Czas wilka. Powojenne losy Niemców - Harald Jähner - ebook

Czas wilka. Powojenne losy Niemców ebook

Jähner Harald

0,0
39,90 zł

lub
Opis

Pierwsze lata powojenne to dla jednych „dziki kontynent”, dla innych „wielka trwoga”, dla Niemców „wilczy czas” – czas, w którym cały naród musiał dokonać przewartościowania swych postaw i stworzyć fundamenty demokratycznego państwa.

Harald Jähner ukazuje Niemców w całej ich różnorodności: pisarza Alfreda Döblina, który w swej twórczości próbował kreować nowych, nieobarczonych przeszłością obywateli, Beate Uhse – twórczynię pierwszego sex-shopu na świecie, bezimiennych handlarzy z lucky strike’ami w kieszeniach i stylowe gospodynie domowe.

„Czas wilka” to również opowieść o krajobrazie wszechobecnych ruin, o masowych migracjach ludności, o silnych afektach i emocjach. O kształtowaniu nowej gospodarki rynkowej w cieniu grabieży i czarnego rynku, o generacji Garbusa. Ale też o systematycznym wypieraniu prawdy o Zagładzie.

To barwna historia pierwszej powojennej dekady pokonanych Niemiec, która położyła podwaliny pod niemiecki rozwój gospodarczy, „cudu, że się udało”.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 538

Oceny
0,0
0
0
0
0
0



Tytuł oryginału: Wolfszeit. Deutschland und die Deutschen 1945–1955
Copyright © 2019 by Rowohlt. Berlin Verlag GmbH, Berlin Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2021 Copyright © for the Polish translation by Arkadiusz Żychliński, 2021
Redaktorka inicjująca: Katarzyna Kończal
Redaktor prowadzący: Bogumił Twardowski
Marketing i promocja: Katarzyna Kończal
Redakcja: Witold Kowalczyk
Korekta: Agnieszka Czapczyk, Justyna Techmańska
Projekt typograficzny i łamanie: Grzegorz Kalisiak
Projekt okładki i stron tytułowych: Magda Bloch
Zdjęcie na okładce: John Florea/Getty Images
Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.
ISBN 978-83-66981-29-4
Wydawnictwo Poznańskie Sp. z o.o. ul. Fredry 8, 61-701 Poznań tel. 61 [email protected]kie.pl
Konwersja:eLitera s.c.

PRZEDMOWA

18 marca 1952 roku w gazecie „Die Neue Zeitung” ukazał się tekst pisarza i redaktora Kurta Kusenberga. Nosił tytuł Nic nie jest oczywiste. Pochwała czasu nędzy. Zaledwie siedem lat po zakończeniu wojny autor tęsknie wracał w nim do powojennych tygodni bezradności. Choć nic wówczas nie funkcjonowało, ani poczta, ani kolej, w ogóle żadna komunikacja, tygodnie owe – mimo braku dachu nad głową, głodu i trupów leżących wciąż jeszcze tu i ówdzie pod gruzami – z perspektywy czasu wydawały mu się dobre. Po wojnie ludzie „niczym dzieci” zaczęli „splatać na nowo rozdartą sieć ludzkich relacji”. Niczym dzieci?

Kusenberg z naciskiem zalecał swoim czytelnikom przeniesienie się myślami w tamten „biedujący, obdarty, marznący, zubożały, niebezpieczny czas”, kiedy to pod nieobecność państwowego porządku rozproszeni ludzie na nowo definiowali moralność i więzi społeczne: „Przyzwoitość nie wykluczała sprytu i podstępu – ani nawet drobnej kradzieży żywności. Ale w tym na poły rozbójniczym życiu był zbójecki honor, być może bardziej moralny niż dzisiejsze żeliwne sumienie”.

Dziwne. Tyle przygód bezpośrednio po wojnie, tyle „zbójeckiego honoru”? Tyle niewinności? To, co scalało Niemców do zakończenia wojny, było – na szczęście – zupełnie zniszczone. Stary porządek przepadł, nowy był jeszcze niepewny, o najpotrzebniejsze rzeczy dbali na początku alianci. Trudno było określić mianem społeczeństwa mniej więcej siedemdziesiąt pięć milionów ludzi, którzy latem 1945 roku zgromadzeni zostali na pozostawionym Niemcom obszarze. Mówiono o „czasie niczyim”, o „wilczym czasie”, kiedy „człowiek człowiekowi stał się wilkiem”. Troska tylko o siebie czy o swoje stado kształtowała obraz własny kraju aż do późnych lat pięćdziesiątych, kiedy to już od dawna znowu żyło się lepiej, ale ludzie wciąż jeszcze z uporem szukali wsobnego schronienia na łonie rodziny. Nawet jeszcze w słynnym „panu Ohnemichelu”[1*], czyli krytykowanym przez stowarzyszenie obywatelskie Aktion Gemeinsinn w późnych latach pięćdziesiątych typie apolitycznego Niemca należącego do większości, przetrwał – w skórze poczciwiny – ów wilk, którym w 1945 roku stał się w oczach obserwatorów upadający moralnie wczorajszy „towarzysz narodowy”.

Ponad połowa ludzi w Niemczech znajdowała się po wojnie nie tam, gdzie było ich miejsce albo gdzie chciała być, wśród nich dziewięć milionów pozbawionych domu w wyniku bombardowań i ewakuowanych, czternaście milionów uchodźców i wypędzonych, dziesięć milionów zwolnionych przymusowych robotników i więźniów, kolejne miliony powracających z wolna jeńców wojennych. W jaki sposób ta mieszanina wszystkich rozproszonych, wywiezionych, zbiegłych oraz pozostałych przy życiu rozplotła się i połączyła na nowo i jak towarzysze narodowi z czasem stali się znowu obywatelami – o tym właśnie traktuje ta książka.

To historia, którą łatwo przeoczyć w tumulcie wielkich wydarzeń historycznych. Najważniejsze zmiany rozegrały się w życiu codziennym, choćby w organizowaniu jedzenia, w plądrowaniu, wymianie, zakupach. Również w miłości. Po wojnie przyszła fala pokusy przygód seksualnych, nie sposób było jednak także uniknąć niejednego gorzkiego rozczarowania po upragnionym powrocie mężczyzn. Wiele rzeczy postrzegano teraz inaczej, wszystko chciano zaczynać od nowa, skokowo poszła w górę liczba rozwodów.

Kolektywna pamięć powojnia naznaczona jest kilkoma głęboko utrwalonymi w pamięci ikonami: rosyjski żołnierz kradnący kobiecie rower; podejrzane typki tłoczące się wokół kilku jajek oferowanych na czarnym rynku; prowizoryczne baraki Nissena, w których gnieżdżą się uchodźcy i ocaleni po bombardowaniach; kobiety, które z milczącym pytaniem w oczach podsuwają powracającym jeńcom wojennym fotografie zaginionych mężów. Tych kilka obrazów oddziałuje z taką wizualną siłą, że niczym wciąż ten sam niemy film kształtują one publiczną pamięć pierwszych powojennych lat. Z pola widzenia znika przy tym niespodziewanie pół życia.

Z biegiem lat przeszłość we wspomnieniu bywa stawiana w coraz łagodniejszym świetle, aczkolwiek nie dotyczy to powojnia, które w retrospekcji staje się coraz bardziej mroczne. Jednym z powodów jest powszechne wśród Niemców pragnienie postrzegania się w roli ofiar. W im czarniejszych barwach przedstawiane będą zaiste straszne głodowe zimy lat 1946 i 1947, tym lżej ostatecznie ważyć będzie, jak najwyraźniej wielu sądziło, własna wina.

Gdy wsłuchać się uważniej, słychać śmiech. Już w 1946 roku przez przerażająco wyludnioną Kolonię przechodzi ponownie spontaniczny korowód zapustny. Dziennikarka Margret Boveri wspominała „niesamowicie podwyższone poczucie pełni życia wywołane nieustanną bliskością śmierci”. Ona sama była tak szczęśliwa wtedy, gdy nic nie można było kupić, że nawet później postanowiła nie dokonywać żadnych większych zakupów.

Nędzy nie można zrozumieć bez przyjemności, jaką wywołuje. Uniknięcie śmierci jednych wtrącało w apatię, u innych powodowało nieznaną wcześniej erupcyjną radość istnienia. Zburzony został życiowy porządek, rozdzielano rodziny, zrywano stare więzi, ale ludzie mieszali się na nowo, a kto był młody i odważny, ten postrzegał ów chaos niczym skrzącą się możliwościami przestrzeń, w której codziennie zanurzał się w poszukiwaniu własnego szczęścia. W jaki sposób owo szczęście wolności, którą odczuwało wtedy wiele kobiet, mogło znowu zniknąć tak prędko w latach prosperity? A może wcale nie zniknęło w takim stopniu, jak wmawiają to popularne karykatury lat pięćdziesiątych?

Holocaust odgrywał w świadomości większości Niemców w okresie powojennym szokująco niewielką rolę. Niemało osób zdawało sobie wprawdzie sprawę ze zbrodni na froncie wschodnim, uznawano także fundamentalną winę wywołania wojny, jednak w myśleniu i odczuwaniu nie było miejsca na milionowe wymordowanie niemieckich i europejskich Żydów. Publicznie mówili o tym jedynie bardzo nieliczni, na przykład filozof Karl Jaspers. O Żydach nie wspomniano wyraźnie nawet w poddanych długiej dyskusji wyznaniach winy Kościołów ewangelickiego i katolickiego.

Niewyobrażalność Holocaustu rozciągnęła się w perfidny sposób także na naród sprawców. Rozmiar popełnionych zbrodni wyparł je z kolektywnej świadomości jeszcze w czasie ich trwania. Przejawiany nawet przez ludzi dobrej woli opór przed refleksją na temat tego, co się wydarzy z ich deportowanymi sąsiadami, naruszył zaufanie do gatunku ludzkiego aż do dziś. Najmniej poruszył jednak większość ówczesnych Niemców.

Nieprzyjmowanie do wiadomości istnienia obozów zagłady i przemilczanie tego tematu trwało także po zakończeniu wojny, choć alianci próbowali zmuszać pokonanych do konfrontacji z nazistowskimi zbrodniami poprzez filmy w rodzaju Młynów śmierci.

Helmut Kohl mówił o „łasce późnego urodzenia”, chcąc wyrazić myśl, że kolejnej generacji zawsze łatwo mówić. Istniała jednak także łaska przeżytej grozy. Przecierpiane noce bombardowań, ciężkie głodowe zimy pierwszych lat powojennych i walka o przetrwanie w anarchicznej codzienności nie pozwalały wielu Niemcom skupiać się zbytnio na przeszłości. Uważali samych siebie za ofiary, oszczędzając sobie tym samym myślenia o rzeczywistych pokrzywdzonych. Na swoje wątpliwe szczęście. Bo gdyby ci, którzy pozostali przy życiu – i zachowali minimum przyzwoitości – w pełnym wymiarze dopuścili do siebie, jaki systematyczny mord popełniono w ich imieniu, przy ich braku protestu i dzięki ich odwracaniu wzroku, nie zdołaliby chyba wykrzesać ochoty do życia i energii, które były konieczne, aby przetrzymać lata powojenne.

Popęd przeżycia wygasza poczucie winy – oto kolektywny fenomen, który można zaobserwować w pierwszych latach po roku 1945 i który głęboko zakłóca zaufanie do człowieka, także do podstaw własnego ja. Zagadką jest jednak, jak w takim razie na gruncie wyparcia i przeinaczeń powstały dwa społeczeństwa na swój sposób antyfaszystowskie i budzące zaufanie. Niniejsza książka chciałaby przyczynić się do jej wyjaśnienia, zagłębiając się w ekstremalne wyzwania i charakterystyczne sposoby na życie w latach powojennych.

