58,50 zł
6 listopada 1860 roku Abraham Lincoln zwyciężył w zaciętej rywalizacji o prezydenturę. Kraj był głęboko podzielony, kolejne stany dokonywały secesji, a Lincoln nie potrafił ich powstrzymać. Konflikt podsycała kwestia niewolnictwa, a rozpalające Północ i Południe namiętności skupiły się jak w soczewce na samotnej federalnej twierdzy w Zatoce Charlestońskiej: Forcie Sumter. Erik Larson opisuje kilka chaotycznych miesięcy między wyborem Lincolna a ostrzelaniem Sumter przez Konfederację. Skupia się na tragicznych błędach i nieporozumieniach, rozbuchanych ego i tchórzliwych ambicjach, osobistych tragediach i zdradach. Bohaterami tej trzymającej w napięciu opowieści są m.in. major Robert Anderson, dowódca Fortu Sumter i były właściciel niewolników, Mary Boykin Chesnut, żona plantatora, która ma mieszane uczucia zarówno co do niewolnictwa, jak i małżeństwa, oraz Edmund Ruffin, który nieustannie podsyca secesjonistyczne zapały. A między nimi tkwi przytłoczony sytuacją Lincoln, rozpaczliwie próbujący zapobiec wojnie, w której zginie 750 tysięcy Amerykanów. Larson sięga do dzienników, tajnych komunikatów, rejestrów niewolników i dokumentów plantacji, by zaprezentować polityczny horror i odsłonić siły, które doprowadziły Amerykę na skraj upadku – a także by przypomnieć nam, że często nie dostrzegamy nadciągającego kataklizmu, zanim nie jest za późno.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 782
Rok wydania: 2026
Data ważności licencji: 4/8/2030
The Demon of Unrest: A Saga of Hubris, Heartbreak,
and Heroism at the Dawn of the Civil War
Copyright © 2024 by Erik Larson
All rights reserved
Copyright © 2026 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga
Copyright © 2026 for the Polish translation by Agnieszka Sobolewska
(under exclusive license to Wydawnictwo Sonia Draga)
Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz
Zdjęcie autora: © Roseanne Olson
Mapa: © 2024 by David Lindroth Inc.
Redakcja: Grzegorz Sowula
Korekta: Maria Zając, Izabela Sieranc, Aneta Drdzeń
ISBN: 978-83-68544-20-6
Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.
Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórców i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.
Szanujmy cudzą własność i prawo!
Polska Izba Książki
Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl
WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.
ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice
tel. 32 782 64 77, e-mail: [email protected]
www.soniadraga.pl
www.facebook.com/WydawnictwoSoniaDraga
E-wydanie 2026
Zbierałem już od pewnego czasu materiały do książki o Forcie Sumter i przededniu amerykańskiej wojny secesyjnej, kiedy doszło do wydarzeń 6 stycznia 2021 roku. Oglądając szturm na Kapitol, rozgrywający się przed kamerami, miałem dziwne poczucie, że przeszłość i przyszłość zlały się w jedno. To niepokojące, że w 1861 roku dwa momenty największej narodowej grozy dotyczyły zatwierdzenia głosów Kolegium Elektorów oraz prezydenckiej inauguracji.
Przerażony i wstrząśnięty atakiem, nie mogłem jednocześnie oderwać wzroku od ekranu. Uświadomiłem sobie, że niepokój, gniew i zdumienie, jakie odczuwałem, musiały być udziałem rzeszy Amerykanów w latach 1860–1861. Starając się o tym pamiętać, postanowiłem spróbować uchwycić prawdziwy stan napięcia z tych miesięcy sprzed ponad 160 lat, kiedy kraj zmierzał ku katastrofie, dokąd gnały go pycha, obłuda, fałszywie pojmowany honor i nienasycone pragnienie niektórych istotnych postaci, by zwrócić na siebie uwagę i potwierdzić własną wartość. W momencie wydarzeń w Sumter wiele głosów ostrzegało przed wojną domową, mało kto jednak przeczuwał, co może ona naprawdę oznaczać, a już z pewnością nikt by nie uwierzył, że taka wojna mogłaby kosztować życie 750 tysięcy Amerykanów.
W sercu tej opowieści leży zagadka, która wciąż zastanawia: jak to możliwe, że Karolina Południowa, prymitywny, słabo zaludniony stan o podupadającej gospodarce, stał się zarzewiem największej amerykańskiej tragedii? I, co jeszcze bardziej zdumiewające, jakaż to złowroga magia sprawiła, że Amerykanie po obu stronach linii Masona–Dixona w ogóle zdołali sobie wyobrazić, iż będą się nawzajem masowo zabijać?
Ta książka należy do literatury faktu. Jak zawsze, wszystko, co ujęte w cudzysłów, pochodzi z dokumentów historycznych w takiej czy innej postaci. Także każdą wzmiankę o jakimś geście, uśmiechu czy innej fizycznej czynności zaczerpnąłem z relacji danej osoby lub naocznego świadka. W niektórych miejscach poprawiłem anachroniczną pisownię i interpunkcję, by dopasować je do współczesnego uzusu. Na przykład zmieniałem & na and, ale tylko tam, gdzie to znaczenie było oczywiste. Urocze błędy ortograficzne Lincolna pozostawiłem bez zmian.
A teraz już zapraszam was na wyprawę w przeszłość, do tamtych czasów strachu i konfliktu. Dajcie się ponieść opowieści i przeżywajcie namiętności, heroizm, bolesne rozczarowania – czasem nawet dostrzegając w tym wszystkim humor – tak jakbyście byli ludźmi z tamtej epoki i nie wiedzieli, jak ta historia się skończy. Podejrzewam, że wasze poczucie grozy podczas lektury wzmogą dzisiejsze podziały polityczne, za których sprawą – choć nie chce się w to wierzyć – niektórzy nieoświeceni Amerykanie znów napomykają szeptem o secesji i wojnie domowej.
Erik Larson
Nowy Jork 2023
Zanim łódź wyłoniła się z mroku, dało się słyszeć wiosła, i to mimo silnego wiatru, który wzburzył wody zatoki. Była bardzo późna, ciemna noc. Według jednej z relacji deszcz „padał ulewnymi strugami, a wiatr wył upiornie i posępnie”1. Pogoda przez ostatnie tygodnie była zmienna: jeden dzień uwodził wiosenną aurą, następny zaś przynosił ziąb przenikający aż do kości. Któregoś ranka spadł śnieg. Przez tydzień wybrzeże chłostały potężne wichury. Łódź posuwała się miarowo mimo wiatru i fali – czterech niewolników wiosłowało z pozorną łatwością, wioząc na pokładzie trzech białych oficerów Konfederacji. Pokonanie drogi z Charlestonu do fortecy zajęło im mniej więcej czterdzieści pięć minut. Do niedawna na szczycie wieży (latarni morskiej) w forcie umieszczona była duża latarnia wyposażona w najnowsze soczewki Fresnela, ale w ramach przygotowań do wojny wojskowi inżynierowie ją zdemontowali. Stała teraz na środku placu apelowego i oświetlała wewnętrzne ściany okalającego go piętnastometrowego muru oraz tył olbrzymich armat, z lufami wyglądającymi na zewnątrz przez kazamaty działowe na poziomie gruntu. Z daleka, nocą, we mgle światło zmieniało twierdzę w ogromny kocioł buchający jasnym dymem. Łódź dobiła do nabrzeża kwadrans przed pierwszą w nocy w piątek 12 kwietnia 1861 roku. Dzień ten miał się okazać najbardziej brzemiennym w skutki w amerykańskiej historii.
Przez poprzednich 113 dni dowódca Fortu Sumter major Robert Anderson i jego garnizon żołnierzy poborowych Armii Stanów Zjednoczonych, wraz z członkami Korpusu Inżynieryjnego pod komendą kapitana Johna G. Fostera, zmienili fortecę z zagraconego reliktu minionej epoki w gmach mogący siać śmierć i zniszczenie. Fort wciąż miał zdecydowanie niepełną załogę. Zaprojektowano go na 650 żołnierzy, a było ich teraz zaledwie 75, wliczając w to oficerów, wojskowych niższych stopniem, inżynierów i członków orkiestry pułkowej. Działa były jednak gotowe, rozmieszczone na murach i przy otworach strzelniczych. Ustawiono także pięć dużych armat na prowizorycznych platformach na placu apelowym – wycelowane w górę, miały służyć jako moździerze, zdolne do wystrzelenia pocisków mogących dolecieć do samego Charlestonu.
W ciągu tych 113 dni twierdza, nazwana na cześć Thomasa Sumtera, bohatera wojny o niepodległość, stała się miejscem, które byłoby bardzo niebezpiecznie najechać. Mogłaby się opierać atakom właściwie w nieskończoność, gdyby nie jedna fatalna wada: załogę stanowili ludzie, a ci musieli jeść. Zapasy żywności, po odcięciu dostaw przez konfederackie władze, były na wyczerpaniu.
Anderson miał pięćdziesiąt pięć lat, żonę Elizę (zwaną przez wszystkich Ebą), trzy córki i rocznego syna, także o imieniu Robert. Chodził gładko ogolony, co było w tamtych czasach rzadkością i nadawało jego twarzy przyjemny wyraz otwartości, zupełnie różny od zapadniętych policzków i zaciętego oblicza jego konfederackiego przeciwnika po drugiej stronie zatoki, zresztą jego kolegi i dawnego ucznia, generała P.G.T. Beauregarda, który objął dowództwo nad wszystkimi działaniami wojskowymi Karoliny Południowej. Łączyły ich uprzejme i serdeczne, niemal ciepłe stosunki, mimo ewidentnej gotowości Beauregarda do eliminacji Andersona i wszystkich jego ludzi, jeśli miałoby się to przysłużyć sprawie niepodległości Południa.
Anderson uwielbiał swoją rodzinę i ubolewał nad rozłąką z bliskimi, której często wymagała od niego armia. Dzięki dochodowi rodziny Eby Andersonowie prowadzili życie, na jakie nie mogliby sobie pozwolić z samej jego wojskowej pensji. Mieli dom przy West Ninth Street w Nowym Jorku, ale zła sława narastająca wokół Andersona sprawiła, że Eba z dziećmi przeniosła się do pobliskiego hotelu Brevoort House, luksusowego czteropiętrowego gmachu przy Piątej Alei. Córki poszły do szkoły z internatem w New Jersey, co miało odciążyć Ebę, która cierpiała na jakąś nieokreśloną przewlekłą chorobę, opisaną przez Andersona w jednym z listów jako „długotrwała niedyspozycja”2 żony.
