Wydawca: Wydawnictwo Iskry Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2003

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 395 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Stando Lubentius Moriar - Janusz Tazbir

 

Biografia arianina, Stanisława Lubienieckiego, pomaga nam odkryć przeszłość i lepiej poznać Polskę siedemnastego wieku.

Od dawna wiadomo, że losy państwa, jak również istniejących w nim wyznań, najlepiej i zarazem najciekawszej można ukazać poprzez życiorysy wybitnych ludzi "uwikłanych w historię". Tak się jednak stało, iż część z nich doczekała się nawet paru monografii, podczas gdy innymi nie zajął się żaden z biografów. Do tych pominiętych należał Stanisław Lubieniecki.

Opinie o ebooku Stando Lubentius Moriar - Janusz Tazbir

Fragment ebooka Stando Lubentius Moriar - Janusz Tazbir

Opra­co­wa­nie gra­ficz­ne – An­drzej ‌Ba­rec­ki

Re­dak­cja – Ma­ria ‌Mag­da­le­na Ma­tu­siak ‌

Ko­rek­ta – Anna Si­do­rek

Opra­co­wa­nie ‌in­dek­su na­zwisk – ‌Ma­ciej By­li­niak

Na ob­wo­lu­cie wy­ko­rzy­sta­no ‌ry­ci­nę przed­sta­wia­ją­cą Sta­ni­sła­wa Lu­bie­niec­kie­go ‌z książ­ki ‌Bi­blio­the­ca Fra­trum Po­lo­no­rum, ‌Am­ster­dam 1656

oraz ‌fak­sy­mi­le okład­ki Hi­sto­ria ‌Re­for­ma­tio­nis Po­lo­ni­caez roku 1685.

Co­py­ri­ght ‌© ‌by Ja­nusz Ta­zbir, 2003

Co­py­ri­ght ‌© by Wy­daw­nic­two ‌ISKRY, ‌War­sza­wa ‌2003

Wy­da­nie I w tej edy­cji

ISBN ‌978-83-244-0317-2

Wy­daw­nic­two ISKRY

ul. Smol­na ‌11, ‌00-375 War­sza­wa

Dział han­dlo­wy: ‌tel./faks (0-pre­fiks-22) 827-33-89

e-mail: ‌iskry@iskry.com.pl

www.iskry.com.pl

Skład wersji ‌elektronicznej:

Virtualo Sp. ‌z o.o.

Do czytelnika

Do­pie­ro z po­cząt­kiem XX ‌stu­le­cia bra­cia pol­scy wcho­dzą ‌stop­nio­wo ‌do na­ro­do­we­go ‌pan­te­onu, a dok­try­na ariań­ska za­czy­na ‌być po­wo­li włą­cza­na do ‌god­nych uwa­gi tra­dy­cji kul­tu­ry ‌pol­skiej. ‌Przed­tem bo­wiem ide­olo­gia ‌re­li­gij­na arian zra­ża­ła jed­nych ‌swym „sek­ciar­skim” cha­rak­te­rem, od­py­cha­ła ‌dru­gich prze­sad­nym, ich zda­niem, ‌ra­cjo­na­li­zmem. ‌Po­dob­nie przed­sta­wia­ła się spra­wa ‌ze spo­łecz­no-po­li­tycz­ną dok­try­ną bra­ci ‌pol­skich – ‌ide­olo­gów ‌Oświe­ce­nia (T. Czac­ki, ‌S. Po­toc­ki) od­strę­cza­ła ne­ga­tyw­nym ‌sto­sun­kiem do pań­stwa ‌i wła­dzy świec­kiej, szer­mie­rzy wal­ki ‌o nie­pod­le­głość ‌zra­ża­ła co naj­mniej ‌wąt­pli­wą po­sta­wą w kwe­stii ‌na­ro­do­wej, wi­docz­ną ‌choć­by w la­tach „po­to­pu”.

Już Alek­san­der ‌Brück­ner, a po ‌nim Kon­rad Gór­ski ‌za­uwa­ży­li, że do­pie­ro ‌wiek XX od­wra­ca zde­cy­do­wa­nie kar­tę na ko­rzyść arian. Nie­ocze­ki­wa­nie w pro­ce­sie two­rze­nia kul­tu­ry ma­so­wej sta­ła się przy­dat­na ide­olo­gia dość eli­tar­nej gru­py izo­lo­wa­nych w XVII w. in­te­lek­tu­ali­stów, a dok­try­na daw­nej sek­ty re­li­gij­nej oka­za­ła się waż­nym atu­tem w wal­ce o uwol­nie­nie men­tal­no­ści spo­łecz­nej z na­ci­sku ide­olo­gii ko­ściel­nej. Wy­bra­ne wąt­ki dok­try­ny bra­ci pol­skich za­czę­ły być tłu­ma­czo­ne na ję­zyk do­raź­nych po­trzeb. Już w pierw­szej po­ło­wie XX stu­le­cia za­zna­cza się to wy­raź­nie, nie­ja­ko w wy­ni­ku ini­cja­ty­wy wy­bit­nych twór­ców kul­tu­ry; ich pra­ce do­ty­czą­ce te­ma­ty­ki ariań­skiej były wy­ra­zem za­in­te­re­so­wań bądź to czy­sto na­uko­wych (Brück­ner, Chmaj, Kot), bądź też li­te­rac­kich (Że­rom­ski, Kos­sak-Szczuc­ka), za­wsze jed­nak pły­ną­cych z pew­nych ogól­nych kon­cep­cji świa­to­po­glą­do­wych. Te ostat­nie, nie­raz bar­dzo roz­bież­ne, spo­ty­ka­ły się na grun­cie prze­ko­na­nia, że wy­two­rzo­ne przez arian war­to­ści kul­tu­ral­ne sta­no­wią cen­ny i sa­mo­rod­ny do­ro­bek kul­tu­ry pol­skiej XVII w.

Póź­niej jed­nak nie prze­ja­wi­ło się to w po­sta­ci włą­cze­nia dok­try­ny ariań­skiej do ide­olo­gii „pań­stwo­wo­twór­czej” Pol­ski sa­na­cyj­nej. Je­śli więc w szkol­nic­twie przed­wo­jen­nym na­wią­zy­wa­no – osten­ta­cyj­nie nie­mal – do w. XVI, je­śli bar­dziej ce­nio­no Ja­giel­lo­nów niż Pia­stów, je­śli w An­drze­ju Fry­czu Mo­drzew­skim upa­try­wa­no ide­olo­ga wy­cho­wa­nia pań­stwo­we­go, to garst­ki ma­rzy­cie­li, pa­ra­du­ją­cych ja­ko­by z drew­nia­ny­mi sza­bla­mi, ofi­cjal­na pro­pa­gan­da nie bra­ła pra­wie w ogó­le pod uwa­gę.

Do­pie­ro po dru­giej woj­nie świa­to­wej ba­da­nia nad aria­ni­zmem prze­sta­ją być wy­ra­zem in­dy­wi­du­al­nych za­in­te­re­so­wań na­uko­wych. Do­ko­nu­jąc wy­bo­ru tra­dy­cji hi­sto­rycz­nych, do któ­rych po­win­na na­wią­zy­wać współ­cze­sna Pol­ska, uwzględ­nio­no – z po­sta­ci – wła­ści­wie wszyst­kich wy­bit­nych przed­sta­wi­cie­li na­szej prze­szło­ści z po­mi­nię­ciem je­dy­nie zde­cy­do­wa­nych zdraj­ców na­ro­du czy też tłu­mi­cie­li bun­tów ko­zac­kich i chłop­skich. Je­śli cho­dzi o dok­try­ny, to do tra­dy­cji tej we­szły przede wszyst­kim prą­dy opo­zy­cyj­ne wo­bec ów­cze­snej rze­czy­wi­sto­ści, an­ty­cy­pu­ją­ce po­nie­kąd przy­szłość, bę­dą­ce czę­sto wy­ra­zem dą­żeń po dziś dzień nie­zre­ali­zo­wa­nych lub w ogó­le uto­pij­nych.

Me­cha­nizm włą­cza­nia prze­szło­ści do tra­dy­cji skła­dał się z re­gu­ły z trzech za­sad­ni­czych ele­men­tów: epo­ka, ruch (lub czło­wiek) miał se­sję mu po­świę­co­ną, spe­cjal­ny rok prze­zna­czo­ny na ob­cho­dy ku jego czci, wresz­cie wy­daw­nic­twa bę­dą­ce ich po­kło­siem. Nie­rzad­ko wią­za­no stu­dia nad epo­ką oraz se­sje jej po­świę­co­ne z ja­kąś wy­bit­ną po­sta­cią; tak więc Od­ro­dze­nie czczo­no zjaz­da­mi upa­mięt­nia­ją­cy­mi Mi­ko­ła­ja Reja (1906) i Jana Ko­cha­now­skie­go (1930), Oświe­ce­nie se­sją koł­łą­ta­jow­ską (1951), ro­man­tyzm se­sją mic­kie­wi­czow­ską (1955). Jest to w tej chwi­li zwy­czaj ogól­no­świa­to­wy, jego prze­ja­wem są ob­cho­dy ogła­sza­ne rok­rocz­nie przez UNE­SCO, a uwzględ­nia­ją­ce do­ro­bek kul­tu­ral­ny róż­nych kra­jów.

Bra­cia pol­scy do­cze­ka­li się w la­tach po­wo­jen­nych aż trzech se­sji (1954, 1958, 1969), roku ju­bi­le­uszo­we­go (1958 – wtrzech­set­le­cie wy­gna­nia, no­ta­be­ne zgod­nie z pol­ską pre­dy­lek­cją do czcze­nia ra­czej rocz­nic śmier­ci niż uro­dzin) i wresz­cie wie­lu pu­bli­ka­cji źró­dło­wych. Tych ostat­nich dzię­ki me­ce­na­to­wi pań­stwo­we­mu wy­szło po­nad pół set­ki. Dla po­rów­na­nia do­daj­my, że przed ostat­nią woj­ną uka­za­ła się tyl­ko jed­na re­edy­cja trak­ta­tu ariań­skie­go, mia­no­wi­cie dzieł­ko Szy­mo­na Bud­ne­go O urzę­dzie mie­cza uży­wa­ją­cym (I wyd. 1583). W ślad za wy­daw­nic­twa­mi na­stą­pi­ło wzmo­że­nie sa­me­go tem­pa ba­dań, na­stęp­nie zaś ich po­głę­bie­nie. Obok stu­diów i mo­no­gra­fii po­sy­pa­ły się pra­ce po­pu­lar­no­nau­ko­we, usi­łu­ją­ce nie­raz przy­kra­wać wy­rwa­ne z kon­tek­stu ele­men­ty ide­olo­gii ariań­skiej do ak­tu­al­nych po­trzeb i ha­seł.

To, co pi­sa­li na­ukow­cy (opa­tru­ją­cy swe wy­wo­dy, choć nie za­wsze, licz­ny­mi za­strze­że­nia­mi i umiesz­cza­ją­cy je w re­aliach hi­sto­rycz­nych epo­ki) w twór­czo­ści po­pu­lar­no­nau­ko­wej (pra­sie co­dzien­nej, róż­ne­go typu prze­wod­ni­kach po szla­kach ariań­skich czy wy­kła­dach To­wa­rzy­stwa Wie­dzy Po­wszech­nej), przy­bie­ra­ło nie­kie­dy for­my uprosz­czo­ne, bu­dzą­ce głę­bo­ki i uza­sad­nio­ny nie­po­kój. Na­stą­pi­ła sui ge­ne­ris moda na arian, a pa­pie­ry ich „na gieł­dzie” za­rów­no na­uko­wej, jak i po­li­tycz­no-pro­pa­gan­do­wej sta­nę­ły nie­sły­cha­nie wy­so­ko.

Roz­wój ru­chu lu­do­we­go roz­bu­dził za­in­te­re­so­wa­nie obroń­ca­mi doli chłop­skiej w prze­szło­ści; zna­le­zio­no ich nad­spo­dzie­wa­nie dużo w róż­nych obo­zach wy­zna­nio­wych, przy czym ka­to­li­cy pod­kre­śla­li za­słu­gi du­cho­wień­stwa w tym wzglę­dzie. Obóz le­wi­cy spo­łecz­nej chęt­nie znaj­do­wał w prze­szło­ści wła­sne­go kra­ju i na­ro­du ru­chy bli­skie mu ide­owo. Już dla pu­bli­cy­sty „Przed­świ­tu”, Alek­san­dra Hert­za, aria­nie sta­no­wi­li pol­ski od­po­wied­nik po­przed­ni­ków współ­cze­sne­go so­cja­li­zmu, opi­sa­nych przez Kaut­skie­go, przez to samo zaś świad­czy­li o ro­dzi­mym ro­do­wo­dzie tego ru­chu1. W ćwierć wie­ku póź­niej z arian-uto­pi­stów, szu­ka­ją­cych je­dy­nie w teo­rii i w Pi­śmie Świę­tym spo­so­bów roz­wią­za­nia spra­wy chłop­skiej, uczy­nio­no he­rol­dów bun­tów pańsz­czyź­nia­nych i przed­sta­wi­cie­li re­wo­lu­cji spo­łecz­nej, wy­gna­nych z kra­ju jako nie­bez­piecz­nych dla ustro­ju agi­ta­to­rów spo­łecz­nych. Przy in­ter­pre­to­wa­niu ich ide­olo­gii pa­da­ło na­wet okre­śle­nie „ów­cze­śni bol­sze­wi­cy”. Wy­ra­że­nia tego uży­wa­li za­rów­no nie­chęt­ni bra­ciom pol­skim przed­sta­wi­cie­le za­cho­waw­czej pu­bli­cy­sty­ki (Gier­tych, No­wa­czyń­ski) i na­uki (Kos­sow­ski), jak i przy­jaź­ni im ba­da­cze (Chmaj)2.

