Części zamienne. Co współczesna medycyna potrafi zrobić z ludzkim ciałem - Mary Roach - ebook

Części zamienne. Co współczesna medycyna potrafi zrobić z ludzkim ciałem ebook

Mary Roach

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Mary Roach – autorka bestsellerowego „Sztywniaka” – powraca z nową książką!

Błyskotliwa opowieść o próbie odtworzenia niewyobrażalnie złożonej anatomii człowieka.

Ludzkie ciało jest najdoskonalszą maszyną na świecie – i jedyną, do której nie można kupić części zamiennej u producenta. Od stuleci medycyna korzystała więc z tego, co było pod ręką: rzeźbiono nosy z mosiądzu, pożyczano skórę od żab czy serca od świń. Dziś próbujemy hodować części ciała od podstaw, wykorzystując komórki macierzyste i druk 3D. Jak nam idzie? Czy jesteśmy już blisko celu?

Roach zanurza się w temat z właściwym sobie poczuciem humoru. Wyrusza m.in. do sali operacyjnej legendarnej bostońskiej kliniki leczenia oparzeń, do „superczystej” świńskiej fermy w Chinach i do technologicznej dzielnicy San Diego, by obejrzeć „sadzonki włosów” z komórek macierzystych. Rozmawia z naukowcami, chirurgami, osobami po amputacjach i stomikami czy twórcami drukowanych nerek. Spędza czas w działającym żelaznym płucu z lat 50., towarzyszy technikom w trakcie pobierania tkanek podczas nocnych dyżurów i przemierza Mongolię razem z oftalmologami z Orbis International.

„Części zamienne” prowadzą czytelników przez cudowną, nieprawdopodobną i chwilami surrealistyczną podróż w poszukiwaniu metod na stworzenie „nowej wersji siebie”.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 375

Rok wydania: 2026

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł oryginału: Replaceable you.

Copyright © 2025 by Mary Roach

All rights reserved

Copyright for the Polish edition © 2026 by Grupa Wydawnicza FILIA

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.

Wydanie I, Poznań 2026

Projekt okładki: © Andrzej Komendziński

Grafika na okładce: © Miguel Angel, Vector Images, godsfavoriteart / Vecteezy

Redakcja: Karolina Borowiec-Pieniak

Korekta: Joanna Jóźwiak, Anna Nowak

Skład i łamanie: Stanisław Tuchołka | panbook.pl

Wydawczyni: Małgorzata Ochab

PR i marketing: Karolina Czwojdzińska

ISBN: 978-83-8441-465-1

Grupa Wydawnicza Filia sp. z o.o.

ul. Kleeberga 2

61-615 Poznań

wydawnictwofilia.pl

[email protected]

Seria: FILIA NA FAKTACH

Dedykuję Otisowi

Pierwsze przemyślenia

Wiktoriańskie wyższe sfery celowały w urządzaniu kolacji z zachowaniem dystansu. Po obu stronach talerzy spoczywało aż szesnaście różnych przyborów. Były tam specjalne noże i widelce do dziczyzny i pieczeni oraz oddzielne zestawy sztućców do ryby, sałaty i owoców. Ale zastawa stołowa to zaledwie jedna rzecz. Żeby można było sprowadzić kawałek baraniny lub mięsa zająca do – jak to się określa w żargonie opisującym ustne przetwarzanie pokarmu – „stanu połykalnego kęsa”, musi odbyć się pewien proces przeżuwania. W tym celu potrzebne są zęby. Dla licznych przedstawicieli epoki wiktoriańskiej, którym brakowało już uzębienia, dodawano niekiedy siedemnasty przyrząd. Wyobraź sobie coś w rodzaju nożyc ogrodniczych z płaskimi, ząbkowanymi ostrzami. Mastykator, bo tak tę rzecz nazywano, umożliwiał szczerbatemu biesiadnikowi wstępne przeżucie dania przed włożeniem kęsa do ust.

Protezy dentystyczne istnieją od XVIII wieku. Kto by chciał polegać na mastykatorze, kiedy można było wybrać sztuczne zęby? Faktycznie ludzie korzystali z jednego i drugiego. Używali mastykatora w zaciszu własnego pokoju, po czym wkładali protezy i udawali się do jadalni, żeby tam zasiąść za stołem i nie jeść. Ówczesne sztuczne zęby, dalekie od możliwości funkcjonalnego zastąpienia trzonowców i siekaczy, służyły w dużej mierze do ozdoby, jako coś w rodzaju ustnej peruki. „Sztuczne zęby, niezbyt pewnie dopasowane do szczęk i prymitywnie umocowane, generalnie były prawie bezużyteczne przy jedzeniu”, pisał nieżyjący już John Woodforde w książce The Strange Story of False Teeth, przez którą się przegryzłam, żeby na tych stronach wykrztusić kilka kęsów.

W najbardziej skrajnych przypadkach niezadowalający sposób mocowania przybierał formę przyszywania uzębienia do dziąseł, z których zestaw „swobodnie unoszących się w powietrzu zębów” zwisał „na zasadzie kolczyków”, jak to zanotował Woodforde. Tylko trochę mniej okrutnym rozwiązaniem były sprężynowe protezy dentystyczne, w których spirale ze sztywnego drutu łączyły zęby dolne z górnymi i dociskały te ostatnie do górnych dziąseł, a jednocześnie powodowały skłonność do wypychania protez ku przodowi poprzez usta. „[Proteza] Wystrzela poza dziąsła i […] wypycha wargę aż pod nos”, skarżył się Jerzy Waszyngton w jednym ze swych licznych listów jednemu ze swych licznych dentystów. „Jego usta nie wyglądały jak żadne inne, jakie kiedykolwiek widziałem”, wspominał pewien gość; „wargi [miał] mocno zaciśnięte, a jego dolna szczęka wydawała się silnie dociśnięta do górnej, jak gdyby mięśnie pozostawały w pełnej aktywności, nawet gdy siedział nieruchomo”. Stąd brał się ponury wyraz ust generała na jego późniejszych portretach. Waszyngton był uwikłany w batalię z własnymi zębami.

Protezy z XX wieku trzymały się na swoim miejscu dzięki kombinacji siły podciśnienia przyssawek dentystycznych oraz kleju doustnego, czyli „środka do mocowania protez”, jak wolą go nazywać ludzie z firmy Poligrip. Mimo to protezy dawały niespełna jedną czwartą efektywności żucia naturalnych zębów. Respondenci ankiety firmy Poligrip z 2015 roku wyznali, że korzystanie z protez ograniczało u nich nie tylko wybór pozycji z jadłospisu, ale także pożycie miłosne. Dwadzieścia cztery procent badanych bało się namiętnego pocałunku. Dwadzieścia procent niechętnie się uśmiechało.

Zważywszy na te wszystkie informacje, prawdziwe zdumienie budzi fakt zawarty w wynikach wspomnianej ankiety Poligrip, mianowicie to, że większość respondentów – 53 procent – w chwili otrzymania po raz pierwszy protez miała mniej niż czterdzieści pięć lat. To oznaczało bowiem, że zdecydowali się na wyrwanie pozostałych zdrowych zębów.

To przywiodło mi na myśl coś, o czym kiedyś usłyszałam – „ślubne protezy dentystyczne”; chodziło o to, że przyszła panna młoda1 otrzymywała w ramach prezentu ślubnego pieniądze na sztuczne zęby i niezbędne zabiegi ekstrakcji, co miało oszczędzić młodej parze kosztów związanych z usuwaniem zepsutych zębów po jednym przez całe życie. (Prawdopodobnie to chybiona strategia, gdyż użytkowniczki protez musiały w odstępach wynoszących od pięciu do dziesięciu lat zaopatrywać się w nowy komplet uzębienia, gdyż organizm resorbuje pozbawioną zębów kość pod protezą). Według moich wiadomości na temat tej praktyki ograniczała się ona do dosyć odległej przeszłości i do odosobnionych społeczności o niskim dostępie do świadczeń dentystycznych, w wyniku czego ich członkowie polegali na usługach protetyków, oni zaś nie mieli licencji na wykonywanie zabiegów wypełnień, czyszczenia zębów z kamienia nazębnego ani innych procedur wydłużających okres życia zęba.

Zagłębiając się w tę tematykę, natrafiłam na pewien wątek na stronie Reddit r/AskHistorians. Ktoś z internautów zadał pytanie o wspomnianą praktykę. Nadesłano przeszło tysiąc komentarzy od osób, których rodzice lub dziadkowie – mieszkańcy Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, Kanady, Australii, Niemiec – kazali wyrwać sobie wszystkie zęby zaraz po ukończeniu dwudziestu lat lub jeszcze w wieku nastoletnim, żeby zrobić miejsce na protezy. Ta praktyka przeżywała swój szczytowy okres w latach czterdziestych, pięćdziesiątych i sześćdziesiątych XX wieku. Z pierwszej setki komentarzy, bo tak daleko dotarłam w ich czytaniu, tylko w ośmiu wspomniano o prezentach ślubnych. W jedenastu przypadkach chodziło o prezenty dla młodzieży, która właśnie osiągnęła stosowny wiek (wśród nich omal nie znalazł się Paul McCartney, który w wywiadzie dla Fresh Air w 2013 roku powiedział Terry Gross, że jego tata sugerował mu, by w wieku dwudziestu jeden lat „dał sobie wyrwać wszystkie zęby i wstawił sztuczne”). W większości przypadków takie postępowanie wydawało się „po prostu tym, co się robiło”, jak jeden z użytkowników Reddita wspomniał słowa swojego dziadka. „Powszechne”, pisał inny. „Modne”. „Ostatni krzyk mody tamtych czasów”.

Podejrzewałam, że to pozbawieni skrupułów dentyści mogli wywierać presję na krewnych tych osób albo ich zwodzić, ale nie znalazłam wzmianek na ten temat. Fluoryzacja do lat sześćdziesiątych XX wieku jeszcze się nie przyjęła, a brak fluoru prawdopodobnie przyczyniał się do opłakanego stanu uzębienia ludności. Ale wydawało mi się, że przynajmniej niektóre z tych osób uległy urokowi czegoś, co brano za postęp, wierze w to, że sztuczne zęby będą nie tylko wyglądały lepiej od naturalnych, ale też będą funkcjonowały równie dobrze, służąc dosłownie jak części zamienne struktur, z którymi ci ludzie się urodzili.

Na najbardziej podstawowym poziomie postęp oznacza prostą chronologię – jedna rzecz następuje po drugiej. Dzięki sztucznym częściom ciała progresja podążała przewidywalnym torem. Najwcześniejsze produkty istniały niezależnie od części, które zastępowały: mastykatory, okulary, peruki. Z czasem urządzenia przeniosły się do wnętrza ciała – mastykatory ustąpiły miejsca protezom, okulary soczewkom kontaktowym, tupety zabiegom transplantacji włosów. Części zamienne stały się bardziej zintegrowane z ciałem, bardziej złożone i kosztowniejsze. Sztuczne zęby i protezy kończyn można obecnie wkręcać w kości, sztuczne soczewki – wszczepiać operacyjnie. Ostatnio wrzawę budzi regeneracja – hodowanie kawałków i elementów ciała z własnych komórek. Edycja genów i komórki macierzyste przeniosły nas na skraj medycznej rewolucji. Jednak jeśli chodzi o regenerowanie całych złożonych części ciała, to jest to szeroki skraj z mnóstwem otwartej przestrzeni na szum medialny.

Kiedy byłam mała, w telewizji wyświetlano serial pod tytułem The Six Million Dollar Man. Co tydzień w trakcie napisów początkowych pilot oblatywacz Steve Austin, lecąc supertajnym samolotem naddźwiękowym, rozbijał się na pasie startowym. „Możemy go odbudować”, mówił o bohaterze nieznany optymistyczny narrator. „Będzie lepszy, niż był przedtem. Lepszy. Silniejszy. Szybszy”. Dalej następuje cięcie i przejście do odtwarzanej w mocno przyspieszonym tempie sekwencji z aktorem w czerwonym dresie, biegnącym, po czym zatrzymującym się, żeby lustrować horyzont swoim bionicznym okiem, wydającym denerwujący sygnał dźwiękowy po nakierowaniu na cel. W tamtych czasach rozumiano, że to fantastyka naukowa. Dzisiaj można odnieść wrażenie, jak gdyby Steve Austin nadszedł, jakby stał już za twoimi drzwiami, wyciągając swoją neuroelektryczną rękę z palcami połączonymi za pomocą stawów i mówiąc: „Chodź ze mną do tego wspaniałego nowego świata! Wyhoduj sobie nerkę! Wydrukuj nogę!”. Nagłówki gazet regularnie serwują nam chwytliwe obwieszczenia o niewyobrażalnych wyczynach. „Wyhodowane w laboratorium komórki mózgowe grają w grę wideo Pong”. „Doktor Canavero przeprowadzi w grudniu pierwszy na świecie zabieg przeszczepienia głowy”. „Wyhodowane w laboratorium penisy są tuż za rogiem” (Spiesz się!).

Przeskoczmy w przyspieszonym tempie o kilka lat do przodu i nie usłyszymy nic więcej. Czy te penisy nadal są tuż za rogiem? Czy te komórki mózgowe po mistrzowsku opanowały grę Super Mario? A co się stało z tym naukowcem od przeszczepu głowy2? Na każdy krok naprzód trzy wiodą nas donikąd. Postęp nie maszeruje, on brnie chwiejnym krokiem. W najkorzystniejszych okolicznościach potrzeba dekady na wszystkie testy i udoskonalenia, ulepszanie jakości i obniżanie cen, czyli wszystko to, co musi się zdarzyć, żeby do praktyki klinicznej można było wprowadzić coś nowego.

Jeśli sprawy nie postępowały tak szybko i bezproblemowo, jak serial The Six Million Dollar Man kazał nam oczekiwać, to nie z winy naukowców. Jak się przekonamy, mają oni olśniewające osiągnięcia, sięgające niemal poza granice pojmowania. Zamiast nich należy obwiniać przytłaczającą złożoność ludzkiego ciała. Trudno jest liczącym sobie kilka stuleci medycynie oraz inżynierii rywalizować z ewolucyjnymi osiągnięciami, do których dobór naturalny dochodził przez miliony lat.

Tytułem ostrzeżenia – lub pokrzepienia – czytelnika napiszę, że ta książka nie jest podsumowaniem najnowszych postępów medycyny regeneracyjnej. Nie mam ani wykształcenia, ani szybkiego przysposobienia do napisania takiej książki. Zagłębiam się w zagadnienia komórek macierzystych, biodruku i świńskich narządów poddanych edycji genów, ale to, co oferuję, bardziej przypomina elementarz, konfrontację z rzeczywistością dla czytelników, którzy – tak jak ja – podskakują na falach bystrego nurtu odkryć sprawiających jednoczesne wrażenie niezwykłych, nieprawdopodobnych i surrealistycznych.

Nie staram się też przewidywać przyszłości. Na stronach tej książki nie słychać pobrzękiwania kroków cyborgów. Podobnie jak wszystkie moje książki, niniejsza pozycja w głównej mierze sytuuje się w teraźniejszości. Była to okazja, dwuletnia przepustka pozwalająca spędzać czas z ludźmi w takich środowiskach, do których w przeciwnym razie nigdy nie miałabym dostępu. W tym zadaniu ciągnie mnie do pierwiastka ludzkiego. W jaki sposób dana osoba – i jej chirurg – podejmują decyzję, że czas już odciąć stopę, która nie spełnia swoich zadań w dostatecznym stopniu, i zastąpić ją protezą? W jaki sposób walczyć ze stygmatyzacją osób żyjących ze stomią? Jak usunąć kości dawcy tkanek tak, żeby nie wywołać dyskomfortu u jego rodziny? Oraz tym podobne rzeczy. I jeszcze takie: czy serce przeżyje poza ciałem przez czas nieokreślony? Czy palec może być nadającym się do wykorzystania substytutem penisa? Co sprawia, że świnia jest lepszym dawcą narządów niż koza?

W trakcie składania sprawozdania z pracy nad książką spędziłam trochę czasu w towarzystwie chirurga, którego poznasz – Jeremy’ego Govermana. W pewnym momencie zapoznałam go z tytułem książki. Pod koniec drugiego spędzonego razem dnia Goverman w trakcie rozmowy, której tematu już nie pamiętam, obrócił się ku mnie. „Nie sądzę, żeby dało się zastąpić ludzkie ciało”, rzekł. Jednak próba dokonania tego na pewno będzie ciekawa.

1 To, że tak postępowały tylko panny młode, a nie panowie, dało początek wątpliwym protetycznym teoriom spiskowym. Jedna z nich dotyczyła oczywiście „roboty dziąsłowej”, a o kolejnej najlepiej niech opowie sama użytkowniczka protezy. „Wszystkie znane mi kobiety używające protez dentystycznych mają kłopoty z mówieniem – napisała autorka listu do prasowej rubryki Dear Abby – bo celowo spowodowali to dentyści, żeby kobiety nie otwierały ust”.
2 Nadal wygłasza powszechnie podawane w wątpliwość twierdzenia, choć teraz już o wykonalności zabiegów przeszczepienia mózgu, a nie głowy, żeby – jak powiada – „postarzała twarz oraz inne tkanki głowy […] nie zniweczyły celu radowania się nieskazitelnym ciałem”. Ponadto bawi się w samopomocową publicystykę. Oto zamieszczone na stronie Amazona podsumowanie wydanego przez Canavero w 2013 roku poradnika dla mężczyzn: „Ta książka podpowie ci […], jak wykorzystać potrzeby i słabości kobiet, jak się do nich przymilać, żeby zwabić je w swoją sieć…”.

Science History Images / Alamy Stock Photo

1

Jak zbudować nos?

U zarania idei wymiany części ciała człowieka

Tycho Brahe stracił nos w 1566 roku. Według wszystkich relacji słynny astronom był osobą arogancką i zapalczywą. Spór podczas zebrania w domu profesora – Brahe pod­ówczas jeszcze studiował – doprowadził do stoczonego późnym wieczorem pojedynku honorowego. Zgodnie z ówczesnym obyczajem przeciwnicy skrzyżowali klingi swoich mieczy. Cięcie rapiera pozbawiło Brahego większej części nosa, otwierając widok na wnętrze jego jamy nosowej. Przez resztę życia Brahe używał sztucznego nosa z metalu, prawdopodobnie mosiądzu, pomalowanego na kolor pasujący do cery i przyklejonego we właściwym miejscu. Chociaż niezbyt skutecznie. „Niekiedy – pisze jeden z biografów uczonego – nos odpadał”. Oprócz jakiegoś specyfiku, którego używał do nadawania kształtu podkręconym rudym wąsom, na niektórych portretach sięgającym mu poza obwód kryzy, Brahe nosił ze sobą pudełeczko substancji do przyklejania nosa.

Miało jeszcze upłynąć kolejnych kilka stuleci, zanim protezy nosów zaczęły solidnie trzymać się na swoim miejscu. Niektóre ulepszenia sprowadzały się do postępów w dziedzinie materiałoznawstwa. Udostępniono potrzebującym lżejsze wersje protez – z aluminium, gumy wulkanizowanej, celuloidu. Opracowano nowe metody przytwierdzania nosa. Oto fragment artykułu z 1894 roku, zawierający autorski opis jednego z takich wynalazków, dokonanego przez byłego chirurga wojskowego Franka Tetamore’a: „Te sztuczne nosy są sporządzone z bardzo lekkiego, plastycznego materiału. […] Mocuje się je do twarzy specjalnie wykonanymi w tym celu okularami z łukowatymi nausznikami”. W celu zasłonięcia krawędzi protezy „do jej dolnego brzegu mocowano wąsy”. Czterdzieści lat przed tym, jak innowacyjne firmy zaczęły sprzedawać okulary w stylu Groucho Marxa, Frank Tetamore wynalazł ich medyczną wersję. (Trzeba było tylko unikać palenia cygar. Tworzywo, którego używał – celuloid – jest wysoce łatwopalne). Nosy wykańczano farbą olejną, uznając różne kolory za odpowiednie do różnych typów oświetlenia. „Ma jeden, który nosi w ciągu dnia – pisał Tetamore o wybitnym nowojorskim kupcu, który został jego pacjentem – a drugi na wieczory”.

Postępy w dziedzinie technologii protez nosa szły w parze z postępami w dziedzinie sztucznych zębów. Wymogi były podobne: łatwo formowany materiał, który nie będzie ulegał rozpadowi ani nieprzyjemnie pachniał i, co najważniejsze, jakiś sposób powstrzymania danego przedmiotu przed przesuwaniem się lub odpadaniem od właściwego miejsca. Jako alternatywę przyklejania można było zaopatrzyć nowsze protezy nosów w mechanizm sprężynowy, podobnie jak osiemnasto- i dziewiętnastowieczne protezy dentystyczne.

Tak więc sensowny wydaje się fakt, że wynalazcą sprężynowej protezy nosa został dentysta Robert Upham. „Z początku wpadłem na pomysł, żeby się przekonać, czy mógłbym uwolnić pacjenta od konieczności noszenia na nosie okularów”, pisał w 1901 roku Upham na łamach „Boston Medical and Surgical Journal”. Podobnie jak w przypadku protez dentystycznych, użytkownik w momencie zakładania sztucznego nosa ściskał sprężyny. Kiedy nos znalazł się już we właściwej pozycji, sprężyny się zwalniało, pozwalając im przylgnąć szczelnie do pozostałości ścian nozdrzy. „One nigdy nie sprawiają bólu”, upierał się doktor Upham. Osadzenie zestawu sztucznych zębów oczywiście wymagało mocniejszych sprężyn. Siła potrzebna do utrzymywania na miejscu górnych płyt protezy powodowała tendencję do rozwierania szczęk. Trzymanie zamkniętych ust wymagało słabego, lecz nieustannego wysiłku – Tycho Brahe mógłby nawet odnieść z tego korzyść.

Spośród wielu materiałów, które można było wykorzystać do skonstruowania zastępczego nosa, żaden nie przewyższa własnej skóry. Nic nie było wiadomo o tym, by duńscy lekarze z czasów Brahego podejmowali próby rekonstrukcji nosa, choć faktycznie taki zabieg istniał od około trzech tysięcy lat. Rynoplastyka była pierwotną operacją plastyczną.

Przez długi czas istniało zapotrzebowanie na nosy. Już w 1500 roku p.n.e. w Indiach, a później w Cesarstwie Rzymskim i w dziewięciowiecznej Irlandii okaleczenie nosa stanowiło formę kary. Ze względu na usytuowanie tego narządu na widocznym miejscu, bo na samym środku twarzy, zniekształcenie nosa służyło zarazem jako upokorzenie delikwenta i ostrzeżenie pod adresem pozostałej części ludności. Nosy odcinano za kradzież, uchylanie się od podatków, cudzołóstwo, nielojalność. Za nosy wrogów wyznaczano nagrody. Bywało, że nosy tracili wszyscy mieszkańcy miast3. Epidemia kiły odnowiła popyt na rekonstrukcję nosa. Ta choroba w późniejszym stadium może bowiem powodować pogorszenie się stanu tkanek grzbietu nosa i jego zapadnięcie się.

Potrzeba oraz potencjał zarobkowy okazały się matkami wynalazku. Chirurg wedyjski Suśruta podczas zabiegu, którego historia sięga wstecz do 600 roku p.n.e., rekonstruował nosy z przyległego płata skóry twarzy. Lekarz uwalniał płat z trzech stron, ale pozostawiał jego połączenie z ciałem z czwartej strony, żeby podtrzymać w nim krążenie krwi w okresie, kiedy migrujący fragment skóry wrastał naczyniami krwionośnymi w nowe miejsce. Żeby płat dotarł na miejsce nosa, trzeba go było przemieścić torem podobnym do ruchu wahadła i obrócić.

Rekonstrukcja nosa przeżywała renesans w Indiach w połowie XV wieku, tym razem w rękach garncarzy, którzy wyraźnie celowali w nadawaniu kształtu wszelkiego rodzaju plastycznym materiałom. W tym przypadku płaty unoszono raczej z czoła, a nie z policzka. (Ta technika, długo znana pod nazwą „metody indyjskiej”, dziś nadal jest sporadycznie stosowana przez chirurgów plastycznych i określana alternatywnym mianem „płata uszypułowanego z pośrodkowej części czoła”). Według relacji pewnej osoby były to wzorcowe przykłady rekonstrukcji nosa. W tomie II pracy The View of Hindoostan osiemnastowieczny walijski przyrodnik i autor książek podróżniczych Thomas Pennant zachwyca się zrekonstruowanym nosem woźnicy powożącego wozem zaprzęgniętym w woły, ukaranego za pomaganie brytyjskim kolonizatorom. Autor uznaje narząd za „równy poprzednikowi pod względem wszystkich zastosowań. […] Można nim elegancko kichać, odróżniać zapachy przyjemne od nieprzyjemnych […] lub dobrze go wydmuchiwać bez niebezpieczeństwa, że wpadnie do chusteczki”.

Jakkolwiek zadowalająco taki nos spełniał swoje zadania lub wyglądał, dla pozostałej części twarzy był to cios. Ile trzeba było pobrać skóry do pokrycia nosa, takie też były rozmiary rany. Żeby uniknąć bliznowacenia policzka lub czoła, szesnastowieczni włoscy chirurdzy opowiadali się za unoszeniem „płata uszypułowanego” ze skóry pokrywającej wewnętrzną część ramienia. Wyzwanie polegało na tym, że w okresie, w którym płat zadomawiał się na twarzy – trwającym mniej więcej trzy tygodnie – ramię musiało przez cały czas znajdować się przy nosie. Można znaleźć grafiki z tej epoki, przedstawiające wymyślną sieć pasków i szelek, używanych do podtrzymywania ramienia i unieruchamiania przeszczepu. Najlepiej znane z tych dzieł sztuki wiążą się z pracą chirurga Gasparego Tagliacozziego, który praktykował w Bolonii w przybytku opatrzonym niewyobrażalnie paskudną nazwą Szpitala Śmierci. Ilustracja przedstawia mężczyznę z ręką i nadgarstkiem przykrywającymi górną część głowy i twarzą nachyloną na jedną stronę, jakby sprawdzał, czy jego ciało nie wydziela odoru.

Tagliacozzi wcześnie zyskał sobie uznanie jako profesor anatomii na uniwersytecie w Bolonii oraz autor słynnej publikacji medycznej o przeszczepach, ale jego dziedzictwo w większym lub mniejszym stopniu ograniczało się do nosów. Po dziś dzień we wnęce ściany przy uniwersyteckiej anatomicznej sali wykładowej stoi posąg Tagliacozziego. Jedna stopa i ramię pomnika wysuwają się z wnęki, stwarzając wrażenie, że postać w podnieceniu wychodzi nam naprzeciw, by pokazać, co trzyma w ręku. Trzyma zaś nos, przypuszczalnie pobrany ze zwłok. Jeden z dwóch istniejących portretów olejnych Tagliacozziego przedstawia uczonego jako młodego mężczyznę siedzącego na drewnianej ławce z jedną ręką spoczywającą na otwartej księdze, a drugą trzymającą własny nos między kciukiem a wskazicielem. Taglia­cozzi trzyma narząd z nozdrzami zwróconymi w stronę widza, jakby chciał powiedzieć: „Tak, tak, to jest to, to nos”. Światło rozjaśnia przedmioty, na które malarz chce zwrócić naszą uwagę: twarz i ręce chirurga, jego książkę, nos. Dopiero znacznie później dostrzegłam spoczywającą w półmroku na drugim końcu ławki odciętą głowę z usuniętym skalpem i widocznym mózgiem. Sprawiało to wrażenie, jak gdyby Tagliacozzi upierał się, żeby uwzględnić ją na obrazie, ale malarz perswadował mu to mniej więcej takimi słowy: „Tego już za wiele, Gaspare”. Darzę Gasparego Taglia­cozziego czymś w rodzaju afektu.

Mimo że płat przeszczepiany z ramienia nosi jego imię, Tagliacozzi najwyraźniej nie był pierwszym, który próbował tego zabiegu. Aina Greig w publikacji na łamach „Journal of Craniofacial Surgery” informuje, że pierwszą rekonstrukcję nosa przy użyciu płata pobranego z ramienia przeprowadził w 1460 roku bawarski chirurg Heinrich von Pfalzpaint. Oryginalne rękopisy chirurga zaginęły, a wyniki jego prac w dużej mierze pominięto w podręcznikach chirurgii plastycznej. Zdaniem Greig była to znaczna strata. Czterysta lat przed powszechnym zaakceptowaniem jałowości w praktyce chirurgicznej Pfalzpaint podkreślał wagę zachowywania odpowiedniej higieny. Zalecał każdemu chirurgowi, żeby bandażował rany „czystym, białym płótnem, bo jeśli nie będą czyste, wyniknie z tego szkoda. [Chirurg] Przed przystąpieniem do leczenia kogokolwiek powinien również umyć ręce”. Pfalzpaint doprowadził higienę w sali operacyjnej znacznie dalej niż stan, którego współczesna medycyna domaga się od praktykujących ją lekarzy. „Zwłaszcza powinien [on] się wystrzegać wydychania powietrza w głąb rany, jeśli pożywiał się cebulą i grochem albo poprzedniej nocy spał z nieczystą kobietą”. To, że Pfalzpaint nie zyskał trwałej renomy, być może wynikało z faktu, że dla swych prac naukowych wybierał nienaukowe tytuły. Jego rozprawa o rekonstrukcji nosa nosi tytuł JAK WYTWORZYĆ NOWY NOS U KOGOŚ, KOMU ODPADŁ ON ZUPEŁNIE I POŻARŁ GO PIES.

Nawet w przypadku stosowania antyseptyki w praktyce chirurgicznej wczesny odsetek pomyślnych wyników przeszczepiania płata uszypułowanego miał niskie wartości. Służący w naszym wojsku rekonstruktor nosa Frank Tetamore oceniał go na jeden pomyślny rezultat na dziesięć i zauważał, że operacje przeważnie pogłębiały zeszpecenie pacjenta. Wielu jego klientów przeszło leczenie operacyjne, zanim zgłosili się do niego w celu sporządzenia protezy nosa; jeden z nich wytrzymał dziesięć niezadowalających operacji. A była jeszcze kwestia bliznowacenia w miejscu pobierania przeszczepu, czy to na twarzy, czy na ramieniu.

Bliznowacenia można było całkowicie uniknąć, jeśli pobrany płat skóry należał do kogoś innego. Ze względu na trudność znalezienia ochotnika chcącego spędzić wiele dni w łóżku razem z innym człowiekiem, z którym łączył go wąski pasek skóry o szerokości piętnastu centymetrów, to zadanie w dużej mierze spadało na zwierzęta domowe. Pierwszą próbę podjął w 1868 roku cieszący się estymą francuski chirurg Charles Sédillot u pacjenta z rozległym oparzeniem jednej ręki. Według opisu przypadku autorstwa Sédillota płat skóry pobrano z podbrzusza psa; zważywszy na to, że pacjent i dawca mieli dzielić łoże przez wiele dni, wyobrażałam sobie, że zwierzę było małe i łatwe do opanowania. Okazało się jednak inaczej. Sédillot pozyskał do współpracy doga niemieckiego. Wysiłki lekarza spaliły na panewce wskutek „les mouvements excessifs et continuelsde l’animal”4. A czego, do cholery, można było się spodziewać?

Następny chirurg, który w 1880 roku spróbował międzygatunkowego przeszczepu płata uszypułowanego – E.W. Lee z County Hospital w Chicago – prawdopodobnie zaznajomił się z trudami Sédillota, bo do eksperymentu włączył owcę. Okazało się to mądrzejszym wyborem. Owce, jak mnie poinformowali ci, którzy je hodowali, są najbardziej wyluzowanymi spośród zwierząt gospodarskich. W odróżnieniu od świń i kóz tolerują one wymuszoną pozycję stojącą lub leżącą przez długie okresy, o ile tylko mają coś dobrego do jedzenia. Są tacy, którzy utrzymują, że to dlatego, iż owce nie należą do istot zatrważająco bystrych. Inni wskazują na rezultaty prowadzonego w przeszłości doboru selektywnego, mającego na celu wyhodowanie zwierząt tak potulnych, że ze spokojem poddają się zabiegowi strzyżenia5. Nie znamy wyniku pracy Lee, gdyż pacjentka – młoda dziewczyna z rozległym oparzeniem pleców – zmarła jeszcze przed odcięciem szypuły płata od ciała owcy.

W piśmiennictwie medycznym istnieje przynajmniej jeszcze jedna relacja o uszypułowanym przeszczepie od zwierzęcia, tym razem dotycząca kobiety, świni oraz nowojorskiego chirurga, wszystkich bezimiennych. Relacja datuje się na 1938 rok. Autor opowieści, Samuel Lambert, zaznaczył, że nawet gdyby zwierzę unieruchomiono, to mało prawdopodobne, żeby płat dał się utrzymać w bezruchu. Wiele ssaków, przede wszystkim konie, lecz także świnie, mają zdolność zależnego od woli kurczenia mięśnia podskórnego – cienkiego, szerokiego mięśnia leżącego tuż pod skórą – kiedy chcą pozbyć się czynnika drażniącego: w typowych przypadkach much, ale w tym przypadku człowieka. W swojej relacji Lambert wspomina również o oporze ze strony pracujących na oddziale pielęgniarek, obarczonych zadaniem sprzątania obornika ze szpitalnej sali wiele razy dziennie. To zaś w większym lub mniejszym stopniu też wyznaczyło kres eksperymentu z płatem uszypułowanym od zwierzęcia gospodarskiego.

To jednak nie położyło kresu wykorzystywaniu zwierząt gospodarskich jako dawców przeszczepów. Dziewiętnastowieczni chirurdzy odkrywali, że przeszczep skóry nie musi pozostawać związany z miejscem pochodzenia i że gojenie się będzie zachodzić także wtedy, gdy płat zostanie całkowicie odcięty od ciała pierwotnego posiadacza (to tak zwany „płat wolny”, w przeciwieństwie do płata uszypułowanego). Żeby znaleźć dawców, chirurdzy zwracali się najpierw do krewnych i przyjaciół, ale – jak zauważył szkocki chirurg Alexander Miles – „tacy ofiarni śmiertelnicy są nieliczni”. W dziale wiadomości „Brooklyn Daily Eagle” z 1898 roku zamieszczono kilka liczb: potrzebnych było 817 kawałków ludzkiej skóry, żeby można było pokryć nimi rany oparzeniowe młodej kobiety, której odzież zajęła się ogniem, gdy zapaliły się opary benzyny używanej przez ofiarę wypadku do czyszczenia pary rękawiczek. Kiedy lekarze wyczerpali dostępne zasoby powierzchni powłok skórnych krewnych i przyjaciół oraz ich wyrozumiałości, pozostało im sięgnąć po skórę osób obcych. W miejscowej gazecie zamieszczono ogłoszenie z ofertą zapłaty skierowaną do chętnych do podzielenia się skrawkiem skóry. Na wezwanie odpowiedziało pięćset osób, choć około jedna piąta z nich okazała się „mężczyznami, którzy pojęli przeczytane ogłoszenie w taki sposób, że uznali, iż potrzebni są robotnicy do szczepienia drzew, i zgłosili się do pracy”. Nawet mimo dołączenia ochotników trzeba było użyć 137 kawałków skóry kurzej, żeby pokryć ubytki powłok.

Przez krótki okres kurczęta stały się dla dziewiętnastowiecznych wykonawców przeszczepów zwierzęcych dawcami z wyboru. Uzasadnieniem była praktyczność tej techniki chirurgicznej. Skóra pod skrzydłami kurczaka jest luźna i niezwiązana z tkanką tłuszczową – gotowa do wykorzystania po bardzo nieznacznym przygotowaniu. Francuz Paul Redard nalegał, że powinno się wykorzystywać w tym celu młode kurczęta. Młodość osobnika, a nie jego gatunek uznawano za ważniejsze kryterium przy przeszczepach zwierzęcych. „Zawsze wykorzystywałem młode zwierzęta”, pisał Alexander Miles w artykule Observations on the Grafting of Skin Taken from the Lower Animals, „…w przekonaniu […], że stosunkowo duża siła rozwoju młodych tkanek szybko umożliwi powstanie nowych powłok, gdy już przywrą do pozbawionego skóry obszaru i szybko rozprzestrzenią się na nim”. Współcześni Milesowi lekarze podzielali jego pogląd. M.E. Van Meter był miłośnikiem szczeniaków. G.F. Cadogan-Masterman wolał młode króliki. Thomas Raven próbował wykorzystywać prosięta. Miles podsumował rezultaty swojego procederu skórowania w poręcznej tabelce: ośmioro kociąt, pięcioro szczeniąt i dwa czterodniowe króliki. I kogo tu należy teraz uznać za przedstawiciela „niższych zwierząt”?

Żeby zachować sprawiedliwość w ocenach, należy dodać, że Miles i jego koledzy po fachu od obdzierania ze skóry szczeniąt i kociąt działali w czasach wcześniejszych o wiek od epoki rozpowszechnionych programów sterylizowania i kastrowania zwierząt. Bezpańskich osobników z niechcianych miotów psich i kocich było całe mnóstwo, a spoglądano na nie bez zbytniego sentymentalizmu. Podobne połączenie dostępności i społecznej obojętności na dobro tych stworzeń wprowadziło żaby w krąg zainteresowania ludzi zajmujących się przeszczepami skóry. Kapitan H. W. M. Kendall podczas I wojny światowej opisał na łamach „British Medical Journal”, jak doszedł do eksperymentowania z żabią skórą jako materiałem do pokrywania ran od szrapneli, kul i bomb, jakie musiał leczyć. Kendall stacjonował we Francji, gdzie – jak to ujął – „występuje obfita podaż tego materiału, jak i popyt nań”. Wyobrażam go sobie, jak ubija interes z miejscowymi restauratorami: „Mogę odebrać z pana kuchni te żabie tułowie, panie szefie”. Ale Kendall, podobnie jak wszyscy pozostali we Francji, wolał udka. Po wewnętrznej stronie udek bowiem znajduje się bardzo luźna skóra, łatwa do wykorzystania. Podobnie jak u kurczaków.

Przeszczepy żabiej skóry przyjęły się i z czasem rozpowszechniły w Stanach Zjednoczonych, gdzie trafiły na pierwsze strony nie tylko czasopism medycznych, lecz także codziennych gazet. Materiał prasowy obejmował pełną gamę publikacji, od tytułu pobrzmiewającego dziarską aliteracją: Repaired with Flesh from Friends and Frogs [Rekonstrukcja z wykorzystaniem ciała od przyjaciół i żab] do rażącego, szczerze mówiąc, bezguściem Frog Skin Used in Effort to Keep Texas Woman from Croaking [Żabia skóra użyta w celu powstrzymania kobiety z Teksasu przed rechotaniem]. Jedynie redakcja „Times-Mail” z Bedford w stanie Indiana zdołała zachować spokój: Skin of Thirty Frogs Is Grafted on Woman [Przeszczepienie kobiecie skóry trzydziestu żab]. Nic wielkiego. Jedziemy dalej. (Chociaż kilka artykułów dalej znajdziemy tytuł świadczący wyraźnie, że spokój redaktorów wyleciał przez okno: Cow Is Ventriloquist: Able to Throw her ‘Moo’ All Around the Lot [Krowa brzuchomówczyni obnosi się ze swoim muczeniem po całym podwórku]).

Chociaż praktykujący wówczas lekarze nie wiedzieli o tym, żabia skóra to najwyraźniej bogata farmakopea. W świetle tego, co James Crowe junior pisał na łamach „Immunity” w artykule Treating Flu with Skin of Frog, peptydy wyizolowane ze skóry tego zwierzęcia mają właściwości nie tylko przeciwwirusowe, lecz także przeciwbakteryjne oraz modulujące działanie układu odpornościowego, które mog­ły – kto wie – przynieść korzyść biorcom przeszczepów.

Trudno było się oprzeć myśli, że w przeszczepianiu tkanek pobranych od zwierząt kryje się jakiś pierwiastek rodem z powieści o Frankensteinie. Numer „Oakland Enquirer” z 26 czerwca 1911 roku przedstawia historię pięcioletniego Thomasa Reardona, odbywającego rekonwalescencję po ciężkich oparzeniach, który wkrótce, jak pisano, miał być „jedyną osobą w St. Louis mogącą pokazać nogę pokrytą żabią skórą”. Podczas gdy jedni chirurdzy donosili, że przeszczepy z tkanek zwierzęcych odpadają i należy je traktować jako tymczasowy materiał do pokrywania ran, inni sugerowali, iż pacjenci przejdą przez życie z funkcjonującymi fragmentami żywej skóry należącej do przedstawiciela innego gatunku.

William Allen w publikacji zamieszczonej w 1884 roku w czasopiśmie lekarskim „The Lancet” przedstawił nietypowe ujęcie tego zagadnienia. Przyjął bowiem zdumiewające założenie, że gojenie się następuje poprzez swego rodzaju rozmnażanie płciowe odbywające się w obrębie skóry. „Jeśli teoria seksualna tłumaczy ten proces, skóra rosnąca po zastosowaniu przeszczepów pobranych od żab musi mieć naturę jakiegoś nowego rodzaju, krzyżówki między ludzkimi i żabimi elementami naskórka”. Cóż, skóra Frankensteina.

Mam pytania, wiele pytań. Komórki przeszczepów zwierzęcych – czyli ksenograftów, jak się je dzisiaj nazywa – są pokryte obcymi białkami. Dlaczego układ odpornościowy pacjenta nie chce ich odrzucić? Dlaczego one w ogóle się „przyjmują”? A jeśli są odrzucane, to jaki to ma sens? Na czyjej skórze polegają dzisiaj chirurdzy plastyczni i rekonstrukcyjni?

W poszukiwaniu odpowiedzi narzucam się wielkodusznym pracownikom Massachusetts General Hospital, siedziby Sumner M. Redstone Burn Center. Ta placówka należy do największych i najlepiej znanych w kraju centrów leczenia oparzeń, a szpital zyskał na znaczeniu w następstwie pożaru w bostońskim nocnym klubie Cocoanut Grove w 1942 roku, kiedy śmierć poniosły 492 osoby. Tamtej nocy do szpitala Mass General przyjęto trzydziestu dziewięciu poparzonych pacjentów. Pracownik szpitalnego archiwum przysłał mi ilustrowany artykuł z „Annals of Surgery”, zawierający podsumowanie ich leczenia. Dziewięć osób wymagało przeszczepów skóry, często na grzbietowych powierzchniach rąk, którymi zasłaniały sobie twarze. Chociaż żar był tak intensywny, że pewnej kobiecie spalił się koniec palca wskazującego, lakier na paznokciach pozostałych palców pozostał nietknięty. Wzrok czytelnika czepia się takich detali, ponieważ wszystko inne wygląda zbyt przerażająco. Nie ma nic tajemniczego w tym, że religijni scenarzyści wybrali ogień jako środowisko piekła.

3 Kiedy w 1767 roku nepalskie miasteczko Kirtipur ostatecznie padło ofiarą najazdu Ghurków, kara dla buntowników – jak głosi opowieść – przyjęła postać masowego okaleczania nosów. Nosy straciło wszystkich 865 mieszkańców płci męskiej z wyjątkiem tych, którzy grali na instrumentach dętych. Ta ostatnia informacja mnie zdumiała. Z pewnością można bowiem grać na instrumencie dętym bez zewnętrznej części nosa. Sprawdziłam to u kompozytora i klarnecisty jazzowego Davida Rothenberga, którego przypadkiem ostatnio poznałam. On zaś w swojej odpowiedzi zamieścił link do artykułu Changes in Dento-Facial Morphology Induced by Wind Instruments, in Professional Musicians–A Systematic Review. Gra na instrumencie dętym najwyraźniej sama w sobie może powodować zniekształcenia twarzy, wywołuje bowiem między innymi: recesję dziąseł, przebudowę kostną, zmniejszenie się długości twarzy, pogrubienie skóry, ostre zapalenie miazgi zęba, uszkodzenie warg, nagryz pionowy, przepuklinę podniebienia miękkiego, „zespół Satchmo” (pęknięcie mięśni ust), nawracający kamień nazębny i zastój śliny.
4 Franc. „nadmiernych i ciągłych ruchów zwierzęcia”.
5 Tak czy inaczej, pomaga to wyjaśnić trwałą popularność owiec – a szczególnie jagniąt – w prowadzonych od XVII do XIX wieku eksperymentach z przetaczaniem krwi. Ówczesne czasopisma medyczne zawierały drzeworyty przedstawiające owce, które spoczywają (na pozór z zadowoleniem) obok chorych obłożnie pacjentów, a każdą parę łączyła rurka biegnąca od szyi do ramienia obojga partnerów. Zastanawiałam się, czy wyjaśnieniem wyboru tego zwierzęcia nie stało się wierzenie w czystość jakiegoś Baranka Bożego rodem z Biblii, ale w żadnym artykule o tym nie wspomniano. Bez względu jednak na powód, ta praktyka okazała się nierozważna, a także niepraktyczna. Jak pisał pewien lekarz w numerze „Medical Examiner” z 1876 roku: „Czy jagnię będzie do naszej dyspozycji, gdy zechcemy je wykorzystać w tak pilnych przypadkach?”.

Arletta Cwalina / Alamy Stock Photo

2

Dajcie mi trochę skóry

Wymiana zewnętrznych powłok człowieka

Widziałeś te podręcznikowe ilustracje – wielka kostka ludzkiej skóry z warstwami jak w torcie: naskórek niczym różowy lukier, bledsze pasmo skóry właściwej, a pod nią pomarańczowa podskórna tkanka tłuszczowa. Ta kostka jest wielka i ładna jak ptifurka. W rzeczywistości jesteśmy tak ponuro cienkoskórzy jak kurczaki. Naskórek ma głębokość trzydziestu rzędów komórek. Skóra właściwa w najgrubszym miejscu ma parę milimetrów. Wcześniej tego samego dnia w oddziale leczenia oparzeń Massachusetts General Hospital przyglądałam się, jak stażysta imieniem Seamus ścina przeszczep skóry o grubości jednej trzeciej milimetra. Można by go złożyć i wysłać pocztą priorytetową.

Przeszczep skóry jest cienki, co ma pomóc mu przetrwać w nowym miejscu. Do czasu, kiedy naczynia włosowate z łożyska rany zaczną wrastać w głąb przeszczepu, jego komórki będą odżywiane przez osocze, w którym się znajdują. Ten proces określa się mianem imbibicji osmotycznej – wchłaniania wody poprzez błonę. Gdyby przeszczep był znacznie grubszy, komórki w jego wnętrzu by głodowały. Pobieranie bardzo cienkiego przeszczepu przyspiesza również gojenie się nowej rany, tej, którą Seamus właśnie wytworzył.

Przeszczep, który widziałam, został ścięty ze skóry na udzie pacjenta. Jest to autoprzeszczep (autograft). W takim przypadku jest się dawcą własnej skóry. To idealny scenariusz przeszczepiania skóry. Skóra pochodząca od kogokolwiek innego – współmałżonka, zwłok, żaby – ostatecznie zostanie odrzucona przez układ odpornościowy. Tkanka od kogoś innego jest tymczasowym materiałem pokrywającym. Można go nazywać przeszczepem, ale w dokładniejszym sensie jest to rodzaj opatrunku – opatrunek biologiczny. Wyjaśnił mi to Jeremy Goverman, ciemnowłosy, utalentowany, niezłomnie genialny chirurg plastyczny z Sumner M. Redstone Burn Center w szpitalu Mass General.

Przez ostatnią godzinę Goverman odpowiadał na moje pytania, jednocześnie przerzucając się między monitorami dwóch komputerów i zajmując uzupełnianiem dokumentacji pacjentów i formularzy rachunków. Z bloku operacyjnego na dole napływają telefony i esemesy w odstępach mniej więcej co pół minuty. Na desktopie Govermana wisi naklejka z napisem „Dostatecznie dobrze”. Ma ona służyć przypomnieniem. Goverman sam siebie określa mianem zdeterminowanego perfekcjonisty. Od zawsze toczył boje z systemem opieki zdrowotnej, który nie przyznaje priorytetu osiąganiu idealnych rezultatów ani nie pozostawia na to czasu. „Akceptacja” – to słowo jest zapisane na żółtej karteczce na notatki przyklejonej do ramki jednego z ekranów. Można w tym rozpoznać zasadę przewodnią Anonimowych Alkoholików. Z nadużywaniem substancji psychoaktywnych w jakimś okresie kariery zawodowej zmaga się od 13 do 25 procent chirurgów.

Oto aktualna próba nowo odnalezionego spokoju Govermana – przybyła z wizytą pisarka bez żadnego medycznego wykształcenia i z długą listą pytań, z których wiele, co wyjdzie na jaw w trakcie spisywania nagrań, zadawała po dwa razy.

„Zaraz, to dlaczego stosują państwo coś innego niż autoprzeszczep?”

Goverman odwraca się od komputera, żeby mi odpowiedzieć. Krótko mówiąc, przyczyną są problemy z dostępnością. Przy rozległych oparzeniach chirurgom szybko kończy się skóra zdatna do przeszczepienia (nieoparzona). „Czasami musimy wykorzystać skórę z podeszew stóp, z głowy, a nawet z moszny”, mówi Goverman. Miejsca, z których pobrano tkankę, nadają się do powtórnego pobierania po wygojeniu się rany, ale to może potrwać od dwóch do trzech tygodni. W międzyczasie ranę chroni alloprzeszczep (allograft), czyli skóra pobrana od innego człowieka, zazwyczaj martwego dawcy, albo ksenoprzeszczep (ksenograft), czyli skóra przedstawiciela innego gatunku. Taki przeszczep częściowo zapobiega utracie płynu. Głębokie oparzenia unicestwiają integralność zamkniętego układu krążenia; przeciekające naczynia włosowate (między innymi) obniżają ciśnienie krwi do niebezpiecznych wartości. Tymczasowe przeszczepy sprawiają również, że zmiany opatrunków są dla pacjentów mniej bolesne, a także pomagają im zachować prawidłową ciepłotę, ponieważ chory traci wtedy w dosłownym sensie powłoki ciała. Ofiary oparzeń mogą wpaść w hipotermię nawet w pomieszczeniu z temperaturą 20 stopni Celsjusza. Temperaturę w salach intensywnej terapii lub operacyjnych, gdzie przebywają ofiary poważnych oparzeń, utrzymuje się na poziomie 32 lub nawet 40 stopni Celsjusza, a pielęgniarki i chirurdzy spływają tam potem pod odzieżą chirurgiczną i jałowymi fartuchami.

