Dabar. Teologia przy kawie - Marco Ronconi - ebook

Dabar. Teologia przy kawie ebook

Marco Ronconi

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Książka Dabar. Teologia przy kawie to zbiór krótkich felietonów inspirowanych zwyczajnymi rozmowami, wątpliwościami i pytaniami, jakie rodzą się w różnych okolicznościach naszego życia. Marco Ronconi z lekkością mierzy się z najważniejszymi tematami wiary i duchowości, pokazując, że teologia nie jest oderwaną od codzienności teorią, lecz źródłem użytecznych refleksji na temat sensu istnienia, nadziei i Boga. To książka dla tych, którzy szukają pogłębionej wiedzy, podanej w przystępnej formie, inteligentnej i dalekiej od akademickiego patosu. Zbiór tekstów ukazywał się na łamach miesięcznika „Jesus” w latach 2014–2021.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 259

Data ważności licencji: 4/16/2032

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł oryginału

Teologia da bar. Libere conversazioni su Dio e dintorni

 

© Effatà Editrice, Via Tre Denti 1, 10060 Cantalupa, Italy. Translated from the Italian edition, titled Teologia da bar by Marco Ronconi.

 

© Copyright for this edition by Wydawnictwo W drodze, 2026

 

Redaktor inicjujący – Paweł Dąbrowski OP

Redaktorka prowadząca – Ewa Kubiak

Redakcja – Agnieszka Czapczyk

Korekta – LIDIAKOZŁOWSKA, AGNIESZKACZAPCZYK

Skład wersji do druku – Bartłomiej Bączkowski | pilcrow Studio

Redakcja techniczna – Józefa Kurpisz

Projekt okładki i layoutu – Krzysztof LorczykOP

Rycina na okładce – De metaphysico macrosmi...ortu, Robert Fludd (1617); Wellcome Collection Gallery (Wikimedia Commons, CCBY4.0)

Fotografia (strona przedtytułowa) – Tanner Mardis | unsplash.com

 

 

 

 

ISBN 978-83-7906-908-8 (wersja drukowana)

ISBN 978-83-7906-909-5 (wersja elektroniczna)

 

Wydawnictwo Polskiej Prowincji Dominikanów W drodze sp. z o.o.

Wydanie I

ul. Kościuszki 99

61-716 Poznań

tel. 61 852 39 62

[email protected]

www.wdrodze.pl

 

Przygotowanie wersji elektronicznej

Książkę tę dedykuję wszystkim Ronconim, Bottenghim i Antoniazzim; wszystkim tym, którzy podają innym kawę i dobre słowa; mojej żonie, naszej przyszłej historii.

Wprowadzenie

Powiedzieć, czym jest teologia,

da się tylko, uprawiając teologię.

Juan Alfaro

Teologiadabar1 to gra słów, wyrażenie, które można podzielić na dwa sposoby: „Teologia da bar”2 lub też „Teologia Dabar” (do tego hebrajskiego wyrazu wrócę za chwilę). Kiedy Giovanni Ferrò podsunął mi myśl, by użyć takiego wyrażenia jako tytułu rubryki w miesięczniku „Jesus” (wydawnictwo San Paolo)3, od razu mi się ono spodobało. Pomysł polegał na tym, by spróbować połączyć dwie sfery tak odległe od siebie, jak to tylko można sobie wyobrazić: bar i dabar.

Dabar to hebrajskie słowo o takiej mocy oraz wadze, że wymaga pewnego trudu zastosowanie go w kontekście mniej poważnym, tak jak właśnie próbuję to robić. Szeroki wachlarz jego znaczeń zajmuje bowiem dziesiątki stron w słownikach, zwłaszcza tych teologicznych i biblijnych. Zwykle tłumaczy się je jako „słowo”, ale gdy jest użyte w Piśmie Świętym, nie należy mylić go ze zwyczajnym wyrazem, jako wymówionym dźwiękiem czy zapisanym znakiem. By zobaczyć, jaką ma w sobie wartość, wystarczy wymienić choćby Dabar Boga („Bóg rzekł (…) I tak się stało”, pierwszy „refren” w Biblii) czy słowa błogosławieństwa wypowiedziane przez Izaaka nad Jakubem, które, gdy raz wybrzmiały, nie mogły już zostać cofnięte (por. Rdz 27), niezależnie od tego, że były krzywdzące dla Ezawa i naruszały zakorzenioną w ówczesnej kulturze zasadę pierworództwa. Kardynał Gianfranco Ravasi napisał na ten temat, że „wypowiedziane słowo jest uznawane za obowiązujące, nie może zostać wycofane czy wymazane, ponieważ tworzy, przyczynia się do powstania czegoś, niesie za sobą pewne skutki”. Cóż, zdaje się, że w naszych czasach zdecydowanie potrzeba nam – jako ludziom i jako chrześcijanom – ćwiczenia polegającego na przemyśleniu, jaki sens i jaką wagę nadajemy wymawianym słowom; szczególnie że przecież nie jesteśmy Bogiem. Kiedy „my mówimy”, nic nie dzieje się samo, automatycznie, a jednocześnie słowa nadal są ważne, mają swoje role i znaczenia, należy używać ich świadomie.

Może to zabrzmieć paradoksalnie, ale dobra teologia powinna zachowywać pewien zdrowy poziom nieufności wobec słów, które zostawiła jej w spadku Tradycja. Powinna operować z taką samą ostrożnością, co pirotechnik mający do czynienia z prochem strzelniczym czy nauczyciel pracujący z duszą nastolatka. Spośród wszystkich słów teologowie najmniej powinni zaś ufać tym wypowiadanym przez siebie samych, pamiętając, jak bardzo mogą ulegać pokusie bałwochwalstwa czy jak łatwo wpaść w otchłań nonsensu. W niniejszej książce przekazujemy czytelnikom zbiór ćwiczeń myślowych, w których przyjrzeliśmy się uważnie niektórym z kluczowych pojęć teologii chrześcijańskiej. Prosimy o wyrozumiałość, jeśli któryś z fragmentów nie spełni pokładanych w nim oczekiwań.