Choroba Eby sprawiła, że mąż otaczał ją jeszcze większą troską. „Dałbym wiele, by wiedzieć, że noc minęła Ci spokojnie i że tego ranka czujesz się znacznie lepiej”3 – pisał pewnego razu. Nie stronił od czułych słówek. „Nie wiem, co bym począł bez Ciebie, najdroższe moje kochanie” – wyznawał, zwracał się do Eby „mój skarbie” albo „moja droga żoneczko”. Chcąc oszczędzić jej fizycznego wysiłku pisania listów, zaproponował układ: on miał nadal pisać do niej codziennie wielostronicowe relacje przypominające dziennik, ale ona byłaby zobligowana odpisywać mu tylko raz na tydzień.
Anderson był człowiekiem głęboko religijnym. Pisał do Eby: „Modlę się do Ojca Naszego w niebiosach, by niebawem uradował me stare serce, przywracając Ci zdrowie, abyśmy mogli być razem do końca dni naszych”4. Przywoływał wspaniałomyślność Boga nawet w oficjalnych raportach dla Departamentu Wojny. Jeden z jego oficerów napisał: „Nigdy nie spotkałem człowieka, który z większym opanowaniem, a jednocześnie z usatysfakcjonowaniem wierzył w skuteczność modlitwy”5. Ostatnimi czasy w jego modlitwach na stałe zagościły błagania o to, by wojna nie nadeszła.
W spokojne wieczory o godzinie dziewiątej major Anderson słyszał bicie wielkich dzwonów z odległej wieży Kościoła Świętego Michała, zakończonej szpiczasto jak kapelusz wiedźmy. W tym bastionie charlestońskiej socjety plantatorzy demonstrowali swoją rangę, wykupując kościelne ławki. Kościół stał nieopodal Targu Niewolników Ryana i co wieczór dzwony wybijały „godzinę policyjną dla Negrów”, by ostrzec czarną ludność miasta, wolną i niewolną, że ma trzydzieści minut na powrót do swoich kwater, aby nie wpaść w ręce wypatrującego niewolników patrolu, który każdego napotkanego czarnego zamykał do rana w strażnicy.
Charleston był głównym ośrodkiem krajowego handlu niewolnikami, który kwitł w najlepsze w następstwie obowiązującego od pięćdziesięciu lat zakazu handlu międzynarodowego i w znacznej mierze odpowiadał za bogactwo miasta. W „Wykazie niewolników” zawartym w spisie ludności Stanów Zjednoczonych z 1860 roku wymieniono 440 plantatorów w Karolinie Południowej, z których każdy miał co najmniej 100 czarnych poddanych w jednym okręgu, podczas gdy średnio w skali kraju na jedno gospodarstwo domowe trzymające niewolników przypadało ich 10,2. W 1860 roku na całym Południu żyło 3,95 miliona niewolników. Pewna rodzina z Karoliny Południowej, potomkowie Nathaniela Heywarda, posiadała ich ponad trzy tysiące, z czego 2590 mieszkało w obrębie stanu.
Plantatorzy stanowili swego rodzaju arystokrację i za taką się zresztą uważali. Nazywali siebie rycerstwem (chivalry). Byli „najbliżsi arystokratom ze wszystkich w Ameryce”6, jak to ujął prominentny plantator z Karoliny Południowej James Henry Hammond. Utwierdzał ich na co dzień w tym przekonaniu fakt posiadania zniewolonej czarnej ludności, która im służyła i nad którą dominowali. Wiązał się z tym jednak także głęboki strach, że ta ludność, rządzona przez nich twardą ręką, może pewnego dnia podnieść bunt. Według spisu z 1860 roku na terenie stanu żyło o 111 tysięcy więcej niewolników niż białych. W dodatku Karolina Południowa była jednym z tylko dwóch stanów, obok Missisipi, w których istniała taka nierównowaga. Wolni i zniewoleni czarni stanowili razem ponad 40 procent mieszkańców głównego miasta Karoliny Południowej, Charlestonu, co wywoływało niepokój u białych obywateli. Budowano plantacje de facto przydomowe, z dwoma lub więcej oddzielnymi budynkami, w których mieściły się kuchnie, stajnie i pomieszczenia mieszkalne dla niewolników, otoczone wysokimi murami, by ograniczyć ryzyko powstania i mordów pod osłoną nocy. Każdy niewolnik i każda niewolnica, którzy pracowali poza tymi murami, musieli nosić specjalną metalową plakietkę – kwadratową, okrągłą lub ośmiokątną – z napisem „Charleston”, danym rokiem, typem zajęcia i numerem identyfikacyjnym, przypiętą do ubrania lub zawieszoną na szyi. Przybysze z Północy od razu dostrzegali tę wzmożoną obecność niewolników. „Jakże dziwnie wygląda to miasto!” – zauważył jeden z takich przyjezdnych. „Na każdym rogu ulicy i na progach domów roi się od czarnych; czarni powożą platformami i karetami, czarni noszą ciężary, czarni opiekują się dziećmi i sprzedają towary na chodnikach; czarni robią wszystko”7.
Plantatorzy z Karoliny Południowej nie tylko nazywali siebie rycerstwem. Zaczytywali się także w rycerskich powieściach, takich jak Ivanhoe sir Waltera Scotta i Idylls of the King [Idylle królewskie] Tennysona. Urządzali turnieje kopijników, tak zwane „głowy i pierścienie”, w których jeździec pod przybranym imieniem jednego z bohaterów Scotta lub Tennysona, w rycerskim stroju i z długą kopią w dłoni, próbował w pełnym galopie nadziać na jej czubek zawieszone na sznurkach metalowe pierścienie o zaledwie centymetrowej średnicy, a następnie wyciągał szablę i wykonywał nią zamaszyste cięcie wymierzone w głowę figury ustawionej na końcu toru8. Rycerstwo nadawało sobie tytuły wojskowe i stroiło się w wymyślne mundury. Jego sztandarowy reprezentant z Karoliny Południowej, pisarz William Gilmore Simms, napisał osiemdziesiąt dwie powieści, w których głównymi motywami były rycerskość i honor. Rycerskość oznaczała dla niego „galanterię wzmocnioną odwagą, ocieploną entuzjazmem i udoskonaloną grzecznością”9. Rycerstwo ponad wszystkie inne ludzkie cechy ceniło honor i było gotowe zabić w jego obronie, ale tylko zgodnie z zasadami przedstawionymi w Kodeksie honorowym, określającym dokładnie, w jaki sposób mężczyzna, który doznał ujmy na honorze, może wyzwać drugiego na pojedynek i, jeśli ma takie życzenie, zabić go.
Należący do rycerstwa panowie i damy ubierali się w najmodniejsze stroje i jeździli na wspaniałych koniach po czystych, zadbanych ulicach. Co wieczór, od godziny czwartej, przechadzali się wzdłuż nadmorskiego wału promenadą zwaną Battery – będącą „ich Hyde Parkiem, ich Praterem, ich Polami Elizejskimi”10, jak to ujął jeden z podróżników odwiedzających miasto. Z biegiem czasu ten świat zaczął się jednak chwiać za sprawą wykorzystania pary. Obserwatorzy z zewnątrz mieli wrażenie, że Karolina Południowa nie dotrzymuje kroku innym stanom w wielkim marszu kraju ku nowoczesności – epoce kolei żelaznych. Świadczyło o tym choćby to, że Census Bureau, amerykański urząd statystyczny, naliczył w tym stanie w 1860 roku 364 pracowników kolejnictwa, podczas gdy w Nowym Jorku – 627211. W 1800 roku Charleston był piątym co do wielkości miastem Stanów Zjednoczonych, w 1860 – dwudziestym drugim. Od 1850 roku stracił 6 procent ludności, głównie z powodu spadku liczby niewolników związanej z odpływem plantatorów, którzy szukali lepszych warunków gdzie indziej – w Alabamie, Georgii i Missisipi.
Rosła obawa, że może Karolina Południowa najlepsze dni ma już za sobą. Plantatorzy stanowili kiedyś najbogatszą klasę w Ameryce, jak pisał Dennis Hart Mahan, urodzony w Nowym Jorku i wychowany w Wirginii profesor West Point, w liście do przyjaciela z listopada 1860 roku. „Lecz kiedy handel, wytwórczość, sztuki mechaniczne zaburzyły ten stan rzeczy i pozwoliły zgromadzić majątek mogący pretendować do większego przepychu i luksusu niż prowadzenie plantacji, wówczas nadszedł, obawiam się, ów demon niepokoju, który stał się w minionych latach największym siewcą zamętu w tej krainie”. Mahan, którego syn Alfred został później wybitnym historykiem marynarki wojennej, twierdził, że Karolina Południowa – „ten hardy mały stan” – zamiast przyłączyć się do pędu ku nowoczesności, zrobiła się jeszcze bardziej zaściankowa. „Owa stara, dobra beztroska gościnność, obowiązkowa wśród niezbyt licznej i zamożnej ludności, oraz towarzyszące jej kurtuazja i życzliwość przestały przystawać do epoki kolei żelaznych” – pisał. „Ludzie nie mają już czasu do tracenia na czczą gadaninę ani mitrężenie całego bożego dnia czy przesiadywanie po nocy, do białego rana”12.
Gdyby komuś chciało się poszukać, można było znaleźć celną analogię w nowej powieści Charlesa Dickensa Wielkie nadzieje, publikowanej akurat w odcinkach w pewnym angielskim tygodniku literackim. Pierwszy z nich ukazał się w grudniu 1860 roku. Jedna z głównych postaci, panna Havisham, wydawała się idealnym uosobieniem Karoliny Południowej. Zostawiona przy ołtarzu, zaszyła się w domu, zatrzymała wskazówki zegarów, cały czas nosiła suknię ślubną i nawet zostawiła na stole ucztę weselną, która zaczęła gnić. Porzucona przy ołtarzu epoki kolei żelaznych Karolina Południowa zasklepiła się we własnym świecie gnuśności i mitu.
Trzech oficerów z Karoliny zeszło na nabrzeże Fortu Sumter, ostrożnie, bo łódź mocno się chybotała. Była to ich druga wizyta w forcie w ciągu dwudziestu czterech godzin. Podczas pierwszej dowiedzieli się od majora Andersona, że jemu i jego ludziom wkrótce skończy się jedzenie i głód zmusi ich do kapitulacji. Przekazali te wieści nowemu sekretarzowi wojny Konfederacji, Leroyowi Pope’owi Walkerowi w Montgomery w stanie Alabama, tymczasowej stolicy Skonfederowanych Stanów Ameryki. Oświadczenie Andersona sugerowało, że może Karolinie uda się objąć kontrolę nad fortem bez stosowania przemocy. Walker upoważnił oficerów do podjęcia takich działań, więc podczas tej drugiej wizyty powiedzieli Andersonowi, że jeśli ogłosi datę i godzinę planowanej ewakuacji fortu, konfederackie baterie artylerii rozmieszczone wokół Zatoki Charlestońskiej nie będą strzelać i pozwolą jemu i jego ludziom bezpiecznie odpłynąć. Przez poprzednie trzy miesiące siły Konfederatów zainstalowały na przeciwległych brzegach nowe baterie ciężkiej artylerii, zdolne ostrzelać Fort Sumter ze wszystkich stron.
