Dlaczego mój ojciec nie mógł zasnąć. O dziedziczeniu milczenia i traumy - Huzarska-Szumiec Magda - ebook + książka

Dlaczego mój ojciec nie mógł zasnąć. O dziedziczeniu milczenia i traumy ebook

Huzarska-Szumiec Magda

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Dlaczego mój ojciec nie mógł zasnąć– GŁOS POKOLENIA, KTÓRE DORASTAŁO W NIENAZWANYM LĘKU

Magda Huzarska-Szumiec, dziennikarka „Gazety Krakowskiej”, jedzie do aresztu śledczego na Montelupich, aby przeprowadzić wywiad z jednym z osadzonych. Dość przypadkowo spotyka tam pana Bolesława, starszego mężczyznę, który regularnie odwiedza aresztowanych i czyta im swoje wiersze. Rozmowa z nim będzie dla autorki tak wstrząsająca, że wróci do niej dopiero po wielu latach – kiedy los w trudny do uwierzenia sposób odkryje przed nią kolejne rodzinne tajemnice.

Dlaczego mój ojciec nie mógł zasnąćto poruszająca autofikcja. Literacka opowieść o żydowskim chłopcu uratowanym przez babcię pisarki oraz jego życiu w powojennym Krakowie przeplata się z wątkami autobiograficznymi. Magda Huzarska-Szumiec wraca do scen ze swojego dzieciństwa i młodości i odtwarza je niczym filmowe klisze, by usłyszeć to, o czym milczano w jej domu rodzinnym. W tej ciszy, przerywanej niespodziewanymi wybuchami krzyku i płaczu, szuka skrywanej pamięci swoich najbliższych, zrozumienia ich wyborów, a także samej siebie.

– Ona ma gorączkę. Po chwili zjawia się babka. – No tylko tego jeszcze brakowało. Kazek! Ta twoja córka jest nienormalna. Tato jest już w pokoju i też dotyka mojego czoła. Każe ciotce przynieść aspirynę, przepoławia ją i prosi mnie, żebym połknęła. Mówi jak w domu, miłym, ciepłym głosem, a ja mu się poddaję. Kładzie mnie do łóżka, przykrywa pierzyną i kontrolując co chwilę temperaturę mojej głowy, czeka, aż zasnę. Rano pakuje nas i wyjeżdżamy. – Pocałuj mnie na pożegnanie – mówi babka, ale nie zamierzam tego robić. Prycha oburzona. – A może lepiej nie, bo jeszcze mnie czymś zarazisz. Stąpam po ciemnych schodach, przytrzymując się barierki. Tato zszedł szybciej, niosąc nasze rzeczy do samochodu. Już się nie boję ciemności panującej na klatce schodowej, ale strach przed światłem, którego smuga przebija się przez nieszczelne drzwi mieszkania dziadków, pozostaje we mnie na zawsze. Gdy wyjeżdżamy z Katowic, odwracam się i widzę w oddali diabelskie koło górujące nad wesołym miasteczkiem w Chorzowie. – fragment książki

Magda Huzarska-Szumiec– teatrolożka, pisarka i dziennikarka zajmująca się tematyką kulturalną. Redaktorka „Dziennika Literackiego”, publikuje m.in. na łamach „Strefy Kultury” tygodnika „Newsweek”, a także kieruje działem kultury w magazynie „Kraków i Świat”. W 2025 roku była nominowana do nagrody Grand Press w kategorii Wywiad. Otrzymała odznakę honorową Zasłużony dla Kultury Polskiej. Od lat interesuje się problematyką Holocaustu i postpamięci. Jest autorką książkiNiusia z listy Schindlera(Wielka Litera, 2024), opowiadającej o Niusi Horowitz-Karakulskiej, która jako dziewczynka przeżyła krakowskie getto oraz obozy koncentracyjne w Płaszowie i Auschwitz-Birkenau. Publikacja została wyróżniona tytułem Krakowskiej Książki Miesiąca.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 467

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Projekt okładkiKarolina Żelazińska-Sobiech

Redaktor prowadzącyDominik Leszczyński

RedakcjaŁukasz Klesyk

KorektaAnna Nalikowska, Alicja Laskowska

Copyright © by Magdalena Huzarska-Szumiec, 2026 Copyright © by Wielka Litera Sp. z o.o., Warszawa 2026

Żaden fragment tej książki nie może być wykorzystywany do szkolenia systemów sztucznej inteligencji.

ISBN 978-83-8360-349-0

Wielka Litera Sp. z o.o. ul. Wiertnicza 36 02-952 Warszawa

Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.

rodzinie

Przy stołach, już nakrytych do pierwszego śniadania,

siedziały poszczególne osoby, w różnych pozach,

oddzielone od siebie milczeniem.

THOMAS MANN, CZARODZIEJSKA GÓRA

Nie miałam pojęcia, że zatrzaskujące się tego dnia metalowe drzwi więzienia przy Montelupich otworzą przede mną bramę pamięci. Najpierw zaledwie na kilka centymetrów, wpuszczając do wnętrza smugę światła, która rozłoży się na drewnianej podłodze, tworząc jasny pas. Kiedy jednak pchnę tę bramę mocniej, światło przygaśnie – przykryje je zwiastująca burzę chmura.

Opowiem wam historię, która mi się przydarzyła, choć trudno mi w to uwierzyć. Opowiem historię, którą wyparłam ze świadomości i do której dzisiaj wracam, bo czuję, że to właściwy moment. Opowiem o człowieku, który sprawił, że po wielu latach postanowiłam cofnąć się w czasie i spróbować odpowiedzieć na dręczące mnie pytania. Wszystko, co mnie dotyczy w tej opowieści, znajduje odzwierciedlenie w rzeczywistości. Jednak losy pana Bolesława oparte są na jednej jedynej rozmowie, którą odbyliśmy dwadzieścia lat temu. I która nigdy się nie powtórzy. Choć pamiętam ją z najdrobniejszymi szczegółami, muszę uruchomić wyobraźnię, by zrekonstruować zdarzenia z życia tego starszego mężczyzny. Dlatego potraktujcie go jako postać fikcyjną, ducha, który pojawił się niespodziewanie i który dziś przeprowadzi mnie przez moją własną historię.