Po 1939 r. za­sób źró­deł mó­wią­cych o sto­sun­ku arian do kwe­stii spo­łecz­nych zo­stał wzbo­ga­co­ny je­dy­nie o tek­sty świad­czą­ce, iż w XVII w. sta­li już oni na sta­no­wi­sku li tyl­ko hu­ma­ni­ta­ry­zmu spo­łecz­ne­go. Fakt ten nie od­stra­szał od­waż­nych in­ter­pre­ta­to­rów, któ­rzy ten sam, nie­wiel­ki w za­sa­dzie ka­non źró­dło­wy od­czy­ty­wa­li na­der róż­no­rod­nie. Zgod­nie z ogól­ną ten­den­cją do znaj­do­wa­nia w na­szej kul­tu­rze i ide­olo­gii od­po­wied­ni­ków wszyst­kich wy­bit­nych po­sta­ci i ru­chów spo­łecz­nych wstrzą­sa­ją­cych za­chod­nią Eu­ro­pą, aria­nie mie­li re­kom­pen­so­wać brak nad Wi­słą ra­dy­kal­nych zwo­len­ni­ków To­ma­sza Mün­ze­ra. Szcze­gól­nie upo­rczy­wie wra­cał ten ostat­ni ar­gu­ment, przy­zna­ją­cy im to samo nie­mal miej­sce w do­bie po­wstań gó­ral­skich, a po­tem ko­zac­kich, ja­kie zaj­mo­wa­li ana­bap­ty­ści w okre­sie Wiel­kiej Woj­ny Chłop­skiej.

Kie­dy wiel­kie po­wsta­nia an­ty­feu­dal­ne chło­pów oka­za­ły się na na­szych zie­miach fik­cją, bra­cia pol­scy osta­li się w świa­do­mo­ści ogó­łu jako lu­dzie za­fa­scy­no­wa­ni pro­ble­ma­ty­ką so­cjal­ną. Za­in­te­re­so­wa­nie re­li­gij­no-fi­lo­zo­ficz­ny­mi po­glą­da­mi arian spra­wi­ło, iż ze szcze­gól­nym na­ci­skiem wska­zy­wa­no na ele­men­ty ra­cjo­na­li­zmu i to­le­ran­cji za­war­te w dzie­łach Sa­mu­ela Przy­pkow­skie­go, Jo­na­sza Szlich­tyn­ga czy Jana Crel­la. Raz jesz­cze spraw­dzi­ło się twier­dze­nie, iż wy­bór tra­dy­cji po­le­ga nie tyl­ko na na­wią­zy­wa­niu do okre­ślo­nych osób i prą­dów, lecz rów­nież na oświe­tla­niu co­raz to in­nych stron dzia­łal­no­ści tych osób oraz eks­po­no­wa­niu róż­no­rod­nych ele­men­tów dok­try­nal­nych. W okre­sie II Rze­czy­po­spo­li­tej obóz le­wi­cy spo­łecz­nej szcze­gól­ny na­cisk kładł na te ce­chy dok­try­ny bra­ci pol­skich, któ­re przy­czy­nia­ły się do bu­rze­nia współ­cze­sne­go im ukła­du sto­sun­ków. Na­sta­wie­nie to do­mi­no­wa­ło też przez dłu­gi czas po 1944 r.; mniej wię­cej od r. 1956 za­czę­to na­to­miast wska­zy­wać na do­nio­słą rolę ich dok­try­ny w two­rze­niu no­wych war­to­ści. Nie ne­gu­jąc po­dej­mo­wa­nej przez arian kry­ty­ki, pod­kre­śla­no jed­nak, iż ugru­po­wa­nie to, za­rów­no w kra­ju, jak i na emi­gra­cji, ce­cho­wa­ła lo­jal­ność wo­bec oj­czy­zny. Ta­kie prze­su­nię­cie ak­cen­tów wią­za­ło się po czę­ści ze zmia­ną po­glą­dów na funk­cję pań­stwa pol­skie­go w XVI-XVIII w. Od­cho­dząc od daw­nych, jed­no­stron­nych ujęć za­czę­to bo­wiem zwra­cać uwa­gę i na po­zy­tyw­ne skut­ki funk­cjo­no­wa­nia apa­ra­tu pań­stwo­we­go; ce­zu­rą istot­ną w XVIII w. sta­ły się zaś roz­bio­ry, a nie do­mnie­ma­ne na­ro­dzi­ny ele­men­tów ukła­du ka­pi­ta­li­stycz­ne­go (1764).

W związ­ku z tym wszyst­kim we­szły w modę re­fe­ra­ty o pa­trio­ty­zmie bra­ci pol­skich, mimo że naj­war­to­ściow­sza część tego ugru­po­wa­nia w chwi­li wy­bo­ru mię­dzy wia­rą a oj­czy­zną wo­la­ła ra­czej opu­ścić Pol­skę niż przy­jąć ka­to­li­cyzm. Obok pa­trio­ty­zmu za­czę­to eks­po­no­wać rów­nież inne prze­ja­wy po­zy­tyw­ne­go wkła­du bra­ci pol­skich do na­szej li­te­ra­tu­ry czy na­uki. Tak więc, nie­raz prze­ja­skra­wia­ny, ra­cjo­na­lizm ariań­ski miał słu­żyć nie tyl­ko wzbo­ga­ce­niu dość wą­skie­go nur­tu pol­skiej my­śli la­ic­kiej, ale i prze­su­wa­niu jej ro­do­wo­du da­le­ko wstecz aż po w. XVI. Nie obe­szło się przy tym bez do­wol­ne­go i na­cią­ga­ne­go kre­owa­nia bra­ci pol­skich na pre­kur­so­rów ate­izmu i ów­cze­snych ma­te­ria­li­stów (po­dob­nie zresz­tą jak w dok­try­nie Jana Amo­sa Ko­meń­skie­go po­mi­ja­no mil­cze­niem mi­sty­cyzm nie­wąt­pli­wie w niej tkwią­cy). Le­piej już przed­sta­wia­ła się spra­wa z to­le­ran­cją, któ­ra i bez an­ty­try­ni­ta­rzy mia­ła w Rze­czy­po­spo­li­tej wła­sny, bo­ga­ty i go­dzien przy­po­mi­na­nia do­ro­bek.

Jest zro­zu­mia­łe, iż myśl bra­ci pol­skich była wie­lo­krot­nie wy­zy­ski­wa­na, m.in. w po­le­mi­ce z te­za­mi pu­bli­cy­sty­ki ka­to­lic­kiej. Rzecz o tyle fra­pu­ją­ca, że umoż­li­wia­ła po­ka­zy­wa­nie XVII stu­le­cia nie tyl­ko od stro­ny pa­nu­ją­cej w nim kontr­re­for­ma­cji oraz kom­pro­mi­to­wa­nie mitu szka­ple­rzo­we­go i so­da­li­cyj­ne­go Po­la­ka jako je­dy­ne­go przed­sta­wi­cie­la tego wie­ku. Po­stu­la­ty ariań­skie, po­tę­pia­ją­ce wtrą­ca­nie się za­rów­no Ko­ścio­ła do spraw pań­stwa, jak i wła­dzy świec­kiej do spraw ko­ściel­nych, wy­kła­da­no dość czę­sto jed­no­stron­nie jako ak­tu­al­ną nadal kry­ty­kę zbyt sze­ro­kich am­bi­cji współ­cze­sne­go kle­ry­ka­li­zmu. Rów­nie chęt­nie pod­kre­śla­no opo­zy­cyj­ny sto­su­nek arian wo­bec Rzy­mu; w wa­run­kach pol­skich, gdzie kontr­re­for­ma­cja za­cho­wa­ła jesz­cze wie­le ze swo­ich daw­nych wpły­wów, mia­ło to szcze­gól­ną wy­mo­wę. Po­wo­ły­wa­nie się na an­ty­pa­pie­ską po­sta­wę bra­ci pol­skich da­wa­ło hi­sto­rycz­ną sank­cję ak­tu­al­nym po­su­nię­ciom po­li­tycz­nym. Pod­pie­ra­no je au­to­ry­te­tem arian, o któ­rych nie­mal wszy­scy już coś nie­coś sły­sze­li; au­to­ry­te­tem tym sku­tecz­niej­szym, że na­wet współ­cze­sna pra­sa ka­to­lic­ka, z „Ty­go­dni­kiem Po­wszech­nym” na cze­le, wy­ra­ża­ła się po­zy­tyw­nie o bra­ciach pol­skich.

Na­su­wa się wra­że­nie, że ka­to­li­cyzm, z chwi­lą kie­dy stra­cił sta­no­wi­sko wy­zna­nia pa­nu­ją­ce­go, za­czął oka­zy­wać więk­sze zro­zu­mie­nie dla sek­ty re­li­gij­nej po­zo­sta­ją­cej w opo­zy­cji do ofi­cjal­nej ide­olo­gii, jak rów­nież po­rząd­ku spo­łecz­no-po­li­tycz­ne­go, któ­re­mu ide­olo­gia ta pa­tro­no­wa­ła. Ta zmia­na punk­tu wi­dze­nia zna­la­zła wy­raz u licz­nych pu­bli­cy­stów ka­to­lic­kich, któ­rzy z uzna­niem pod­kre­śla­li ra­cjo­na­lizm i hu­ma­ni­ta­ryzm ariań­ski, po­stu­la­ty to­le­ran­cji for­mu­ło­wa­ne przez bra­ci pol­skich oraz ich wkład do kul­tu­ry eu­ro­pej­skiej. Ro­sną­cy we wpły­wy i zna­cze­nie eku­me­nizm spra­wił, że we wszyst­kich okre­śla­nych daw­niej pe­jo­ra­tyw­nym mia­nem „he­re­ty­ków” za­czę­to się obec­nie do­pa­try­wać „bra­ci odłą­czo­nych”, i to odłą­czo­nych z winy po czę­ści sa­me­go Ko­ścio­ła oraz jego ów­cze­snych przy­wód­ców. Po II so­bo­rze wa­ty­kań­skim od­ży­ły daw­ne tra­dy­cje hu­ma­ni­zmu chrze­ści­jań­skie­go, na­ka­zu­ją­ce mi­ni­ma­li­zo­wa­nie róż­nic dok­try­nal­nych, wy­su­wa­nie na plan pierw­szy czyn­nej re­ali­za­cji za­war­tych w De­ka­lo­gu za­sad etycz­nych.

Po 1945 r. głów­nym te­re­nem ide­ali­za­cji arian sta­ła się po­wieść hi­sto­rycz­na; o ile w XIX w. aria­nin nie­sły­cha­nie rzad­ko by­wał w niej przed­sta­wia­ny w spo­sób do­dat­ni, o tyle obec­nie jest on z re­gu­ły po­sta­cią po­zy­tyw­ną. Pi­sa­no o bra­ciach pol­skich, po­nie­waż szu­ka­no te­ma­tów da­ją­cych moż­li­wość przed­sta­wie­nia, nie­rzad­ko w spo­sób ana­chro­nicz­ny, po­stę­po­we­go nur­tu w hi­sto­rii oraz na­pięt­no­wa­nia nie­to­le­ran­cji ka­to­lic­kiej. Przy­pi­sy­wa­no też czę­sto aria­nom wspa­nia­łe wprost ro­ze­zna­nie w pra­wach roz­wo­ju spo­łecz­ne­go i po­li­tycz­nych przy­czy­nach roz­kła­du pań­stwa; w ten spo­sób stwa­rza­no po­sta­cie sze­lesz­czą­ce na milę pa­pie­rem. Da­le­ki od au­ten­ty­zmu ję­zyk bo­ha­te­rów ob­fi­to­wał nie­raz w ra­żą­ce mo­der­ni­zmy ka­zał on bo­wiem sie­dem­na­sto­wiecz­nym bo­ha­te­rom współ­cze­sne au­to­ro­wi my­śli wy­ra­żać w zna­nym mu z ga­zet czy li­chej po­pu­la­ry­za­cji sty­lu. Stąd owe „doły ple­bej­skie”, „na­ro­do­wa spra­wa” itd. Wszyst­ko to mu­sia­ło się od­bić na po­wo­dze­niu owych po­wie­ści, co zmniej­sza­ło z na­tu­ry rze­czy ich wpływ na kształ­to­wa­nie hi­sto­rycz­nych ele­men­tów świa­do­mo­ści spo­łecz­nej. Rów­no­cze­śnie zaś współ­cze­sny czy­tel­nik do­sta­wał do ręki wzno­wie­nie utwo­rów Ro­ma­now­skie­go czy Kre­cho­wiec­kie­go, w któ­rych aria­nie są przed­sta­wie­ni jako awan­tur­ni­cy i zdraj­cy. Po­wieść hi­sto­rycz­na o aria­nach ze szcze­gól­ną pre­dy­lek­cją sku­pia­ła się na XVII w., a zwłasz­cza na cza­sach „po­to­pu”, a więc na ostat­nich la­tach po­by­tu tej sek­ty w Rze­czy­po­spo­li­tej3. Nikt, jak do­tąd, nie po­ku­sił się o przed­sta­wie­nie jej ob­ra­zu w naj­bar­dziej ra­dy­kal­nym okre­sie. Brak też na ogół ob­szer­niej­szych wzmia­nek o re­li­gij­nej ide­olo­gii bra­ci pol­skich; rzecz ską­di­nąd zro­zu­mia­ła ze wzglę­du na trud­ność przed­sta­wie­nia tych za­gad­nień w for­mie zbe­le­try­zo­wa­nej.

Już na se­sji ariań­skiej 1958 r. wy­stą­pio­no prze­ciw­ko kre­owa­niu bra­ci pol­skich na anio­łów oraz wy­sta­wia­niu „świąt­ków ariań­skich”. Ten­den­cje te po­głę­bia­ją się, co moż­na chy­ba wią­zać z bar­dziej kry­tycz­nym, a mniej wy­zna­nio­wym (czy­li za­an­ga­żo­wa­nym emo­cjo­nal­nie po jed­nej tyl­ko stro­nie) spoj­rze­niem na re­for­ma­cję. Naj­da­lej szli tu nie­któ­rzy hi­sto­ry­cy li­te­ra­tu­ry, zbyt po­chop­nie chy­ba przy­pi­su­ją­cy jej na­wet ujem­ny wpływ na roz­wój na­ro­do­wej kul­tu­ry i pi­śmien­nic­twa.