Chcemy ponadto, by książka ta dostarczała także materiałów do prowadzenia teologii barowej. Jako obywatele włoskich miast i miasteczek nie uważamy baru za miejsce, gdzie słowa są rzucane bez zastanowienia czy krążą bezładnie w chaosie i hałasie. Wręcz przeciwnie, miejsce to kojarzy nam się z przyjazną, bardzo gościnną przestrzenią, do której wkracza się z ulgą, by złapać oddech po trudach codzienności czy podzielić się z kimś radością z czasu wypoczynku. Jest to przestrzeń drobnych, przyjemnych rytuałów, życzliwej wspólnoty, gdzie można liczyć na słowa zrozumienia, a od czasu do czasu dzieje się coś nieoczekiwanego, coś pouczającego, oferującego wszystkim okazję do tego, by po wyjściu na zewnątrz i powrocie do swoich obowiązków dysponowali jednym mądrym słowem więcej. Do barów odpowiadających temu opisowi zapewne łatwiej było trafić kilkadziesiąt lat temu, ale i dziś nieraz można znaleźć je w niektórych zaułkach wielkich miast bądź też przy placach miejscowości nieco bardziej peryferyjnych (czy to na północy, czy na południu, w centrum, czy na wyspach). W społeczeństwie czuć zresztą wyraźne zapotrzebowanie na takie właśnie miejsca.

W naszej epoce wymaga pewnego trudu znalezienie sposobu na uniknięcie którejś ze skrajności: czy to chaotycznej gadatliwości, czy milczenia i nieumiejętności znalezienia odpowiednich słów. Jeśli chodzi o to pierwsze zagrożenie, mamy nadzieję, że dabar będzie odpowiednią przestrogą. W przypadku drugiego, oby przyjazna atmosfera baru zachęciła nas do przełamywania ciszy paraliżującej tak laików, jak i specjalistów wówczas, gdy czują się za mało kompetentni, by się wypowiedzieć – szczególnie na tematy biblijne i teologiczne. Zbyt niskie poczucie własnej wartości albo przestrach czyjąś wiedzą mogą sprawić, że głosy milkną. Nie należą do rzadkości przypadki, gdy teologowie tak bardzo obawiają się nieodpowiedniego zastosowania słów zakorzenionych w Tradycji, że zamiast ich używać, wolą zamurować je żywcem. Nie jest to jednak postawa słuszna. Taka decyzja przypomina zachowanie kogoś, kto nie zdejmuje folii z kanapy, by jej nie zniszczyć, albo kto ze strachu, że jego uczucia nie są wystarczająco głębokie, odmawia sobie prawa do wymawiania słów takich, jak „kocham cię” czy „obiecuję”; ten ktoś pozbawia się w ten sposób najbardziej ożywczej warstwy istnienia, tej najbardziej wrażliwej.

Chcemy, by książka ta leżała gdzieś pośrodku: pomiędzy przerażeniem słowem dabar, które próbujemy oswoić za pomocą uśmiechu, a swobodą uczestniczenia we wspólnocie baru, która może przybrać nieco poważniejszą postać. Mamy nadzieję, że z połączenia tych dwóch sfer mogą zrodzić się niespodziewane dary. Jeśli książka ta rzeczywiście będzie miała takie cechy i zaoferuje kilka przydatnych słów, a także zarazi życzliwością, która może pomóc nam stawiać czoła życiowym wyzwaniom z choćby odrobiną siły więcej, uznamy cel za spełniony.

Jako że zaproponowaną grę należy traktować poważnie, książka podzielona została na części odpowiadające poszczególnym działom teologii rozumianej jako dziedzina nauki. Ponieważ zaś poważnym sprawom dobrze jest ująć nieco ciężaru, ostatnia część obejmuje apologetykę, czyli tę gałąź teologii, która polega na zastosowaniu gatunku literackiego, jakim jest polemika; mamy nadzieję, że zostanie odebrana jako pełna szacunku, lecz ożywiona, podobnie jak dyskusje w barach za dawnych czasów, w niedziele, po mszy świętej.

Część pierwsza. Biblia

„Słowo Boga”. Chrześcijaństwo i jego święte Pisma

Wyjaśnię od razu, by nie było wątpliwości: dla osób wierzących Biblia stanowi bezcenne dziedzictwo, nieporównywalne z niczym innym, ale chrześcijaństwo nie jest „religią księgi”, przynajmniej nie w ścisłym znaczeniu tego określenia. Łatwo można wytłumaczyć to za pomocą obrazu: w żadnym tabernakulum żadnego kościoła nie znajdziemy księgi. I nie jest to przypadek.

To niezaprzeczalne, że słuchanie Pisma Świętego ożywia i odżywia wiarę. Nie jest jednak tak, że fakt, czy jest się chrześcijaninem, zależy od przyjęcia jego przesłania, od wypełniania zawartych w nim praw, od zaangażowania w dążenie do zrozumienia ukrytego znaczenia tekstów czy od umiejętności dostrzeżenia piękna ich przekazu. Gdybyśmy przełożyli wszystkie treści Biblii na inny nośnik, nie stanowiłyby już słowa Bożego.