A oto kolejne pytanie do Govermana: skoro przeszczepy skóry pobranej z innych ciał to tylko tymczasowy opatrunek, dlaczego lekarze przeszczepiający tkanki pobrane od żaby, psa i królika, opisani w dziewiętnastowiecznych czasopismach medycznych (i w poprzednim rozdziale), relacjonowali, że te przeszczepy „się przyjmują”? Bo się przyjmowały. „Przez kilka dni to staje się twoją skórą”, mówi Goverman. Jednym ze zjawisk towarzyszących rozległemu oparzeniu jest stłumienie działania układu odpornościowego. Zmniejszona czujność sprawia, że kawałek obcej tkanki nie zostaje oznakowany jako niebezpieczny. Zatem organizm stosuje normalne protokoły postępowania ze skórą i wyciąga do niej powitalny uścisk dłoni w postaci wrastających w nią naczyń włosowatych. W ciągu kilku dni ludzie faktycznie stają się częściowo żabami, szczeniętami lub królikami.

Alloprzeszczep dłużej pozostaje poza zasięgiem radaru, ponieważ skóra przedstawiciela wspólnego gatunku Homo sapiens wykazuje bliższe dopasowanie niż ta pochodząca z innego gatunku. Z większym prawdopodobieństwem może kupić pacjentowi czas liczony w tygodniach, a nie dniach. Czyjejkolwiek skóry się użyje, innej osoby czy zwierzęcia, przeszczep pomaga również zapobiec zakażeniu. Tymczasowe spowolnienie działania układu odpornościowego oznacza, że we wczesnym okresie pierwszych dni po silnym oparzeniu ma to krytyczne znaczenie. Zgon w następstwie poważnego oparzenia często następuje wskutek posocznicy (sepsy) – zakażenie miejscowe przeobraża się w ogólnoustrojowe.

Alloprzeszczep pokrywający ciężkie oparzenie ostatecznie zostanie zastąpiony stałym przeszczepem własnej skóry pacjenta. Chirurg może odczekać, aż przeszczep allogeniczny zostanie odrzucony i odpadnie, albo go wyciąć, jak chyba wyraziłam się w zadanym Govermanowi pytaniu.

„Wycięcie go jest w istocie dobrą rzeczą, bo to odświeża łożysko rany”. Chirurg chce przez to powiedzieć: „wywołuje krwawienie”. Krew jest dobra. Krew pobudza gojenie. Krew odżywia nowy przeszczep. „Chcemy ładnie unaczynionego łożyska rany”. To niezwykłe wrażenie, gdy napotyka się słowa takie jak „świeży” i „ładny” poza, powiedzmy, stroną internetową jakiegoś hotelu. Tak wygląda dla ciebie oblicze chirurgii.

Goverman odbiera kolejny telefon. To znowu blok operacyjny z informacją, że pacjent jest przygotowany do zabiegu. Idziemy do windy, Goverman lekko mnie wyprzedza, nucąc w marszu jakieś brzękliwe tony. Ponieważ jest taki dobroduszny, obdziela uśmiechami i żarcikami szpitalny personel, jego brzękliwe podśpiewywanie zaczyna mi się wydawać cechą jego osobowości, czymś w rodzaju akustycznej iskry.

Pacjent jest dość młodym mężczyzną; spoczywa już na stole operacyjnym po otrzymaniu leków uspokajających. Goverman podjeżdża do niego na stołku na kółkach i ujmuje go za rękę. „To naprawdę wzruszające”, myślę. Wtedy lekarz zaczyna pocierać błękitną serwetą chirurgiczną grzbiet ręki mężczyzny – robi to energicznymi ruchami, jak rodzic czyszczący ręce małego dziecka z jakiejś lepkiej substancji. Ściera martwe fragmenty skóry. To pomaga mu ocenić uszkodzenia, co w pierwszej chwili może sprawiać trudności. Poważne oparzenie drugiego stopnia może w konsekwencji wcześnie przejść w trzeci stopień. A to oparzenie było poważne. Ktoś mówi, że mężczyzna próbował naprawić piec olejowy. Dotknął w trakcie tego zajęcia dwóch przewodów jednocześnie, powodując przeskok iskry i wybuch.

„Nie rozmawiajmy o tym”, mówi cicho Goverman. Jego zdaniem historie ofiar wypadków należą tylko do nich. Wiedziałam o tym, mimo to wcześniej, kiedy towarzyszyłam mu podczas obchodów, nie mogłam się powstrzymać. „Co się stało, co się stało, co się stało?” Mogę ci powiedzieć. Oleje i smary to źródła kłopotów. Wrząca woda, ponieważ szybko spływa, ma kontakt ze skórą przez ograniczony czas. Substancja oleista przywrze i będzie parzyć dłużej, bo tak będzie się zachowywać wszystko, co lepkie. Na piętrze nad nami leży pacjent z oparzeniem od hamburgera z serem.

Goverman przechodzi do nadgarstka mężczyzny, teraz posługując się narzędziem, którym zdrapuje tkankę krótkimi pociągnięciami, jak gracz odsłaniający „zdrapkę” brzegiem monety. Takie wycinanie lub oczyszczanie usuwa obumarłe komórki, bakterie oraz pozostałe biologiczne śmieci, które mogą zakłócić przebieg gojenia. Najgłębsze oparzenia występują na łydkach mężczyzny. W chwili wypadku musiał chyba być w szortach. W tych miejscach skóra ma być zaraz pokryta alloprzeszczepami. Goverman przygotowuje pole operacyjne podłużnym ostrzem noża zwanego dermatomem Gouliana. Pasy tkanki ścina się szybkimi, skrawającymi ruchami tam i z powrotem. „Gdzie ja to już widziałam?”, myślę. Chwilę później przelatuje mi przez głowę: stoisko z szoarmą.

Zjawia się pielęgniarka z alloprzeszczepami – cztery arkusze, zapakowane i zapieczętowane. Leżały w zamrażarce aż do tego ranka, kiedy to ktoś rozmroził je w misce napełnionej roztworem soli fizjologicznej o temperaturze pokojowej. (Napis na wkładce w opakowaniu ostrzega: „NIE UMIESZCZAĆ W KUCHENCE MIKROFALOWEJ”). Skóra jest już przygotowana przez ponacinanie w taki sposób, żeby utworzyła siatkę o wzorze rombu, jak rozciągliwa bramka zagradzająca przejście dziecku. Taka siatka umożliwia chirurgowi rozciągnięcie przeszczepu według potrzeby i pokrycie nim większego pola oparzenia. (Przeszczep siatkowaty umożliwia też odprowadzanie nadmiaru płynu). Autoprzeszczep pobrany na miejscu, na sali operacyjnej, trzeba ponacinać do postaci siatki ręcznie. Na stole pod jedną ze ścian leży nóż do siateczkowania, miniaturowa wersja przyrządu, jakiego szef kuchni używa do cięcia arkuszy świeżego ciasta na makaron. Natomiast dermatom, instrument do pobierania autoprzeszczepu, to coś w rodzaju medycznej odmiany krajalnicy do sera. Kuchnie i sale operacyjne łączy wszechobecne, lekko niepokojące podobieństwo oprzyrządowania.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Pierwsze przemyślenia

1. Jak zbudować nos? U zarania idei wymiany części ciała człowieka

2. Dajcie mi trochę skóry. Wymiana zewnętrznych powłok człowieka

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Prawa autorskie

Dedykacja

Meritum publikacji