Diabelska alternatywa - Frederick Forsyth - ebook + audiobook
Opis

Rok 1982. Świat w obliczu kryzysu, zagrożony wybuchem III wojny światowej. ZSRR brakuje ziarna, grozi mu klęska głodu na niespotykaną skalę. Kreml łakomym okiem spogląda na kraje Europy Zachodniej, rozważając uderzenie taktyczne nawet z użyciem broni nuklearnej. Sekretarz generalny KPZR potrzebuje 50 milionów ton amerykańskiego ziarna, aby nie dopuścić do zrealizowania tego scenariusza.

Tymczasem z rąk zamachowców ginie szef KGB. Zabójcy uciekają do Berlina Zachodniego, gdzie zostają ujęci. Ich mocodawca, fanatyczny Ukrainiec Andrew Drake, porywa norweski tankowiec Freya wiozący milion ton ropy i żąda uwolnienia swoich towarzyszy – inaczej skazi całe Morze Północne.

Prezydent USA staje przed „diabelską alternatywą” – każda jego decyzja może mieć fatalne następstwa. Adam Munro, brytyjski szpieg zainstalowany w Moskwie, jest jedynym człowiekiem mogącym rozwiązać kryzys i zapobiec katastrofie ekologicznej i wybuchowi nuklearnego konfliktu.

Ale i on nie jest pewny, po czyjej jest stronie...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 706

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


O książce

O KROK OD KATASTROFY EKOLOGICZNEJA MOŻE NAWET III WOJNY ŚWIATOWEJ

Świat stoi w obliczu kryzysu. Związkowi Radzieckiemu grozi klęska głodu na niespotykaną skalę. Zdesperowany Kreml rozważa uderzenie taktyczne na Europę Zachodnią – nawet z użyciem broni nuklearnej – żeby skłonić Stany Zjednoczone do pomocy.

Tymczasem zostaje zabity szef KGB, a zamachowcy uciekają do Berlina Zachodniego, gdzie zostają ujęci. Ich mocodawca, fanatyczny Ukrainiec Andrew Drake, porywa norweski tankowiec z milionem ton ropy na pokładzie i żąda uwolnienia swoich towarzyszy.

Prezydent USA staje przed „diabelską alternatywą”. Każda jego decyzja może mieć fatalne następstwa.

Jedynym człowiekiem mogącym rozwiązać kryzys i zapobiec katastrofie ekologicznej i wybuchowi konfliktu nuklearnego jest brytyjski szpieg, Adam Munro.

Tylko że nawet on nie jest pewny, po czyjej stoi stronie…

FREDERICK FORSYTH

Słynny pisarz i dziennikarz brytyjski. Mając 17 lat, wstąpił do RAF-u i uzyskał licencję pilota wojskowego. Dwa lata później porzucił służbę w lotnictwie na rzecz dziennikarstwa. W latach 1961-65 był korespondentem Reutera w Berlinie i Paryżu. W 1967 z ramienia BBC wyjechał do Biafry, skąd nadawał reportaże z wojny z Nigerią. Wyrzucony z pracy za rzekomą nieobiektywność, powrócił do Biafry jako wolny strzelec. Światową sławę przyniósł pisarzowi wydany w 1971 thriller Dzień Szakala. Ugruntowały ją kolejne powieści i zbiory opowiadań, m.in. Akta Odessy, Psy wojny, Diabelska alternatywa, Dezinformator, Ikona, Weteran, Mściciel, Afgańczyk, Kobra i Czarna lista. Łączny nakład książek Forsytha, uznanego za twórcę gatunku zwanego thrillerem polityczno-spiskowym, przekroczył sto milionów egzemplarzy. Wiele utworów Forsytha zostało przeniesionych na mały lub duży ekran. Do najgłośniejszych należy Dzień Szakala, film o próbie zamachu na generała de Gaulle’a.

www.frederickforsyth.co.uk

Tego autora

DZIEŃ SZAKALAAKTA ODESSYPSY WOJNYPASTERZDIABELSKA ALTERNATYWACZWARTY PROTOKÓŁDEZINFORMATORPIĘŚĆ BOGAIKONAWETERANMŚCICIELAFGAŃCZYKKOBRACZARNA LISTAWET ZA WET

Tytuł oryginału: THE DEVIL’S ALTERNATIVE

Copyright © Frederick Forsyth 1979All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c. 2014

© Copyright for the Polish translationby Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c. 2016

Redakcja: Jacek Ring

Zdjęcie na okładce: A S E F/Shutterstock

Projekt graficzny okładki: Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c.

ISBN 978-83-7985-321-2

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS ANDRZEJ KURYŁOWICZ S.C.Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.comFacebook.com/WydawnictwoAlbatros | Instagram.com/wydawnictwoalbatros

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Magdalena Wojtas, 88em

Frederickowi Stuartowi,który jeszcze nie wie

Prolog

Gdyby nie doskonały wzrok włoskiego marynarza, Maria, rozbitek zapewne nie dożyłby zmierzchu. Kiedy go dostrzeżono, był nieprzytomny. Pod wpływem bezlitosnego słońca jego niemal nagie ciało doznało oparzeń drugiego stopnia. Ta jego część, która znajdowała się w wodzie, zmiękła i zbielała od soli. Pokryła się liszajami i nabrzmiała, jak długo moczona skóra oskubanej, rozkładającej się gęsi.

Mario Curcio był kucharzem i stewardem na Garibaldim, starej, poczciwej i zardzewiałej krypie z Brindisi, odbywającej rejs na wschód w stronę przylądka Ince i dalej do Trabzonu — na północno-wschodnim krańcu wybrzeża Turcji.

Mario nie potrafiłby powiedzieć, dlaczego właśnie tego dnia — gdzieś pod koniec kwietnia 1982 roku — postanowił za burtę wyrzucić z wiadra obierki ziemniaków zamiast, jak zwykle, do zsypu na rufie. Zresztą nikt go o to nie pytał. Być może, po długim przebywaniu w dusznym i ciasnym kambuzie, chciał po prostu przez chwilę odetchnąć świeżym czarnomorskim powietrzem. Wyszedł więc na pokład. Podszedł wolno do prawej burty i cisnął śmieci w obojętne, spokojne tego dnia morze. Następnie chciał wrócić do przerwanych obowiązków. Zrobił dwa kroki, stanął i zmarszczył brwi. A potem raz jeszcze zawrócił i ponownie podszedł do relingu. Patrzył, mocno czymś zaintrygowany, jakby nie dowierzając własnym oczom.

Statek płynął kursem wschodnio-północnym, by ominąć przylądek Ince. Toteż gdy Mario, osłaniając oczy, patrzył wzdłuż relingu ku rufie, południowe słońce świeciło mu niemal prosto w twarz. Mimo to był pewien, że przed chwilą zobaczył coś kołyszącego się na szmaragdowych falach rozległej przestrzeni między statkiem a odległym od niego o dwadzieścia mil na południe brzegiem Turcji. Nie mógł już teraz z tego miejsca dostrzec ponownie widzianego przed chwilą obiektu. Przebiegł przez pokład rufowy i wspiął się po zewnętrznej drabince na skrzydło mostka kapitańskiego. Stamtąd spojrzał jeszcze raz. I wtedy zobaczył to znowu. Całkiem wyraźnie. Choć tylko przez ułamek sekundy, między przelewającymi się spokojnie górami wody. Odwrócił się i wpadł w znajdujące się tuż za nim otwarte drzwi sterówki z okrzykiem:

— Capitano!

Kapitan Vittorio Ingrao nie od razu dał się przekonać, bo Mario był prostym chłopakiem i nie potrafił zbyt jasno mówić. Ingrao miał jednak dość marynarskiej wiedzy i doświadczenia, by zdać sobie w końcu sprawę, że na dostrzeżonej przez Maria łodzi, której obecność na morzu potwierdzało echo na ekranie radaru, mógł znajdować się jakiś człowiek. Jego bezwzględnym obowiązkiem było w tej sytuacji natychmiast zawrócić statek i sprawdzić. Pół godziny zajęło kapitanowi wykonanie zwrotu i doprowadzenie Garibaldiego do łodzi dostrzeżonej wcześniej przez Maria. Teraz zobaczył ją także kapitan.

Niewielka łódka nieokreślonego typu miała niespełna cztery metry długości. Niezbyt szeroka, lekka, mogła z powodzeniem być jolką z jakiegoś statku. W jej przedniej części znajdowała się ławka, a w niej otwór na maszt. Ale masztu albo tam nigdy nie było, albo został źle zamocowany i wypadł za burtę. Podczas gdy Garibaldi z zastopowanymi maszynami kołysał się ciężko na fali, kapitan Ingrao oparł się o reling na mostku kapitańskim i obserwował, jak Mario z bosmanem Paolem Longhim wyruszyli w stronę łodzi motorową szalupą ratunkową. Ze swej wysokości mógł zajrzeć do wnętrza łódki, gdy została przyholowana bliżej statku.

Na jej dnie, w kilkucentymetrowej warstwie morskiej wody, leżał na plecach mężczyzna. Był wychudzony i wycieńczony. Zarośnięty i nieprzytomny. Głowę miał odwróconą na bok. Oddychał krótko, nierówno, z wyraźnym trudem. Kiedy wciągano go na pokład i dłonie marynarzy dotknęły jego piersi i ramion, z których zeszła skóra, jęknął kilkakrotnie.

Na Garibaldim była stale jedna wolna kabina — pozostawiona na coś w rodzaju izolatki, gdyby ktoś zachorował. Tam też umieszczono rozbitka. Mario na własną prośbę mógł opiekować się znalezionym mężczyzną. Natychmiast uznał rozbitka za swoją własność. Zupełnie jak mały chłopiec troszczący się o szczeniaka, którego uratował od śmierci. Poświęcił mu cały wolny od obowiązków czas. Bosman Longhi podał mężczyźnie morfinę, znajdującą się w apteczce wśród leków pierwszej pomocy, aby oszczędzić mu bólu. Następnie wraz z Mariem obaj zajęli się oparzeniami.

Jako Kalabryjczycy mieli sporo do czynienia z poparzeniami słonecznymi. Toteż przygotowany przez nich balsam mógł konkurować z najlepszymi na świecie. Mario przyniósł z kambuza miednicę pełną mieszaniny sporządzonej w równych proporcjach ze świeżego soku cytryn i octu winnego. Przyniósł też cienką bawełnianą szmatkę wyrwaną z poszewki i misę kostek lodu. Namoczywszy szmatkę w mieszaninie, owijał nią kilkanaście kostek lodu i taki zimny okład przykładał delikatnie do najbardziej poparzonych miejsc, gdzie promienie ultrafioletowe przeniknęły najgłębiej, powodując oparzenia prawie do kości. Ciało nieprzytomnego mężczyzny było tak rozgrzane, że w widoczny sposób parowało przy zetknięciu się z lodowatą leczniczą mieszaniną, która ochładzała najbardziej spalone słońcem miejsca. Mężczyzna dostał dreszczy.

— Lepsza gorączka i dreszcze niż śmierć od udaru słonecznego — powiedział do niego Mario po włosku. Poparzony i nadal nieprzytomny człowiek nie mógł go słyszeć. A gdyby nawet mógł, zapewne by go nie zrozumiał.