To prawda, potraktowałem tę sprawę nieco zbyt pobieżnie. Spróbuję poświęcić jej więcej uwagi, ponieważ jest to kwestia delikatna i niełatwa. Zacznijmy od podstaw: chrześcijańska doskonałość polega na podobieństwie do Chrystusa. On i tylko On oddaje Dei Verbum („Słowo Boga”, jak w łacińskim tytule konstytucji Soboru Watykańskiego II o objawieniu). Księgi Biblii stanowią cenny dar, niezastąpione narzędzie oraz wyjątkową okazję do uczestniczenia w tej samej rzeczywistości, którą Tradycja nazywa przy innej okazji „komunią w Trójcy Świętej”; to jeden ze sposobów wyrażenia uczucia Boga wobec ludzkości. Same słowa, napisane lub przeczytane, które uznajemy za słowo Boże, to właśnie Biblia, czyli Księgi (to dosłowne tłumaczenie tego tytułu, nie wymyślne, ale jasne i zrozumiałe).

Określę to w pewnym uproszczeniu (koniecznym, by zapobiec błędnym interpretacjom): są to słowa natchnione przez Boga, ale nie jest to Bóg. Rozdzielenie tych terminów jest kluczowe również dlatego, że nakładanie się tych dwóch płaszczyzn prowadziłoby do powstawania fundamentalizmów. Słowa Biblii zawierają nakazy, ale nie tworzą kodeksu prawnego. Opowiadają historie, ale nie są kroniką ani zbiorem legend. Zawierają dzieła sztuki, lecz nie stanowią muzeum.

Co bardzo istotne, księgi Biblii pokazują wyraźnie obecność, nieustanny dialog pomiędzy Bogiem a ludzkością, właśnie dlatego, że powstały na skutek nieobecności. Po doświadczeniu bliskości Boga przy wyjściu z Egiptu, w łagodnym powiewie podczas ucieczki (1 Krl 19) lub w poruszającej głębi pytań o sprawy najważniejsze (Hiob, Kohelet…), naród izraelski pisał, by nie zapomnieć przeszłości i rozpoznać przyszłość. Po wiekach uczniowie Zmartwychwstałego, oczekując Jego powrotu, opisali za pomocą ludzkich słów możliwość uczestniczenia w doświadczeniu zbawienia, które było ich udziałem i którego dopełnienia oczekiwali.

Od tysiącleci teksty te są przekazywane, czytane, słuchane; bierze się je pod uwagę, analizuje, rozważa, przedstawia, przeinacza. Biblię może otworzyć każdy, a ten, kto się w nią zagłębia, musi wiedzieć, że może się zgubić. Musi mieć tego świadomość, nie po to, by się zniechęcić, lecz po to, by zachować czujność.

W Jezusie Chrystusie i Piśmie Świętym słowo Boże przyjęło nasz, ludzki wymiar istnienia, naszą kruchość, nasze wewnętrzne sprzeczności (to nie przypadek, że zbiór wszystkich tekstów natchnionych nazywa się także „korpusem Pisma Świętego”4: usunięcie jednej z części niesie niebezpieczeństwo dla całego organizmu). Historia interpretowania Biblii pokazuje, jak wiele zagrożeń pojawia się, gdy chcemy użyć jej, by uzasadnić własne lęki czy usprawiedliwić swoją pychę. Najlepszy przykład na to, jak nie należy korzystać z Biblii, daje diabeł w Ewangelii: nikt tak jak on nie potrafi naginać pojedynczych zdań Pisma Świętego do tego stopnia, że wydają się obracać przeciwko miłości, z której się wywodzą (por. Mt 4,1–11).

Parafrazując słynne słowa, można powiedzieć, że księgi biblijne są fragmentami pełnej miłości rozmowy Boga z ludzkością. Jak w przypadku wszystkich pięknych spotkań, tak i w tym jego moc nie wynika z deklaracji, teorii czy też zasad, lecz w tajemniczy sposób wiąże się ze słabościami, omija nieporozumienia, przenika wiele płaszczyzn. Księgi pokazują znaki rozmów, które przekształciły się w nawrócenie, jak w historii kobiety przy studni (por. J 4,1–42). Utrwalają także wspomnienie o nieoczekiwanych gościach, którzy w upalny dzień przybyli z mocą obietnicy do Abrama w Mamre (por. Rdz 18,1–15), albo o niespodziankach o niezwykłym znaczeniu, jakie mogą spotkać nas na drodze życia, jak w sytuacji Kleofasa idącego do Emaus (por. Łk 24,13–35). Zachowują w pamięci chwile miłe i wspaniałe, jak mógłby zaświadczyć Zacheusz (por. Łk 19,1–19), ale też i gwałtowne kryzysy przeniknięte zazdrością, jak ten, który stał się udziałem kupców w świątyni (por. J 2,13–25). Stanowią potężną broń, którą dzierżąc, można łatwo wpaść w pułapkę pychy, jak nie przestawał wyjaśniać Jezus z Nazaretu wielu współczesnym sobie faryzeuszom, opowiadając się przy tym – zawsze – po stronie słabych i zranionych (por. Łk 11,46). Dlatego właśnie Biblia wzbudza fascynację, lecz wymaga pokory; ma nieocenioną wartość, lecz może być wykorzystana do złych celów; głosi obecność i jednocześnie nieobecność. Ponieważ księga nie jest Bogiem, ale Bogu spodobało się, by się w niej objawić.

Więcej na ten temat

Papieska Komisja Biblijna, L’interpretazione della Bibbia nella Chiesa, Roma 1993.

L. Mazzinghi, V. Mannucci, Bibbia come Parola di Dio. Introduzione generale alla Sacra Scrittura, Brescia 2016.

J.-L. Ska, Specchi, lampade e finestre. Introduzione all’ermeneutica biblica, Bologna 2014.