CZŁOWIEK, KTÓRY USIADŁNAPRZECIWKO MNIE

No więc zaczynam. Nazywam się Magda Huzarska-Szumiec. Mam fantastycznego męża, syna i pracę, którą uwielbiam. Jestem tak naprawdę szczęściarą, choć gdyby ktoś mi to powiedział tego dnia, kazałabym mu stuknąć się w czoło. To samo mam ochotę poradzić strażnikowi, który eskortuje mnie przez kolejne bramy i metalowe kraty aresztu śledczego przy Montelupich. Funkcjonariusz, zamiast regulaminowo prowadzić mnie przed sobą, pozwala mi oglądać swoje plecy. Ale za to co chwilę się odwraca, by skontrolować, czy nadążam. Ciekawe, co niby miałabym robić w tym długim, ciemnym korytarzu, mijając ponure drzwi celi. Zatrzymać się i odsłonić oko judasza, by popatrzeć sobie na osadzonych, jak mówi się w tutejszym żargonie o więźniach? A może miałabym stanąć przy zakratowanym oknie, przez które niewiele widać, bo wszystko zasłania smolisty brud, pamiętający chyba czasy c.k. monarchii, kiedy „Monte” było więzieniem garnizonowym stacjonujących w Krakowie wojsk zaborcy?

Będąc tu poprzednim razem, ośmieliłam się nawet głośno zauważyć, że czas się w tych murach zatrzymał i w zasadzie odrapane drzwi z metalowymi zasuwami można by pokazywać w muzeach. Uwaga była na tyle niestosowna, że oburzyła przydzielonego mi strażnika. Oświadczył z powagą na twarzy, iż areszt był niedawno remontowany i zamiast szukać dziury w całym, mogłabym przyjrzeć się ścianom, które pokrywa całkiem świeża farba.

Gdyby rzeczywiście była świeża, to może czułabym jej zapach, a nie wdzierający się do najgłębszych zakątków nozdrzy odór spoconych męskich ciał. Miesza się on z dymem papierosów, wiszącym pod sufitami niewietrzonych cel, i z wonią gotowanego w stołówce jedzenia, a dokładnie wrzucanych do wrzątku wieprzowych nóżek, które od zawsze budziły we mnie obrzydzenie. Czuję się tym smrodem oblepiona, dlatego za każdym razem po powrocie z więzienia długo stoję pod prysznicem.

Wypełniający korytarz odór sprawia, że się wzdrygam. Zagapiam się przez to i niemal nadeptuję na pięty strażnikowi, który zatrzymał się pod celą i walczy z zardzewiałym zamkiem. Kiedy udaje mu się w końcu go pokonać, każe mi wejść do środka i czekać. Bezczelnie przyglądam się jego mocno zarysowanej szczęce, zaciętym ustom i podejrzliwie spoglądającym małym oczom. Chyba nie chciałabym mieć z tym człowiekiem więcej do czynienia, choć sili się na uprzejmość. Zapewnia, że jego nieobecność nie potrwa długo, zaraz przyprowadzi osadzonego. Jestem jednak pewna, że nie będzie się spieszył – w jego głosie brzmią fałszywe nuty.

Cholera, w ogóle nie planowałam tu być i siedzieć na obrzydliwym metalowym krześle z paździerzowym siedziskiem, przy równie obrzydliwym metalowym stoliku. Zamierzałam obecnie znajdować się zupełnie gdzie indziej i robić coś kompletnie innego. I pewnie bym robiła, gdyby dziś rano nie zadzwoniła do mnie Justynka, sekretarka naczelnego, i zatroskanym głosem nie zakomunikowała, że szef chce mnie natychmiast widzieć.

Przecież mogłam nie podnosić słuchawki i sprawa rozeszłaby się po kościach. Naczelny rzadko opuszcza swój gabinet. Nie sądzę, że chciałoby mu się mnie szukać i w tym celu wspinać na drugie piętro willi przy ulicy Warneńczyka, do której niedawno przeprowadziła się redakcja „Gazety Krakowskiej”.

Ciężko opieram łokcie o biurko i – sama nie wiem po co – dyskutuję z Bogu ducha winną Justynką. Tłumaczę jej, że nie mam czasu, że za dwie godziny czeka mnie ważny wywiad, do którego muszę się przygotować. Ona cierpliwie wszystkiego wysłuchuje. Przez lata pracy w gazecie przyzwyczaiła się do marudzenia dziennikarzy, do tonowania całej palety emocji towarzyszącej pracy reporterów. Radzi mi jednak, żebym się pospieszyła, bo szef nie jest w najlepszym humorze, a do tego zamierza mnie chyba gdzieś wysłać, i to jak najszybciej. Gaszę więc komputer i zbiegam po trzeszczących schodach. Chcę mieć to już z głowy.

Gabinet naczelnego nie ma nic, co nadałoby mu jakikolwiek charakter. Prosty, długi stół, przy którym odbywają się kolegia, i zawalone papierami biurko z komputerem, którego monitor, a szczególnie jego stożkowaty kineskop, zajmuje niewyobrażalnie dużą przestrzeń. W pomieszczeniu unoszą się kłęby dymu, malowniczo układające się nad nieszczęsną paprotką. Nie wiadomo, jakim cudem ta rachityczna roślina utrzymuje się przy życiu. Zamiast ziemi ma warstwę popiołu, strzepywanego do doniczki z papierosów przez wszystkich palących redaktorów.

Sama palę, zwłaszcza w pracy. W dobrym tonie jest puścić dymka podczas burzliwej dyskusji albo ostentacyjnie zaciągnąć się przed wystukaniem na klawiaturze pierwszego zdania. W redakcji nie ma chyba osoby niepalącej albo takiej, która ma za sobą lata walki z nałogiem. Naczelny lubi powtarzać, że w całym budynku można by zawiesić siekierę. Mam wrażenie, że w jego głosie pobrzmiewa z tego powodu duma. Jakby chciał podkreślić, że ilość wprowadzonej przez dziennikarzy do płuc nikotyny przekłada się na jakość wydawanego przez niego pisma.