Tymczasem Longhi dołączył do swego kapitana, który na tylnym pokładzie oglądał wyciągniętą z morza łódkę.

— Jest coś? — zapytał bosman.

Kapitan Ingrao pokręcił przecząco głową.

— Przy tym facecie też nic nie ma. Ani zegarka, ani plakietki z nazwiskiem. Tylko para tanich gaci bez firmy. A brodę ma taką, jakby się dziesięć dni nie golił.

— Tu też nic nie ma — powiedział Ingrao. — Ani masztu, ani żagla, ani wioseł. Śladu żywności czy pojemnika na wodę. Nawet na łódce nie ma żadnej nazwy. Ale napis mógł się złuszczyć.

— Może to turysta z jakiegoś nadmorskiego kurortu, którego zniosło na pełne morze — rzekł Longhi.

Ingrao wzruszył ramionami:

— Albo rozbitek z jakiegoś małego frachtowca. Pojutrze będziemy w Trabzonie. Władze tureckie wyjaśnią to, kiedy facet odzyska przytomność i zacznie mówić. Na razie ruszamy dalej. Aha, trzeba jeszcze zadepeszować do naszego agenta w porcie i zawiadomić go o tym zdarzeniu. Na nabrzeżu powinna na nas czekać karetka pogotowia.

Dwa dni później rozbitek, jeszcze ciągle nie całkiem przytomny i niezdolny do mówienia, znalazł się pod dobrą opieką w małym miejskim szpitalu w Trabzonie.

W drodze z nabrzeża do szpitala marynarz Mario towarzyszył w karetce swemu rozbitkowi wraz z miejscowym agentem armatora i inspektorem portowej służby medycznej, który domagał się zbadania, czy trawiony gorączką mężczyzna nie jest zakaźnie chory. Po godzinie czuwania przy jego łóżku Mario pożegnał swego wciąż nieprzytomnego podopiecznego i powrócił na pokład Garibaldiego, żeby przygotować obiad dla załogi. Wszystko to działo się poprzedniego dnia. Wieczorem zaś, dzień później, stary włoski parowy tramp wypłynął z portu w dalszą drogę.

Nazajutrz przy łóżku rozbitka zjawił się mężczyzna w towarzystwie oficera policji i lekarza w białym fartuchu. Wszyscy trzej byli Turkami. Ale tylko jeden z nich — niski i krępy, ubrany po cywilnemu, mówił jako tako po angielsku.

— Wygrzebie się z tego — powiedział lekarz — jednak na razie jego stan jest nadal bardzo ciężki. Udar słoneczny. Oparzenia drugiego stopnia. Ogólne wycieńczenie i osłabienie ze względu na zbyt długie przebywanie w ekstremalnych warunkach. No i wygląda na to, że od kilku dni nie jadł.

— Co mu podajecie? — spytał cywil, wskazując na podłączone do obu rąk chorego przewody kroplówek.

— Sól fizjologiczną i stężony roztwór glukozy, żeby usunąć skutki wstrząsu i wzmocnić organizm — odparł lekarz. — Marynarze prawdopodobnie uratowali mu życie, robiąc zimne okłady na oparzone miejsca. My wykąpaliśmy go jeszcze w kalominie, żeby przyspieszyć proces gojenia. Reszta zależy teraz już tylko od Allaha i od niego samego.

Umit Erdal, wspólnik w Spółce Żeglugowo-Handlowej Erdala i Sermita, był przedstawicielem Lloyda w porcie trabzońskim. Jemu właśnie przekazał z ulgą sprawę rozbitka agent armatora Garibaldiego. W spalonej na ciemny orzech, zarośniętej twarzy chorego nastąpiła nagła zmiana. Poruszył powiekami. Erdal odchrząknął, pochylił się nad leżącym i odezwał się do niego swoją najlepszą angielszczyzną.

— Jak… się… pan… nazywa? — spytał wolno i wyraźnie.

Zapytany jęknął i kilkakrotnie poruszył głową. Agent Lloyda pochylił się jeszcze niżej nad leżącym, żeby móc go usłyszeć.

— Zdradzenyj — wymamrotał półprzytomnie chory — zdradzenyj…

Erdal się wyprostował.

— To nie Turek — powiedział z miną wyroczni — ale zdaje mi się, że nazywa się Zdradzenyj. To chyba jakieś słowiańskie nazwisko.

Obaj towarzyszący mu mężczyźni wzruszyli tylko ramionami.

— Poinformuję o tym centralę Lloyda w Londynie — rzekł Erdal. — Może będą coś wiedzieli o jakimś statku zaginionym na Morzu Czarnym.

„Lista Lloyda” jest czymś w rodzaju codziennie czytanego brewiarza i Pisma świętego światowego bractwa marynarki handlowej. Ukazuje się od poniedziałku do soboty włącznie. Zawiera redakcyjne wstępniaki i inne artykuły, wiadomości i komentarze na jeden tylko temat — żeglugi. Ponadto jest jeszcze żeglugowy katalog. Podaje bieżące dane o ruchach ponad trzydziestu tysięcy statków marynarki handlowej, pływających stale po wszystkich morzach świata. A wśród nich: nazwę statku, właściciela, banderę, rok budowy, tonaż oraz port wyjściowy i port docelowy ostatniego rejsu, o którym poinformowano Lloyda. Oba te organy prasowe towarzystwa są redagowane i wydawane w kompleksie jego budynków przy Sheepen Place w Colchester, na terenie hrabstwa Essex. Właśnie do tego ośrodka firmy Umit Erdal skierował swój codzienny teleksowy raport o ruchu statków, zawijających do portu w Trabzonie i wychodzących z niego. Tym razem dodał do niego jeszcze niewielką notatkę dla mieszczącego się w tym zespole budynków Działu Informacji Żeglugowej Lloyda.

Dział sprawdził w swoich rejestrach wypadków morskich, że w ostatnim okresie nie było doniesień o statkach zaginionych, zatopionych czy choćby opóźnionych na planowanych trasach po Morzu Czarnym, i przekazał otrzymaną notatkę sekretariatowi redakcji „Listy Lloyda”. Tutaj jeden z dyżurnych redaktorów wydania polecił zamieścić ją na tytułowej kolumnie, w rubryce krótkich doniesień ze świata, wraz z podanym przez rozbitka nazwiskiem. Informacja ukazała się już następnego dnia rano.

• • •

Większość czytających „Listę Lloyda” owego dnia, gdzieś pod koniec kwietnia, ledwie rzuciła okiem na zamieszczoną w niej krótką notatkę o niezidentyfikowanym człowieku w Trabzonie.

Ale właśnie ta informacja przyciągnęła uwagę pewnego mężczyzny lekko po trzydziestce, zatrudnionego jako urzędnik w jednej z zajmujących się frachtami firm maklerskich. Mężczyzna ów cieszył się dużym uznaniem i zaufaniem pracodawców. Jego firma mieściła się przy małej uliczce Crutched Friars w samym centrum londyńskiego City. Koledzy znali go jako Andrew Drake’a.

Drake przeczytał z wyraźnym zainteresowaniem treść notatki i wstał zza biurka. Opuścił gabinet i przeszedł do sali obrad zarządu firmy, gdzie wisiała oprawiona w ramy mapa świata z zaznaczoną cyrkulacją najważniejszych wiatrów i prądów morskich. Studiował ją uważnie. Okazało się, że wiosną i latem na Morzu Czarnym wieją przeważnie północne wiatry, a prądy utrzymują najczęściej kierunek przeciwny do ruchu wskazówek zegara. Począwszy od południowego wybrzeża Ukrainy, leżącego nad najbardziej na północny zachód wysuniętą częścią tego morza, płyną następnie w dół, wzdłuż wybrzeży Rumunii i Bułgarii, by znowu skręcić w kierunku wschodnim, prowadząc prosto na szlak żeglugowy łączący Stambuł z przylądkiem Ince.

Drake wykonał kilka obliczeń na kartce podręcznego notatnika. Mała łódka, wyruszająca z bagnistych obszarów ujścia Dniestru, mogła, przy sprzyjającym wietrze i korzystnym prądzie morskim, płynąć w kierunku południowym z szybkością około czterech, pięciu węzłów wzdłuż wybrzeży Rumunii i Bułgarii ku Turcji. Ale po trzech dniach zaczęłoby ją zapewne znosić w kierunku wschodnim coraz dalej od Bosforu, ku wschodnim krańcom Morza Czarnego.

Rubryka meteorologiczna i nawigacyjna „Listy Lloyda”, którą potem starannie przestudiował, potwierdziła przypuszczenia Drake’a, że przed dziewięcioma dniami panowała w tym rejonie zła pogoda. Akurat taka pogoda, która mogła sprawić, że mała łódź, prowadzona rękami niedoświadczonego żeglarza, przewróciła się na fali. Straciła maszt i całą zawartość. Usiłujący płynąć nią człowiek, jeśli nawet zdołał ją odwrócić i dostać się do niej z powrotem, był zdany całkowicie na łaskę słońca i wiatru.

Dwie godziny później Andrew Drake poprosił o wolny tydzień na poczet należnego mu urlopu. Wyrażono na to zgodę pod warunkiem, że rozpocznie urlop dopiero w następny poniedziałek, trzeciego maja.

Przez cały tydzień żył w stanie łagodnej ekscytacji, niecierpliwie oczekując, by dobiegł on końca. Tymczasem w pobliskiej agencji lotniczej kupił sobie powrotny bilet z Londynu do Stambułu. Postanowił również, że bilet na krajową linię Stambuł—Trabzon kupi na miejscu za gotówkę. Upewnił się także, że posiadacz brytyjskiego paszportu nie potrzebuje wizy tureckiej. A po wyjściu z biura załatwił sobie świadectwo szczepienia ospy w ośrodku medycznym British Airways na Dworcu Wiktorii.

Był podekscytowany, bo miał nadzieję, że jest to właśnie szansa, na którą czekał od lat. Może udało mu się nareszcie znaleźć takiego człowieka, jakiego od dawna szukał. W odróżnieniu od trzech mężczyzn, którzy dwa dni wcześniej stali przy łóżku rozbitka, on wiedział, z jakiego języka pochodzi i co naprawdę oznacza ukraiński wyraz zdradzenyj. Zdawał sobie sprawę, że nie jest to nazwisko tajemniczego mężczyzny, że półprzytomnie wymówił on w zapewne ojczystym języku słowo „zdradzony”. To mogło oznaczać, że ów człowiek jest zbiegłym dysydentem ukraińskim.

A Andrew Drake, mimo swego angielsko brzmiącego nazwiska, także był Ukraińcem — i to fanatycznym.

• • •

Po przybyciu do Trabzonu Drake zadzwonił natychmiast do biura Umita Erdala, którego nazwisko zdobył od jednego z przyjaciół pracującego u Lloyda. Powiedział mu, że wybiera się na urlop na tureckie wybrzeże, a ponieważ nie zna ani słowa w tym języku, może potrzebować pomocy. Erdal, zobaczywszy list polecający, w który Drake się zaopatrzył, nie pytał go już na szczęście, w jakim celu chce się zobaczyć z nieznanym rozbitkiem, przebywającym w miejscowym szpitalu. Teraz on z kolei napisał list polecający do dyrektora szpitala. Dzięki temu wkrótce po obiedzie Drake został wprowadzony do małej, mieszczącej tylko jedno łóżko separatki, w której leżał nieznajomy.

