Czystka - Katarzyna Surmiak-Domańska - ebook + książka

15 osób interesuje się tą książką

Opis

Każdy ma prawo zapomnieć lub chociaż milczeć o doznanych krzywdach i żyć nowym życiem. Tak jak ojciec autorki. Ale życie bez korzeni jest bardzo trudne – bo każdy ma prawo wiedzieć, kim jest, z kogo się wywodzi i jakie traumy odziedziczył. Katarzyna Surmiak-Domańska chce wiedzieć. Chce także odzyskać babcię Franciszkę, która w jej życiu nie istniała. Ta książka jest zapisem odbudowywania pamięci – jednej kobiecie przywraca w niej miejsce, drugiej pozwala zrozumieć, jak przeszłość wpływa na wszystkich żyjących członków rodziny.

Czystka to pisana z reporterską wnikliwością rodzinna saga, śledztwo genealogiczne prowadzone z dystansem niepozbawionym czułości, badanie historii rodziny na podstawie skrawków i analogii. Z zachowanych listów, zamazanych wspomnień, ale także przemilczeń i niedopowiedzeń wyłania się stopniowo obraz wiejskiego życia na Kresach – od pozornej idylli przedwojennej wielokulturowości, przez grozę wojny i horror rzezi wołyńsko-galicyjskiej, po zagładę tamtego świata, wysiedlenia, zajmowanie domów po Niemcach i próby budowania wszystkiego od początku. Nie brakuje tu postaci drugoplanowych – poza najbliższą rodziną pojawiają się także ciotka pracująca jako służąca we Francji, wuj z Ameryki i liczni krewni. Ich obecność to tło barwne i nieodzowne, by obraz stał się kompletny, a przeszłość odzyskana.

„Na pierwszym planie książka jest próbą zrekonstruowania życiorysu mojej babci Franki. Nie znałam jej. Zmarła w szpitalu psychiatrycznym, zanim się urodziłam. Ona, mój ojciec i jego młodsze rodzeństwo byli ocaleńcami z czystki etnicznej, której podwójna fala przetoczyła się w latach czterdziestych przez Wołyń i Galicję Wschodnią. W moim domu o tamtych wydarzeniach się nie mówiło. Postać babci była nieobecna, podobnie jak inne rodzinne wspomnienia. Można powiedzieć, że rosłam bez samoświadomości. Myślę, że takich osób jak ja jest w Polsce więcej. Nasi rodzice przyszli na świat w ubogich domach chłopskich, boleśnie doświadczyli wojny, a po niej stali się beneficjentami przemian społecznych o niespotykanej wcześniej skali. Zdobyli wykształcenie, wyprowadzili się do dużych miast. Odcięli się od rodzinnych wzorców, a swoje dzieci postanowili wychowywać bez wiedzy o przeszłości, uznając zapewne, że będzie je ona ciągnąć w dół. „Czystka” to również opowieść o międzypokoleniowym przekazywaniu traum. O tym, jak skutecznie można je przenosić na bliskich także poprzez milczenie." Katarzyna Surmiak-Domańska

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 358

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,7 (135 ocen)
102
28
5
0
0
Sortuj według:
Jovana

Nie oderwiesz się od lektury

doskonała, miałam wiele planów na wolny dzień, ale nie byłam w stanie oderwać się od lektury. Nie żałuję.
00
ewatur

Nie oderwiesz się od lektury

bardzo ciekawie przedstawiona historia rodziny i narodów.
00
AgnieszkaSuchocka

Całkiem niezła

interesujaca
00
Edward77

Nie oderwiesz się od lektury

Historia podobna do historii rodziny mojej mamy - dlatego tak bardzo mnie wciągnęła - nie mogę już zadać żadnych pytań … ale pamietam jak mama opowiadała o ucieczkach do lasu ….
00
Slawziem

Nie oderwiesz się od lektury

ciekawa
00

Popularność




Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Projekt okładki Grupa Projektor

Projekt typograficzny i redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Fotografia wewnątrz tomu pochodzi z archiwum Autorki

Copyright © by Katarzyna Surmiak-Domańska, 2021

Opieka redakcyjna Łukasz Najder

Redakcja Dariusz Sośnicki

Konsultacja ukrainistyczna Michał Potocki

Korekta Krystyna Stobierska, Elżbieta Krok

Skład Agnieszka Frysztak / d2d.pl

Książka powstała przy wsparciu Fundacji Współpracy Polsko-Niemieckiej.

Konwersja i produkcja e-booka: d2d.pl

ISBN 978-83-8191-345-4

Pamięci Franciszki, Jadwigi, Rozalii

Franka i Rózia, przed nimi od lewej Alojzio, Jadzia i Bronuś, za nimi biały domek na Dębiance. Prawdopodobnie sierpień 1943 roku.

1Narzeczona dla księcia Karola

Poznałam raz osobę, którą ukarano w perwersyjny sposób. Kobieta ta w tajemnicy przed rodziną zaczęła pracować jako prostytutka. W nocy wymykała się z sypialni, przed świtem cicho wsuwała z powrotem pod kołdrę, a śpiący obok mąż udawał, że niczego nie widzi. Oznaczył jednak jej sztućce, po to by przypadkowo nie użyć ich przy karmieniu ich synka, dyskretnie mył po żonie deskę klozetową. W końcu prawda wybiła jak szambo. Żona poszła na terapię, a kiedy była gotowa, aby wrócić do rodziny, mąż oraz jej matka postawili warunek: przyjmiemy cię z powrotem, będzie tak jak kiedyś, ale nie wolno ci nigdy wspominać o tym, co się działo. Nie chcemy wiedzieć, dlaczego to robiłaś, jak się z tym czułaś, czego dowiedziałaś się o sobie. Ani słowa. Przeszłości nie ma. Jeśli buzuje, spraw sobie mocny korek.

Potrzeba opowiedzenia swojej historii to jeden z najsilniejszych instynktów. Dlatego tamta kobieta podzieliła się nią z obcym człowiekiem, z reporterką. Potem kupiła w kiosku czasopismo z rysunkiem na okładce zamiast zdjęcia, schowała do szuflady i odtąd mogła żyć tak, jak od niej oczekiwano.