Czasami jednak stary ostentacyjnie rzuca palenie. To straszny moment dla jego współpracowników, szczególnie tych, którzy muszą bywać na porannych czy popołudniowych kolegiach. Redaktorzy cierpią wówczas męki, nie mogąc skryć się za wylatującymi z ust obłoczkami. Władek, szef działu miejskiego, nie kryje, że jak na dłoni widać wtedy brak pomysłów na tematy, które zelektryzowałyby czytelników.

Nie zdążę zapalić przed wejściem do gabinetu szefa, choć pewnie ułatwiłoby mi to przygotowanie jakiejś sensownej strategii. Postanawiam pójść na żywioł. Ktoś kiedyś powiedział, że najlepszą obroną jest atak, więc właśnie taką taktykę zamierzam przyjąć. Justynka widzi w moich oczach desperację, ale jej nie komentuje. Wchodzę z impetem, przerywając rozmowę, którą naczelny prowadzi z Przemkiem, swoim zastępcą, pochylając się nad szpiglem gazety. Podnosi znad niej głowę i wbija we mnie nieprzyjazne spojrzenie. Nie odmawia sobie przy tym wypowiedzenia przez zaciśnięte usta uwagi: słyszę, że jak się gdzieś wchodzi, to się puka.

Na razie nie daję się zbić z tropu i spokojnie mówię „dzień dobry”. Nie mam co czekać na uprzejmą odpowiedź czy inną reakcję, która ułatwiłaby mi sprawę. Normalnie naczelny westchnąłby teatralnie, pogładził się po wąsie, oświadczając, że ta Huzarska zawsze musi mieć efektowne wejście. Dziś nic takiego się nie dzieje, nie następuje nawet, wystrzeliwana zwykle z upodobaniem, seria złośliwych uwag pod adresem działu kultury, tych obiboków, poetów, którzy tylko udają, że pracują, a tak naprawdę łażą po bankietach i wernisażach, żeby się napić. Nie jest dobrze, nie zdążyłam przejąć piłki.

Naczelny jest w tym zdecydowanie lepszy. Wiem już, że nie odpuści ani mnie, ani moim kolegom. Widzę, że oberwę za wszystkich: za wiersze Józka, Adama, Wieśka, za obrazy Marka, a nawet za nagrodzoną niedawno powieść jego żony. Postanawiam dać mu się wykrzyczeć. Cierpliwie wysłuchuję tyrady o tym, co myśli o naszych przemądrzałych recenzjach i innych tekstach, których nikt nie czyta. To się jednak zmieni – oświadcza nieznoszącym sprzeciwu tonem. W gazecie będą od teraz same zbrodnie, im krwawsze, tym lepiej. I dużo sportu, bo o tym ludzie chcą czytać. Powoli przestaję wierzyć, że uda mi się cokolwiek powiedzieć. Tym bardziej że w tym momencie pada rozkaz. Mam natychmiast brać dupę w troki, cokolwiek to znaczy, i jechać na „Monte”. Jakiś więzień chce coś opowiedzieć na temat morderstwa w Nowej Hucie, a ja go wysłucham. O co dokładnie chodzi, wytłumaczy mi Mirek.

Stary aż się zasapał. Bierze głęboki wdech, nerwowo szukając zapalniczki. To jest mój moment, może teraz uda mi się przerwać ten słowotok i wytłumaczyć mu, że nie zamierzam jechać do żadnego więzienia, bo za chwilę mam umówioną bardzo ważną rozmowę. W Klinice Psychiatrii Dzieci i Młodzieży czeka na mnie pani profesor Maria Orwid. Niechętnie rozmawia z dziennikarzami, ale ze mną zgodziła się spotkać. Przekonałam ją, że sporo wiem o traumach ludzi, którzy przeszli przez obozy koncentracyjne. Interesują mnie też problemy ich dzieci i wnuków, którym nawet bezwiednie przekazują pamięć o swoich strasznych doświadczeniach. Jeszcze się o tym dużo nie mówi. Czuję, że złapałam ważny temat.

Naczelny słucha mnie przez chwilę, rysy jego twarzy wyostrzają się, a paczka papierosów wypada mu z ręki na podłogę. Musi się po nią schylić. To moja szansa na wytoczenie jeszcze mocniejszych dział, myślę. Ależ jestem naiwna! Rozdrażniłam lwa. Dziki ryk miesza się teraz z komendami, wydawanymi tonem kaprala musztrującego żołnierzy na placu apelowym. Koniec dyskusji. Nawet Przemek zaczyna wycofywać się na z góry upatrzoną pozycję. Wzrokiem pokazuje mi drzwi, przez które powinniśmy się ewakuować. Chyba ma rację. Zdaje się, że nic już nie wskóram.

Justynka podnosi się z krzesła i bacznie się nam przypatruje, usiłując wyczytać z naszych twarzy, co tym razem się stało. Owszem, czasami do sekretariatu dochodzą różne dźwięki, ale coś takiego rzadko się zdarza. Chyba ostatnio tak było, kiedy jeden z kolegów spóźnił druk gazety, bo stojąca pod biurkiem butelka pomyliła mu się z kombinacją klawiszy zapisujących idący na czołówkę artykuł.

Przemek siada na biurku Justynki i dostaje głupawki. Nie może przestać się śmiać, kiedy przypomina sobie minę starego w momencie, w którym zamierzałam wytłumaczyć mu, o co chodzi z przekazywaniem międzypokoleniowej traumy u ocalałych z Holocaustu Żydów. Śmieje się ironicznie i tłumaczy mi, dlaczego naczelny jest wkurwiony. Otóż ci z zarządu opierdolili go za jakieś słupki sprzedaży, które im się nie zgadzają.