Miejscowy agent Lloyda zdążył go wcześniej uprzedzić, że rozbitek, chociaż odzyskał już przytomność, jest jeszcze nadal bardzo osłabiony i głównie śpi. A w krótkich chwilach kontaktu z otoczeniem nie powiedział jak dotąd ani słowa. Kiedy Drake wszedł do pokoju, chory leżał na wznak, z zamkniętymi oczami. Adrew Drake przysunął sobie krzesło i usiadł przy łóżku. Przez jakiś czas wpatrywał się w wynędzniałą twarz mężczyzny. Po kilku minutach powieki rozbitka drgnęły. Uniosły się nieco i opadły z powrotem. Czy spostrzegł wpatrującego się w niego uważnie gościa — Drake nie wiedział. Zdawał sobie jedynie sprawę, że interesujący go człowiek jest już bliski ponownego przebudzenia się. Powoli pochylił się nad nim i powiedział wyraźnie, prosto do ucha chorego:

— Szcze nie wmerła Ukraina.

Słowa te znaczą dosłownie: „Jeszcze Ukraina nie umarła”, ale w wolnym przekładzie oznaczają raczej, że „Ukraina żyje nadal”. Są to pierwsze słowa ukraińskiego hymnu narodowego, zakazanego przez rosyjskich władców, które rozpozna natychmiast każdy świadomy swej tożsamości narodowej Ukrainiec.

Chory otworzył szeroko oczy i popatrzył uważnie na Drake’a. Po kilku sekundach zapytał go po ukraińsku:

— Kim jesteś?

— Ukraińcem, jak ty — odpowiedział Drake.

W oczach nieznajomego pojawił się cień nieufności.

— Zdrajca? — zapytał podejrzliwie.

Drake pokręcił głową.

— Nie — odparł spokojnie. — Mam brytyjskie obywatelstwo. Urodziłem się tam i wychowałem. Jestem synem Ukraińca i Angielki. Ale w głębi serca czuję się Ukraińcem, tak samo jak ty.

Leżący w łóżku mężczyzna patrzył z uporem w sufit.

— Mógłbym pokazać ci mój paszport wydany w Londynie, ale to by niczego nie dowodziło. Jakiś czekista mógłby wylegitymować się takim paszportem, gdyby chciał cię podejść. — Drake rozmyślnie użył starego określenia funkcjonariuszy radzieckiej policji politycznej, do dziś używanego potocznie wobec pracowników KGB. — Ale nie jesteś już na Ukrainie. I czekistów tu nie ma — przekonywał go dalej Drake. — Nie zniosło cię na wybrzeże Krymu ani południowej Rosji czy Gruzji. Nie wylądowałeś także w Rumunii ani w Bułgarii. Wyłowił cię włoski statek i wysadził na ląd tutaj, w Trabzonie. Jesteś w Turcji. Jesteś na Zachodzie. Udało ci się.

Oczy nieznajomego zwróciły się teraz znowu ku jego twarzy, ożywione i błyszczące. Po ich wyrazie widać było, że bardzo chce uwierzyć w to, co usłyszał.

— Czy możesz się podnieść i wstać? — spytał Drake.

— Nie wiem — odrzekł mężczyzna.

Drake wskazał głową na okno, które znajdowało się po przeciwnej stronie małego szpitalnego pokoiku i zza którego dobiegały odgłosy ruchu ulicznego.

— Spróbuj podejść do okna i wyjrzeć — powiedział do chorego. — KGB mogłoby przebrać cały personel szpitalny za Turków. Ale nie mogłoby przecież zmienić wyglądu całego miasta tylko po to, by oszukać jednego człowieka. Zresztą wystarczyłoby trochę tortur, żeby wydobyć z ciebie zeznania, gdyby o to chodziło. No więc jak, dasz radę?

Z pomocą Drake’a rozbitek dowlókł się z trudem do okna i wyjrzał na ulicę.

— Samochody, które widzisz, to austiny i morrisy importowane z Anglii — wyjaśniał Drake — peugeoty z Francji, a volkswageny z Niemiec Zachodnich. Napisy na tablicach informacyjnych, szyldach i ogłoszeniach są w języku tureckim. Na wprost masz reklamę coca-coli.

Mężczyzna przycisnął wierzch dłoni do ust nerwowym ruchem, bezwiednie przygryzając kostki palców. Gwałtownie, niedowierzająco, zamrugał.

— Udało mi się — powiedział.

— Tak, to prawdziwy cud, ale ci się udało.

— Nazywam się Myrosław Kamynski — zaczął mówić rozbitek po powrocie do łóżka. — Pochodzę z Tarnopola. Byłem przywódcą siedmioosobowej grupy ukraińskich bojowników.

Przez całą następną godzinę płynęła jego opowieść. Kamynski, wraz z sześcioma kolegami z rejonu Tarnopola, niegdyś jednego z ognisk ukraińskiego nacjonalizmu, gdzie jeszcze do dziś żarzą się jego zarzewia, postanowili podjąć akcje odwetowe przeciwko bezwzględnemu programowi rusyfikacji. Nasiliła się ona w latach sześćdziesiątych. A w siedemdziesiątych i na początku następnej dekady zaczęła wkraczać w fazę ostatecznej likwidacji całych dziedzin kultury, języka i świadomości narodowej. W ciągu sześciu miesięcy, za pomocą przemyślnie zastawionych pułapek, wyeliminowali dwóch sekretarzy partii niższego szczebla, Rosjan narzuconych Tarnopolowi przez Moskwę. I jednego tajnego agenta KGB. Potem doszło do zdrady.

Ten, kto zdradził, zginął tak samo jak pozostali, pod gradem kul, gdy oddział specjalny KGB z zielonymi naszywkami na mundurach otoczył wiejską chatę, w której grupa zebrała się, by zaplanować następną akcję. Uratował się tylko Kamynski. Uciekał, niczym zwierzę, przez okoliczne zarośla. Za dnia krył się w stodołach i lasach. Nocą zaś szedł coraz dalej na południowy wschód, w kierunku wybrzeża, z mglistą nadzieją, że uda mu się dostać na jakiś zachodni statek.

Ale dotarcie w pobliże portu w Odessie okazało się niemożliwe. Żywiąc się surowymi ziemniakami i rzepą prosto z pól, Kamynski ukrywał się na bagnistym obszarze ujścia Dniestru, na południowy zachód od Odessy. W końcu, przechodząc w nocy przez jakąś małą wioskę rybacką, leżącą nad samym rozlewiskiem rzeki, znalazł i ukradł małą łódkę z masztem i niewielkim żaglem. Nigdy przedtem nie żeglował i nie miał pojęcia o morzu. Próbował poradzić sobie równocześnie z żaglem i sterem — trzymając się ich kurczowo i modląc się przez cały czas. Zdołał jednak poprowadzić łódź z wiatrem, na południe, kierując się położeniem gwiazd i słońca.

Tylko dzięki niewiarygodnemu szczęściu i czystemu przypadkowi udało mu się uniknąć spotkania z kutrami patrolowymi przemierzającymi regularnie cały obszar przybrzeżnej strefy granicznej ZSRR i z licznymi w tym rejonie łodziami rybackimi.

Łupinka, którą płynął, prześlizgnęła się niezauważona przez jakąś lukę w gęstej sieci namiarów służby radarowej ochrony wybrzeża jak cienka drewniana drzazga, przedostając się w ten sposób przez przysłowiowe ucho igielne. A potem wydostał się całkowicie poza pas wód terytorialnych i zagubił gdzieś pomiędzy Rumunią a Krymem. Na pełnym morzu, z dala od szlaków żeglugowych, o których istnieniu i położeniu nic zresztą nie wiedział.

Sztorm nadszedł nieoczekiwanie i zaskoczył go całkowicie. Nie umiał w porę zrefować żagla i łódź się wywróciła. Ostatkiem sił trzymał się kurczowo przez całą noc jej odwróconego kadłuba. Dopiero gdzieś nad ranem udało mu się ją z powrotem postawić i wczołgać się do środka.

Stracił wszystko, co było w łodzi. Ubranie, które zdjął przed wieczorem, żeby się nieco ochłodzić nocnym wiatrem po upalnym dniu, kilka surowych ziemniaków i niezamkniętą butelkę po lemoniadzie, zawierającą nieco słodkiej wody — cały zapas żywności. Żagiel i ster. Prawdziwe cierpienia nadeszły jednak wkrótce po świcie, kiedy zaczął mu doskwierać narastający coraz bardziej upał. Dopiero na trzeci dzień po pamiętnym sztormie przyszła zbawienna utrata przytomności. Kiedy ją odzyskał, leżał w jakimś szpitalnym łóżku. W całkowitym milczeniu znosił ból oparzeń. Słuchał uważnie rozmów prowadzonych, jak mu się zdawało, po bułgarsku. Przez sześć dni nie otwierał oczu ani ust.

Drake chłonął jego słowa z rosnącym sercem. Po wysłuchaniu rozbitka miał już absolutną pewność, że udało mu się znaleźć właśnie takiego człowieka, na jakiego czekał całe lata.

Widząc, że Kamynski zdradza objawy wyczerpania, powiedział:

— Pojadę do Stambułu, żeby spotkać się z konsulem szwajcarskim. Spróbuję uzyskać od niego dla ciebie tymczasowe dokumenty podróżne, wystawiane przez Czerwony Krzyż. Jeśli uda mi się to załatwić, prawdopodobnie będę mógł zabrać cię do Anglii. Na razie przynajmniej z wizą pozwalającą na pobyt tymczasowy. A potem postaramy się o przyznanie ci azylu. Wrócę za kilka dni.

Już przy drzwiach zatrzymał się jeszcze na chwilę.

— Zdajesz sobie chyba sprawę z tego, że nie możesz tam teraz wrócić — powiedział do Kamynskiego. — Ale ja, z twoją pomocą, będę mógł to zrobić. A o to właśnie mi chodzi. Tego zawsze chciałem.

• • •

Andrew Drake musiał pozostać w Stambule dłużej, niż początkowo planował. Dopiero szesnastego maja mógł powrócić do Trabzonu z dokumentami podróżnymi dla Kamynskiego. Przedłużył sobie urlop. Wymagało to jednak długiej rozmowy telefonicznej z Londynem. A nawet kłótni z młodszym wspólnikiem brokerskiej spółki, w której pracował. Ale sprawa, którą się zajmował, była tego warta. Był już bowiem pewien, że za pomocą Kamynskiego zrealizuje swój jedyny wielki życiowy plan.

Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich, podobnie jak przedtem carskie imperium, mimo imponującego, monolitycznego wrażenia, jakie robi, widziany z zewnątrz ma dwie pięty achillesowe. Jedną z nich stanowi problem wyżywienia dwustu pięćdziesięciu milionów obywateli. Druga jest eufemistycznie nazywana „kwestią narodowościową”. W piętnastu republikach związkowych, którymi rządzi Moskwa, stolica ZSRR i Rosyjskiej Federacyjnej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej (RFSRR), żyje kilkadziesiąt dających się wyodrębnić narodowości nierosyjskich.