*

Jestem owocem interesującego społecznego eksperymentu. Zostały mu poddane dzieci ludzi należących do pokolenia powojennego awansu, którzy stanęli przed koniecznością odcięcia się od swojej przeszłości. Wraz ze zdobyciem wykształcenia, przeprowadzką do miasta, podjęciem pracy w nieznanych w ich starych domach zawodach dla ludzi o chłopskim pochodzeniu stało się jasne, że odtąd wszystko muszą robić inaczej. Mówić, ubierać się, jeść, inaczej meblować mieszkania, wypoczywać, a przede wszystkim inaczej wychowywać własne dzieci. W rodzinnym domu mojej mamy lekarza wzywało się jedynie do krowy i do konia. Dwaj moi wujkowie zmarli jako noworodki. O jednym wiem, że „babka” – chłopka wołana na wsi w charakterze akuszerki – zaraz po urodzeniu włożyła go do niecki z zimną wodą. Przypuszczalnie była pijana. Za usługę pobierała dwie butelki wódki, a pracowała dla kilku wsi. Jako dorośli ludzie moi rodzice musieli z pewnym niedowierzaniem odkryć, że rodzicielstwo to temat audycji w radiu i w telewizji, a o pielęgnacji niemowląt powstają książki. Zrozumieli, że dziecko jest czymś bezcennym. Wielkomiejskie środowisko, w którym zamierzali budować swoje wspólne życie, było wciąż nieoswojone. Na wszelki wypadek więc, choć pochodzili z rodzin tradycyjnie wielodzietnych, zdecydowali się wydać na świat tylko jednego potomka. Wyszli z założenia, że lepiej stworzyć jeden byt, maksymalnie uzbrojony do walki o przetrwanie, niż choćby dwa, ale wyposażone siłą rzeczy ubożej, obarczone większym ryzykiem porażki. Instynkt podpowiedział im także, że pielęgnowanie rodzinnych wspomnień czy, nie daj Boże, zwyczajów, będzie dla niego tylko kulą u nogi.

Moja babcia ze strony mamy, Karolina, przeszła przez życie w pozycji zgiętej. Pielenie grządek, zrywanie szyszek chmielu, podbieranie zboża spod kosy, mieszanie w korycie śruty z parującymi kartoflami dla świń, ubijanie masła w maselnicy. Uginanie się pod ciężarem worka z kartoflami na plecach i dziecka w brzuchu. Klęczenie w kościele, kłanianie się dziedzicowi, kłanianie się księdzu. Zawsze blisko ziemi. Prostowanie się musiało być dla babci podejrzane. Kiedy człowiek się prostuje? Czy nie wtedy, kiedy chce okazać krnąbrność? Może to od tej nienaturalnej dla homo erectus postawy na starość jej sylwetka lekko się zniekształciła? Odtąd wyprostowanie się nie było możliwe czysto fizycznie. Zatarła się różnica pomiędzy stylem życia a budową ciała. Pomiędzy wyborem a koniecznością.

W dzieciństwie moja mama, Stenia, ciężko zachorowała. Bardzo bała się, że umrze. Lekarza nie wezwano. Leżała w łóżku, a w sąsiedniej izbie za niedomkniętymi drzwiami jej matka, Karolina, mówiła o niej z sąsiadką. Do uszu mamy dobiegło zdanie: „Eee, ze Steni to już nic nie będzie”. Nie łudziłabym się, że babcia nie zauważyła uchylonych drzwi. Wypowiadając tę kwestię, machnęła pewnie ręką albo nabożnie pokiwała głową. Myślę, że takie podsłyszane słowa matki zostają w uszach na całe życie. W pewnym stopniu wyznaczają jego bieg.

Moja Babunia – czyli bezwarunkowa miłość, wrażliwość, ciepło, dom. I omlety z konfiturą malinową i cukrem pudrem. Wszystko, co najpiękniejsze w byciu dzieckiem.

Trzydzieści dziewięć lajków.

Moja Babcia. Odeszła dziś, miała 94 lata. Myślę sobie, że to taki wiek, moment, że nie trzeba płakać, a jednak płaczę… Myślę też o tym, jak robiła mi frytki, które tak lubiłam, jak uczyła grać w brydża….

Sto trzy lajki.

Babcia cudowna. Kochana, najwspanialsza. Taka jest moja. Nauczyła mnie wielu pięknych rzeczy. To z babcią czytałam pierwsze książki. To babcia nauczyła mnie liczyć. To babcia nauczyła mnie szyć, gotować, wyszywać i wielu, wielu rzeczy. Kocham moją babcię.

Dwadzieścia trzy lajki.

Czytam te facebookowe posty zauroczona. Żadna z moich babć niczego mi nigdy nie ugotowała i niczego nie nauczyła. Ze strony babci Karoliny nie spotkała mnie najmniejsza przykrość, ale nie pamiętam też szczególnego zainteresowania. Nie wykluczam, że ma to związek z awansem społecznym jej najmłodszej córki, która przebyła drogę z wiejskiej chaty do stolicy, wyszła za mąż za inteligenta. Nie byłam wnuczką, której ona mogłaby objaśniać świat. Wolała dyskretnie się wycofać, może nawet było jej to na rękę – oprócz mnie miała w końcu gromadkę wnucząt i prawnucząt mieszkających w jej okolicy, w jej naturalnym środowisku. Tylko raz sięgnęła wobec mnie po swoje uprawnienia. W latach osiemdziesiątych przez pewien czas mieszkała z nami w Warszawie i kiedyś wpadła rozgniewana do mojego pokoju. Był Wielki Piątek, a ja tańczyłam sama przy ryczącym na cały regulator magnetofonie z kasetą AC/DC.

Umierając, dała mi pięćdziesięciodolarowy banknot. Było to już po reformie Balcerowicza. Siedem, osiem lat wcześniej taki banknot oznaczał kupę pieniędzy. Przypuszczam, że dostała go od innego swojego wnuczka, mieszkającego od lat w USA. Czy podarunek był wyrazem miłości, czy tylko wypełnieniem kościelnego zalecenia: przed śmiercią zostaw coś wnukom, będą się za ciebie modlić? Wsparła się na łokciu, wysupłała papierek z lakierowanej torebki na bigiel i wcisnęła mi w dłoń. Dorzuciłam kilkaset złotych i kupiłam sobie w artystycznej galerii srebrny wisiorek z dziwnymi znakami. Nie przypadkiem wybrałam coś ekscentrycznego, czego babcia nigdy by nie polubiła ani nie pochwaliła. A może nawet przeklęłaby mnie, bo wisiorek miał podejrzany kształt, jakby zdeformowanego krzyża. Ale przepadło, zasponsorowała. Ta ozdoba to próba przeniesienia babci trochę na siłę do mojego świata. Zawiązanie nitki, którą przecięto.

