry­ka, zaj­mu­ją­ce­go się dzie­ja­mi War­sza­wy. W swo­ich Pa­mięt­ni­kach dziec­ka War­sza­wy wspo­mi­na on, iż w roku 1813, ja­dąc przez nie z mat­ką, padł ofia­rą na­pa­du ban­dyc­kie­go, „w wiel­kim le­sie, po dro­dze piasz­czy­stej”6.

Do kro­ni­ki kry­mi­nal­nej Ka­łu­szy­na wpi­sa­li się też wy­zna­ją­cy is­lam Czer­kie­si, któ­rych pułk osa­dzo­no tam po klę­sce po­wsta­nia li­sto­pa­do­we­go. Za mia­stecz­kiem przy szo­sie ku Sie­dl­com po­wstał w związ­ku z tym cmen­tarz ma­ho­me­tań­ski, na któ­rym ich cho­wa­no. To Czer­kie­si bo­wiem za­rą­ba­li w ce­lach ra­bun­ko­wych (w lip­cu 1859 roku) na szo­sie łą­czą­cej Ka­łu­szyn z Miń­skiem Ma­zo­wiec­kim sied­miu fur­ma­nów ży­dow­skich oraz na­pa­dli na dy­li­żans. Miał nim je­chać Jó­zef Igna­cy Kra­szew­ski, któ­ry na szczę­ście zmie­nił ter­min wy­jaz­du. Wy­da­rze­nie to od­bi­ło się gło­śnym echem w ów­cze­snej pra­sie, tra­fia­jąc po la­tach do książ­ki Sta­ni­sła­wa Mi­lew­skie­go, Ciem­ne spra­wy daw­nych war­sza­wia­ków.

Trud­no i dar­mo, ale Ka­łu­szyn przez całe XIX stu­le­cie nie cie­szył się do­brą opi­nią. I to nie tyl­ko ze wzglę­du na pa­mięć o ge­ne­ra­le Roż­niec­kim czy nie­chęt­nym sto­sun­ku jego ży­dow­skich miesz­kań­ców do woj­ska pol­skie­go w roku 1831. „Kie­dy Mo­ska­le prze­cho­dzi­li, to wy­cho­dzi­ło całe mia­sto na spo­tka­nie ich, wy­no­sząc wszyst­kich wik­tu­ałów po­trzeb­nych do ży­cia, a dla na­szych, i za pie­nią­dze, to po­cho­wa­li tak, że nie moż­na było nic do­stać”7 -czy­ta­my w pa­mięt­ni­ku do­wód­cy 4. puł­ku pie­cho­ty li­nio­wej, Jó­ze­fa Świę­cic­kie­go. Ży­dzi ka­łu­szyń­scy zre­ha­bi­li­to­wa­li się po­nie­kąd w roku 1863, do­star­cza­jąc do­bre sza­ble i pi­sto­le­ty, a na­wet amu­ni­cję po­wstań­com. Na­zwa mia­stecz­ka prze­wi­ja się wie­lo­krot­nie w po­wie­ści Le­sła­wa Bar­tel­skie­go Łuna, opo­wieść z roku 1863. Opi­nii o mie­ście nie po­pra­wia­ły ko­re­spon­den­cje, ja­kie na te­mat Ka­łu­szy­na nad­sy­łał do pra­sy war­szaw­skiej pod ko­niec lat sześć­dzie­sią­tych XIX stu­le­cia Le­opold Mi­kul­ski (1846-1881), syn po­czmi­strzy­ni z Ka­łu­szy­na. Swo­ją ro­dzin­ną miej­sco­wość na­zy­wał w nich „za­ple­śnia­łym za­kąt­kiem”, har­mo­ni­zu­ją­cym z „du­cho­wym ubó­stwem miesz­kań­ców”. Nie o wie­le le­piej wy­padł ob­raz Ka­łu­szy­na w li­ście za­miesz­czo­nym w cza­so­pi­śmie „Ogni­wo” (1904), gdzie au­tor, pod­pi­sa­ny li­ter­ka­mi Kr. Ad. wy­ty­kał ka­łu­szy­nia­nom bier­ność, małe za­in­te­re­so­wa­nie spra­wa­mi kul­tu­ry czy sta­nem mia­stecz­ka. Nie­któ­re z tych ko­re­spon­den­cji prze­dru­ko­wał „Rocz­nik Ka­łu­szyń­ski” (ze­szyt 2: 2002 i 3: 2003), co chwa­leb­nie świad­czy o bez­stron­no­ści jego re­dak­to­rów. Po­sło­wie en­dec­cy, za­sia­da­ją­cy w mię­dzy­wo­jen­nym sej­mie, prze­ciw­sta­wia­li czy­ste i po­rząd­ne mia­stecz­ka Pol­ski za­chod­niej tym za­miesz­ka­nym przez wiel­kie masy Ży­dów w środ­ko­wej i wschod­niej czę­ści Rze­czy­po­spo­li­tej. W re­zul­ta­cie, je­śli ktoś z Wiel­ko­pol­ski „przy­je­dzie w Kie­lec­kie, czy tu­taj, do ja­kie­goś Ka­łu­szy­na, to rze­czy­wi­ście nie­do­brze się robi”8 – mó­wio­no z try­bu­ny sej­mo­wej.

Tak więc Ka­łu­szyn by­wał przed­sta­wia­ny jako za­py­zia­ła miej­sco­wość, ilu­stru­ją­ca cy­wi­li­za­cyj­ne za­co­fa­nie daw­ne­go Kró­le­stwa Pol­skie­go. Nie po­lep­szał, lecz po­gar­szał wi­ze­ru­nek Ka­łu­szy­na ol­brzy­mi pro­cent lud­no­ści ży­dow­skiej, o któ­rej Prot Le­le­wel (1790-1884), brat Jo­achi­ma, pi­sał, iż się od niej wprost roi. Z jego pa­mięt­ni­ków wy­ni­ka, że do­ko­ny­wał on róż­nych za­ku­pów na jar­mar­ku w Ka­łu­szy­nie. Tyl­ko to wła­ści­wie za­uwa­żył prze­jeż­dża­ją­cy w po­ło­wie XIX stu­le­cia przez mia­stecz­ko li­te­rat ro­syj­ski Pa­weł Mi­chaj­ło­wicz Śpi­lew­ski (1827-1861), któ­ry w Pu­ti­sze­stwie po Po­le­siu i bia­ło­rus­sko­mu kra­ju9 za­no­to­wał, iż je­dy­na oso­bli­wość tej, tak bar­dzo brud­nej mie­ści­ny, po­le­ga na tym, że jest za­miesz­ka­na pra­wie wy­łącz­nie przez Ży­dów, trud­nią­cych się głów­nie drob­nym han­dlem. Istot­nie, co naj­mniej od schył­ku XVIII stu­le­cia sta­no­wi­li oni więk­szość miesz­kań­ców Ka­łu­szy­na. Już wów­czas pi­sa­no, że jest to „nie­wiel­ka mie­ści­na, prze­peł­nio­na Ży­da­mi”. Ob­szer­niej ko­men­tu­je tę kwe­stię Emil No­iń­ski w ar­ty­ku­le Lud­ność ży­dow­ska w Ka­łu­szy­nie od XVII do XX wie­ku („Rocz­nik Ka­łu­szyń­ski”, ze­szyt 5: 2005). Źró­dła mó­wią, iż w okre­sie Sej­mu Czte­ro­let­nie­go ra­bi­nem ka­łu­szyń­skim był nie­ja­ki Lej­ba. On to pod ko­niec 1792 roku upo­waż­nił Moś­kę Ra­bi­no­wi­cza, aby ten re­pre­zen­to­wał in­te­re­sy ka­łu­szyń­skich Ży­dów u po­słów na sejm na­zwa­ny póź­niej Wiel­kim. Żyd z Ka­łu­szy­na ko­ja­rzy się w pa­mię­ci jego naj­star­szych miesz­kań­ców z kup­cem, prze­waż­nie wła­ści­cie­lem ma­łe­go skle­pi­ku, czy rze­mieśl­ni­kiem (naj­czę­ściej szew­cem, nie wie­dzieć cze­mu Ży­dzi nie byli na ogół sto­la­rza­mi czy si­ta­rza­mi). Alek­san­der świę­to­chow­ski z wy­raź­ną na­ga­ną opi­su­je w no­we­li Na po­grze­bie ra­bun­ko­wy wy­rąb pięk­ne­go lasu: „Ale na­przód ciął pan, te­raz Żydy z Ka­łu­szy­na tną a tną, aż ję­czy”10 – mówi wy­stę­pu­ją­cy w niej mło­dy Ma­zur, imie­niem Mar­ci­nek. Nie zna­czy­ło to oczy­wi­ście, aby oni sami zaj­mo­wa­li się wy­rę­bem; po pro­stu kup­cy z Ka­łu­szy­na na­by­li część lasu od lek­ko­myśl­ne­go dzie­dzi­ca. Na­to­miast wy­łącz­nie Ży­dzi pra­co­wa­li w trzech wy­twór­niach ta­łe­sów (szat uży­wa­nych do mo­dli­twy), któ­re oprócz fa­bry­czek my­dła, świec i octu (oraz gar­bar­ni i ole­jar­ni) ist­nia­ły w mia­stecz­ku.