Najliczniejszym spośród tych nierosyjskich narodów i prawdopodobnie najbardziej świadomym swej odrębności są Ukraińcy. W 1982 roku ludność RFSRR liczyła tylko sto dwadzieścia z dwustu pięćdziesięciu milionów mieszkańców ZSRR. Na drugim miejscu pod względem znaczenia ekonomicznego i liczebności znajdowała się Ukraińska SRR, z siedemdziesięcioma milionami mieszkańców. Jest to jeden z powodów, dla których zarówno pod rządami carów, jak i później pod rządami kolejnych biur politycznych Ukraina była przedmiotem szczególnej uwagi i przemyślanej polityki rusyfikacyjnej.

Drugi powód związany jest z historią Ukrainy. Dzieliła się ona na Galicję Wschodnią, Ukrainę słobodzką oraz uprzemysłowioną część wschodnią — i to okazało się fatalne. Część wschodnia, od wieków okupowana przez imperium carskie, uległa silnej rusyfikacji. Galicja Wschodnia, która należała do monarchii austro-węgierskiej, zbliżyła się duchowo i kulturalnie do tradycji Zachodu znacznie bardziej niż cała reszta Związku Radzieckiego, może z wyjątkiem krajów bałtyckich, które jednak są zbyt małe i zbyt słabe, by stawić opór rusyfikacji. Ukraińcy są katolikami, unitami, ale mają też Cerkiew autokefaliczną. Ich literatura i kultura są starsze niż tradycje kulturalne rosyjskich najeźdźców z północy.

W 1918 roku, wraz z upadkiem monarchii austro-węgierskiej, zachodni Ukraińcy rozpaczliwie próbowali utworzyć własne państwo. Jednak — w odróżnieniu od Czechów, Słowaków czy Węgrów — nie udało im się to, a w 1919 roku Galicja Wschodnia została przyłączona do Polski. W 1941 roku Niemcy wkroczyli na teren Ukrainy. Nastąpiło wówczas gwałtowne i szalone pomieszanie nadziei, obaw i lojalności. Część, lojalna wobec Moskwy, liczyła na ustępstwa i liberalizację polityki narodowej za cenę podjęcia walki przeciwko Niemcom. Inni równie naiwnie i niesłusznie sądzili, że szansą na utworzenie wolnej Ukrainy jest porażka Moskwy przy poparciu Berlina, i wstępowali do Dywizji Ukraińskiej, która w niemieckich mundurach walczyła przeciwko Armii Czerwonej. Jeszcze inni, jak ojciec Kamynskiego, uciekali w Karpaty i jako partyzanci walczyli najpierw z jednym, potem z drugim najeźdźcą. Później znowu z tym pierwszym. Wszyscy jednak przegrali. Wygrał jedynie Stalin. I przesunął granice swego imperium na zachód aż po Bug, który stał się nową wschodnią granicą Polski. Cała Ukraina znalazła się pod rządami nowych władców — Biura Politycznego KPZR. Ale stare marzenia przetrwały i żyły nadal. Poza krótkim okresem odwilży w ostatnim okresie rządów Chruszczowa program zmierzający do zupełnego zdławienia tendencji narodowowyzwoleńczych ulegał stałej stopniowej intensyfikacji.

Stepan Dracz, student z Równego, zaciągnął się do Dywizji Ukraińskiej. Należał do nielicznych szczęśliwców. Przeżył wojnę, a w 1945 roku dostał się w Austrii do niewoli brytyjskiej. Wysłany do pracy na farmie w Norfolku, jako przymusowy robotnik zostałby z pewnością odesłany do ZSRR i rozstrzelany przez NKWD w 1946, zaraz po powrocie, zgodnie z potajemnym porozumieniem zawartym przez brytyjskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych, a także amerykański Departament Stanu w sprawie wydania na łaskę i niełaskę Stalina dwóch milionów znajdujących się w rękach zachodnich aliantów „ofiar Jałty”.

Ale Dracz i tym razem miał szczęście. W stogu siana, gdzieś w hrabstwie Norfolk, dopadł dziewczynę z pomocniczej służby rolnej. Dziewczyna zaszła w ciążę, potem nastąpił ślub. Dzięki temu sześć miesięcy później, ze względu na „szczególne okoliczności” losowe, Stepanowi oszczędzono obowiązkowej repatriacji i pozwolono pozostać w Anglii. Zwolniony z przymusowej pracy na farmie, wykorzystał swe umiejętności i wiedzę radiooperatora, nabyte w czasie służby w wojsku, i otworzył mały radiowy warsztat naprawczy w Bradford, będącym skupiskiem trzydziestu tysięcy Ukraińców mieszkających w Wielkiej Brytanii. Pierwsze dziecko zmarło tuż po urodzeniu. Drugie urodziło się w 1950 roku. Był to syn, któremu dano na chrzcie imię Andrij.

Andrij uczył się ukraińskiego na kolanach ojca. Ale uczył się od niego nie tylko języka. Ojciec opowiadał synowi o swojej ziemi, o rozległych przestrzeniach i o widokach Karpat i Podola. Wśród tych opowieści wchłaniał też ojcowską nienawiść do Rosjan. Ojciec zginął w wypadku samochodowym, kiedy chłopiec miał dwanaście lat. Matka, zmęczona ciągnącymi się w nieskończoność wieczorami wspomnień przy kominku, spędzanymi w towarzystwie męża i jego przyjaciół wygnańców, mówiących wyłącznie o przeszłości w języku, którego nigdy nie rozumiała, zmieniła wkrótce ich nazwisko na całkiem angielsko brzmiące Drake. A nadane chłopcu imię Andrij na Andrew. W szkole i na uniwersytecie chłopak występował już jako Andrew Drake. Na nazwisko Drake wystawiono też jego pierwszy paszport.

Jego uczucia patriotyczne odżyły, gdy dobiegł dwudziestki. Studiował wówczas na uniwersytecie wraz z wieloma innymi Ukraińcami i szybko odzyskał biegłą znajomość ojcowskiego języka. Było to w końcu lat sześćdziesiątych. Krótki renesans ukraińskiej literatury i sztuki w kraju dawno już minął. Liczni ukraińscy twórcy narodowi wykonywali wówczas niewolniczą pracę w gułagach. Z opóźnieniem przyswajał sobie więc Andrew wiedzę o tych wydarzeniach i o tym, co się potem stało z pisarzami tamtych czasów.

Na początku lat siedemdziesiątych znał już właściwie całą literaturę ukraińską. Klasykę Tarasa Szewczenki i tych, którzy pisali w krótkim okresie rozkwitu kultury ukraińskiej za czasów Lenina, stłumionym potem i wymazanym z oficjalnego obiegu w czasach stalinowskich. Przede wszystkim czytał jednak twórców z lat sześćdziesiątych, nazywanych szestydesjatnyky, dlatego że właśnie w tym okresie doprowadzili do ponownego, trwającego zaledwie kilka krótkich lat, lecz znaczącego rozkwitu tej literatury, dopóki Breżniew nie uderzył znowu, by zdeptać rosnącą narodową dumę, o którą walczyli.

Czytał Osdaczego, Czornowiła, Moroza i Dziubę — i bolał nad ich losem. A kiedy jeszcze przeczytał wiersze i sekretny dziennik Pawła Symonenki, młodego zapaleńca, który zmarł na raka w wieku dwudziestu ośmiu lat i stał się obiektem kultu ukraińskich studentów w ZSRR, postanowił oddać się bez reszty sprawie swego kraju, którego dotąd nigdy nawet nie widział.

Głębokiej miłości do kraju nieżyjącego ojca towarzyszyła rosnąca niechęć i nienawiść do tych, których uważał za jego ciemiężycieli. Z zapartym tchem pochłaniał podziemne pisma wydawane przez ukraińskich dysydentów i przemycane za granicę. Zwłaszcza „Głos Ukrainy”, przynoszący relacje o losach wielu nieznanych, żyjących w ciężkich warunkach i zapomnieniu działaczy, którzy nie zdobyli takiego rozgłosu, jak bohaterowie wielkich moskiewskich procesów: Daniel, Siniawski, Orłow i Szczaranski. Wraz z każdym nowym szczegółem, wyczytanym w tych relacjach, rosło w nim uczucie nienawiści. Aż w końcu całe zło świata utożsamiło się w świadomości Andrija Dracza ze złowrogim skrótem KGB.

Miał jednak dość poczucia realizmu, żeby uniknąć popadania w prymitywny, skrajny nacjonalizm starszych uchodźców oraz istniejące wśród nich podziały i animozje między Ukraińcami wschodnimi i zachodnimi. Odrzucał też zaszczepiony głęboko w ich świadomości antysemityzm. Wolał uznawać dzieła Gluzmana, syjonisty i ukraińskiego nacjonalisty zarazem, za prace swego rodaka — Ukraińca. Przyglądając się uważnie społeczności ukraińskich uchodźców mieszkających w Wielkiej Brytanii i w Europie, wyróżniał w niej cztery grupy: orędowników językowego nacjonalizmu, którym wystarcza, że mówią i piszą w ojczystym języku, kawiarnianych nacjonalistów — wiecznych dyskutantów, gadających całymi dniami, ale nierobiących absolutnie nic dla sprawy kraju; malarzy narodowych haseł, których działalność irytowała tylko gospodarzy wszędzie tam, gdzie mieszkali emigranci, ale nie szkodziła zupełnie „imperium zła”, i wreszcie aktywistów, urządzających demonstracje podczas wizyt moskiewskich dygnitarzy, starannie fotografowanych przez Wydział Specjalny, który zakładał im teczki, i cieszących się z tego powodu specyficzną, krótkotrwałą popularnością.

Drake odrzucał wszystkie te grupy i postawy. Trzymał się od nich z daleka. Pozostawał spokojnym, lojalnym obywatelem brytyjskim. Przybył na południe Anglii, do Londynu, i podjął pracę urzędnika. Jak wielu ludzi wykonujących ten zawód, i on miał swoją wielką pasję, starannie skrywaną przed kolegami. Pochłaniała ona wszystkie jego oszczędności, cały wolny czas, każdy urlop. Powoli skupił wokół siebie małe grono ludzi, którzy żywili podobne uczucia. Wyszukiwał ich starannie. Potem długo obserwował. Spotykał się z nimi i zaprzyjaźniał stopniowo. Składał wspólne przysięgi i przyrzeczenia. Zalecał cierpliwe czekanie na odpowiednią chwilę.

Andrij Dracz miał bowiem swoje ukryte marzenie i, jak mawiał T.E. Lawrence, był niebezpieczny, gdyż „śnił na jawie — z otwartymi oczami”. Marzył, że któregoś dnia on właśnie wymierzy moskiewskim władcom Ukrainy cios, który wstrząśnie nimi tak, jak nic dotychczas.

Spełnienie tego marzenia stawało się o jeden krok bliższe dzięki Kamynskiemu. Kiedy samolot lądował ponownie w Trabzonie, Drake był już zdecydowany.

• • •

Myrosław Kamynski spoglądał na Drake’a z wyrazem niezdecydowania na twarzy.

— Naprawdę nie wiem, Andrij. Po prostu nie wiem. Mimo tego, co dla mnie zrobiłeś. A zrobiłeś przecież tak wiele. Nadal nie wiem jednak, czy mogę ci aż tak bardzo zaufać. Przepraszam, ale już chyba nie potrafię inaczej. Żyłem przecież dotąd przez cały czas w takich warunkach, że rozumiesz chyba, dlaczego nikomu nie ufam.