Chociaż książki takie jak pamiętnik Anne Frank albo Państwo SS Eugena Kogona utrudniały wypieranie przeszłości, wielu Niemców zaczęło się mierzyć z popełnionymi zbrodniami dopiero wraz z drugim procesem oświęcimskim, rozpoczętym pod koniec 1963 roku. W dużej mierze właśnie ta zwłoka nadzwyczaj zdyskredytowała ich w oczach kolejnej generacji, nawet jeśli pod względem czysto materialnym dzieci odniosły znaczną korzyść z wyparcia stosowanego przez rodziców. Rzadko w historii konflikt pokoleń przebiegał z większą zaciekłością, większym gniewem i zarazem większą zarozumiałością niż w wypadku nastolatków z roku 1968 i ich akademickich mentorów.

Nasze wrażenie dotyczące lat powojennych ukształtowane jest przez spojrzenie ludzi wówczas młodych. Oburzenie antyautorytarnych dzieci na generację rodziców, którą tylko z największym trudem można było obdarzyć miłością, było tak wielkie, a ich krytyka tak elokwentna, że mimo wprowadzających subtelniejsze różnice wyników badań obraz lat pięćdziesiątych zdominowany jest wciąż jeszcze przez mit o duszącej stęchliźnie, której trzeba było najpierw się pozbyć. Generacja urodzonych około roku 1950 lubi obsadzać się w roli tych, którzy uczynili Republikę Federalną miejscem nadającym się do zamieszkania i z przekonaniem nadali treść idei demokracji – stąd też wciąż na nowo ożywiają oni ten obraz. I w rzeczy samej odrazę może wzbudzać silna obecność starej brunatnej elity w urzędach Republiki Federalnej, podobnie jak upór, z jakim amnestionowano nazistowskich sprawców. Jednak prowadząc badania do tej książki, odkrywałem co rusz, że mimo to okres powojenny był bardziej kontrowersyjny, ówczesne poczucie pełni życia bardziej otwarte, intelektualiści tego czasu bardziej krytyczni, spektrum opinii szersze, sztuka bardziej innowacyjna, a życie codzienne bardziej niejednolite, niż każe nam wierzyć do dziś wyobrażenie o przełomie roku 1968.

Istnieje jeszcze inny powód tego, że zwłaszcza cztery pierwsze lata powojenne tworzą swego rodzaju białą plamę pamięci historycznej. Są one mianowicie swego rodzaju ziemią niczyją pomiędzy wielkimi rozdziałami i okresami badawczymi historii, stąd też mało kto o nie dba, mówiąc nieco kolokwialnie. Jeden wielki rozdział szkolnej historii traktuje o reżimie hitlerowskim, który kończy się wraz z kapitulacją niemieckiego Wehrmachtu, kolejny opowiada rozpoczynającą się w 1949 roku historię Republiki Federalnej Niemiec i Niemieckiej Republiki Demokratycznej, koncentrując się ponadto co najwyżej na reformie walutowej i blokadzie Berlina jako okolicznościach poprzedzających powstanie obu tych państw. Lata pomiędzy końcem wojny i reformą walutową, ekonomicznym Wielkim Wybuchem RFN, są dla historiografii w gruncie rzeczy niejako straconym czasem, ponieważ brak im instytucjonalnej podmiotowości. Piśmiennictwo historyczne jest wciąż jeszcze podporządkowane przede wszystkim historii narodowej, która w centrum stawia państwo jako podmiot polityczny. Za niemieckie losy po roku 1945 odpowiadały natomiast równocześnie aż cztery centra polityczne – Waszyngton, Moskwa, Londyn i Paryż – co nie tworzy okoliczności odpowiadających wymaganiom historii narodowej.

Także refleksja na temat zbrodni wobec Żydów i robotników przymusowych kończy się najczęściej wraz ze szczęśliwym wyzwoleniem ocalałych przez żołnierzy alianckich. Co jednak działo się z wszystkimi tymi ludźmi później? Jak w kraju swoich gnębicieli i morderców swoich rodzin zachowywało się bez nadzoru około dziesięciu milionów wygłodzonych, wywiezionych ze swoich ojczyzn więźniów? Analiza postaw przyjmowanych wobec siebie przez alianckich żołnierzy, pokonanych Niemców i wyzwolonych robotników przymusowych należy do najposępniejszych, ale też najbardziej fascynujących aspektów lat powojennych.

W kolejnych częściach książki punkty ciężkości przesuną się z cywilizacyjnych stron codzienności, porządkowania, miłości, kradzieży i zakupów na strony kulturowe, przestrzeń życia duchowego i wzornictwo. Wyraźniej ukażą się kwestie sumienia, winy i wyparcia. Stosownie do tego znaczenia nabiorą instytucje denazyfikacji, która miała także swoją stronę estetyczną. Długotrwała sława designu akurat lat pięćdziesiątych wynika z jego zaskakującej siły oddziaływania: przekształcając swoje otoczenie, Niemcy zmieniali samych siebie. Ale czy to aby rzeczywiście sami Niemcy odmieniali tak radykalnie kształt własnego świata? Równolegle do tematu wzornictwa rozgorzała walka o sztukę abstrakcyjną, w której za sznurki pociągali także okupanci. Chodziło ostatecznie o stylistykę obydwu niemieckich republik, wręcz o zimnowojenne poczucie piękna. Stąd zaangażowanie nawet CIA.

Znacznie silniej niż dziś okazywano po wojnie wrażliwość i zainteresowania estetyczne, prezentowano samych siebie jako niezmordowanie pogrążonych w poważnych rozmowach, jak gdyby można było tym samym bez poważniejszych zakłóceń nawiązać do sposobu bycia łączonego z wyidealizowanym końcem starego dobrego XIX wieku. Wiele dziś wiemy na temat Holocaustu. Mniej natomiast wiemy o tym, jak można było żyć w jego cieniu. Jak naród, w którego imieniu zamordowano miliony ludzi, mówi o moralności i kulturze? Czy gwoli przyzwoitości powinien w ogóle zrezygnować z mówienia o niej? Pozwolić dzieciom na własną rękę rozeznać się w tym, co dobre, a co złe? Przemysł interpretacyjny w mediach pracował na wysokich obrotach, podobnie jak inne sfery odbudowy. Zewsząd słychać było o „głodzie sensu”. Filozofowanie „na gruzach egzystencji” wysłało świadomość na duchową grabież. Kradziono sens, jak kradziono kartofle.

Rozdział 1

GODZINA ZERO?

Tak wiele początku nigdy nie było.Tak wiele końca też nie

Krytyk teatralny Friedrich Luft przeżył koniec wojny w piwnicy. W podziemiu miejskiej willi w pobliżu berlińskiego Nollendorfplatz w „zapachu dymu, krwi, potu i siwuchy” przetrzymał wraz z kilkoma innymi ludźmi z okolicy ostatnie dni końcowej bitwy. W piwnicy było bezpieczniej niż w mieszkaniach wystawionych na krzyżowy ostrzał Armii Czerwonej i Wehrmachtu. „Na zewnątrz było piekło. Kiedy się wyglądało, można było zobaczyć nieporadny niemiecki czołg, przeciskający się przez rozżarzone rzędy domów, zatrzymujący się, strzelający, zawracający w drugą stronę. Od czasu do czasu jakiś cywil, który, kryjąc się, przemierzał niezdarnie porozrywaną wybuchami ulicę. Matka gnała z wózkiem ze zniszczonego pociskami płonącego domu w kierunku najbliższego bunkra”[1].

Starego człowieka przesiadującego obok piwnicznego okna granat rozerwał na strzępy. Przypadek sprowadził kiedyś do piwnicy kilku żołnierzy z biura Naczelnego Dowództwa Wehrmachtu, „rozdrażnionych, bezwolnych, chorych mężczyzn”. Każdy miał karton z cywilnym ubraniem, żeby, jak mówili, ulotnić się „w sytuacji krytycznej”. Ile im jeszcze było trzeba? Wynoście się, syczeli lokatorzy. Nikt się nie chciał znaleźć w ich pobliżu, gdy przyjdzie co do czego. Zwłoki budzącego strach Blockwarta, nadzorcy kwartału, wywieziono dalej na taczce; rzucił się z okna.

Naraz komuś przypomniało się, że w domu naprzeciwko leżała jeszcze sterta portretów Hitlera i flag ze swastyką. Kilku odważnych przeszło na drugą stronę, żeby wszystko to spalić. Pozbyć się tego, zanim przyjdą Rosjanie. Kiedy ogień z karabinów zrobił się głośniejszy i krytyk wyjrzał ostrożnie przez okienko, dostrzegł patrol SS, który też wyglądał zza ruin muru. Mężczyźni „raz jeszcze przeczesywali” okolicę w poszukiwaniu dekowników, których mogli pociągnąć ze sobą na śmierć. „Potem zrobiło się ciszej. Kiedy po wieczności nasłuchującego oczekiwania ostrożnie wspięliśmy się po wąskich schodkach na górę, padało delikatnie. Na domach po drugiej stronie Nollendorfplatz migotały białe flagi. Przewiązaliśmy sobie wokół ramion jakieś białe szmatki. Akurat dwóch Rosjan przeszło przez ten sam niski murek, zza którego dopiero co wyszło dwóch esesmanów. Unieśliśmy ręce. Wskazaliśmy na nasze opaski. Machnęli ręką. Uśmiechali się. Wojna się skończyła”.

Dla Friedricha Lufta godzina, którą miano nazwać później godziną zero, wybiła 30 kwietnia. W tym samym czasie sześćset czterdzieści kilometrów dalej na zachód, w Akwizgranie, od zakończenia wojny minęło już pół roku; Amerykaninie zajęli to miasto jako pierwsze w październiku 1944 roku. W częściach Duisburga znajdujących się po lewej stronie Renu wojna dobiegła końca 28 marca, w tych po prawej stronie – dopiero szesnaście dni później. Nawet co do oficjalnej kapitulacji Niemiec istnieją trzy różne daty. Generał pułkownik Alfred Jodl podpisał bezwarunkową kapitulację 7 maja w Reims w kwaterze głównej generała armii Stanów Zjednoczonych Dwighta D. Eisenhowera. Chociaż dokument ten wyraźnie uznawał za zwycięzców zarówno zachodnich aliantów, jak i Armię Czerwoną, Stalin upierał się przy powtórzeniu ceremonii w jego obecności. Stąd też 9 maja Niemcy skapitulowały raz jeszcze; tym razem w sowieckiej kwaterze głównej w Berlin-Karlshorst akt kapitulacji podpisał feldmarszałek Wilhelm Keitel. Na użytek podręczników historii zwycięskie mocarstwa zgodziły się na dzień pomiędzy obiema tymi datami, 8 maja, w którym właściwie nic się nie wydarzyło[2].