Jest zresz­tą na­der cha­rak­te­ry­stycz­ne, że tak w XIX w., jak iw na­stęp­nym stu­le­ciu po­glą­dy na arian były prze­waż­nie funk­cją sto­sun­ku ich au­to­ra do kontr­re­for­ma­cji oraz do je­zu­itów. Ba­dacz, któ­ry tak­że temu za­ko­no­wi nie od­ma­wiał pew­nych za­sług, za­pa­try­wał się kry­tycz­nie na bra­ci pol­skich. I od­wrot­nie, kto nie cier­piał To­wa­rzy­stwa Je­zu­so­we­go, ten nie­mal z re­gu­ły kre­ował arian na je­dy­nych szer­mie­rzy po­stę­pu spo­łecz­ne­go i umy­sło­we­go. Tak to od cza­sów ist­nie­nia sek­ty aż po dzień dzi­siej­szy losy bra­ci pol­skich i je­zu­itów spla­ta­ją się w prze­dziw­ny spo­sób ze sobą. O ile zaś w la­tach nie­wo­li oce­nia­no arian przede wszyst­kim na pod­sta­wie ich sto­sun­ku do pań­stwa i zbroj­nej wal­ki o nie­pod­le­głość, szcze­gól­nie zaś za­cho­wa­nia się w mo­men­cie jej śmier­tel­ne­go za­gro­że­nia (na­jazd szwedz­ki), to okre­sy nie­pod­le­gło­ści, prze­ży­te w II i III Rze­czy­po­spo­li­tej, przy­nio­sły za­sad­ni­czą zmia­nę per­spek­ty­wy. Waż­niej­szy wy­da­je się wkład arian do kul­tu­ry pol­skiej i ogól­no­ludz­kiej, wkład tym bar­dziej waż­ki, iż przy­pa­dał na w. XVII, dość chu­dy pod wzglę­dem na­sze­go do­rob­ku w tym za­kre­sie; wkład ten awan­so­wał nas ze sta­no­wi­ska „gierm­ków hi­sto­rii” na po­zy­cje pre­kur­so­rów Oświe­ce­nia4.

W cią­gu ostat­nie­go pół­wie­cza przy­zna­wa­li się do bra­ci pol­skich nie­mal wszy­scy. Po­dob­nie zresz­tą jak w daw­nej Ga­li­cji pod po­mni­kiem Ko­ściusz­ki zbie­ra­li się przed­sta­wi­cie­le róż­nych ugru­po­wań, a do Mic­kie­wi­cza „wszyst­kie par­tie wy­cią­ga­ły ręce […] aby go so­bie przy­własz­czyć. Wy­krę­ca­no go, okra­wa­no, czy­ta­no go z in­ten­cją wy­czy­ta­nia tego, co się chce”5, tak i au­to­ry­te­ty So­cy­na, Szlich­tyn­ga czy Przy­pkow­skie­go pa­tro­no­wa­ły naj­roz­ma­it­szym wy­wo­dom i ak­cjom. Cie­nie tych pi­sa­rzy mu­sia­ły być nie­raz zdu­mio­ne ro­dza­jem spraw, w któ­rych bra­no je na świad­ków. In­a­czej zresz­tą wy­glą­dał za­wsze ob­raz arian w po­wie­ści czy po­pu­la­ry­za­cji, a in­a­czej w na­uce. Już w XIX w. po­wie­ścio­pi­sa­rze, kre­ślą­cy w czar­nych bar­wach ich „gnu­śne ma­chi­na­cje”, mało przej­mo­wa­li się opi­nia­mi hi­sto­ry­ków na ten te­mat. Po­dob­nie zresz­tą jak w cza­sach nam współ­cze­snych nie­wie­lu chy­ba ba­da­czy kre­owa­ło bra­ci pol­skich na piew­ców bun­tu spo­łecz­ne­go i he­rol­dów woj­ny chłop­skiej.

Po­wyż­sze uwa­gi mają słu­żyć lep­sze­mu zro­zu­mie­niu at­mos­fe­ry, w ja­kiej przed wie­lo­ma laty za­czy­na­łem ba­da­nia nad aria­ni­zmem. W pierw­szej ko­lej­no­ści za­ją­łem się po­sta­wą i lo­sa­mi bra­ci pol­skich w la­tach „po­to­pu”. Zbie­ra­ne przez kil­ka lat ma­te­ria­ły wy­ko­rzy­sta­łem w ob­szer­nej roz­pra­wie Nie­to­le­ran­cja wy­zna­nio­wa i wy­gna­nie arian, ogło­szo­nej w pra­cy zbio­ro­wej Pol­ska w okre­sie dru­giej woj­ny pół­noc­nej (1957). W stu­diach tych nie­ustan­nie na­tra­fia­łem na oso­bę Sta­ni­sła­wa Lu­bie­niec­kie­go (1623–1675), hi­sto­ry­ka i astro­no­ma, dy­plo­ma­ty i fi­nan­si­sty, czło­wie­ka przy­wią­za­ne­go w rów­nym stop­niu do wła­sne­go wy­zna­nia, jak i do przy­wi­le­jów sta­no­wych oraz her­bu. Ten szer­mierz prze­gra­nej spra­wy (mam tu na my­śli jego sta­ra­nia o uchy­le­nie edyk­tu ba­ni­cji arian) stał się „bo­ha­te­rem” mo­jej roz­pra­wy ha­bi­li­ta­cyj­nej obro­nio­nej w r. 1960. Po­nie­waż zaś wów­czas moż­na było jesz­cze ro­bić prze­wód ha­bi­li­ta­cyj­ny na pod­sta­wie ma­szy­no­pi­su (dziś jest wy­ma­ga­ne przed­ło­że­nie dru­ko­wa­nej pra­cy), prze­to w książ­ce za­ty­tu­ło­wa­nej Sta­ni­sław Lu­bie­niec­ki, przy­wód­ca ariań­skiej emi­gra­cji uwzględ­ni­łem kry­tycz­ne uwa­gi re­cen­zen­tów. Jak wia­do­mo jed­nak, każ­dy au­tor zaj­mu­ją­cy się daną oso­bą czy pro­ble­mem mógł­by po upły­wie kil­ku­na­stu lub na­wet kil­ku lat na­pi­sać naj­su­row­szą re­cen­zję z książ­ki, jaką kie­dyś na ten te­mat był ogło­sił.

Po­miń­my mi­ło­sier­nie nie­do­cią­gnię­cia kon­struk­cyj­ne czy pew­ne na­iw­no­ści, wła­ści­we wszyst­kim mło­dym ba­da­czom, bo prze­cież nie one są w tym przy­pad­ku naj­bar­dziej istot­ne. Sed­no rze­czy spo­czy­wa bo­wiem w ko­niecz­no­ści od­po­wie­dzi na nowy kwe­stio­na­riusz py­tań, wy­ni­ka­ją­cych z obec­nych za­in­te­re­so­wań ba­daw­czych au­to­ra oraz okre­su, w któ­rym żyje. Nie szedł­bym wpraw­dzie tak da­le­ko jak Ja­kub Burc­khardt, któ­ry on­giś pi­sał, że hi­sto­ry­cy tyl­ko po­zor­nie zaj­mu­ją się od­le­gły­mi cza­sa­mi. Tak na­praw­dę bo­wiem szu­ka­ją w daw­nych wie­kach od­po­wie­dzi na py­ta­nia sta­wia­ne im przez współ­cze­sność. W tym scep­tycz­nym stwier­dze­niu wy­bit­ne­go ba­da­cza dzie­jów kul­tu­ry, ży­ją­ce­go w XIX stu­le­ciu, tkwi wszak­że spo­ra cząst­ka praw­dy.

Bo prze­cież obec­na wer­sja książ­ki o Lu­bie­niec­kim uwzględ­nia nie tyl­ko zna­le­zi­ska źró­dło­we po­czy­nio­ne od uka­za­nia się pierw­szej edy­cji oraz póź­niej na­ro­słą wie­lo­ję­zycz­ną li­te­ra­tu­rę przed­mio­tu6, ale i pro­ble­my tak żywo dziś dys­ku­to­wa­ne. Mam tu na my­śli zwłasz­cza kwe­stię wy­bo­ru, ja­kie­go mu­siał on sta­le do­ko­ny­wać po­mię­dzy in­te­re­sa­mi wspól­no­ty wy­zna­nio­wej, do któ­rej na­le­żał, i or­ga­ni­zmu pań­stwo­we­go (szla­chec­kiej Rze­czy­po­spo­li­tej), wo­bec któ­re­go obo­wią­zy­wa­ła go po­li­tycz­na lo­jal­ność. Re­cen­zu­jąc pra­cę po­świę­co­ną wal­ce z na­jaz­dem szwedz­kim, Ma­ria Dą­brow­ska zo­ba­czy wła­śnie w la­tach 1655–1660, któ­re sta­no­wią mo­ment waż­ne­go prze­ło­mu w bio­gra­fii Sta­ni­sła­wa Lu­bie­niec­kie­go, tak istot­ny kon­flikt po­mię­dzy „spra­wą na­ro­do­wą” a spra­wą wol­no­ści su­mie­nia7. Stąd też w obec­nym „po­dej­ściu do te­ma­tu” po­sze­rzy­łem par­tie do­ty­czą­ce pro­ble­mu zdra­dy w ów­cze­snym i dzi­siej­szym jej ro­zu­mie­niu.

Wy­bór na­rzu­co­ny Lu­bie­niec­kie­mu przez Hi­sto­rię (tę pi­sa­ną dużą li­te­rą) do­ty­czył tak­że spra­wy prio­ry­te­tu. Co jest waż­niej­sze: przy­na­leż­ność do po­nadwy­zna­nio­wej i po­nadna­ro­do­wej „rze­czy­po­spo­li­tej uczo­nych” (répu­bli­que des let­tres), czy też kul­ty­wo­wa­nie wła­snych tra­dy­cji cy­wi­li­za­cyj­nych, co­raz bar­dziej oscy­lu­ją­cych w kie­run­ku sar­ma­ty­zmu? Te spra­wy zna­la­zły na­leż­ne im dzi­siaj miej­sce w no­wej książ­ce „o przy­wód­cy ariań­skiej emi­gra­cji”.

Dzie­jo­pi­sa obo­wią­zu­je dy­stans, obiek­ty­wizm i bez­stron­ność. Z per­spek­ty­wy prze­szło trzy­stu lat dzie­lą­cych nas od śmier­ci au­to­ra The­atrum Co­me­ti­cum naj­ła­twiej jest o ten pierw­szy. Go­rzej już bywa z obiek­ty­wi­zmem i bez­stron­no­ścią. Czy­tel­ni­cy bio­gra­fii sław­nych po­sta­ci daw­no za­uwa­ży­li, iż ich au­to­rzy po pew­nym cza­sie za­czy­na­ją lu­bić lub – nie cier­pieć swo­ich bo­ha­te­rów. Rów­nież ja nie będę ukry­wał, iż w mia­rę po­wsta­wa­nia no­wej wer­sji książ­ki co­raz bar­dziej by­łem za­fa­scy­no­wa­ny jej głów­nym bo­ha­te­rem, jego psy­chi­ką i ko­le­ja­mi losu. I co­raz bar­dziej prze­ko­na­ny, iż Lu­bie­niec­ki nie zna­la­zł­by wspól­ne­go ję­zy­ka z po­zy­tyw­ny­mi bo­ha­te­ra­mi Try­lo­gii. Gdzieś w pro­te­stanc­kich za­świa­tach do­ga­du­je się na­to­miast dość ła­two z księ­ciem Bo­gu­sła­wem Ra­dzi­wił­łem, fran­cu­ski­mi in­te­lek­tu­ali­sta­mi XVII stu­le­cia czy szwedz­ki­mi dy­plo­ma­ta­mi tych cza­sów. Ale dzię­ki temu wła­śnie jego dro­ga przez ży­cie sta­je się jesz­cze bar­dziej in­te­re­su­ją­ca.

Ogło­szo­na prze­szło czter­dzie­ści lat temu mo­no­gra­fia Sta­ni­sław Lu­bie­niec­ki, przy­wód­ca ariań­skiej emi­gra­cji (War­sza­wa 1961) do­cze­ka­ła się za­le­d­wie pię­ciu re­cen­zji, z cze­go trzech w cza­so­pi­smach za­gra­nicz­nych. Z au­to­rów kra­jo­wych książ­ką za­in­te­re­so­wa­li się tyl­ko dwaj: Zbi­gniew Ogo­now­ski8, któ­re­mu dała asumpt do na­pi­sa­nia ese­ju na te­mat mitu aria­ni­zmu, oraz – Ja­ro­sław Iwasz­kie­wicz. Zwró­cił on uwa­gę, iż wy­zna­wa­na przez Lu­bie­niec­kie­go kon­fe­sja z jed­nej stro­ny, dzię­ki kon­tak­tom z przed­sta­wi­cie­la­mi eu­ro­pej­skiej eli­ty umy­sło­wej, po­sze­rzy­ła jego ho­ry­zon­ty in­te­lek­tu­al­ne, z dru­giej wszak­że „za­cie­śni­ła moż­no­ści ży­cio­we, za­wę­zi­ła bio­gra­fię, zmu­si­ła, i to nie­jed­no­krot­nie, do prze­ło­że­nia in­te­re­sów wy­zna­nio­wych po­nad in­te­re­sy na­ro­do­we”9.

Sta­ni­sław Lu­bie­niec­ki, jako je­dy­ny chy­ba z wy­bit­nych przed­sta­wi­cie­li pol­skie­go so­cy­nia­ni­zmu, do­cze­kał się aż dwóch ob­szer­nych bio­gra­fii. W sie­dem lat po mo­jej książ­ce uka­za­ła się grun­tow­na pra­ca duń­skie­go hi­sto­ry­ka, K. Jordt-Jør­gen­se­na10. W związ­ku z tym Lech Szczuc­ki słusz­nie za­uwa­żył, iż „obie te mo­no­gra­fie do­sko­na­le się uzu­peł­nia­ją: gdy bo­wiem pierw­sza – ge­ne­ral­nie bio­rąc – kon­cen­tru­je się przede wszyst­kim na dzia­łal­no­ści po­li­tycz­no-ko­ściel­nej i in­te­lek­tu­al­nej Lu­bie­niec­kie­go, ta dru­ga kła­dzie na­cisk na przed­sta­wie­nie jego dok­try­ny re­li­gij­nej”11. Szczuc­ki od dłuż­sze­go już cza­su na­ma­wiał mnie do wzno­wie­nia, w po­pra­wio­nym i po­sze­rzo­nym kształ­cie, mo­no­gra­fii z r. 1961. Nie­ja­ko dal­szy jej ciąg sta­no­wi­ła moja książ­ka Bra­cia pol­scy na emi­gra­cji (War­sza­wa 1977), oma­wia­ją­ca m.in. dzia­łal­ność Lu­bie­niec­kie­go po 1660 r. o wie­le bar­dziej szcze­gó­ło­wo, ani­że­li zo­sta­ła ona przed­sta­wio­na w po­przed­niej mo­no­gra­fii.