— Posłuchaj, Myrosław. Mógłbyś znać mnie przez następne dwadzieścia lat i nie wiedzieć o mnie nic ponad to, co wiesz już dzisiaj. Wszystko, co ci o sobie powiedziałem, jest prawdą. Jest też oczywiste, że skoro ty nie możesz wrócić do kraju, powinieneś pozwolić mnie tam jechać zamiast ciebie. Ale muszę mieć tam jakieś oparcie, kontakty. I jeśli tylko znasz kogoś, kogokolwiek, kto mógłby, kto chciałby…

Kamynski w końcu zgodził się mu pomóc.

— Jest jeszcze tam dwóch moich ludzi. Nie wpadli razem z innymi, kiedy rozbito moją grupę, bo tylko ja o nich wiedziałem. Poznałem ich dopiero kilka miesięcy wcześniej.

— Ale czy to na pewno Ukraińcy i bojownicy naszej narodowej sprawy? — dopytywał się niecierpliwie Drake.

— Tak, to Ukraińcy. Ale nasza narodowa sprawa nie stanowi dla nich najważniejszej motywacji do walki. Należą do innego narodu, który także wiele wycierpiał. Ich ojcowie, podobnie jak mój, siedzieli przez dziesięć lat w łagrach, chociaż z innego powodu. Są Żydami. Ale równocześnie są też ukraińskimi nacjonalistami.

— Ale… czy naprawdę nienawidzą Moskwy? Czy pomogliby mi zorganizować akcję przeciwko Kremlowi?

— Tak, nienawidzą Moskwy — odpowiedział Kamynski. — Tak samo jak ty czy ja. Ich główną inspiracją jest, jak sądzę, program Ligi Obrony Żydów. Dużo o niej słyszeli przez radio. Ich koncepcja walki jest też chyba podobna do naszej. Nie chcą dłużej biernie znosić prześladowań i przewidują podjęcie akcji odwetowych.

— W takim razie koniecznie muszę nawiązać z nimi kontakt — nalegał Drake.

Następnego dnia rano leciał już do Londynu z nazwiskami dwóch młodych bojowników żydowskich ze Lwowa. W ciągu następnych dwóch tygodni zapisał się na wycieczkę turystyczną do Kijowa, Tarnopola i Lwowa. Porzucił także pracę i wycofał w gotówce całe życiowe oszczędności ze swego konta w banku.

Nikt jeszcze nie wiedział, że Andrew Drake alias Andrij Dracz wyrusza właśnie na swoją prywatną wojnę przeciwko Kremlowi.

1

Tego majowego dnia nad Waszyngtonem świeciło łagodnie grzejące słońce. Po raz pierwszy tego roku w połowie maja na ulicach pokazali się ludzie w letnich strojach. A pierwsze wspaniałe czerwone róże pojawiły się w ogrodzie widocznym za francuskimi oknami Gabinetu Owalnego Białego Domu. Mimo że przez otwarte okna do prywatnego biura najpotężniejszego dostojnika tej części świata przenikał świeży aromat kwiatów i trawy, uwagę czterech obecnych tu mężczyzn przyciągnęły zupełnie inne rośliny, rosnące w pewnym odległym, obcym kraju.

William Matthews siedział w miejscu, w którym siadywali tradycyjnie wszyscy amerykańscy prezydenci, za szerokim biurkiem, zwrócony tyłem do południowej ściany gabinetu. Jego fotel znajdował się dokładnie na wprost klasycznego marmurowego kominka będącego centralną ozdobą północnej ściany pomieszczenia. Fotel ten był typowym, seryjnym meblem, jakie można spotkać w wielu gabinetach szefów korporacji lub innych wysokich urzędników. Nie miał nic, co odróżniałoby go od podobnych mebli, zgodnie z indywidualnymi upodobaniami użytkownika, lub nadawało mu osobisty charakter. Nie został robiony na specjalne zamówienie prezydenta ani dostosowany do jego wymiarów czy przyzwyczajeń. Nie był też luksusowy. Był w tym ukryty świadomy zamiar, ponieważ „Bill” Matthews — jak, zgodnie z jego życzeniem, nazywano go na plakatach wyborczych — podkreślał zawsze, przede wszystkim w trakcie swych kolejnych zwycięskich kampanii wyborczych, swoje przeciętne i zwyczajne, wyniesione z prostego domu gusta i nawyki w sposobie ubierania się i w doborze przedmiotów, jakimi się otaczał i jakich używał na co dzień. Dlatego i jego fotel, który mogli oglądać liczni przyjmowani przez niego w Gabinecie Owalnym przedstawiciele różnych środowisk, których zechciał osobiście do siebie zaprosić, nie był ani trochę luksusowy. Jedynie wspaniałe antyczne biurko, za którym stał fotel, odziedziczył po poprzednikach i przypominało o szacownej tradycji Białego Domu — co prezydent zawsze z naciskiem podkreślał, gdy zamierzał wywrzeć odpowiednie wrażenie na jakiejś grupie gości z głębi kraju. Na ogół mu się to zresztą nieźle udawało.

Ale Bill Matthews umiał wyraźnie zakreślać granice między propagandą wyborczą a życiem. Podczas ściśle poufnych narad z czołowymi doradcami nigdy nie pojawiał się poufały zwrot „Bill”, na którego użycie mógł sobie pozwolić nawet najskromniejszy wyborca, zwracając się bezpośrednio do prezydenta. Tutaj wszyscy mówili do niego oficjalnie, tytułując go „panem prezydentem”. Sam prezydent także pozbywał się tu sztucznego, wystudiowanego sposobu mówienia i przylepionego do ust przymilnego uśmiechu, dzięki którym udało mu się wcześniej nakłonić wyborców do wprowadzenia „swojego chłopa” do Białego Domu. Tu już nie był „swoim chłopem”, o czym doradcy świetnie wiedzieli. Był człowiekiem u szczytu władzy.

Po drugiej stronie biurka siedzieli sztywno w fotelach z wysokimi oparciami trzej mężczyźni, którzy tego rana poprosili prezydenta o poufne spotkanie.

Spośród tego grona największa zażyłość i najbliższe osobiste więzy łączyły prezydenta z doradcą do spraw bezpieczeństwa narodowego. W zachodnim skrzydle Białego Domu i w różnych kręgach personelu nazywano go krótko Doktorkiem lub dłużej i dosadniej — Cholernym Polaczkiem. Nie wszyscy tu lubili Stanisława Poklewskiego. Nikt jednak nie lekceważył tego mężczyzny o ostrych, zdecydowanych rysach twarzy.

Obaj mężczyźni tworzyli nieco dziwną parę przyjaciół. Byli tak różni od siebie, że ich bliskość mogła wydawać się wręcz niezwykła: hałaśliwy blondyn, protestant z amerykańskiego Południa, i ciemnowłosy, zamknięty w sobie, małomówny katolik, który jako mały chłopiec przywędrował tu z dalekiego Krakowa. Istota tej bliskiej przyjaźni i współpracy tkwiła zapewne w tym, że umysł Poklewskiego — komputer zaprogramowany w jezuickich szkołach — okazywał się niezawodny tam, gdzie Bill Matthews gubił się lub był całkowicie bezradny. Zwłaszcza gdy chodziło o zawiłości psychologii Europejczyków w ogóle, a Słowian w szczególności. Dlatego doradca miał zawsze swobodny dostęp do prezydenta i był chętnie i uważnie wysłuchiwany przez niego. Współpraca z Poklewskim odpowiadała mu jeszcze z dwóch innych powodów: doktorek odznaczał się żelazną lojalnością i nie miał żadnych osobistych ambicji politycznych ponad to, by być nieodłącznym cieniem Billa Matthewsa. Prezydent miał wobec niego tylko jedno zastrzeżenie. Poklewski zbyt otwarcie manifestował swoją pełną podejrzliwości wrogość wobec Moskwy i jej ludzi i Matthews musiał go wciąż przywoływać do porządku w tych sprawach z pomocą mającego znacznie bardziej wyważone poglądy sekretarza stanu, który był typowym bostończykiem.

Ale sekretarza stanu nie było na tym nagłym porannym spotkaniu, zwołanym na osobistą prośbę Poklewskiego. Pozostałymi dwoma mężczyznami siedzącymi naprzeciw biurka prezydenta byli Robert Benson — dyrektor Centrali Wywiadu1, i niejaki Carl Taylor.

Powszechnie uważa się i często także mylnie się pisze, że całym amerykańskim wywiadem elektronicznym kieruje Agencja Bezpieczeństwa Narodowego — NSA. Jest to niezgodne ze stanem faktycznym. W istocie NSA kieruje jedynie tą częścią wywiadu elektronicznego, która ma cokolwiek wspólnego z różnymi technikami audialnymi — podsłuchem telefonów, nasłuchem radiowym, wychwytywaniem z eteru miliardów słów dziennie w setkach języków i dialektów. Nagrywaniem ich, dekodowaniem, tłumaczeniem i analizą. Ale nie zajmuje się ona satelitami szpiegowskimi. Obserwacja globu za pomocą kamer zainstalowanych na samolotach i, co ważniejsze, na krążących w kosmosie satelitach należała zawsze do zadań Narodowego Biura Rozpoznania — które jest agencją Departamentu Obrony, lecz zatrudnia głównie ludzi z Sił Powietrznych i CIA. Carl Taylor, w randze dwugwiazdkowego generała Wywiadu Sił Powietrznych, był dyrektorem tego właśnie biura.

Prezydent zgarnął stos leżących przed nim na biurku zdjęć o najwyższej rozdzielczości i oddał je Taylorowi, który wstał, żeby odebrać je i schować z powrotem do swojej teczki.

— No dobrze, panowie — powiedział wolno Matthews — pokazaliście mi, że w jakiejś części Związku Radzieckiego, być może tylko na tych paru hektarach, które widać na zdjęciach, pszenica rozwija się nieprawidłowo. Ale czego to dowodzi?

Poklewski porozumiał się wzrokiem z Taylorem i skinieniem głowy dał mu znak, żeby tamten zabrał głos. Taylor odchrząknął i powiedział:

— Panie prezydencie, pozwoliłem sobie przygotować podgląd bezpośredniej transmisji zdjęć przekazywanych przez jeden z naszych satelitów systemu Kondor. Czy zechciałby pan spojrzeć?

Matthews skinął głową i obserwował, jak Taylor podchodzi szybko ku baterii monitorów telewizyjnych, umieszczonych w zachodniej, owalnej ścianie gabinetu, pod regałami, które specjalnie przebudowano, by pomieścić konsolę z odbiornikami TV. Kiedy Gabinet Owalny odwiedzają zwykli obywatele lub goście, niemający dostępu do tajemnic państwowych, ten rażąco nowoczesny w stylowym wnętrzu rząd ekranów znika za rozsuwaną ścianą z tekowej boazerii. Taylor włączył pierwszy odbiornik z lewej strony i wrócił do biurka prezydenta. Podniósł słuchawkę jednego z sześciu stojących na nim telefonów i powiedział krótko:

— Pokażcie nam to.