Kiedy konfederaccy emisariusze czekali, Anderson zebrał swoich oficerów i wypytał, jak długo ich zdaniem zdołają utrzymać fort bez nowej dostawy jedzenia. Pięć dni, orzekli zgodnie, przy czym przez ostatnie trzy prawie już zabrakłoby racji żywnościowych. Wszyscy oficerowie Andersona zagłosowali za tym, żeby wcześniej nie poddawać twierdzy.
Anderson napisał swoją odpowiedź. Wręczył ją oficerom Karoliny kwadrans po trzeciej nad ranem, zapewniając ich, że rzeczywiście ewakuuje fort, ale zamiast narażać swoich ludzi na niepotrzebne cierpienie, zrobi to za trzy dni, dokładnie w południe 15 kwietnia. Dodał jednak istotne zastrzeżenie: dotrzyma zobowiązania, o ile w tym czasie nie dostanie „rozkazów od [swego] rządu bądź dodatkowej aprowizacji”. Chociaż Konfederaci mieli zdecydowaną przewagę liczebną i ogniową, Anderson dodał dzielnie: „Nie otworzę przez ten czas ognia przeciwko waszym siłom, o ile nie zmusi mnie do tego jakiś wrogi akt wobec tego fortu lub flagi mojego rządu”13.
Emisariuszom Konfederacji taka odpowiedź się nie spodobała. Wiedzieli, że Unia wysłała do Charlestonu ekspedycję marynarki wojennej. Wiedzieli, bo Lincoln im powiedział. Szóstego kwietnia wyruszył z Waszyngtonu do Charlestonu kurier ze zwięzłą wiadomością dla gubernatora stanu Francisa W. Pickensa: do fortu zmierza ekspedycja, by zaopatrzyć go wyłącznie w żywność, i nie będzie próbowała przekazywać broni, amunicji ani żołnierzy, o ile ani fort, ani okręty nie zostaną zaatakowane.
Było to ze strony Lincolna sprytne posunięcie: wysyłał jedzenie głodującym ludziom. Kto mógłby się temu sprzeciwiać? Jeśli okręty dostarczyłyby żywność bez przeszkód, zapanowałby pokój, a Anderson i jego ludzie mieliby prowiant potrzebny do dalszego utrzymania fortu. Gdyby jednak siły Konfederatów ostrzelały okręty, w oczach świata to oni byliby napastnikami, dopuszczającymi się niehonorowego czynu, zupełnie wbrew doktrynie wpajanej południowemu rycerstwu od dzieciństwa. Północna flota była przygotowana: miała na pokładzie 200 żołnierzy, działa i amunicję, a w jej skład wchodziło kilka najpotężniejszych okrętów wojennych amerykańskiej marynarki.
Zdaniem oficerów z Karoliny Anderson grał na czas. Bali się, że flota może być w rzeczywistości ekspedycją wojenną i że dowódca Fortu Sumter o tym wie. Generał Beauregard zauważył później w oficjalnym raporcie, że „jak najszybsza neutralizacja fortu była bezwzględnie konieczna, nie można bowiem było czekać, aż okręty i fort połączą siły we wspólnym ataku na nas”.
„Neutralizacja” stanowiła wojskowy eufemizm oznaczający zniszczenie.
Obawy Karolińczyków potęgowała pogoda. Deszcz, głęboka ciemność, huk wiatru i fal tworzyły dla okrętów z Północy idealne warunki, by niepostrzeżenie przemknąć przez zatokę.
Oficerowie od razu przeczytali pismo Andersona. Owszem, podał im to, co chcieli, czyli dokładną datę ewakuacji, ale poczynione przez niego zastrzeżenie stawiało ją pod znakiem zapytania. Jeden z oficerów, pułkownik James Chesnut Junior, który należał do najbardziej uprzywilejowanych synów rycerstwa i prezentował się teraz olśniewająco, przepasany błyszczącą czerwoną szarfą i z mieczem u boku, napisał odpowiedź:
„Szanowny Panie, z upoważnienia generała brygady Beauregarda, dowodzącego tymczasowymi siłami Skonfederowanych Stanów, mamy zaszczyt poinformować Pana, iż otworzy on ogień z baterii artyleryjskich wymierzonych w Fort Sumter za godzinę, licząc od chwili obecnej”14. Była trzecia dwadzieścia nad ranem.
Anderson przyjął to bez komentarza. Żadnego gniewu ani złości, tylko uprzejmość i kurtuazja. W końcu była to sprawa honorowa, a dla Andersona i oficerów Konfederacji nie było ważniejszej rzeczy niż honor. Dowódca fortu odprowadził ich na nabrzeże i każdemu uścisnął dłoń. „Jeśli już nigdy nie spotkamy się na tym świecie – powiedział – niechaj Bóg sprawi, byśmy mogli spotkać się na tamtym”15.
Oficerowie odpłynęli. Łódź sunęła po czarnej wodzie, niewolnicy znów trudzili się przy wiosłach, ale nie kierowali się w stronę Charlestonu. Płynęli prosto na zachód, ku wyspie James, oddalonej o 2,1 kilometra, gdzie na reducie z czasów kolonialnych, zwanej Fortem Johnson – niegdyś opuszczonej, ale dziś ponownie gotowej do bitwy – umieszczono baterię ciężkich moździerzy. Okoliczny krajobraz zapełnił się na nowo armatami, moździerzami i schronami przeciwbombowymi za sprawą setek niewolników, których pracę ofiarowali konfederackiej armii ich charlestońscy właściciele.
Oficerowie dotarli do baterii moździerzy i rozkazali jej dowódcy przygotować się do wystrzelenia jednej salwy dokładnie o godzinie czwartej dwadzieścia. Miało to sygnalizować, że bombardowanie Fortu Sumter zaraz się rozpocznie. W liturgii honoru taka precyzja była ważna: dżentelmen był punktualny.
W Forcie Sumter Anderson rozkazał wciągnąć wysoko na maszt amerykańską flagę, z trzydziestoma trzema gwiazdami na niebieskim polu w lewym górnym rogu, ułożonymi w kształt przypominający romb. Flaga była ogromna: 6,7 metra wysokości i 11 metrów długości. Wysłał oficerów, żeby obudzili swoich podkomendnych i przekazali im nowiny. Zaledwie dzień wcześniej kazał wszystkim przenieść posłania do kazamat, na najniższe piętro fortu, zapewniające niemal stuprocentową ochronę przed ostrzałem.
W Charlestonie w tamten czwartek odbywało się szalone przyjęcie, „najweselszy, najzabawniejszy obiad, jaki dotąd urządziliśmy”16 – napisała Mary Boykin Chesnut, żona pułkownika, który tej nocy przekazał obrońcom fortu konfederackie ultimatum.
Mary opisała przyjęcie w notatniku oprawionym w czerwoną skórę ze złoceniami, do którego dostępu bronił mosiężny zamek. Prowadziła w tym kajecie swój dziennik. Zapiski trzymała w ścisłej tajemnicy i co wieczór zamykała pamiętnik na kluczyk, z czasem jednak miał on stać się jednym z najsłynniejszych dzienników w amerykańskiej historii. Na jego stronach nazywała swojego męża „JC” albo „panem C”.
„Mężczyźni pozwalali sobie na zuchwalszy dowcip i śmielsze mądrości” – pisała. „Żywiliśmy niewypowiedzianą obawę, że może to być nasz ostatni przyjemny wieczór”.
W mieście panował świąteczny nastrój, pełen jednak niepokoju. Dla Mary był to tydzień proszonych obiadów i podwieczorków. W gronie gości znaleźli się dwaj byli gubernatorzy, były senator (który ze swadą cytował poemat Pani jeziora sir Waltera Scotta), były zastępca sekretarza stanu, były sędzia oraz wielu innych potomków najlepszych rodzin, sama najwyższa socjeta, w tym nawet przedstawicielka rodu Pinckneyów – Harriott Pinckney, właścicielka 343 niewolników i „jedna z ostatnich osiemnastowiecznych Pinckneyów” – zanotowała Mary. Na jednej z kolacji podano „pâté de foie gras, sałatkę, deser lodowy biscuit glacé i szampana frappé”.
Zwyczajowy towarzyski kadryl wizyt i rewizyt, z dyskretnym przekazywaniem kart wizytowych przez czarnych służących w białych rękawiczkach, przybrał gorączkową intensywność, przywodzącą na myśl pożar Rzymu. Powozy jeździły od domu do domu, stangreci – niewolnicy w szkarłatnych liberiach – poganiali konie, a mali niewolnicy przycupnięci na błotnikach zeskakiwali, by otwierać bramy. Plantatorzy z dnia na dzień zmieniali zwyczajne ubrania na wymyślne mundury z błyszczącymi czerwonymi szarfami – „żołnierski przyodziewek”, jak ujęła to Mary. Pisała, że przy tak dużym napięciu w mieście panowała „fosforyzująca” atmosfera. Po ulicach maszerowali, śpiewając, umundurowani żołnierze. Nocą słyszała dudnienie wozów z amunicją przejeżdżających po kocich łbach – nikt nie mógł spać. „Intryga się zagęszcza” – zanotowała, posługując się wyrażeniem będącym wtedy w powszechnym użyciu, ale pochodzącym ze sztuki teatralnej sprzed dwóch stuleci. „Powietrze jest rozgrzane do czerwoności od plotek. Zagadka polega na tym, skąd biorą się te całkowicie bezpodstawne pogłoski”17.
Po jednym z obiadów, podczas którego toczyły się wyjątkowo ożywione rozmowy na temat najnowszych doniesień o pół tuzina okrętów wojennych Marynarki Stanów Zjednoczonych, które miały się zgromadzić na Atlantyku u wejścia do zatoki, Mary udała się do swojego pokoju. „Gdy tylko nastąpi jakieś poruszenie czy zamęt jakowyś, serce tak boleśnie mi bije” – zapisała w dzienniku. „A dziś taka mnie duszność chwyciła, taka męka, że ledwiem cokolwiek widziała i słyszała. Panowie wyszli niemal natychmiast. Ja zaś po cichu podreptałam do swego pokoju, gdzie porządnie sobie popłakałam”18.
W czwartek 11 kwietnia, kiedy pan C wraz z dwoma innymi oficerami pływali do Fortu Sumter i z powrotem ze swoim ultimatum, kiedy padał deszcz, trzęsły się szyby w oknach, mężczyźni paradowali z mieczami i czerwonymi szarfami, wozy z amunicją toczyły się w stronę nabrzeża, a nocne patrole polowały na zbłąkanych czarnych – gorączka niepokoju i żądza wojny stały się nie do zniesienia.
„Cierpliwości, o duszy moja” – napisała Mary. „Jeśli Anderson nie skapituluje, dziś w nocy zacznie się bombardowanie. Miej nas, Panie, w swojej opiece!”19
Później: „Nie udaję, że poszłam spać. Jakżebym mogła? Jeśli Anderson nie przyjmie warunków, o czwartej – tak brzmią rozkazy – zostanie ostrzelany”.
Leżała rozbudzona. Wybiły cztery uderzenia kościelnego dzwonu. I cisza. „Zaczynam mieć nadzieję” – zanotowała Mary. O czwartej dwadzieścia, godzinie, o której miał nastąpić pierwszy wystrzał, nadal panowała cisza.
W Forcie Sumter tykały zegary, obracały się wskazówki chronometrów, mijała powoli minuta po minucie.
(1807–1860)
Sekundant dołożyć powinien wszelkich starań, by ukoić wzburzenie, pod którego wpływem może znajdować się jego mocodawca, i skrupulatnie wybadać źródło nieporozumienia; dżentelmeni bowiem rzadko obrażają się wzajem, chyba że powzięli błędne o czymś mniemanie; a kiedy sekundant odkryje źródło owej niesnaski czy pomyłki, niechaj zbada każde posunięcie aż do momentu przesłania mocodawcy listu, a harmonia zostanie przywrócona.
John Lyde Wilson, The Code of Honor or Rules for the Government of Principals and Seconds in Duelling, 1858, zwany także Kodeksem honorowym (The Code Duello)
SPRINGFIELD, ILLINOIS
Wstrząs
6 listopada 1860
Huk armaty. Wschód słońca. Pomarańczowy rozbłysk i kłąb dymu. Potem następny wystrzał. Zadrżały szyby. Gęsi zerwały się do lotu. Nie było żadnego zagrożenia – nadszedł dzień wyborów, 6 listopada 1860 roku, sześć miesięcy przed wydarzeniami w Forcie Sumter. Salwa z armaty miała obudzić mieszkańców miasta i przypomnieć im o głosowaniu. Ponieważ miastem tym było Springfield w stanie Illinois, w sercu rolniczej krainy, a rzecz działa się tej politycznie gorącej jesieni, prawie wszyscy już wstali i prawie wszyscy zamierzali oddać głos. O urząd prezydenta ubiegało się czterech kandydatów, spodziewany wynik był niepewny, ale na ogół uważano Lincolna za faworyta. Gdyby żaden z pretendentów nie uzyskał wyraźnej większości głosów, wybory zostałyby rozstrzygnięte w Izbie Reprezentantów.
Po porannej salwie armatniej „na ulicach zapanował tumult”, jak to określił jeden z reporterów – fala ludzi ruszyła w kierunku jedynego w mieście lokalu wyborczego, na pierwszym piętrze gmachu Sądu Hrabstwa Sangamon na rogu Sixth Street i Washington Street. Właściciel pobliskiej lodziarni udostępnił sklep grupie kobiet popierających Partię Republikańską, które przygotowały poczęstunek w postaci kawy, kanapek, ostryg i ciasta.
Springfield było rodzinnym miastem Lincolna. Przeszedł pieszo pięć przecznic dzielących jego dom od sztabu wyborczego, który mieścił się w siedzibie zgromadzenia stanu Illinois w apartamencie zazwyczaj zajmowanym przez samego gubernatora i uprzejmie mu przez niego udostępnionym. W pewnym momencie w tym dniu Lincoln powiedział, że wybory w Ameryce są jak „wielkie czyraki – powodują ogromny ból, zanim dojrzeją do przecięcia, ale już po całej operacji organizm jest w znacznie lepszej kondycji niż wcześniej”20. W Quincy w stanie Massachusetts kongresman Charles Francis Adams, sojusznik Lincolna w sprawie abolicjonizmu i autor wielotomowego dziennika, zachwycał się spokojnym przebiegiem głosowania, mimo wrzących w kraju namiętności. „Niezwykła jest świadomość – pisał – że w całej tej rozległej krainie w tym momencie przebiega pokojowo proces zmiany rządzących, i to jakiej zmiany, z wszelkim prawdopodobieństwem”21.
Zmiana szykowała się potężna: gdyby wygrał Lincoln i Partia Republikańska przejęłaby władzę w Waszyngtonie, wymiotłaby administrację Jamesa Buchanana oraz proniewolniczą Partię Demokratyczną, która obsadziła większość federalnych stanowisk ludźmi sprzyjającymi Południu i jego „szczególnej instytucji”, jak eufemistycznie określano niewolnictwo w południowych stanach. Demokraci sprawowali niemal niezachwianą kontrolę nad obiema izbami Kongresu od 1833 roku, czasami mając ogromną większość. Podczas ostatniego, zakończonego w 1859 roku posiedzenia mieli nad republikanami przewagę czterdziestu dwóch mandatów w Izbie Reprezentantów, w Senacie zaś dominowali w stosunku dwa do jednego. Nagle jednak okazało się, że Lincoln ma spore szanse. Konflikt w łonie Partii Demokratycznej spowodował rozłam, wskutek którego frakcje Północy i Południa zaproponowały własnych kandydatów na prezydenta. W dodatku nowa Konstytucyjna Partia Unii, która twierdziła, że dąży do zbliżenia Północy z Południem, nominowała trzeciego kandydata. A Partia Republikańska, szybko rosnąca w siłę, wystawiła Lincolna. Skoro głosy miały się podzielić między czterech kandydatów, zwolennicy tego ostatniego już widzieli dla niego prostą drogę do Białego Domu. Niewolnicze Południe samą perspektywę zmiany partii władzy przyjmowało niechętnie, ale objęcie prezydentury przez Lincolna napawało południowców przerażeniem. Wielu z nich, za poduszczeniem aktywistów zwanych ziejącymi ogniem albo podpalaczami[1], piętnowało Lincolna jako fanatycznego abolicjonistę, wyobrażali sobie bowiem, że będzie za wszelką cenę starał się zrównać we wszystkim białych i czarnych – co było dla nich niedopuszczalne, mimo że Lincoln wielokrotnie przysięgał, że nie będzie się wtrącał w sprawy niewolnictwa w stanach, gdzie już ono istniało. Był tak znienawidzony, że dziesięć stanów Głębokiego Południa nawet nie umieściło jego nazwiska na kartach do głosowania. Najradykalniejsza gazeta Południa, „Charleston Mercury”, przekonywała, że w razie wygranej Lincolna wszystkie stany niewolnicze powinny natychmiast dokonać secesji.
Około wpół do czwartej po południu Lincoln przeszedł przez rynek, by samemu oddać głos, a uwielbiający go mieszkańcy wykrzykiwali jego różne przezwiska:
Stary Abe,
Wujek Abe,
Uczciwy Abe,
Pogromca Olbrzyma.
To ostatnie stanowiło aluzję do jednego z kontrkandydatów, Stephena Douglasa, człowieka drobnej postury, lecz wielkiego intelektu, znanego prasie i opinii publicznej jako Mały Olbrzym.
Lincolnowi trudno było zniknąć w tłumie. Patykowatą sylwetką przypominał nieco modliszkę, miał 193 centymetry wzrostu bez butów i kapelusza, i tak jednak nosił wysoki czarny jedwabny cylinder, który podwyższał go do dobrze ponad 2 metrów. W kilku długich krokach pokonał schody i podszedł do okienka przeznaczonego dla republikańskich wyborców. Ciągnący za nim tłum się powiększał.
Prywatny sekretarz Lincolna John Nicolay opisał tę scenę w sporządzonej tamtego dnia notatce. Według jego relacji schody budynku sądu „wypełniła gęsta ciżba narodu, która przywitała [Lincolna] głośnymi wiwatami i podążyła za nim korytarzem i po schodach na górę do sali sądowej, również zatłoczonej. Tutaj zgotowano mu absolutnie ogłuszającą owację, a od chwili, gdy wszedł do sali, aż do momentu, kiedy ją opuścił po oddaniu głosu, rozlegały się szaleńcze okrzyki radości, machano kapeluszami i na różne sposoby okazywano entuzjazm – tak że wszelkie inne odgłosy nieistotnymi i błahymi się zdały”22.
Przy okienku kandydat podał swoje imię i nazwisko – „Abraham Lincoln” – jakby urzędnik i całe miasto już go nie znali. Wrzucił swój głos do szklanej misy. Wcześniej zademonstrował pokorę, odrywając z karty własne nazwisko, by nie wyglądało na to, że głosuje na siebie; poza tym oddał głosy na samych republikanów. Powrót do sztabu, wymagający przebijania się przez tłum, zajął mu godzinę.
Wkrótce zaczęły docierać pierwsze wieści o wynikach – telegrafem. Ten, można powiedzieć, kłąb gadających drutów (długości 80 000 kilometrów) zrewolucjonizował komunikację. Chociaż może dostęp do informacji nie stał się natychmiastowy, bo wiadomości trzeba było po drodze w wielu punktach transkrybować i dopiero przekazywać dalej, telegraf i tak uchodził za cudowny wynalazek. Gońcy przynosili najświeższe wyniki do sztabu wyborczego. Panował raczej przygaszony nastrój. „Lincoln nigdy nie otwierał duszy przed żadnym śmiertelnikiem” – pisał William H. Herndon, prawnik i jego wspólnik. „Był najskrytszym, najpowściągliwszym, najbardziej małomównym człowiekiem, jakiego ziemia nosiła”23. Ci, którzy go znali, widzieli jednak, że jego rezerwa słabnie pod wpływem napięcia. „Pan Lincoln był spokojny i opanowany jak zawsze – orzekł jego przyjaciel i doradca polityczny Thurlow Weed – lecz na widok posłańca z urzędu telegraficznego przebiegł jego oblicze nerwowy skurcz, wskazujący na wewnętrzny niepokój, którego zewnętrzny pozór chłodu nie mógł stłumić”24.
O dziewiątej wieczorem napięcie stało się zbyt wielkie nawet dla zachowującego zwykle zimną krew Lincolna. Było już zupełnie ciemno, słabo oświetlone ulice miękły od deszczu. Lincoln w towarzystwie sekretarza Nicolaya oraz dwóch przyjaciół poszedł do urzędu telegraficznego i na zaproszenie operatorów usiadł na kanapie koło odbiorników – maszt okrętu osadzony na stołku barowym, w niepewnej równowadze między odprężeniem a załamaniem się konstrukcji.
Depesze przychodziły zakodowane, tak to wówczas wyglądało. Telegrafista deszyfrował je, przepisując na karteczki w kolorze musztardy. Natychmiast wyrywali mu je z rąk inni, tłumnie już zgromadzeni w urzędzie, i podawali dalej, aż w końcu docierały do Lincolna. Wieści były pomyślne i coraz bardziej obiecujące. W Chicago zwyciężył przewagą 2,5 tysiąca głosów, w Connecticut – 10 tysięcy, w Pittsburghu – co najmniej tylu. Wielkim znakiem zapytania pozostawał jednak Nowy Jork.
Najpierw przyszła enigmatyczna wiadomość od przewodniczącego nowojorskiego oddziału Partii Republikańskiej: „Miasto Nowy Jork spełni Pańskie oczekiwania z nawiązką”25.
Lincoln opuścił urząd telegraficzny, ale potem tam wrócił.
W końcu przyszedł najważniejszy telegram z Nowego Jorku: „Przekazujemy panu nasze gratulacje z okazji tego wspaniałego zwycięstwa”.
Nowojorczycy poparli Lincolna na tyle licznie, że wystarczyło to do wygranej w całym stanie, która przełożyła się na zdobycie 35 głosów elektorskich. Późnym wieczorem Lincoln dowiedział się, że wygrał także w Springfield, gdzie wszyscy czterej kandydaci cieszyli się popularnością. Zwyciężył tu dwudziestoma dwoma głosami. Na tę wieść, jak odnotował jeden z obserwatorów, Lincoln wreszcie pozwolił sobie na wyrażenie radości: wydał nagle „ni to entuzjastyczny okrzyk, ni pisk falsetem, lecz coś mającego w sobie nieco z jednego i drugiego”.
I zaśmiał się w głos.
Śmiech nie trwał długo. Nicolay przyglądał się Lincolnowi, do którego docierała waga tej chwili. Był bliski zwycięstwa. „Zdało się, jak gdyby nagle musiał dźwigać na ramionach cały świat i nie mógł pozbyć się tego ciężaru”26.
W kraju krążyły tymczasem sensacyjne plotki: że w Nowym Jorku wybuchły zamieszki, że secesjoniści w Alabamie wzięli Stephena Douglasa jako zakładnika, że Waszyngton płonie. Na całym Południu powtarzano najbardziej przerażające pogłoski – wskazujące, że zaczęło się szeroko zakrojone powstanie niewolników, a więc to, czego południowcy obawiali się najbardziej. W Teksasie rozeszły się słuchy, że abolicjoniści i czarni niewolnicy knują plan rzezi białych kobiet pod nieobecność ich mężów, kiedy ci wybiorą się na głosowanie. Dla wielu mieszkańców Południa wybory były ciężką próbą. Edmund Ruffin, podpalacz (działacz nawołujący do secesji), zapisał w dzienniku, że zwycięstwo Lincolna „posłuży do pokazania, czy Południowe Stany mają pozostać wolne, czy też stać się politycznie zniewolone – czy instytucja murzyńskiego niewolnictwa, na której opiera się społeczne i polityczne istnienie Południa, zostanie zabezpieczona naszym oporem, czy też wkrótce obalona”. Ruffin chciał – według własnych słów „pragnął gorąco i z niecierpliwością” – by Lincoln wygrał, miał bowiem nadzieję, że wówczas „przynajmniej jeden stan, Karolina Południowa, dokona secesji, inne zaś pójdą za jej przykładem”. Przewidywał, co się stanie, jeśli Południe nie stawi oporu: „Nasze prawa w przyszłości nie zostaną utrzymane – a koniec murzyńskiego niewolnictwa można uznać za pewnik. Ten potężny kryzys naszych instytucji i naszego losu zaprząta moje myśli niemal bez reszty”27.
W Springfield świętowano. W Sali Reprezentantów w budynku legislatury stanowej rozbłysły światła, jak relacjonował Nicolay w liście do narzeczonej Thereny Bates, „i przez prawie całą noc zapełniał ją tłum, który okrzykami, śpiewem, tańcem i na różne inne sposoby dawał wyraz radości z napływających pomyślnych wieści”28.
Przychodziły kolejne telegramy. O północy wynik wyborów był już pewny. Było to dziwne zwycięstwo: na Lincolna zagłosowało więcej wyborców niż na jakiegokolwiek innego kandydata, więcej nawet niż na któregokolwiek z poprzednich prezydentów – prawie 1 866 000 obywateli – ale stanowiło to zaledwie 40 procent wszystkich głosów. Ponieważ jednak w wyścigu do Białego Domu brało udział czterech kandydatów, takie poparcie w zupełności wystarczyło. Zapewniło Lincolnowi sporą przewagę w Kolegium Elektorów. Mimo to wyniki wyborów nie dawały większej nadziei na zasypanie podziałów w kraju. W tych kilku południowych stanach, w których w ogóle umieszczono nazwisko Lincolna na kartach do głosowania, otrzymał on niewiele głosów. W Wirginii zdobył nieco ponad 1 procent poparcia; w Kentucky, stanie, w którym się urodził, niecały 1 procent.
Około drugiej nad ranem Lincoln wrócił do domu. Jego żona Mary spała. Dotknął jej ramienia. Żadnej reakcji. „Odezwałem się ponownie, nieco głośniej” – wspominał później. „»Mary, Mary! Zostaliśmy wybrani!«”29.
Niedługo wcześniej jednak jeden z przyjaciół słyszał, jak Lincoln w drodze do domu powtarzał: „Boże, dopomóż, Boże, dopomóż”.
Chociaż bezsprzecznie wygrał wybory, Lincoln, zawsze przywiązujący dużą wagę do litery prawa, nie potrafił w pełni cieszyć się zwycięstwem. Głosy Kolegium Elektorów miały zostać ostatecznie zatwierdzone dopiero za trzy miesiące, 13 lutego, a z uwagi na narastające w kraju niepokoje nie było wcale pewne, czy nastąpi to bezkonfliktowo. Zgodnie z konstytucją procedurę liczenia i zatwierdzenia głosów miał przeprowadzić urzędujący wiceprezydent, John C. Breckinridge. Nie tylko był on południowcem i właścicielem niewolników, lecz również najpoważniejszym rywalem Lincolna – znalazł się na drugim miejscu w prezydenckim wyścigu.
A Południu wyniki wyborów się nie spodobały. Choćby dlatego, że wybór Lincolna i poprzedzające go obawy odbiły się bezpośrednio na finansowym dobrostanie pierwszoplanowych obywateli Południa – plantatorów. Spadły ceny bawełny, a także wartość rynkowa niewolników, co z kolei ograniczyło zdolność posiadaczy plantacji do wykorzystywania ich jako zabezpieczenia kredytów hipotecznych i innych inwestycji. Niewolnik płci męskiej kategorii „extra numer 1”, którego poprzedniego lata w Richmond sprzedawano za 1625 dolarów, teraz osiągał cenę zaledwie 1000 dolarów, czyli o 38,5 procent niższą. Ze szczególną furią zareagowała Karolina Południowa. Dzień po wyborach najwyżsi stanowi urzędnicy federalni podali się do dymisji, między innymi sędzia federalny Andrew Gordon Magrath. „W historii politycznej Stanów Zjednoczonych miało miejsce zdarzenie o złowieszczym znaczeniu dla piętnastu stanów niewolniczych” – oświadczył Magrath, składając rezygnację, i poprzysiągł, że odtąd będzie stosował się wyłącznie do życzeń swojego stanu. „Jeśli o mnie chodzi – powiedział – Świątynia Sprawiedliwości, wzniesiona na podwalinach konstytucji Stanów Zjednoczonych, została zamknięta”. Uznał, że lepsze to niż jej „zbezczeszczenie przez składanie ofiar tyranii”30. Postępowanie Magratha zelektryzowało Południe.
Dla Lincolna cała ta uraza pozostawała zagadką. Nie potrafił pojąć reakcji Karoliny Południowej. Odbyły się wybory; wygrał je. Najwspanialsza demokratyczna tradycja Ameryki została podtrzymana. Podczas kampanii ani razu nie groził zniesieniem niewolnictwa ani wyzwoleniem milionów zniewolonych mężczyzn i kobiet zaludniających plantacje Południa. Jednak taki jego portret – polityka dążącego do tych właśnie celów – malowali podpalacze i secesjonistyczni redaktorzy.
„Cóż mógłbym takiego powiedzieć, co uspokoiłoby obawy?” – pisał do przyjaciela niedługo po wyborach. „Że rząd nie zamierza ingerować w sprawy dotyczące niewolników i niewolnictwa w obrębie stanów? Mówiłem to już tak często, że kolejne powtórzenie byłoby jawną kpiną, noszącą znamiona słabości i tchórzostwa, czego chyba należałoby unikać. Dlaczego ci zaniepokojeni nie czytają tego, co już powiedziałem?”31.
Lincoln wykazał się tu jednak krótkowzrocznością. Wkrótce miało stać się jasne, jak mało rozumiał Południe, a w szczególności egzystencjalny strach, jaki plantatorska arystokracja żywiła wobec perspektywy objęcia przez niego prezydentury. Dotyczyło to zwłaszcza Karoliny Południowej, stanu doprowadzonego do desperacji przez akumulację różnych sił, zarówno takich, nad którymi panowała, jak i tych pozostających poza jej kontrolą.
ZATOKA CHARLESTOŃSKA
Dowódca z prawdziwego zdarzenia
Listopad 1860
Pułkownik John L. Gardner, lat sześćdziesiąt siedem, coraz bardziej się niepokoił. Jako dowódca sił Armii Stanów Zjednoczonych w Charlestonie w Karolinie Południowej odpowiadał za arsenał federalny i kilka fortów, z których najważniejszy był w tej chwili Fort Moultrie: przysadzista twierdza na Wyspie Sullivana, mniej więcej 6 kilometrów na wschód od samego Charlestonu. To tutaj od listopada 1827 do grudnia 1828 roku stacjonował osiemnastoletni żołnierz Edgar Allan Poe, który później osadził tu akcję swojego opowiadania Złoty żuk z 1843 roku, o poszukiwaniu zakopanego skarbu kapitana Kidda. Pod komendą Gardnera znajdowały się także Zamek Pinckney, niewielki fort tuż przy nabrzeżu miasta, oraz Fort Johnson, opuszczony relikt wojny o niepodległość. I jeszcze Fort Sumter, największy ze wszystkich, „morska forteca” usytuowana pośrodku charlestońskiego kanału żeglugowego. Za całą jej załogę służyli chwilowo robotnicy usiłujący dokończyć ślimaczącą się budowę fortu, trwającą od trzydziestu lat.
Wybory prezydenckie wyraźnie nasiliły secesjonistyczne nastroje w Charlestonie, więc Gardner zaczął się obawiać, że Fort Moultrie mógłby zostać zajęty nawet przez tłum uzbrojonych mieszkańców. W swoim obecnym stanie fort był wyjątkowo narażony na atak. Od początku zaprojektowano go do obrony miasta przed okrętami wrogich obcych państw, nie przewidując raczej szturmu od tyłu ze strony innych Amerykanów. W konsekwencji jego tylne skrzydło wychodziło na otwarty teren, na który z łatwością mogli wkroczyć od północy i wschodu żołnierze wojsk lądowych z drabinami – chociaż zważywszy na stan fortu, drabiny nie byłyby właściwie potrzebne. Znajdujące się za nim wydmy podniosły się na tyle, że z ich porośniętych chwastami wierzchołków strzelcy wyborowi wroga mogliby trzymać na muszce całe wnętrze fortecy. Nawiewany wiatrem piasek usypywał się tak wysoko pod tylną ścianą twierdzy, że od czasu do czasu krowy z okolicy wdrapywały się do środka przez mury obronne.
Gardner miał niewielu żołnierzy, w dodatku słabo uzbrojonych. W liście do Departamentu Uzbrojenia Armii Stanów Zjednoczonych w Waszyngtonie z 5 listopada 1860 roku, dzień przed wyborami, pułkownik zalecił, by jego garnizonowi w Sumter wydano muszkiety z arsenału federalnego miasta. Ostatnio jednak Gardner zaczął się martwić bliższym zagrożeniem – ze strony cywilnych robotników w fortach. Wszyscy byli wolnymi ludźmi, wielu – imigrantami z Europy, „których – pisał pułkownik – roztropność nakazywałaby traktować z pewną podejrzliwością”32. W fortach pracowało w sumie 260 mężczyzn, z czego 125 w Sumter, przeważali więc znacznie nad obsadą garnizonu, liczącą 75 oficerów i szeregowych żołnierzy. Według słów Gardnera z odpowiedzi robotników na pytanie o ich stosunek do secesji wynikało, że „traktowali ją obojętnie, przy czym dawali do zrozumienia, że o ich działaniach zdecyduje największa łapówka i że mogą w każdej chwili zwolnić się ze swych publicznych zobowiązań i tym samym dowolnie wybrać stronę, którą zechcą poprzeć”.
Gardner obawiał się, że robotnicy, gdyby byli uzbrojeni, mogliby „dostarczać pocztę i jej zawartość niepowołanym, za sprawą przekupstwa lub namowy”. Przekonywał, by zamiast samej broni armia przysłała żołnierzy: dwie kompanie, które obsadziłyby Fort Sumter i Zamek Pinckney.
Przełożeni Gardnera zaczynali tymczasem mieć coraz większe obawy co do niego samego: że może okazać się człowiekiem niezdolnym do poradzenia sobie z tak napiętą i nieprzewidywalną sytuacją. Dla każdego obserwatora było – a przynajmniej powinno być – oczywiste, że przysłanie oddziałów, które zajęłyby Fort Sumter, byłoby w oczach Karolińczyków równoznaczne z wypowiedzeniem wojny. W dodatku inspekcja „lenna” Gardnera przeprowadzona przez wizytującego przedstawiciela armii wykazała uchybienia w zarządzaniu fortecami. W Forcie Moultrie szpital i magazyny stały poza jego murami i były leciwymi budynkami o drewnianym szkielecie, „niechronionymi obecnością ni czujnym okiem wartownika przed czynami niegodziwców. Podpalacz mógłby w ciągu kilku minut zniszczyć wszystkie zapasy i warsztaty jednostki”.
Fort był ewidentnie narażony na atak, ale teraz, wskutek zaniedbań Gardnera, nawet samo wzmocnienie obrony mogłoby podziałać na mieszkańców jak czerwona płachta na byka. „Dowódca z prawdziwego zdarzenia” już by się tym dotąd zajął, zanotował inspektor; wskutek zaniechań sytuacja stała się niebezpieczna. „Wszystko można było z łatwością zaaranżować kilka tygodni temu, gdy obecny dowódca przewidywał niebezpieczeństwo” – napisał inspektor. Dodał, że choć podoficerowie i szeregowi pod komendą pułkownika Gardnera ewidentnie są inteligentni i posłuszni, „w ich ruchach darmo dopatrywać by się żwawości i animuszu wskazujących na istnienie surowej dyscypliny”33.
W Waszyngtonie wyżsi oficerowie armii uznali, że pułkownika należy wycofać z Charlestonu, a na jego miejsce zaproponowali majora Andersona. Ten urodzony w Kentucky dawny właściciel niewolników był życzliwie nastawiony do Południa, ale wykazywał niezachwianą lojalność wobec Armii Stanów Zjednoczonych. Uczył taktyki artyleryjskiej w akademii West Point i zasłużył się w bitwach podczas tak zwanej wojny Czarnego Jastrzębia i wojny z Seminolami w latach trzydziestych XIX wieku, a także wojny meksykańsko-amerykańskiej w latach 1846–1848, w której został ciężko ranny. Kierowano go później do lżejszej służby, najpierw w garnizonie w Maine, następnie w Harrodsburgu w Kentucky, gdzie zarządzał domem weteranów Western Military Asylum. Praca ta bardzo mu odpowiadała, głównie ze względu na bliskość rodziny. Z niejasnych powodów został zmuszony do opuszczenia tego stanowiska. Przed objęciem dowództwa w Charlestonie Anderson awansował i wyznaczono go do pomocy w tworzeniu szkoły artylerii w Forcie Monroe w Norfolk w Wirginii, kolejnej ważnej federalnej fortecy, która strzegła Stoczni Marynarki Wojennej Stanów Zjednoczonych Gosport. Czwartego maja 1860 roku napisał do żony z dumą i szczyptą ironii, że właśnie otrzymał epolety i szarfę. „Jestem gotów do wszystkich obowiązków”34 – informował. Najwyraźniej był już dobrze znany opinii publicznej, bo w październiku 1860 roku dostał zaproszenie na bal w nowojorskiej Akademii Muzycznej na cześć księcia Walii, syna królowej Wiktorii, który właśnie podróżował po Ameryce Północnej.
Istotne było również to, że Anderson dobrze znał Fort Moultrie: stacjonował tu na wczesnym etapie kariery, zanim został przeniesiony na Florydę. Faktem jest też, że dojrzał do zmiany. Służba w szkole artylerii w Forcie Monroe nie przyniosła mu satysfakcji. Czuł, że jego talenty nie znajdują uznania, zakwaterowanie zaś nie było odpowiednie dla jego szarży35. W październiku poprosił o zwolnienie ze stanowiska. Miesiąc później, 12 listopada, generał adiutant Armii Stanów Zjednoczonych kazał Andersonowi zgłosić się do sekretarza wojny Johna B. Floyda w Waszyngtonie „bez zbędnej zwłoki”. Anderson mieszkał wtedy tymczasowo w apartamencie żony w Brevoort House w Nowym Jorku i kończył pisanie podręcznika artyleryjskiego.
Trzy dni później armia wydała rozkaz specjalny numer 137: „Major Robert Anderson z Pierwszego Pułku Artylerii stawi się bezzwłocznie w Forcie Moultrie i zastąpi brevet[2] pułkownika Johna L. Gardnera, podpułkownika Pierwszego Pułku Artylerii, na stanowisku dowódcy rzeczonego fortu, ze skutkiem natychmiastowym”36.
Charleston leżał na końcu półwyspu, u zbiegu dwóch rzek, Ashley oraz Cooper, które wpadały do szerokiej zatoki, ciągnącej się do otwartych wód Atlantyku. Większość odwiedzających docierała do miasta pociągiem lub jednym z licznych parowców pasażerskich, które kursowały wzdłuż wschodniego wybrzeża. Każdy, kto przypływał parowcem, musiał najpierw przekroczyć owianą złą sławą Ławicę Charlestońską, trójkątny obszar piaszczystej mielizny, którą największe statki mogły przebyć tylko podczas przypływu i nawet wtedy musiałyby korzystać z pomocy doświadczonego pilota portowego. Południową część ławicy, stałe zagrożenie dla żeglugi, od dawna zwano „Wyspą Trumien”. Po północnej stronie czyhało jeszcze jedno niebezpieczeństwo: Łacha Pijanego Dicka, gdzie przy odpływie horyzont przesłaniały wielkie spienione fale przyboju. Przez Ławicę Charlestońską prowadziło kilka kanałów, z których najgłębszy i najlepszy był ten trafnie nazwany Kanałem Żeglugowym. Kapitan, którego statek dotarł aż tutaj, znalazłby się w szerokim pasie wody między dwiema wyspami barierowymi, Wyspą Sullivana (z Fortem Moultrie) po prawej i wyspą Morris po lewej burcie. Na wprost leżał Fort Sumter – wyglądał groźnie, mimo że nie miał jeszcze zamontowanych dział i wciąż nie dokończono budowy wewnętrznych obiektów.
Nocą z murów Moultrie wartownicy mogli dostrzec światła południowych krańców Charlestonu. Były to najładniejsze ulice w mieście, przy których pośród bujnych, wonnych ogrodów stały jedno- i dwupiętrowe domy. Wiele z nich miało przestronne werandy, które Charlestończycy nazywali piazzami. Nad domami górowało kilka wyższych budowli, w tym dwa najbardziej luksusowe hotele – Mills House i Charleston – oraz strzeliste wieże najważniejszych kościołów, Świętego Filipa i Świętego Michała. Przy kejach na wschodnim nabrzeżu rysowały się na tle nieba dziesiątki masztów i wysokie kominy parowców – to tutaj rozładowywano kiedyś statki niewolnicze, z których każdy, zanim zakazano międzynarodowego handlu niewolnikami, przywoził z Afryki setki mężczyzn, kobiet i dzieci. Zachodnie wybrzeże miasta zajmowały bagna i zakłady przemysłowe. Battery z ukochaną przez mieszkańców esplanadą leżała w najdalej na południe wysuniętym skrawku miasta. Stały przy niej rezydencje „rycerstwa”, pełne dzieł sztuki, sreber i kryształów, którymi wedle miejscowego zwyczaju właściciele chwalili się z niepohamowaną ostentacją.
Ulice nie były jednak brukowane, więc w upalne, suche dni wiatr wzbijał w powietrze tumany kurzu. W utrzymaniu przyzwoitych warunków sanitarnych w mieście pomagali niespodziewani, można by rzec pierwotni sprzymierzeńcy, jak zauważył pewien brytyjski przybysz, niejaki John Benwell, autor wydanych w 1857 roku An Englishman’s Travels in America [Podróże Anglika w Ameryce]. „Kiedy idzie się ulicami Charlestonu, na gzymsach domów siedzą rzędy zachłannych sępów, spoglądających rozumnie i wypatrujących odpadków” – pisał. Ptaki były pod ochroną; osoba przyłapana na zabiciu sępa musiała zapłacić 10 dolarów grzywny. „Wydawały się całkiem świadome swych przywilejów i spływały na rozpostartych skrzydłach z dachów na ulice, gdzie paradowały w najlepsze, niechętnie ustępując z drogi koniom i powozom”37.
Podczas gdy Benwell raczej nie wybrałby Charlestonu jako miejsca do życia, jeden z jego rodaków, pisarz Charles Rosenberg, uznał, że „z najwyższą przyjemnością by się tam osiedlił”, z pewnym jednak zastrzeżeniem. Miasto było staroświeckie jak rodzinna pamiątka, wydawało się senne, „bardzo stateczne i niebywale powolne” – pisał, jak gdyby wpadło do Lete, rzeki zapomnienia z greckiej mitologii. Rosenberg wyobrażał sobie, że mogłoby to być zatem idealne miejsce dla starszego pana, takiego, który „przekroczył ów fatalny próg półwiecza, za którym człowiek wlecze się już tylko do grobu”38.
Wielu odwiedzających miasto wyczuwało w nim także pewną trudną do zniesienia brutalność. Zniewoleni czarni, transportowani z górnego Południa w ramach niezwykle lukratywnego krajowego handlu niewolnikami, przybywali tu na statkach i koleją, ale również pieszo, w karawanach złożonych z mężczyzn, kobiet i dzieci, często skutych razem łańcuchami przymocowanymi do żelaznych obroży. W mieście działały trzydzieści dwa domy aukcyjne zajmujące się sprzedażą niewolników, a ich licytacje odbywały się często. Pewien podróżnik, który z ciekawości zatrzymał się, by zobaczyć taką aukcję, zareagował głęboką odrazą. „Była to niezwykle żałosna, upokarzająca, poniżająca scena” – napisał. „Sam poczułem się wstrząśnięty i musiałem oddalić się w pośpiechu z obawy, że ujawnię swoje odczucia”39. Przez wzgląd na przybyszów, aby ich nie odstręczać, władze miasta zakazały w latach 1839–1849 sprzedaży niewolników pod gołym niebem, ale później, kiedy rósł w siłę ruch wspierający niewolnictwo, ją przywróciły. Bo w końcu, skoro niewolnictwo jest dobre, dlaczego miano by się go wstydzić? Charleston wprowadził jednak zakaz ponownie w 1856 roku z powodu coraz bardziej złośliwych artykułów na ten temat w północnych gazetach i pismach abolicjonistycznych. W dniu wejścia zakazu w życie przedsiębiorczy handlarz Thomas Ryan, wyczuwając okazję, otworzył osłonięty murem Targ Ryan i Synowie przy Chalmers Street, kilka przecznic od nabrzeża, wraz z trzypiętrowym „barakunem” (barracoon), w którym przetrzymywano niewolników aż do dnia sprzedaży. Miejscowi nazywali je „więzieniem czarnuchów Ryana”. W budynku mieściła się kuchnia, a także, co brzmi złowieszczo, kostnica. W dużej sali targowej, wychodzącej na Chalmers Street, niewolnicy wchodzili na podwyższenie około metra nad ziemią, mniej więcej trzymetrowej długości, żeby kupcy mogli im się łatwiej przyjrzeć.
Targ Ryana stał się głównym ośrodkiem handlu niewolnikami w Charlestonie40. To tutaj handlarze na ogół sprzedawali zniewolonych czarnych w każdym wieku, jak na przykład 9 stycznia 1860 roku, kiedy na targu wystawiono „wyborową brygadę 235 Negrów”41 z majątku wpływowego niegdyś plantatora, generała Jamesa Gadsdena. Kupcy musieli wyłożyć gotówkę na połowę ceny zakupu, resztę natomiast mogli zapłacić za pomocą skryptu dłużnego na dwanaście miesięcy, będącego de facto kredytem, którego zabezpieczenie stanowiła wartość samych niewolników. W reklamującej aukcję ulotce podawano ich imiona, wiek i ewentualne związki rodzinne. Oferowano między innymi ośmiomiesięczną Chloe z trzyosobowej rodziny i pięciomiesięcznego Aesopa z rodziny siedmioosobowej. Na sprzedaż byli także jego rodzice Caroline i Witty oraz rodzeństwo: Charlotte, lat piętnaście; Cupid, lat jedenaście; Robert, lat sześć oraz Peter, lat trzy. Dzieci uchodziły za dobrą inwestycję: kiedy dorosły, ich wartość wzrastała, o ile wcześniej nie zabiła ich żółta febra albo malaria – „gorączka jesienna”. Na liście znalazł się też bezimienny noworodek z pięcioosobowej rodziny. W ulotce wymieniono także umiejętności lub choroby czy zaburzenia, uznane za warte wzmianki. Trzydziestotrzyletni mężczyzna o imieniu Monday miał, jak zaznaczono, „puchlinę wodną”; sześcioletni chłopiec, George, był „dotknięty idiotyzmem”; siedemdziesięcioletnia Jara była niewidoma, za to Tom był bednarzem, Henry kołodziejem, a Bess kucharką.
Żadne z tych kwestii nie spędzały snu z powiek Andersonowi ani jego żonie42. Ona również urodziła się na Południu, tyle że w innej jego części, zwanej Głębokim Południem. Jej ojcem był generał Duncan Lamont Clinch, plantator z Georgii, szanowany weteran wojny brytyjsko-amerykańskiej z 1812 roku. Po śmierci generała jego ziemie przypadły synom, zgodnie z południowym prawem i zwyczajem, dopilnował jednak, by zapewnić córce w spadku spory dochód oraz dwudziestu dziewięciu niewolników, którzy pozostali w Georgii. Andersonowie sprzedali ich w 1860 roku, podobno za 1300 dolarów, czyli średnio po 45 dolarów za osobę, a więc z dużym rabatem, jeśli wziąć pod uwagę, że cena jednego „wyborowego” robotnika rolnego w Georgii sięgała wtedy nawet 1800 dolarów. Na cześć ojca Eby jeden z charlestońskich parowców nazwano „General Clinch”.
Anderson nie miał wrogiego stosunku do Południa jako takiego, chociaż wybryki Karoliny Południowej wystawiały jego cierpliwość na próbę. W liście z Fortu Sumter do starego znajomego w Waszyngtonie pisał: „Tak jak i Pan, w dzielącym kraj sporze w pełni sympatyzuję z Południem, lecz muszę wyznać, że straciłem całe zrozumienie dla ludzi, którzy rządzą tym stanem. Są zdecydowani przypieczętować swoją secesję krwią”43.
Anderson dorastał w Kentucky, rozumiał więc Południe, jego namiętności i resentymenty – w przeciwieństwie do nowego prezydenta Abrahama Lincolna. Niewolnictwo stanowiło niezwykle istotną część życia tego regionu. Anderson, który nadal miał skłonność do używania słowa „czarnuchy”44, przyjmował proniewolniczy etos mówiący, że niewolnictwo jest w istocie czymś pozytywnym, dobrym zarówno dla zniewolonych, jak i dla całego społeczeństwa. W ogóle nie kwestionował wysuwanego często argumentu, że Biblia wyraźnie dopuszcza niewolnictwo.
„Niestety, pragnął nie tylko ocalić Unię, lecz wraz z nią także niewolnictwo” – pisał o Andersonie jeden ze służących pod jego komendą oficerów, kapitan Abner Doubleday, zagorzały abolicjonista z Nowego Jorku. Uważał, że popierając niewolnictwo, Anderson – jak wielu na Południu – nie nadąża za ogólnoświatową zmianą w postrzeganiu tego procederu, za której sprawą Północ i rozwinięte społeczeństwa europejskie zaczęły uznawać go za odrażające moralne zło. „Nie potrafił odczytać znaków czasów i dostrzec, że sumienie narodu i postęp cywilizacji już skazały niewolnictwo na zniszczenie” – podnosił Doubleday. Jego zdaniem Anderson widział samego siebie „raczej jako arbitra pomiędzy dwoma rywalizującymi narodami niż prostego żołnierza wypełniającego polecenia przełożonych”45.
Aż do momentu niedawnych niepokojów garnizon Moultrie utrzymywał dobre stosunki z mieszkańcami Charlestonu. W letnie wieczory przygrywała orkiestra garnizonowa, podczas gdy cywile z okolicznych domów i z Moultrie House, letniego hotelu przy plaży, spacerowali wzdłuż murów fortu. Kiedy Anderson przybył do Moultrie 21 listopada, starał się, by przejęcie przez niego komendy przebiegało jak najspokojniej. Wychodząc ze spotkania w domu swego poprzednika, pułkownika Gardnera, ujrzał tłumnie zgromadzonych mieszkańców, którzy najwyraźniej chcieli przyjrzeć się nowemu dowódcy. Anderson ruszył do bramy fortu i odebrał honory od wartownika, ale nie wszedł od razu do środka. Wezwał oficera dowodzącego strażą twierdzy i rozkazał mu zostawić bramy otwarte. Następnie „zwrócił się do tłumu – jak wspominał pewien sierżant – i wykonując pełen kurtuazji gest, rzekł: »Wejdźcie, panowie, jeśli sobie życzycie. Nie mamy tu żadnych sekretów«”46.
Dwa dni później Anderson złożył pierwszy raport z Charlestonu, przekazując przełożonym wyniki swojej inspekcji fortów, którymi teraz dowodził. Przedstawił ich ewidentne słabości i zgodził się ze swoim poprzednikiem, że załogę położonego po drugiej stronie kanału Fortu Sumter należy wzmocnić, wysyłając między innymi pół tuzina specjalistów od uzbrojenia, doświadczonych w przygotowywaniu amunicji. Potęga Sumter – jeśli założyć, że budowa twierdzy zostanie wkrótce dokończona – była bezsporna, ale Anderson twierdził także, iż trzeba wzmocnić Zamek Pinckney, najmniejszy z fortów, bo leży on najbliżej Charlestonu i może odwieść krnąbrnych obywateli od prób zdobycia twierdz Sumter i Moultrie. Zainstalowane w Pinckney działa miałyby w zasięgu wszystkie dzielnice miasta i promenadę Battery. „Charlestończycy nie zaryzykowaliby zaatakowania tego miejsca” – to znaczy Moultrie – „jeśliby wiedzieli, że ich miasto jest na łasce dowódcy Zamku Pinckney” – zanotował Anderson. W całym raporcie podkreślał, że pokaz siły najskuteczniej odstrasza. „Nie muszę dodawać, jak bardzo pragnę – a wręcz jestem zdeterminowany, na ile tylko pozwoli mi honor – uniknąć konfliktu z obywatelami Karoliny Południowej” – pisał. „Nic jednak lepiej nie zapobiegnie rozlewowi krwi aniżeli pokazanie, że taką jest nasza pozycja, iż zaatakowanie nas zaiste szaleństwem byłoby i głupotą”47.