Rów­nież obec­nie nie prze­sta­je się on cie­szyć za­in­te­re­so­wa­niem ba­da­czy dzie­jów pol­skiej kul­tu­ry oraz na­uki XVII stu­le­cia. Wy­star­czy tyl­ko po­rów­nać bi­blio­gra­fię za­miesz­czo­ną przy jego ży­cio­ry­sie w Pol­skim Słow­ni­ku Bio­gra­ficz­nym12 z tą, któ­ra pod tym­że ha­słem znaj­du­je się w ostat­nio (2001) wy­da­nym kom­pen­dium Daw­ni pi­sa­rze pol­scy13. Lu­bie­niec­ki ma zresz­tą szczę­ście do wszel­kie­go ro­dza­ju słow­ni­ków bio­gra­ficz­nych, nie wspo­mi­na­jąc już o en­cy­klo­pe­diach. Uwzględ­nił go bo­wiem za­rów­no Słow­nik pra­cow­ni­ków książ­ki pol­skiej (1972), jak i VI tom Hi­sto­rii na­uki pol­skiej, za­wie­ra­ją­cy ży­cio­ry­sy jej czo­ło­wych przed­sta­wi­cie­li, a tak­że Świę­to­krzy­ski słow­nik bio­gra­ficz­ny. W 1961 r. nie do­tar­łem do ob­szer­nej bio­gra­fii Lu­bie­niec­kie­go, któ­ra uka­za­ła się w 1738 r. w sa­skiej en­cy­klo­pe­dii Jo­han­na He­in­ri­cha Ze­dle­ra, jej peł­ny re­print (aż w 68 to­mach!) wy­szedł przed pa­ro­ma laty. Lu­bie­niec­ki otrzy­mał tam „naj­dłuż­sze ha­sło wśród pol­skich so­cy­nian (107 wier­szy), w któ­rym wy­mie­nio­no pięt­na­ście ty­tu­łów jego pism”14. Na­le­żał on do trze­cie­go po­ko­le­nia bra­ci pol­skich, ostat­nie­go zaś prze­by­wa­ją­ce­go w oj­czyź­nie. Po­ko­le­niu temu przy­pa­dło w udzia­le parę za­le­d­wie lat sto­sun­ko­wo spo­koj­ne­go ży­cia, po któ­rych ry­chło przy­szła fala prze­śla­do­wań, uwień­czo­na po­gro­ma­mi w pierw­szym okre­sie „po­to­pu” oraz edyk­tem ba­ni­cji z 1658 r. Wy­pad­ki po­wyż­sze szcze­gól­nie wy­ra­zi­ście na­świe­tla bio­gra­fia Lu­bie­niec­kie­go. Był on jed­nym z czo­ło­wych przy­wód­ców pierw­szej w na­szych dzie­jach emi­gra­cji na tak dużą ska­lę. Jej kło­po­ty ma­te­rial­ne, na­dzie­je na szyb­ki po­wrót do oj­czy­zny, po­łą­czo­ne z wia­rą w obcą po­moc – wszyst­ko to mia­ło się po­wtó­rzyć w dwie­ście lat póź­niej, w do­bie Wiel­kiej Emi­gra­cji. Ana­lo­gie te moż­na by cią­gnąć da­lej, sko­ro na dłu­go przed nią dia­spo­ra ariań­ska wy­two­rzy­ła sui ge­ne­ris me­sja­nizm, któ­ry w Pru­sach Wschod­nich re­pre­zen­to­wał Jó­zef Na­ro­no­wicz-Na­roń­ski, zwo­len­nik kon­cep­cji o mi­sji dzie­jo­wej „na­ro­du sar­mac­kie­go”.

Od r. 1655 Sta­ni­sła­wa Lu­bie­niec­kie­go wi­dzi­my wszę­dzie tam, gdzie de­cy­du­ją się losy pol­skie­go aria­ni­zmu. Sło­wem jego ży­cio­rys to za­ra­zem duży od­ci­nek hi­sto­rii pol­skie­go an­ty­try­ni­ta­ry­zmu, oglą­da­nej oczy­ma czo­ło­we­go przed­sta­wi­cie­la tego nur­tu; nie­sły­cha­nie zresz­tą in­te­re­su­ją­cy nie tyl­ko dla ba­da­cza ru­chów re­li­gij­nych sen­su stric­to. Dla hi­sto­ry­ka kul­tu­ry po­sta­wa świa­to­po­glą­do­wa i ży­cio­wa Lu­bie­niec­kie­go jest bar­dzo po­ucza­ją­ca, gdy cho­dzi o ba­da­nie po­wią­zań za­gad­nień wy­zna­nio­wych z in­ny­mi pro­ble­ma­mi XVII w. Do­ty­czy to przede wszyst­kim pry­ma­tu spraw re­li­gij­nych nad na­ro­do­wo­ścio­wy­mi i po­li­tycz­ny­mi.

Jego oży­wio­na ko­re­spon­den­cja i roz­le­głe sto­sun­ki z czo­ło­wy­mi przed­sta­wi­cie­la­mi ży­cia umy­sło­we­go w in­nych kra­jach sta­no­wią ko­lej­ny do­wód na to, iż Rzecz­po­spo­li­ta za­wsze na­le­ża­ła do eu­ro­pej­skiej wspól­no­ty kul­tu­ro­wo-oby­cza­jo­wej. Tak czę­sto prze­wi­ja­ją­ce się w na­szej pra­sie twier­dze­nie o rze­ko­mym „wcho­dze­niu” czy „po­wro­cie” Pol­ski do Eu­ro­py nie ma więc więk­sze­go sen­su. Sam Lu­bie­niec­ki zresz­tą, for­mu­łu­jąc już na emi­gra­cji (1671) pro­jekt zjed­no­cze­nia jej pod wła­dzą kró­la Fran­cji, na­le­żał do pre­kur­so­rów idei unii eu­ro­pej­skiej15.

Choć losy Sta­ni­sła­wa Lu­bie­niec­kie­go są w pew­nym sen­sie ty­po­we dla dzie­jów pol­skie­go aria­ni­zmu XVII w., on sam nie był by­najm­niej prze­cięt­nym przed­sta­wi­cie­lem tego ugru­po­wa­nia. Ten, że uży­je­my sfor­mu­ło­wań Jó­ze­fa Jerz­ma­now­skie­go z 1844 r., „gor­li­wy wy­zna­nia swe­go obroń­ca, przy­krych lo­sów jego nie­zwal­czo­ny czło­nek, wie­lu roz­praw re­li­gij­nych szer­mierz, dzieł do hi­sto­rii i li­te­ra­tu­ry pol­skiej na­der rzad­kich i waż­nych pi­sarz, głę­bo­ki i świa­tły nauk przy­rod­ni­czych ba­dacz”16 wy­ra­sta wy­so­ko po­nad gło­wy współ­cze­snych mu współ­wy­znaw­ców. Na­kre­śle­nie po­sta­ci głę­bo­ko wie­rzą­ce­go aria­ni­na i ru­chli­we­go czło­wie­ka in­te­re­su, gięt­kie­go pa­ne­gi­ry­sty i nie­ustę­pli­we­go szer­mie­rza aria­ni­zmu w jed­nej oso­bie oto za­da­nie, któ­re­go re­ali­za­cji pod­jął się au­tor ni­niej­szej mo­no­gra­fii. Bro­ni­sław Ge­re­mek, de­dy­ku­jąc mi eg­zem­plarz dru­gie­go wy­da­nia swo­jej pra­cy sprzed trzy­dzie­stu lat (Lu­dzie mar­gi­ne­su w śre­dnio­wiecz­nym Pa­ry­żu, XIV-XV wiek, War­sza­wa 2003), wy­ra­ził na­dzie­ję, „że książ­ka mniej się po­sta­rza­ła niż jej au­tor”. Rów­nież ja z po­dob­nym opty­mi­zmem chciał­bym po­trak­to­wać bio­gra­fię Sta­ni­sła­wa Lu­bie­niec­kie­go.

ILubienieccy w służbie arianizmu

Dom Lu­bie­niec­kich jako roz­krze­wio­ny.

Jako z wiel­ki­mi do­ma­mi skrew­nio­ny:

Jak z Żół­kiew­ski­mi, jako i z wiel­ki­mi

Któ­rych się sła­wa sze­rzy, So­bie­ski­mi

Związ­ki krew­no­ści ma, jako te Roże

Kwit­ną ozdob­nie, każ­dy wie­dzieć może.

Z. MORSZ­TYN, PA­MIĄT­KA… ALEK­SAN­DRA CZA­PLI­CA

Lu­bie­niec­cy, w XVII stu­le­ciu gę­sto osia­dli na Lu­belsz­czyź­nie i Wo­ły­niu, wy­wo­dzi­li się z Ku­jaw. Na­zwi­sko to po­cho­dzi od miej­sco­wo­ści Lu­bie­niec koło Przede­cza (obec­nie pow. wło­cław­ski). Tam bo­wiem ro­dzi­na Lu­bie­niec­kich po­ja­wia się już oko­ło 1439 r. Pie­czę­to­wa­li się oni her­bem Rola, któ­ry Dłu­gosz wy­pro­wa­dzał od daw­nych „mo­nar­chów po­gań­skich”. Przed­sta­wiał on bia­łą różę w czer­wo­nym polu, do któ­rej się zbie­ga­ją trzy kro­je1.

Ariań­ska ga­łąź Lu­bie­niec­kich była spo­krew­nio­na w XVII w. z wie­lo­ma wy­bit­ny­mi ro­da­mi ariań­ski­mi, jak Otwi­now­scy, Ta­szyc­cy, Przy­pkow­scy, Wi­szo­wa­ci, Szlich­tyn­go­wie i Morsz­ty­no­wie. Dla uła­twie­nia orien­ta­cji w tych nie­raz bar­dzo za­wi­łych pa­ran­te­lach do­łą­czo­no na koń­cu pra­cy ge­ne­alo­gię ro­dzi­ny Lu­bie­niec­kich w jej za­sad­ni­czym pniu, z któ­re­go wy­wo­dził się Sta­ni­sław Lu­bie­niec­ki młod­szy.

Ta za­słu­żo­na w dzie­jach aria­ni­zmu ro­dzi­na na­le­ża­ła do eli­ty umy­sło­wej zbo­ru. Lu­bie­niec­cy wy­da­li spo­ro pi­sa­rzy (nie tyl­ko zresz­tą teo­lo­gicz­nych), utrzy­my­wa­li żywe kon­tak­ty z ośrod­ka­mi in­te­lek­tu­al­ny­mi za­chod­niej Eu­ro­py. Spie­szy­li wresz­cie z po­mo­cą zbo­ro­wi bra­ci pol­skich we wszyst­kich kry­tycz­nych mo­men­tach.

Ofi­cjal­nie wy­zna­wa­na po­ko­ra nie prze­szka­dza­ła im w szczy­ce­niu się sta­ro­daw­nym szla­chec­twem. W 1645 r. Krzysz­tof Lu­bie­niec­ki (oj­ciec przy­szłe­go dzie­jo­pi­sa pol­skiej re­for­ma­cji) z dumą stwier­dzał, że szla­chec­twa „się nie do­ku­po­wał, ale mi je przod­ko­wie moi le­d­wie nie od ty­sią­ca lat zo­sta­wi­li, aż do tego dnia”2. Chlu­bio­no się tak­że po­kre­wień­stwem z ma­gnac­ką ro­dzi­ną So­bie­skich. Se­nior rodu Sta­ni­sław Lu­bie­niec­ki (pra­dziad au­to­ra Hi­sto­ria Re­for­ma­tions Po­lo­ni­cae) po­jął bo­wiem za żonę Ka­ta­rzy­nę So­bie­ską (sio­strę Mar­ka, wo­je­wo­dy lu­bel­skie­go). Sta­ni­sław Lu­bie­niec­ki, dzie­dzic Lu­bień­ca, Krze­si­mo­wa i Goz­dzie­jo­wic, miesz­kał pier­wot­nie w oko­li­cach Przede­cza. Do­pie­ro oko­ło r. 1550 prze­niósł się na Lu­belsz­czy­znę, gdzie w 1578 r. wy­stę­pu­je jako po­bor­ca po­dat­ko­wy. Resz­ta rodu po­zo­sta­ła na Ku­ja­wach, trwa­jąc wier­nie przy ka­to­li­cy­zmie. B. Pa­proc­ki pi­sze o nich z uzna­niem: „Dom Lu­bie­niec­kich na Ku­ja­wach sta­ro­daw­ny i moż­ny, by­wa­li kasz­te­la­ny, dy­gni­tarz­mi w onych kra­jach lu­dzie rze­czy­po­spo­li­tej za­słu­że­ni”3.

Przy­czy­nę prze­nie­sie­nia się Sta­ni­sła­wa Lu­bie­niec­kie­go w XVI w. z Ku­jaw na Lu­belsz­czy­znę wy­ja­śnia nam jego wnuk Krzysz­tof (oj­ciec au­to­ra The­atrum Co­me­ti­cum). Na sej­mie 1645 r. od­wo­łał się on bo­wiem do ar­cy­bi­sku­pa gnieź­nień­skie­go (był nim wów­czas Ma­ciej Łu­bień­ski) w spra­wie pro­ce­su to­czo­ne­go z ple­ba­nem ra­kow­skim ks. Teo­do­rem Za­por­skim.

Krzysz­tof Lu­bie­niec­ki, w uro­czy­stej prze­mo­wie skie­ro­wa­nej do Łu­bień­skie­go, po­wo­łu­jąc się na świet­ne ko­li­ga­cje ro­dzin­ne, stwier­dził wów­czas: „Dziad mój, po­wa­dziw­szy się z Ich­mość Pany o dzia­ły, że pod­ko­mo­rze­go brze­skie­go beł za­bił4, z nimi 20 lat wo­jo­wał. Prze­nió­sł­szy się po­tem w kraj lu­bel­ski, tam osiadł, gdzie po­jąw­szy So­bie­ską z domu, spło­dził dwóch stry­jów mo­ich i ojca mego”5.