Z kolei dla Waltera Eilinga godzina zero nie nadeszła jeszcze nawet cztery lata później. Z powodu „wykroczenia przeciwko rozporządzeniu o szkodnikach narodowych” siedział wciąż jeszcze w zakładzie karnym w Ziegenhain. Kelnera z Hesji aresztowano w 1942 roku, ponieważ na Boże Narodzenie kupił gęś, trzy kury i dziesięć funtów solonego mięsa. Pod zarzutem „lekceważenia zarządzeń gospodarki wojennej” sąd doraźny skazał go na osiem lat ciężkiego więzienia z możliwością dalszej izolacji z uwagi na interes bezpieczeństwa publicznego. Po zakończeniu wojny zarówno on, jak i jego rodzina spodziewali się prędkiego zwolnienia. Jednak organy wymiaru sprawiedliwości nie zamierzały wznawiać sprawy. Kiedy minister sprawiedliwości pozostającej pod amerykańskim nadzorem Wielkiej Hesji anulował w końcu absurdalnie wysoką karę, urząd zajął stanowisko, że unieważniono tym samym karę więzienia, ale nie środek zabezpieczający. Walter Eiling pozostał w zakładzie. Późniejsze wnioski o zwolnienie odrzucano, podając jako argument, że więzień jest labilny, ma skłonność do arogancji i nie jest jeszcze zdolny do podjęcia pracy.

W celi Eilinga panowanie nazistowskiego reżimu przetrwało jeszcze utworzenie Republiki Federalnej[3]. Przypadki takie jak ten były zarzewiem późniejszych gwałtownych sporów wokół pojęcia „godziny zero”. Ostatecznie gros nazistowskiej elity nadal pracowało przecież dziarsko w centralach koncernów, salach wykładowych i urzędach nowego państwa. Mówienie o godzinie zero przesłaniało tę ciągłość. Z drugiej strony, służyło jednak podkreśleniu woli nowego początku i zaakcentowaniu wyraźniej normatywnej cezury pomiędzy starym i nowym państwem, nawet jeśli toczące się życie ciągnęło ze sobą oczywiście bogate dziedzictwo Trzeciej Rzeszy. Ponadto pojęcie godziny zero jawiło się wielu jako tak oczywiste określenie fundamentalnego przełomu, który przeżyli, że nie tylko do dziś pozostaje ono w obiegu językowym, lecz także przeżywa swoisty renesans w historiografii[4].

Podczas gdy w celi Waltera Eilinga panowało nieprzerwanie bezprawie w całej brutalności, gdzie indziej załamały się wszelkie formy porządku publicznego. Policjanci spoglądali po sobie bezradnie, nie wiedząc, czy nadal mogą się za takich uważać. Kto miał mundur, ten raczej go zdejmował, palił albo przefarbowywał. Wysocy funkcjonariusze zażywali truciznę, niżsi rzucali się z okna albo podcinali sobie żyły. Rozpoczął się „czas niczyj”; unieważniono prawa, nikt nie czuł się władny w żadnej sprawie. Do nikogo nic już nie należało, chyba że akurat na tym siedział. Nikt nie był za nic odpowiedzialny, nikt nie troszczył się o niczyją ochronę. Stara władza uciekła, nowej jeszcze nie było; tylko zgiełk artylerii wskazywał, że kiedyś nadejdzie. Plądrować ruszyli zatem nawet najwytworniejsi. W małych bandach włamywano się do magazynów żywności, przemierzano opuszczone mieszkania w poszukiwaniu czegoś do jedzenia i miejsca do spania.

Berliński dyrygent Leo Borchard – wraz z dziennikarką Ruth Andreas-Friedrich, lekarzem Walterem Seitzem i aktorem Fredem Dengerem – odkrył 30 kwietnia w samym środku miasta, o które toczyły się zacięte walki, białego osła. We czwórkę szukali właśnie schronienia przed nalotem samolotów szturmowych, gdy zwierzę naraz stanęło przed nimi, nietknięte i o łagodnym spojrzeniu, surrealistyczny widok w zadymionej, przerażającej scenerii. Otoczyli je, pociągnęli łagodnie za uszy. I rzeczywiście udało im się ostrożnie zwabić osła na podwórko domu, w którym się ukrywali. Ale co dalej? Jak czworo miejskich inteligentów poradzi sobie z zarżnięciem kłapoucha? Znający język rosyjski dyrygent odważył się zagadnąć przed domem sowieckiego żołnierza. Ten dopomógł, powalając zwierzę dwoma strzałami z pistoletu. Przyjaciele z wahaniem zabrali się do rozbierania martwego zwierzęcia nożami kuchennymi. Długo jednak nie pozostali sami ze swoją zdobyczą. „Wokół martwego osła zebrał się nagle, niczym wypluty z zaświatów, hałaśliwy tłum”, notowała później w pamiętniku Ruth Andreas-Friedrich. „Wypełźli ze stu piwnic. Kobiety, mężczyźni, dzieci. Czy przywabił ich zapach krwi?” I zaraz zaczyna się szamotanina o kawałki mięsa. Pięć zakrwawionych dłoni wyszarpuje osłowi język z gardła. „A więc tak wygląda godzina wyzwolenia. Chwila, na którą czekaliśmy dwanaście lat?”[5].

Armia Czerwona potrzebowała jedenastu dni, zanim po przekroczeniu pierwszych granic miasta w dzielnicy Malchow przedarła się aż do ostatnich śródmiejskich dzielnic. Zatem także tutaj, w stolicy, koniec wojny nie nadszedł wszędzie w tym samym czasie. Marta Hillers, inna dziennikarka berlińska, znana później z opublikowanego anonimowo dziennika, 7 maja odważyła się po raz pierwszy przejechać rowerem przez zgliszcza ulic. Wiedziona ciekawością popedałowała z Tempelhof kilka kilometrów na południe i wieczorem zanotowała w swoim pamiętniku: „Tutaj wojna skończyła się dzień wcześniej niż u nas. Widzi się już cywili, którzy zamiatają chodnik. Dwie kobiety na przemian ciągną i pchają doszczętnie wypaloną karetkę, najwyraźniej wydobytą z ruin. Leży w niej pod wełnianym kocem staruszka o bezkrwistej twarzy, jednak ciągle żywa. Im dalej jadę na południe, tym bardziej zacierają się ślady wojny. Grupki Niemców stoją na ulicach, rozmawiając. Na naszym rogu ludzie nie mają jeszcze na to odwagi”[6].

Gdy białego osła rozszarpano już na części, dyrygent Borchard i jego przyjaciele weszli do zbombardowanego mieszkania i przetrząsnęli szafy. W miejsce czegoś do jedzenia znaleźli jedynie mnóstwo oranżady w proszku, którą rozbawieni napchali sobie usta. Przymierzając pośród żartów kilka ubrań nieznanych mieszkańców, przestraszyli się naraz własnego zuchwalstwa. Ulotniła się beztroska, zmieszani położyli się na noc we czwórkę w łóżku obcych mieszkańców, którzy według tabliczki przy dzwonku nosili nazwisko Machulke. „Lepszy domek ciasny, ale własny”, wypisano jedwabnym haftem nad łóżkiem.

Kolejnego dnia Ruth Andreas-Friedrich wyruszyła przez miasto, próbując nawiązać kontakt z kolegami, przyjaciółmi, krewnymi. Jak wszyscy, była spragniona nowości, relacji, opinii. Ledwie kilka dni później życie w Berlinie uspokoiło się już na tyle, że znowu mogła wprowadzić się do własnego, mocno zresztą zniszczonego mieszkania. Na balkonie urządziła z leżących wokół kamieni prowizoryczny piec, żeby móc coś podgrzać. Robinsonada pośrodku miasta. O gazie i prądzie nie było co myśleć.

W dzienniku notowała raptowne zmiany nastrojów. Hitler nie żył, było lato, a ona w końcu chciała zrobić coś z własnym życiem. Nie mogła się już doczekać, żeby wykorzystać swoją produktywność, spostrzegawczość, talent pisarski. Od końca wojny upłynęły ledwie dwa miesiące, gdy już pisała w chwili euforii: „Całe miasto żyje w uniesieniu oczekiwania. Można by się rozedrzeć z zapału do pracy, chciałoby się mieć tysiąc rąk i tysiąc mózgów. Amerykanie są na miejscu. Anglicy, Rosjanie. Francuzi podobno nadciągają. [...] Chodzi teraz tylko o to, aby być w centrum aktywności. Żeby światowe mocarstwa spotkały się w naszych ruinach i żebyśmy udowodnili ich przedstawicielom, jak poważnie traktujemy nasz zapał, jak bezgranicznie poważnie podchodzimy do starań o zadośćuczynienie i rozwój. Berlin pracuje na pełnych obrotach. Kto nas teraz zrozumie i nam wybaczy, dostanie od nas wszystko. Wszystko! Wyrzeczenie się narodowego socjalizmu, uznanie tego, co nowe, za lepsze, pracę i generalnie dobrą wolę. Nigdy jeszcze nie byliśmy tak gotowi na zbawienie”[7].

Można by przypuszczać, że nastroje mieszkańców Berlina będą odzwierciedleniem wyglądu miasta: rozbitego, zwyciężonego, przeznaczonego do rozbiórki. Zamiast tego jednak czterdziestoczteroletnia pamiętnikarka odczuwała „uniesienie oczekiwania” – i to bynajmniej nie tylko w głębi duszy. Całe miasto pragnęło pełną parą zabrać się do pracy. Ruth Andreas-Friedrich należała do małej grupy oporu Wujek Emil; w Instytucie Jad Waszem w Jerozolimie została uhonorowana jako Sprawiedliwa wśród Narodów Świata. W wir pracy chcieli się zatem rzucić nie tylko obojętni czy niezdolni do żałoby Niemcy. Od samobójstwa Hitlera upłynęły ledwie dwa miesiące, a Berlin – mówiąc słowami tej przeciwniczki nazistowskiego reżimu – ponownie chce już stać w „centrum aktywności”, pragnie rozwoju i przebaczenia.

Za dzikim krzykiem o nowy początek leży koniec piekła, które wszędzie poznano tylko w drobnym wycinku. Nad jego całościowym opisem pracuje tymczasem trzecia już generacja historyków, aby choć w przybliżeniu uzmysłowić rzeczywiste rozmiary grozy. Pozostają one niewyobrażalne. Nikt nie jest w stanie pojąć, co znaczy sześćdziesiąt milionów ofiar wojennych. Można próbować zestawień, żeby bardziej namacalną uczynić przynajmniej statystyczną skalę. W czasie wywoływanej bombardowaniami burzy ogniowej w Hamburgu latem 1943 roku zginęło czterdzieści tysięcy osób – piekło, które z racji strasznej obrazowości głęboko wryło się w pamięć. Odebrało życie około trzem procentom ludności Hamburga. Jakkolwiek straszne były te wydarzenia, ogólnoeuropejski odsetek ofiar był ponad dwukrotnie wyższy. Wojna kosztowała życie sześć procent wszystkich Europejczyków. Katastrofa, która dosięgnęła Hamburg, dotyczyła całej Europy w podwójnym natężeniu. W Polsce zamordowano nawet jedną szóstą mieszkańców, sześć milionów ludzi. Najtragiczniejszy był oczywiście los Żydów. W ich rodzinach liczono nie zmarłych, tylko ocalałych.

Historyk Keith Lowe pisze: „Nawet ci, którzy przeżyli wojnę i widzieli pola zasłane trupami oraz przepełnione masowe groby, nie są w stanie pojąć prawdziwej skali ludobójstwa, do którego doszło w czasie wojny w Europie”[8]. Dotyczy to tym bardziej czasu bezpośrednio po wojnie. Każdy, kto z podniesionymi rękami wychodził ze schronu przeciwlotniczego, był już dostatecznie przeciążony zastanym wokół chaosem. Jak coś może powstać ponownie z tego nieszczęścia, zwłaszcza w Niemczech, które ponoszą winę za wszystko? Niemało było takich, którzy samo dalsze życie uważali za nieprawość i, przynajmniej retorycznie, nienawidzili własnego serca za to, że nadal bije.