Mądrość. Filiżanka kawy i styl biblijny

Przyjechałem jako gość do klasztoru cysterskiego. W miejscu, gdzie witano przybyłych, przy źródełku z wodą, stał ekspres do kawy, z którego wszyscy mogli korzystać, a także skrzynka na wolne datki. Tuż obok na drewnianej deseczce widniało wypisane ozdobnymi literami zdanie: „Sto książek ma mniejszą wartość niż kawa wypita z przyjacielem” (zaczerpnięte z filmu Centochiodi Ermanno Olmiego5). Delektowałem się kawą i z rozbawieniem myślałem o tym, że ta głęboka prawda – żaden tekst nie może się równać towarzystwu innego człowieka, z którym można dzielić się drobną chwilą radości – została mi przekazana za sprawą… słowa pisanego! Wyobraziłem sobie narysowaną jak w komiksie scenkę, gdy pierwsza osoba na świecie wydaje tego typu okrzyk: „Hej, słuchajcie, teksty pisane wcale nie są najważniejsze!”. I podczas gdy pozostali stoją zaskoczeni, nie wiedząc, czy mu podziękować, czy przyklasnąć, dodaje: „Zapiszmy to!”.

„Sto książek ma mniejszą wartość niż kawa wypita z przyjacielem” to doskonały przykład tego, co biblijni egzegeci nazywają stylem sentencjonalnym. Charakteryzuje on takie księgi, jak Mądrość Syracha czy Księga Koheleta, a w Ewangelii jest często używany również przez Jezusa. Sentencje nigdy nie są jednowymiarowe; odwracają perspektywę i pokazują sprawy z innej strony, w zaskakującym ujęciu, jakby obracając je w nieustannym tańcu. Zdanie z filmu Centochiodi zmienia wyobrażenie o rzeczywistości, jeśli ktoś dotychczas uważał mylnie, że miarą życia jest liczba przeczytanych książek, albo wręcz że to w nich toczy się życie. Jednocześnie stanowi cenne ostrzeżenie, zapobiegające popadnięciu w drugą skrajność, czyli przekonanie, że teksty pisane – wiedza, kultura – nie służą życiu, nie są do niego potrzebne. Osoba mądra nie przesądza, która strona – teoria czy praktyka – ma większą moc, lecz uważnie pilnuje, by zachować odpowiednią relację i równowagę pomiędzy tymi dwoma elementami. I od refleksji, i od działania ważniejsze jest zawsze życie, które potrzebuje i jednego, i drugiego.

Mój dziadek pracował w swojej miejscowości jako barista. Nie wiem, ile książek przeczytał, ale o tym, jak przygotować kawę, z pewnością mógłby wiele napisać. Pewnego razu – miałem jakieś szesnaście lat – zachęcił mnie, bym powtórzył serię zachowań, które należy wykonać od chwili przyjęcia zamówienia do momentu, gdy filiżanka trafia na stolik. Obserwował w milczeniu, jak wsypuję zmieloną kawę do sitka w ekspresie i jak go obsługuję. Na koniec powiedział z ironicznym uśmieszkiem: „Nieźle, tylko osiem błędów”. Osiem? Nawet nie zauważyłem, że wykonałem aż tyle czynności… Ostatnia omyłka, w jego ocenie najpoważniejsza, polegała na tym, że ustawiłem filiżankę tak, że łyżeczka znajdowała się po mojej stronie, a nie zwróciłem uwagi na to, czy klient jest lewo-, czy praworęczny. „Ciebie kosztuje to tyle samo wysiłku, a dla niego różnica jest mniej więcej taka, jak pomiędzy napotkaniem życzliwego spojrzenia a pustego wzroku”.

Przygotowałem kawę (okropną, swoją drogą), nie mając najmniejszego pojęcia o tym, co robię. Dziadek nie chciał dawać mi innych wyjaśnień, uważając, że i tak będę dobry tylko w czytaniu książek – co skądinąd wcale nie sprawiało, że mniej mnie kochał – wypił kawę (nie tę, którą zrobiłem) i chwilę porozmawialiśmy. Krótka lekcja o filiżance zapadła mi mocno w pamięć, teraz zapisałem ją i zapamiętałem jako przesyconą miłością, życzliwością. Kawę można pić z kimś na sto różnych sposobów, ale mógłbym rozpoznać je i nazwać tylko wtedy, gdy poświęcę tym rozmyślaniom nieco czasu, gdy znajdę dla nich słowa, może też wtedy, gdy zapiszę to, czego nauczyłem się od kogoś, kto to potrafi. Oczywiście nie mogę zapamiętać się w tym na tyle, by nie mieć już czasu na spotkanie przy kawie, choćby i przyrządzonej nie tak, jak należy.

Kiedy biorę do ręki tekst teologiczny, zastanawiam się często nad kilkoma kwestiami. Czy został napisany po to, by przypomnieć, że sto pojęć jest mniej wartych niż gest pełen miłości? Czy jest nasycony realnym doświadczeniem kogoś, kto wie, że wiara nie istnieje, dopóki nie wciela się jej w życie? (To naturalnie pomysł nie mój, lecz zaczerpnięty z Summy teologii św. Tomasza z Akwinu: „Akt wiary nie spełnia się w wypowiedzianym słowie, ale w rzeczywistości”). I przede wszystkim, czy służy z pokorą oraz oddaniem życiu tego, kto potrzebuje danego zdania i poczuje wdzięczność, gdy je znajdzie, choćby w książce czy przy stoliku z ekspresem do kawy?