Mało kto wie, że w Ka­łu­szy­nie miesz­ka­li ra­bi­ni cie­szą­cy się póź­niej sła­wą w spo­łe­czeń­stwie ży­dow­skim. Naj­wy­bit­niej­szym z nich był Meir Sza­lom Ra­bi­no­wicz, ra­bin w la­tach 1896-1902, któ­ry za­sły­nął z za­ło­żo­nej przez nie­go szko­ły ra­bi­nac­kiej. Po­nad­to wy­dał parę zbio­rów po­ezji oraz kil­ka po­wie­ści, jak rów­nież swo­je wspo­mnie­nia.

W Ka­łu­szy­nie dzia­ła­ło tak­że paru uta­len­to­wa­nych mu­zy­ków oraz po­etów tej­że na­ro­do­wo­ści. Chy­ba nie naj­gor­szych, sko­ro tra­fi­li póź­niej do en­cy­klo­pe­dii, słow­ni­ków bio­gra­ficz­nych i an­to­lo­gii. W czę­sto wzna­wia­nej En­cy­klo­pe­dii sta­ro­pol­skiej Zyg­mun­ta Glo­ge­ra pod ha­słem „cym­bał­ki” znaj­du­je­my fo­to­gra­fię Mord­ki Fa­jer­ma­na, ostat­nie­go war­szaw­skie­go cym­ba­li­sty. Uro­dził się on oko­ło roku 1810 w Ka­łu­szy­nie, a po wiel­kim po­ża­rze, któ­ry miał miej­sce w roku 1845, prze­niósł się do War­sza­wy, gdzie zmarł w roku 1880. Fa­jer­man był oj­cem pię­cior­ga dzie­ci, któ­re utrzy­my­wał ze swe­go mu­zy­ko­wa­nia, i czuł się bar­dzo dum­ny, kie­dy go po­rów­ny­wa­no do Jan­kie­la z Pana Ta­de­usza. Słu­chał go Glo­ger, kie­dy tuż przed po­wsta­niem stycz­nio­wym był na stan­cji w War­sza­wie (prze­by­wał tam w la­tach 1858-1861). „Za­chwy­cał grą i świet­nym wy­ko­naw­stwem pol­skich tań­ców, ma­zur­ków, po­lo­ne­zów (…). Cie­szył się uzna­niem i po­pu­lar­no­ścią tak­że wśród in­te­li­gen­cji i za­wo­do­wych mu­zy­ków”11 – za­uwa­ża Ma­rian Fuks. Mu­siał się do­brze za­pi­sać w pa­mię­ci miesz­kań­ców War­sza­wy, sko­ro „Ty­go­dnik Ilu­stro­wa­ny” za­mie­ścił jego po­do­bi­znę, a po­pu­lar­ny pu­bli­cy­sta Wa­cław Szy­ma­now­ski po­świę­cił mu tam­że cie­płe wspo­mnie­nie.

Z ko­lei w An­to­lo­gii po­ezji ży­dow­skiej, opra­co­wa­nej przez Sa­lo­mo­na Ła­sti­ka, od­naj­du­je­my co naj­mniej dwóch po­etów uro­dzo­nych w Ka­łu­szy­nie. Pierw­szy z nich to Szmul Wul­man (1896-1942), któ­ry w roku 1917 prze­niósł się do War­sza­wy, gdzie wy­dał dwa to­mi­ki po­ezji w ję­zy­ku ji­dysz. Dru­gim był Arie Szam­ri (1907-1978). W roku 1929 wy­je­chał on do Pa­le­sty­ny; w Tel Awi­wie ogło­sił na­stęp­ny tom wier­szy A sztern in feld (Gwiaz­da w polu). Nie znam nie­ste­ty tego ję­zy­ka, trud­no mi więc orzec, czy w twór­czo­ści obu tych po­etów do­cho­dzi­ła do gło­su ich mło­dość spę­dzo­na w Ka­łu­szy­nie.

Jak wia­do­mo, na­zwi­ska ży­dow­skie były dość czę­sto two­rzo­ne od miej­sco­wo­ści, z któ­rych się wy­wo­dzi­ły ich ro­dzi­ny (Kra­kow­ski, Po­znań­ski, War­szaw­ski). Być może było tak z uro­dzo­nym w War­sza­wie (w roku 1894) po­etą Jo­ze­fem Lej­zo­rem Ka­łu­szy­ne­rem. Z ko­lei w pierw­szych dniach wrze­śnia 1939 roku, a więc za­nim na­stą­pi­ła nie­mal to­tal­na za­gła­da ka­łu­szyń­skich Ży­dów, w sto­do­le pod Ka­łu­szy­nem po­peł­nił sa­mo­bój­stwo po­eta oraz po­wie­ścio­pi­sarz Szy­mon Ho­roń­czyk (1889-1939). Po­eci za­wsze byli wy­czu­le­ni na Apo­ka­lip­sę… Przed samą chy­ba bi­twą z 11-12 wrze­śnia przez Ka­łu­szyn prze­jeż­dżał Ja­ro­sław Iwasz­kie­wicz, któ­ry miał się spo­tkać z resz­tą to­wa­rzy­stwa w la­sku pod mia­stecz­kiem. „W Ka­łu­szy­nie tłok, ciem­ność, ta­bo­ry woj­sko­we, po­mie­sza­ne z wo­za­mi cy­wil­ny­mi” – od­no­to­wał w swo­im dzien­ni­ku au­tor Sła­wy i chwa­ły12.

I w wiel­kich, i w ma­łych mia­stach współ­ży­cie Po­la­ków z Ży­da­mi róż­nie się ukła­da­ło. Czas jed­nak oraz no­stal­gia two­rzą czę­sto, wbrew gorz­kiej pa­mię­ci, wy­ide­ali­zo­wa­ny ob­raz prze­szło­ści, do któ­rej chęt­nie się wra­ca. Sam czy­ta­łem list, w któ­rym Ży­dzi z Puł­tu­ska na­zy­wa­li to mia­stecz­ko „We­ne­cją Pół­no­cy”. Ho­lo­kaust spra­wił, iż dzie­jom ka­łu­szyń­skich Ży­dów zo­stał po­świę­co­ny je­den z roz­dzia­łów książ­ki wy­da­nej w Tel Awi­wie w 1971 roku pod re­dak­cją wspo­mnia­ne­go już Szam­rie­go oraz Na­ta­na Gel­ba­ra (Se­fer Ka­łu­szyn…). Do­wia­du­je­my się z niej, iż koła daw­nych ka­łu­szy­nian ist­nia­ły nie tyl­ko w Izra­elu, lecz tak­że w USA, Ar­gen­ty­nie oraz we Fran­cji. Dziś za­pew­ne więk­szość ich człon­ków daw­no nie żyje. Miał to być waż­ny punkt na ma­pie dia­spo­ry, sko­ro w po­waż­nej en­cy­klo­pe­dii ży­dow­skiej (En­cy­klo­pe­dia Ju­da­ica, tom X, Je­ro­zo­li­ma 1971) znaj­du­je­my wca­le ob­szer­ny ar­ty­kuł na te­mat Ka­łu­szy­na.

Te okru­chy, któ­re ze­bra­łem w trak­cie lek­tur po­dej­mo­wa­nych w ce­lach zgo­ła in­nych niż dzie­je Ka­łu­szy­na, świad­czą, iż w świa­do­mość hi­sto­rycz­no­li­te­rac­ką wpi­sał się on tak­że i z ra­cji walk o nie­pod­le­głość. Sym­pa­tycz­ny typ skrom­nej i ci­chej miesz­kan­ki Ka­łu­szy­na, „ofiar­nie pie­lę­gnu­ją­cej ran­nych le­gio­ni­stów”, na­kre­ślił Zbi­gniew Sa­fjan w książ­ce Pole ni­czy­je. Mał­żeń­stwo z jed­nym z nich nie przy­no­si jed­nak „dziew­cząt­ku z Ka­łu­szy­na” („ra­so­we dłu­gie nogi, wiel­kie nie­bie­skie oczy i zło­te war­ko­cze”13) ocze­ki­wa­ne­go szczę­ścia.