Jednak to właśnie dwudziestosześcioletni Wolfgang Borchert, którego potomność zachowa w pamięci jako mrocznego specjalistę od lamentacji, próbował przekształcić brzemię dalszego życia w emfatyczny manifest pokoleniowy. W 1941 roku wcielono go do Wehrmachtu i wysłano na front wschodni. Wielokrotnie skazano go tam za jego „defetystyczne wypowiedzi”. Ciężko naznaczony przeżyciami frontowymi i więzieniem, z nieleczoną chorobą wątroby, w 1945 roku po sześciusetkilometrowym pieszym marszu powrócił do Hamburga. Napisał tam półtorastronicowy tekst Pokolenie bez pożegnania. Z dziką stanowczością opiewa w nim początek pokolenia, którego przeszłość dosłownie starto w pył. Psychika nie miała już do niej dostępu – do tego właśnie odnosi się tytuł – z powodu niewyobrażalności traumy czy niechlubnego wyparcia. Pokolenie bez pożegnania to manifest godziny zero: „Jesteśmy pokoleniem bez więzi i bez głębi. Naszą głębią jest bezgrunt. Jesteśmy pokoleniem bez szczęścia, bez ojczyzny i bez pożegnania. Nasze słońce jest wąskie, nasza miłość okrutna, nasza młodość bez młodości”[9].

Rapsodyczny, monotonnie wybijany tekst Borcherta cechuje unoszone entuzjazmem poczucie zagubienia. Nie bez dumy stylizuje on postawę zuchwałego chłodu. Opisywana młodzież zbyt często żegnała zmarłych, by móc jeszcze odczuwać emocje pożegnania; zaprawdę, tych, których musiano pożegnać, było legion. Ostatnie linijki tekstu mówią jednak o sile, którą nawet ten śmiertelnie chory młody mężczyzna zamierzał wykrzesać dla przyszłości: „Jesteśmy pokoleniem bez powrotu, bo nie mamy nic, do czego moglibyśmy wrócić. Jesteśmy jednak pokoleniem powitania. Pokoleniem z mocą witającym może nową gwiazdę, nowe życie. Docierającym z mocą w nowym słońcu do nowych serc. Docierającym z mocą do może nowego życia, nowego śmiechu, nowego boga. Jesteśmy pokoleniem bez pożegnania, ale wiemy, że do nas należeć będą wszystkie powitania”.

Pokolenie bez pożegnania to literacka deklaracja zasad kohorty ocalałych, którzy nie mają śmiałości spoglądać wstecz. Szokująca odmowa wielu Niemców, by zadać sobie pytanie, jak mogło dojść do tego wszystkiego, zostaje tu wręcz podniesiona do rangi programu. Tablica przeżyć zostaje wytarta, przygotowana dla nowego pisma, „nowego boga”. Powitania nowej gwiazdy.

Słowo „wyparcie” byłoby tu niewystarczające. To świadomy program. Emfatyczny początek i gorzki koniec. Wolfgang Borchert oczywiście dobrze wiedział, że tabula rasa to mrzonka, czysta iluzja. Nikt nie musiał mu wyjaśniać, czym są dręczące wspomnienia. Zapomnienie było jednak utopijną potrzebą chwili.

Jeden z wierszy godziny zero zyskał nawet status manifestu. To słynna Inwentaryzacja Güntera Eicha, utwór napisany pod koniec 1945 roku. Mężczyzna wylicza w nim swój dobytek, swoje wyposażenie na nowy początek.

„To moja czapka,

to jest mój płaszcz,

a tu mam brzytwę

w płóciennym woreczku.

[...]

W chlebaku leżą

wełniane skarpety

i jeszcze coś, czego

nikomu nie zdradzę

[...]

To mój notatnik,

to moja pałatka,

to jest mój ręcznik,

a to moje nici”[10].

Inwentaryzacja stała się uosobieniem powojennej literatury z powodu wyzywającej lakoniczności. Pisarze tak zwanej „literatury zgliszcz”, jak sami się nazywali, protestowali przeciwko wysokim tonom, gdyż sami czuli się przez nie właśnie – niegdyś również na ich ustach – oszukani. W gruzach legła także zdolność do zachwytu. Trzymać się tylko tego, co najprostsze i własne, co można rozłożyć na stole – oto poetycka proklamacja „sceptycznego pokolenia”, które w całej jego psychologicznej ambiwalencji miał powołać do życia w 1957 roku socjolog Helmut Schelsky, wywołując żywy oddźwięk[11]. Także remanent Güntera Eicha unika wspomnień: w nowe życie wchodzi się bez niczego poza nieufnością oraz płaszczem, ołówkiem i nicią (i czymś jeszcze, oto właściwe clou wiersza, „czego nikomu nie zdradzę”).

Inwentaryzację przeprowadzała w swoim dzienniku również Marta Hillers. Stała się głośna z powodu trzeźwości i otwartości, z jaką opisała falę gwałtów towarzyszących wkroczeniu Armii Czerwonej. Godzinę zero przeżyła jako wielodniową dyktaturę przemocy seksualnej. Kiedy wreszcie ten czas dobiegł końca, 13 maja podsumowywała: „Z jednej strony sprawy układają się dobrze. Jestem cała i zdrowa. Fizycznie nic mi nie dolega. Mam uczucie, że zostałam jak najlepiej przygotowana do życia, jakbym miała błony do poruszania się w błocie, jakby moje włókna były wyjątkowo giętkie i wytrzymałe. Dopasowuję się do świata, nie jestem zbyt delikatna. [...] Ale z drugiej strony same minusy. Nie wiem, po co żyję. Nikomu nie jestem potrzebna, po prostu stoję i czekam, nie widząc przed sobą żadnych zadań ani celów”. Rozważa niektóre możliwości: wyjechać do Moskwy, zostać komunistką albo artystką? Odrzuca to wszystko. „Miłość? Leży zdeptana na ziemi. [...] Może sztuka, służba formie? Tak, dla powołanych, do których nie należę. Jestem małym pomocnikiem, nie wywyższam się. Tylko w wąskim gronie przyjaciół mogę coś zdziałać i być dobrym przyjacielem. Wszystko poza tym to czekanie na koniec. Mimo to pociąga mnie mroczna i cudowna przygoda, jaką jest życie. Trzymam się go choćby z ciekawości, a także dlatego, że sprawia mi radość oddychanie i poruszanie zdrowymi kończynami”[12].

A Friedrich Luft? Krytyk teatralny, który pod koniec kwietnia wyszedł z piwnicy z białą opaską na ramieniu i ruszył naprzeciw rosyjskim żołnierzom, także pozostał w mieście, z niezaspokojonej ciekawości. Pod pseudonimem Urbanus regularnie pisał komentarze do rubryki kulturalnej założonego we wrześniu 1945 roku berlińskiego dziennika „Der Tagesspiegel”. Pośród tematów była erotyczna energia metropolii, piękne ubrania kobiet na wiosnę, pełne napięcia oczekiwanie, kiedy rankiem przychodzi listonosz.

Friedrich Luft był „głosem krytyki” zachodnioberlińskiego radia RIAS. Od lutego 1946 do października 1990 roku, krótko przed swoją śmiercią, każdą cotygodniową audycję kończył zdaniem, które z racji niezachwianej pewności niczym miód lało się na serca słuchaczom: „Porozmawiamy ponownie za tydzień. Jak zawsze. O tym samym czasie, na tych samych falach, w tym samym miejscu”.

Ze swoją żoną, rysowniczką, Friedrich jeszcze wiele dekad mieszkał w tym samym domu, z którego piwnicy wyszedł w 1945 roku. We wczesnych latach sześćdziesiątych Heide Luft często ciągnęło do knajpki przy Winterfeldtplatz, niedaleko od ich mieszkania. Lokal nazywał się Ruina. Nie bez kozery zresztą: budynek frontowy wciąż jeszcze był zniszczony bombami, resztki fundamentów tworzyły wraz z wyszczerbionymi ścianami niewielki, dziwaczny ogródek piwny. W podwórzu znajdowała się jadalnia, zawsze wypełniona po brzegi. Z zasypanej piwnicy budynku frontowego wyrosło drzewo i aż się prosiło, żeby zawiesić na nim kilka żarówek. Na początku lat siedemdziesiątych knajpka była miejscem spotkań ludzi z ambicjami literackimi. Najczęściej studentów. Było tu tak, jak gdyby wojna dopiero co się skończyła. I gdy mąż cyzelował w domu swoje krytyki radiowe, pani Luft siedziała w eleganckim futrze pośród długowłosej młodzieży, konwersowała troszeczkę, zawsze rozsądnie i niezobowiązująco, a czasem stawiała kolejkę. Była jedną z wielu, którzy chętnie wracali do godziny zero, każdy na własny sposób.

Rozdział 2

W RUINACH

Kto to wszystko posprząta?Strategie odgruzowywania

Wojna pozostawiła w Niemczech około pięciuset milionów metrów sześciennych ruin. Żeby zobrazować tę ilość, prezentowano najrozmaitsze wyliczenia. W dzienniku „Nürnberger Nachrichten” wzięto za punkt odniesienia jedno z ogromnych pól na terenie zjazdów NSDAP, Zeppelinfeld, plac w formie kwadratu o boku długości trzystu metrów. Zsypane warstwowo gruzy utworzyłyby na nim górę o wysokości czterech tysięcy metrów, na której wiecznie leżałby śnieg. Inni z tych berlińskich ruin, zajmujących według szacunków pięćdziesiąt pięć milionów metrów sześciennych, układali w wyobraźni ciągnący się na zachód mur o wysokości trzydziestu metrów, docierając z nim aż do Kolonii. Za pomocą takich operacji myślowych próbowano urealnić potężne masy rumowisk, które czekały na uprzątnięcie. Kto był w tym czasie w jednej z całkowicie zniszczonych dzielnic miast takich jak Drezno, Berlin, Hamburg, Kilonia, Duisburg albo Frankfurt, ten nie potrafił nawet wyobrazić sobie usunięcia kiedykolwiek wszystkich pozostałości, nie mówiąc już o późniejszej odbudowie. Na każdego z ocalałych mieszkańców Drezna przypadało czterdzieści metrów sześciennych gruzów.

Oczywiście nie w monolitycznej formie sześcianów: gruzy pokrywały powierzchnię miasta jako kruche ruiny, a poruszanie się między nimi zagrażało życiu. Kto mieszkał pośród nich, często tylko w trzech z czterech ścian i bez dachu, ten chcąc dotrzeć do domu, musiał się najpierw przedostać przez wysokie sterty gruzu, a później przecisnąć ryzykownie między resztkami muru. Pojedyncze mury miały często wysokość całej fasady, jednak bez wspierających ścian bocznych w każdej chwili groziły zawaleniem. Nad głowami wisiały pozostałości pogiętych żelaznych dźwigarów, z pojedynczej ściany wystawały czasem luźno całe betonowe stropy. Poniżej bawiły się dzieci.