Więcej na ten temat

L. Mazzinghi, L’indagine e l’ascolto. Metodo e sguardo dei saggi di Israele, Bologna 2014.

J. Leclercq, Il pensiero che contempla, Milano 2013.

Z. Alzeghy, M. Flick, Come si fa la teologia. Introduzione allo studio della teologia dogmatica, Alba 1974.

D. Olivero, Vuoi un caffè? Lettera pastorale, Pinerolo 2019.

Jan 2,1–11. Rozczarowujące cuda oraz aniołowie chodzący w górę i w dół

Ewangelia według św. Jana opisuje pierwszy cud, jakiego dokonał Jezus, gdy w Kanie zmienił wodę w wino. Nie chcę, by mój komentarz został odebrany jako brak szacunku, ale pozwolę sobie zauważyć, że takie zachowanie jako pierwszy znak Mesjasza jest nieco rozczarowujące. Zwłaszcza w kontekście wzniośle brzmiących słów z poprzednich wersetów. We wcześniejszej scenie bowiem Natanael nazywa Jezusa „Synem Bożym, (…) Królem Izraela”6, otrzymując dosadną odpowiedź: „Czy dlatego wierzysz, że powiedziałem ci, że widziałem cię pod figowcem? Zobaczysz jeszcze więcej niż to”. Jakby taka zapowiedź była niewystarczająca, następuje po niej jeszcze dobitne stwierdzenie: „Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam: Ujrzycie niebiosa otwarte i aniołów Bożych wstępujących i zstępujących nad Syna Człowieczego” (J 1,50–51).

Zobaczmy to: otwarte niebo i gromady przemierzających je aniołów to naprawdę niezwykła scena. Słowa te nawiązują jednoznacznie – choć nie jest to powiedziane wprost – do patriarchy Jakuba, który zobaczył we śnie drabinę i „aniołów Bożych, którzy się wspinali i schodzili po niej” (Rdz 28,12). Nie tylko u biblistów, ale u każdego obraz niebieskich „wind” i uskrzydlonych zastępów wywołuje wrażenie czegoś wielkiego i budzi oczekiwania: spodziewamy się, że gdy tylko odwrócimy kartkę, czeka nas apokalipsa, epokowy zamęt, jedno z tych zdarzeń, które dzielą historię na okres przed nim i po nim.

A tymczasem obserwujemy wesele w Kanie. Nie zamierzam oczywiście deprecjonować tego zdarzenia, warto też podkreślić, że stanowiło zaledwie „początek znaków”, ukazujących chwałę Bożą (J 2,11), ale trzeba przyznać, że nie wiązało się z aż tak szokującymi czy imponującymi zjawiskami. Naturalnie, zmienienie wody w wino jest czymś nadzwyczajnym, a „sześć stągwi kamiennych (…), z których każda mogła pomieścić dwie lub trzy miary”7 (J 2,6) to z pewnością znacząca ilość, lecz jeśli pomyślimy, jakich rzeczy spodziewalibyśmy się po Zbawicielu, możemy czuć się lekko zażenowani. A gdyby do cysterny wina dołączyć uzdrowienie tysiąca trędowatych? Albo wręcz usunięcie trądu z powierzchni Ziemi, zmiecenie go w podmuchu białych skrzydeł… czyż nie byłoby to odpowiedniejsze wejście na scenę, przy rozdartych niebiosach i przelocie aniołów?

Pozostaje jeszcze jeden mogący budzić rozczarowanie element, pod pewnymi względami nawet istotniejszy. Pod koniec wesela w Kanie wszyscy pili boskie wino – absit iniuria verbi8 – ale nikt nie ujawnił, skąd się ono wzięło, nie przekazał, co z tego wynika. Słowem, nie wypłynęła z tego zdarzenia żadna nauka. Czy ma sens plan duszpasterski, w którym zaprasza się wiele osób na wspólne świętowanie, a później nie oddaje się choćby w najmniejszym stopniu czci samemu Bogu? To całkowite marnotrawstwo, beztroska granicząca z bezmyślnością.

Oczywiście Jezus jest wolny, może robić to, co chce, ale tak między nami, skoro Kościół nie jest organizacją pozarządową, na miejscu Piotra wdrapałbym się na krzesło i wyjaśnił wszystkim, którzy pili ów cudowny napój, że zawdzięczają go temu mężczyźnie, którego – naturalnie nie ma w tym żadnej naszej zasługi – jesteśmy najbliższymi pomocnikami. Słudzy natomiast – jedyni, którzy wiedzą! – milczeli, skupieni na swoich zadaniach; wcale też nie zostali uznani, ani wcześniej ani później, za oficjalnych, zaufanych współpracowników Jezusa. A przecież bez nich nie byłoby wina.

Mówiąc już poważniej, uważam, że słudzy z Kany są postaciami doskonale obrazującymi to, co działo się podczas pandemii COVID-19, zwłaszcza w początkowym jej okresie. Mam na myśli pielęgniarki i pielęgniarzy oraz ich nadzwyczajną opiekę nad umierającymi. Sąsiadów, którzy dbali o to, by osobom zamkniętym w domach, odbywającym kwarantannę niczego nie brakowało. Nauczycieli wspomagających, którzy nadal wykonywali swoją pracę. Pracodawców, którzy angażowali się z całych sił, by ich pracownicy nie zostali niesprawiedliwie potraktowani. Myślę o tysiącach sług królestwa Bożego, którzy w czasie zamętu i chaosu usłyszeli w sobie głos mówiący: „Służcie”. Uwierzyli mu i po prostu go posłuchali. Tak ogromnie dużo było wówczas, w tych miesiącach, drobnych i wielkich gestów dobroci, miłosierdzia; to dobrze, że pozostały anonimowe, tak, jak w przypadku sług z Kany. I one stanowią przecież „pierwszy znak” nowego czasu, jaki przeżywamy. Potrzebują osłony zwykłej codzienności, by się umocnić i stać czymś, co jeszcze raz zmieni historię na czas przed i po, wtedy, gdy będzie można powiedzieć, że „nadeszła godzina” (J 2,4). Jak się okazuje, kiedy aniołowie wchodzą do nieba i zstępują z niego, wcale nie robią aż tyle hałasu.