W pierw­szej po­ło­wie ubie­głe­go stu­le­cia Ka­łu­szyn zo­stał uka­za­ny w krzy­wym zwier­cia­dle sa­ty­ry. Z re­cen­zji Ta­de­usza Boya-Że­leń­skie­go, któ­ry dość re­gu­lar­nie uczęsz­czał na przed­sta­wie­nia w Qui Pro Quo, do­wia­du­je­my się, iż w pre­zen­to­wa­nych tam ske­czach-szmon­ce­sach po­ja­wiał się ży­dow­ski ku­piec wła­śnie z Ka­łu­szy­na (por. na przy­kład skecz Mal­ki­nia-Ka­lu­szyn, wy­sta­wio­ny 25 wrze­śnia 1930 roku). W swo­ich wspo­mnie­niach z okre­su mię­dzy­wo­jen­ne­go, za­ty­tu­ło­wa­nych Hi­sto­ria ma­łe­go czło­wie­ka (Mel­bo­ur­ne 1966), Wła­dy­sław Ry­del no­tu­je, że wła­śnie w tym te­atrzy­ku usły­szał po raz pierw­szy o Ka­łu­szy­nie. Gra­no bo­wiem „we­so­łą sa­ty­rę”, za­ty­tu­ło­wa­ną Bur­mistrz z Ka­łu­szy­na. Cie­szy­ła się ona du­żym po­wo­dze­niem, zwłasz­cza iż rolę jego cór­ki od­gry­wa­ła tak po­pu­lar­na wów­czas Zula Po­go­rzel­ska.

Przez Ka­łu­szyn wła­śnie mia­ła pro­wa­dzić tra­sa wy­ści­gów ko­lar­skich. Kie­dy jed­nak po­ja­wił się pierw­szy ro­we­rzy­sta, wi­ta­ny przez Zulę pło­mien­ną mową, oka­za­ło się, że nie ma on nic wspól­ne­go z wy­ści­ga­mi. Przy­wo­zi na­to­miast hio­bo­wą dla mia­stecz­ka wieść, iż na jego in­spek­cję przy­jeż­dża sam mi­ni­ster spraw we­wnętrz­nych, ge­ne­rał Fe­li­cjan Sła­woj-Skład­kow­ski. „Śmier­tel­ny lęk opa­no­wał tłum. Kil­ka osób ze­mdla­ło. Bur­mistrz pierw­szy ochło­nął z prze­ra­że­nia i opa­no­wał sy­tu­ację. Ro­bić po­rząd­ki! – krzyk­nął. I wszy­scy roz­bie­gli się”14 – pi­sze Ry­del. Nie uda­ło mi się nie­ste­ty zdo­być bliż­szych in­for­ma­cji na te­mat tego ske­czu czy mi­ni­dra­ma­tu. Ry­del opo­wia­da, że kie­dy wraz z żoną prze­niósł się do Ka­łu­szy­na, za­miesz­kał w domu czyn­szo­wym bur­mi­strza, któ­re­go uwa­żał za swe­go przy­ja­cie­la. Do­daj­my, iż w la­tach 1918-1934 bur­mi­strzem był Fran­ci­szek Sta­siak, któ­re­go na­zwi­skiem póź­niej opa­trzo­no uli­cę w Ka­łu­szy­nie. Ry­del nie przed­sta­wia ży­cia po­li­tycz­ne­go w mia­stecz­ku w zbyt do­dat­nim świe­tle (mię­dzy in­ny­mi opi­su­je, jak fał­szo­wa­no wy­bo­ry sa­mo­rzą­do­we). Ob­szer­ne frag­men­ty jego wspo­mnień uka­za­ły się w „Rocz­ni­ku Ka­łu­szyń­skim” (ze­szyt 3: 2003).

Ży­dow­scy kup­cy z tego mia­stecz­ka tra­fi­li tak­że do fe­lie­to­nów są­do­wych Wie­cha, ta­kich jak Do­roż­karz spor­to­wiec czy Po­je­dy­nek sa­ła­cia­rzy, któ­re zresz­tą zo­sta­ły wzno­wio­ne do­pie­ro po roku 1990 (w zbio­rze Ko­szer­ny ko­zak). Cen­zu­ra Pol­ski Lu­do­wej nie ze­zwa­la­ła bo­wiem na druk hu­mo­re­sek, któ­re mo­gły być po­czy­ta­ne za an­ty­se­mic­kie. Ho­lo­kaust spra­wił, że i szmon­ce­so­we ske­cze po­ja­wi­ły się na de­skach na­szych te­atrów sa­ty­rycz­nych do­pie­ro pod ko­niec rzą­dów Edwar­da Gier­ka.

Mało kto dziś wie, iż w la­tach sta­li­ni­zmu je­den z ko­ry­fe­uszy my­śli mark­si­stow­skiej wy­stą­pił z gwał­tow­nym ata­kiem na wszel­kie­go ro­dza­ju pa­mięt­ni­ki i wspo­mnie­nia. Był nim Adam Schaff, któ­ry wręcz od­ra­dzał pu­bli­ka­cję tego typu ma­te­ria­łów źró­dło­wych, bo wy­cho­dził z za­ło­że­nia, że z jed­nej stro­ny ich au­to­rów za­wo­dzi pa­mięć, a z dru­giej ule­ga­ją na­ci­skom oto­cze­nia, pi­sząc re­la­cje na­ce­cho­wa­ne su­biek­ty­wi­zmem. Po roku 1956 rów­nież i pa­mięt­ni­ki zo­sta­ły zre­ha­bi­li­to­wa­ne. I to tak da­le­ce, iż Pol­skie To­wa­rzy­stwo Pa­mięt­ni­kar­skie wy­stą­pi­ło z pro­jek­tem edy­cji wszyst­kich pa­mięt­ni­ków, któ­re się do­tąd w Pol­sce i o Pol­sce uka­za­ły, co oczy­wi­ście, przede wszyst­kim ze wzglę­dów fi­nan­so­wych, nig­dy się nie do­cze­ka re­ali­za­cji.

Dziś hi­sto­ry­cy po­strze­ga­ją za swój obo­wią­zek ko­rzy­sta­nie rów­nież i z pa­mięt­ni­ków, choć wie­dzą, że w mia­rę upły­wu cza­su spo­ro spraw au­to­rom ta­kich tek­stów zwy­czaj­nie umy­ka, a nie­któ­re są przed­sta­wia­ne nie­ści­śle. Wy­bit­ny pol­ski hi­sto­ryk Ta­de­usz Ko­rzon (1839-1918) za naj­cen­niej­sze uwa­żał w nich par­tie do­ty­czą­ce okre­su dzie­ciń­stwa, przed­sta­wia­ne zwy­kle w spo­sób dość wier­ny. Ośmie­lo­ny tą za­chę­tą pra­gnę się po­dzie­lić pa­ro­ma wspo­mnie­nia­mi z lat wcze­sne­go dzie­ciń­stwa (1927-1934), ja­kie w tym mie­ście prze­ży­łem. Po wy­jeź­dzie z Ka­łu­szy­na spę­dza­łem w nim ko­lej­ne przed­wo­jen­ne wa­ka­cje, któ­re bo­daj­że sil­niej od tam­tych sied­miu lat utkwi­ły w mo­jej gło­wie. Pra­gnę przy­po­mnieć zwłasz­cza te szcze­gó­ły oby­cza­jo­we, któ­re uszły uwa­gi au­to­rów pi­szą­cych na ła­mach „Rocz­ni­ków Ka­łu­szyń­skich”, wy­cho­dzą­cych dość nie­re­gu­lar­nie.

Dro­gę ze sta­cji ko­le­jo­wej w Mro­zach prze­by­wa­ło się do­roż­ką lub wo­zem miesz­czą­cym po kil­ku pa­sa­że­rów. Wy­pa­da­ło ta­niej. Z tym środ­kiem lo­ko­mo­cji, ob­słu­gi­wa­nym prze­waż­nie przez ży­dow­skich fur­ma­nów (po­dej­rze­wam, że był to za­wód dzie­dzicz­ny), nie wy­trzy­ma­ła kon­ku­ren­cji ko­lej­ka kon­na, ist­nie­ją­ca tyl­ko przez parę lat. Ule­gła li­kwi­da­cji ku wiel­kie­mu ża­lo­wi dzie­ci, dla któ­rych prze­je­cha­nie się nią sta­no­wi­ło dużą przy­jem­ność. Tak czy in­a­czej, nie­wie­le się zmie­ni­ło od roku 1904, kie­dy to, jak pi­sał ano­ni­mo­wy ko­re­spon­dent „Ogni­wa”, „po­dróż­nik przy­by­wał do st. Mro­zy, skąd na trzę­są­cym się wo­zie”15 tra­fiał do Ka­łu­szy­na, a przed­tem był świad­kiem roz­pacz­li­wej wal­ki woź­ni­ców o pa­sa­że­ra. Wiek XIX od­cho­dził z mia­stecz­ka po­wo­li.

Jesz­cze w dwu­dzie­stych la­tach ubie­głe­go stu­le­cia ob­wiesz­cze­nia ma­gi­stra­tu prze­ka­zy­wał miesz­kań­com Ka­łu­szy­na sten­to­ro­wym gło­sem jego woź­ny, gro­ma­dzą­cy słu­cha­czy za po­mo­cą bęb­na. Do­pie­ro w roku 1927 za­czę­ła dzia­łać elek­trow­nia i to tyl­ko w okre­ślo­nych go­dzi­nach (od dzie­sią­tej rano do pierw­szej w nocy).

Jako hi­sto­ryk do­brze wiem, iż mil­cze­nie źró­deł nie świad­czy wca­le o nie­ist­nie­niu pew­nych lu­dzi, zja­wisk czy grup za­wo­do­wych. Ro­dzi­ce mego ojca byli si­ta­rza­mi, a więc zaj­mo­wa­li się rze­mio­słem, któ­re­mu Zbi­gniew Adam Sku­za po­świę­cił ostat­nio nie­co miej­sca w książ­ce Gi­ną­ce za­wo­dy w Pol­sce. Dzia­dek wy­ra­biał sita i prze­ta­ki, a tak­że han­dlo­wał ko­sa­mi; bab­ka ro­bi­ła pędz­le. Za­wo­du si­ta­rza nie wy­mie­nia ża­den z ar­ty­ku­łów „Rocz­ni­ka Ka­łu­szyń­skie­go”, oma­wia­ją­cych tam­tej­sze rze­mio­sło. Je­dy­nie ze stu­dium Sta­ni­sła­wa Mejsz­to­wi­cza o ży­ciu go­spo­dar­czym mia­stecz­ka w okre­sie mię­dzy­wo­jen­nym do­wia­du­je­my się, że w roku 1927 do świa­to­wej księ­gi ad­re­so­wej, wy­cho­dzą­cej w Ham­bur­gu, tra­fi­ło z Ka­łu­szy­na – obok in­nych rze­mieśl­ni­ków – trzech pro­du­ku­ją­cych pędz­le. Mil­cze­niu o za­wo­dzie mo­ich dziad­ków trud­no się dzi­wić: ro­dzin si­tar­skich w Ka­łu­szy­nie było za­le­d­wie kil­ka. Po­zo­sta­wa­ły one ze sobą w dal­szym lub bliż­szym po­kre­wień­stwie i nie­raz tak by­wa­ło, iż ry­wa­li­za­cja han­dlo­wa o klien­ta kła­dła się cie­niem na fa­mi­lij­ne sto­sun­ki.

Za­wód upra­wia­ny przez dziad­ków sta­no­wił jed­ną z atrak­cji mego wa­ka­cyj­ne­go po­by­tu, jaką było to­wa­rzy­sze­nie im w wy­jaz­dach na jar­mar­ki do dal­szych i bliż­szych mia­ste­czek. Po­nie­waż targ trwał cały dzień, nie­mal aż do zmierz­chu, a klien­ci sta­le na­pły­wa­li, nie było zwy­cza­ju cho­dze­nia gdzieś na obiad. Za­miast nie­go do­sta­wa­łem py­tlo­wy chleb z ma­słem i do tego świe­żą kieł­ba­sę. I nic mi po­tem już tak bar­dzo nie sma­ko­wa­ło, jak ten wła­śnie skrom­ny po­si­łek. Ale jar­mark po­sia­dał jesz­cze jed­ną, znacz­nie więk­szą atrak­cję. Kie­dy bab­cia mu­sia­ła odejść od sto­iska, mnie wła­śnie po­wie­rza­ła opie­kę nad nim, wraz z pra­wem sprze­da­wa­nia, ale tyl­ko pędz­li. Mo­głem na nich opu­ścić parę gro­szy (od trzech do pię­ciu). Nie było oczy­wi­ście mowy, aby ktoś ku­pił u mnie prze­tak czy sit­ko. Po kosę klien­ci przy­cho­dzi­li wy­łącz­nie do dziad­ka. Ża­den sza­nu­ją­cy się rol­nik nie na­był­by tak dro­gie­go i po­trzeb­ne­go na­rzę­dzia od ko­bie­ty.

Zda­rza­ły się i zgo­ła nie­spo­dzie­wa­ne atrak­cje, sta­no­wią­ce nie­ja­ko za­po­wiedź póź­niej­szych ak­cji re­kla­mo­wych. Na je­den z jar­mar­ków, było to chy­ba w Ka­łu­szy­nie, przy­je­cha­ła kie­dyś cię­ża­rów­ka z my­dłem. Ob­rot­ni sprze­daw­cy usta­wi­li na niej ba­lię, w któ­rej ro­ze­bra­ni do pasa myli się ofiar­nie przez do­brych kil­ka go­dzin. My­dło nie było dro­gie, pie­ni­ło się su­ge­styw­nie, nic więc dziw­ne­go, iż szyb­ko je roz­ku­pio­no. W domu do­pie­ro się oka­zy­wa­ło, że nie było wie­le war­te. Spryt­ni oszu­ści sprze­da­wa­li inne my­dło ani­że­li to, któ­re­go uży­wa­li na oczach wszyst­kich. Nie trze­ba do­da­wać, iż wię­cej się w Ka­łu­szy­nie ani w jego naj­bliż­szych oko­li­cach nie po­ka­za­li…

U dziad­ka pra­co­wa­ło za­zwy­czaj dwóch cze­lad­ni­ków, su­ro­wo nad­zo­ro­wa­nych. Sami oni zresz­tą ce­ni­li so­bie otrzy­ma­nie sta­łej pra­cy, o któ­rą nie było ła­two. Przy­po­mi­na­li o tym nie­mal co­dzien­nie mło­dzi lu­dzie, prze­cią­ga­ją­cy przez Ka­łu­szyn w po­szu­ki­wa­niu ja­kie­goś za­ję­cia. Na­zy­wa­no ich po­wszech­nie „raj­ze­ra­mi” (od nie­miec­kie­go die Re­ise, czy­li po­dróż). Go­to­wi też byli osiąść na sta­łe w miej­sco­wo­ści, któ­ra by im taką pra­cę za­ofe­ro­wa­ła. Dziad­ko­wi cze­lad­ni­cy nie chcie­li zo­stać raj­ze­ra­mi, prze­to na lek­tu­rę ga­zet po­zwa­la­li so­bie tyl­ko wów­czas, gdy „pryn­cy­pał” wy­cho­dził na dłu­żej z domu. A i wte­dy pro­si­li mnie, że­bym stał na stra­ży, ba­cząc, czy dzia­dek nie­spo­dzie­wa­nie nie wra­ca. Za tę na­ru­sza­ją­cą „fa­mi­lij­ną so­li­dar­ność” przy­słu­gę bar­dzo mnie lu­bi­li. By­łem tak­że po­pu­lar­ny wśród ró­wie­śni­ków, któ­rzy do­brze wie­dzie­li, iż oj­ciec otwo­rzył mi wa­ka­cyj­ny kre­dyt w osza­ła­mia­ją­cej wy­so­ko­ści dzie­się­ciu zło­tych u nie­peł­no­spraw­nej pani Ma­niu­si, po­sia­da­ją­cej kiosk ze sło­dy­cza­mi koło ko­ścio­ła. U niej to ku­po­wa­łem watę mro­żo­ną, li­za­ki, le­mo­nia­dę w prosz­ku do roz­pusz­cza­nia, sło­wem wszel­kie­go ro­dza­ju pa­skudz­twa, któ­rych dziś bym nie wziął do ust.

Wra­ca­jąc do lek­tur cze­lad­ni­ków, to czy­ty­wa­li oni na­wza­jem so­bie wy­po­ży­cza­ne ze­szy­ci­ki z se­rii „Co ty­dzień po­wieść”. Za­stę­po­wa­ły póź­niej­sze se­ria­le te­le­wi­zyj­ne i po­sia­da­ły tę samą za­le­tę: moż­na je było cią­gnąć w nie­skoń­czo­ność lub w każ­dej chwi­li prze­rwać. Kie­dy po la­tach wpa­dła mi w ręce pa­sjo­nu­ją­ca książ­ka Ja­nu­sza Du­ni­na Pa­pie­ro­wy ban­dy­ta. Książ­ka kra­mar­ska i bru­ko­wa w Pol­sce, z pew­nym roz­czu­le­niem od­naj­dy­wa­łem w niej zna­ne mi z ka­łu­szyń­skich wa­ka­cji ty­tu­ły. Nie­któ­re z tych ksią­że­czek, sta­no­wią­cych tak­że ulu­bio­ną lek­tu­rę in­nych rze­mieśl­ni­ków (przede wszyst­kim szew­ców), mia­ły na okład­ce ostrze­że­nie, że są „Tyl­ko dla do­ro­słych”. Owe Hra­bi­ny, czy­li szla­kiem hań­by, Uwie­dzio­na w mło­do­ści czy W szpo­nach han­dla­rzy ży­wym to­wa­rem pod­czy­ty­wa­łem ukrad­kiem, cho­wa­jąc je sta­ran­nie przed dziad­kiem. Wów­czas ucho­dzi­ły one wręcz za por­no­gra­fię, dziś nie zgor­szy­ły­by za­pew­ne ucznia szko­ły pod­sta­wo­wej.