Wszelkie powody braku nadziei były zatem uzasadnione. Jednak większość Niemców nie pozwalała sobie nawet na krótką chwilę zwątpienia. 23 kwietnia 1945 roku wojna oficjalnie wcale się jeszcze nie skończyła, a w urzędowym biuletynie informacyjnym miasta Mannheim opublikowano odezwę pt. Odbudowujemy: „Możemy to robić tymczasem jedynie w skromnym zakresie, gdyż najpierw trzeba usunąć sterty gruzów, by odsłonić grunt, na którym da się budować. Najlepiej zacząć właśnie od usuwania gruzu, w pierwszej kolejności zgodnie ze starym powiedzeniem przed własnymi drzwiami. Z tym jakoś sobie poradzimy. Gorzej, gdy szczęśliwie powracający do domu stanie przed zrujnowaną chałupką, w której chciałby ponownie zamieszkać. Wówczas potrzebna będzie wypróbowana sztuka machania młotkiem i ciesakiem, póki w końcu nie da się do domostwa wprowadzić. [...] Samopomoc jest możliwa tylko wtedy, kiedy ma się do dyspozycji papę i dachówkę. Żeby można było pomóc jak najszybciej jak największej liczbie osób, każdy, kto ma jeszcze jakieś zapasy z wcześniejszych robót dekarskich, powinien oddać je bez zwłoki do właściwego dzielnicowego biura budowy. [...] Tak właśnie chcemy rozpocząć odbudowę, najpierw bardzo skromnie, krok po kroku, na początku trzeba wstawić okna i pokryć dach, a potem zobaczymy, co dalej”[13].

Na Mannheim spadł wprawdzie ogrom brytyjskich bomb, niszcząc połowę domów, ale dzięki niemal perfekcyjnemu systemowi schronów przeciwlotniczych śmierć poniosło przy tym tylko pół procent ludności. Być może to wyjaśnia ową osobliwą pogodność, z jaką odmalowuje się tutaj w słowach o machaniu młotkiem i ciesakiem niemalże idyllę majsterkowania. Ale po zakończeniu działań wojennych także w innych miejscach zabrano się do sprzątania z werwą mogącą przerazić osoby postronne.

„Załapać wpierw grunt”, brzmiała dewiza, co znaczyło „znaleźć podłoże”. Pierwszy ład udało się stworzyć w chaosie ruin zaskakująco prędko. Utorowano wąskie przejścia, którymi można było wygodnie przemykać przez rumowisko. W zrujnowanych miastach ukazała się nowa topografia wydeptanych ścieżek. Na pustyniach gruzów powstały oazy porządku. Ulice czyszczono niekiedy tak sumiennie, że bruk lśnił jak za najlepszych dni, podczas gdy na chodnikach gruzy układano warstwami – pedantycznie według wielkości. W badeńskim Freiburgu, który zawsze uchodził za szczególnie dbający o czystość – Z’Friburg in de Stadt, sufer isch’s un glatt[2*], jak brzmi zapożyczone od Johanna Petera Hebla motto miasta – gruzy u stóp ruin piętrzono z taką pieczołowitością, że apokaliptyczna sceneria nabrała znowu niemal przytulnego charakteru.

Na fotografii wykonanej w 1945 roku przez Wernera Bischofa widać mężczyznę przemierzającego samotnie takie pozamiatane piekło. Ma na sobie odświętny strój, widzimy go od tyłu, czarny kapelusz zachodzi mu na kark, bryczesy wepchnięte ma w oficerki, co w połączeniu z elegancką marynarką nadaje mu rotmistrzowskiego wyglądu. W ręku niesie wyplatany koszyk, jak gdyby przechadzał się, robiąc zakupy, co przyniosło obrazowi oficjalny tytuł: Mężczyzna w poszukiwaniu czegoś do jedzenia. Wędruje wręcz zawadiackim krokiem; jego postawa wyraża optymizm i zdecydowanie, a zadarta do góry głowa i wzrok z ciekawością lustrujący okolicę pozostawiają rozczulające wrażenie kogoś, kto przypadkiem trafił do nie tego filmu.

Tak było i nie było. Niemcy mieli wiele czasu, żeby się przyzwyczaić do spustoszeń, mieli też doświadczenie w odgruzowywaniu. Zajmowali się tym przecież bynajmniej nie dopiero od końca wojny. Sprzątanie i zakładanie prowizorycznych zabezpieczeń były czynnościami na porządku dziennym po coraz bardziej pustoszących nalotach miast od pierwszych bombardowań w 1940 roku. Oczywiście mieli wówczas do dyspozycji masy jeńców wojennych i robotników przymusowych, których wykorzystywali do ciężkiej pracy w okrutnych warunkach. Jak wielu straciło wówczas życie, tego w ostatnich miesiącach wojny nikt dokładnie nie liczył. Po jej zakończeniu Niemcy po raz pierwszy musieli sobie radzić sami z tą pracą.

Co wydawało się bardziej oczywiste aniżeli zaangażowanie tych, którzy doprowadzili do obecnej katastrofy? Niemal wszędzie w pierwszych powojennych tygodniach alianci i ich niemieccy namiestnicy organizowali tak zwane akcje z udziałem Parteigenossen, towarzyszy partyjnych. Członkowie NSDAP musieli pomagać usuwać gruzy. W Duisburgu na początku maja wywieszono ogłoszenia, że członkowie partii narodowosocjalistycznej są zobowiązani pod przymusem do „usuwania utrudnień ulicznych”. „Ich niezwłoczną likwidacją mają zająć się członkowie partii, przyjaciele i protektorzy nazistowskiej kliki. Wyznaczone osoby same muszą postarać się o odpowiednie narzędzia”[14]. Stosowne polecenia naziści otrzymywali imiennie. Wezwaniu towarzyszyła groźba: „W wypadku niestawiennictwa o Państwa obecność zatroszczą się zwolnieni więźniowie polityczni”.

Nakazy pracy nie były jednak podpisane ani przez brytyjski rząd wojskowy, ani przez burmistrza Duisburga. Sygnatariuszem był Komitet Działania Odbudowa, za którym krył się tak zwany komitet antify, związek przeciwników reżimu nazistowskiego, którzy bez zbędnej biurokracji chcieli wziąć w swoje ręce zadania denazyfikacji i odbudowy. Odmiennie jednak niż w wielu innych miastach, gdzie komitety antify początkowo ściśle współpracowały z władzami miejskimi, burmistrz Duisburga postrzegał przedsięwzięte działania karne ruchu obywatelskiego jako uzurpowanie funkcji publicznej. Próbował odwoływać akcje robocze własnymi ogłoszeniami. Ale w zamęcie wydarzeń nie mógł osiągnąć celu; samozwańczemu Komitetowi Działania Odbudowa faktycznie udało się zagonić do niedzielnej pracy przymusowej znaczną liczbę utyskujących członków NSDAP.

Nawet jeśli tego rodzaju wprowadzane przez ruchy obywatelskie działania dyscyplinarne wymierzone w nazistów nie były regułą, przykład Duisburga pokazuje, że Niemcy nie byli tak skamieniałą jednorodną masą, jak to później mogło wyglądać. Przedstawione wydarzenia są jednak przede wszystkim typowe dla chaosu administracyjnego pierwszych miesięcy powojennych. Po opanowaniu jakiegoś rejonu alianci automatycznie odsuwali od władzy urzędujących burmistrzów i naprędce powoływali nowych, aby utrzymać minimum porządku. W najlepszym wypadku udawało im się dowiedzieć, kto sprawował urząd przed rokiem 1933, albo sprowadzić niegdysiejszych socjaldemokratów. Z najrozmaitszych pobudek, sporadycznie także idealistycznych, do dyspozycji oddawali się niekiedy sami niemieccy obywatele. Swoje stanowisko zajmowali często tylko kilka dni, ponieważ sprzeciw zgłaszały nowo powstałe urzędy, którym powierzono zadanie denazyfikacji.

We Frankfurcie nad Menem dziennikarz Wilhelm Hollbach utrzymał się na stanowisku stosunkowo długo, mianowicie dziewięćdziesiąt dziewięć dni. Naczelne miejsce w magistracie przypadło mu przypadkiem: bezpośrednio po kapitulacji wybrał się do amerykańskiego dowództwa, żeby uzyskać pozwolenie na założenie gazety. Lepiej przyjść za wcześnie niż za późno – myślał. Zezwolenia na druk wprawdzie nie dostał, ale w zamian wojskowi zaproponowali mu najwyższy urząd w mieście. Nad jego obsadzeniem łamano sobie głowę właśnie w tym momencie, gdy Hollbach niespodziewanie pojawił się w biurze. Fakt ten okazał się zresztą dla Frankfurtu błogosławieństwem. Ledwo Hollbach objął urząd, doprowadził do powstania spółki do utylizacji gruzów TVG, która wprawdzie stosunkowo późno, ale tym wydajniej rozpoczęła porządkowanie miasta.

Mniej szczęścia miał pisarz Hans Fallada, który na chybcika został burmistrzem w meklemburskim Feldbergu. Właściwie Rosjanie chcieli wsadzić go za kratki albo nawet rozstrzelać, bo ktoś odłożył w jego ogrodzie mundur SS, ale podczas przesłuchania okazał się nieoczekiwanie właściwą osobą do zarządzania wsią. I tak notoryczny pijak i morfinista Fallada stał się naraz odpowiedziany za utrzymywanie równowagi pomiędzy rolnikami, mieszczanami i okupantami. Najczęściej chodziło przy tym o konfiskatę zapasów i organizowanie akcji roboczych. Po czterech miesiącach załamał się pod ciężarem niewdzięcznych zadań, trafił do szpitala w Neustrelitz i nigdy już do Feldbergu nie wrócił, zwłaszcza że podczas jego nieobecności poddani splądrowali mu dom[15].

Podczas gdy burmistrzów i innych prominentów początkowo zwalniano, urzędnicy średniego i niższego szczebla z reguły pozostawali na swoich stanowiskach. Dzięki temu administracja wojskowa aliantów mogła polegać na sprawnie działającej organizacji biurokratycznej. Panowała przy tym równowaga chaosu i rutyny. O ile niejasny mógł być kierunek przyszłego rozwoju Niemiec, o tyle aż nadto znane były urzędnikom drogi proceduralne, jakimi należało podążać.

Bezmiar wstrząsu pozostawał w osobliwym kontraście ze zręcznością w administracyjnym radzeniu sobie z nim. Urzędy, którym powierzono prace porządkowe – o nazwach takich jak Urząd ds. Wielkoobszarowych Robót Porządkowych, Urząd ds. Ruin, Urząd ds. Usuwania Zniszczeń czy Urząd ds. Odbudowy[16] – działały już przed zakończeniem wojny. Powtarzano: wczoraj byli robotnicy przymusowi, dziś będzie kto inny, trzeba tylko wystąpić z odpowiednim żądaniem. Ktoś musi przecież usunąć cały ten nieporządek. Tym razem nie Rosjanie czy Żydzi, lecz Niemcy – bez żadnej różnicy co do samego rezultatu. Urzędy zgłaszały zatem zapotrzebowanie na pracowników już nie w SS, jak były to tego przyzwyczajone, lecz w administracji amerykańskiej albo brytyjskiej, a te chętnie dostarczały niemieckich Prisoners of War[17]. Jak czuli się przy tym sami urzędnicy? Było to im obojętne? Czy też może miewali wyrzuty sumienia? Powodów po temu nie było, bo jakkolwiek życie w alianckich obozach dla internowanych byłoby uciążliwe, jeńcy wojenni nie byli tam maltretowani. Nie zakładano możliwości ich śmierci, nigdy nie była ona także nadrzędnym celem działania, jak w wypadku obozów koncentracyjnych.

Także w gigantycznych hałdach berlińskich ruin sprzątanie stało się formą kary. W najpierwszych dniach po zajęciu miasta rekrutowano ochotników poprzez obwieszczenia. Zjawiali się, bo po pracy mogli liczyć na talerz zupy. Potem przyszła kolej na członków NSDAP. Łatwo było ich zlokalizować, bo berlińskie urzędy dzielnicowe zawiesiły działanie tylko na kilka dni rozstrzygającej bitwy. Zarząd nad urzędnikami sprawowała Grupa Ulbricht i inni komunistyczni reemigranci, którzy przybyli wraz z Armią Czerwoną, żeby przeorganizować życie w mieście i wzmocnić zaufanie do rosyjskiej administracji. W odnajdywaniu członków partii pomagał im system gospodarzy domów i ulic, który wprowadzono zaraz w pierwszych dniach okupacji.