Więcej na ten temat

S. Morra, Nell’attesa della sua venuta. Meditazioni bibliche sulla vita, la fede, l’incontro, Cantalupa 2012, s. 77–96.

Centro fede e cultura Alberto Hurtado, „Vedo la notte che accende le stelle”. Sentieri in tempo di pandemia, Bologna 2020.

R. Fabris, Giovanni, Roma 1992.

Mateusz 25,14–30. Kiedy talenty zaskakują moralistę

Czasem kiedy czytam Biblię, tak bardzo zajmuje mnie to, by zrozumieć, „co do mnie mówi” czy wręcz „czego ode mnie oczekuje”, że gubię sens słów. Szukanie w Piśmie Świętym tylko wskazówek czy zasad postępowania to przesada; takie podejście można określić moralizatorskim. Jeśli pozwolicie, posłużę się terminologią kulinarną, gdyż książka, którą trzymacie w dłoniach, ma w moim zamiarze korzystać z takich właśnie analogii. Moralista podchodzi do Biblii tak, jak dietetyk do żywności. To ważne, a niekiedy wręcz kluczowe, by wiedzieć, ile jest w niej kalorii czy tłuszczów, lecz gdyby jedzenie miało służyć wyłącznie do tego, by dostarczać nam składników odżywczych, nie czerpalibyśmy z posiłków radości.

Spójrzmy na przykład na przypowieść o talentach z Ewangelii według św. Mateusza (25,14–30). Przedstawiony jest w niej gospodarz, który wyrusza w podróż i przekazuje „swój majątek” sługom. Co istotne, dzieli dobra w ewidentnie nierówny sposób: jednemu ze sług zostawia pięć złotych monet, innemu dwie, a ostatniemu jedną. Moralista od razu podnosi brwi ze zdziwienia: skąd taka różnica? Dlaczego niektórzy zostają uprzywilejowani? Na jakiej podstawie? W najgorszych przypadkach zdarza się, że zaczyna się podawać uzasadnienia zupełnie niewynikające z tekstu, że na przykład jeden ze sług był bardziej pobożny od innego. Zaniepokojenie moralisty mija, ale przy okazji Ewangelia zupełnie zmienia swoje znaczenie, a miejsce Boga zajmuje moralność.

Przypowieść podaje dalej, że gdy pan wraca, chwali tych, którzy podwoili przekazane zasoby, a bezlitośnie potępia sługę, który po prostu oddał to, co dostał. Moralista jest oburzony: „płacz i zgrzytanie zębów”, za to, że nic nie stracił? Czyż nie wierzymy w Boga dobrego i miłosiernego? Kiedy zaś talent odebrany niewiernemu słudze zostaje przekazany najbogatszemu, Jezus komentuje: „Każdemu bowiem, kto ma, będzie dodane, tak że nadmiar mieć będzie. Temu zaś, kto nie ma, zabiorą nawet to, co ma” (Mt 25,29). W tym momencie moralista doznaje wstrząsu.

Tak naprawdę Pismo Święte nie zawsze mówi o tym, jak powinno wyglądać życie. Grzegorz Wielki (ok. 540–604) na przykład odczytywał ten fragment po prostu jako opis tego, jak życie wygląda. Warto zauważyć, że papież ten nie miał sobie równych w dedukowaniu wskazówek moralnych zapisanych w Biblii, ale tylko wtedy, gdy było to potrzebne; nie był to dla niego jedyny słuszny cel rozważania Pisma. Wyobrażam go sobie, jak czyta przypowieść o talentach, trwa w zamyśleniu, podnosi oczy znad tekstu i rozgląda się wokół, by dostrzec, co w rzeczywistości stanowi odzwierciedlenie owych talentów – pięciu, dwu i jednego. Nie zaczyna zastanawiać się, co należy potępić, a co naprawić, ale wyostrza wzrok, by znaleźć to, do czego odnosi się przeczytany tekst. Pięć, dwa i jeden: musi być to coś dotyczącego wszystkich, którzy żyją w prostocie, ponieważ Bóg nigdy nie skłaniał się do objawiania się poprzez wyszukane frazy zrozumiałe jedynie dla nielicznych mędrców. Widzę oczami wyobraźni, jak nagle się uśmiecha, pochyla nad pergaminem i zapisuje: „Pięć talentów symbolizuje dar pięciu zmysłów, czyli znajomość rzeczywistości, która znajduje się dookoła nas. Dwa talenty odpowiadają połączeniu intelektu i działania, podczas gdy jeden odzwierciedla sam intelekt”. I voilà.

Przypowieść mówi więc o tym, że na świecie żyją różni ludzie. Jak wyjaśnia św. Grzegorz, niektórzy nie są w stanie „pojąć prawdziwego znaczenia głębokich tajemnic”, ale mają wystarczająco dobry wzrok i tyle wyczucia, że dostrzegają tajemnicze ślady Boga w ziemskich sprawach; mają uszy wyćwiczone w słuchaniu krzyku ubogich i ręce nauczone pracować, a ich zmysł dotyku pomaga im poradzić sobie w świecie; cieszą się życiem, ostrożnie i rozważnie, odróżniając to, co karmi, od tego, co zatruwa: pięć talentów jak pięć zmysłów. Następnie są tacy ludzie, którzy potrafią przeniknąć tajemnice istnienia i z zaangażowaniem się do nich stosują: dwa talenty. Są wreszcie i tacy, którzy doskonale posługują się rozumem: jeden talent. Istotą takiego rozróżnienia nie jest rywalizowanie, ale dostrzeżenie odmienności.