Dodaje, że chyba powinnam jednak pojechać do tego więzienia. Poza tym rzeczywiście trzeba pomóc Mirkowi. Ma tyle roboty z kryminałkami, że już nie wyrabia, a Kostek i Marian poszli na urlop. Pytam Przemka, o co chodzi z tym bandziorem, ale on się średnio orientuje. Prowadzi dzisiaj gazetę, więc jest zadowolony, że będzie miał sensacyjną czołówkę.

– A badania Orwidowej rzeczywiście ciekawe – dodaje.

Radzi mi jednak, żebym do niej zadzwoniła i spróbowała przenieść wywiad. Na pewno znajdzie się dla niego miejsce w następnym numerze.

Powinnam go posłuchać, ale najpierw zapalę. Jestem wściekła, że nie rzuciłam w naczelnego czymś ciężkim. Ta dobrze wychowana dziewczynka ciągle we mnie siedzi. Muszę się w końcu z nią pożegnać. Podkradam Justynce jeden z przeznaczonych dla gości herbatników, kiedy otwierają się drzwi gabinetu naczelnego. Stary spogląda na mnie już całkiem spokojnie i zadowolony z siebie oświadcza, że od dziś dział kultury będzie działem rozrywki. Fajna nazwa. Jeżeli myśli, że dam się złapać na tę zmianę nastroju, to grubo się myli.

Na tarasie strzepuję z bluzki okruszki ciastka, zaciągam się mocno papierosem i idę zadzwonić do pani profesor. O dziwo, nie robi żadnej sprawy ze zmiany terminu. Spotkamy się za trzy dni, po jej wykładzie, i bez pośpiechu porozmawiamy. Kamień z serca. Już trochę spokojniejsza wchodzę do pokoju działu krajowego, gdzie pracuje Mirek. Zasadniczo lubię go, ale dzisiaj jestem poirytowana tym, że mam odwalać za niego robotę. Na dodatek nie wygląda na specjalnie zapracowanego. Siedzi w fotelu, popijając ze szklanki rozpuszczalną kawę i kartkując dzisiejszy numer gazety. Znowu skacze mi ciśnienie. Liczę do trzech i pytam, dlaczego sam nie pojedzie na „Monte”. Wskazuje tylko głową stos piętrzących się na biurku akt sądowych i odpowiada, że musi napisać duży tekst o zawikłanym procesie Tomasza P. Dodaje, jak gdyby nigdy nic, że moja rozmowa z oskarżonym świetnie go uzupełni.

No nie, tego już za wiele. To ma być jego tekst, a ja mam go tylko „uzupełnić”! Super, o niczym innym nie marzę – moje ego wchodzi w najwyższe rejestry. Zrezygnowana siadam na wytartym fotelu, służącym przeważnie jednemu z redaktorów do krótkich drzemek po spożyciu stosownej dawki wenotwórczych procentów. Jeszcze jest pusty, niewielu dziennikarzy dociera do redakcji o tak wczesnej porze. Powinni żałować, bo promienie porannego słońca, przebijając się przez okna starej willi, tworzą niezwykle malowniczą poświatę z krążącymi w powietrzu pyłkami kurzu. Ich widok koi moje nerwy. Przy okazji odsłaniają się plamy na obiciu fotela. Te pozostałości po rozlanych napojach układają się w zaskakująco równe kręgi, niczym z obrazów Fangora.

Nieświadomie wymawiam głośno nazwisko malarza. Mirek się ożywia. Chce wiedzieć, kto to taki. Powoli, akcentując każdą sylabę, wymawiam słowo „abstrakcjonista”. Nie mogę odmówić sobie drobnej złośliwości: dodaję, że ma prawo go nie znać, bo ostatnio nikt nie ukradł żadnego jego dzieła. Ulżyło mi nieco. Teraz łatwiej przez gardło przejdzie mi pytanie o przyjemniaczka, z którym mam rozmawiać w więzieniu.

Mirek przełyka uszczypliwość i pyta, czy pamiętam, jak dwa lata temu pisał o głośnym morderstwie w Nowej Hucie. No oczywiście, kochany, o niczym innym od tego czasu nie myślałam – mam ochotę odpowiedzieć, ale gryzę się w język. Chcę to jak najszybciej załatwić, tym bardziej że jest piątek i warto by wcześniej wrócić do domu. Słucham więc cierpliwie historii o czterech gościach, którzy pili na melinie. Zdaje się, że jakiś trefny alkohol, bo szybko się pospali. Tylko Tomasz P. był w miarę trzeźwy. Wyciągnął łom, zdzielił jednego z tych śpiących po głowie i zabrał mu trochę kasy.

– Rzeczywiście, brzmi fascynująco – mówię, ale Mirek nie zwraca na mnie uwagi i kontynuuje opowieść.

Delikwent dostał za to dwadzieścia pięć lat, niedawno skończył się proces. Jeszcze nie zdążyli go przewieźć z Montelupich do jakiegoś porządnego więzienia, a tu zjawia się facet i mówi, że to nie Tomasz P. zabił. (Trochę mnie to zainteresowało, acz nieprzesadnie). Facet twierdzi, że to on walnął gościa łomem. Sędzia raczej nie wierzy, że obudziły się w nim wyrzuty sumienia. Coś grubszego musi się za tym kryć.

– Może mafia kazała mu się przyznać? – zastanawia się Mirek, a mnie zaczyna cała ta sytuacja śmieszyć. Mam tak po prostu pójść do więzienia i wysondować, czy przypadkiem za Tomaszem P. nie stoi jakiś potężny boss, który chce go wyciągnąć na wolność? A może mam Mirkowi dostarczyć numer telefonu gangstera albo najlepiej adres stałego zamieszkania? Przez tyle miesięcy śledczy niczego od Tomasza P. nie wyciągnęli, ale mnie się na pewno uda. On tylko czeka, aż go odwiedzę, by mi się grzecznie wyspowiadać.