Między pierwszymi odkomenderowanymi była także osiemnastoletnia sekretarka Brigitte Eicke. Członkini hitlerowskiej organizacji młodzieżowej BDM (Bund Deutscher Mädel), czyli Związku Niemieckich Dziewcząt, krótko przed upadkiem reżimu wstąpiła jeszcze do partii i obecnie musiała brać za to udział w „specjalnej akcji roboczej nazistów”. 10 czerwca notowała w pamiętniku: „Wcześnie o wpół do siódmej musiałyśmy stawić się przy Esmarchstraße. Dziwi mnie zawsze, że nigdy nie ma tu naszych przywódczyń i dziewcząt z okolicy, które także były w partii, jak Helga Debeaux, te to już zawsze potrafią jakoś się wykręcić. Okropna jest ta niesprawiedliwość. Musiałyśmy pójść na dworzec Weißensee, ale tam wszystko było przepełnione, więc pomaszerowałyśmy z powrotem na promenadę. Była tam warstwa gruzu i śmieci wyższa od człowieka. Znaleziono nawet ludzkie kości. Szuflowałyśmy do dwunastej, przerwa obiadowa do drugiej, potem od nowa. A dziś taka wspaniała pogoda, wszyscy spacerują i mijają nas bokiem. [...] Mamy pracować do dziesiątej wieczór. To okropnie długo, i w ogóle, gdy człowiek tak stoi na widoku. Ustawiałyśmy się zawsze tyłem do ulicy, żeby nie oglądać tych szczerzących się twarzy. Czasem płakać się chce, ale zawsze są inne, których nie opuszcza humor, i te pociągają resztę za sobą”[18].

Oczywiście zarówno berliński zarząd budowlany, jak i administracja wojskowa dobrze zdawały sobie sprawę, że same akcje karne nie wystarczą do usunięcia pięćdziesięciu pięciu milionów metrów sześciennych gruzów. W celu profesjonalizacji odgruzowywania angażowano przedsiębiorstwa budowlane. Stosownie do sytuacji politycznej przymuszano je do tej pracy albo zlecano im ją odpłatnie. We wszystkich czterech strefach okupacyjnych zatrudniono robotników budowlanych, którzy tyrali na kamienistych pustyniach za niewielkie wynagrodzenie, zwłaszcza jednak za pożądane kartki żywnościowe dla najciężej pracujących.

W postać swego rodzaju powojennej wróżki przeobraziła się przy tym Trümmerfrau, kobieta ruin. Poza Berlinem można było napotkać ją znacznie rzadziej, niż się dziś sądzi. W Berlinie jednak najcięższe prace były rzeczywiście sprawą kobiet[19]. W szczytowym momencie prac porządkowych harowało tutaj dwadzieścia sześć tysięcy kobiet i tylko dziewięć tysięcy mężczyzn. Gdy setki tysięcy żołnierzy poległo albo przebywało w niewoli, brak mężczyzn stał się w Berlinie odczuwalny bardziej namacalnie niż gdzie indziej – ostatecznie już przed wojną Berlin był stolicą singielek. Uciekały z ciasnej prowincji do wielkiego miasta, żeby wdychać zapach benzyny i wolności i żeby zyskać samodzielność w nowych kobiecych zawodach. Zajęcie robotnicy budowlanej było obecnie jedyną drogą, żeby uzyskać coś lepszego od najniższej kartki żywnościowej, która ze swoimi siedmioma gramami tłuszczu na dzień ledwo chroniła przed zagłodzeniem.

Na zachodzie rzadziej wykorzystywano kobiety do odgruzowywania. Wysyłano je w ruiny zwłaszcza karnie w ramach denazyfikacji i stosowania środków dyscyplinujących wobec „zaniedbanych dziewcząt i kobiet często zmieniających partnerów seksualnych”. Ich nieoczekiwana przemiana w mityczne heroiny odbudowy tłumaczy się niezapomnianym widokiem, jakiego dostarczała ich praca w polach ruin. Już same ruiny były fotogeniczne, a co dopiero z dodatkiem kobiet. Na często reprodukowanych zdjęciach widać, jak stoją w długich, wznoszących się szeregach. Ubrane czasem w fartuchy, czasem w sukienki, spod których wystają nieforemne robocze buty z cholewą. Na głowach często noszą chustki zawiązane z przodu na supeł jak u traktorzystek. Tworzą łańcuchy blaszanych wiader, z ręki do ręki podają sobie w nich gruz, usuwając go z ruin na ulicę, gdzie oczyszczają go i sortują dorastające dzieci.

Takie zdjęcia zapadały w pamięć, bo łańcuchy wiader stanowiły wspaniały wizualnie przykład postawy obywatelskiej, jakiej bardzo potrzebowało społeczeństwo w stanie upadku. Co za kontrast: tu rozpadające się ruiny, tam zwartość łańcucha wiader! Odbudowa zyskała swoje heroiczno-erotyczne oblicze, z którym z wdzięcznością można się było identyfikować i z którego mimo porażki można było być dumnym. Tak oto kobieta ruin konkuruje ikonograficznie z Frowlein, dziwkarską kochanką jankesów, która z podobnie przemożną siłą krąży wciąż po fotograficznych zasobach pamięci.

Niektóre kobiety ruin przekornie pokazywały fotografom język albo żartowały sobie z kamerzystów. Sporo miało na sobie zadziwiająco eleganckie ubrania, których białe kołnierzyki i lekkie kwieciste materiały były zupełnie nieodpowiednie do brudnej roboty. Najczęstszą przyczyną było to, że tylko takie ubrania im pozostały. Schodząc do schronu przeciwlotniczego albo szykując się do ewakuacji, zawsze przecież zabierano ze sobą najlepsze rzeczy. Najpiękniejsze ubrania kobiety zachowywały na później – na sam koniec, który oto właśnie nadszedł.

W innych wypadkach nieadekwatny wdzięk ubrań związany był z inscenizowaniem zdjęć. W niektórych kronikach filmowych kobiety rzucają sobie gruz tak zręcznie i elegancko, jakby wykonywały ćwiczenia na lekcji wuefu. Wspaniale to wygląda, ale sprawia wrażenie mało wiarygodnego i nieskutecznego. Zupełnie zakłamane są zaś nagrania ze zrujnowanego Hamburga, które zrobiono jeszcze na zlecenie Goebbelsa. Rzekome kobiety ruin tak beztrosko śmieją się tu do kamery podczas rzucania cegieł, że tylko skrajnie naiwni widzowie mogli uznać obraz za prawdziwy. W rzeczywistości zatrudniono w nim aktorki[20].

Bez sentymentu i współczucia spoglądała na koleżanki urabiające sobie w kurzu ręce amerykańska fotoreporterka Margaret Bourke-White. W 1945 roku notowała z Berlina w relacji z podróży: „Te kobiety tworzyły jeden z wielu ludzkich taśmociągów, które zorganizowano w mieście do prac porządkowanych, i podawały swoje wiadra z popękanymi cegłami w tak wprawnie zwolnionym tempie, że miałam wrażenie, jakby obliczyły minimalną prędkość, która mogła jeszcze od biedy uchodzić za pracę i przynosiła im siedemdziesiąt dwa fenigi godzinówki”[21].

To prawda, pierwsze, jeszcze nieskoordynowane akcje robocze nie były szczególnie efektywne. Kobiety ruin wrzucały nieraz gruz po prostu do najbliższego szybu metra, skąd następnie z najwyższym trudem trzeba go było ponownie wydobywać. W sierpniu 1945 roku berliński magistrat zwrócił się do urzędów dzielnicowych z poleceniem powstrzymania „niekontrolowanych łańcuchów wiader”. Należało ukrócić „prymitywne akcje porządkowe”, a dalsze prowadzić odtąd w sposób fachowy i pod nadzorem urzędów budowlanych.

W celu „fachowego odgruzowywania wielkopowierzchniowego” nieodzowna była budowa efektywnego systemu transportu, odpowiedzialnego za wywózkę na hałdy gruzów ze śródmieści. Do tego potrzebowano kolei polowych używanych w rolnictwie: małych lokomotyw, które ciągnęły miniaturowe wagoniki po prowizorycznie położonych torach. Drezdeńczycy zorganizowali od razu siedem takich linii wąskotorowych. I tak na przykład linia T1 wiodła z Obszaru Robót Porządkowych Centrum do usypiska Ostragehege. W koło jeździło czterdzieści noszących kobiece imiona lokomotyw. Ze względu na ruchome tory dochodziło czasem do wykolejeń, ale ogólnie rzecz biorąc, wszystko funkcjonowało perfekcyjnie, z wytyczonymi trasami głównymi i bocznymi, zajezdniami, miejscami wydobycia i wyładunku. Za tę dziwną kolejkę, kursującą przez poczerniałe od pożogi pozostałości Drezna niczym widmowa ciuchcia z bajki, odpowiedzialnych było pięć tysięcy pracowników. Ostatnie transporty odbywały się w 1958 roku, kiedy to ogłoszono oficjalny koniec odgruzowywania miasta. Nie oczyszczono wówczas bynajmniej całej jego powierzchni. Chociaż już w 1946 roku znaczne części śródmieścia wymieciono tak, że Erich Kästner mógł przewędrować trzy kwadranse, nie napotykając żadnego domu[22], dopiero w 1977 roku, trzydzieści dwa lata po zakończeniu wojny, ostatnia brygada odgruzowywania Drezna zakończyła pracę[23].

Zwały gruzu zmieniały topografię miast. W Berlinie powstały swego rodzaju wojenne moreny czołowe, przedłużające w kierunku południowym naturalne wzniesienia z północy miasta. Na terenie byłego Wydziału Techniki Wojskowej aż do ośmiuset ciężarówek dziennie wyładowano przez dwadzieścia dwa lata tyle gruzu, że powstała w ten sposób góra, nazwana później rozsądnie Teufelsberg, Diabelską Górą, stała się najwyższym wzniesieniem Berlina Zachodniego.

Radzenie sobie z ruinami wpłynęło na późniejszy rozwój gospodarczy miast. Frankfurt wprawdzie wbrew oczekiwaniom nie został w 1949 roku stolicą Republiki Federalnej, ale że będzie „stolicą cudu gospodarczego”, zapowiadało się już przy odgruzowywaniu. Frankfurtczycy pokazali, że na gruzach można robić pieniądze. Początkowo jednak wydawało się, jakby nic nie posuwało się tam naprzód. Gdy inne miasta zmuszały mieszkańców do podjęcia natychmiastowej pracy z szuflą w ręku, administracja we Frankfurcie podeszła do rzeczy w sposób naukowy. Analizowała, rozmyślała, eksperymentowała. Mieszkańcy zaczęli szemrać, bo ich miasto trwało bezczynnie w chaosie. Gdzie indziej trwają masowe prace porządkowe, we Frankfurcie natomiast, jak narzekano w dokumencie związków zawodowych, nie podejmuje się żadnych wysiłków, „żeby nadać wyglądowi miasta bardziej przyjazny charakter”. Jednak już wkrótce początkowa zwłoka przyniosła korzyści. Frankfurccy chemicy odkryli, że przy rozżarzeniu gruzu można uzyskać gips, możliwy do rozłożenia na dwutlenek siarki i tlenek wapnia. W efekcie całego procesu otrzymuje się sztuczny pumeks, który świetnie sprzedaje się jako dodatek do cementu.