Prezydent Matthews wiedział, że satelity systemu Kondor były najnowszym osiągnięciem techniki obserwacyjnej i szpiegowskiej. Mając pułap lotu wyższy od wszystkich dotychczas stosowanych, używały kamer o tak wielkiej precyzji i złożoności, że pozwalały pokazać z wysokości trzystu kilometrów zbliżenie obiektu wielkości ludzkiego paznokcia, i to poprzez mgłę, deszcz, grad, śnieg, chmury i ciemności nocy. Kondory były naprawdę najnowsze i najlepsze.

Wcześniej, w latach siedemdziesiątych, zdjęcia z kosmosu, choć dobre, docierały z opóźnieniem. Każdą kasetę z naświetlonym filmem trzeba było w odpowiednim punkcie orbity wystrzelić w specjalnej kapsule ochronnej w kierunku Ziemi. Następnie odnaleźć ją. Dostarczyć samolotem do centralnego laboratorium NRO. Wywołać i dopiero wówczas obejrzeć na ekranie. Tylko wtedy, gdy satelita znajdował się na odcinku orbity, z którym można było uzyskać bezpośrednie połączenie ze Stanów Zjednoczonych lub którejś z amerykańskich stacji kontrolnych poza granicami Stanów Zjednoczonych, możliwa była bezpośrednia transmisja telewizyjna. Kiedy jednak satelita przelatywał dokładnie nad terytorium ZSRR, od pewnego odcinka lotu krzywa powierzchni globu uniemożliwiała bezpośredni odbiór sygnałów. Trzeba było czekać na ponowne pojawienie się satelity na odpowiednim odcinku orbity, by można wznowić bezpośrednią obserwację powierzchni Ziemi.

Dopiero w lecie 1978 roku naukowcy rozgryźli ten problem za pomocą specjalnego Parabolicznego Programu Symulacyjnego. Ich komputery wykreśliły wokół całej kuli ziemskiej niesłychanie zawiłą sieć orbit dla sześciu satelitów systemu wyposażonych w kamery kosmiczne i miała ona służyć tylko jednemu celowi. Jeśli Biały Dom życzy sobie od tej chwili otrzymać natychmiast obraz rejestrowany przez któryś z satelitów systemu, nawet jeśli znajdowałby się on gdzieś daleko za horyzontem, wywołany podniebny szpieg przesyła rejestrowany przez siebie obraz do sąsiedniego Kondora. A ten z kolei do następnego — po niskich parabolicznych torach — jak koszykarze kozłujący piłkę ręką i podający ją sobie podczas biegu. Na koniec, z satelity znajdującego się akurat nad Stanami, sygnał kierowany jest wprost na Ziemię, do centrali Narodowego Biura Rozpoznania, a stamtąd przekazywany specjalnym łączem do Gabinetu Owalnego.

Satelity poruszają się po swych orbitach z prędkością ponad sześćdziesięciu tysięcy kilometrów na godzinę. Należy jeszcze uwzględnić stałe obroty Ziemi i zmianę położenia jej osi względem Słońca w kolejnych porach roku. Z obliczeniami niezbędnymi do funkcjonowania systemu mogą sobie poradzić tylko komputery.

Już w 1980 roku prezydent Stanów Zjednoczonych, po naciśnięciu odpowiedniego guzika, mógł przez dwadzieścia cztery godziny na dobę obserwować każdy centymetr kwadratowy powierzchni Ziemi.

Matthews czasami czuł się tym zażenowany w przeciwieństwie do Poklewskiego, którego specyficzne wychowanie nauczyło ujawniania najskrytszych, nawet najbardziej osobistych myśli i uczynków przed konfesjonałem. Teraz ten konfesjonał zastąpiły Kondory, a spowiednikiem był on — człowiek, który kiedyś naprawdę omal nie został księdzem.

Ekran zamigotał i ożył. Generał Taylor rozłożył mapę ZSRR na biurku prezydenta i wskazał palcem odpowiedni obszar.

— Obraz, który pan w tej chwili ogląda, panie prezydencie, jest przekazywany z Kondora numer pięć. Satelita porusza się w kierunku północno-wschodnim nad wskazanym przeze mnie obszarem między Saratowem i Permem, krainą czarnoziemu.

Matthews przeniósł wzrok na ekran. Było na nim widać przesuwające się powoli, zgodnie z kierunkiem lotu satelity, wielkie połacie Ziemi, której około trzydziestokilometrowe pasmo obejmowała swym zasięgiem kamera.

Widziana z satelity Ziemia wydawała się pusta jak jesienią po żniwach. Taylor powiedział kilka słów do telefonu. Chwilę później na ekranie pojawiło się większe zbliżenie obrazu rejestrowanego przez kamerę satelity. Widoczne teraz pasmo terenu miało już tylko około ośmiu kilometrów szerokości. Niewielkie skupisko chałup chłopskich było widać przez chwilę po lewej stronie ekranu — były to niewątpliwie zwykłe drewniane chaty — zagubione gdzieś w bezkresnym stepie. I one zniknęły po jakimś czasie z pola widzenia kamery i z ekranu, na którym w górnej części pojawiła się teraz linia szosy. Przesuwała się powoli ku jego środkowej części, żeby pozostać tam przez kilka sekund, a potem znalazła się znowu poza zasięgiem kamery i poza ekranem. Taylor przekazał ponownie jakieś polecenia przez telefon. Na ekranie pojawiło się teraz nowe zbliżenie. Obejmowało pas nie szerszy niż sto metrów. Zwiększyła się ostrość obrazu. W zasięgu kamery znalazł się na chwilę człowiek prowadzący przez step konia, ale zaraz zniknął.

— Wolniej — powiedział Taylor do telefonu.

Obraz wycinka terenu widoczny na ekranie zaczął się przesuwać z mniejszą szybkością. Gdzieś w przestrzeni kosmicznej satelita Kondor kontynuował swój lot po niezmiennej trajektorii bez jakichkolwiek zmian kierunku, wysokości i prędkości. Kadrowanie i zmniejszanie szybkości odtwarzania rejestrowanego przez kamery obrazu odbywało się na Ziemi, w laboratorium NRO. Teraz na ekranie było widać, jak jakiś rosyjski chłop, stojący przy pniu samotnego drzewa, rozpina powoli rozporek. Prezydent nie był znawcą nauk ścisłych ani technicznych i nigdy nie przestał odczuwać pewnego nabożnego zdziwienia, gdy stykał się z możliwościami, jakie stwarzały najnowsze osiągnięcia techniki. Teraz też zdał sobie sprawę, że siedząc sobie rano wygodnie w swoim ciepłym gabinecie, w ten późnowiosenny dzień w Waszyngtonie, obserwuje jakiegoś nieznanego chłopa, który gdzieś daleko w odległym zakątku Ziemi, u stóp Uralu, przystanął, by załatwić fizjologiczną potrzebę. Sylwetka chłopa powoli przesuwała się ku dołowi ekranu, aż zniknęła całkiem z pola widzenia. Ekran wypełniły teraz łany pszenicy zajmujące wiele setek hektarów tej obcej ziemi uprawnej.

— Zatrzymać — polecił Taylor. — I dajcie maksymalne zbliżenie.

Obraz powoli przestawał się przesuwać, aż wreszcie zatrzymał się zupełnie. Po zatrzymaniu obrazu w kadrze obserwowali kolejne zbliżenia. W końcu wielki ekran monitora wypełniło całkowicie dwadzieścia kłosów młodej pszenicy. Wszystkie były wątłe, anemiczne. Pół wieku temu, kiedy Matthews był jeszcze dzieckiem, widywał podobne po burzach piaskowych na Środkowym Zachodzie. Spojrzał na swego doradcę.

— Stan? — odezwał się prezydent.

Poklewski, który był inicjatorem spotkania i pokazu materiału zarejestrowanego przez satelitę, teraz starannie dobierał słowa:

— Panie prezydencie, Związek Radziecki planował w tym roku zbiory wszystkich zbóż na dwieście czterdzieści milionów ton. W tym sto dwadzieścia milionów ton pszenicy, sześćdziesiąt jęczmienia, po czternaście owsa i kukurydzy, dwanaście żyta, a pozostałe dwadzieścia to ryż, proso, gryka i rośliny strączkowe. Podstawowe uprawy stanowią więc pszenica i jęczmień.

Wstał i obszedł dokoła biurko, na którym wciąż jeszcze leżała rozłożona mapa ZSRR. Tymczasem Taylor wyłączył telewizor i wrócił na swoje miejsce.

— Około czterdziestu procent ich upraw zbożowych znajduje się tutaj, na Ukrainie i Nizinie Kubańskiej, w południowej części Rosji — ciągnął Poklewski, pokazując odpowiednie obszary na mapie. — Są to wszystko oziminy. Pola obsiewa się we wrześniu i październiku, w listopadzie pojawiają się młode pędy i wtedy spada pierwszy śnieg. Pokrywa on zasiew i chroni go przed ostrymi mrozami.

Poklewski odwrócił się i skierował w stronę wysokich łukowatych okien za fotelem prezydenta. Miał zwyczaj chodzić, gdy mówił.

Gabinet Owalny nie jest widoczny z Pennsylvania Avenue, gdyż zasłania go od tej strony niski budynek Zachodniego Skrzydła Białego Domu. Ponieważ jednak szczyty jego wysokich, wychodzących na południe okien widać z oddalonego o tysiąc metrów obelisku Waszyngtona, zaopatrzono je już dawno temu w sześciocalowe, kuloodporne, zielonkawe szyby — na wypadek gdyby jakiś snajper próbował strzelać z okolic obelisku. Ilekroć Poklewski zbliżał się do okien, padające na niego zielonkawe światło pogłębiało bladość jego twarzy. Matthews chciał już obrócić fotel, by móc patrzeć na mówiącego, gdy Poklewski ruszył z powrotem ku północnej ścianie pokoju.

— W pierwszych dniach grudnia ubiegłego roku nastąpiła na Ukrainie i Nizinie Kubańskiej niespodziewana odwilż. Zdarzało się to i dawniej, ale nigdy nie bywało o tej porze tak ciepło. Z okolic Bosforu i Morza Czarnego napłynęły masy ciepłego powietrza i przez tydzień utrzymywały się nad Ukrainą i Niziną Kubańską. Piętnastocentymetrowa warstwa śniegu stopniała, odsłaniając młode pędy pszenicy i jęczmienia. Po dziesięciu dniach, jakby dla zrównoważenia tej nagłej zmiany pogody, przyszła następna, równie gwałtowna. Na cały obszar wróciła fala mrozów, dochodzących do piętnastu, a nawet dwudziestu stopni poniżej zera.

— I to, jak sądzę, nie pomogło zbożu — powiedział prezydent.

— Nasi eksperci — wtrącił Robert Benson — nasi najlepsi eksperci od rolnictwa oceniają, że Rosjanie będą mogli mówić o wielkim szczęściu, jeśli uratują połowę planowanych zbiorów z Ukrainy i Niziny Kubańskiej. Szkody są rozległe i nieodwracalne.

— Czy właśnie to pokazaliście mi przed chwilą?

— Nie — odpowiedział Poklewski. — Tym razem chodzi o coś zupełnie innego. Pozostałe sześćdziesiąt procent ich zbiorów zbóż, jeśli nie liczyć stosunkowo nieznacznych ilości z Syberii, pochodzi w całości z dziewiczych ziem Kazachstanu, po raz pierwszy obsianych w drugiej połowie lat pięćdziesiątych za czasów Chruszczowa, i czarnoziemów rozciągających się na przedpolu Uralu. Właśnie te tereny pokazaliśmy panu.

— A co tam się dzieje?

— Coś dziwnego, panie prezydencie. Coś dziwnego stało się z tą częścią ich upraw zbożowych. Pszenica jara, siana na przełomie marca i kwietnia po stopnieniu śniegów, dziś powinna być już bujna i gęsta. Tymczasem ta, którą pan widział, jest karłowata, rzadka, jak porażona rdzą zbożową.

— Znowu sprawa pogody? — spytał Matthews.

— Nie. Wprawdzie zima i wiosna na tych terenach były wilgotne. Ale to nic poważnego. Teraz świeci tam słońce. Pogoda jest doskonała, ciepła i sucha.

— Czy to porażenie rdzą… ma duży zasięg?

Ponownie włączył się Benson:

— Tego dokładnie jeszcze nie wiemy, panie prezydencie. Mamy jakieś pięćdziesiąt zestawów zdjęć filmowych pokazujących efekty tego porażenia. Nasze służby są przecież nastawione w zasadzie na co innego: na obserwowanie ruchów koncentracji wojsk, nowe bazy rakietowe, fabryki broni. Ale to, czym dysponujemy na podstawie fragmentarycznych zdjęć, wskazuje na bardzo duży zasięg.

— Co proponujecie?

— Chcielibyśmy — podjął na nowo Poklewski — aby podjął pan szybko decyzję, żeby zbadano tę sprawę szczegółowo. I aby zechciał pan sam poświęcić jej jak najwięcej uwagi. Musimy przede wszystkim dowiedzieć się, jak ten problem jest ważny dla Rosjan. Trzeba wysłać tam na rekonesans jakieś delegacje, na przykład handlowców. A także tymczasowo zmienić program obserwacji satelitarnej, zrezygnować z mniej ważnych obecnie obserwacji wojskowych i skupić się głównie na tym problemie. Uważamy, że uzyskanie przez nas informacji, co ma zamiar w tej kwestii zrobić Moskwa, jest dla nas sprawą wielkiej wagi państwowej.

Matthews zastanawiał się przez chwilę. Potem spojrzał na zegarek. Za dziesięć minut miał spotkać się z grupą działaczy ruchu ochrony środowiska i otrzymać od nich kolejną pamiątkową plakietkę. Potem, jeszcze przed obiadem, miał odwiedzić go prokurator generalny w sprawie nowego ustawodawstwa pracy. Wstał.

— Dobrze, panowie, macie moją zgodę. Zaraz wydam odpowiednie polecenia. Myślę, że rzeczywiście powinniśmy zbadać i wyjaśnić tę sprawę. Ale oczekuję od was szczegółowych informacji w ciągu miesiąca.

• • •

Dziesięć dni później, na siódmym piętrze budynku CIA w Langley, generał Carl Taylor siedział przy niskim stoliku do kawy w gabinecie dyrektora Centrali Wywiadu DCI, Roberta Bensona, i spoglądał na własny raport z podpiętym do niego grubym plikiem zdjęć satelitarnych wykadrowanych z zarejestrowanych filmów.

— To niezwykłe, Bob, ale nie potrafimy tego w żaden sposób wyjaśnić.

Benson odwrócił się od wielkiego panoramicznego okna, wypełniającego całą ścianę gabinetu. Wychodziło ono na północny wschód — na długą leśną aleję biegnącą ku niewidocznej stąd rzece Potomac. Podobnie jak wszyscy jego poprzednicy, bardzo lubił ten widok, zwłaszcza na przełomie wiosny i lata, kiedy tutejsze lasy zamieniały się w morze delikatnej zieleni. Usiadł na niskiej kanapie przy stoliku Taylora.

— Nie potrafią tego również moi eksperci, Carl. A nie chcę zwracać się z tym do Departamentu Rolnictwa. Niezależnie od tego, co naprawdę dzieje się w tej chwili ze zbiorami zboża w Związku Radzieckim. Z całą pewnością nie powinniśmy nadawać sprawie rozgłosu. A jeśli dopuszczę do niej ludzi z zewnątrz, za tydzień wszystko znajdzie się w prasie. No więc, co tam masz?

— Zdjęcia wykazują, że ta rzekoma rdza, czy cokolwiek to naprawdę jest, nie jest wynikiem zarazy — powiedział Taylor. — Nie atakuje całych upraw. I to jest najdziwniejsze. Gdyby to była sprawa załamań pogody, musielibyśmy mieć o tym jakieś informacje. Nie mamy żadnych. Gdyby to było zwykłe porażenie upraw zarazą, występowałoby na większych połaciach, na całych obszarach zasiewów. Tak samo gdyby w grę wchodziły szkodniki. Rozrzut tego jest jednak zupełnie chaotyczny. Na niektórych polach rośnie silna, zdrowa pszenica. Inne, położone tuż obok, dotknięte są zarazą. Nie ma w tym żadnej prawidłowości. Tak przynajmniej wynika z analizy zdjęć satelitarnych systemu Kondor. No i co o tym sądzisz?

— To rzeczywiście bez sensu — zgodził się Benson. — Wysłałem na miejsce paru naszych agentów, ale nie mam od nich jeszcze żadnego raportu. Prasa radziecka milczy na ten temat jak grób. Moi spece od rolnictwa wielokrotnie przeglądali twoje zdjęcia, ale i oni nie potrafią wytłumaczyć, dlaczego to wszystko układa się tak przypadkowo. Żadne rozsądne wyjaśnienie tu nie pasuje. A ja, jak wiesz, muszę dostarczyć prezydentowi szacunkowych danych na temat przypuszczalnej wielkości tegorocznych zbiorów w ZSRR. I muszę to zrobić szybko.

— Nie będę przecież fotografował wszystkich pól pszenicy i jęczmienia w całym Związku Radzieckim — zaprotestował Taylor. — Cały system Kondor musiałby pracować nad tym przez wiele miesięcy, a przecież nie dostanę go do wyłącznej dyspozycji.

— Tak, to niemożliwe — przyznał Benson. — Potrzebuję ciągle informacji o ruchach wojsk wzdłuż granicy chińskiej, o garnizonach w pobliżu Turcji i Iranu. Muszę nieustannie obserwować dyslokację oddziałów Armii Czerwonej w Niemczech Wschodnich i nowe rakiety SS-dwadzieścia za Uralem.

— A więc mogę się opierać jedynie na procentowym obliczeniu szkód, widocznych na tych zdjęciach, które już mamy, i ekstrapolować te dane na cały kraj — podsumował Taylor.

— Tylko trzeba to zrobić mądrze — mruknął Benson. — Wolałbym, żeby nie powtórzyła się sytuacja z siedemdziesiątego siódmego roku.

Taylor aż skrzywił się na to wspomnienie, choć w tamtym fatalnym roku nie był jeszcze szefem NRO. W 1977 roku amerykańska machina wywiadowcza dała się nabrać na gigantyczną mistyfikację. Przez całe lato eksperci CIA i Departamentu Rolnictwa zgodnie zapewniali prezydenta, że zbiory zbóż w ZSRR wyniosą dwieście piętnaście milionów ton. Delegacjom rolników odwiedzającym Rosję pokazywano pola, na których rosła piękna, zdrowa pszenica; w rzeczywistości pola takie należały do wyjątków. Rozpoznanie fotograficzne też okazało się błędne. Jesienią ówczesny sekretarz generalny, Breżniew, spokojnie oznajmił, że w ZSRR zebrano tylko sto dziewięćdziesiąt cztery miliony ton ziarna różnych upraw zbożowych.

W rezultacie cena amerykańskiej nadwyżki zbożowej oczywiście podskoczyła. Wszyscy byli pewni, że Rosjanie będą musieli teraz kupić około dwudziestu milionów ton. Nic z tego! Jak się okazało, już w ciągu lata Moskwa, działając przez podstawione firmy, głównie francuskie, wykupiła na pniu dostatecznie dużo zboża, by po starej, niskiej cenie pokryć przewidywany deficyt. Przez tych samych pośredników wynajęto też statki, a kiedy, załadowane w Stanach, były już w drodze powrotnej do Europy Zachodniej, skierowano je do radzieckich portów. Sprawę Afera Żądło pamiętano w Langley do dziś.

Carl Taylor wstał.

— Dobrze, Bob, wracam do roboty. Może trafią się nam jakieś lepsze zdjęcia.

— Carl! — głos dyrektora zatrzymał go w drzwiach. — Ładne zdjęcia to nie wszystko. Od pierwszego lipca chcę mieć Kondory z powrotem do obserwacji wojskowych. Spróbuj do końca miesiąca oszacować przewidywane zbiory. Przy wszelkich wątpliwościach liczcie raczej in minus. A jeśli twoi chłopcy znajdą coś ciekawego — cokolwiek, rozumiesz? — niech wracają w to samo miejsce i fotografują od nowa. Musimy, do cholery, dowiedzieć się w jakiś sposób, co się właściwie dzieje z tą ich pszenicą.

• • •

Satelity prezydenta Matthewsa mogły widzieć prawie wszystko, co działo się w ZSRR — nie mogły jednak widzieć Harolda Lessinga, jednego z trzech pierwszych sekretarzy w biurze radcy handlowego Ambasady Wielkiej Brytanii w Moskwie, siedzącego tego ranka przy swoim biurku. Może i dobrze, bo nie był to widok budujący, a on pierwszy zgodziłby się z taką opinią. Był blady jak ściana i czuł się wyjątkowo podle.

Misja brytyjska w stolicy ZSRR mieściła się w pięknym, starym, przedrewolucyjnym pałacyku przy nabrzeżu Maurice’a Thoreza; z północnych okien, ponad rzeką Moskwą, można było oglądać południową ścianę Kremla. W czasach carskich budynek należał do kupca, który na handlu cukrem dorobił się milionów; po rewolucji kupili go Brytyjczycy. Od tej pory aż po dzień dzisiejszy rząd radziecki próbuje go odzyskać. Lokalizacja ambasady nie podobała się zwłaszcza Stalinowi. Codziennie, gdy wstawał, z okien swojego prywatnego apartamentu musiał oglądać nienawistną flagę Union Jack, trzepoczącą na porannym wietrze. Wprawiało go to we wściekłość.

Ale dla biura radcy handlowego zabrakło miejsca w tym eleganckim, kremowozłotym pałacyku. Znalazło się ono w ponurym kompleksie tandetnych powojennych biurowców, trzy kilometry od ambasady, przy Prospekcie Kutuzowa, niemal naprzeciwko hotelu Ukraina, przypominającego tort weselny. W tym samym kompleksie, ze wspólną bramą, zawsze strzeżoną przez kilku czujnych milicjantów, znajduje się parę ponurych bloków mieszkalnych przeznaczonych dla personelu dyplomatycznego co najmniej dwudziestu ambasad. Cały ten obiekt nazywany jest osiedlem dla dyplomatów albo bardziej oficjalnie — dla korpusu dyplomatycznego.