Moja ironia nie robi na Mirku wrażenia. Sprowadza mnie na ziemię i tłumaczy, zresztą nie bez satysfakcji, że mam Tomaszowi P. tylko podstawić pod nos dyktafon, do którego ładnie mi opowie, jak bardzo jest niewinny i jak niesłusznie trafił za kratki. To uatrakcyjni tekst, a szef będzie zadowolony. Wkurzam się na maksa. Mirek to widzi, ale spokojnie podnosi się z fotela, siada przed komputerem i nie zwracając już na mnie uwagi, zaczyna wpatrywać się w ekran.

Wychodząc, solidnie trzaskam drzwiami. Niepotrzebnie się unoszę. Przecież wiem, że czasami muszę zapłacić frycowe, by móc zajmować się tym, co mnie interesuje. Mogłam przecież nadal siedzieć w dziale miejskim i pisać o dziurach w jezdni. Naczelny dał mi szansę robić to, co lubię, i choć wkurza mnie jak diabli, to jestem mu wdzięczna. Nie, guzik prawda, w tym momencie nie odczuwam żadnej wdzięczności. Gdyby nie on, pewnie piłabym teraz kawę z profesor Orwid, próbując zrozumieć, co dzieje się w głowach potomków ludzi ocalałych z obozowego koszmaru. A może dowiedziałabym się, dlaczego ja sama miewam dziwne sny, w których bez ustanku powraca wojna. Zamiast tego tkwię w ponurej celi, czekając na rozmowę z Tomaszem P.

Strażnik wprowadza właśnie krępego mężczyznę w rozciągniętym dresie. Widać, że z niejednego pieca chleb jadł, a i pewnie nieraz używał wielkich jak bochny pięści. Kładzie je ostentacyjnie na stole, tuż przy leżącym już tam dyktafonie.

Trochę mnie to niepokoi. Nie wiem, czy akurat z tym człowiekiem chcę być w celi sama. Rozglądam się za strażnikiem, ale została po nim jedynie woń taniej wody kolońskiej. Pozostaje nadzieja, że mają tu jakąś kamerę i ktoś nas obserwuje. Tomasz P. nie zamierza marnować czasu. Wskazuje ręką na dyktafon i zapewnia, że wszystko mi opowie. Obawiam się, że zaraz sam go włączy. Chwila, chwila, muszę przejąć kontrolę nad sytuacją.

– Ciekawe, skąd pan wie, co mnie interesuje? – zwracam się do niego zaczepnie.

Nie mogę dać sobie wejść na głowę. Stanowczo żądam, by pamięcią wrócił do dnia, kiedy przyszedł z kumplami na melinę. Ma mi opowiedzieć, kto z nim tam był i o czym rozmawiali. W tej kolejności, bez zbędnych dygresji.

Mężczyzna zaczyna mówić, a ja udaję zainteresowanie. Jestem przekonana, że jego historia nie różni się niczym od tej, którą Mirek zna z akt sądowych. Od czasu do czasu dla przyzwoitości zadaję pytanie, a on od razu na nie odpowiada, jakby się go spodziewał. Kto wie, może ma więcej szarych komórek, niż mi się wydawało. Chyba jednak nie jest aż tak naiwny, by wierzyć, że ten wywiad może cokolwiek zmienić w jego sytuacji. Zależy mi tylko na tym, żeby opowiadał jak najkrócej. Dzięki temu nie będę musiała poświęcić zbyt wiele czasu na odsłuchanie nagrania. Kiedy dochodzimy do momentu, w którym mój rozmówca budzi się z alkoholowego uśpienia i widzi jednego ze swoich towarzyszy leżącego na podłodze w kałuży krwi, sięgam po dyktafon, by go wyłączyć. Facet jest rozczarowany, ma jeszcze sporo do dodania. Ale ja mam tylko jedno pytanie:

– Ostatecznie zabił pan tego człowieka czy nie zabił?

No i zaskoczenia nie ma. Oczywiście siedzi przede mną niewinny jak niemowlę, niesłusznie skazany świętoszek. Grzecznie mu dziękuję i pakuję swoje rzeczy do torebki. Rzucam jeszcze okiem na czas nagrania i już w głowie układam tekst, który zacznie się od tej kałuży krwi. Przemek będzie miał co wyciągnąć do tytułu. Na twarzy więźnia rysuje się zdziwienie. Ewidentnie liczył na dłuższą rozmowę. Poza protokołem, ze zwykłej ciekawości, chcę się dowiedzieć, skąd miał kasę, którą przy nim znaleziono. Odpowiedź, że od babci, ostatecznie kończy wywiad. Jednak miałam rację – niewiniątko.

Odwracam się i idę do wyjścia. Cela, wbrew temu, co mi się zdawało, wcale nie jest otwarta. Ci idioci naprawdę zamknęli mnie z człowiekiem skazanym za morderstwo. To niebywałe, myślę, rozglądając się za kamerą, do której mogłabym pomachać, żeby ktoś po mnie przyszedł. Pewnie gdzieś tu jest, tylko jej nie widzę. Nerwowo dobijam się do drzwi. Uchylają się dopiero po dłuższej chwili. Prawie rzucam się na stojącego w nich strażnika. On jednak nie rozumie, o co mi chodzi. Nie wygląda przecież na to, by coś mi się stało. Moje pytanie, dlaczego drzwi były zamknięte, ignoruje. Odpowiedź ma zastąpić tylko jedno słowo: „procedury”. Teraz także zamierza ich przestrzegać i w pierwszej kolejności odprowadzi więźnia. Ja mam czekać na oficera kulturalno-oświatowego, który chce się ze mną widzieć.

Świetnie, najlepiej zamknijcie mnie tu na zawsze – już chcę odburknąć. W tym momencie w drzwiach staje uśmiechnięty mężczyzna w cywilnej marynarce i podkoszulku. Ma w sobie coś ujmującego, wzbudza zaufanie. Takich ludzi raczej nie spotyka się w więziennych murach. Może dlatego, kiedy proponuje kawę, przechodzi mi złość i zgadzam się ją z nim wypić. Trochę kofeiny dobrze mi zrobi. Nie mogę liczyć na espresso, takich cudów to tutaj nie ma, ale mężczyzna zapewnia, że robi świetną sypaną. Był zresztą przygotowany, bo przyniesienie trzech szklanek w metalowych koszyczkach nie zajmuje mu wiele czasu. Już chcę zapytać, dla kogo to dodatkowe naczynie, gdy on uprzedza mnie pytaniem o przebieg rozmowy z Tomaszem P.