Dzia­dek na­to­miast prócz ga­zet, ale te tyl­ko do­ryw­czo, czy­ty­wał głów­nie ka­len­da­rze, wy­da­wa­ne wów­czas w for­ma­cie du­żej książ­ki – zbli­żo­ne ukła­dem do tych sta­ro­pol­skich ka­len­da­rzy, ja­kie pu­bli­ko­wa­no w XIX czy jesz­cze w XVIII stu­le­ciu. Pi­sząc kie­dyś o nich, nie omiesz­ka­łem przy oka­zji przy­po­mnieć i ka­łu­szyń­skich lek­tur dziad­ka. Miał na ka­len­da­rze czas tyl­ko w nie­dzie­lę, po­dob­nie jak na od­pi­sy­wa­nie swo­im ko­re­spon­den­tom han­dlo­wym i ro­dzin­nym. W nie­dzie­lę też dziad­ko­wie cha­dza­li do­stoj­nie do ko­ścio­ła, na sumę, a więc naj­dłuż­sze z na­bo­żeństw, któ­re mnie zresz­tą po tro­sze nu­dzi­ło. Je­dy­ną atrak­cją było rów­nie dłu­gie ka­za­nie, ubar­wia­ne przy­kła­da­mi z hi­sto­rii lub opo­wie­ścia­mi o miej­sco­wych wy­da­rze­niach. Za­wsze oczy­wi­ście okra­sza­ne od­po­wied­nią na­uką mo­ral­ną. Po su­mie na­stę­po­wał świą­tecz­ny obiad, skła­da­ją­cy się nie­odmien­nie z ro­so­łu z ma­ka­ro­nem, kur­cząt z mi­ze­rią i lo­dów, po któ­re oczy­wi­ście ja by­łem po­sy­ła­ny. Tę mo­no­to­nię ja­dło­spi­su uświa­do­mi­łem so­bie po la­tach, po­dob­nie zresz­tą jak i Mel­chior Wań­ko­wicz, któ­ry w Szcze­nię­cych la­tach pi­sze: „Je­stem prze­ko­na­ny, że bra­tu nie przy­szło nig­dy do gło­wy, że cią­gle je to samo, bo ja sam to so­bie do­pie­ro pi­sząc te sło­wa uświa­do­mi­łem”16.

Pięk­nym zwień­cze­niem ka­łu­szyń­skich wa­ka­cji był od­pust przy­pa­da­ją­cy pra­wie pod ich ko­niec (15 sierp­nia). Stra­ga­ny z za­baw­ka­mi przy­ćmie­wa­ła lo­te­ria urzą­dza­na przez ka­łu­szyń­ską Ochot­ni­czą Straż Po­żar­ną, któ­ra w roku 2002 ob­cho­dzi­ła stu­le­cie swe­go ist­nie­nia. Już parę dni wcze­śniej jej or­ga­ni­za­to­rzy cho­dzi­li po do­mach z ogrom­nym ko­szem z wi­kli­ny, do któ­re­go wrzu­ca­no róż­ne przed­mio­ty, przy­dat­ne na fan­ty. Dziś, kie­dy prze­glą­dam ko­lej­ną księ­gę ju­bi­le­uszo­wą – ku czci tego czy in­ne­go ba­da­cza, zło­żo­ną za­zwy­czaj z bar­dzo te­ma­tycz­nie róż­no­rod­nych ar­ty­ku­łów, przy­po­mi­na mi się nie­od­par­cie ów ka­łu­szyń­ski kosz stra­żac­ki. Któ­re­goś razu i mój dzia­dek wrzu­cił tam cał­kiem spo­ry prze­tak, któ­ry po­tem ja wy­gra­łem, co rzecz ja­sna nie wzbu­dzi­ło szcze­gól­ne­go za­chwy­tu u ofia­ro­daw­cy. Pew­ne­go lata do­pi­sa­ło mi szczę­ście przy tak zwa­nym kole for­tu­ny, na któ­rym wy­gra­łem spo­ro cu­kier­ków. Jego wła­ści­cie­lem był ubo­gi szewc, lo­ka­tor mego dziad­ka, sta­le za­le­ga­ją­cy z ko­mor­nym. Dziś po­dej­rze­wam, iż wy­gra­na nie była przy­pad­ko­wa…

Choć Ży­dzi ka­łu­szyń­scy sta­no­wi­li lwią część lud­no­ści mia­stecz­ka, i to za­rów­no w roku 1817 (cir­ca 80%), jak w 1897 (76%) czy 1931 (82%), to jed­nak mało się o nich pi­sze. Nie­licz­ni, któ­rzy oca­le­li, za­cho­wa­li za­pew­ne pe­wien sen­ty­ment do miej­sca swe­go uro­dze­nia, sko­ro po roku 1945 koła ka­łu­szy­nian ist­nia­ły, jak już wspo­mi­na­łem, na­wet w. Bu­enos Aires. In­te­li­gen­cja tego po­cho­dze­nia była ra­czej nie­licz­na; oj­ciec przy­jaź­nił się z jed­nym z jej przed­sta­wi­cie­li, urzęd­ni­kiem ma­gi­stra­tu Alek­san­drem Ba­ta­li­nem, od któ­re­go otrzy­mał tom dzieł ze­bra­nych Osca­ra Wil­de’a. Dziw­nym tra­fem ta wła­śnie książ­ka za­cho­wa­ła się do chwi­li obec­nej w na­szej, tak prze­trze­bio­nej przez woj­nę bi­blio­te­ce. Ba­ta­li­na za­mor­do­wa­li Niem­cy wraz z in­ny­mi Ży­da­mi ka­łu­szyń­ski­mi w roku 1942 lub 1943.

Ży­dzi twier­dzi­li, iż bez tru­du mo­gli­by wy­brać bur­mi­strza tej na­ro­do­wo­ści, ale oj­ciec wy­tłu­ma­czył mi póź­niej, że i tak bur­mi­strza wy­zna­nia moj­że­szo­we­go nad­rzęd­ne wła­dze ad­mi­ni­stra­cyj­ne by nie za­apro­bo­wa­ły. Z opo­wia­dań ro­dzi­ców do­wie­dzia­łem się o dziś oso­bli­wie wy­glą­da­ją­cym zwy­cza­ju, któ­ry ist­niał nie tyl­ko chy­ba w Ka­łu­szy­nie. Po­le­gał on na tym, iż świe­żo oże­nio­ny po­li­cjant przed­sta­wiał swo­ją żonę wszyst­kim kup­com ży­dow­skim. Od­tąd mo­gła ona bez­płat­nie brać od nich po­trzeb­ne jej to­wa­ry, ale tyl­ko do wła­sne­go użyt­ku. Kup­com kal­ku­lo­wa­ło się to bar­dziej niż pła­ce­nie man­da­tów za brud w skle­pie, a zwłasz­cza za na­gmin­nie upra­wia­ny han­del w nie­dzie­lę (klien­tów wów­czas wpusz­cza­no od tyłu).

O ile na ogół znacz­ny pro­cent si­ta­rzy, ku­śnie­rzy, kraw­ców czy szew­ców sta­no­wi­li wła­śnie Ży­dzi, o tyle w Ka­łu­szy­nie si­tar­stwo (po­dob­nie jak i sto­lar­stwo) na­le­ża­ło do za­wo­dów ob­sa­dza­nych wy­łącz­nie przez Po­la­ków. Na­to­miast w „sto­li­cy” si­tar­stwa, w Bił­go­ra­ju, w XIX wie­ku sta­no­wi­ło ono wśród Ży­dów naj­czę­ściej (obok kra­wiec­twa) upra­wia­ny za­wód. W prze­ci­wień­stwie do si­tar­stwa chrze­ści­jań­skie­go, na któ­re skła­da­ły się wy­ro­by ręcz­ne, si­tar­stwo ży­dow­skie bar­dzo szyb­ko przy­ję­ło for­mę warsz­ta­to­wą. W 1901 roku obok trzy­stu sie­dem­dzie­się­ciu sze­ściu warsz­ta­tów na­le­żą­cych do Ży­dów bił­go­raj­skich ist­niał tyl­ko je­den chrze­ści­jań­ski. Cie­ka­wych bliż­szych szcze­gó­łów od­sy­łam do książ­ki Bił­go­raj, czy­li Raj. Ro­dzi­na Sin­ge­rów i świat, któ­re­go już nie ma (pod re­dak­cją Mo­ni­ki Adam­czyk-Gra­bow­skiej i Bo­gu­sła­wa Wró­blew­skie­go, Lu­blin 2005). Przy­szły lau­re­at Na­gro­dy No­bla swo­je dzie­ciń­stwo i wcze­sną mło­dość spę­dził wła­śnie w Bił­go­ra­ju.

Po­sta­cie si­ta­rzy wy­stę­pu­ją co naj­mniej od XVI wie­ku w li­te­ra­tu­rze pięk­nej, a w XVIII tak­że i w ma­lar­stwie. Na tak czę­sto re­pro­du­ko­wa­nym ob­raz­ku Jana Pio­tra Nor­bli­na wi­dzi­my jed­ne­go z nich z si­ta­mi na ple­cach; współ­cze­sny ar­ty­ście Fran­ci­szek Sa­le­zy Je­zier­ski ubo­le­wał zaś, że w Pol­sce nie ma roz­wi­nię­te­go rze­mio­sła, „prócz jed­ne­go gniaz­da chło­pów bił­go­raj­skich, któ­rzy ro­bią prze­ta­ki i sita i te po ca­łej Eu­ro­pie roz­no­szą17. Pi­sa­no, że do­cie­ra­ją z nimi do kra­jów są­sied­nich (mie­dzy in­ny­mi na Sło­wa­cję), co mo­gło być nie­kie­dy praw­dą, a na­wet, że po­ja­wia­ją się z si­ta­mi w Buł­ga­rii, Tur­cji i Per­sji, co już wy­da­je się nie­ja­ką prze­sa­dą. W każ­dym ra­zie mu­sie­li być sta­bil­ną czę­ścią pol­skie­go kra­jo­bra­zu kul­tu­ro­we­go, sko­ro już ośmie­szo­ny przez li­te­ra­tu­rę so­wi­zdrzal­ską Al­ber­tus (1596) wy­zna­je, że przy­ci­śnię­ty po­trze­bą, sprze­dał ogon koń­ski wła­śnie si­ta­rzo­wi za dwa sze­lą­gi.

Dwu szło w dro­gę si­ta­rzów, po róż­nych wsiach, jaki

Ich zwy­czaj, swej ro­bo­ty przeda­wać prze­ta­ki.

Tymi wła­śnie sło­wy roz­po­czy­na Wa­cław Po­toc­ki swą opo­wiast­kę O ca­ecas men­tes ho­mi­num! (Śle­pe umy­sły lu­dzi), w któ­rej wy­stę­pu­ją dwa typy ludz­kie: pe­sy­mi­sta i opty­mi­sta. Pierw­szy cią­gle się cze­goś oba­wia, przede wszyst­kim wła­snej śle­po­ty. Aby uka­zać to­wa­rzy­szo­wi roz­mia­ry tego ka­lec­twa, za­my­ka oczy, przez co nie do­strze­ga le­żą­cej na dro­dze sa­kiew­ki, na­to­miast wpa­da w dół, gdzie ła­mie sita. Dru­gi, co za­wsze we­sół, śpie­wał i gwiz­dał, ma­jąc oczy sta­le otwar­te, zna­lazł owe pie­nią­dze:

Do­pie­roż śmiać i z nie­go po­cznie odrwić opłaź­nie: (tu: bez­li­to­śnie)

„Nie czyń się śle­pym, ma­jąc zdro­we oczy, błaź­nie”18.

Spo­ro wia­do­mo­ści na te­mat si­tar­stwa przy­no­szą wy­da­ne przed dwu­dzie­stu laty Dzie­je Bił­go­ra­ja, od daw­na ucho­dzą­ce­go za sto­li­cę tego rze­mio­sła. Od­wie­dził ją w 1782 roku Igna­cy Kra­sic­ki, któ­ry w Po­dró­ży z War­sza­wy pi­sał o tym mie­ście:

Za­szczyt jego wie­lo­ra­ki,

Sław­ne w sita i prze­ta­ki19.

Pier­wot­ny herb Bił­go­ra­ja, zna­ny z pie­czę­ci miej­skiej (1951), a mia­no­wi­cie ła­będź oraz trzy bel­ki od dołu, któ­re two­rzą herb fun­da­to­rów (Go­raj­skich), po­szedł z cza­sem w za­po­mnie­nie. Na­to­miast w pro­jek­tach for­mu­ło­wa­nych przez wła­dze Kró­le­stwa Pol­skie­go (1847) oraz przez He­rol­dię Pe­ters­bur­ską (1870) na plan pierw­szy wy­su­wa się sito uzu­peł­nio­ne o ogon koń­ski i sierp. Wło­sia koń­skie­go uży­wa­no do wy­ro­bu sit, a sier­pa­mi (na­stęp­nie ko­sa­mi) han­dlo­wa­li si­ta­rze. W daw­nej Rze­czy­po­spo­li­tej Bił­go­raj sły­nął tak­że z wy­ro­bu zna­ko­mi­te­go piwa.

Za­rów­no sami si­ta­rze, jak ich sto­li­ca dość wcze­śnie po­ja­wia­ją się w pa­re­mio­gra­fii, choć nie za­wsze z po­zy­tyw­ną ko­no­ta­cją. Jed­no z przy­słów gło­si­ło wpraw­dzie: „Pra­co­wi­ta jak si­tar­ka”, ale inne z ko­lei brzmia­ło: „Ubra­ła się jak bił­go­raj­ka”, co zna­czy, że ubra­ła się bo­ga­to, ale bez gu­stu. „Wy­rób sit oraz prze­ta­ków przy­no­sił miesz­kań­com Bił­go­ra­ja duży do­chód, i zna­na była ich za­moż­ność”20 – pi­szą au­to­rzy dzie­jów tego mia­sta. Aby ją osią­gnąć, ko­niecz­na była wie­lo­ty­go­dnio­wa nie­raz wy­ciecz­ka po bliż­szych i dal­szych oko­li­cach, z si­tem na grzbie­cie, stąd inne przy­sło­wie gło­si­ło: „Opusz­czo­na jak bił­go­raj­ka”. No­ta­be­ne, na uwa­gę za­słu­gu­je szcze­gól­na w si­tar­stwie rola ko­biet; osa­mot­nia­ne nie­raz na dłu­go przez wę­dru­ją­cych po świe­cie mę­żów mu­sia­ły so­bie same da­wać radę, co wy­ra­bia­ło w nich znacz­ną sa­mo­dziel­ność. Po­dział pra­cy by­wał naj­czę­ściej taki, że męż­czyź­ni wy­ra­bia­li sit­ka, a ko­bie­ty pędz­le. Po­bie­ra­no się za­zwy­czaj mię­dzy sobą.

Rów­nież dwa pod­sta­wo­we ar­ty­ku­ły sprze­da­wa­ne przez si­ta­rzy, mia­no­wi­cie sito oraz prze­tak, do­cze­ka­ły się wca­le spo­rej licz­by ko­no­ta­cji za­rów­no w słow­ni­kach przy­słów (u Szy­mo­na Adal­ber­ga i w No­wej księ­dze przy­słów i wy­ra­żeń przy­sło­wio­wych pol­skich), jak i w Słow­ni­ku pol­sz­czy­zny XVI wie­ku. Do naj­czę­ściej uży­wa­nych przy­słów na­le­ża­ły ta­kie zwro­ty, jak „Nowe sito na ko­łek, a sta­re pod ławę” (w gnój), „Si­tem wodę czer­pać” czy „Sito-nie to; prze­tak-nie tak; rze­szo­to-to, to, to”. Prze­tak słu­żył do jesz­cze bar­dziej ob­ra­zo­wych po­rów­nań. Oczy­wi­stą alu­zję do fi­zjo­lo­gicz­nych skut­ków utra­ty dzie­wic­twa za­wie­ra­ło po­wie­dze­nie „Prze­tak roz­dar­ty, pan­na zba­ła­mu­co­na – li­cha war­te”. Po­wszech­nie zna­ny jest zwrot „prze­ta­kiem wodę czer­pać”, uży­wa­ny na ozna­cze­nie pra­cy nie­przy­no­szą­cej żad­ne­go po­żyt­ku. Stąd też czło­wie­ka ga­da­tli­we­go, któ­ry nie umie do­cho­wać ta­jem­ni­cy, zwa­no prze­ta­kiem wła­śnie, bo „Wszyst­ko prze­zeń, być całe mo­rze wlał, prze­pad­nie”. Z ko­lei ob­ma­wia­nie ko­goś na­zy­wa­no „Prze­pusz­cza­nie przez prze­tak”.