Ka­ta­rzy­na So­bie­ska była pierw­szą żoną Sta­ni­sła­wa, za­ślu­bio­ną w r. 1550. Ich dzie­ci to cór­ka Elż­bie­ta oraz trzej sy­no­wie. Pierw­szy z nich, An­drzej Lu­bie­niec­ki star­szy, uro­dzo­ny u schył­ku stycz­nia 1551 r., zmarł 6 II 1623 r. w Sie­dli­skach, jak wy­ni­ka z za­pi­su w pro­wa­dzo­nym przez nie­go sztam­bu­chu przy­ja­ciół6. Lu­bie­niec­ki był dwo­rza­ni­nem kró­lew­skim, na­stęp­nie zaś peł­nił obo­wiąz­ki mi­ni­stra zbo­ro­we­go w róż­nych miej­sco­wo­ściach (m.in. Śmi­glu, Hosz­czy i na Lu­belsz­czyź­nie). Żoną An­drze­ja była Kry­sty­na z Ostrow­skich. Po­zo­sta­wi­li oni po so­bie dwóch sy­nów i dwie cór­ki. War­to też wspo­mnieć, iż An­drzej Lu­bie­niec­ki na­pi­sał m.in. Po­lo­neu­ty­chię, kro­ni­kę pa­no­wa­nia Zyg­mun­ta Au­gu­sta, Ste­fa­na Ba­to­re­go i współ­cze­sne­go mu Zyg­mun­ta III. Do dzie­ła tego, oma­wia­ją­ce­go prze­szłość z punk­tu wi­dze­nia szlach­ci­ca-aria­ni­na, po­wró­ci­my jesz­cze w roz­dzia­le XIV Dzie­jo­pis pol­skiej re­for­ma­cji.

Bra­tem An­drze­ja i dru­gim sy­nem Sta­ni­sła­wa, se­nio­ra rodu, z mał­żeń­stwa z So­bie­ską, był rów­nież Sta­ni­sław, uro­dzo­ny w r. 1558 (lub 1559), zmar­ły w wie­ku lat 64 lub 65 w r. 1623. W mło­do­ści dwo­rza­nin (paź) Ste­fa­na Ba­to­re­go, za na­mo­wą bra­ta An­drze­ja i pod wpły­wem ka­zań Je­rze­go Szo­ma­na opu­ścił dwór kró­lew­ski i przy­jął aria­nizm. Sta­ni­sław Lu­bie­niec­ki był ko­lej­no mi­ni­strem zbo­rów w Tro­piach (pow. no­wo­są­dec­ki), Ra­ko­wie i Lu­sła­wi­cach. Żo­na­ty z Ur­szu­lą z Otwi­now­skich nie po­zo­sta­wił żad­ne­go po­tom­stwa7. Trze­cim wresz­cie i ostat­nim sy­nem, jaki się na­ro­dził ze związ­ku Lu­bie­niec­kie­go z So­bie­ską, był Krzysz­tof Lu­bie­niec­ki, dziad au­to­ra Hi­sto­ria Re­for­ma­tio­nis Po­lo­ni­cae, uro­dzo­ny w r. 1561, zmar­ły zaś w lu­tym 1624 r., ser­decz­ny przy­ja­ciel Fau­sta So­cy­na, czę­sto wy­mie­nia­ny w ko­re­spon­den­cji tego ostat­nie­go. Krzysz­tof Lu­bie­niec­ki był dwo­rza­ni­nem kró­lew­skim, na­stęp­nie zaś mi­ni­strem ariań­skim w Le­war­to­wie, a póź­niej (od 1598 r. po wy­mu­szo­nym na Cze­cho­wi­cu ustą­pie­niu) w Lu­bli­nie. Z żoną Anną z Otwi­now­skich (cór­ką zna­ne­go po­ety Era­zma) Krzysz­tof Lu­bie­niec­ki miał pię­ciu sy­nów8.

W przy­ta­cza­nej już mo­wie jed­ne­go z nich, Krzysz­to­fa, czy­ta­my da­lej o se­nio­rze rodu Sta­ni­sła­wie (ży­ją­cym w XVI w.): „A po­tem po­jął Żół­kiew­ską i miał z nią dwóch sy­nów”. Z mał­żeń­stwa Sta­ni­sła­wa z Anną Żół­kiew­ską uro­dzi­li się: Pa­weł Lu­bie­niec­ki (ur. 1568, zm… po 1636 r., żo­na­ty z Ja­dwi­gą Gorz­kow­ską) oraz Jan Ma­ciej (żo­na­ty z Zu­zan­ną Ko­nar­ską, na­stęp­nie z Ja­dwi­gą Morsz­ty­no­wą, wresz­cie z Ka­ta­rzy­ną Ta­szyc­ką), któ­re­go dat bio­gra­ficz­nych na­wet w przy­bli­że­niu nie zna­my. Za­rów­no Pa­weł, jak i Jan Ma­ciej po­zo­sta­wi­li po so­bie licz­ne po­tom­stwo9. Dzia­do­wie stry­jecz­ni na­sze­go Sta­ni­sła­wa, Krzysz­tof, An­drzej i Sta­ni­sław Lu­bie­niec­cy, słu­ży­li więc na dwo­rze kró­lew­skim i byli, po­dob­nie jak pro­to­pla­sta rodu, ich oj­ciec, ka­to­li­ka­mi. Do­pie­ro po przej­ściu na aria­nizm po­rzu­ci­li oni służ­bę u kró­la i po­wró­ci­li do sie­bie w Lu­bel­skie, gdzie za­ję­li się dzia­łal­no­ścią dusz­pa­ster­ską i pi­sar­stwem. Sła­wił ich za to po­eta zbo­ro­wy Szy­mon Pi­sto­rius, w któ­re­go epi­gra­ma­tach, wy­da­nych jesz­cze w Ra­ko­wie, znaj­du­je­my wier­sze po­chwal­ne na cześć Krzysz­to­fa i Sta­ni­sła­wa Lu­bie­niec­kich (star­szych) oraz sy­nów Krzysz­to­fa: Sta­ni­sła­wa i Krzysz­to­fa (ojca au­to­ra Hi­sto­ria Re­for­ma­tions Po­lo­ni­cae)10.

Oj­ciec Sta­ni­sła­wa Lu­bie­niec­kie­go młod­sze­go, Krzysz­tof, miał czte­rech bra­ci: An­drze­ja (ur. 1590, zmar­łe­go po r. 1667), Paw­ła (zmar­łe­go przed lip­cem 1654), Sta­ni­sła­wa (zmar­łe­go wr. 1653, żo­na­te­go z Anną Morsz­ty­no­wą) i Ja­ku­ba. Zaj­mij­my się nimi po ko­lei: ską­pe szcze­gó­ły bio­gra­ficz­ne z ży­cia An­drze­ja ze­sta­wił już (na pod­sta­wie za­cho­wa­nej po nim Syl­wy) St. Kot. Wie­my, iż ba­wił za gra­ni­cą (w He­idel­ber­gu i Lej­dzie), prze­żył swo­ich pięć żon, na sta­rość mu­siał wy­wę­dro­wać na emi­gra­cję do Prus. Pa­weł go­spo­da­rzył w Lu­bel­skiem i brał udział w ży­ciu zbo­ru, wy­stę­pu­jąc (m.in. w r. 1627) w jego obro­nie. Sta­ni­sław miesz­kał za­pew­ne przez pe­wien czas w Ra­ko­wie, tam bo­wiem miał swój dwo­rek. O jego oso­bie wspo­mni­my jesz­cze pa­ro­krot­nie w ni­niej­szym roz­dzia­le (głów­nie w związ­ku z tym, iż hi­sto­rio­gra­fia my­li­ła czę­sto stry­ja Sta­ni­sła­wa z jego słyn­nym bra­tan­kiem i imien­ni­kiem). Ja­kub za­miesz­ki­wał na Wo­ły­niu, gdzie był człon­kiem zbo­ru bra­ci pol­skich w Ki­sie­li­nie i Be­re­sku11. „Lu­bie­niec­cy – stwier­dza wy­traw­ny znaw­ca dzie­jów Lu­belsz­czy­zny, Alek­san­der Kos­sow­ski – na­le­że­li do śred­nio­za­moż­nej szlach­ty”12. Choć w świe­tle re­je­stru po­bo­ro­we­go wo­je­wódz­twa lu­bel­skie­go z r. 1620 (zie­mia łu­kow­ska) i 1626 (po­wia­ty lu­bel­ski i urzę­dow­ski) wy­glą­da­ją oni, zwłasz­cza Pa­weł i Krzysz­tof Lu­bie­niec­cy, na uboż­szą szlach­tę13, to jed­nak A. Kos­sow­ski prze­strze­ga przed wy­cią­ga­niem z tych tyl­ko da­nych zbyt po­chop­nych wnio­sków.

Krzysz­tof Lu­bie­niec­ki (oj­ciec na­sze­go Sta­ni­sła­wa) był wraz ze Zboż­nym Lęc­kim i Sta­ni­sła­wem Po­lic­kim współ­wła­ści­cie­lem czę­ści wsi Ja­błon­na wpow. lu­bel­skim. Poza tym Krzysz­tof Lu­bie­niec­ki dzier­ża­wił sta­ro­stwo gró­dec­kie, na­le­żą­ce wów­czas do mar­gra­bie­go Wła­dy­sła­wa Mysz­kow­skie­go (wo­je­wo­dy san­do­mier­skie­go w la­tach 1650–1657).

W la­tach „po­to­pu”, kie­dy na­past­ni­cy gra­bią mia­sto Wy­so­kie w pow. Kra­sny­staw (wła­sność stry­jecz­ne­go bra­ta Krzysz­to­fa, Mi­ko­ła­ja Lu­bie­niec­kie­go), gdzie schro­ni­ła się mat­ka Sta­ni­sła­wa, Ka­ta­rzy­na, ra­bu­ją jej wie­le cen­nych rze­czy. We wpi­sie wnie­sio­nym 15 III 1657 r. do lu­bel­skich ksiąg grodz­kich stwier­dza ona bo­wiem, iż 31 III 1656 r. pod­czas na­jaz­du zbroj­ne­go, z udzia­łem kil­ku cho­rą­gwi, za­bra­no jej zło­to, sre­bro, ubra­nie, pie­nią­dze, 8 koni i 50 sztuk by­dła14.

Nie byli więc ro­dzi­ce Sta­ni­sła­wa ludź­mi bied­ny­mi. Na ich ma­ją­tek zło­żył się tak­że za­pew­ne po­sag wnie­sio­ny przez mat­kę, Ka­ta­rzy­nę z Fi­li­pow­skich, pra­wnucz­kę wy­bit­ne­go dzia­ła­cza re­for­ma­cyj­ne­go XVI w., Hie­ro­ni­ma. Oj­ciec Sta­ni­sła­wa z obo­wiąz­ka­mi dzier­żaw­cy i wła­ści­cie­la ziem­skie­go łą­czył pra­cę dusz­pa­ster­ską. Uro­dzo­ny oko­ło r. 1598 Krzysz­tof Lu­bie­niec­ki był bo­wiem mi­ni­strem zbo­rów ariań­skich w Ra­ko­wie i Lu­bli­nie. W r. 1616 wy­ru­szył na stu­dia do Alt­dor­fu. Usu­nię­ty stam­tąd za pro­pa­gan­dę so­cy­nia­ni­zmu, wraz z gru­pą swo­ich współ­wy­znaw­ców, przy­był do Lej­dy, gdzie im­ma­try­ku­lo­wał się 30 XI 1616 r. W r. 1618 wy­je­chał, ra­zem z in­ny­mi aria­na­mi, w po­dróż po Fran­cji.

Po trzech la­tach po­by­tu na Za­cho­dzie po­wró­cił do kra­ju i ob­jął sta­no­wi­sko mi­ni­stra w Ra­ko­wie. Na­stęp­nie zaś w r. 1626 zo­stał prze­nie­sio­ny do Lu­bli­na. Za­przy­jaź­nio­ny z wy­bit­nym dzia­ła­czem ariań­skim, Mar­ci­nem Ru­arem, ko­re­spon­do­wał z nim pod­czas swe­go po­by­tu za gra­ni­cą. Po­zo­sta­wił po so­bie kil­ka li­stów oraz parę prac rę­ko­pi­śmien­nych, z któ­rych zna­my ob­szer­ne An­ti­do­tum in ad­ver­sis mo­der­nis, znaj­du­ją­ce się w rkps. 527 Bi­blio­te­ki Re­mon­stran­tów w Rot­ter­da­mie. Mi­ni­strem w Lu­bli­nie był Krzysz­tof Lu­bie­niec­ki do koń­ca ży­cia. Mimo bo­wiem zbu­rze­nia bu­dyn­ku zbo­ro­we­go przez tłum i za­ka­zu od­bu­do­wy przez try­bu­nał (w 1627 r.) zbór ist­niał nadal, prze­nie­sio­ny tyl­ko na inne miej­sce. Rów­no­cze­śnie część zbo­row­ni­ków prze­szła do zbo­ru w po­ło­żo­nych nie­da­le­ko Lu­bli­na Pia­skach Lu­ter­skich, a od r. 1643 (po za­mknię­ciu zbo­ru przez ich kal­wiń­skie­go wła­ści­cie­la) w Sie­dli­skach, pow. Kra­sny­staw. Krzysz­tof Lu­bie­niec­ki mu­siał więc w isto­cie ob­słu­gi­wać dwie gmi­ny ariań­skie (co praw­da bli­sko sie­bie po­ło­żo­ne).

Je­zu­ici, chcąc do­pro­wa­dzić do li­kwi­da­cji ży­cia zbo­ro­we­go w Lu­bli­nie, nę­ka­li go pro­ce­sa­mi, wy­stę­pu­jąc w imie­niu kon­wer­ty­ty Jana Ko­ko­ta z pre­ten­sja­mi fi­nan­so­wy­mi. W r. 1635 za rze­ko­mą ob­ra­zę try­bu­na­łu lu­bel­skie­go (w spra­wie o pro­te­go­wa­nie aria­ni­zmu) Krzysz­tof Lu­bie­niec­ki, wraz z in­ny­mi przed­sta­wi­cie­la­mi szlach­ty ariań­skiej, zo­sta­je ska­za­ny na wie­żę. Mi­ni­stra „wy­róż­nio­no” w szcze­gól­ny spo­sób. Pod­czas bo­wiem gdy in­nych osa­dzo­no na szczy­cie wie­ży, jego ska­za­no na sie­dze­nie w ciem­nym, wil­got­nym i bar­dzo dla zdro­wia nie­bez­piecz­nym lo­chu15. W czerw­cu 1636, a być może i w 1637 r. sta­cza on w Lu­bli­nie dys­pu­tę re­li­gij­ną z je­zu­itą Ka­sprem Druż­bic­kim. Krzysz­tof Lu­bie­niec­ki umie­ra w Sie­dli­skach w 1648 r. (po 27 kwiet­nia), żona Ka­ta­rzy­na prze­ży­ła go o wie­le lat. Ostat­nie da­to­wa­ne li­sty jej do syna, Sta­ni­sła­wa, po­cho­dzą bo­wiem z kwiet­nia 1663 r.