Oprócz rodzeństwa, z którym można by na bieżąco omawiać doświadczenie wzrastania pod okiem tej samej pary rodziców, zabrakło mi w życiu jeszcze czegoś ogromnie ważnego. Jestem bezbabciowcem.

Miałam chyba sześć lat, kiedy zorientowałam się, że każdemu dziecku należą się dwie babcie. Wtedy upomniałam się o babcię ze strony taty. Usłyszałam: „Babcię Franię zabrała bozia”. Słowo „bozia” odesłało mnie do figury Chrystusa na krzyżu wiszącej nad misą ze święconą wodą w kruchcie naszego parafialnego kościoła Zbawiciela w Warszawie. Bardzo dobrze pamiętam zamęt w głowie. Jak to jest? Z jednej strony ten pan Jezus w cierniowej koronie taki pokrwawiony, taki niby biedny, a z drugiej, szelma, zabrał mi babcię! Czy inni o tym wiedzą? Jak mógł tego dokonać, przybity do krzyża? Wchodząc na niedzielną mszę, zaglądałam mu za plecy i sprawdzałam, czy nie trzyma tam mojej babci. Słowo „bozia” uznałam wówczas za synonim słowa „licho”. Co to jest licho, wiedziałam dobrze, byłam w teatrze na przedstawieniu, gdzie występowało: zła, tajemnicza postać ukryta przed wzrokiem ludzi, która ciągle mąciła im w życiu. W kulminacyjnym momencie spektaklu licho się ujawniło. Przedstawiał je aktor ubrany w czarny trykot i kominiarkę, który przekoziołkował przez scenę. Potrzebowałam czasu, by ułożyć sobie w głowie, że „bozia”, w odróżnieniu od „licha”, ma w naszej kulturze konotacje pozytywne.

Można być bezbabciowcem po prostu, w sensie dosłownym, ja jestem bezbabciowcem także psychologicznym. Moja druga babcia, Franciszka, nie tylko nie istniała fizycznie, nie miałam jej nawet w formie idei, punktu odniesienia, obrazu, którym powinno się było mnie karmić. Sama musiałam sobie ten obraz stworzyć. Mój ojciec nie wspominał matki. Ale nie, żeby to był jakiś temat tabu. Nie zaciskał zębów, gdy o nią pytałam. To przecież tylko podsycałoby moją ciekawość. Ojciec nad wspomnieniami o matce i swoim dzieciństwie zgrabnie się prześlizgiwał. Miał kilka dyżurnych anegdotek, najczęściej zabawnych. I już. Skutecznie przekierowywał moją uwagę na tematy bardziej, jego zdaniem, warte zainteresowania. O ileż ciekawsze od moich korzeni były przecież książki Juliusza Verne’a, fizyka, astronomia, szachy, nauka języków obcych. Chodzenie po pokoju z książką na głowie, żeby wyrobić sobie ładną postawę, albo jazda figurowa na lodzie, którą katowano mnie na Torwarze. O ileż ważniejsze było bezdźwięczne mieszanie cukru w herbacie, bo gdy pewnego dnia znajdę się na dworze Elżbiety II i zadzwonię łyżeczką, najem się wstydu. Mówiło się nawet, że kiedyś, kto wie, może wyjdę za mąż za księcia Karola i pewnego dnia zostanę królową Anglii. Oto sprawy, które powinny zaprzątać głowę dziecka nowych czasów. Przeszłość skończyła się i całe szczęście. Pozostałe po niej wspomnienia należy z szacunkiem wyciszać.

Jakieś dziesięć lat temu przydarzyło mi się coś dziwnego. Tuż obok mojego bloku na Mokotowie, na parterze przedwojennej kamienicy mieścił się maleńki zakład krawiecki. Z szyldem z lat sześćdziesiątych lub starszym. W środku siedziała staruszka. Bielutkie włosy miała gładko zaczesane do tyłu i spięte na karku w chudy koczek. Ze starego tranzystorka słuchała Radia Maryja. Przyniosłam jej do skrócenia spodnie. Obejrzała, skrzywiła się na krój, ale poprawiła znakomicie i niedrogo. Zaczęłam nosić do niej kolejne rzeczy. Wszystkie niezmiennie krytykowała, kręciła głową z niedowierzaniem nad tandetnym współczesnym krawiectwem i po kilku dniach oddawała ubrania cudownie udoskonalone. Raz, gdy musiałam rozebrać się, żeby coś przymierzyć, ofuknęła mnie, że nie noszę halki pod sukienką. Pozwalałam się ofukiwać, znosiłam perory księdza Rydzyka w tle. Krawcowa była prosta, surowa, ale niezawodna. Dobrze się czułam w jej towarzystwie. Wyobrażałam sobie, że będzie tu pod moim domem zawsze, że może się zaprzyjaźnimy.

Któregoś dnia wpadłam poradzić się jej – tak, do tego już doszło – jaki kupić materiał na zasłony. Podpowiedziała wzór, rozmiar, uczuliła, na co zwrócić uwagę. Po zakupach zaraz przyleciałam do niej pokazać nabytek. Pochwaliła mnie. Poprosiłam o uszycie zasłon, podkreślając, że bardzo zależy mi, by były gotowe na konkretną datę. Wcale nie szybko, za ponad miesiąc. Dwa dni przed terminem wpadłam upewnić się, czy wszystko w porządku. W środku czekało kilka osób, krawcowa po raz pierwszy nie odpowiedziała na moje „dzień dobry”. Poczułam, że unika mojego wzroku. Kiedy zostałyśmy same i zapytałam o zasłonki, burknęła, że raczej nic z tego, bo w międzyczasie zamówiono u niej uszycie sukienki do Ameryki. Zamurowało mnie. Przecież moje zasłonki były pierwsze! „Nie rozumie pani, że chodzi o sukienkę do Ameryki?” – krawcowa podniosła zirytowany głos, kładąc dobitny akcent na ostatnim słowie. Serce zaczęło mi walić. Grzecznie, lecz bardzo chłodno powiedziałam, co myślę o takim traktowaniu klientów. Przewróciła oczami: „Niech pani przyjdzie pojutrze, ale nie obiecuję”. Wyszłam stężała.