Mar­cin Biel­ski, dzi­wu­jąc się w Roz­mo­wie no­wych pro­ro­ków…, jak to lu­dzie róż­nie żyją, pi­sał:

Kto swój czas mar­no tra­ci, jak mu się opła­ca.

Kto z czy­ją szko­dą ży­wie, a kto z swym po­żyt­kiem.

Kto gę­stym, a kto rzad­kim sie­je mąkę sit­kiem21.

War­to za­uwa­żyć, że po­pu­lar­ność tych sprzę­tów go­spo­dar­czych w po­le­micz­nej fra­ze­olo­gii wią­że się ści­śle z fak­tem, iż w ślad za Pi­smem świę­tym się­ga­ła ona przede wszyst­kim do zwro­tów zwią­za­nych z rol­nic­twem oraz to­wa­rzy­szą­cych mu czyn­no­ści. Do pod­sta­wo­wych na­le­ża­ły zaś obok sie­wu i żni­wa zaj­mo­wa­nie się jego wy­ni­ka­mi, a więc sor­to­wa­nie zbo­ża (stąd po­pu­lar­ność sita czy prze­ta­ka), jak rów­nież jego mie­le­nie (słyn­ny zwrot o ka­mie­niach młyń­skich). Ale lek­sy­kal­na po­pu­lar­ność prze­ta­ka nie ogra­ni­cza­ła się tyl­ko do spraw re­li­gij­nych, sko­ro Sta­ni­sław Orze­chow­ski gor­szył się, że „Przy­wi­le­je ko­ron­ne, tak jako na prze­ta­ku groch z wyki, prze­bie­ra­my”22.

Si­ta­rze na­le­że­li, tak jak ob­roź­ni­cy, ka­stra­to­rzy zwie­rząt do­mo­wych czy drob­ni kra­ma­rze (tak zwa­ni Szo­ci), do za­wo­dów czę­sto spo­ty­ka­nych na sta­ro­pol­skich go­ściń­cach, obok że­bra­ków oraz lu­dzi luź­nych. Za­po­trze­bo­wa­nie na wy­ro­by si­tar­skie było spo­re. Już An­zelm Go­stom­ski przy­po­mi­na, że w go­spo­dar­stwie „(…) drew­nia­nych stat­ków wsze­la­kich ma być tam­że do­sta­tek za­wsze: sit, prze­ta­ków i in­nych wy­my­słów: z cze­go do­sta­tek i ochę­do­stwo bar­dzo się oka­zu­je w domu”23. Ru­chli­wość si­ta­rzy po­twier­dza kon­sty­tu­cja sej­mo­wa z 1673 roku do­ty­czą­ca po­dat­ku po­głów­ne­go. Zo­sta­li oni wy­mie­nie­ni w osob­nej gru­pie lu­dzi „a domo ab­sen­tes” (nie­by­wa­ją­cy w domu), mia­no­wi­cie fur­ma­nów, fli­sa­ków, cie­śli, mu­ra­rzy, tra­ga­rzy, wszel­kie­go ro­dza­ju mu­zy­ków, a wresz­cie „hul­ta­jów”24. Jak wy­ni­ka z po­przed­nich po­sta­no­wień, szło o ścią­gnię­cie opłat z lu­dzi, któ­rzy z ra­cji czę­ste­go prze­by­wa­nia poza do­mem mo­gli się od nich uchy­lać.

Si­ta­rze mie­li po­noć swój ję­zyk ta­jem­ny; wy­twa­rza­ne i sprze­da­wa­ne przez nich to­wa­ry słu­ży­ły, jak prze­tak czy sit­ko, do za­bie­gów ma­gicz­nych. Z du­żym si­tem cho­dzi­li ko­lęd­ni­cy, któ­rzy wsta­wia­li w nie nie­za­pa­lo­ną świe­cę.

Przed­mio­ty zwią­za­ne z ich dzia­łal­no­ścią moż­na dziś oglą­dać w spe­cjal­nym Mu­zeum Si­tar­skim w Bił­go­ra­ju. Tam też od roku 2001 są urzą­dza­ne „Ża­ło­sne” i „Ra­do­sne” świę­ta si­tar­skie. W czerw­cu ma miej­sce po­że­gna­nie si­ta­rzy, a we wrze­śniu wi­ta­nie po­wra­ca­ją­cych z da­le­kich wy­praw. Obie uro­czy­sto­ści od­by­wa­ją się w nie­dzie­lę, cze­mu to­wa­rzy­szy jar­mark oraz folk­lo­ry­stycz­ne wi­do­wi­sko po­łą­czo­ne z za­ba­wą. Przy tej oka­zji uka­zu­ją się jed­nod­niów­ki pod ty­tu­łem Si­tarz bił­go­raj­ski.

Nie­licz­ni już si­ta­rze są prze­waż­nie zrze­sze­ni w spół­dziel­niach rze­mieśl­ni­czych. Jesz­cze w la­tach dwu­dzie­stych mi­nio­ne­go stu­le­cia co uboż­si cha­dza­li po wio­skach z to­wa­rem no­szo­nym na ple­cach; bar­dziej za­sob­ni ko­rzy­sta­li z fur­ma­nek, wła­snych lub wy­na­ję­tych. Dziś sita, prze­ta­ki czy pędz­le wozi się cię­ża­rów­ka­mi, z uży­cia wy­szły kosy, któ­rych sprze­daż sta­no­wi­ła on­giś znacz­ną część do­cho­dów si­ta­rzy.

Moje po­god­ne na ogół wspo­mnie­nia hi­sto­ria za­mknę­ła tra­gicz­nym ak­cen­tem. Wa­ka­cji roku 1939 już nie spę­dza­łem w Ka­łu­szy­nie. Przy­je­cha­łem tam z mat­ką 4 wrze­śnia tego roku, aby, jak się oka­za­ło, być świad­kiem słyn­nej bi­twy o Ka­łu­szyn, jaka roz­go­rza­ła w ty­dzień póź­niej. W pro­wa­dzo­nym wów­czas na bie­żą­co dzien­nicz­ku za­no­to­wa­łem, iż w dniu na­sze­go przy­jaz­du obo­je dziad­ko­wie po­je­cha­li na co­po­nie­dział­ko­wy jar­mark w Do­brem, lecz po­li­cja z oba­wy przed na­lo­ta­mi nie po­zwo­li­ła na jego od­by­cie. Ale, jak by po­wie­dział Ru­dy­ard Ki­pling, to już zu­peł­nie inna hi­sto­ria.

Przy­pi­sy

1 W. Be­rent, Fa­cho­wiec. Po­wieść spół­cze­sna, War­sza­wa 1956, s. 78.

2 J. Ur­syn Niem­ce­wicz, Po­dró­że hi­sto­rycz­ne po zie­miach pol­skich mię­dzy ro­kiem 1811 a 1828 od­by­te, Pa­ryż 1858, s. 524.

3 Z. Za­cha­re­wicz, Roż­niec­ki Alek­san­der [w:] Pol­ski Słow­nik Bio­gra­ficz­ny, t. XXXII, Wro­cław 1989-1991, s. 462.

4 N. Żmi­chow­ska, Li­sty, t. I: W krę­gu naj­bliż­szych, oprac. M. Ro­man­ków­na, Wro­cław 1957, s. 165.

5 Por. tam­że, s. 537.

6 K. Wój­cic­ki, Pa­mięt­ni­ki dziec­ka War­sza­wy i inne wspo­mnie­nia war­szaw­skie, t. I, oprac. Z. Le­wi­nów­na, War­sza­wa 1974, s. 80.

7 J. Świę­cic­ki, Pa­mięt­nik ostat­nie­go do­wód­cy puł­ku 4. pie­cho­ty li­nio­wej, oprac. R. Bie­lec­ki, War­sza­wa 1982, s. 127.

8 M. i J. Ło­ziń­scy, Zy­cie co­dzien­ne i nie­co­dzien­ne w przed­wo­jen­nej Pol­sce, War­sza­wa 1999, s. 165.

9 P.M. Spie­lew­ski, Pu­ti­sze­stwie po Po­le­siu i bia­ło­rus­sko­mu kra­ju, Mo­skwa 1991, s. 19.

10 A. Świę­to­chow­ski, Na po­grze­bie [w:] Pi­sma, t. I: Ob­raz­ki po­wie­ścio­we, Kra­ków 1896, s. 191.

11 M. Fuks, Fa­jer­man Mor­de­chaj (Mord­ko) [w:] Pol­ski Słow­nik Ju­da­istycz­ny. Dzie­je. Kul­tu­ra. Re­li­gia. Lu­dzie, t. I oprac. Z. Bo­rzy­miń­ska i R. Że­brow­ski, War­sza­wa 2003, s. 415-416.