Wiedział, że prace nad wzmocnieniem fortów musiałyby mieć szybkie tempo, bo agitacja za secesją się nasilała, a władze Karoliny nie ukrywały swojego pragnienia przejęcia kontroli nad wszystkimi federalnymi nieruchomościami w porcie.
Tego samego wieczoru w Charlestonie grupa kilkudziesięciu młodych mężczyzn, tytułująca się Secesyjnym Stowarzyszeniem Młodzieży Męskiej (Young Men’s Secession Association, YMSA), przemaszerowała przez środek miasta chaotyczną, biegnącą zygzakami trasą od Cytadeli, głównej stanowej akademii wojskowej, przez dzielnice rycerstwa i z powrotem, z pochodniami w dłoniach, odpalając race i rzymskie ognie. „Tu spoczywa Unia” – głosił jeden z transparentów. „Narodzona 4 lipca 1776. Zmarła 7 listopada 1860”48.
„Kłębią się nad nami groźne chmury – napisał Anderson w raporcie dla Waszyngtonu – i lada chwila może uderzyć w nas burza”49.
W istocie chmury zbierały się od dekad.
HAMMOND
Przebudzenie
1807–1842
James Henry Hammond nie był typowym plantatorem, ale też żaden plantator nie był właściwie typowy. Niektórzy z nich wywodzili się od osiemnastowiecznych kolonialnych posiadaczy niewolników, inni zaś dopiero niedawno wżenili się w najstarsze rodziny prowadzące plantacje. Przynajmniej dziesięciu z największych właścicieli niewolników pochodziło z Europy, głównie Anglii, Irlandii i Francji. Wielu urodziło się na Północy, w tym pewien wyjątkowo bezwzględny dla zniewolonych plantator, który przybył z Portland w stanie Maine. Co najmniej dwudziestu ośmiu kształciło się na Harvardzie, a osiemnastu w Princeton. Wśród największych posiadaczy niewolników znalazło się piętnaście kobiet, które odziedziczyły ich wraz z ziemią po zmarłych mężach. Plantatorem był także wódz Czoktawów – Greenwood LeFlore.
Kiedy nadeszły wybory 1860 roku, do Hammonda należała plantacja Redcliffe w Beech Island w Karolinie Południowej oraz trzy inne, a wraz z nimi ponad 300 niewolników i 14 000 akrów ziemi, czyli ponad 5665 hektarów. Przez dekady Hammond był gorącym orędownikiem secesji, ale najbardziej wpływowy stał się jako jeden z czołowych architektów istotnej zmiany w sposobie myślenia Południa o niewolnictwie, a więc i o sobie samym. To, że osiągnął taką pozycję w kulturze rządzącej się regułami i zwyczajami mającymi zapewnić pełną kontrolę nad wszystkim starym rodzinom – rycerstwu – było niezwykłe, ponieważ zaczął życie jako najnędzniejsza z istot, nisko urodzony outsider: członek pospólstwa.
Hammonda, urodzonego w 1807 roku, wychowywał ojciec, życiowy nieudacznik. Sfrustrowany swoim losem Hammond senior – na imię miał Elisha – starał się wpoić synowi pragnienie wielkości tak usilnie, że chłostał go, kiedy chłopak nie dostawał w szkole najwyższych ocen. Elisha poniósł może klęskę we wszystkim innym, ale to jedno mu się udało: zaszczepił chłopcu ogromną ambicję, objawiającą się niepohamowaną potrzebą wyróżnienia się i zdobycia uznania. „Żadna pasja nie rządzi duszą z połową choćby takiej siły co ambicja”50 – zapisał później Hammond w dzienniku.
James chodził do liceum Poplar Spring, które obaj z ojcem uważali za drugorzędne, lecz Elisha zapewniał syna, że czekają go rzeczy wielkie. „Kiedy zostaniesz prezydentem Stanów Zjednoczonych, będziesz opowiadać mnóstwo anegdot o Poplar Spring”51 – mówił. Elisha pracował wtedy jako intendent w South Carolina College, uczelni arystokracji plantatorskiej w Columbii, stolicy stanu. Chociaż nie zajmował szczególnie wysokiego stanowiska – odpowiadał za zaopatrzenie studentów w żywność – zapewniło to jego synowi przewagę nad innymi nisko urodzonymi kandydatami i pomogło mu się dostać na studia w tej szkole. A były one właściwie warunkiem koniecznym dla osiągnięcia sukcesu w Karolinie Południowej, zwłaszcza jeśli ktoś myślał o zajęciu się polityką.
Stosowany na uczelni system nagród i kar opierał się na „zasadach honoru i wstydu” rządzących zachowaniem dżentelmenów, jak stanowił pięćdziesięciostronicowy regulamin szkoły, który każdy chłopak musiał podpisać. Obejmował on wiele różnych zakazów, między innymi gry w karty i w kości, odpalania materiałów wybuchowych, dęcia w trąby, „wylegiwania się pod drzewami” w niedziele, a także siadania „w niestosownej pozycji” (we wszystkie dni). Znalazło się tam również takie oto napomnienie, zrównujące ze sobą różne gatunki podrzędnych istot: „Kategorycznie zabronione jest bicie służących i okrucieństwo wobec zwierząt”52.
Studenci wykazywali ogromną drażliwość na punkcie ujm na honorze, a wraz z nią znaną szeroko skłonność do przemocy. Stało się to wyraźnie widoczne 18 lutego 1856 roku, podczas tak zwanych zamieszek w kordegardzie (Guard House Riot), kiedy, według jednej z relacji, „ponad stu rozjuszonych młodych mężczyzn z karabinami w dłoniach”53 – wszyscy byli słuchaczami karolińskiej uczelni – starło się z miejską milicją po tym, jak pewien student uderzył komendanta policji, a ten oddał mu pałką. Sprawę załagodziła interwencja lubianego byłego rektora. Inne zdarzenie skończyło się mniej pomyślnie. W jadalni dwóch studentów sięgnęło równocześnie po talerz z rybą, a wolniejszy z nich poczuł się znieważony. Wyzwał tego drugiego na pojedynek. Obaj zginęli54.
Nauka w South Carolina College to czas, kiedy Hammond być może eksplorował swoją seksualność z mężczyznami, a przynajmniej jednym. Hammond miał wtedy osiemnaście lat, ten drugi zaś, Thomas Jefferson Withers – dwadzieścia dwa, studiował prawo i miał później zostać znanym w stanie jurystą (i regularnie pojawiać się jako gderliwy wujaszek w dzienniku swojej siostrzenicy Mary Boykin Chesnut). Zachowały się dwa listy, które dały podstawy do niekończących się spekulacji, napisane w 1826 roku, już po ukończeniu studiów przez obu panów. Historyczka Carol Bleser, specjalistka od Hammonda, argumentowała w duchu poglądu „chłopcy już tacy są”, że w tamtych czasach studenci często spali w jednym łóżku i że skoro Hammond wstąpił do kolegium w wieku szesnastu lat, a ukończył je w wieku osiemnastu, zaliczał się do zawsze problematycznej kategorii nastolatków, o których skądinąd wiadomo, że często przejawiają „nabrzmiałość narządów bez żadnej konkretnej stymulacji seksualnej”55.
Niezależnie od interpretacji listy rzeczywiście sugerują chutliwe chwile wśród magnolii w ogrodach kolegium. W tym z 15 maja Withers, nazywając samego siebie „starym Ogierem Jeffem”, pisał: „Budzi we mnie pewną ciekawość, czy nadal sypiasz w koszuli i czy nadal pozwalasz sobie na ekstrawagancką przyjemność poszturchiwania i obijania wiercącego się kamrata, z którym dzielisz łoże, swym długim cielistym drągiem – jego wysublimowany dotyk tak często miałem zaszczyt czuć”56.
Pomijając kwestię cielistych drągów, uczelnia zaszczepiała swoim uprzywilejowanym i rozpieszczanym studentom rewerencję dla obyczajów i kultury Południa i dla ich własnej wysokiej pozycji dżentelmenów. Wyraźnie podkreślano to w regulaminie, stwierdzającym, że podstawowym celem kolegium „jest wpojenie gronu dżentelmenów wiedzy, cnoty, religii i wyrafinowania”. Istotniejsze jednak były zdobywane tu koneksje, które miały im pomóc w drodze do sukcesu w dwóch dziedzinach najbardziej się liczących dla białej arystokracji – polityce i plantatorstwie, przy czym osiągnięcia w tej drugiej z nich mierzono liczbą posiadanych niewolników oraz prezentowanych w domu pięknych, kosztownych przedmiotów. Jeśli jakiś student przejawiał skrupuły w związku z niewolnictwem, pozbycie się ich ułatwiano mu na każdym kroku, zwłaszcza na ostatnim roku, kiedy studenci chodzili na wykłady z „filozofii moralnej”, które uczyły ich, „by czerpali radość z posiadania i sprawowania władzy”, utwierdzały w przekonaniu o słuszności istniejącej hierarchii społecznej i w trakcie których podkreślano, że „utrzymywanie czarnych w ich obecnym stanie jest bezwzględnie konieczne”.
Nic więc dziwnego, że budżet uczelni na rok 1845 obejmował 900 dolarów na „zakup Jacka (niewolnika)”57.
Po dyplomie Hammond przekonał się ku swojemu rozczarowaniu, że mimo bardzo dobrych wyników w nauce (czwartej lokaty na roku) najlepsza praca, na jaką może liczyć, to posada nauczyciela w prowincjonalnej szkole – co oznaczałoby niechlubne pójście w ślady ojca. Inaczej niż na kolegów, nie czekały na niego szeroko otwarte ramiona plantatorskiej arystokracji z perspektywą otrzymania dużej części rodzinnej ziemi i natychmiastowego przyjęcia do wyższych sfer. Ojciec poradził mu, że dla nieposiadającego ziemi nieszczęśnika istniała jedna pewna droga: małżeństwo.