Wraz ze spółką akcyjną Philipp Holzmann AG miasto utworzyło TVG, spółkę do utylizacji gruzów, która wprawdzie z opóźnieniem, ale za to tym skuteczniej zabrała się do prac porządkowych. Dzięki wybudowaniu wielkiego zakładu do obróbki gruzów uzdatniano do powtórnego wykorzystania w odbudowie nawet drobny gruz, który w innych miastach piętrzył się hałdami. Finansowa konstrukcja partnerstwa publiczno-prywatnego, jak by to dziś nazwano, pozwoliła Frankfurtowi utrzymywać koszty odbudowy na niższym poziomie niż we wszystkich pozostałych miastach, i do tego jeszcze uzyskiwać znaczny przychód. Od 1952 roku TVG wykazywało zysk[24]. Zamożność miasta, manifestująca się do dziś linią wieżowców na horyzoncie, wzięła początek na ruinach starego Frankfurtu.

Odbudowa poruszyła fantazję wielu Niemców, zwłaszcza gdy zaczęła przybierać na sile. Uderzająco chętnie mówiono wówczas o mrowisku. W Zielone Świątki 1945 roku burmistrz Magdeburga wezwał mieszkańców do nieodpłatnej akcji porządkowej – model przeciwny do praktykowanego we Frankfurcie. Przypomniał najpierw o całkowitym zniszczeniu miasta w wojnie trzydziestoletniej, potem doszedł do aktualnych zadań: „Magdeburczycy przez praktyczną pracę muszą dowieść swojej miejskiej świadomości wspólnotowej, będącej także postawą obywatelską. [...] Żadne niemieckie miasto doświadczone przez los równie mocno jak Magdeburg nie byłoby w stanie oczyścić się z pozostawionych przez wojnę gruzów, oferując wynagrodzenie. Co można uzyskać wspólną pracą choćby tylko dzięki wydobyciu ze stert gruzów i uporządkowaniu cegieł, wynika z takiego oto drobnego rachunku: jeśli na normalne mieszkanie potrzebne jest osiem tysięcy cegieł, to gdy wiele tysięcy pracowitych rąk wydostałoby jednej niedzieli milion cegieł, byłby to materiał budowlany na sto dwadzieścia mieszkań. [...] Zarząd miasta wzywa, a każdy obywatel, każdy młody i dorosły mężczyzna powinni odpowiedzieć na to wezwanie! Dla Magdeburga nadeszła godzina próby w wielkiej potrzebie. Mieszkańcy nie mogą odmówić pomocy swemu miastu”[25].

Należało się stawić o siódmej rano „bez wcześniejszego grupowania, czwórkami, bez wewnętrznych podziałów”. Zgłoszenie się do pracy było obowiązkiem, każdy miał oczyścić z zaprawy sto cegieł w taki sposób, żeby można je było ponownie wykorzystać. W pierwszym terminie zgłosiło się cztery i pół tysiąca mężczyzn, w kolejne niedziele przychodziło dwa razy więcej. W zależności od miasta tego rodzaju akcje pozostawały ponurą mordęgą albo realizowano je nie bez pewnego radosnego zaangażowania. Także odzew na wezwania do pracy nie był wszędzie podobny. W Norymberdze na przykład stawiło się ledwo sześciuset dziesięciu z pięćdziesięciu tysięcy mężczyzn.

Wyczyszczone cegły układano starannie warstwami na obrzeżach ruin po dwieście sztuk w kwadratowych kolumnach. Po dokładnym przeliczeniu stawiano na sztorc jedną z górnych cegieł. Koniec końców w samym tylko Hamburgu zebrano, oczyszczono, przeliczono i ułożono w ten sposób sto osiemdziesiąt dwa miliony cegieł.

W filmie ...a nad nami niebo z 1947 roku Hans Albers spaceruje w trenczu po ruinach Berlina. Zza kulis dobiega piosenka: „Z miejsca na miejsce wiatr z północy nas ciska. Ziarenka nadmorskiego piasku próżno szukają schroniska”. Kamera przesuwa się po piaszczystej pustyni ruin. Kilkoro ludzi zabiera się do pracy w gruzach. Napływa ich coraz więcej. Zewsząd słychać stukot młotków, widać opukiwanie cegieł, sortowanie i ładowanie na kolejkę. „Burza unosi nas jak ziarenko piasku, rzuca w przód i w tył. Znosi nas z drabiny życia, bośmy lekcy niczym pył”. Z huczącym wsparciem orkiestry włącza się chór: „Życie dalej toczyć się musi, zaczniemy jeszcze raz”. „Ach”, bardziej wykrzykuje niż śpiewa Hans Albers, „Ach, wiej wietrze, wiej!”. Znowu ujęcie pola ruin, potem w prędkim ciągu obrazów widać uśmiechniętych ludzi przy porządkowaniu zrujnowanego miasta. Film kończy się modlitwą Ojcze nasz: „I odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom. I nie wódź nas na pokuszenie, ale nas zbaw ode złego”.

„Nigdy jeszcze nie byliśmy tak gotowi na zbawienie”, cieszyła się także dziennikarka Ruth Andreas-Friedrich. ...a nad nami niebo należy do tak zwanych filmów ruin. W głównej części fabuły pokazuje realistyczne portrety środowiskowe z Berlina, gorzkie ubóstwo mas i nowe bogactwo czarnorynkowych spekulantów. Końcówka jest jednak apoteozą odbudowy. Porywającą, wyciskającą łzy, scalającą społeczność. Gigantyczny nakład pracy, mityczna wspólnota bohaterów, ponadludzkie zadanie. Cała retoryka filmowa heroizmu z wytwórni Ufa odżywa tu ponownie, aby nieszkodliwe tym razem pole dla swojego działania znaleźć w odgruzowywaniu.

Niektórych, nie tak wielu, owa retoryka jednak przerażała. Film został dobrze przyjęty przez widzów i chwalony ogółem przez większość recenzentów, jednak krytykowi pisma „Filmpost” obraz przypominał ten rodzaj propagandy, jakiego nigdy już nie chciał oglądać: „Nieprawdopodobny chór odbudowy, wiszący ciężko nad sceną – podejrzana reminiscencja filmów Veita Harlana – dorównuje pod względem niewiarygodności nieprawdziwej końcowej scenie filmu Gdzieś w Berlinie, kiedy to chmara nastolatków prezentuje musztrę Służby Pracy Rzeszy. Nie, nie chcemy tego oglądać, nigdy więcej!”[26].

Piękno ruin i turystyka rumowiskowa

Nietrudno wytłumaczyć popularność filmów ruin: zniszczone panoramy miast prezentowały porywający widok. Błędem byłoby sądzić, że był to widok jedynie przerażający. Niektórzy nie mogli się wprost napatrzeć na ruiny. Jawiły im się jako lustro własnej kondycji psychicznej; niekiedy mieli nawet poczucie, że można oto w końcu dostrzec, czym był świat już i przed wojną. Chodzili pośród ruin, w pozostałościach miast przemyśliwali niczym Melancholia ze sztychu Dürera o porozrzucanym wokół wyposażeniu domów i zastanawiali się nad ukrytymi wewnętrznymi związkami, które mogły doprowadzić do tego uniwersalnego upadku.

I tak architekt Otto Bartning dojrzał w krajobrazie ruin „raptownie ujawniony przez wojnę obraz nadchodzącej choroby”, aż nadto teraz wyraźny: „Zewsząd wpatrują się w nas milcząco ruiny, wyglądające nie tak, jak gdyby runęły w huku eksplozji, lecz jak gdyby zapadły się w sobie z jakiejś wewnętrznej przyczyny. Czy możemy, czy chcemy ponownie zbudować całą tę okrutnie zdemaskowaną maszynerię naszego technicznego istnienia wraz z jej brzemieniem, jej pospiechem, jej bezmyślnością i demonicznością? Nie, mówi nasz wewnętrzny głos”[27].

Wielu żywiło poczucie, że ruiny pokazują prawdziwe oblicze świata. Z aparatami fotograficznymi w dłoni przemierzali pola ruin, pstrykając „obrazy przestrogi” – pod takim tytułem drukowano wszystko, co zostało obrócone w gruzy. Oczywiście wszyscy oni chcieli przedstawić zgrozę, jaką przejął ich dookolny widok. Ale nawet scenografia tak potworna jak rozbite w drzazgi i poczerniałe od pożogi Drezno nie unieważniała pragnienia wielu fotografów, by z katastrofy wydobyć nieco więcej, niż ukazywało się już samo przez się. W zniszczonej Akademii Sztuk Pięknych w Dreźnie znalazł się przypadkiem szkielet, który służył tam jako przedmiot rysunków i studiów – i doskonale pasował do ruin. Sprawiał wrażenie szczególnie spooky, bo był ruchomy, mógł więc na przykład wędrować pochylony o kiju albo wyciągać nogi tak energicznie, jakby gonił go sam diabeł.

Fotograf Edmund Kesting ustawił kościotrupa w taki sposób, że ten zdawał się tańczyć pośród barokowych ruin. Jego kolega Richard Peter rozciągnął jego ręce i nogi tak dramatycznie, żeby wyglądało, jakby sama śmierć mknęła przez Drezno w poszukiwaniu trupów. Oczywiście obydwaj profesjonaliści wiedzieli, że przytłaczająca sceneria w żadnym razie nie wymaga tego rodzaju wzmocnienia. Ale wstrząsający widok Drezna nie powstrzymał żadnego z nich przed chęcią przebicia go jeszcze za pomocą sztuczek.

Najsłynniejszym niemieckim zdjęciem ruin stało się Spojrzenie na Drezno z wieży ratuszowej Richarda Petera, znane także pod nazwą Rzeźba oskarża. Po prawej stronie na pierwszym planie widać posąg przypominający kamiennego anioła, który rozpaczliwym gestem obejmuje spustoszone miasto. To ujęta od tyłu trzymetrowa figura, stojąca na galerii wieży ratuszowej, na wysokości, która przyprawia o zawrót głowy. Fotograf musiał wykonać wiele podejść, zanim udało mu się ująć rzeźbę tak, żeby ukazała się na tle całej rozciągłości wydrążonego miasta. Wystarał się o czterometrową drabinę, żeby przez okno wieży móc spoglądać na statuę z góry. Trud się opłacił: „Po dwóch dniach zdobyłem lustrzankę Rolleiflex, po raz trzeci wszedłem po ciągnących się w nieskończoność schodach wieży i stworzyłem zdjęcie z oskarżającym gestem kamiennej figury – po tygodniu mozołu i bieganiny. Zdjęcie weszło do kanonu, przyniosło mi wiele wcale pokaźnych niekiedy honorariów, było niezliczoną liczbę razy kradzione i kilkukrotnie naśladowane”[28]. Nawiasem mówiąc, często wspominany w opisach anioł nie jest aniołem, lecz alegorycznym przedstawieniem bonitas, dobroci. Akurat jej.

Także rywal Petera na Zachodzie, koloński fotograf Hermann Claasen, nie zawahał się przed potężnym zintensyfikowaniem scenografii ruin przez zabiegi artystyczne. Pod koniec maja 1945 roku sfotografował pierwszą procesję Bożego Ciała po wojnie. Niewiarygodne zdjęcie: na tle konturów zniszczonego ostrzałem miasta, którego powyginane i poszczerbione ruiny wznoszą się w niebo, przez krasowy, księżycowy krajobraz ze zmielonych kamieni przeciska się długa procesja, niemal bezkresny pochód ludzi zamaskowanych kruczoczarnymi habitami. Sprawia wrażenie upiornej procesji pokutników, którzy niczym strumień porzuconych omijają nienadające się już do zamieszkania miasto. Aby wzmóc jeszcze wrażenie, Claasen zastosował prosty trik. Do wydanego po raz pierwszy w 1947 roku albumu Śpiew w piecu ogniowym wydłużył panoramę poprzez doklejenie, dwukrotnie wykorzystując środkową część fotografii. Katastrofa Kolonii została w ten sposób niejako podwojona. Trzeba przyjrzeć się zdjęciu bardzo dokładnie, żeby odkryć „oszustwo”.