12 J. Iwasz­kie­wicz, No­tat­ki 1939-1945, War­sza­wa 1991, s. 26-27.

13 Z. Sa­fjan, Pole ni­czy­je, War­sza­wa 1976, s. 56 i 58.

14 W. Ry­del, Hi­sto­ria ma­łe­go czło­wie­ka, Mel­bo­ur­ne 1966, s. 238.

15 Cyt. [za:] „Rocz­nik Ka­łu­szyń­ski”, zesz. 2, 2002, s. 10. Ko­re­spon­den­cja pod­pi­sa­na kryp­to­ni­mem „Kr. Ad.”.

16 M. Wań­ko­wicz, Szcze­nię­ce lata, War­sza­wa 1957, s. 116.

17 F.S. Je­zier­ski, Nie­któ­re wy­ra­zy po­rząd­kiem abe­ca­dła ze­bra­ne [w:] Wy­bór pism, oprac. Z. Skwar­czyń­ski, War­sza­wa 1952, s. 272.

18 W. Po­toc­ki, Śle­pe umy­sły lu­dzi [w:] Dzie­ła, t. I, oprac. L. Ku­kliń­ski, Kra­ków 1987, s. 257-259.

19 I. Kra­sic­ki, Po­dróż z War­sza­wy do Bił­go­ra­ja [w:] Dzie­ła wy­bra­ne, t. I, oprac. Z. Go­liń­ski, War­sza­wa 1989, s. 388.

20 Por. J. Mar­kie­wicz, R. Szczy­gieł, W. Ślad­kow­ski, Dzie­je Bił­go­ra­ja, Lu­blin 1985, s. 50, 100 i 130-131.

21 M. Biel­ski, Roz­mo­wa no­wych pro­ro­ków, dwu ba­ra­nów w jed­nej gło­wie, Kra­ków 1587, s. 8-9.

22 S. Orze­chow­ski, Qu­in­cunx [w:] Wy­bór pism, oprac. K. Star­naw­ski, Wro­cław 1972, s. 465.

23 A. Go­stom­ski, Go­spo­dar­stwo, oprac. S. In­glot, Wro­cław 1951, s. 96.

24 Vo­lu­mi­na le­gum, t. V, Pe­ters­burg 1860, s. 100.

Dwie Łomże w mojej pamięci

Do Łom­ży moi ro­dzi­ce prze­nie­śli się w mar­cu roku 1939, aby z krót­ką prze­rwą na wrze­śnio­wą, wo­jen­ną wę­drów­kę po­zo­stać w niej przez bli­sko rok. Ta pierw­sza, nie­zbu­rzo­na jesz­cze Łom­ża znaj­do­wa­ła się w wol­nej i su­we­ren­nej Rze­czy­po­spo­li­tej, ta dru­ga, ku zdu­mie­niu miesz­kań­ców, rów­nież na po­śpiesz­nie dru­ko­wa­nych ma­pach oka­za­ła się czę­ścią tak zwa­nej Za­chod­niej Bia­ło­ru­si. W pry­wat­nych roz­mo­wach oku­pan­ci przy­zna­wa­li: „Czto my ku­sok Pol­szy za­chwa­ti­li”. Miesz­kań­cy Łom­ży, po­dob­nie jak i ca­łe­go Pod­la­sia, na­zwa­li lata 1939-1941 okre­sem „pierw­szych So­wie­tów”. Z cze­go zresz­tą wy­ni­kał lo­gicz­ny wnio­sek, iż Pol­skę de­mo­kra­tycz­ną (póź­niej lu­do­wą) uzna­wa­no za erę rzą­dów „dru­gich So­wie­tów”.

Ta „pierw­sza Łom­ża” była po­god­na, czy­sta i to­ną­ca w zie­le­ni. Za­miesz­ka­li­śmy na uli­cy Po­lo­wej 25, któ­rą do­pie­ro w okre­sie sta­li­ni­zmu prze­chrzczo­no na uli­cę Ar­mii Czer­wo­nej (dziś jest z po­wro­tem Po­lo­wą). Dom, w któ­rym miesz­ka­łem, zo­stał zbu­rzo­ny do­pie­ro w roku 2005. Ni­ko­mu nie śni­ło się wów­czas oczy­wi­ście o ko­mu­ni­ka­cji miej­skiej; pie­cho­tą od­by­wa­li­śmy więc dość dłu­go spa­ce­ry do Piąt­ni­cy, aby od­wie­dzić kie­row­ni­ka tam­tej­szej szko­ły pod­sta­wo­wej, któ­ry na­le­żał do do­brych zna­jo­mych ojca. Dwu­na­sto­let­ni chło­piec uważ­nie przy­słu­chi­wał się roz­mo­wom do­ro­słych, z któ­rych wy­ni­ka­ło, iż nie bar­dzo wie­rzą w re­al­ność woj­ny z Niem­ca­mi. Ho­ry­zont za­czął się za­ciem­niać do­pie­ro po słyn­nej mo­wie Jó­ze­fa Bec­ka, na któ­rą zgro­ma­dzo­no nas w wiel­kiej sali gim­na­stycz­nej, w tak zwa­nej ćwi­cze­niów­ce. Oczy­wi­ście po­dzie­la­łem w ca­łej peł­ni buń­czucz­ny opty­mizm ko­le­gów po­wta­rza­ją­cych z ko­lei opi­nie ro­dzi­ców. Dziew­czyn­ki na­to­miast o wie­le mniej się zaj­mo­wa­ły i przej­mo­wa­ły po­li­ty­ką. Za kla­so­wą wy­rocz­nię w tych spra­wach ucho­dził uczęsz­cza­ją­cy do tej sa­mej co i ja kla­sy Je­rzy Wi­śniew­ski (1928-1983), póź­niej­szy wy­bit­ny znaw­ca mię­dzy in­ny­mi dzie­jów Pod­la­sia i nie tyl­ko, bo ma­ją­cy też w ma­łym pal­cu wie­dzę zwłasz­cza o za­ścian­kach szla­chec­kich w tym re­gio­nie. Na­sze losy mia­ły się raz jesz­cze skrzy­żo­wać, al­bo­wiem Ju­rek, miesz­ka­ją­cy już wów­czas w Po­zna­niu, a po­tem w Kra­ko­wie, pra­co­wał w tym sa­mym co i ja In­sty­tu­cie Hi­sto­rii Pol­skiej Aka­de­mii Nauk (wię­cej na ten te­mat w to­mie wspo­mnień o nim, któ­ry uka­zał się w roku 2000 w Łom­ży). Ra­zem też za­sia­da­li­śmy przez wie­le lat w Ko­mi­te­cie Re­dak­cyj­nym Pol­skie­go Słow­ni­ka Bio­gra­ficz­ne­go.

Do szko­ły w wol­nej Łom­ży uczęsz­cza­łem bar­dzo krót­ko, bo wszyst­kie­go trzy mie­sią­ce, aby uzy­skać w czerw­cu świa­dec­two ukoń­cze­nia pią­tej kla­sy peł­ne ocen typu do­sta­tecz­ny, z rzad­ka tyl­ko do­bry. Z per­spek­ty­wy cza­su uwa­żam je za cał­ko­wi­cie uza­sad­nio­ne. Z jed­nym wszak­że wy­jąt­kiem, mia­no­wi­cie stop­nia z hi­sto­rii: jej zna­jo­mość oce­ni­ła pani na­uczy­ciel­ka tyl­ko na czwór­kę, za­opa­tru­jąc to w dość ory­gi­nal­ny z pe­da­go­gicz­ne­go punk­tu wi­dze­nia ko­men­tarz: „Wiem, że znasz hi­sto­rię bar­dzo do­brze, ale po­nie­waż inne stop­nie były nie­szcze­gól­ne, więc i ja nie mo­głam ci po­sta­wić piąt­ki”. Ka­za­no mi też po­pra­wić przez wa­ka­cje moją spraw­ność w śpie­wie, ry­sun­kach i ro­bo­tach ręcz­nych, da­jąc przy tym do zro­zu­mie­nia memu ojcu, że gdy­by nie jego sta­no­wi­sko w in­spek­to­ra­cie szkol­nym, to pew­nie bym i tych nie­szczę­snych tró­jek nie otrzy­mał. Li­che stop­nie były wy­ni­kiem po tro­sze wszyst­kie­go: i prze­no­sin w trak­cie roku szkol­ne­go, i ma­łe­go przy­kła­da­nia się do na­uki. Przede wszyst­kim zaś winę po­no­si­ła po­bli­ska bi­blio­te­ka, z któ­rej dość re­gu­lar­nie po­ży­cza­łem spo­ro ksią­żek.