Gabinet Harolda Lessinga znajdował się na ostatnim piętrze bloku biura radcy handlowego. Kiedy w pewnym momencie Lessing stracił przytomność (była godzina dziesiąta trzydzieści rano w piękny majowy dzień), hałas rozbijanego telefonu, który ściągnął z biurka, osuwając się na dywan, zaalarmował pracującą w sąsiednim pokoju sekretarkę. Spokojnie i bez paniki wezwała radcę handlowego, który za pomocą dwóch młodych attaché odprowadził Lessinga, już prawie zupełnie przytomnego, ale chwiejącego się jeszcze na nogach, do jego mieszkania na szóstym piętrze w oddalonym o sto kroków bloku numer sześć.

Zaraz też zadzwonił do głównego budynku ambasady na nabrzeżu Maurice’a Thoreza i powiadomił szefa kancelarii o tym, co zaszło. Poprosił również o przysłanie lekarza ambasady. W południe, po zbadaniu Lessinga w jego własnym łóżku, lekarz poszedł porozmawiać z radcą handlowym. Radca przerwał mu jednak gwałtownie i zaproponował wspólną jazdę do ambasady i naradę z udziałem szefa kancelarii. Dopiero znacznie później początkowo zaskoczony doktor, zwykły brytyjski lekarz, zatrudniony na trzyletnim kontrakcie w ambasadzie w randze pierwszego sekretarza, zrozumiał, dlaczego takie zachowanie było konieczne. Szef kancelarii zabrał ich obu do specjalnego zabezpieczonego przed podsłuchem pomieszczenia w gmachu ambasady. Budynek biura radcy handlowego takich zabezpieczeń nie miał.

— To krwawiący wrzód żołądka — wyjaśnił medyk dwóm dyplomatom, gdy znaleźli się już w podziemiu. — Ten stan trwa prawdopodobnie od paru tygodni, a może nawet miesięcy, ale pacjent myślał, że to tylko nadkwasota. Przypisywał to ogólnemu przemęczeniu i łykał tony tabletek przeciw nadkwasocie. Co za głupota! Powinien przyjść do mnie.

— Czy to wymaga hospitalizacji? — spytał szef kancelarii, patrząc w sufit.

— Tak, oczywiście. Myślę, że będę mógł mu to załatwić w ciągu paru godzin. Tutejsi lekarze są w tym całkiem dobrzy.

Zapanowało milczenie. Dyplomaci wymienili znaczące spojrzenia. Obaj myśleli o tym samym. Obaj w przeciwieństwie do lekarza wiedzieli, bo musieli ze względu na swe obowiązki to wiedzieć, jaką naprawdę funkcję pełnił Lessing w ambasadzie. Radca pokręcił przecząco głową.

— To niemożliwe — powiedział cicho szef kancelarii. — Nie w przypadku Lessinga. Musimy wyprawić go do Helsinek najbliższym popołudniowym lotem. Czy zagwarantuje pan, że wytrzyma tę podróż?

— Ależ z pewnością… — zaczął lekarz i zawahał się. Dopiero teraz zrozumiał, dlaczego musieli jechać trzy kilometry, aby przeprowadzić tę rozmowę. Najwidoczniej Lessing był rezydentem Secret Intelligence Service w Moskwie. — Tak, oczywiście. Ale… pacjent jest nadal pod wpływem przebytego wstrząsu i przypuszczalnie utracił sporo krwi. Podałem mu sto miligramów pethidyny w celu uśmierzenia bólu. Mogę wstrzyknąć następną taką dawkę o trzeciej po południu. Jeśli zostanie odwieziony na lotnisko i będzie miał odpowiednią opiekę podczas podróży, może lecieć do Helsinek. Ale natychmiast po przylocie musi się znaleźć w szpitalu. Najlepiej będzie, jeśli sam z nim polecę, żeby tego dopilnować. Jutro wrócę.

Szef kancelarii uniósł głowę.

— Doskonale. Dam panu na to nawet dwa dni. I, jeśli byłby pan łaskaw, moja żona ma listę drobiazgów do kupienia. Zgoda? Dziękuję pięknie. Zaraz załatwię wszystkie formalności.

• • •

Prasa codzienna, magazyny ilustrowane i książki sensacyjne od wielu lat donoszą, że centrala tajnej brytyjskiej służby wywiadowczej (SIS albo MI 6) znajduje się w pewnym biurowcu w londyńskiej dzielnicy Lambeth. Informacje te wywołują ciche rozbawienie i ironiczne uśmiechy na twarzach pracowników Firmy — takiego roboczego, nieoficjalnego kryptonimu wywiadu brytyjskiego używa się w międzynarodowym żargonie służb wywiadowczych, ponieważ podawanie adresu w Lambeth jest tylko jedną z form działań dezinformacyjnych. W podobny sposób wygląda sprawa budynku Leconfield House przy ulicy Curzona, mającego rzekomo być siedzibą kontrwywiadu bardziej znanego pod kryptonimem MI 5. W rzeczywistości ci niezmordowani angielscy łowcy szpiegów już od lat nie są sąsiadami Klubu Playboya.

Prawdziwą siedzibą najtajniejszej z tajnych służb na świecie, Secret Intelligence Service, jest nowoczesny stalowo-betonowy gmach, sąsiadujący z Departamentem Ochrony Środowiska, w pobliżu jednej z głównych stołecznych stacji lokalnej kolei, obsługującej cały południowy region Anglii. Wywiad wprowadził się tutaj na początku lat siedemdziesiątych.

W swoim apartamencie na najwyższym piętrze tego budynku, którego przyciemnione okna wychodzą na iglicę Big Bena i budynki Parlamentu za rzeką, dyrektor generalny SIS wysłuchał tuż po obiedzie informacji o chorobie Lessinga. Przekazał ją wewnętrzną linią telefoniczną szef kadr. On z kolei otrzymał ją z centrali odbioru szyfrogramów, mieszczącej się w podziemiu. Dyrektor SIS słuchał uważnie.

— Jak długo będzie wyłączony? — zapytał w końcu.

— Co najmniej kilka miesięcy — odparł szef kadr. — Trzeba liczyć się z kilkutygodniowym leczeniem w szpitalu w Helsinkach i dodać jeszcze do tego drugie tyle w domu. No i przypuszczalnie dojdzie parę tygodni rekonwalescencji.

— Szkoda… — Dyrektor generalny się zamyślił. — Ktoś go musi szybko zastąpić.

Przypomniał sobie w tym momencie, że Lessing „prowadził” osobiście dwóch agentów, Rosjan, niższego urzędnika Ministerstwa Spraw Zagranicznych ZSRR i oficera Armii Czerwonej. Obaj przypuszczalnie nie wymyśliliby prochu, ale byli użyteczni.

— Jak tylko Lessing dotrze bezpiecznie do Helsinek, proszę mnie o tym powiadomić. A także dostarczyć krótką listę ewentualnych kandydatów. Proszę to zrobić jeszcze dzisiaj, przed wieczorem.

Sir Nigel Irvine był trzecim z kolei kadrowym pracownikiem wywiadu pełniącym funkcję dyrektora generalnego SIS. Znacznie większa amerykańska CIA, założona i doprowadzona do rozkwitu przez Allena Dullesa, na skutek wielokrotnego przekraczania swych uprawnień i braku zewnętrznej kontroli, na początku lat siedemdziesiątych została podporządkowana człowiekowi z zewnątrz, admirałowi Stansfieldowi Turnerowi. Jakby przez przekorę, rząd brytyjski dokładnie w tym samym czasie zdecydował się na krok przeciwny, zrywając z tradycją prowadzenia Firmy przez jednego z zasłużonych dyplomatów z Ministerstwa Spraw Zagranicznych, i powierzył pełnienie tej funkcji kadrowym pracownikom wywiadu. Opłaciło się. Znane grzechy i błędy Firmy z dawnych lat — afera Burgessa, MacLeana, Philby’ego — zostały z nawiązką odkupione i odrobione. Toteż sir Nigel Irvine był przekonany, że tradycja zatrudniania na czele Firmy kadrowego oficera wywiadu będzie kontynuowana również po jego odejściu. Aby to zapewnić, równie energicznie jak jego bezpośredni poprzednicy zwalczał w swojej instytucji wszelką samowolę i niesubordynowanych „samotnych strzelców”.

— To jest służba, a nie popisy cyrkowe na trapezie — zwykł mawiać nowicjuszom w ośrodku szkoleniowym w Beaconsfield. — Nie jesteście tu po to, żeby zbierać oklaski.

• • •

Robiło się już ciemno, kiedy na biurko sir Nigela Irvine zgodnie z wcześniejszym rozkazem dotarły trzy teczki. Chciał jednak jak najszybciej dokonać wyboru, więc z góry nastawił się na to, że będzie musiał tego dnia zostać dłużej w pracy. Dobrą godzinę ślęczał nad dostarczonymi mu dokumentami, choć wybór od początku wydawał się niemal oczywisty. W końcu sięgnął po słuchawkę i poprosił do siebie szefa kadr, który oczekiwał na miejscu na decyzję. Dwie minuty później sekretarka zameldowała jego przybycie.

Dyrektor SIS nalał gościowi whisky z wodą sodową; jego szklanka była już pełna. Nie widział powodu, by odmawiać sobie drobnych przyjemności życiowych, toteż swój gabinet urządził przytulnie, jakby chcąc sobie powetować odór okopów w latach 1944—1945 i obskurne hoteliki w Wiedniu po wojnie, kiedy jako początkujący agent Firmy werbował dla niej ludzi z radzieckiego personelu okupacyjnego w Austrii. Dwaj z nich, mógł sobie tego pogratulować, po długich latach „uśpienia” znów pracowali dla Firmy. Choć budynek SIS na zewnątrz był nowoczesną konstrukcją ze stali, chromu i betonu, gabinet dyrektorski na jego najwyższym piętrze urządzono ze staroświecką elegancją. Tapety w neutralizującym zmęczenie kolorze kawy z mlekiem, ciemnopomarańczowy dywan przykrywający całą podłogę. Biurko, stojący za nim fotel, a przed biurkiem dwa wysokie krzesła oraz skórzana kanapa Chesterfield — wszystko to były prawdziwe antyki. W magazynie obrazów Ministerstwa Ochrony Środowiska, z którego mogą korzystać przy dekoracji swych gabinetów wyżsi urzędnicy brytyjskiej służby państwowej, sir Nigel upatrzył sobie Dufy’ego, Vlamincka i cokolwiek wątpliwego Breughla. Miał też chrapkę na małego, rozkosznego Fragonarda, ale ubiegł go jakiś spryciarz z Ministerstwa Skarbu.

Inaczej niż Ministerstwo Spraw Zagranicznych i Wspólnoty, gdzie ściany obwieszone są podobiznami byłych ministrów, na przykład Canninga czy Greya, Firma zawsze stroniła od obwieszania się portretami poprzednich szefów. Zresztą nikomu nie przyszłoby nawet do głowy uwieczniać na portretach ludzi ukrywających się tak starannie w cieniu innych, jak kolejni arcyszpiedzy Wielkiej Brytanii. Nie przepadano tu też za portretami królowej w pełnej gali, w odróżnieniu od biur Białego Domu czy Langley, gdzie ściany wytapetowane są zdjęciami urzędującego prezydenta z sążnistymi autografami. „Nasza ofiarność w służbie królowej i kraju nie wymaga żadnej dodatkowej reklamy — powiedziano kiedyś zdumionemu tym stanem rzeczy gościowi z CIA. — W przeciwnym razie nie pracowalibyśmy tutaj”.