A przecież zrujnowane miasta i bez tego dostarczały mnóstwa poruszających wrażeń wizualnych. W gruzach leżały poprzewracane figury Chrystusa z rozpostartymi ramionami, pośród zwalonych kolumn pasły się owce, przed Bramą Brandenburską wznosiły się pędy ziemniaków.

Już niebawem oferowano kursy fotografii: amatorzy pod kierownictwem zawodowców wspinali się na góry gruzów i uczyli przekonująco aranżować udziwnione motywy. Było to bardziej ekscytujące niż fotograficzne safari na wrzosowiskach. Widok przez okna popękane od eksplozji stwarzał efekt głębi, zwisające sufity zapewniały dramatyzm, wygięte sploty drutów nadawały rytm i strukturę. Takie obrazy pozostawały w głowie na długo. Jeszcze sześćdziesiąt lat później wspomnienie poświęcone Walterowi Thieme, fotografowi z Kassel, opatrzono nagłówkiem „Zmarł fotograf ruin”[29].

Do zdjęć pasowały bawiące się pośród ruin dzieci, zakochane pary i oczywiście moda. Podczas gdy jedni koczowali jeszcze w ruinach, inni prezentowali w nich suknie wieczorowe pierwszego powojennego sezonu. Fotografka mody Regina Relang pokazywała w całkowicie zniszczonej kawiarni Annast w Monachium wspaniale białą suknię z tafty; na pierwszym planie widać podartą sofę z rafii, a modelka z niepokojem spogląda na sufit, jakby ten mógł w każdej chwili runąć. To pytające spojrzenie było dopełnieniem perfekcyjnej elegancji ruin.

Leżące w gruzach miasto oferowało wszechobejmujący motyw vanitas i ożywiało tym samym ów seksapil, jaki w katolickich miastach znano przede wszystkim z barokowej retoryki daremności. We wstępie do albumu Hermanna Claasena Śpiew w piecu ogniowym pisarz Franz A. Hoyer notował swoje spostrzeżenia na temat zrujnowanej Kolonii: „I zabrzmi to nieco paradoksalnie, ale właśnie teraz w całym tym zniszczeniu widoczne stają się elementy piękna, których wcześniej nie dostrzegano. Na przykład w niektórych formach architektonicznych. Powodem może być, jak się wydaje to, że niejeden tors odsłania bez porównania więcej na temat postaci i pełni formy, niż można było dojrzeć w nieuszkodzonym dziele. Matka Boska z kościoła Świętej Kolumby wręcz «zyskuje» na przykład w swoim nowym stanie. Czy aby artysta tworzący ją przed stuleciami nie nadał swemu dziełu doskonałości, która – jak może dziś nam się wydaje – miała w sobie coś z cichej dwuznaczności?”[30].

Trzeba to sobie wyobrazić: w scenerii szokującej dla niejednego bezwzględnego żołnierza, jak pokazywały to raporty amerykańskich i brytyjskich członków armii z Kolonii, ktoś filozofuje sobie na temat tego, że perfekcjonizm gotyckiej rzeźby mógł mieć w sobie „coś z cichej dwuznaczności”! A dzieło skorygował i unieważnił z całą mocą wyrok historii. Jak gdyby perfekcyjna rzeźba średniowiecznego arywisty niejako zasłużenie wylądowała pośród śmieci: „Ileż arogancji twórczej przesłaniało często ze wspaniałą pyszałkowatością wieży Babel autentyczną sztukę budowy i tworzenia, i jak często dopiero teraz widoczny staje się ukryty autentyczny zawiązek dzieła!”[31].

Hoyer spacerował po spustoszonej Kolonii i cieszył się, że po spopieleniu dekoracji na jaw wychodził „autentyzm”. Czy to szerzący się „głód sensu” prowadził ku takiej interpretacji katastrofy? Czy okazja do zrelatywizowania niemieckiej winy i obarczenia nią „pyszałkowatości wieży Babel”? Czy też może po prostu pracował w nim znów zawodowiec, subtelne wyczucie historyka sztuki, które, nieporuszone liczbą zmarłych, mogło czerpać estetyczną przyjemność z tego, jak rzeźba Madonny „zyskiwała” w ruinach?

Za tym ostatnim przemawiała uwaga historyka sztuki Eberharda Hempla, który w periodyku „Zeitschrift für Kunst” także rozmyślał o „pięknie ruin”[32]. Deprymujące uczucie niepowetowanej straty przenika oczywiście wciąż jeszcze wielu, przyznawał Hempel, ale „oko otwarte na wrażenie artystyczne” rozpozna niebawem, że większa spójność, będąca wynikiem „uwydatnienia zasadniczej konstrukcji”, nadaje budowlom częstokroć tego rodzaju piękno, jakiego nie posiadały wcześniej z racji „rozmaicie ornamentacyjnego pokrycia i wielu nieistotnych detali”. Efekt ulegnie jeszcze wzmocnieniu, gdy stojące wciąż mury przejmie we władzę natura.

W tym odczuciu wyrażało się coś jeszcze: nowoczesna nienawiść do ornamentu, zwiększona jeszcze przez ogólną zapaść. Ornament uchodził za oznakę rozwiązłej przeszłości, która swymi fałszywymi obietnicami i pustymi frazami doprowadziła do tej katastrofy, w obliczu której właśnie się stało. Niechęć do ozdób i dekoracji, przyswojona w okresie Nowej Rzeczowości i rozpowszechniona za czasów faszyzmu, przetrwała zakończenie wojny i doprowadziła podczas odbudowy miast do powstania osobliwego fenomenu znanego jako „Entstuckung”, czyli usuwanie sztukaterii: obtłukiwano wszystkie pozostałości ornamentu, tak aby również ostatnie okazałe budynki wyglądały na ogołocone i tym samym „jakoś bardziej prawdziwe”. Za pretekst brano czasem względy bezpieczeństwa, bo tu i ówdzie rzeczywiście jakiś kawałek odpadał od poruszonych wstrząsami domów. Ale istotniejszą przyczyną był wstręt do wszystkiego, co zbędne. Z entuzjazmem zbijano z fasad okresu grynderskiego ozdoby – dopiero dziś znowu tak gorąco kochane – i prezentowano „oczyszczone” bryły budowli jako zgodną z duchem czasu estetyczną normę. W wielu miastach za usuwanie sztukaterii wypłacano nawet specjalne premie.

Nawet tak ponadprzeciętnie wykształcona i politycznie świadoma pisarka jak Elisabeth Langgässer wydobywała z upadku miast swoiste piękno i elementy poetyckie. Głęboko wierząca córka Żydów, którzy przeszli na katolicyzm, wróciła w 1947 roku w rodzinne strony Hesji Nadreńskiej. Świętowała intensywnie karnawał w Moguncji i napisała o tym artykuł, który 16 marca 1947 roku ukazał się w berlińskim dzienniku „Der Tagesspiegel” pod tytułem Zimna podróż w karnawał. Po skosztowaniu „reńskiego Domthal, rocznik 45, z delikatnym posmakiem moszczu – trzeba mu jeszcze jakichś pięciu, sześciu lat, aby w pełni dojrzeć” – wyostrzyła jej się zdolność dostrzegania czaru zrujnowanej Moguncji: „Zniszczony wdzięk: nawet Kapitol nie sprawia bardziej antycznego wrażenia, żadna świątynia nie wydaje się bardziej eteryczna, żadna fasada nie oddziałuje potężniej. Jednak podczas gdy inne miasta Rzeszy, nowoczesne metropolie [...] są tylko i wyłącznie zniszczone – ich ruiny sterczą niczym olbrzymie kikuty zębów w otwartych paszczach starych amfibii z pogruchotanymi kręgosłupami – godność i znaczenie, ludzka miara i duchowa wolność takiego rzymsko-barokowego miasta jak Moguncja wracają do początkowej pełni dopiero w upadku; miasto takie odsłania wówczas swój fundament i korzeń, z którego wyrosło; odsłania organiczną i zwartą całość; nasiono i kamień. Jak wyraziście wyrastają w niebo zakrzywione puste frontony, jak lekko wyglądają pozbawione okien ściany na niczym niewypełnionym tle! Tu zachował się jeszcze delikatny liściasty ornament, tam jakiś śliczny fryz, a kiedy rzeka wspina się po kamieniach, to jakby odsłaniała źródełko, obola z głębi grobu, uśmiech penatów. Wydaje się, że w tych ruinach nie ma już żadnego życia poza snem i wspomnieniem. Wspomnieniem bardzo głębokim i niezniszczonym, skamieniałym: płaskie cegły, który w obmurowanych łukach w stylu rzymskich akweduktów towarzyszą drodze albo bezdrożu. Jakaż to moc! Obnażona niczym moc olbrzymów, zarazem ujarzmiona i rozgromiona jak stary ród gigantów. Jak to wszystko będzie wyglądać, gdy księżyc rozleje tu swoją zachwycającą poświatę, lunarne światło Hekate? Gdy na wiosnę cmentarzysko wypuści pędy trawy i chwastów, niebieskich przylaszczek, kurzyśladu i płaskiej rozetki babki, a skorupka ślimaka jakby zapomniana zastygnie na kolumnie, odtwarzając w swej nitkowatej spirali sprężysty kształt woluty: łagodniejszy i silniejszy niż nawet rysunek Rodina, gdy jego rysik sunie po szkicowniku, aby utrwalić płaskorzeźbę”.

Trzeba przeczytać ten tekst kilkukrotnie, żeby nasycić zmysły wszystkimi aspektami duchowej flory, jaka pod wpływem ruin rozrasta się w fantazji autorki. Jest przepiękny, precyzyjnie skonstruowany, zarazem jednak ciężkostrawny ze swoją demonstracyjną wiedzą historyczno-kulturową, która dookolne okropieństwa włącza w rozgałęzienia mitologii i przepija do obalonych murów kolejną lampką Domthala rocznik 45.

Jeśli nawet pisarka pokroju Langgässer z takim opanowaniem mogła kontemplować ruiny rodzinnego miasta, to nic dziwnego, że akurat architekci znajdowali w zniszczonych aglomeracjach powody do radości. Przezwyciężając prędko szok i przerażenie, w nieskrywany sposób celebrowali wręcz swobodę budowy, jaką umożliwiły bomby. Bazylejski architekt Hans Schmidt był zachwycony „potężnymi ubytkami w organizmie miasta” i widział w nich miarę przyszłości. Podczas wizyty w Berlinie notował: „Kupa kamieni [...] zyskała powietrze i przestrzeń. Pojedyncze budowle oddziałują z niespotykaną wyrazistością. Czy nie byłoby możliwe pozostawienie odbudowywanemu miastu tej wielkości i przestrzenności, tej głębi i rozległości?”[33].

A Hans Scharoun, mianowany w 1945 roku radcą ds. odbudowy w berlińskim Urzędzie Budowlanym, widział w zniszczeniach przede wszystkim zaoszczędzone koszty rozbiórek: „Mechaniczne przerzedzenie w następstwie nalotów bombowych i ostatecznej bitwy daje nam obecnie możliwość wielkoskalowej, organicznej i funkcjonalnej odnowy”[34].