Wróciłam umówionego dnia. Bez słowa położyłam na stole kwitek. Ona bez słowa podała mi uszyte zasłony. Położyłam pieniądze i wyszłam. Wsiadłam do samochodu, ruszyłam, rozpłakałam się.

Sens mojego irracjonalnego stosunku do tej obcej kobiety, tak bliskiej archetypu babci, zrozumiałam dopiero niedawno. Babć najwyraźniej potrzebują nie tylko dzieci.

Kilka lat temu włożyłam sobie do portfela zdjęcie legitymacyjne. Przedstawia starszą kobietę z zalęknionymi oczami. To moja babcia Franciszka Surmiak, z domu Wawrzków. Dokładnie tak jak u mnie rysuje się u niej linia włosów nad czołem. Ma na sobie zdefasonowaną marynarkę narzuconą na koszulkę w drobne paski. Ktoś, komu pokazałam tę fotkę, zapytał odruchowo: „A co to za facet?”. Strasznie mnie to zabolało. Kurczę, jak ma wyglądać starsza kobieta, zniszczona pracą na roli, dwiema wojnami, jedną rzezią, wygnaniem, mężem przemocowcem, chorobą psychiczną? Ja patrzę na jej twarz i widzę regularne rysy. Jakby babcię starannie uczesać, umalować, inaczej ubrać, poprosić, by się uśmiechnęła, byłaby piękna. Ile może mieć lat na tym zdjęciu? Może tyle co ja teraz? A jeśli mniej? Czy to było już wtedy, gdy prasowała ubrania niewidzialnym żelazkiem? Przyłapuję się na tym, że gdy w sklepie przy kasie wyciągam kartę płatniczą, to lekko przechylam portfel. Może liczę, że ekspedientka zwróci uwagę na zdjęcie? „O, jakie ładne”, usłyszę. I odpowiem: „Ach, to moja babcia”.

Mocno siedzą mi w głowie słowa Franciszki wypowiedziane przed śmiercią do jej córki, mojej cioci: „Uwierzysz, Jadziu, że ja nie wiedziałam, że kobieta ma okresy niepłodne?”. Gdyby było inaczej, zaoszczędziłaby sobie niemało szarpaniny. Może by tak panicznie nie opędzała się od męża i uniknęła wielu razów. Mówiąc te słowa, myślała pewnie: „Jaka byłam głupia! Dobry Bóg zesłał kobietom łaskę pozwalającą wypełniać ten obrzydliwy obowiązek bez strachu o kolejną ciążę”. Niestety, babcia tę wiedzę przegapiła.

Jej męża, dziadka Karola, pamiętam całkiem dobrze. Jego rozbiegane oczy, dziwnie pachnącą marynarkę (ubrania warszawskie tak nie pachniały). Kiedy przyjeżdżał do nas z wizytą, wyciągał z regału tę samą książkę: Zdrowie kobiety, z rysunkami anatomicznymi. Czułam, że jest kimś obcym. Pewnie wynikało to z rezerwy, z jaką odnosił się do niego ojciec. Nie dopuszczałam myśli, że mogłabym mieć z tym człowiekiem coś wspólnego. Dopóki nie zobaczyłam jego starego listu. Na kartce z 1936 roku były duże zamaszyste litery. Bardzo podobne do moich.

O ile o babci Franciszce ojciec czasem coś napomykał, o tyle totalną klapą kończyły się wszelkie starania sięgnięcia głębiej i dopytania go o coś tak niesamowitego jak jego własne babcie. W takich wypadkach musiałam „uzbroić się w cierpliwość” (ulubione obok „przysiąść fałdów” wyrażenie ojca, nękał mnie nimi latami), istniało bowiem ryzyko, że zanim wycisnę nowy szczególik, zdążymy się pokłócić.

Moje próby ustalenia czegoś na temat przodków przebiegały według podobnego schematu. Zaczyna się od tego, że ojciec nie słyszy. Powtarzam pytanie. On przenosi na mnie zdziwione oczy – czyżby te niezwykłe słowa były skierowane do niego?

– Ale jakie babcie?

– No, twoje. Co wiesz o swoich babciach?

Ojciec wodzi wzrokiem po nieistniejącej publiczności – czy wszyscy widzą, co się dzieje? Co człowiek ma odpowiedzieć na tak przedziwne pytanie? Jedyna znana mu babcia to jego żona, Stenia – babcia mojej córki, Julki. Przecież dopiero w momencie narodzin jego własnego dziecka rozpoczęła się na świecie era więzów rodzinnych.

– Czekaj, czekaj… Mama albo… babcia… mojego taty chyba się nazywała Kamila Syło, czy jakoś tak. – Ojciec mruży oczy, a jego mowa spowalnia, jakby odszyfrowywał jakiś odnaleziony w mózgu zapisek. – Nie pamiętam, mama czy babcia… Takie dziwne nazwisko. Ukraińskie chyba. Bo ukraińskie nazwiska kończą się na „o”.

– Czyli była Ukrainką? – zaciekawiam się. – Opowiedz o niej.

Ojciec wydobywa z siebie krótki śmiech bez otwierania ust. Właściwie nie śmiech, tylko żachnięcie. Kręci głową, nie mogąc nadziwić się, jak bardzo świat moich pytań odstaje od jego świata:

– Coś może ktoś mówił w domu, ale niespecjalnie się tego słuchało.

– No jak to?!

W moim głosie najwidoczniej zabrzęczała irytacja, choć mnie się wydaje, że jeszcze nie, że jeszcze się trzymam. Lecz nic nie oszuka mojej mamy. Jej sejsmograf odebrał właśnie sygnał, że trzeba interweniować.

– A kto tam kiedyś znał swoje babcie! – Mama biegnie do nas z kuchni, z daleka machając rękami. – Ja sama też nic nie wiem o swoich. Kiedyś się o takich sprawach nie rozmawiało!

– Jak można nie wiedzieć nic o swoich babciach?

Mama zaśmiewa się nad niedorzecznością tej uwagi. Układa się obok taty na kanapie przed telewizorem. Oboje udają, że próbują coś sobie przypomnieć, choć apodyktyczna córka postawiła przed nimi zadanie tyleż męczące, co absurdalne. Jej pytania rozmywają się w strzępach odpowiedzi: „Nie mam pojęcia… Co…? To było tak dawno… Bronek, przełącz, no przełącz na dwójkę… To były inne czasy… Babcia…? A co masz na dwójce?”. Córce coraz trudniej trzymać się tych pytań, musi je powtarzać, żeby nastąpił jakikolwiek odzew, rodzice potrzebują coraz więcej czasu na reakcję, siły córki słabną. Wszyscy wiedzą, że za chwilę wypłynie ona z tej rozmowy jak ze snu, znów niewiele złowiwszy.

Na szczęście niedaleko mnie, jak i niedaleko domu rodziców, również na Mokotowie, mieszka młodsza siostra mojego ojca, ciocia Jadzia, razem ze swoim mężem, wujkiem Mikołajem. To najważniejsza z moich cioć. Zjadłam w jej domu niezliczone doskonałe obiady i otrzymałam mnóstwo poczucia przynależności. Kiedy pewnego dnia przychodzę do niej z prośbą o rozrysowanie naszego drzewa genealogicznego, reaguje entuzjastycznie. Na stole natychmiast pojawia się pudełko po butach wypełnione starymi zdjęciami. Ciocia ma dobrą pamięć i chętnie zmusi ją do pracy. Czekała tylko na sygnał.

Siadamy więc u niej w dużym pokoju przy stole, ze ściany zerka na nas Jan Paweł II, którego widok w tym miejscu za każdym razem mnie zaskakuje, ponieważ mieszkanie cioci kojarzyć mi się będzie już zawsze z Pawłem VI. Gdy byłam dzieckiem, tu, za szybką w regale, stała pocztówka z jego podobizną. Za pontyfikatu Pawła VI to był mój drugi dom. W przylegającym do salonu pokoju dziecinnym kuzynów Ani i Adama odbywała się moja formacja. Dokonywaliśmy tam pierwszych prób aktorskich, piosenkarskich, reżyserskich, także pisarskich, bo przecież pisywało się i sztuki. W nim ja, nieposyłana do przedszkola jedynaczka, uczyłam się budowania relacji w grupie. Tu była scena, na której prezentowaliśmy spektakle i recitale dla publiczności składającej się z rodziców, cioci Jadwigi-seniorki, zwanej „Ciocią z Francji”, i ewentualnie dalszych gości. W pokoju stał rozkładany fotel służący za tron przy zabawach w zamek, a obok meblościanka, która łatwo przemieniała się w łóżko albo w stół. Stół wystarczyło nakryć kocem, a wówczas przestrzeń pod blatem stawała się kulisami. Mniej więcej z nastaniem papieża Wojtyły zaczęły się kolejno kończyć nasze trzy dzieciństwa, czas wspólnych zabaw i nocowań. Dziecięce meble zniknęły, a sam pokój okazał się maleńką wnęką, w której dziś mieści się zaledwie jedno łóżko.

Siedzimy więc naprzeciw tej wnęki i próbujemy z ciocią ulepić figurki Franciszki i jej dwóch sióstr. Budulcem są zdjęcia i porwane wspomnienia. Problem w tym, że wszystko, co ciocia opowiada, jest osadzone w rzeczywistości, której ja nie potrafię sobie do końca wyobrazić. Nie rozumiem kontekstu, nie jestem w stanie nadać tym obrazom i cytatom prawidłowego znaczenia. Nie wiem na przykład, czy to, co wydaje mi się nie do wiary, nie było czymś najnormalniejszym na świecie i na odwrót. Żeby tak dało się te postaci ożywić, zobaczyć na jakimś tle…

Nagle ciocia doznaje olśnienia.

– Zaczekaj, ale dlaczego ty po prostu nie przeczytasz listów naszej mamy? Przecież w nich masz wszystko.

Zamieram.

– Jakie listy, ciociu? Co ciocia mówi?

– Przecież zachowało się mnóstwo listów mamy pisanych do cioci z Francji.

– Ma je ciocia?

– Nie. Ja je wszystkie dałam twojemu ojcu. Bronek je ma.

Nie wierzę. Cholera jasna, nie wierzę! Dzwonię do mamy.

– Nic podobnego – mama oznajmia stanowczo. – Jadźka wszystko poplątała. Ona chciała – mocny akcent na „chciała” – nam dać jakieś listy, ale my ich nie wzięliśmy.

– Dlaczego nie wzięliście? – pytam zdumiona.

Mama lekko zirytowana:

– A po co nam one? Tata ich nie chciał i Jadzia zabrała je z powrotem.

Wyobrażam sobie, jak ciocia wmusza w brata plik pożółkłych kartek zapisanych przez ich zmarłą przed laty matkę, ale on dzielnie się opiera.

– Na sto pięćdziesiąt procent! W naszym domu na pewno ich nie ma. To ci mogę przysiąc. Dam sobie za to głowę uciąć. – Mama zapewnia tak żarliwie, że trzeba by mieć serce z kamienia, żeby podważać jej słowa. Problem w tym, że po „głowę uciąć” wyrywa się jej znany mi dobrze nieszczery śmieszek.

– Ciociu, u moich rodziców nie ma tych listów. Muszą być u cioci.

– Na pewno są u nich. Twój ojciec powiedział, że może je kiedyś przeczyta, i schował. – Ton cioci Jadzi jest z kolei spokojny i pewny jak u człowieka, którego nie imają się wątpliwości, trwającego w swoim świadectwie.

– Powtarzam ci: dawała, ale tata ich ostatecznie nie wziął! – Mama tłumaczy się nerwowo, jakby przesłuchiwało ją gestapo.

Nadzieja zatrzepotała na moment i zgasła. Opowieść, która była o krok, pochłania logika snu. Listy rozpływają się, za chwilę okaże się, że „jakie listy? Kto mówił o listach?”. Nie mam sumienia dociskać. Mama zaprzecza, że je wzięli, jakby chodziło o przestępstwo. W głosie cioci coraz wyraźniej pobrzmiewa lęk, że przepadły. Zostawmy to. Trzeba w końcu być człowiekiem.

Któregoś dnia jednak mama sama do mnie dzwoni. Jak gdyby nigdy nic pyta, co u mnie, czy jestem zdrowa. Wyczuwam w jej głosie zakłopotanie. Ale nie że jakieś znaczne.

– No wyobraź sobie, że znalazły się te listy – wzdycha w końcu niechętnie. – Okazuje się, że tata rzeczywiście je wziął wtedy od Jadzi. I schował do szuflady. Możesz je sobie zabrać. Tata powiedział, że one go nic a nic nie interesują.