Sta­ni­sław nie był oczy­wi­ście je­dy­nym po­tom­kiem Krzysz­to­fa i Ka­ta­rzy­ny Lu­bie­niec­kich. Mie­li oni bo­wiem jesz­cze dwóch sy­nów i co naj­mniej dwie cór­ki. Jed­ną z nich była Anna Lu­bie­niec­ka, któ­ra wspól­nie z bra­tem prze­by­wa­ła po r. 1664 na emi­gra­cji w Niem­czech. Je­dy­ne nie­mal wzmian­ki, ja­kie o niej w źró­dłach spo­ty­ka­my, to po­chwa­ły Ste­fa­na Nie­mi­ry­cza, sła­wią­ce­go w li­stach do Lu­bie­niec­kie­go uczyn­ność, do­broć i szla­chet­ność pan­ny Anny16. Dru­ga z có­rek to Zo­fia, któ­ra wy­szła za mąż za Jana Przy­pkow­skie­go. Lu­bie­niec­ka mia­ła jesz­cze wy­cho­wa­ni­cę Krzy­skę (Kryś­kę), o któ­rej nic bliż­sze­go nie wie­my17.

Sta­ni­sław Lu­bie­niec­ki miał, jak już wspo­mi­na­łem, dwóch bra­ci, a mia­no­wi­cie Krzysz­to­fa i Alek­san­dra, któ­rzy zbroj­nie po­par­li Szwe­dów w la­tach „po­to­pu”. Krzysz­tof na­jeż­dżał wraz z od­dzia­ła­mi szwedz­ki­mi (a póź­niej i wę­gier­ski­mi) po­sia­dło­ści ro­dzin­ne skon­fi­sko­wa­ne za współ­pra­cę z wro­giem. Kie­dy zaś prze­ko­nał się, iż bę­dzie mu­siał opu­ścić Ja­błon­nę na za­wsze, przy­je­chał do niej z ko­za­ka­mi, wieś i dwór spa­lił, a wodę ze sta­wu wy­pu­ścił, stwier­dza­jąc, jak czy­ta­my w pro­te­sta­cji, „ja dzie­dzi­czyć w Pol­sz­cze­nie mogę, nie­chże się i za­staw­nik mój z tego nie cie­szy”. Krzysz­tof Lu­bie­niec­ki po­legł pod Ko­pen­ha­gą przed r. 1659, wal­cząc w od­dzia­łach szwedz­kich. O ich suk­ce­sach bo­jo­wych do­no­sił księ­ciu Bo­gu­sła­wo­wi Ra­dzi­wił­ło­wi w li­ście pi­sa­nym w r. 1658, któ­ry Kos­sow­ski na­zwał jaw­nym do­wo­dem „zbrod­ni zdra­dy sta­nu”18. Je­śli cho­dzi o po­tom­stwo Krzysz­to­fa, to wie­my tyl­ko o synu Ste­fa­nie. Alek­san­der Lu­bie­niec­ki bro­nił wraz ze Szwe­da­mi Ty­ko­ci­na przed woj­ska­mi pol­ski­mi. Po zdo­by­ciu mia­sta 27 I 1657 r. Po­la­cy obu Lu­bie­niec­kich (Alek­san­dra wraz ze stry­jem Mi­ko­ła­jem) „wy­wiódł­szy na lód, roz­sie­ka­li”19.

W pierw­szym wy­da­niu tej mo­no­gra­fii (1961) nie­słusz­nie uzna­łem Wła­dy­sła­wa Lu­bie­niec­kie­go (ok. 1612 – po 1661) za ro­dzo­ne­go bra­ta Sta­ni­sła­wa. W isto­cie Wła­dy­sław był jego da­le­kim ku­zy­nem, bar­dzo czyn­nym w cha­rak­te­rze agen­ta dy­plo­ma­tycz­ne­go ksią­żąt Sied­mio­gro­du20. Jego bio­gra­fię uda­ło się od­two­rzyć do­pie­ro po od­na­le­zie­niu pra­cy ma­gi­ster­skiej Sta­ni­sła­wa Kry­czyń­skie­go (1911–1941), na­pi­sa­nej w 1935 r. pod kie­run­kiem prof. Ka­zi­mie­rza Za­krzew­skie­go na Uni­wer­sy­te­cie Lwow­skim21. Po­wsta­ła ona na ba­zie ma­te­ria­łów ar­chi­wal­nych Bi­blio­te­ki Na­ro­do­wej, któ­re spło­nę­ły w trak­cie po­wsta­nia war­szaw­skie­go.

Tak więc za­rów­no ro­dze­ni bra­cia Sta­ni­sła­wa, jak i jego bliż­si i dal­si krew­ni byli to lu­dzie ener­gicz­ni, o zde­cy­do­wa­nie za­ry­so­wa­nych in­dy­wi­du­al­no­ściach, bez wa­ha­nia wią­żą­cy się z ob­cy­mi po­ten­cja­mi po­li­tycz­ny­mi, o ile wi­dzie­li w tym ko­rzyść dla Ko­ścio­ła, do któ­re­go na­le­że­li, i dla sa­mych sie­bie.

IIDzieciństwo i młodość Stanisława

Sta­ni­sław Lu­bie­niec­ki młod­szy uro­dził się 23 VIII 1623 r. w Ra­ko­wie1, gdzie oj­ciec jego Krzysz­tof peł­nił wów­czas obo­wiąz­ki ka­zno­dziei ariań­skie­go. Sko­ro Krzysz­tof Lu­bie­niec­ki do­pie­ro w sierp­niu 1619 r. po­wró­cił „szczę­śli­wie z Bel­gii, An­glii, Fran­cji i Nie­miec”, gdzie prze­by­wał przez trzy lata2, to w związ­ki mał­żeń­skie wstą­pił być może oko­ło r. 1620. O ile jed­nak miej­sce ślu­bu zna­my do­kład­nie (był nim Ra­ków), to jego ter­min mo­że­my okre­ślić tyl­ko w przy­bli­że­niu. Nie jest więc wy­klu­czo­ne, że mał­żeń­stwo ro­dzi­ców Sta­ni­sła­wa Lu­bie­niec­kie­go zo­sta­ło za­war­te do­pie­ro w r. 1621. W tym to bo­wiem roku Hie­ro­nim z Sie­kluk Fi­li­pow­ski „ukła­da się z Lu­bie­niec­kim”3, Sta­ni­sław Lu­bie­niec­ki mógł więc być pier­wo­rod­nym sy­nem swo­ich ro­dzi­ców. Hi­po­te­zę tę po­twier­dza fakt, iż w póź­niej­szych spra­wach do­ty­czą­cych kwe­stii ma­jąt­ko­wych, wy­ni­kłych w związ­ku ze śmier­cią ojca, wy­stę­pu­je tyl­ko Sta­ni­sław. On to wraz z mat­ką, a nie ża­den z jego bra­ci, fi­gu­ru­je na róż­ne­go ro­dza­ju do­ku­men­tach. Jak moż­na wnio­sko­wać z dość zresz­tą nie­ja­snej alu­zji sa­me­go Lu­bie­niec­kie­go, prze­szedł on w dzie­ciń­stwie ja­kąś cięż­ką cho­ro­bę, z któ­rej cu­dem nie­mal wy­szedł żywy. W wier­szu na­pi­sa­nym w r. 1654 z oka­zji uro­dze­nia syna Teo­do­ra szczę­śli­wy oj­ciec pi­sze, iż nie pierw­sza to ła­ska Opatrz­no­ści mu wy­świad­czo­na. Już przed­tem bo­wiem Bóg się uli­to­wał

[…] mo­jej naj­pierw­szej dzie­cin­nej mło­do­ści.

I zwąt­pio­nej od wła­snych ro­dzi­ców sła­bo­ści4.

Sta­ni­sław Lu­bie­niec­ki chęt­nie przy róż­nych oka­zjach pod­kre­ślał swe tak nie­wąt­pli­we szla­chec­kie po­cho­dze­nie. Pod­pi­sy­wał się więc, szcze­gól­nie w li­stach do cu­dzo­ziem­ców equ­es po­lo­nus (szlach­cic pol­ski), od her­bu zaś ro­dzin­ne­go Rola uro­bił so­bie zla­ty­ni­zo­wa­ny przy­do­mek Ro­lit­sius. Na kar­cie ty­tu­ło­wej The­atrum

Co­me­ti­cum pod­pi­sał się jako „Sta­ni­slaus de Lu­bie­nietz Lu­bie­nie-cius Ro­lit­sius”, a F. S. Bock przy­pusz­cza, iż wy­stę­pu­ją­cy czę­sto w nie­do­cho­wa­nych do dziś ak­tach sy­no­dal­nych ariań­skich Sta­ni­slaus Ro­lit­sius jest toż­sa­my z au­to­rem Hi­sto­ria Re­for­ma­tio­nis Po­lo­ni­cae5. W dumę też wpra­wiał Sta­ni­sła­wa Lu­bie­niec­kie­go fakt, iż – jak pod­kre­śla jego syn w bio­gra­fii ojca – „po­zo­sta­wał on w czwar­tym stop­niu po­kre­wień­stwa z ro­dzi­ną Naj­ja­śniej­sze­go Kró­la pol­skie­go, któ­ry dziś tak sław­nie pa­nu­je”6, a więc z Ja­nem So­bie­skim.

Przy­szły dzie­jo­pis pol­skiej re­for­ma­cji otrzy­mał – jak czy­ta­my w tym­że sa­mym za­ry­sie ży­cio­ry­su – nie­zwy­kle sta­ran­ne wy­cho­wa­nie. Sta­ni­sław Lu­bie­niec­ki pi­sał o tym w jed­nym ze swo­ich za­gi­nio­nych wier­szy pol­skich, w któ­rym za­pew­ne nie tyl­ko sła­wił „oka­za­ną mu ła­skę Bożą”, ale i pod­kre­ślał do­broć oj­cow­ską. Dba­łość Krzysz­to­fa o na­le­ży­tą edu­ka­cję syna po­su­nę­ła się tak da­le­ko, iż za­jął się oso­bi­ście wy­cho­wa­niem Sta­ni­sła­wa, a na­stęp­nie po­wie­rzył go „opie­ce wła­ści­wych na­uczy­cie­li”7.

Sys­tem wy­cho­wa­nia syna sto­so­wa­ny przez Krzysz­to­fa Lu­bie­niec­kie­go od­zna­czał się skru­pu­lat­nym nad­zo­rem i kon­tro­lo­wa­niem jego za­jęć. Jako ilu­stra­cję przy­ta­cza Lu­bie­niec­ki na­stę­pu­ją­ce cha­rak­te­ry­stycz­ne wy­da­rze­nie z cza­sów swo­jej mło­do­ści. Kie­dy już po za­mknię­ciu szko­ły ra­kow­skiej je­chał wraz z oj­cem z Ki­sie­li­na na Wo­ły­niu (w tek­ście: „Ry­be­lin” zam. Ki­sie­lin – po­pra­wio­ny w er­ra­tach błąd dru­kar­ski), ten dał mu do czy­ta­nia, aby nie tra­cił cza­su, Te­sta­ment Je­rze­go Szo­ma­na. Znu­żo­ny upa­łem i lek­tu­rą za­snął Sta­ni­sław Lu­bie­niec­ki „snem mło­dzień­czym”, a cen­ny ma­nu­skrypt upu­ścił gdzieś po dro­dze. Wów­czas oj­ciec po­le­cił mu wy­siąść z po­wo­zu i szu­kać zgu­by. Sam zaś po­je­chał da­lej, nie cze­ka­jąc na po­wrót syna, „do miej­sco­wo­ści o milę stąd od­le­głej”. Sta­ni­sław Lu­bie­niec­ki od­na­lazł zgu­bio­ny Te­sta­ment, ale na umó­wio­ne z oj­cem spo­tka­nie przy­szedł do­pie­ro póź­nym wie­czo­rem. Nic więc dziw­ne­go, iż po la­tach pod­da kry­ty­ce (w The­atrum Co­me­ti­cum) zbyt su­ro­wy sys­tem wy­cho­waw­czy. W za­ry­sie dzie­jów pol­skiej re­for­ma­cji Lu­bie­niec­ki wspo­mi­na, że oj­ciec ską­po mu za­wsze wy­dzie­lał czas i su­ro­wo pil­no­wał jego wła­ści­we­go wy­ko­rzy­sta­nia8. Jak wy­ni­ka z bio­gra­fii Sta­ni­sła­wa, za­miesz­czo­nej w przed­mo­wie do tego dzie­ła, w pla­nach ojca le­ża­ło przy­go­to­wa­nie go do sta­nu du­chow­ne­go.

Po wstęp­nej edu­ka­cji w domu ro­dzi­ciel­skim od­da­no Sta­ni­sła­wa na na­ukę do Aka­de­mii Ra­kow­skiej, sta­no­wią­cej wyż­szą uczel­nię bra­ci pol­skich. Za­ło­żo­na w r. 1602, po okre­sie or­ga­ni­za­cji i doj­rze­wa­nia prze­ży­wa­ła w la­tach 1616–1630 naj­świet­niej­szy okres roz­wo­ju. Na lata te przy­pa­da­ją rek­to­ra­ty Jana Crel­la, Jo­achi­ma Steg­man­na star­sze­go, Mar­ci­na Ru­ara, a więc lu­dzi na­le­żą­cych do eli­ty in­te­lek­tu­al­nej pol­skie­go aria­ni­zmu. Od r. 1630 za­czy­na się okres jej stop­nio­we­go zmierz­chu. Mimo to jed­nak tak pro­gram, jak i do­bo­ro­wa ka­dra wy­cho­waw­ców ścią­ga­ła nadal licz­ne rze­sze słu­cha­czy. Za­rów­no treść na­ucza­nia, jak też na­uczy­cie­le oraz ucznio­wie znaj­do­wa­li się pod kon­tro­lą zbo­ru. W ob­rę­bie gmin ariań­skich ist­niał bo­wiem przy­mus szkol­ny, któ­ry przede wszyst­kim do­ty­czył na­ucza­nia pod­sta­wo­wych prawd wia­ry. Uboż­si człon­ko­wie zbo­ru na tym w kształ­ce­niu dzie­ci po­prze­sta­wa­li. Bo­gat­si po­sy­ła­li je do Aka­de­mii Ra­kow­skiej czy też do in­nych szkół ariań­skich (Lu­sła­wi­ce, Ki­sie­lin). Wy­kła­da­ną w Aka­de­mii teo­lo­gię ogra­ni­czo­no w du­żym stop­niu do co­dzien­ne­go czy­ta­nia i ko­men­to­wa­nia Pi­sma Świę­te­go (czy­nio­no to w ję­zy­ku pol­skim, aby słu­cha­cze ła­twiej mo­gli je so­bie przy­swo­ić).