Pod koniec przypowieści ci pierwsi zostają nagrodzeni, ponieważ puścili w obieg miłość i pomnożyli ją (Pismo Święte bardzo często pokazuje, że największe bogactwo stanowi właśnie miłość, dlatego symbolika monet jest tak jasna, że nie wymaga komentarza). Ostatni sługa został natomiast uznany za niewiernego, ponieważ, choć znał swoje możliwości, wybrał bierną postawę, zamiast poprosić o pomoc: „Powinieneś więc był oddać moje pieniądze bankierom, a ja po powrocie byłbym z zyskiem odebrał moją własność” (Mt 25,27). Grzegorz Wielki komentuje, że „wielu jest w Kościele Świętym takich – i to ich ukazuje trzeci sługa – którzy boją się ruszyć na ścieżki lepszego życia, a nie obawiają się trwania w odrętwieniu i opieszałości”. Intelekt, czyli talent niewiernego, trafia ostatecznie do pierwszego sługi, ponieważ za sprawą działania łaski często dzieje się tak, że ten, kto przez całe życie rozsiewa miłość po świecie, na koniec „zyskuje również głęboką znajomość życia duchowego”. Przyznajcie sami – czyż nie tak właśnie jest?

Więcej na ten temat

Grzegorz Wielki, Omelie sui vangeli, I, IX, red. G. Cremascoli, Roma 1994.

R. Falsini, Parole come pietre. I detti „scandalosi” di Gesù, Roma 2007. [Wydanie polskie: R. Falsini, Słowa jak kamienie: skandaliczne wypowiedzi Jezusa, przeł. P. Borkowski, Ząbki 2010].

G. Ravasi, Le pietre di inciampo del Vangelo. Le parole scandalose di Gesù, Milano 2015. [Wydanie polskie: G. Ravasi, Trudne miejsca w Ewangelii: skandalizujące słowa Jezusa, przeł. K. Stopa, Kielce 2018].

Łukasz 18,18–23. Dobrzy nauczyciele i podstępne pytania

W przypadku wszystkich tekstów jest tak, że wiele elementów można zrozumieć tylko wtedy, gdy nie wyrywa się ich z kontekstu. W Ewangelii według św. Łukasza na przykład w którymś momencie pewien dostojnik zwrócił się do Jezusa, nazywając Go „nauczycielem dobrym”. Spotkał się z zaskakująco ostrą reakcją: „Czemu nazywasz Mnie dobrym? Nikt nie jest dobry, tylko sam Bóg” (Łk 18,18–19). Często zastanawiałem się, co jest złego w tym określeniu. Z jednej strony podkreśla ono odmienność od owych „złych nauczycieli”, których krytyce Jezus poświęca znaczną część swojego nauczania; z drugiej, skoro tylko Bóg jest dobry, czy takim zwrotem nie pokazuje się szacunku, czci? Spróbujmy przeczytać uważnie całe zdanie: „Nauczycielu dobry, co mam czynić, aby osiągnąć życie wieczne?”. Oto pierwszy interesujący szczegół: po zwrocie do Jezusa następuje pytanie. Czy to ono mogło sprowokować Go do takiej reakcji? Przecież wydaje się słuszne, wręcz niewinne. Warto jednak wspomnieć o tym – to kolejny aspekt, na który warto zwrócić uwagę – że pytanie co do słowa identyczne zostało już zadane osiem rozdziałów wcześniej (por. Łk 10,25).

W tamtej sytuacji Jezus odpowiedział przypowieścią o miłosiernym Samarytaninie i uczony w Prawie nauczył się, że przestrzeganie przykazania „miłuj bliźniego” nie polega na określeniu zawczasu cech potencjalnego bliźniego, ale na tym, byśmy sami stali się bliźnimi dla innych: a nawet więcej, dla kogokolwiek innego (por. Łk 10,30–37). Samarytanin zaopiekował się „pewnym człowiekiem” – dosłownie „jakąkolwiek istotą ludzką” – do czego skłoniło go tylko jedno: jego cierpienie (tekst nie wspomina nawet, czy był to człowiek dobry, czy niegodziwy). Osiem rozdziałów dalej pada znów takie samo pytanie. W tym czasie Jezus zdążył już dokonać wielkich czynów i wygłosił wiekopomne mowy.

Być może zniecierpliwiony ton wynika właśnie z faktu, że ów człowiek zachowuje się tak, jakby sprawa dotyczyła hipotetycznych scenariuszy, jakby wcale nie była aż tak ważna. Zwrot „nauczycielu dobry” kojarzy się w takim kontekście z obłudnym okazaniem dystansu, z agresją szydercy, który pod pozorami właściwego zachowania kryje niecne zamiary. Przywodzi mi to na myśl szkolnego dręczyciela, który podchodzi do najlepszego ucznia, mówiąc: „Jesteś taki mądry…”, a następnie prosi go o przysługę niekoniecznie zgodną z regulaminem szkoły, z jasnym przekazem, czego tamten powinien się obawiać w razie odmowy. Podobnie też dziś przykleja się łatkę „idealisty” komuś, kto traktuje innych jak braci wspólnego Boga.