Co mam mu odpowiedzieć? Oczywiście, że poszło świetnie, a Tomasz P. jest niewinny niczym gołąbek pokoju. Oficer śmieje się, zapewniając, że to samo powie mi większość pensjonariuszy tego „sanatorium”. No może oprócz tego, co się ostatnio sam zgłosił i mówił, że zabił faceta z Huty. Biorę łyk kawy; nie tak smaczna, jak obiecywał, ale przynajmniej gorąca, a w celi jest zimno, ze szklanki unosi się para. Wymownie spoglądam na tę trzecią, która stoi samotnie na stole.

Mężczyzna odczytuje moje spojrzenie i tłumaczy, że jako oficer kulturalno-oświatowy organizuje dla osadzonych różne spotkania, a to z pisarzami, a to z aktorami. Ostatnio były nawet mikołajki dla dzieci aresztantów. „Gazeta Krakowska” o tym pisała. Nie przypominam sobie, ale na pewno poprawiliśmy wizerunek więzienia. Czy podobny cel spełni tekst o Tomaszu P.? Nie sądzę. Funkcjonariuszowi chodzi jednak o coś innego. Chce mi przedstawić starszego człowieka, który od dwóch lat przychodzi na „Monte” i czyta aresztantom swoje wiersze. Przyprowadził go kiedyś więzienny kapelan i tak już został.

Teraz następuje to, czego mogłam się spodziewać. Mężczyzna z jeszcze bardziej uwodzicielskim uśmiechem niż na początku prosi mnie, żebym z owym panem porozmawiała o poezji. A niech to diabli, po co ja dzisiaj wstawałam z łóżka?! Czy cały świat postanowił sprzysiąc się przeciwko mnie? Facet doskonale wie, że będzie mi teraz głupio wstać, odwrócić się na pięcie i zawołać strażnika. Tym bardziej że w drzwiach stoi już łysawy niski mężczyzna w szarej marynarce, rogowych okularach i z zeszytem pod pachą. Założę się, że są w nim wiersze i że nim zdążę się obejrzeć, wyfruną z kartek, by mnie zaatakować.

Ile już takich rzeczy czytałam... Za każdym razem muszę udawać, że są niezłe, by nie sprawić przykrości ich autorowi. Zresztą opracowałam już metodę wychodzenia bez szwanku z takich sytuacji: najlepiej poszukać w wierszu jednej przyzwoitej frazy i rozwodzić się przez chwilę nad jej zaletami, aż twórca uwierzy, że zrobiła na mnie wrażenie. Wtedy można odpuścić rozmowę o pozostałej części wiersza. Wystarczy jeszcze zapewnić, że niebawem wrócimy do tematu, i przenieść się na bezpieczny teren konwersacji o pogodzie lub nadchodzącym weekendzie.

Więzienny kaowiec zapewnia, że pan Bolesław – tak przedstawia starszego pana – wypije tylko z nami kawę i będziemy mogli spokojnie się rozejść, każde do swoich spraw. Na razie jednak człowiek stoi w drzwiach i patrzy na mnie zza okularów, jakbym mu kogoś przypominała. A może mi się zdaje. Dosyć tego – zrywam się z krzesła, podchodzę do niego z wyciągniętą dłonią, głośno wypowiadając swoje imię i nazwisko, i zapraszam go, by usiadł.

To funkcjonariusz powinien mnie przedstawić, ale on właśnie dyskretnie się wycofuje. Ciężko mu jednak przejść przez drzwi celi, bo pan Bolesław ciągle w nich stoi, jakby bał się wykonać jakikolwiek ruch. Mam wrażenie, że zaraz zapadnie się w sobie i zniknie. A ja, żeby tak się nie stało, znowu wykażę się brakiem asertywności i poświęcę mu czas. Na szczęście wiem, że nie wprzęgnę w to emocji, bo z nimi radzę sobie nieźle. Inaczej bym zwariowała, biorąc na siebie tragiczne historie ludzi, z którymi się spotykam.

Sadzam go przy stole i niemal siłą wyciągam od niego zeszyt. Ciekawe, większość poetów, którzy odwiedzają redakcję, nie ma oporów i bez zażenowania chwali się swoją twórczością. Jeden nawet wtargnął do naszego budynku i zanim ochroniarz zdążył go wyprowadzić, rozłożył na wszystkich biurkach tomiki swoich wierszy. Następnego dnia pojawił się znowu, i to z żądaniem nie tylko natychmiastowego druku jego poezji, ale też zapłacenia pieniędzy za nabyte – jak podkreślał – drogą kupna książki.

Ale człowiek, który usiadł naprzeciwko mnie, to nie ten przypadek. Podskórnie czuję, że tak łatwo się z tego nie wywinę, choć postanawiam być twarda. Jeśli chcę dzisiaj napisać ten nieszczęsny wywiad i wrócić w miarę wcześnie do domu, muszę się naprawdę pospieszyć. Serdecznym tonem proszę, żeby zarekomendował jeden z wierszy. On jednak milczy, patrzy na mnie przenikliwym wzrokiem, aż robi mi się głupio. Otwieram więc zeszyt i bezradnie przerzucam kartki. Po chwili w oczy rzuca mi się starannie wykaligrafowana pierwsza strofa wiersza, w której dostrzegam słowo „Przemyśl”. O jak dobrze, mam punkt zaczepienia.