Na dru­gim miej­scu sta­ła na­uka ję­zy­ka ła­ciń­skie­go. Nie ogra­ni­cza­ła się ona do opa­no­wa­nia gra­ma­ty­ki i wzo­ro­we­go sty­lu. Duży na­cisk kła­dzio­no tak­że na re­to­ry­kę oraz kształ­ce­nie na utwo­rach kla­sycz­nych cha­rak­te­ru i świa­to­po­glą­du ucznia. Wy­so­ko ce­nio­no na­ukę ety­ki, z dys­cy­plin fi­lo­zo­ficz­nych zaś lo­gi­kę (z po­mi­nię­ciem me­ta­fi­zy­ki). W pew­nym stop­niu uwzględ­nia­no tak­że hi­sto­rię i „po­li­ty­kę” (poj­mo­wa­ną jako wie­dzę o pań­stwie) oraz na­ukę nie­któ­rych ję­zy­ków no­wo­żyt­nych (nie­miec­ki czy fran­cu­ski). Dys­cy­pli­ny przy­rod­ni­cze czy na­uki ma­te­ma­tycz­ne trak­to­wa­no mar­gi­ne­so­wo. Zaj­mo­wa­ły one w pro­gra­mie skrom­ne miej­sce, roz­pa­try­wa­ne głów­nie od stro­ny ich przy­dat­no­ści w ży­ciu prak­tycz­nym.

Szko­ła ra­kow­ska ze wzglę­du na swo­je prak­tycz­ne po­dej­ście była bar­dziej zbli­żo­na do „aka­de­mii ry­cer­skiej” – jak to stwier­dza S. Tync – niż do prze­cięt­nej uczel­ni wy­zna­nio­wej tych cza­sów. Nie sta­ra­no się tam na­wet o pro­pa­gan­dę swej kon­fe­sji wśród uczniów in­ne­go wy­zna­nia, po­zo­sta­wia­jąc każ­de­mu peł­ną swo­bo­dę wie­rze­nia.

W pro­gra­mach i wy­po­wie­dziach ofi­cjal­nych kła­dzio­no szcze­gól­ny na­cisk na ży­cio­wą przy­dat­ność wy­kła­da­nych w Aka­de­mii dys­cy­plin. Je­den z jej rek­to­rów, Jo­achim Steg­mann, zwra­ca­jąc się do sy­nów Alek­san­dra Pio­tra Tar­ły ze Szcze­ka­rzo­wic, stu­diu­ją­cych w Ra­ko­wie, pi­sał m.in., że szko­ła „dba o spra­wę ży­cia wa­sze­go i wa­szych współ­ucz­niów, dla tego ży­cia będą oni kształ­to­wa­ni, do nie­go przy­go­to­wy­wa­ni”9. Dla­te­go też tak dużą wagę przy­wią­zy­wa­no do na­uki wy­mo­wy, zna­jo­mo­ści ustro­ju pań­stwa czy też wia­do­mo­ści prak­tycz­nych, przy­dat­nych w ży­ciu szlach­ci­ca – wła­ści­cie­la ziem­skie­go i dzia­ła­cza po­li­tycz­ne­go.

Wśród naj­bar­dziej uda­nych pod­ręcz­ni­ków szko­ły ra­kow­skiej na­le­ży wy­mie­nić za­rys ety­ki na­pi­sa­ny przez Jana Crel­la oraz do­sko­na­ły pod­ręcz­nik aryt­me­ty­ki i geo­me­trii pió­ra Jo­achi­ma Steg­man­na. Wo­bec stu­den­tów, któ­rych licz­ba do­cho­dzi­ła po­dob­no do kil­ku­set, prze­strze­ga­no su­ro­wej dys­cy­pli­ny. Na­wet za­ba­wy (w za­sa­dzie do­zwo­lo­ne) ob­wa­ro­wa­no ty­lo­ma za­strze­że­nia­mi, że jak stwier­dza Sta­ni­sław Tync, po „tych za­ka­zach i tych «po­zwo­le­niach» nie­wie­le już zo­sta­ło mło­dzie­ży ra­kow­skiej miej­sca i cza­su na za­ba­wy i roz­ryw­ki”10.

Nie wie­my, nie­ste­ty, w ja­kim wie­ku od­da­no Sta­ni­sła­wa Lu­bie­niec­kie­go do Aka­de­mii Ra­kow­skiej, w każ­dym ra­zie nie­wąt­pli­wie stu­dio­wał tam za rzą­dów ostat­nie­go z rek­to­rów, a mia­no­wi­cie Waw­rzyń­ca Steg­man­na (bra­ta Jo­achi­ma), któ­ry był rek­to­rem od r. 1634. Być może też oj­ciec Sta­ni­sła­wa peł­nił przez ja­kiś czas funk­cje na­uczy­cie­la ra­kow­skie­go, ale nie mamy na to wy­star­cza­ją­cych do­wo­dów11. Pi­sto­rius w wier­szu sła­wią­cym za­słu­gi i ta­len­ty Krzysz­to­fa Lu­bie­niec­kie­go wspo­mi­na wpraw­dzie, iż gło­sił on z ka­te­dry na­ukę Chry­stu­sa12, trud­no to jed­nak uznać za wy­star­cza­ją­cy do­wód, że ad­re­sat wier­sza był wy­kła­dow­cą Aka­de­mii Ra­kow­skiej.

Wśród świec­kich pa­tro­nów szko­ły, tzw. scho­lar­chów, spo­ty­ka­my dwóch Lu­bie­niec­kich, a mia­no­wi­cie An­drze­ja Lu­bie­niec­kie­go star­sze­go (1551–1623) i Sta­ni­sła­wa Lu­bie­niec­kie­go, zmar­łe­go w r. 1623, dzia­da stry­jecz­ne­go au­to­ra Hi­sto­ria Re­for­ma­tions Po­lo­ni­cae. W pra­cy tej czy­ta­my zaś, że Aka­de­mia Ra­kow­ska po­wsta­ła za jego radą13.

Lata spę­dzo­ne w tej uczel­ni na­le­ża­ły za­pew­ne do naj­lep­szych w ży­ciu Sta­ni­sła­wa Lu­bie­niec­kie­go. W ćwierć wie­ku póź­niej wspo­mni on z roz­rzew­nie­niem te cza­sy. W li­ście do Jana Rau­ten­ste­ina (mi­ni­stra księ­cia neu­bur­skie­go) pi­sa­nym 19 VIII 1665 r. już na emi­gra­cji w Ham­bur­gu Lu­bie­niec­ki cy­tu­je jed­ną z ód Ho­ra­ce­go (z trze­ciej księ­gi Car­mi­na), któ­rej się na­uczył jesz­cze pra­wie jako chło­piec przed 26 laty w sław­nej on­giś szko­le ra­kow­skiej14.

Rów­nież u swych wy­cho­waw­ców mu­siał on po­zo­sta­wić do­bre wspo­mnie­nie, sko­ro sam rek­tor, Waw­rzy­niec Steg­mann, po­świę­cił mu en­tu­zja­stycz­ny wiersz. W utwo­rze tym skie­ro­wa­nym ad no­bi­lis­si­mum iu­ve­nem Stan. Lu­bie­niec­ki spo­ty­ka­my po­chwa­łę ta­len­tów po­etyc­kich Sta­ni­sła­wa Lu­bie­niec­kie­go. Jak wie­my, choć dzie­jo­pis pol­skiej re­for­ma­cji wie­lo­krot­nie pró­bo­wał swych sił na polu po­ezji, to jed­nak żad­nych zdol­no­ści w tym za­kre­sie nie wy­ka­zał, a jego po­ezja ro­dzin­na jest li tyl­ko zgrab­ną ry­mo­wa­ną opo­wie­ścią o ko­lej­nych po­tom­kach.

W wier­szu po­wsta­łym z oka­zji ob­da­rze­nia mło­de­go Sta­ni­sła­wa lau­rem za uda­ny utwór po­etyc­ki Steg­mann uno­si się nad wy­jąt­ko­wy­mi za­le­ta­mi „szla­chet­ne­go mło­dzień­ca”, któ­ry tak szyb­ko roz­wi­nął się i doj­rzał. Ofia­ro­wał on rek­to­ro­wi wiersz, z któ­re­go wi­dać, jak bar­dzo muzy sprzy­ja­ją mło­de­mu po­ecie. Au­tor od­po­wie­dzi stwier­dza, iż nie może do­rów­nać Lu­bie­niec­kie­mu i po­dą­żyć wraz z nim szpar­ko do sie­dzi­by na­tchnie­nia. Wy­róż­ni­ło go bo­wiem „dzie­więć pa­nien” (muz) ta­kim ta­len­tem, ja­kie­mu inni nie są w sta­nie spro­stać. Utwór, krót­ki zresz­tą, bo 18-wier­szo­wy, pe­łen jest kla­sycz­nych re­mi­ni­scen­cji.

Cały ten wiersz, w któ­rym Lu­bie­niec­ki zo­stał na­zwa­ny „wiel­ką na­dzie­ją ro­dzi­ców”15, dzi­wi tro­chę, je­śli weź­mie­my pod uwa­gę, iż rek­tor sła­wi w nim mło­dzień­ca ma­ją­ce­go naj­wy­żej 15 lat. W tym bo­wiem wie­ku mu­siał on opu­ścić Aka­de­mię Ra­kow­ską, za­mknię­tą w r. 1638 wy­ro­kiem sej­mo­wym. Być może jed­nak omó­wio­ny utwór po­wstał nie­co póź­niej. Waw­rzy­niec Steg­mann pod­pi­sał go bo­wiem jako Lau­rien­tius Tri­ban­der. Pseu­do­nim ten – jak przy­pusz­cza­ją nie­któ­rzy hi­sto­ry­cy – przy­brał so­bie nie­szczę­sny rek­tor po ka­sa­cie szko­ły, aby uchro­nić się przed prze­śla­do­wa­nia­mi16.

Wy­rok sej­mo­wy w spra­wie Ra­ko­wa ude­rzył w gmi­nę ariań­ską jak przy­sło­wio­wy grom z ja­sne­go nie­ba. Mimo li­kwi­da­cji zbo­ru w Kra­ko­wie (1591) i Lu­bli­nie (1627), tego ostat­nie­go co praw­da po­zor­nej tyl­ko, bra­cia pol­scy wie­rzy­li moc­no w nie­ty­kal­ność po­sia­dło­ści szla­chec­kich. Wpraw­dzie w r. 1611 ścię­to za rze­ko­me bluź­nie­nie Trój­cy Świę­tej aria­ni­na – miesz­cza­ni­na z Biel­ska Pod­la­skie­go, Iwa­na Tysz­ko­wi­ca – ale w ma­jąt­kach szlach­ty ariań­skiej nadal swo­bod­nie eg­zy­sto­wa­ły zbo­ry, szko­ły i dru­kar­nie. Do­pie­ro lata trzy­dzie­ste XVII w. przy­no­szą pierw­sze po­zwy za pro­te­go­wa­nie aria­ni­zmu, po­cią­ga­ją­ce po­szcze­gól­nych se­nio­rów świec­kich przed try­bu­na­ły.

Wszyst­ko to było jed­nak sto­sun­ko­wo mało do­tkli­we w po­rów­na­niu z wy­gna­niem bra­ci pol­skich z ich sto­li­cy kul­tu­ral­nej i wy­zna­nio­wej. Za rze­ko­me (czy też rze­czy­wi­ste) spro­fa­no­wa­nie przy­droż­ne­go krzy­ża przez ra­kow­skich stu­den­tów edykt kró­lew­ski z 20 IV 1638 r. na­ka­zał pa­tro­no­wi zbo­ru i wła­ści­cie­lo­wi mia­stecz­ka, Ja­ku­bo­wi Sie­nień­skie­mu, za­mknię­cie szko­ły, zbo­ru i dru­kar­ni. Za wszel­kie pró­by re­sty­tu­cji aria­ni­zmu na tym te­re­nie oraz ukry­wa­nie w Ra­ko­wie mi­ni­strów gro­żo­no karą ol­brzy­miej grzyw­ny. Cen­trum wy­daw­ni­cze, wy­zna­nio­we i oświa­to­we prze­sta­ło ist­nieć17.

Ma­so­wy exo­dus arian z Ra­ko­wa po­cią­ga za sobą ko­niecz­ność po­zby­cia się po­sia­da­nych w tym mie­ście nie­ru­cho­mo­ści. Praw­do­po­dob­nie 19 X (post fe­stum s. Lu­cae) 1645 r. Sta­ni­sław Lu­bie­niec­ki z Lu­bień­ca sprze­da­je swój dwo­rek w Ra­ko­wie Pio­tro­wi Bie­chow­skie­mu. Od­po­wied­nie­go wpi­su do­ko­na­no w księ­gach wój­tow­sko-ław­ni­czych m. Ra­ko­wa. Sprze­daw­ca sta­wił się oso­bi­ście i do­ku­ment „wła­sną ręką pod­pi­sał”18.

Wy­da­je się jed­nak mało praw­do­po­dob­ne, aby do­tych­cza­so­wym wła­ści­cie­lem dwor­ku był au­tor Hi­sto­ria Re­for­ma­tio­nis Po­lo­ni­cae. Trud­no bo­wiem przy­pu­ścić, by oj­ciec za­pi­sał mło­dzień­co­wi nie­ru­cho­mość, tym bar­dziej że w in­nych pa­pie­rach ma­jąt­ko­wych po­zo­sta­łych po Krzysz­to­fie Lu­bie­niec­kim nie spo­ty­ka­my żad­nej wzmian­ki na ten te­mat. Naj­praw­do­po­dob­niej ca­łej trans­ak­cji do­ko­nał stryj Sta­ni­sła­wa i jego imien­nik, zmar­ły w r. 1653.

Po zli­kwi­do­wa­niu zbo­ru bra­ci pol­skich w Ra­ko­wie ariań­ska lud­ność mia­stecz­ka uczęsz­cza­ła na na­bo­żeń­stwa do po­bli­skie­go Ra­do­sto­wa po­zo­sta­ją­ce­go w po­sia­da­niu Anny Wy­la­mo­wej, de domo Ci­kow­skiej, wdo­wy po Ja­nie. Rów­nież na ten zbór chcia­no roz­cią­gnąć waż­ność de­kre­tu sej­mo­we­go. W 1645 r. Krzysz­to­fa Lu­bie­niec­kie­go oskar­żył bo­wiem ple­ban ra­kow­ski o nie­praw­ne da­wa­nie ślu­bów w Ra­do­sto­wie. Lu­bie­niec­ki tłu­ma­czył, iż ślub dał w prze­jeź­dzie, a wzmian­ko­wa­ny de­kret nie za­ka­zy­wał prze­cież udzie­la­nia sa­kra­men­tów, „tyl­ko exer­ci­tium do­ctri­nae pro­fes­so­rum za­bro­nio­no”. Całą spra­wę za­ła­twio­no po­lu­bow­nie („przez ugo­dę… fe­li­ci­ter”)19.

Mło­dzież szkol­na uda­ła się z Ra­ko­wa w dwóch kie­run­kach; część po­dą­ży­ła do pod­gór­skich Lu­sła­wic. Tam­tej­sza szko­ła ariań­ska, ist­nie­ją­ca od po­cząt­ku XVII w., prze­ży­wa­ła wów­czas okres dość po­myśl­ne­go roz­wo­ju. Rek­tor i na­uczy­cie­le (wraz z dru­gą gru­pą mło­dzie­ży) wy­wę­dro­wa­li do Ki­sie­li­na (na Wo­łyń), bę­dą­ce­go we wła­da­niu Je­rze­go Cza­pli­ca. Po upad­ku Ra­ko­wa szko­łę ki­siel­nic­ką zre­for­mo­wa­no20. Mimo sta­rań, aby pod­nieść jej po­ziom, nie mo­gła ona oczy­wi­ście na­wet w czę­ści za­stą­pić za­mknię­tej Aka­de­mii, któ­rej stra­ta rów­na­ła się dla aria­ni­zmu – jak stwier­dza osiem­na­sto­wiecz­ny ba­dacz jego dzie­jów – „wy­dar­ciu oka”21.

W Ki­sie­li­nie zna­lazł się tak­że Lu­bie­niec­ki, któ­ry przez na­stęp­ne trzy lata (1638-1641) kon­ty­nu­ował tu roz­po­czę­te w Ra­ko­wie stu­dia. Przede wszyst­kim za­zna­jo­mił się on, jak czy­ta­my w bio­gra­fii Sta­ni­sła­wa Lu­bie­niec­kie­go, do­kład­niej z pra­wem oj­czy­stym. Krzysz­tof Lu­bie­niec­ki czu­wał sta­le nad po­stę­pa­mi syna, już to kon­tro­lu­jąc go li­stow­nie, już to od­wie­dza­jąc Sta­ni­sła­wa w Ki­sie­li­nie. W Ki­sie­li­nie też za­po­znał się praw­do­po­dob­nie Lu­bie­niec­ki bli­żej ze swo­im póź­niej­szym wier­nym przy­ja­cie­lem i to­wa­rzy­szem doli i nie­do­li, Ste­fa­nem Nie­mi­ry­czem (sy­nem Ste­fa­na, a bra­tem słyn­ne­go Je­rze­go Nie­mi­ry­cza), któ­ry w tym sa­mym mniej wię­cej okre­sie, choć jako młod­szy od nie­go, w niż­szej za­pew­ne kla­sie, od­by­wał tam stu­dia22.

Z za­słu­żo­ną dla aria­ni­zmu ro­dzi­ną Nie­mi­ry­czów po­zo­sta­wał w do­brych sto­sun­kach już oj­ciec Sta­ni­sła­wa – Krzysz­tof Lu­bie­niec­ki. Dys­pu­ta­cję z je­zu­ita­mi w Lu­bli­nie (w 1636 r.) sto­czył on w ka­mie­ni­cy Je­rze­go Nie­mi­ry­cza, w li­ście zaś z 4 VIII 1636 r. uno­si się nad sta­ło­ścią w wie­rze pod­ko­mo­rze­go ki­jow­skie­go, „któ­re­go gdy alia via, to jest oże­nie­niem w pa­pie­stwie wy­so­kim w do­mach ksią­żę­cych jako si­dła­mi swy­mi wplą­tać chcie­li”, on po­jąw­szy za żonę kal­win­kę, Elż­bie­tę Słu­pec­ką, po­ku­sie się oparł23.

Z chwi­lą ukoń­cze­nia przez Sta­ni­sła­wa osiem­na­stu lat ży­cia oj­ciec ode­brał go ze szko­ły (któ­rą za­pew­ne ukoń­czył) i po­czął wdra­żać do ży­cia pu­blicz­ne­go. Za­zna­ja­miał więc syna z wy­bit­ny­mi oso­bi­sto­ścia­mi w pań­stwie, po­sy­łał też sa­me­go lub jeź­dził ra­zem z nim na od­by­wa­ne wów­czas sej­my. Już od po­ło­wy XVI w. wpro­wa­dza­nie mło­dzie­ży na ich ob­ra­dy sta­no­wi­ło in­te­gral­ną część „szla­chec­kie­go ide­ału wy­cho­wa­nia oby­wa­tel­skie­go”24. Ob­ra­dom mu­siał się Sta­ni­sław Lu­bie­niec­ki przy­słu­chi­wać z dużą uwa­gą25, sko­ro po la­tach po­tra­fił jesz­cze przy­to­czyć opi­nię któ­re­goś z mów­ców. W li­ście z 26 IV 1665 r. (pi­sa­nym w Ham­bur­gu) do Chry­stia­na Bus­sma­na, me­dy­ka miej­skie­go w Ha­no­we­rze, Lu­bie­niec­ki wspo­mi­na, jak to bę­dąc jesz­cze mło­dzień­cem, sły­szał w izbie po­sel­skiej Łu­ka­sza Opa­liń­skie­go mó­wią­ce­go: „…bar­dziej nam się po­do­ba owa nie­upo­rząd­ko­wa­na wol­ność ni­że­li gdzie in­dziej do­brze upo­rząd­ko­wa­na nie­wo­la”26.

Opa­liń­ski po­sło­wał na sej­my 1639 i 1641 r.27, po czym na sie­dem lat wy­co­fał się w za­ci­sze do­mo­we. Ostat­ni sejm, na któ­rym Lu­bie­niec­ki mógł go spo­tkać, od­był się po­mię­dzy 20 VIII a 4 X 1641 r.28 Tak więc moż­na przy­jąć, iż Lu­bie­niec­ki „ży­cie pu­blicz­ne” roz­po­czy­na na je­sie­ni 1641 r.

Po pew­nym cza­sie po­słał go oj­ciec do To­ru­nia, gdzie za­ba­wił dwa lata, aż do chwi­li wy­jaz­du za gra­ni­cę. Po­nie­waż wy­jazd ten na­stą­pił w r. 1646, mło­dy Lu­bie­niec­ki przy­był za­pew­ne do To­ru­nia w 1644 r. Jego prak­ty­ka po­li­tycz­na trwa­ła­by oko­ło trzech lat (1641–1644). Wy­da­je się, iż w mo­men­cie po­gar­sza­ją­cej się sy­tu­acji zbo­rów ariań­skich oj­ciec chciał go tą dro­gą wy­kształ­cić na dzia­ła­cza umie­ją­ce­go w ra­zie po­trze­by wy­stą­pić na sej­mie czy sej­mi­kach w obro­nie swo­ich współ­wy­znaw­ców. O po­wyż­szym świad­czył­by tak­że ten ustęp z ży­cio­ry­su Sta­ni­sła­wa Lu­bie­niec­kie­go, w któ­rym czy­ta­my, że oj­ciec „ćwi­czył go w tym wszyst­kim, co przy­stoi chry­sty­ja­ni­no­wi i za­ra­zem ro­do­wi­te­mu szlach­ci­co­wi kró­le­stwa pol­skie­go”29.

Wy­da­je się jed­nak wąt­pli­we, aby to on wła­śnie przed­ło­żył ariań­skie­mu sy­no­do­wi w Sie­dli­skach, ob­ra­du­ją­ce­mu w 1643 r., uło­żo­ny przez sie­bie ka­te­chizm. Ka­te­chizm ten uchwa­lo­no prze­ło­żyć na ję­zyk grec­ki. F. S. Bock słusz­nie przy­pusz­cza, iż au­to­rem dzieł­ka był Sta­ni­sław Lu­bie­niec­ki se­nior, a nie jego bra­ta­nek, wów­czas jesz­cze chło­piec30.

Tego ostat­nie­go wy­sła­no do To­ru­nia (jak czy­ta­my w ży­cio­ry­sie) dla do­sko­na­le­nia się w na­ukach hu­ma­ni­stycz­nych oraz lep­sze­go opa­no­wa­nia ję­zy­ka nie­miec­kie­go31. W tym sa­mym 1644 r. sy­nod ariań­ski w Czar­ko­wach od­da­je pod opie­kę Sta­ni­sła­wa Lu­bie­niec­kie­go jego bra­ta Krzysz­to­fa w tym celu, aby ten ostat­ni po­głę­biał pod kie­run­kiem Sta­ni­sła­wa swą wie­dzę teo­lo­gicz­ną32. Nie wie­my nie­ste­ty, czy obaj bra­cia po­śpie­szy­li wów­czas do To­ru­nia, ale wy­da­je się to bar­dzo praw­do­po­dob­ne.

Na pew­no zna­lazł się tam Sta­ni­sław, któ­ry stu­dia od­by­wał pry­wat­nie, przy po­mo­cy osob­nych na­uczy­cie­li, a nie w ra­mach zor­ga­ni­zo­wa­ne­go sys­te­mu szkol­ne­go. Żad­na z jego dru­ko­wa­nych w XVII i XVIII w. bio­gra­fii nie wspo­mi­na o tym, ja­ko­by Lu­bie­niec­ki uczęsz­czał do – do­sko­na­le zresz­tą po­sta­wio­ne­go – gim­na­zjum to­ruń­skie­go. Za­pi­sał się tam na­to­miast w r. 1648 jego brat Krzysz­tof33. Stąd nie­któ­rzy daw­niej­si ba­da­cze pi­sa­li o to­ruń­skich stu­diach Sta­ni­sła­wa Lu­bie­niec­kie­go34. Nie były mu one zresz­tą po­trzeb­ne, sko­ro przy­szły dzie­jo­pis pol­skiej re­for­ma­cji miał już za sobą na­ukę w szko­le śred­niej. Nie wy­klu­cza to oczy­wi­ście moż­li­wo­ści uczęsz­cza­nia przez Lu­bie­niec­kie­go na nie­któ­re wy­kła­dy w cha­rak­te­rze wol­ne­go słu­cha­cza.

Wła­sne pra­ce prze­rwa­ło mu zwo­ła­ne pier­wot­nie na r. 1644 w To­ru­niu col­lo­qu­ium cha­ri­ta­ti­vum. W dys­pu­ta­cji tej z jed­nej stro­ny mie­li brać udział ka­to­li­cy, z dru­giej zaś lu­te­ra­nie i kal­wi­ni. Aria­nie w tym­że roku (na sy­no­dzie w Sie­dli­skach) de­le­go­wa­li na nią swo­ich przed­sta­wi­cie­li. Na de­le­ga­tów, oprócz Mar­ci­na Ru­ara i Jo­na­sza Szlich­tyn­ga, po­wo­ła­no tak­że ojca Sta­ni­sła­wa – Krzysz­to­fa Lu­bie­niec­kie­go. Ten jed­nak, do­wie­dziaw­szy się o odło­że­niu col­lo­qu­ium na rok na­stęp­ny, w ogó­le do To­ru­nia nie przy­był. W mie­ście zja­wi­li się tyl­ko, w po­cząt­kach paź­dzier­ni­ka 1644 r., Jo­nasz Szlich­tyng (Schlich­ting) oraz Krzysz­tof i Ste­fan Śle­szyń­scy i Jan Wil­kow­ski. O przy­ję­ciu, z ja­kim spo­tka­ła się ta de­le­ga­cja, do­wia­du­je­my się z re­la­cji Sta­ni­sła­wa Lu­bie­niec­kie­go młod­sze­go. Tak więc pi­sze on, że bra­cia pol­scy byli w kło­po­cie, po­nie­waż pro­te­stan­ci od­że­gny­wa­li się od ja­kiej­kol­wiek wspól­no­ty z nimi. Je­den z ich przed­sta­wi­cie­li (Hie­ro­nim Bro­niew­ski) oświad­czył na­wet, iż uwa­ża arian za ro­da­ków, ale nie współ­wy­znaw­ców. W tej sy­tu­acji bra­cia pol­scy zwle­ka­li z uda­niem się na ra­tusz, gdzie mia­ły się to­czyć ob­ra­dy.

Do­pie­ro 10 paź­dzier­ni­ka, po przy­by­ciu do To­ru­nia Mar­ci­na Ru­ara, aria­nie po­dą­ży­li na ra­tusz. W ich to imie­niu za­brał głos Jo­nasz Szlich­tyng. Zwra­ca­jąc się do peł­no­moc­ni­ka kró­lew­skie­go, bi­sku­pa An­to­nie­go Tysz­kie­wi­cza, wy­ra­ził on go­to­wość sta­wie­nia się w przy­szło­ści na roz­mo­wy, po­dob­nie jak to te­raz uczy­ni­li aria­nie. Dro­gie im są bo­wiem wszel­kie usi­ło­wa­nia zmie­rza­ją­ce do po­ko­ju i jed­no­ści, ob­mier­z­ła zaś am­bi­cja i po­żą­da­nie dóbr do­cze­snych. Na­stęp­nie Szlich­tyng, po­wo­łu­jąc się na wy­da­ną w r. 1642 przez uni­ta­rian kon­fe­sję, stwier­dził, iż są oni chrze­ści­ja­na­mi, po­nie­waż wie­rzą w jed­ne­go Boga wszech­mo­gą­ce­go.