W ten właśnie sposób dostojnik zwraca się do Jezusa, używając wyrażenia pozornie doceniającego, a w rzeczywistości podwójnie krzywdzącego. Po pierwsze, odpycha rozmówcę, sugerując: „Ty nie jesteś jednym z nas, a wytykasz nam niedostosowanie”. Po drugie, przypisuje sobie prawo do oceniania. Kim jest ten człowiek, że pozwala sobie wydać sąd o Jezusie, choćby i pozytywny? „Panie” albo „Synu Dawida”, tak najczęściej mówią do Jezusa grzesznicy, których wskazuje jako wzory wiary (por. Mt 8,5; 9,27; 15,22; 17,15; Łk 18,35–43). Dostojnik zachowuje się natomiast jak ktoś, kto może przyznawać licencje na dobroć (a więc zarazem i odmawiać ich przyznania).

Kiedy do opowieści wkracza bogaty młodzieniec, mamy już za sobą kilkanaście rozdziałów, w których Jezus ujawnił miłosierdzie Boga jako dziedzictwo dostępne wszystkim, głosząc, że życie wieczne nie jest nagrodą dla tego, kto nigdy nie popełni błędu, ale nieskończoną i niezrównaną miłością oferowaną wszystkim. A ten człowiek, w szatach „dostojnika”, nie tylko zachowuje się, jakby mówił o jakimś teoretycznym problemie, ale na dodatek swoim przesadnie wyszukanym i przymilnym tonem pokazuje, że uważa się za wzór postępowania. Być może reakcja Jezusa była nie tak jeszcze ostra, jak powinna.

Czasem czuję się tak jak ten dostojnik. Chciałbym zachować pomiędzy Ewangelią a samym sobą odpowiedni, bezpieczny dystans, ustalony z góry przez jednoznaczne normy. Miłowanie po Chrystusowemu nie daje taryfy ulgowej: każe pobrudzić dłonie, zmusza do wydłużenia drogi, zaufania nieznajomym przybyszom albo Samarytanom, którzy przyprowadzają do domu umierających. Przeraża. Łatwo ulec pokusie przynoszącego ulgę zdyskredytowania tego, kto czegoś od nas wymaga. Odpowiedź Jezusa do dostojnika jest bardzo surowa: „Sprzedaj wszystko, co masz, i rozdaj ubogim (…) potem przyjdź i chodź za Mną” (Łk 18,22). Prosi go o „wszystko”, gdyż jaką miarą sądzimy, taką samą zostaniemy osądzeni. Inny los przeznaczony będzie tym, którzy w Dniu Sądu staną się dziedzicami Królestwa, gdyż raz nakarmili głodnego i przyjęli przybysza, nawet nie zdając sobie sprawy, że stali się dzięki temu godnymi tytułu królewskiego (por. Mt 25,32 i nast.). Ich być może bardziej zajmowało cierpienie bliźnich niż własna dobroć.

Więcej na ten temat

S. Morra, Dalle periferie un altro sguardo. Meditazioni bibliche a partire dalla debolezza, Cantalupa 2015.

D. Attinger, Evangelo secondo Luca, Magnano 2015.

R. Manes, „Il cielo si aprì”. Il Dio misericordioso e tenero di Luca, Assisi 2015.

 

Przypisy

1 Tak brzmi tytuł książki w oryginale – przyp. tłum.

2Da bar – barowa (wł.) – przyp. tłum.

3 Książka ta zawiera większość artykułów – z dodatkami, zmianami i uzupełnieniami – publikowanych od 2014 do 2021 roku na łamach miesięcznika „Jesus” w rubryce Teologiadabar. Korzystając z okazji, chciałbym serdecznie podziękować nie tylko Giovanniemu Ferrò, ale i kolejnym redaktorom za swobodę twórczą i zaufanie, jakim mnie obdarzyli.

4Corpo – ciało (wł.) – przyp. tłum.

5 Bohater filmu porzuca karierę akademicką w Bolonii i próbuje prowadzić proste życie, mieszkając na brzegu rzeki Pad – przyp. tłum.

6 Fragmenty biblijne cytowane za: Pismo Święte Starego i Nowego Testamentu w przekładzie z języków oryginalnych, wyd. V, Poznań 2000. Jeśli nie zaznaczono inaczej, przekłady innych tekstów cytowanych pochodzą od tłumacza – przyp. tłum.

7 Tekst włoski określa tę ilość jako od osiemdziesięciu do stu dwudziestu litrów – przyp. tłum.

8 Z całym szacunkiem (łac.) – przyp. tłum.

O Autorze

Marco Ronconi (ur. 1972) – doktor teologii, nauczyciel i publicysta. Wykłada m.in. w Papieskim Kolegium Leonianum w Anagni, współpracuje z Papieskim Uniwersytetem Gregoriańskim, uczy religii w prestiżowym Liceum Klasycznym Giulio Cesare w Rzymie. Pełni funkcję dyrektora naukowego rocznika „Theologica Leoniana” oraz publikuje artykuły w czasopismach teologicznych, łącząc solidne zaplecze akademickie z wrażliwością na problemy współczesnej kultury i Kościoła. Jest autorem książek z zakresu teologii, historii Kościoła i refleksji nad współczesnym chrześcijaństwem, a także stałym współpracownikiem miesięcznika „Jesus”, gdzie prowadzi popularną rubrykę Teologiadabar.

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Wprowadzenie

Część pierwsza. Biblia

„Słowo Boga”. Chrześcijaństwo i jego święte Pisma

Mądrość. Filiżanka kawy i styl biblijny

Jan 2,1–11. Rozczarowujące cuda oraz aniołowie chodzący w górę i w dół

Mateusz 25,14–30. Kiedy talenty zaskakują moralistę

Łukasz 18,18–23. Dobrzy nauczyciele i podstępne pytania

Przypisy

O Autorze

Punkty orientacyjne

Spis treści

Cover

Title Page

Strona tytułowa

Dedykacja