Uśmiecham się i wyznaję, że tam się urodziłam. Wprawdzie za długo nie mieszkałam w tym mieście, bo rodzice wyprowadzili się do Rzeszowa, ale lubię do niego wracać, przysiąść nad Sanem, wspinać się po stromych uliczkach. Prowadzą na zamek i do zabytkowych kościołów. Zawsze mi się wydaje, że jest ich więcej niż w Krakowie. Pan Bolesław wciąż milczy. Dziwny człowiek. Jednak zamiast zadać mu jakieś pytanie, znowu spoglądam na wiersz. Głośno czytam tytuł, który nie ma nic wspólnego z moim pogodnym wspomnieniem o mieście na wzgórzach: W przemyskim getcie wariatka śpiewa zabitym.

Milknę i wpatruję się w siedzącego naprzeciwko mężczyznę, który – mam wrażenie – jeszcze bardziej się skulił. Jednak nie, nagle prostuje się jak struna i zaskakująco mocnym głosem zaczyna mówić. Jakby czytał w moich myślach, prosi, żebym uzbroiła się w cierpliwość i posłuchała jego historii. Nie mam chyba wyboru, zwłaszcza że, co tu kryć, ten człowiek coraz bardziej mnie intryguje. Biorę łyk kawy i patrzę wyczekująco.

Po pierwszych kilku zdaniach wiem, że nie ma daru snucia opowieści. Jego historia opiera się na suchych faktach, których nie stara się ubarwiać. Jakby wewnętrzny głos kazał mu wszystko z siebie wyrzucić, oczyścić się i dopiero wtedy złapać głębszy, życiodajny oddech. Zaczyna od samego początku. Podaje dzień i rok urodzenia. Potem dorzuca miejsce – Lwów. Szybko przenosimy się do czasu, gdy do miasta właśnie wkraczają Rosjanie, a on niedawno skończył osiem lat. Nikt mu nie tłumaczy, co się dzieje, ale słyszy niespokojne rozmowy rodziców. Nie wiedzą, czy tato dalej będzie mógł prowadzić swój bławatny sklep, który dotąd przynosił rodzinie niezłe dochody, gdyż lwowskie elegantki z upodobaniem kupowały w nim materiały sprowadzane z Paryża czy Wiednia. Przez pierwsze dni mają nadzieję, że będzie dobrze, ale niebawem sytuacja radykalnie się zmienia i ojciec musi opuścić sklepowy kantorek, by jako przedstawiciel klasy posiadającej nie wylądować na zesłaniu.

Żyją z oszczędności i pokątnego wyprzedawania tkanin, które udało się ojcu schować na strychu. Taki proceder jest niebezpieczny, ale na razie nikt nie doniósł na nich nowej władzy, NKWD o niczym nie wie. Panikę na twarzach rodziców Bolek widzi dopiero, kiedy do Lwowa wkraczają Niemcy. Mama za żadne skarby nie chce nosić opaski z gwiazdą Dawida, mimo że ojciec przekonuje ją, iż powinna – dla swojego bezpieczeństwa. Ale ona wierzy w to, że nie musi. Po pierwsze ma bardzo dobry wygląd, po drugie perfekcyjnie zna trzy języki – niemiecki, francuski, hiszpański. Dzięki nim świetnie radzi sobie w życiu. Zanim wyszła za mąż, była tłumaczką przysięgłą, a potem pomagała mężowi w kontaktach z zagranicznymi kontrahentami.

Kiedy zaczynają chodzić słuchy, że Żydzi mają trafić do getta, odmawia przeprowadzki. Zdaje sobie sprawę, że muszą opuścić mieszkanie, bo wszyscy dookoła ich znają i wiedzą, że są Żydami. Przekonuje męża, by przenieśli się do mieszkania służącej. Ojciec Bolka zgadza się na to, pod warunkiem że Stefa będzie dostarczała im jedzenie, a oni sami nie opuszczą domu, aż sytuacja się poprawi. Plan jest niezły, ale sprawdza się tylko do czasu. Za pomoc Żydom grozi kara śmierci. Na ulicach niemal codziennie dochodzi do egzekucji. Służąca ma prawo się bać. Już się dowiedzieli, że w getcie jest jeszcze gorzej. Nie ma co jeść, a Niemcy strzelają do Żydów pod byle pretekstem. Ojciec nie widzi innego wyjścia niż opuścić Lwów. W tym celu kontaktuje się z mieszkającą w Przemyślu przyjaciółką, która obiecuje im pomóc. Muszą tylko w jakiś sposób wydostać się z miasta. Bolek i jego mama nie mają semickich rysów, mogą więc pojechać pociągiem. Ojciec opłaci woźnicę, który schowa go w sianie, i tak dołączy do rodziny.

Panu Bolesławowi zaczyna drżeć głos, gdy opowiada o pożegnaniu z tatą, o tym, że tego dnia widzi go po raz ostatni. Oczywiście wyjazd ze Lwowa ukrytego w sianie Żyda okazuje się niemożliwy. Ojciec dobrowolnie idzie do getta, skąd zostaje wywieziony podczas wielkiej akcji przesiedleńczej.

W tym czasie matka z synem dojeżdża bez większego problemu do Przemyśla. Jednak napotkany na dworcu osiłek rozpoznaje w nich Żydów. Przez niego trafiają do getta. Tam jest strasznie, ale mama jakoś sobie radzi. Aż pewnego dnia znika. Chłopiec zostaje sam z obcymi ludźmi na długich dziesięć dni. W końcu pojawia się nieznajomy, który mówi, że pomoże mu przedostać się na aryjską stronę. Tłumaczy Bolkowi, że ma przejść przez most nad Sanem i dalej kierować się na Winną Górę. Tam, w domu, który dokładnie mu opisuje, czeka na niego mama. Chłopiec nie ma pojęcia, którędy iść, więc błąka się po ulicach dzielnicy Zasanie w poszukiwaniu czegoś, co choć trochę przypominałoby górę.

Jest bardzo głodny. Nagle czuje zapach świeżego pieczywa. Podąża za nim, aż znajduje się pod piekarnią zajmującą parter jednej z kamienic. Na jego widok piekarz zaczyna krzyczeć. Przerażony Bolek wpada do sieni i biegnie na pierwsze piętro. Widzi drzwi strychu, które się uchylają. Wychodzi przez nie kobieta, przyciskając do siebie ściągnięte ze sznura pranie. Bez słowa bierze go za rękę i pociąga za sobą, po czym dokładnie zamyka drzwi. W środku jest dziewczynka, mała, dwu- albo trzyletnia, pan Bolesław wnikliwie opisuje jej wygląd. A także matki dziecka. Potem szczegółowo przedstawia wnętrze mieszkania, w którym się znalazł.