A ksiądz Bosak wszystkich liczy,

czy w spowiedzi byli,

ili zbierzy jaj za kartki

w Wielkanocnej chwili.

Jedzi bryczku proboszcz Bosak,

woźnica powozi,

a ściszkami idu wierni

bez chodaków – bosi.

„Pochwalony” gada każdy,

głowę chyli nisko,

bo ksiądz Bosak wielki poseł

i wielkie panisko.

Żył ksiądz Bosak między swymi,

ludzie dobrzy byli,

aż w czterdziestym pierwszym roku

z UPA go zabili.

Wywołali go wśród nocy,

wywołali skrycie,

choć się prosił, choć ich błagał

zabrali mu życie.

Czesława Kluszczyńska, fragment wiersza Na Wołczkowi, lata dziewięćdziesiąte XX wieku

2Dzwoneczek

Dzwonek odlany jest z mosiądzu, dziś już zszarzałego. Ma swój niewielki, lecz szlachetny ciężar. Uchwyt wyprofilowany w kształt wklęsłej elipsy wygodnie układa się w zagięciach palców. „Dar Piotra Zięby 1933 rok” – taki napis wygrawerował na wierzchniej stronie płaszcza zapewne sam Zięba. Serce składa się z zardzewiałego gwoździa i stalowej nakrętki. Gwoździk trzyma się zagiętą nóżką na uchwycie ukrytym w głębi ust, a nakrętkę Piotr Zięba przywiązał gwoździowi do główki cienkim jak nitka drucikiem. Gdy potrząśnie się dzwonkiem, nakrętka uderza dokładnie tam, gdzie powinna, czyli w tak zwany kołnierz. Mosiądz i stal wydają dziś taki sam dźwięk jak osiemdziesiąt lat temu.

*

W ciemnej izbie, w nikłym ogniu lampy naftowej dzwoneczek lśni, jakby był ze złota. Pochylają się nad nim dwie postaci. Mężczyzna i chłopiec o siwych oczach, który ma tyle lat co dzwonek. Pod łóżkiem schowała się mała dziewczynka. Słucha tego, co mówią ci przy stole, jak baśni.

– Po Domine, non sum dignus[1] dzwonisz trzy razy. Spożywasz najświętszą Hostię. I następnie co mówisz?

Cisza.

– Co mówisz, nicponiu?!

Plast. Uderzenie w głowę.

– Confiteor Deo omnipotenti, Beatae… – podpowiada mężczyzna.

– Confiteor Deo omnipotenti, Beatae Mariae semper Virgini…[2]

Przerwa.

Plast.

– Beato Michaeli Archangelo…

– …Beato Joanni Baptistae, Sanctis Apostolis Petro et Paulo, omnibus Sanctis et tibi, Pater, quia peccavi nimis cogitatione, verbo et opere: mea culpa! mea culpa! mea maxima culpa![3]–kończy szybko chłopiec i bije się trzy razy w piersi.

Dom jest niewielki, ale murowany i ze strychem. Suchy i ciepły. Drzwi wejściowe wąskie, ale dwuskrzydłowe, z nadświetlem. Otwierają się do środka. To ważne. Niewielki ganek składający się z trzech schodków i zadaszonych kolumienek daje budynkowi sznyt architektury dworkowej. Rzuca się ten biały domeczek w oczy z daleka – na tle surowych drewnianych chat z wysokimi progami, krytych strzechą. Tuż przed gankiem kłania się mu wyniosła czereśnia. Przy samej furtce wejścia na podwórze strzeże pojedyncza wiśnia, która odłączyła się od sióstr maszerujących na tył domu, gdzie te ostatecznie się usadowiły. Ogrodowizna bardzo udana. Ogórki i kalarepa obfite. A od ganku ciągną się ku furtce dwa równoległe szpalery białej morwy.

Morwa to mądre i dobre drzewo, wyrasta tam, gdzie widzi zagrożenie dla bardziej cenionych przez człowieka gatunków. Bierze na siebie razy wiatru, wystawia gęste gałęzie ku szpakom, które przyfrunęły, aby nachapać się czereśni i wiśni, ale dają się zwabić słodkim do mdłości białym owocom i z ciężkimi brzuchami odlatują, zapominając, po co przyleciały. A gdy ptaszek wypuści morweczkę z dziubka, to ona rozkłada się w glebie, czyniąc ją jeszcze żyźniejszą. Choć to akurat bez znaczenia, bo tutejsza gleba i tak jest najżyźniejsza na świecie. Jeśli dłoń zanurzysz głęboko, to wyjmiesz ją tłustą jak z beczki z oliwą. Z morwową aleją rozkrawającą ten płaski krajobraz bezpieczna jest czereśnia przed drzwiami, bezpieczna jest zbłąkana wiśnia, a także porzeczki i maliny u płotu. Morwa pozwala paść się swymi liśćmi larwom jedwabników, tylko po to by gospodynie mogły sprzedać kokony. „Proszę bardzo – mówi morwa – karmcie larwy moimi listkami. Mnie nic po nich. Jestem tu cała dla was, róbcie ze mną, co tylko uznacie za stosowne, jeśli to stanowi dla was jakąś szansę”.

Wchodząc do domu, trochę się zdziwisz. W ciasnej, nie głębszej niż długość koromysła sieni po przeciwnych stronach znajduje się dwoje drzwi. Zapukasz do tych z lewej, otworzy ci młody mężczyzna. Pierwsze, co rzuca się w oczy u niego, to drewniana, pucowana na kolanach przez gospodynie podłoga, miła delikatnym stopom, nawykłym do chodzenia w obuwiu nawet latem. Na półkach kilka książek, także po łacinie. Mężczyzna ma na nazwisko Bierut. Jest księdzem.

Po prawej stronie sieni wejdziesz natomiast do izby ze zwykłym glinianym klepiskiem. Tam mieszkają: Rozalia, zwana Rózią, jej młodsza siostra Franciszka oraz trójka dzieci Franciszki – Bronuś, Alojzio i najmłodsza Jadzia. Dzieciom klepisko nie przeszkadza. Przeciwnie, latem wyślizgana, pofałdowana ziemia przyjemnie chłodzi bose stopy. A zimą rozrzuca się słomę i chodzi po niej jak po ciepłym dywanie. Stopy, którym niestraszne żwirowe drogi ani pełne szyszek leśne ścieżki, odczuwają go jako puszysty i miękki. W rogu izby stoi bielony wapnem gliniany piec z zapieckiem. Bywa, że zimą zapiecek zajmuje wędrowny dziad. Gramoli się tam w tęgie mrozy i śpi do roztopów, kiedy to da się ruszyć boso w dalszą drogę.

Co do książek, to są przynajmniej dwie. Stary podręcznik leczenia zwierząt gospodarskich oraz Mali zwycięzcy. Przygody dzieci w pustyni Szamo Ferdynanda Ossendowskiego. Zwycięzcy wpisują się, obok W pustyni i w puszczy Sienkiewicza, w modny nurt literatury o przygodach białych supernastolatków w krainach zamieszkałych przez tak zwanych dzikich. Książka po raz pierwszy ukazała się we Lwowie w 1930 roku. To by się więc zgadzało.

Z izby z klepiskiem wchodzi się do kuchni, sąsiadującej od drugiej strony z pokojem księdza. Tu też jest piec, większy, chlebowy, z blatem kuchennym, z jeszcze większym zapieckiem. Obok bambetel – drewniana ława z wiekiem. Pośrodku stół z krzesłami.

Okna kuchni wychodzą na wiśniowy sad. Za nim, po lewej stronie błyszczy w słońcu lusterko jeziora. Jest niewielkie, za to pełne ryb. Chodzi się je łowić sitem o świcie. Kiedy upalnym latem jeziorko wysycha, jego dno srebrzy się od rybek wywijających ogonkami. Rózia zbiera je i wrzuca do balii z wodą. Gdy spadnie tęgi deszcz i niecka nabierze wody, gospodyni wpuszcza ryby z powrotem. Czasem wody jest tak dużo, że jeziorko zamienia się w porządne kąpielisko. Bronuś i Alojzio uczą w nim pływać czarną suczkę o imieniu Gama. Wrzucają ją na środek, a gdy ta w panice przebiera łapkami i płynie do brzegu, odpychają kijem. Kiedy zabawa wreszcie im się znudzi, zrozpaczona Jadzia chwyta Gamę w objęcia i zapłakana leci z nią do domu, by wysuszyć nieboraczkę na piecu. A piesek ledwo wyschnie, zaraz pędzi za chłopcami i znów pozwala się dręczyć.

Latem wokół złoci się żyto i pszenica, na pastwisku pasą się krowy, a jeszcze dalej hen, hen, horyzont zamyka ciemny wieniec lasu. Tu świat się kończy. Na ciemnym kręgu widać tylko jasny punkcik. Po zmierzchu kropka świeci, rysuje się nad nią biały dymek. To chata Dmytra. Tak go nazwijmy, bo prawdziwego imienia nikt nie pamięta.

Okna kuchni sąsiadują z oknami izby z parkietem. Jeśli dobrze się wychylić, rano można podpatrzeć księdza, jak śpi. Z kuchni jest jeszcze bezpośrednie przejście do obory zajmowanej przez krowy. Jedna należy do sióstr, a dwie są parafialne, czyli księżowskie. O świcie Rózia albo Franciszka doją je i zanoszą do izby po lewej stronie sieni dzbanek mleka. Stawiają przy drzwiach, żeby ksiądz miał jeszcze ciepłe, kiedy się obudzi. Latem na mleku gotują chłodnik z porzeczek. Dodają trochę cukru, podbijają mąką i tym się najadają. Z reszty mleka wytwarza się twaróg oraz masło. Ksiądz bardzo ceni masło sióstr i ich twaróg, to znaczy swoje masło i swój twaróg. I dobrodusznie przymyka oko, gdy siostry zatrzymają troszeczkę więcej mleka dla siebie i dzieci niż przypadająca im jedna trzecia. I za to należy się księdzu wdzięczność. Oraz za to, że to ich dom wybrał sobie na plebanię. To ogromny zaszczyt, a zarazem gwarancja bezpieczeństwa. Wiadomo, w niespokojnych czasach ksiądz strzeże od złego lepiej nawet niż gromnica w oknie.

W odległości nie więcej niż dwustu metrów od domu, w linii prostej od furtki, stoi murowany kościółek. Wzniesiony w 1932 roku, jest więc niewiele starszy od Bronusia i od dzwoneczka. Tuż przy kościele rośnie grusza wydająca najsłodsze owoce, jakie można sobie wyobrazić. Niestety, ksiądz zazdrośnie pilnuje gruszek. Kiedy zobaczy dzieciaka wdrapującego się na drzewo, zaraz leci z kijem. Późnym latem pobożni parafianie zrywają gruszki, zanoszą je na strych białego domku i układają dla księdza w słomie. O tych gruszkach głośno się nie mówi. Oficjalnie żadnych gruszek nie ma, na strychu po prostu suszy się siano. Jeżeli ksiądz ma ochotę na coś słodkiego, zawija sutannę i oglądając się, czy nikt nie patrzy, włazi na drabinę. Jego wizyty na strychu są równie dyskretne jak wizyty w wychodku za stodołą.

Bronuś szybko odkrył sekret strychu. Nieraz trzeba go było zganiać z drabiny miotłą. Rózia musiała wziąć siostrzeńca na rozmowę i wytłumaczyć mu, że gruszki to sprawa poważna i o wiele bardziej złożona, niż mu się wydaje. Należy ją widzieć na co najmniej dwóch poziomach: mistycznym i praktycznym.

– Mamy sad pełen wiśni, Bronuś, mamy czereśnię i morwy. Wszystkie te drzewa są twoje, z nich możesz jeść do woli. Ale owoców tego jednego drzewa, które rośnie przy kościele, tykać ci nie wolno, bo to jest grusza księdza. Wyobraź sobie, że ksiądz Bierut to jest Pan Bóg. Pan Bóg zstąpił na ziemię i z całej Dębianki wybrał właśnie nas, żeby u nas zamieszkać. Taką nam uczynił łaskę. A ty mu zjadasz gruszki! Czy Pan Bóg nie miałby prawa się na nas rozgniewać? Wiesz chyba, jaka kara spotkała tych, którzy zjedli owoc z zakazanego drzewa? Chcesz ściągnąć na nas gniew Boży?

Tak tłumaczyła chłopcu Rózia. Potem robiła przerwę, przez chwilę świdrowała groźnym wzrokiem siwe oczka, a gdy dostrzegła w nich coś na kształt skruchy, uśmiechała się filuternie i dodawała:

– Ale jeżeli już, urwisie, musisz. Jeśli już czujesz, że nie wytrzymasz, i nachodzi cię taki wielki apetyt na gruszeczkę ze słomy; wiem, jaki to cudny smak, co mam nie wiedzieć. To zrób to przynajmniej tak, żeby ksiądz się nie domyślił. Wejdź na strych, ale po cichutku. Wybierz sobie grubaśną gruszeczkę, byle nie z przodu, tylko z głębi, bo ksiądz zawsze szuka od wejścia. A ty jesteś lekki, możesz przeskoczyć na koniec. Wybierz ją sobie i, jak już koniecznie musisz, zjedz. Ksiądz się nie doliczy. A może zanim gruszki na strychu się skończą, grusza znowu urodzi? Tak i ty się najesz, i Pana Boga nie obrazisz.

Rankiem, kiedy Jadzia się budzi, w sieni słyszy kroki. Po chwili widzi przez okno, jak pod morwami przemykają ksiądz i jej najstarszy brat z dzwoneczkiem pobrzękującym w drżących z zimna rękach. Jeśli dzień jest mały, obaj szybko giną w ciemności. Jeśli dzień duży, to kościół z okna widać doskonale. Zwykle idzie się do niego ubitą drogą, zataczając łuk, wtedy trwa to jakieś pięć minut. Można też pójść na przełaj przez łąkę, wtedy tylko minutę, dwie… Bardzo blisko. I śmiertelnie daleko.

W kościele zawsze jest zimniej niż na zewnątrz. Najpierw trzeba zapalić świece. Potem pomóc księdzu oblec się w ornat w zakrystii, podać ręcznik do obmycia rąk. Obaj kłaniają się przed krzyżem. Dzwonek obwieszcza rozpoczęcie mszy.

– Introibo ad altare Dei.

– Ad Deum, qui laetificat iuventutem meam[4].

Ministrant jest tylko jeden, uwijać się musi więc za dwóch.

Ksiądz kończy epistołę, daje znak ręką.

– Deo gratias[5] – mówi chłopczyk.

Bierze w ręce drogocenny, stary i niemożebnie ciężki mszał i przenosi go z jednej strony ołtarza na drugą. Schodzi po schodkach, przyklęka na środku posadzki przed ołtarzem (Nie klękamy na schodkach!), wraca po stopniach.

– Dominus vobiscum.

– Et cum spiritu tuo[6].

Podaje księdzu ampułkę z winem (Uszkiem do kapłana!), odnosi ją, przynosi drugą, z wodą. (Nie stawiamy ampułek na ołtarzu, to nie stół w kuchni twojej matki!) Polewa dłonie księdza wodą, podaje ręcznik.

– Domine, non sum dignus ut intres sub tectum meum: sed tantum dic verbo et sanabitur anima mea[7].

Trzy razy dzwoneczek.

Hostia wraca do tabernakulum. Ksiądz przyklęka, dzwoneczek raz. Teraz najgorsze. Trzeba odnieść mszał. Chłopiec jest zmęczony, nie jadł jeszcze śniadania. Znów jak sztangista przyciska księgę do piersi, schodzi po schodkach, klęka. Zaraz będzie musiał wstać i ruszyć dalej. Manewr jest ryzykowny, tym bardziej że chłopiec trzyma w ręku jeszcze dzwoneczek, którego nie wolno postawić na ołtarzu. Powstaje zatem… I niestety traci równowagę. Stare książczysko leci na łeb na szyję, uderza grzbietem o posadzkę, święte szwy pękają, strony rozsypują się jak talia kart. Dziecko w pośpiechu zbiera kartki, tę zdepcze niechcący, ta się podrze, dzwoneczek turla się po posadzce, stalowa nakrętka obija się o kołnierz, ale nie obluzowuje się, mocno mistrz Zięba przywiązał ją drucikiem. Mosiężny płaszcz chroni delikatne serce. Dziecka nie ma kto chronić.

Ksiądz nadal oczy ma wzniesione ku niebu, ręce złożone. Póki trwa msza, dziecko jest bezpieczne jak na scenie. Może tym razem mu się upiecze?

– Ite, Missa est.

– Deo gratias[8]–odpowiada gorliwie chłopiec, dziwiąc się niezmiennie, dlaczego ksiądz mówi „ite”, „idźcie”: kto ma iść? Przecież żadni wierni w tej mszy nie uczestniczą. W całym kościele są tylko oni dwaj. Parafianie przychodzą wyłącznie w niedziele i święta, ale msza musi być odprawiana każdego dnia.

Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.

Przypisy

[1] (łac.) Panie, nie jestem godzien. (Poniższe cytaty łacińskie pochodzą z liturgii mszy w nadzwyczajnym rycie rzymskim, tak zwanej mszy trydenckiej, którą odprawiano w Kościele katolickim do roku 1970).

[2] (łac.) Spowiadam się Bogu wszechmogącemu, Najświętszej Maryi zawsze Dziewicy…

[3] (łac.) Świętemu Michałowi Archaniołowi, świętemu Janowi Chrzcicielowi, świętym Apostołom Piotrowi i Pawłowi, wszystkim Świętym i tobie, Ojcze, że bardzo zgrzeszyłem, myślą, mową i uczynkiem: moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina!

[4] (łac.) – Przystąpię do ołtarza bożego. – Do Boga, który jest weselem moim od młodości.

[5] (łac.) Bogu niech będą dzięki.

[6] (łac.) – Pan z wami. – I z duchem twoim.

[7] (łac.) Panie, nie jestem godzien, abyś wszedł do wnętrza mego, ale rzeknij tylko słowem, a będzie uzdrowiona dusza moja.

[8] (łac.) – Idźcie, msza się skończyła. – Bogu niech będą dzięki.

WYDAWNICTWO CZARNE sp. z o.o.

czarne.com.pl

Wydawnictwo Czarne

@wydawnictwoczarne

Sekretariat i dział sprzedaży:

ul. Węgierska 25A, 38-300 Gorlice

tel. +48 18 353 58 93

Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa

Dział promocji:

ul. Marszałkowska 43/1, 00-648 Warszawa

tel. +48 22 621 10 48

Skład: d2d.pl

ul. Sienkiewicza 9/14, 30-033 Kraków

tel. +48 12 432 08 52, e-mail: [email protected]

Wołowiec 2021

Wydanie I