W tym momencie zamieram. Stają mi przed oczami moja babcia i mama, która w tamtym czasie miała dwa lata. Rok temu obydwie odeszły, a ja wciąż nie mogę poradzić sobie ze śmiercią najbliższych mi kobiet. Teraz za sprawą obcego człowieka, z którym siedzę w ponurej więziennej celi, wracają. Jakby chciały przekazać mi wiadomość z zaświatów, zapewnić, że wciąż są przy mnie, i odsłonić skrawki przeszłości, która – jak wiele rzeczy w mojej rodzinie – była okryta tajemnicą.

Nieprawda, kłamię. Jestem tak poruszona tym, co słyszę, że nie stać mnie na żadną refleksję. Jak przez mgłę docierają do mnie słowa pana Bolesława. Z wdzięcznością wspomina moją babcię, która go nakarmiła i zaprowadziła do mamy. Z tego, co teraz mówi, przyswajam tylko nazwisko Marii Orwid. Mężczyzna jest jej pacjentem. To właśnie ona w ramach terapii kazała mu chodzić do więzienia i czytać wiersze.

Czyżby szef zafundował mi najdziwniejszy dzień w życiu? Nie mam w tej chwili siły zastanawiać się nad tym. Chcę jak najszybciej zaczerpnąć świeżego powietrza. Gwałtownie wstaję, podaję panu Bolesławowi rękę i oddalam się bez słowa. Na korytarzu szukam strażnika, który powinien się tu kręcić. Zniknął, tak jak oficer kulturalno-oświatowy. Trudno, sama muszę się stąd wydostać. Tylko że krata, którą szarpię, za nic nie chce się otworzyć. Normalnie przyjęłabym to ze zrozumieniem, w końcu jestem w więzieniu, teraz jednak nie myślę logicznie. Wpadam w panikę, miotam się.

Funkcjonariusz, eskortujący na drugim końcu korytarza jakiegoś mężczyznę, błyskawicznie reaguje. Biegnie do mnie, równocześnie wyciągając kajdanki i wołając kolegę na pomoc. W tym momencie na szczęście pojawia się mój strażnik. Krzyczy na mnie, nie przebierając w słowach, a ja nie protestuję. Co za idiotka mu się trafiła. Za chwilę dostałabym pałką, a potem wszystkie gazety pisałyby, jak służby więzienne traktują dziennikarzy. Mam natychmiast wyjść i najlepiej nigdy nie wracać. On już się postara, żeby dyrektor więzienia nie dał mi więcej przepustki. Wychodzę na parking i wsiadam do mojego pomarańczowego malucha. Wszystkie ruchy wykonuję automatycznie niczym dobrze zaprogramowany robot. Włączone przez przypadek wycieraczki mają w sobie więcej życia niż ja wciśnięta w fotel samochodu.

Nie jestem w stanie przypomnieć sobie, jak dojechałam do redakcji. Nie wiem też, jak napisałam ten nieszczęsny wywiad z mordercą. Tomasz P. mimo kolejnych apelacji wnoszonych przez jego adwokata nie został uniewinniony. Mężczyzna, który chciał za niego odsiedzieć karę, wcale nie był nasłany przez mafię. Ten pomysł zrodził się w głowie dziennikarza. Szybko odkryto, że ów człowiek ma problemy psychiczne o podłożu alkoholowym, i zamiast do więzienia trafił na przymusowe leczenie.

O panu Bolesławie zapomniałam. Dziwne? Teraz wiem, że nie. Wciąż pogrążona byłam w żałobie, a każde wspomnienie mojej mamy i babci sprawiało mi potworny ból. Później życie pędziło z zawrotną prędkością, mijały lata, a ja na długi czas zapomniałam o opowieści nieśmiałego mężczyzny poznanego na Montelupich.

W areszcie śledczym zmienili się strażnicy, wychowawcy, którzy pracowali pod koniec lat dziewięćdziesiątych, przeszli na emerytury i nic ich już nie łączy z więziennictwem. Choć ci, do których dotarłam, wciąż pamiętają cichego, starszego pana, który przychodził czytać więźniom swoje wiersze. Jednak żaden z nich nie potrafi przypomnieć sobie jego nazwiska. Gdyby w dzisiejszych czasach tak często odwiedzał areszt śledczy na Montelupich, pewnie zostałby po nim ślad w służbowych mailach, informacje o wydawanych przepustkach. Nie byłby już tylko duchem, który błąka się po zakamarkach pamięci kilku osób.

Żałuję, że nie powiedziałam mu wtedy, iż kobieta, która pomogła mu w Przemyślu, nazywała się Bronisława Krajewska. Ta mała dziewczynka to była jej córka Rysia – tak zwracali się do niej bliscy, choć naprawdę miała na imię Maria. Po wyjściu za mąż nosiła nazwisko Huzarska. Gdyby moja mama i babcia żyły, na pewno chciałyby poznać losy żydowskiego chłopca, który zagościł w ich domu. Tak pomyślałabym jeszcze jakiś czas temu. Teraz wiem, że nie. Szczególnie babcia Bronia byłaby przeciwna przypominaniu jej tej historii; sama nigdy o niej nie mówiła. Domyślam się dlaczego i nie bez znaczenia jest tu osoba mojego ojca. Ale też małomiasteczkowe środowisko, w którym żyła i w którym dla własnego dobra nie należało zbyt głośno wypowiadać słowa „Żyd”. Ja już nie muszę, mam nadzieję, mieć takich obaw. Dlatego zamierzam wam opowiedzieć tę historię. Historię, której głównym bohaterem jest pan Bolesław, lecz w której buduję mój dom od nowa.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki