Czarka. Czarka - Ludwika Woźnicka - ebook

Czarka. Czarka ebook

Ludwika Woźnicka

5,0
29,90 zł

lub
Opis

Gdy czarny kot przebiegnie Ci drogę, czeka Cię... wiele przygód!

Mała Irka to rezolutna dziesięciolatka, mieszkanka Warszawy. Pewnego dnia spotyka na swojej drodze małą czarną kotkę, której nadaje imię Czarka. W tym samym czasie z Cyrku Numer Pięć ginie czarna pantera. Wkrótce okazuje się, że te dwa pozornie niezwiązane ze sobą wydarzenia łączy o wiele więcej, niż mogłoby się wydawać…

„Opowieść o sile przyjaźni między człowiekiem a zwierzęciem. O radzeniu sobie z tęsknotą za przyjaciółmi, zmianą miejsca zamieszkania i szkoły. Irka wraz z Czarką dostarczą czytelnikom wielu ciekawych przygód. Świetna książka przygodowa dla młodzieży” @kobietaczytajaca (instagram)

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 409

Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0



Ludwika Woźnicka Czarka ISBN Prawa autorskie do tej edycji © Wydawnictwo Nowa Baśń 2020Wszystkie prawa zastrzeżone Redaktor prowadząca Magda Kot DTP Iwona Szumska Wydawnictwo dołożyło należytej staranności w celu odnalezienia spadkobierców praw autorskich. Wydawnictwo prosi spadkobierców o kontakt na adres: [email protected] Wszystkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej publikacji nie może być kopiowana i wykorzystywana w jakiejkolwiek formie bez zgody wydawcy i/lub właściciela praw autorskich. Wydanie 1 Wydawnictwo Nowa Baśń ul. Czechowska 10, 60-447 Poznań telefon 881 000 125www.nowabasn.com Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonała Iwona Szumska.

Zaczęło się od tego, że czarny kot chciał przebiec Irce drogę. Irka doskonale wiedziała, po co czarne koty to robią: tylko i wyłącznie w złych zamiarach, żeby zaczarować. I potem człowiek dostaje dwóję.

Na czarnego kota jest jeden ratunek: trzeba przyspieszyć kroku i przebiec mu drogę, wtedy kot dostanie dwóję w kociej szkole. Albo złapać kota i zawrócić z drogi, wtedy nieszczęście kot zabierze z sobą.

W fatalną siłę tych stworzeń Irka najświęciej wierzyła, bo ją o tym zapewniała rodzona cioteczka.

Irka była bardzo grzeczną dziewczynką i nawet jej przez myśl nie przeszło, że dorośli mogą się mylić. Prócz tego sama się trochę znała na znakach wróżebnych, bo ze dwa tygodnie temu, idąc do szkoły, przeszła pod drabiną, co, jak wiadomo, wróży siedem nieszczęść; i rzeczywiście, cały dzień był urzeczony na złe. Urzeczona pani przepytała urzeczoną Irkę z urzeczonej historii, potem mleko się wylało, do domu zadano ułamki i pękła nitka od korali. Korale Irka zbierała z ziemi, ale trzy zawieruszyły się w szparze podłogi, więc sznur nie jest już taki jak przedtem. A to nie było jakieś byle co ze szkła, tylko prawdziwe korale po ­babci.

Babcia przyjechała ze wsi, kiedy Irka była całkiem mała. Babcia miała bose brązowe nogi i przez całe życie chodziła boso, w zimie też, ale na szyi miała korale, prawdziwe korale owinięte trzy razy dookoła szyi.

Te korale dostały się Irce, taka śliczna rzecz, pamiątka. I w tej pamiątce przetarła się nitka przez głupią drabinę.

Nic dziwnego, że Irka postanowiła sobie uważać na przyszłość, nic dziwnego, że zatupała w miejscu, wyciągnęła ręce w lewą stronę i krzyknęła: „a psik, poszedł!” — żeby kota przepędzić ze swojej drogi.

Czarny kot przestraszył się. Podniósł powoli głowę, przyjrzał się dziewczynce, pisnął i przysiadł na łapach.

— No, idź sobie, idź! — przynaglała go Irka, machając rękami i teczką.

Czarny kot rozpłaszczył się na brzuszku i pisnął.

Irka była trochę przesądna, ale miała dopiero dziesięć lat i jeszcze bawiła się lalkami. Jej ukochana lalka, Małgorzata, miała w brzuszku takie coś, że piszczała, kiedy się ją kładło na plecach. Czarny kot pisnął zupełnie tak samo! I puszysty, czarniuteńki, skulony leżał sobie na środku ścieżki, wcale nie myślał odchodzić ani nie myślał, co z nim będzie dalej. W ogóle nie był to kot zmyślny, zręczny ani szybki.

Irka decydowała się szybciej. Pochyliła się i drżący, ciepły kłębek ujęła w obie dłonie.

Teraz przyjrzała mu się z bliska — kot miał bardzo dużą głowę, którą ciężko mu było unieść. Miał piękne złote ślepki, stale przymrużone. Miał wąsy, czarny nosek… i, jednym słowem, Irka go w ten nosek ucałowała. Potem, ponieważ dzień był wietrzny, schowała kota za pazuchę i poszła z nim do domu, ale z początku biegła, potem szła zwyczajnie, a potem wolniej i wolniej, i jeszcze wolniej, aż na rogu zupełnie stanęła.

Rodzice Irki, ona sama i Kazik, jej brat, mieszkali w kuchni wszyscy razem i nie mogli ani bawić się w domu, ani lekcji odrabiać, ani nic, bo na to nie było miejsca. Stryjenka w tej samej kuchni gotowała obiad, a pani Gruzdowa musiała tam prać, bo nie miała gdzie. Wtedy robiło się szaro, całkiem szaro, nie można było ani umyć się, ani lekcji odrobić i Irka szła spać dopiero nad ranem. Pani Gruzdowa miała dobre serce, mama nie mogła nic na nią powiedzieć, ale kłóciła się z nią o to pranie. Mamie było później przykro i pani Gruzdowej było przykro. Ale wszystko przez tę ciasnotę, z nerwów.

— U nas nie ma szpilki gdzie wściubić — mawiała mama, rozkładając ręce. I w zeszłym roku, na wsi, kiedy Aza miała szczeniaki i wujek Roman chciał dać Irce jednego „na chowanie”, mama tak właśnie rozłożyła ręce.

— Niech się Romek Boga boi, co Romek robi, przecież u nas szpilki nie ma gdzie wsadzić!

I mama nie pozwoliła Irce zabrać tego pieska ze wsi, a piesek był biały, łaciaty, miał tłuste, miękkie łapki i dużą głowę, jak każde szczenię, i też tak popiskiwał jak ten znaleziony kot.

Więc Irka stanęła na rogu i bała się iść do domu, bo co będzie, jeśli mama powie: „O, jeszcze kot nam tutaj potrzebny w tej ciasnocie, odnieś go zaraz!”.

I dokąd Irka go odniesie, czy na tę ścieżkę między łopianami? Tam wcale nie ma domów ani mleka dla kota, ani nic. Przyjemnie tamtędy wracać do domu, właśnie dlatego, że nikt nie mieszka i można po drodze grać w piłkę albo chociaż teczkę podrzucać do góry, ale to nie jest miejsce dla kota, stanowczo nie!

Irka czuje igiełki drobnego, zimnego deszczu. Wielkie kocię tuli się do niej. Nie, ona go nie zostawi samego na deszczu i chłodzie. Zaczęła je głaskać po futrze.

— Kicia, kicia, kiciuchna. Nic się nie bój! Nic się nie bój, nic się nie bój…

I Irka już tak ogromnie kocha tego kota, i sama się za niego boi, i zaczyna płakać. Ach, co z nimi będzie?

Mama bije głownie pogrzebaczem. Pryskają z niego duże iskry. Przy piecu można się ogrzać — ale Irka nie śmie zbliżyć się do pieca, bo jeszcze ten kot piśnie. Zresztą piec dymi, właśnie dlatego mama wali głownie pogrzebaczem po czerwonych bokach. Ale to nic nie pomoże, bo piec dlatego dymi, że kominy w domu są do niczego.

— Rozbieraj się, Irka! — woła mama dziwnie wesoło. — Zaraz ci dam obiad. No, czemu tak stoisz jak malowana?

Mama Irki zawsze ma pełne ręce roboty. Kiedy wróci z fabryki, to dopiero robi obiad, a potem myje podłogę. I sukienki szyje w domu, i jeszcze oprócz tego wszystkiego potrafi pomóc pani Gruzdowej w praniu. Mama Irki lubi robotę, ma silne ręce. Kiedy była taką dziewczynką jak Irka, to już potrafiła sama jedna wydoić cztery krowy i oporządzić gospodarstwo. Irka jest zupełnie inna, Irka się gapi i boi się krów. A mama najbardziej nie lubi, kiedy ktoś stoi jak malowany.

— Ja… zaraz zdejmę palto — odpowiada Irka. — I sama wezmę sobie zupę.

Mama ma oczy pełne łez od tego dymu.

— Ty lepiej do komina nie podchodź — ostrzega Irkę — bo dymi paskudnie! O, a to co?!

Wiadomo, to kot. Podniósł czarną głowę i żółtymi, zmrużonymi oczami rozgląda się po izbie. Pewnie mu się podoba, że tu ciepło. Pewnie wcale nie przeczuwa, że będą go stąd chcieli wyrzucić na pluchę i wiatr, między łopiany. O, jak sterczą jego trójkątne uszka!

Taki malutki był ten kot, kiedy Irka trzymała go pod paltem. Ale mimo to widać go teraz doskonale i mama pyta niechętnie:

— Skąd go wzięłaś?

— Znalazłam na ulicy…

— Więc on jest na pewno czyjś. Kto to słyszał, żeby przynosić do domu cudze koty! Idź, odnieś go zaraz…

— Nie, on jest niczyj — odpowiada Irka, wtulając brodę w miękkie, żywe futerko. — Ja go znalazłam na ugorze, w ostach. On jest bezpański. Mamo, niech on u nas zostanie!

Irka żałośnie patrzy na komin, wielki na pół kuchni, na ten wstrętny komin, który dymi, a ciepła nie daje. Za kominem stoi szafa, która się wypacza co dzień bardziej i co dzień głośniej skrzypi. W szafie jest lustro, w wiśniowej oprawie, które babcia dała mamie, kiedy mama wychodziła za mąż. To lustro jest ze szkła srebrzonego i najgrubszego, można się w nim przejrzeć do połowy, a z tyłu ma taką podpórkę, żeby je można było postawić. Ale nie ma miejsca i w lustrze nikt się nie przegląda. Biedne srebrzone lustro nigdy nie wyziera z szafy. Jeszcze stół i łóżko, i taka kanapka dla Irki, pod stołem garnki, pod łóżkiem kufer. I akurat tyle miejsca, żeby przejść. Mama jeszcze nic nie powiedziała o ciasnocie, ale Irka już sama wie.

„To prawda — myśli. — Przecież on jest mały i głupi i jeszcze mi wpadnie do tego ogromnego komina, zdarzają się takie nieszczęścia. Albo potrąci który garnek, a te garnki są tak poustawiane, że jak potrącić jeden, to spadają wszystkie. I okropnie brzęczą, i mogą nabić guza. A jeżeli szafa się otworzy, to lustro wypadnie i go pokaleczy… Będę się chyba musiała zwolnić ze szkoły, siedzieć w mieszkaniu i pilnować kota. Tak jak mama zwalnia się z pracy, kiedy ja jestem chora”.

— Mamo — mówi mężnie — niech on u nas zostanie, już ja go przypilnuję.

Ojciec Irki oraz jej brat, Kazik, siedzą przy stole na łóżku i jedzą. Nic nie mówią. Ojciec Irki jest bardzo dobry, dlatego nie lubi się mieszać w takie sprawy. No, nie chce robić Irce przykrości, a z drugiej strony — przyznaje mamie rację. Kazik we wszystkim wzoruje się na ojcu. Jest dopiero w przedszkolu, starszak, ale wzdycha głośno i je głośno, zakłada ręce za pasek i kiedy ojciec wraca wieczorem z roboty, to Kazik opiera obie ręce na stole, na rękach składa głowę i mówi: „Jestem okropnie zmęczony, matka, daj jeść!”.

Więc teraz Kazik także siedzi tylko i patrzy na ojca.

— Pi! — pisnął czarny kot.

I Kazik roztrącił wszystkie garnki, poustawiane pod stołem. Już jest przy Irce, trzyma ją za spódnicę, a pełne łez oczy wbija w kota.

— Mamo — woła — to jest piękny kot! Niech on zostanie, on będzie bardzo wierny!…

— Ba — mówi mama — jeszcze czego! Na przeprowadzkę akurat potrzebny mi kot.

— Jak to na przeprowadzkę? Na jaką przeprowadzkę?

I teraz się okazują dwie cudowne rzeczy. W pierwszą aż trudno uwierzyć: już nie będzie dymiącego pieca, garnki wylezą spod stołu i pomaszerują na błyszczące haki w prawdziwej kuchni. Szafa przestanie się wypaczać, a lustro, srebrzone lustro, stanie na własnej podpórce. Bo wszyscy, ojciec, mama i Kazik, i Irka, wyprowadzają się stąd, ponieważ daleko, aż na Żoliborzu, dostali własne mieszkanie.

A druga cudowna rzecz — że kot jedzie razem z nimi. W to także trudno uwierzyć, ale to prawda. A wszystko dzięki ojcu. Ojciec nigdy nic nie mówi, ale tym razem odezwał się zza stołu:

— Dajże spokój, matka. We własnym mieszkaniu przyda się własny kot.

— On na pewno ma pchły — mówi mama.

Więc Irka chce w tej chwili wszystkie pchły wyłapać. I wykąpie swego mruczka w mydlinach, w samej pianie.

— Dobrze, ale przedtem zjedz obiad — powiada mama i nalewa Irce zupy na talerz. Okropnie dużo jest tej zupy i Irka każdego innego dnia zaczęłaby grymasić, że tyle nie zje. Ale dziś, kiedy dostała kota na własność, musi pokazać, że nie jest żadną smarkulą, tylko poważnym człowiekiem. A tymczasem mama wyciąga z pudełka kolorowe ścinki. To będzie najlepsze ze wszystkiego: uszyje dla kota woreczek, który się wysypie środkiem owadobójczym. Woreczek będzie ściągnięty tasiemką wokół szyi, tak że te wstrętne pchły nie będą miały którędy uciekać i wszystkie poginą. Irka w głębi duszy jest pewna, że jej kot wcale nie ma pcheł. Skądże znowu, taki śliczny — taki słodki — taki kotuś? Ale patrzy z wdzięcznością i podziwem, jak mama dobiera ścinki na woreczek. Bo jeśli się dla kogoś szyje miękki woreczek, ani za duży, ani za mały, to nie ma wątpliwości — ten ktoś jest już członkiem rodziny, a zabłocone łopiany zostały za nim daleko i nigdy do nich nie wróci.

— No, pij! A to głupi jakiś! — powiedziała mama i nawet leciutko trąciła kota nogą. Ale on stał nad miseczką fasolowej zupy i patrzył niewinnie żółtymi oczętami. Nawet nie polizał. Jakby nie widział, że to zupa, i jakby nie wiedział, co się w ogóle robi z zupą. Był to uroczysty moment pierwszego karmienia kota. Irka stała nad nim zrozpaczona, Kazik przysiadł, pogłaskał go poważnie przez całą długość, od głowy do ogona, i zachęcił z powagą:

— Kocie, jedz.

— Może sobie wyobrażasz, że ci dam mięsa? — zapytała ironicznie mama. Ale chociaż pytanie brzmiało ironicznie, odkroiła spory kawał głowizny i położyła go przed kotem. Owszem, schylił się, obwąchał, ale nie jadł.

— Ej, bracie — rzekł ojciec. Ojciec już wychodził, żeby wszystkim powiedzieć o przydziale i o nowym mieszkaniu. W nawale tych wszystkich rzeczy mógł nie myśleć o nowym kocie. Ale zatrzymał się jednak. — Ej, bracie — powiedział. — Nie grymaś. Mięso jedz. Coś ty taki fajtłapa?

Takie serdeczne upomnienia bardzo dobrze działały i na Kazika, i na Irkę. A ten kot ani drgnął.

— A może on już najedzony? — zastanawiała się mama.

— Nie, skąd! — zawołała Irka. — On jest chudziutki, on jest lekki jak piórko. Tylko że wie mama co? On jest mały, jemu potrzeba mleka!

— Ale skądże, już spory sobie kocur — powiedziała mama. Kot rzeczywiście był duży. Ale przycupnął nad miseczką i piszczał jak niemowlę.

Mama odsunęła miskę i postawiła przed nim mleko.

— To on wypije! — ogłosiła z zadowoleniem Irka.

Było to zadowolenie na wyrost i nie trwało długo. Kot ani drgnął. Wreszcie Irka, przywiedziona do ostateczności, zanurzyła mu nosek w mleku. Znowu pisnął, chciał podnieść głowę, zachłysnął się i zaczął pić. Ale poziom mleka w spodku wcale się nie obniżał. Kot podniósł głowę, pisnął, czegoś szukał. Futro mu drżało, jakby z zimna, więc Irka czym prędzej złapała go na ręce. Miał już zamknięte, tak po swojemu zmrużone oczy i szukał, w dalszym ciągu szukał pyszczkiem czegoś nieobecnego. Nagle chwycił Irkę wargami za palec i zaczął ssać.

— Mamo, mamo, kot ssie! On mnie złapał za palec!

Może są i takie mamy, co zawsze mają czas, ale, jak wiadomo, większość mam nie ma czasu nawet na chwilę usiąść. Z mamą Irki rzecz się przedstawiała jeszcze gorzej — nie miała czasu nawet odetchnąć. I to w normalnym czasie, bez przeprowadzki. A teraz miała się przeprowadzić do własnego mieszkania. Odstawiła talerze na bok, żeby Irka je pozmywała, dźwignęła łóżko i spod łóżka wyciągnęła wielki drewniany kufer. Oczywiście wszyscy rozumieją, że z tego pośpiechu i zajęcia nie słyszała wcale, co Irka mówi. A Irka zrozumiała, że nie można stać z boku i patrzeć, jak mama wyciąga wielki kufer spod łóżka. Oddała swego kota do potrzymania małemu Kaziowi i powiedziała tylko:

— Pamiętaj, że on jest mój!

Potem skoczyła mamie na pomoc. Spod uniesionego wieka drewnianego kufra wyszedł skórzano-drewniany, pamiątkowy zapach. Irka chętnie by w nim zanurzyła ręce. Mama jednak powiedziała:

— Najpierw talerze umyj. I bierz się do lekcji.

Irka westchnęła, ale pomyślała sobie, że nowy kot, nowe mieszkanie i przeprowadzka to i tak dosyć szczęścia jak na jeden dzień. Irka była bardzo rozsądna.

Mama wyjęła z kufra kożuch dziadka. Kożuch jest podbity szarym sztywnym futrem. Irka wie, co to za futro — prawdziwy wilk. Wilczura. A dziadek nie kupił go na jarmarku. Sam trafił tego wilka między oczy. Irka zna na pamięć całą historię, wiele razy opowiadaną. To było tak:

Dziadek Irki wracał z miasta wozem. Wracał z jarmarku z nowym koniem, a wszyscy go namawiali, żeby lepiej w mieście sobie został, bo w lesie wilki. Ale nie miał gdzie nocować w mieście, wilków się nie bał i przejechał przez las jakby nigdy nic. A już z daleka słyszał, jak pies skomli a skomli. Ten pies nazywał się Kruczek. Dziadek wjechał w obejście, zlazł z woza, a już była prawie noc, szaro było na świecie. I podszedł do psiej budy zobaczyć, czemu Kruczek tak płacze, co Kruczkowi jest. I słyszy, że się coś w psiej budzie kotłuje. Aż tu z budy wyskoczy taki wielki… I tylko oczy mu się zajarzyły! W tym miejscu znanej opowieści Irka zawsze wstrząsa się ze zgrozy. Taki olbrzym, taki wielki, wielki wilk! Jakby nie te oczy, toby go dziadek nie zobaczył, bo świat szary i on tak samo szary. Ale dziadek nic się nie przestraszył. Wilczysko zęby szczerzy, chce się rzucić na dziadka. Konie chrapią. A dziadek sięgnął ręką do woza, wyszarpał kłonicę i wymierzył dokładnie między ślepia. I łup! Wilka zamroczyło, na łapy upadł.

Nie mogli unieść wilka z ziemi, nie mogli we trzech chłopa, taki był wielki i ciężki. Nie wilk, tylko wilczur. A kiedy dziadek z Kruczkiem przy nodze wszedł do izby, to babka modliła się przed obrazem, a z nią mama, mała mama, wuj Roman, wuj Staszek, ciocia. Wszystkie dzieci się modliły. Dziadek spytał, o co się modlą.

— Żeby ci Matka Boska dodała rozumu — odpowiedziała babka Irki — żebyś przez ten las nie wracał, żebyś na noc w mieście został. Przecież ja się bałam na dwór wyjść, tak nas tutaj otoczyły. Bałam się i Kruczka, biedaczynę, sprowadzić do izby, chociaż do budy nie miałam daleko. Nawet mi przez głowę nie przeszło, żeś spokojnie przez las mógł dzisiaj przejechać. Posłuchaj tylko, co się dzieje.

Wsłuchał się dziadek, i co? Straszne wycie od strony lasu, okropny, dziki lament. Tak te wilki płakały widocznie po swoim towarzyszu. I wtedy dopiero dziadek zrozumiał, o jakie niebezpieczeństwo się otarł. Bo żeby go tak obskoczyły w lesie, po ciemku, to szkoda gadać — żadnym sposobem nie dałby rady. I dziadek Irki, chociaż nie był bojaźliwy i żywego wilka nie zląkł się wcale — teraz, po wszystkim, zbielał na twarzy i położył się na łóżku. A wilczą skórą babka podszyła kożuch. Ten kożuch, który teraz leży na podłodze, bo on pojedzie na nowe mieszkanie w plecaku, a nie w kufrze, żeby nie zabierał miejsca.

— Mamo, ja zapakuję ten kożuch! Ja go ładnie złożę…

— Siedź, rób lekcje — powiada mama i na chwilę prostuje kości. — Bo to jest twoja robota. A robota — pierwsza rzecz.

To okropne, że mama tak uważa. Na szczęście kochana pani Gruzdowa nie jest tego zdania. Przychodzi, siada na skrzyni i winszuje nowego mieszkania.

— Pięknie dziękuję, sąsiadko — mówi mama. — My jutro do was zastukamy, ze wszystkimi się pożegnamy należycie. I zaprosimy na nowe mieszkanie. Teraz, widzicie, pakowaniem jestem zajęta. Pakuję tak na olaboga.

Jest to delikatna sugestia, żeby pani Gruzdowa sobie poszła, ale pani Gruzdowa od dawna oduczyła się rozumieć takie sugestie. Przecież ma złego syna i musi się na niego naskarżyć. I na synową też. Maleńka, skurczona w swoim czarnym pluszowym paltociku, kurczy się jeszcze bardziej i siada na brzeżku wielkiej skrzyni z drzewem.

— Proszę pani, ja mam kota! — woła Irka. — Dziś go znalazłam. On ssie!

I Irka rozejrzałaby się za swoim kotem, gdyby nie to, że nie spuszczała z niego oka przez cały czas. Więc widzi, że Kazik siedzi na oknie bez ruchu, a kot na jego kolanach leży także bez ruchu. Kazik nie śmie się poruszyć, bo widzi, jak Irka na niego patrzy. Wie, że siostra szuka tylko okazji, żeby mu wypomnieć, że się nic nie zna na kotach.

— Masz kota? — pyta pobłażliwie pani Gruzdowa. — A jak się twój kot nazywa?

— Mrucek! — woła Kazik, nie złażąc z okna.

Lecz Irka, opanowana uczuciem zazdrości, zaprotestowała gorąco:

— Żaden Mruczek! To dziewczynka!

Naprawdę nie miała pojęcia, czy to kot, czy kotka. Ale wymarzyła sobie kota-dziewczynkę, tak jak zeszłego roku marzyła jeszcze o lalce-dziewczynce z zamykanymi oczami.

— Więc niech będzie Mruczka, Mruczunia, to nie jest brzydko — poradziła pani Gruzdowa.

Ale Irka zdała sobie sprawę, że tak od niechcenia nie można załatwić ogromnie ważnej sprawy, sprawy uroczystej. Wstała, dygnęła i zapytała cieniutko i grzecznie:

— Proszę pani, czy pani nie zna jakiegoś ładnego imienia dla kota-dziewczynki?

Pani Gruzdowej brakuje dwóch zębów na samym przedzie, a te, których nie brakuje są żółte i wykrzywione. Pomimo to niejedna wypielęgnowana pani mogłaby jej pozazdrościć pięknego uśmiechu, ponieważ dobrzy ludzie zawsze mają piękny uśmiech.

— A znam — powiada — nazwij ją Ciapuchna…

— To będą ją chłopaki przezywały Ciapa.

— Albo Bursztynka. Dużo jest ładnych imion: Kicia, Złote Oczko…

Pani Gruzdowa umie wyszukiwać zwierzęce imiona, bo hoduje sobie w klatce przemiłą kanarkową rodzinę. Dwa stare nazywają się zwyczajnie: Kanar i Kanarczycha. To są rodzice. Otóż co rok przybywa im kilka maleńkich żółtych kłębuszków, a pani Gruzdowa wie od razu, który kłębek jest Maciuś, który Puszek i który Drobinka.

Cóż zrobić, kiedy Irce nie podoba się ani Bursztynka, ani Kicia, ani Złote Oczko. Kręci głową.

— Bardzo panią przepraszam, ale chcę jeszcze inaczej.

— Nazwij ją Czarna i niech już będzie koniec — wtrąca mama. — I wracaj, Irka, do lekcji. Z rachunków znowu dostaniesz dwóję.

Mama ma rację. Bo mama krząta się i uwija, nie pozwala sobie pomóc, żeby tylko Irka na jutro, jak zwykle, odrobiła te swoje lekcje. Ale Irka też ma swoją rację. Czy można tak zostawić kota-dziewczynkę bezimienną na Kazikowych kolanach, niby nieszczęsnego, nagiego podrzutka? W tej właśnie chwili odezwał się Kazik, który wcale nie słuchał, co się dzieje. Zwyczajem małych dzieci gadał ni to do Irki, ni do mamy, ni do pani Gruzdowej. Ot do kota i do siebie.

— Ty będzies moja, nie Ilkowa, moja. Ty mas zamykane ocy! Taka jesteś ślicna, taka calna, calna, całka…

— Czarka! — krzyknęła Irka. — On powiedział: Czarka!

Kazik przycisnął do siebie kota, aż ten pisnął — Irka biegła do niego z rozwartymi ramionami.

— Nie biez jej! Lób swoje lachunki! — zawołał ze strachem. Ale siostra nie miała żadnych złych zamiarów. Chciała tylko uczcić wielki moment.

— Czarka! — zawołała i pogłaskała Czarkę po czarnym grzbiecie. — Ty jesteś Czarka, pamiętaj! Mamo, on powiedział Czarka. I już mamy imię…

— No i bardzo dobrze — powiada mama znad wielkiego worka. — Wracaj do rachunków.

Naturalnie, że teraz nie pozostaje nic innego. Ubrana w imię, jakby w dodatkowy ciepły kaftanik na futrze, Czarka ssie bezpiecznie Kaziowy palec. Irka odchodzi od nich z uspokojonym sercem. Ale pani Gruzdowa nudzi się na skrzyni. Pyta:

— A nie pokażesz mi, Irciu, swojego kotka?

Mama stoi odwrócona i pakuje garnki, jeden w drugi. A wszystkie mają się zmieścić w dużym żelaznym kociołku, tylko że na razie nie chcą w niego wleźć. Pani Gruzdowej nie klei się dzisiaj rozmowa z mamą. Może z Irką będzie lepiej? Z Irką rzeczywiście jest lepiej. Grzeczna Irka biegnie po swoją Czarunię jak na skrzydłach. Rachunki nie zając, nie uciekną.

— O, ależ to już duży kocur — powiada pani Gruzdowa ze zdumieniem. — Ale kto widział kota z takim ogonem!

— Ona jest mała, pije mleko i ssie. O, ssie — odpowiada z przekonaniem Irka. Uważa to za śmieszny figiel, podsuwa kotu palec. Czarka rzeczywiście wysuwa mordkę, pani Gruzdowa powinna się zdziwić i zachwycić… Ale nie, nie jest zachwycona. Zrywa się ze skrzyni. Drży. Woła w niebogłosy:

— Boże drogi, a to co za licho?!

Mamie z brzękiem wypadł garnek z ręki.

— Pani Gruzdowa, co się pani stało? Złego pani ujrzała?

Pani Gruzdowa już jest spokojna i śmieje się z siebie samej.

— A sama nie wiem, co mi się porobiło, tak sobie głupio krzyknęłam, sąsiadko. Ale chodź tutaj i sama powiedz, cóż to takie?…

Nie dotyka Czarki ręką, nie śmie, w powietrzu nad nią koła kreśli. I od tego strachu pani Gruzdowej, dorosłej pani Gruzdowej, małej Irce dreszcz przebiega pod skórą.

Mama nie boi się byle czego. Najspokojniej odpowiada:

— A cóż ma być? Kot to kot. Tyle że niemrawy…

— Tak mówisz? Tylko… czy to aby kot?

„To jest kot. Koteczek. Mój kot-dziewczynka” — powtarza w myśli Irka, ale nie śmie tego głośno powiedzieć. Nie śmie ani słowa powiedzieć. Kazik przelazł pod stołem (już można, już garnki, nawet te największe, stamtąd wywędrowały) i stanął za nią. Wstrzymali oddech oboje.

— Nie kot? — pyta mama z zainteresowaniem. — A co by miało być, jak nie kot?

— A bo ja wiem… — Pani Gruzdowa ociąga się i waha jak człowiek, który ma do powiedzenia coś złego. — Ja tam nic, ale… tak jak powiedzieliście!

— Jak ja powiedziałam? — nie rozumie mama.

— A tak, spytaliście: „złego pani ujrzała?” A kto wie…

— Bój się, pani, Boga!

Szary kożuch dziadka, ten kożuch, którego Irka się boi od dziecka, leży jeszcze na podłodze, wyrzucony z kufra. I zdaje się, że spod futra wyłażą pazury, błyskają żółte oczy.

— A może to jaki wilkołak? — powiada pani Gruzdowa.

I w tym momencie mama traci cierpliwość.

— Co za brednie pani wygaduje!

Mama podchodzi do skrzyni, na której siedzi pani Gruzdowa.

— Bardzo przepraszam — mówi — ale mi ta skrzynia do pakowania potrzebna. A ty, Irka, zabieraj się do Niusi lekcje odrabiać. Prędko! I macie się nie zagadywać, do siódmej żeby mi wszystko było gotowe. Jak wrócisz, to mi w pakowaniu pomożesz, nie będziesz siedzieć jak malowana. Z tego próżniactwa to się byle czego słucha.

Pani Gruzdowa wychodzi obrażona. Irka także wychodzi do Niusi. Pani Gruzdowa jest bardzo czerwona, Irce jej żal, ale mniej niż zwykle. Przypomina sobie, jak ojciec kiedyś powiedział, że ten zły syn pani Gruzdowej to ma ciężkie życie. A zła synowa ma jeszcze gorzej.

„Tak — myśli Irka — jednak to nie jest ładnie przyjść z wizytą, kiedy ktoś ma robotę, i nic sobie z tego nie robić. Nawet bardzo mili ludzie nie powinni tak postępować. A oprócz tego ktoś, kto wyhodował bardzo dużo kanarków, może się w ogóle nie znać na kotach”.

Z Niusią Majewską przyjaźniła się Irka zawsze, to znaczy od przedszkola. Niusia ma okrągłą buzię, nosek jak z waty, policzki jak z waty — jednym słowem bardzo przypomina wacianą panienkę, biało-różową tancereczkę, którą na szkolnej choince wiesza się pod świeczką. Irka siedzi na jednej ławce z Niusią Majewską, mieszka z nią w jednym domu, jest chrzestną matką jej lalki Makolągwy i jej jamnika Nurka. Czytały pod ławką jeden egzemplarz Ani z Zielonego Wzgórza i za to pani wyrzuciła je obie jednocześnie z klasy.

Pewnego razu pani zapytała Irkę z geografii, ale Irka wiedziała tylko tyle, że Wisła wpada do morza.

— Dlaczego nie odrobiłaś lekcji? — spytała pani i postawiła Irce dwóję.

— Odrobiłam lekcje! Siedziałyśmy do dziewiątej nad lekcjami razem z Niusią Majewską — odpowiedziała Irka. Wtedy pani wyrwała Niusię.

— Sądzę, że lepiej się popiszesz niż twoja sąsiadka?

Ale Niusia nie wiedziała nawet tyle, że Wisła wpada do morza. Pani nie była złośliwa. Pan w takich okolicznościach mówił zwykle: „Uczył Marcin Marcina, a sam jak cielęcina”. A pani nie. Westchnęła, postawiła dwójkę także i Niusi i powiedziała tylko tyle:

— Cóż, przyjaźń to piękna rzecz.

Irka i Niusia rzeczywiście się przyjaźnią. Ale jest to przyjaźń bardzo burzliwa. Co dzień rano jedna albo druga czeka pod bramą na przyjaciółkę. Biegną do siebie, już z daleka machając z radości rękami. Po czym… kłócą się przez całą drogę. Czasem pod szkolną bramę przychodzą takie pokłócone, że następuje oficjalne zerwanie stosunków.

— Nie rozmawiam z tobą! — oświadcza Niusia.

— To ja z tobą nie mówię. Na całe życie! — odpowiada Irka. Obie wykręcają się na pięcie i dumnie kroczą do swojej wspólnej ławki. Siadają obok siebie i udają, że wcale się nie widzą. Każda tylko zerka spod oka, czy sąsiadka nie wjeżdża łokciem na jej teren.

— Proszę się posunąć! Zabierasz mi więcej niż pół stołu!

— Ja z tobą nie mówię! Sama więcej zabierasz!

Wysuwają języki i obie ustalają granicę, linię demarkacyjną pośrodku stołu. Nie wolno tej linii przekroczyć ani łokciem, ani ołówkiem, ani piórem. W ten sposób nie dotkną się nawet, będą od siebie z daleka na tej samej ławce. Na całe życie. Ale granicę trzeba namalować. Najlepiej tuszem, i to zielonym, a żadna z nich nie ma zielonego tuszu.

— Gdyby rozpuścić liść w atramencie, toby chyba zzieleniał — powiada Irka do nikogo.

— Lepiej kupić farbę wodną i namalować pędzelkiem — odpowiada nikomu praktyczniejsza Niusia. Po pięciu minutach już nie pamiętają, że się kłóciły. I do domu wracają razem, kłócąc się po drodze — ale już o coś nowego.

Do tej właśnie Niusi Irka biegnie jak na skrzydłach.

— Czy wiesz — woła od progu — że dostaliśmy kota i mieszkanie?!

Niusia zrozumiała doniosłość tej wieści. Ale Niusia nie lubi, żeby ktoś miał nad nią przewagę.

— To cudownie! — woła. — A do mnie przyszła ciocia i przyniosła kalejdoskop. Wiesz, co to jest kalejdoskop? Latarnia magiczna.

— Nieprawda — odpowiada Irka. — Latarnia magiczna to przeźrocza, czytałam w jednej książce.

— Tylko nie próbuj być mądrzejsza od mojej cioci — ostrzega łagodnie Niusia. — Wiesz, że w nim obraz powtarza się dopiero po trzech tysiącach lat? Przez trzy tysiące lat możesz ciągle tym kalejdoskopem potrząsać, za każdym razem inaczej ci się ułoży, aż wreszcie ten pierwszy obrazek zobaczysz znowu po trzech tysiącach lat…

Irka nie ma zamiaru potrząsać kalejdoskopem przez trzy tysiące lat. Sama myśl ją przeraża.

Sto, nie, trzysta razy bardziej woli kota. Naturalnie mówi to zaraz. Niusia ma odpowiedź na końcu języka. Jeszcze chwilka i pokłócą się znowu na śmierć i życie. Ale co to? Coś miauknęło, ni to pisnęło spod Irki płaszczyka.

— O, widzisz — mówi Irka, odchylając połę — to jest właśnie Czarka…

Niusia jest dumna, obrażalska. Jak jej kto powie, że kalejdoskop to nie latarnia magiczna, to zaraz sobie myśli, że ciocię obrażono.

Ale jest jednak dziewczynką. Na widok Czarki, nawet nie całej Czarki, tylko czarnego łebka, wydaje pisk zachwytu.

— Daj, daj, jaka rozkoszna! Ona jest cieplutka… ona jest kicia, moja kicia, moja…

— Nazywa się Czarka — obwieszcza Irka.

— Czarka? To wcale nieładnie. Zmienimy jej imię, chcesz? Będzie Kiciuchna…

— Nie, nie chcę. Czarka to śliczne imię.

— Okropne!

— Śliczne!

— Okropne!

— Ona jest Czarka, i już!

O mało się nie pokłóciły drugi raz, ale Czarka pisnęła i rozpiszczała się już na dobre jak maleńkie dziecko.

— O Boże, co jej jest! — zawołała Niusia. I pobiegła po swoją mamę.

— Czekaj, nie leć. Bo widzisz, mnie się zdaje, że ona jest po prostu głodna.

— Co? Widzisz, jaka jesteś! A ja bym jej oddała swój cały obiad…

— Myślisz, że ja bym jej nie oddała? Zresztą nie potrzeba, mama jej dała taką michę, że nie wiem. Ale ona nie je.

— Jak to, nie je? Jeśli nie je, to nie jest głodna.

— A właśnie, że głodna! Dostała mleka i też tylko trochę wypiła… Ale gdzie lecisz, nie trzeba…

Niusia należy jednak do tych miłych dziewuszek, które pięciu kroków bez mamy nie przejdą.

— Mamo, mamo, ona ma kota, on nie je, chodź, zobacz!

Pani Majewska przybiegła z kuchni tak, jak stała, w szlafroku. Bardzo zaniepokojona.

— Kto ma kota i nie je, o co te hałasy?

Pani Majewska zawsze chodzi w szlafroku i Irce jej żal, bo słyszała od Niusi, że jej mama zmarnowała sobie życie. Prócz tego jest miła, podobna do Niusi, lekka, ładna. Pachnie fiołkami, częstuje ciasteczkami z morelową konfiturą, które są tak dobre, że Irka, chrupiąc je, nie wierzy w zmarnowane życie. Mama Niusi jest bardzo miła, ale Irka nie lubi jej wtajemniczać w swoje sprawy. I teraz spuszcza oczy, czerwieni się i niewiele dodaje do opowiadania Niusi. Najchętniej by milczała — tylko że nie może, bo mama Niusi zadaje masę pytań. A pytania nie dotyczą kota, lecz mieszkania.

— Kiedy się wyprowadzacie?

— Jutro.

— A czy mieszkanie będzie z balkonem?

— Mama mówiła, że tak, z balkonem — odpowiada Irka. Jest wściekła na Niusię, że „napuściła swoją mamę”. Miały się uczyć rachunków, miały sobie pogadać, miały przede wszystkim ratować Czarkę, a teraz co z tego? Jest nudno i sztywno. Czarka piszczy i co Irkę ten balkon obchodzi?

A znowu panią Majewską nic nie obchodzi Czarka.

— Owszem, ładny kotek — powiedziała obojętnym tonem osoby, która zmarnowała sobie życie. Balkon interesuje ją znacznie bardziej.

— Gdybyśmy mieli balkon, tobym się mogła opalać. Ale my nigdy nie będziemy mieli mieszkania jak się patrzy — wzdycha żałośnie matka Niusi.

— Dlaczego, proszę pani? — pyta Irka przez grzeczność.

— Dlaczego, moje dziecko? Przekonasz się, jak wyjdziesz za mąż z miłości! — proroczo mówi pani Majewska.

„Aha, to przez to ona sobie zmarnowała życie — myśli Irka, która i tak wie to dobrze od Niusi. — Ale Niusia jest głupia: Czarka piszczy, a ona nic”.

A ponieważ Niusia nic, Irka zbiera całą odwagę.

— Dobrze, proszę pani, nie wyjdę za mąż z miłości i nie zmarnuję sobie życia. Ale proszę mi powiedzieć, co się robi, jeśli mały kot piszczy i nie je?

Teraz się okazuje, że mimochodem, wcale na to nie licząc, można się dowiedzieć ważnej rzeczy — i to od kogoś, kto wcale o nic nie dba. To prawie tak jak w książkach z przygodami znaleziony przypadkiem skarb piratów na nieznanym wybrzeżu.

— Nie wszystkim małym kotom służy krowie mleko. Tak samo jak dzieciom, wiesz? Powinny mieć mleko matki. Najlepiej, żeby karmiła kotka, ale suka też może wykarmić kocię… Szkoda, że nasz Nur nie jest suczką. I matka masuje takiemu małemu brzuszek po każdym jedzeniu.

— Czym? — pyta głośno Niusia.

— Językiem! — zgaduje Irka. — To jest właśnie masaż, prawda, proszę pani, kiedy je liżą w brzuszki?… Ja ją mogę lizać… Chociaż nie, prawda, proszę pani, że to można wilgotnym ręcznikiem albo szczoteczką?

— Niusia, nie łap tego włochatego ręcznika. Bierzże ścierkę… Więc balkon macie — mówi pani Majewska — a od której strony?

Gdyby stryj Czesiek nie pracował w zakładzie transportowym, toby w ogóle nic nie wyszło z całej przeprowadzki. Ale gdyby mama przypadkiem nie zerknęła jeszcze raz do ciężarówki, jak tam wszystko zgrabnie stryj Czesiek razem z tatą ułożył, to w ogóle fotografię babki trzeba by potem szufelką zbierać, bo leżała na dole akurat pod stołkiem kuchennym i stołek by na nią zleciał. Jakby skruszył — to na miazgę. Mężczyźni nie umieją pakować.

— Irka, potrzymaj no tobołek, ja tu zaraz sama poprzestawiam — mówi mama i wskakuje do tego auta, wielkiego jak wóz.

Irka też może tam wleźć, powąchać, jak tu ślicznie pachnie, tylko samym drzewem, trocinami, jak na wsi. Dzieci chyba z całego podwórka zeszły się i patrzą. Wszystkie się przyglądają, wszystkie zazdroszczą Irce.

— O, to wy się przeprowadzacie? — pyta Genia Karbowiak, koleżanka z tej samej szkoły, ale właściwie wcale nie koleżanka, tylko dorosła panna z dziewiątej klasy. Nigdy dotychczas ta dorosła panna słowa nie powiedziała do Irki, a Irka nawet pretensji do niej nie miała. Ale kiedy się człowiek przeprowadza, i to wielkim wozem meblowym — to jakby mu od razu przybyło co najmniej ze trzy lata.

— A przeprowadzamy się na Żoliborz, bo tam dostaliśmy mieszkanie z balkonem — odpowiada Irka Geni z dziewiątej klasy.

— A co ty masz w worku? Kotka? — pyta Alusia z drugiego piętra i podnosi oczy na Irkę. Tak zwyczajnie Irka nigdy by się nie bawiła z byle maluchem, ale tego wielkiego dnia, kiedy się człowiek przeprowadza…

— Masz — powiada Irka — pogłaszcz ją.

I podsuwa lśniącą główkę Czarki pod małe, drżące ręce.

— Kicia… kicia… — powtarza z zachwytem mała dziewczynka.

To jest takie pożeganie Irki z podwórzem. Na szczęście nie ma jej koleżanek z piątej, boby się chyba pobeczała. Próżno powtarza sobie bez ustanku, że to mieszkanie będzie duże, własne i z balkonem, że na balkonie w skrzynkach posadzi takie kwiaty, jakie tylko zechce, łzy i tak się cisną do oczu.

— Nie odjeżdżam na zawsze. Nie przenosimy się na dziesiątą wieś — powtarza sobie Irka słowa mamy, mama to dziś od rana powtarza sąsiadkom, nawet starszej pani Maniewicz, która zawsze zajmuje całą kuchnię i kłóci się o wszystko, a teraz płacze, że traci takich dobrych sąsiadów, i przyszła straszyć mamę, że te nowe domy niedługo ustoją i komuś tam na Muranowie tynk zleciał na głowę.

Ale na co się przydadzą słowa mamy, kiedy tu oto z boku rośnie rachityczne drzewko, pod którym Irka tyle razy bawiła się w klasę-człowieka. I teraz leży pod nim kredą wyrysowany biały człowieczek z szerokimi ramionami, które zawsze najtrudniej przeskoczyć, a Irka wie, że w tego „człowieka” na pewno nie będzie już grała. A tam dalej, obok śmietnika, szary stojak, na którym kobiety trzepią dywany. Ale Irka wie, że ten stojak nadaje się do czegoś lepszego; czyż nie uczyła się na nim robić „gniazdo” i zwisać w dół głową? I szło to świetnie, znacznie lepiej niż w szkole na żółtych drabinach szkolnych. I to jeszcze nie jest wszystko; patrzy Irka w okno Niusi i myśli sobie, że już nigdy nie przebiegnie do niej przez podwórze. Patrzy Irka w okno Tosi z czwartego oddziału i myśli, że Tosia nigdy już nie będzie jej puszczać lusterkiem zajączków w same oczy. To był najpierw figiel, a potem umówiony sygnał, znaczył „zejdź na podwórze”. Patrzy Irka w swoje własne okno… Nie, to chyba najgorzej. Nie można sobie wcale wyobrazić, że okno… to okno przestało być jej.

Pani Gruzdowa przyszła się pożegnać, chce podać doniczkę do auta. Najlepiej tę doniczkę dać Irce, bo Irka zaraz wejdzie do środka. Tak, tak, trzeba wsiadać…

— Irka! — woła mama. — Coś się tak zagapiła, jedziemy!

— Irciu! — woła pani Gruzdowa i już popłakuje, chociaż jeszcze przed chwilą śmiała się razem z mamą.

— Do widzenia, Irciu! Do widzenia!

Kolejno znikają z oczu: szary stojak, drzewko, okno Niusi i własne okienko. A co będzie na nowym mieszkaniu? I przecież, jeżeli się zmienia mieszkanie, to nie można zostać w dawnej szkole. Jak w tej nowej szkole Irkę przyjmą? Czy tam znajdzie w ogóle jakieś koleżanki?

Jest się o co niepokoić, ale nie ma kiedy, bo Czarka nagle zapiszczała. Irka przysiada na skrzyni z kuchennymi naczyniami (w tej samej skrzyni jedzie i kożuch dziadkowy, zdarty z okropnego wilka) i przez woreczek ostrożnie zaczyna masować brzuszek Czarki. Już wiadomo, co ona pije: ciepłe krowie mleko, trochę rozwodnione. Ale to jej wcale nie służy. I z najwyższym niepokojem myśli Irka tylko już o jednym, czy na Żoliborzu znajdzie się psia mama dla Czarki?

— Irka, ustawiaj talerze. Ale nie tak, patrz, co robisz, najpierw wytrzyj z trocin.

— Irka, zostaw, nie dasz rady! Krzesła przenoś po jednym…

— Irka, odstaw rzeczy na lewo, widzisz, że ojciec ze stryjem szafę niosą…

O Boże, ile lataniny i w dodatku nie wiadomo, czy szafa przejdzie przez te drzwi, bo drzwi są małe. Ale mamie się oczy śmieją i ojciec, chociaż zmęczony, cichutko sobie gwiżdże.

A Irka stanęła na środku pierwszego pokoju i okręciła się na pięcie, aż zafurkotała spódniczka, i w drugim pokoju zrobiła to samo. I jeszcze z Czarką w ramionach wyszła na balkon, ten balkon, na którym dadzą się hodować najpiękniejsze kwiaty. Pokoje są duże i jasne, mebli w nich wcale nie widać. Gdyby ktoś chciał narysować na podłodze klasę-człowieka, toby się zmieściło i „niebo”, które „człowiek”, jak wiadomo, ma w głowie, i „piekło” w nogach, i oba ramiona. Ale grzech niszczyć taką śliczną podłogę. Z czego ona jest? Zielona i błyszcząca i wcale nie trzeba jej zaciągać. Jest łazienka z prysznicem i z kafelkami, ale najpiękniejszy ze wszystkiego — balkon.

Dzień już całkiem wiosenny, słońce mocno grzeje i ślizga się, całe złote, po niebie jak szkło. Z niebieskiego szkła strzela tysiąc promieni, jak tysiąc uśmiechów słońca.

W tym dawnym mieszkaniu było zawsze szaro. A tu tak niebiesko i biało, i złoto. I kwiaty kwitną na balkonie naprzeciwko. I w środku podwórza — piaskownica pełna złotego piasku. Tutaj się wierzy, że psia mama łatwo się znajdzie i z Czarki będzie kot jak się patrzy. Wierzy się we wszystko dobre…

— Irka, chodź, sienniki będziemy wypychać! — woła mama. Na tę chwilę Kazik tylko czekał — wyciąga obie tłuste łapiny:

— Chodź do mnie! Moja będzies. Calka, Calka, Calka… to ja ci dałem imiono…

Szczęście jego, że Irka nie słyszy. Ręce po łokcie zanurzyła w siennik. Na zielonej podłodze szeleści świeża słoma. To znaczy, że się mieszka już na dobre.

Do nowego mieszkania, wieczorem, kiedy już miało się kłaść na tych nowych siennikach, przyszli z sąsiedzką wizytą państwo Krawińscy z przeciwka. Oni sprowadzili się już wczoraj, więc czują na sobie obowiązek na nowym miejscu powitać sąsiadów. Przynieśli z sobą chleb i sól. Mama im bardzo dziękowała, okazało się przy tym, że pani Krawińska dużo wycierpiała w życiu i przez to ma serce dla ludzi.

— Tomek — powiedziała mama do ojca, kiedy za sąsiadami zamknęły się drzwi — Tomek, ja czuję, że nam tu będzie dobrze.

Rano mama zaprowadziła Irkę do szkoły. Po drodze trzeba było uważać, żeby później nie zabłądzić. Domy jasne i długie, ulice zielone. Wszystkie takie same, jak tu spamiętać drogę. Przed szkołą jest wielkie boisko i na wielkim boisku — wielka kałuża. A sama szkoła taka, jak wszystkie inne domy: biała, jasna i długa bez końca. Irka słyszała, a może czytała w jakiejś książce, że w jasnej, dużej szkole dzieci lepiej się uczą i że takie szkoły są lepsze. Ale w głębi duszy tęskniła za swoją dawną szkołą, tą ciemną i znaną. A kiedy przeszły z mamą przez całe boisko, gwar szkolny zaczął huczeć z bliska już nie jak ul, ale jak duży potok albo nawet młyn na potoku.

Dziewczynka bardzo nieśmiało wsunęła się za mamą w drzwi dyrektorskiego gabinetu. Było tam pełno pań i panów — nowych pań i nowych panów. Irka zmartwiła się znowu, że oni wszyscy będą ją uczyć, a ona nie wie nawet, jak się jaki pan nazywa. I nie wie, kto jest łagodny, a kto krzyczy. Próbowała zgadywać: „O, ten z wielkimi brwiami krzyczy na pewno”.

I właśnie ten pan z wielkimi brwiami powiedział:

— Do piątej? To do mojej klasy. Chodź no ze mną, mała.

Pan miał bardzo gruby głos i to całe szczęście, inaczej by nigdy nie przekrzyczał czterdziestu sześciu młodych gardeł, które wrzeszczały wszystkie naraz. U nich na Grochowie także bywało głośno, ale tam Irka darła się razem z innymi i wcale nie była onieśmielona. I miała pełno koleżanek, takich koleżanek jeszcze z przedszkola, na przykład Niusię. Więc ta nowa klasa na Żoliborzu wydała jej się okropnie hałaśliwa. Zrobiło się jej strasznie na sercu, kiedy pan powiedział tej wrzaskliwej bandzie, że mają tu Irkę, nową koleżankę — i wszyscy, jak na komendę, utkwili w niej ciekawe oczy. A jeszcze gorzej jej się zrobiło, kiedy pan wyszedł i została sama wśród tłumu, potrącana przez wszystkich, wypytywana przez wszystkich i obserwowana przez wszystkich.

— Nowa, skąd ty jesteś? — pytał prędko jakiś chłopak, który gonił zresztą innego chłopaka i wcale nie czekał na odpowiedź.

— Nowa, tyś gdzie chodziła do szkoły? — pytała protekcjonalnym tonem dziewczyna bardzo widocznie pewna siebie, wyższa od Irki o głowę. — A jak się nazywasz?

Irka chętnie by się zapadła w mysią dziurę. Po chwili nikt już na szczęście nie zwracał na nią uwagi, oprócz dziewczyny bardzo pewnej siebie, która, jak się okazało, dzieliła z nią ławkę. Ta wypytała dokumentnie o nazwisko i adres, czy Irka ma rodzeństwo i gdzie pracuje jej tata. W zamian za wszystkie te informacje oznajmiła krótko:

— Bardzo brzydki piórnik. Po co te kwiatki?

Kwiatki na piórniku, który był rzeczywiście dosyć odrapany, dorysował Kazik nowymi kredkami; to była niespodzianka od niego na ostatnie Irki imieniny. Od tego czasu parę razy te kwiatki pieczołowicie poprawiał.

Irka wcale jej nie odpowiedziała. Spuściła oczy, niby to gumki szuka. Irka jest pewna, że z taką sąsiadką nie zaprzyjaźni się nigdy w życiu, i gdzie jest Niusia — ach, żeby się znowu znaleźć przy Niusi, w dawnej szkole, na dawnym miejscu… Sąsiadka z ławki nazywa się Danka — paskudne imię, myśli zaraz Irka, która już znała w życiu jedną Dankę i także jej nie lubiła. Ma rude włosy — paskudne włosy, Irka zaraz sobie przypomniała, że rudzi są złośliwi. Przysłowie. Przysłowia są mądrością narodu. Na pewno nie odezwie się do niej nigdy w życiu.

— Słuchaj — stuka Dankę w plecy dziewczynka z warkoczami — słuchaj, kiedy będą te twoje szczeniaki? Obiecałaś, mama się zgodziła — i co? Czekam i czekam, aż mamie się odechce…

— Co ja ci na to poradzę? — śmieje się Danka. — To nie moja wina. Jak Norka urodzi, to będą szczenięta.

Nie, Irka nie dotrzyma słowa, choćby ta Danka nazywała się nawet Petronela, choćby miała nie rude, tylko fiołkowe włosy — to i tak się do niej zaraz odezwie.

Odwraca się w ławce gwałtownie, wytrąca Dance zeszyt z rąk. Kiedy indziej by się speszyła, ale w tej wielkiej chwili nie zwraca na to zupełnie uwagi ani nie słucha, co oburzona właścicielka zeszytu zrzędzi jej tam nad uchem.

— Słuchaj! Słuchaj! — przekrzykuje ją, jak nie Irka. — To ty masz pieska? Taką sukę ze szczeniętami?

— Mam — odpowiada ostrożnie zaskoczona Danka. — Mam. Ale co ci do tego?

— Daj mi go! — błaga Irka. Już nawet nie błaga; natarczywie wyciąga ręce, jakby ruda Danka chowała swego psa między kartkami szarego zeszytu w kratkę. — Ja muszę mieć, ja takiego psa szukam…

Nieśmiałość tylko przy pierwszym słowie drapała w gardle uprzykrzoną chrypką. Teraz Irka zupełnie zapomniała o swojej nieśmiałości, która nie ma znaczenia, bo Czarka choruje i źle się chowa na tym krowim mleku rozcieńczonym wodą.

— Co musisz mieć? Szczeniaka? — pyta ruda Danka, która już nie ma takiej pewnej miny.

— Nie, nie, sukę… bo, rozumiesz, ja mam kota. I on się źle chowa. Musi mieć mleko…

— Uważaj, bo pani idzie — przerywa Danka. Irka, oczywiście, w podnieceniu nie usłyszała wcale dzwonka.

Pani weszła, od razu ją zawiadomiono, że przyszła nowa. Irka musiała wstać i znowu się przedstawić.

— Och, moje dziecko, nic cię nie słyszę — powiedziała pani. — Jeszcze raz powtórz, jak ci na imię?

— Irka — powiedziała Irka jeszcze ciszej.

— Siadaj. Jesteś bardzo nieśmiała, prawda?

Irka tylko głową kiwnęła. Ale kiedy lekcja się skończyła, nieśmiałość znowu z niej opadła. Irka złapała rudą Dankę za rękaw:

— Muszę mieć mleko, muszę!…

Danka, chociaż ruda, zmartwiła się ogromnie.

— Wszyscy na mnie — rzekła z boleścią. — A tymczasem Norka tych swoich szczeniaków wcale jeszcze nie urodziła. Może one jutro będą?

— Trudno, do jutra poczekam. Ale czy na pewno?

— A skąd ja mogę wiedzieć, czy na pewno, ty śmieszna dziewczyno?

Powiedziała „śmieszna dziewczyno”, a Irce i tak się wydaje, że w tej nowej szkole wszyscy się z niej śmieją. Na chwilę, na sekundę tylko, wraca jej dawna nieśmiałość, głos cofa się do gardła. Ale to zaraz przechodzi; przecież Czarka musi mieć mleko jak się patrzy, żeby w nocy nie piszczała.

— A w twoim domu nikt nie ma małych piesków? Albo na korytarzu? Albo u rodziny?

— W moim domu — odpowiada niechętnie Danka — to ja nie wiem. Nikogo nie znam.

— Dlaczego nie znasz?

— Bo myśmy się tu przeprowadzili dopiero dwa tygodnie temu. I jeszcze nikogo nie znamy. Bo my jesteśmy z Woli. A tutaj — Danka spojrzeniem, pełnym głębokiej niechęci, obrzuca jasną klasę — tutaj nie masz pojęcia, jacy ludzie są nieżyczliwi…

— Więc ty też jesteś nowa? — pyta Irka z ogromnym zdumieniem.

— Tak jakby. Ale naprawdę to tu wszyscy są nowi. Cała szkoła.

Irka nie odpowiada ani słowa, bo usta otworzyła ze zdziwienia. Więc to tak! Tutaj wszyscy nowi, więc właściwie ona jest jak inni, nie ma się czego bać…

Już innym tonem pyta:

— Dlaczego nieżyczliwi?

— A, bo tak powiedziała moja mama — wysuwa Danka argument nie do odparcia.

Irki mama znowu mówiła inaczej. Ale, oczywiście, tego powiedzieć nie można, bo gotowa kłótnia; każda musi bronić autorytetu swojej mamy. Mówi więc tylko:

— Koło nas mieszkają państwo Krawińscy. Oni są bardzo mili, wiesz? Bo dużo znieśli w życiu. Ale nie mają psa.

— No, to się spytaj w klasie!

Dobrze, ale kiedy? Na przerwie nie można, bo wszyscy biegają. Na lekcji Irka próbowała zagadnąć tę dziewczynę z warkoczem, która przed nią siedzi — nic jednak z tego nie wyszło, doczekała się tylko uwagi od pani.

— Jesteś pierwszy dzień w szkole i nie możesz spokojnie wysiedzieć?

Znowu dzwonek, czwarta przerwa, za godzinę wszyscy się rozejdą.

— No i co, pytałaś się kogo? — zagaduje Danka do strapionej Irki.

— Nie mogłam — powiada Irka i podpiera sobie policzek ręką jak baba. — Te dzieciaki takie rozlatane, że aż wstyd. A ty pytałaś?

— Tak. Wackę i Manię, ale one nic nie wiedzą. Wiesz co — ożywia się nagle Danka — mam myśl! Napisz na tablicy ogłoszenie!

— Wychodzić z klasy, wychodzić! — wypędza dyżurna. — Nowa, co ty mażesz na tablicy?

— To wcale nie jest mazanie po tablicy, tylko ogłoszenie — wyjaśnia z powagą Danka. Więc dyżurna opiera się o ławkę i razem z Danką patrzą, jak wielkie, białe ogłoszenie pojawia się na czarnym tle. Najpierw „Uwaga, Uwaga” i sześć wykrzykników. Potem:

Kto ma w domu sukę z małymi pieskami, to niech się zgłosi do Ireny Piędzickiej, trzecia ławka pod oknem — dyktuje głośno Danka.

Bo ja mam kota. Ten kot ssie i umrze, jeśli nie dostanie mleka — pisze Irka do końca już sama. Na końcu miała ochotę narysować Czarkę albo przynajmniej głowę Czarki ze sterczącymi uszkami. Ale dyżurna, kiedy tylko ukazały się na tablicy dwa artystyczne wąsy, przypomniała sobie o swojej urzędowej godności:

— Tylko bez żadnego mazania!

Irka ciężko westchnęła, zmazała gąbką oba wąsy i nie bez satysfakcji przyjrzała się napisowi, który w głębi duszy uważała za bardzo udany. Ale dopiero teraz się okazało, jak poważnie traktuje Danka swoją rolę doradcy.

— Bardzo głupio to napisałaś.

— Dlaczego głupio?

— Bo tak. Mówię ci. Nic na to nie poradzę. Ja mam takie usposobienie, że mówię zawsze prawdę w oczy. Ciągle powtarzasz: „ten kot” i „ten kot”.

Irka jest zgodna.

— A jak chcesz, żeby było?

— Powinno być poważnie!

— Więc jak?

— Jak, jak… Nie „ten”, tylko „który”.

— „Który kot ssie i umrze, jak nie dostanie mleka?” — powtarza sobie dla pewności Irka, chociaż jej straszno tak mówić, że Czarka umrze.

— Och, jaka głupia dziewczyna! Ty chodziłaś do szkoły na Grochowie, tak?

— Tak.

— No, to na całym Grochowie byłaś pewnie najgłupsza. Nie „który kot”, tylko „który” bez „kot”. I nie mam, bo to niepoważnie, ale „posiadam”, bo tak lepiej. I w ogóle „niżej podpisana”.

— Niżej jaka? — pyta zupełnie ogłupiała Irka.

— Na ogłoszeniach tak piszą! Moja mama też była niżej podpisana, jak zgubiła teczkę.

— No dobrze — powiada Irka i posłusznie ustawia się przed tablicą. Bierze gąbkę, zmazuje. Bierze kredę i pisze pod dyktando:

Bo niżej podpisana posiada kota… i nagle Irka się buntuje:

— Napiszę „ten”! Nie napiszę „który”!

Danka obrażona wcale nie odpowiada.

— Nie gniewaj się — mówi Irka ze łzami w oczach — ale ja naprawdę nie mogę napisać „który”.

— Dlaczego nie możesz?

— Bo nie wiem, jak się pisze, przez „u” czy przez „ó”. Może wy wiecie?

Dyżurna, na imię jej Tosia, sądzi, że przez „ó”, ale dyżurnej brak pewności siebie.

— Może to napisać jakoś zupełnie inaczej?

— No właśnie! — pochopnie cieszy się Irka. — Napiszę „ten kot”. Od razu mówiłam!

Danka odrzuciła z ramion na kark burzę rudych włosów i rozkazała krótko:

— Pisz przez „u” zwykłe!

W głębi duszy nie była wcale pewna, czy to jest dobrze, ale nie dała tego po sobie poznać, żeby postawić na swoim.

I ostatecznie, kiedy po przerwie zziajani uczniowie piątej klasy zajęli miejsca, oczom ich przedstawił się następujący piękny anons:

Uwaga!!! Uwaga!!!

Kto posiada sukę z małymi pieskami, to niech się zgłosi do Ireny Piędzickiej, trzecia ławka pod oknem, ktura niżej podpisana posia­da kota, ktury niżej podpisany kot ssie i umrze w przeciwnym wypadku.

— O! — zawołała z podziwem cała piąta klasa.

Ledwie zdążyli zawołać to „O”, kiedy do klasy wszedł nauczyciel — pan od polskiego. Pan był wysoki, wesoły, lubił dzieci, nigdy się bardzo nie gniewał. Miał tylko jedną wadę, że się zanadto śpieszył. Teraz również się śpieszył, położył teczkę na katedrze i stanął przed tablicą, żeby napisać temat dzisiejszej lekcji. Już podniósł kredę — wtem znieruchomiał. Irka z boku starała się zerknąć, z jaką miną pan czyta jej ogłoszenie, ale nie mogła dostrzec jego twarzy. Za to plecy panu zaczęły się nagle trząść, a kreda skakała w jego ręce w górę i w dół. To dosyć długo trwało, ale pan jakoś nie śpieszył się tym razem.

— Słuchaj, co się panu zrobiło? — zapytała Irka sąsiadki. — Dlaczego się trzęsie?

— Ze śmiechu — wyjaśniła Danka również szeptem. — Zawsze tak! Najpierw pan się odwraca do tablicy i dopiero kiedy się wyśmieje, to na nas spojrzy, ale wtedy jest zły.

— Dlaczego?

— Dla powagi! — wytłumaczyła grobowym głosem współautorka napisu. — Nauczycielowi nie wolno się śmiać, bo zaraz utraci całą powagę. Pan nie wie, że my wiemy, że się śmiał, więc się boi, że się domyślimy. Teraz będziesz miała, zobaczysz! — zakończyła złowróżbnie i prawie głośno.

Irkę przeszły ciarki, ale spytała z urazą i zwątpieniem:

— Co tu jest do śmiechu?

Zdradziecka Danka zupełnie się jej wyparła.

— Twoje gryzmoły — wyszeptała.

W tejże chwili pan od polskiego odwrócił się od tablicy — Irka mogła stwierdzić, że jej informatorka miała całkowitą rację. Pan patrzył na klasę z ogromną powagą.

— Hm — powiedział — która to niżej podpisana?

Irka nie była bardzo śmiała, ale była prawdziwie odważna; to wcale nie jest jedno i to samo. Natychmiast wstała z ławki.

— Więc to ty posiadasz niżej podpisanego kota, który umrze?

— Tak — odpowiedziała Irka bardzo cichutko. I nagle się przestraszyła, że Czarka naprawdę umrze, więc dodała znacznie głośniej: — Nie umrze, jeżeli dostanie psiego mleka.

— Mam nadzieję — przyświadczył poważnie pan. — Ty tu jesteś nowa, dziewczynko?

— Tak. Pierwszy dzień — odpowiedziała Irka, przekonana, że taki wstęp nie wróży nic przyjemnego.

— A gdzie chodziłaś do szkoły?

— Na Grochowie.

— I tam, na Grochowie, był zwyczaj pisać „który” przez „u” zwykłe?

Wstrętne dzieciaki z Żoliborza gruchnęły śmiechem. Irka z odrazą patrzyła, jak chłopakowi siedzącemu przed nią skacze jasna czupryna.

A najdziwniejsze i najgorsze, że ta fałszywa Danka śmiała się razem z innymi.

Ale zaraz urwał się śmiech; pan uderzył w pulpit pałeczką od pokazywania na mapie i powiedział:

— Nie ma się z czego śmiać. Jakbyście sami nie robili jeszcze gorszych błędów! Zdanowiczówna teraz się śmieje, a z klasówki dwója…

Pan wskazał pałeczką wypchaną teczkę leżącą na katedrze. Fałszywa Danka zaraz spuściła nos na kwintę — możecie mi wierzyć, że Irka się tym nie zmartwiła. Ze wszystkich stron zerkano na teczkę, zgadywano w duszy, jakie będą stopnie, wymieniano spojrzenia i szeptano, że klasówka znowu źle wypadła. Tymczasem pan kazał Irce siadać i przechadzając się między ławkami mówił, jakby nigdy nic, o nieszczęśliwym „kturym niżej podpisanym kocie”.

— Ogłoszenie — powiedział pan — to również ważna rzecz. Ludzie w ten sposób porozumiewają się ze sobą. I zdawałoby się, że rzecz jest łatwa, zgubiłeś coś — pytasz, kto znalazł. Nie możesz dostać lekarstwa w aptece — pytasz, kto je ma. Albo, tak jak teraz, z tym kotem… — Pan zatrzymał się przed ławką Irki i mówił dalej, trochę jakby do niej, a trochę do klasy: — I dlatego miała rację Irka Piędzicka, że dała to ogłoszenie na tablicy. Postąpiła bardzo rozsądnie!…

W tym miejscu pan od polskiego lekko stuknął pałeczką w stolik Irki. To oznaczało pochwałę: klasa już się nie śmiała, patrzyła natomiast na Irkę z zaciekawieniem, jak na osobę rozsądną. Ale Irka nie podniosła nawet oczu. Uważała się za ostatecznie skompromitowaną i wcale nie chciała, żeby te wstrętne dzieciaki na nią się gapiły.

— Ale… — powiedział pan, a wszyscy zaraz zgadli, że już nie ma zamiaru chwalić Irki Piędzickiej — ale źle się do tego zabrała. A dlaczego źle?

Pan się rozejrzał, ale nikt nie wiedział.

— Proszę pana — nie wytrzymała wreszcie Ewa Kabat, najmniejsza w klasie, ale ogromnie ciekawa osoba. — Co to znaczy „niżej podpisana”?

— No — zwrócił się do Irki pan od polskiego — może odpowiesz koleżance na to pytanie?

— Nie wiem — odszepnęła Irka. I głośniej, grubym głosem powtórzyła: — Nie wiem!

Bardzo się bała, żeby nie wybuchnąć płaczem przed tym obcym panem i przy obcych dzieciach; toby już przecież była ostateczna kompromitacja. Jak zwykle, kiedy się o tym myśli, jak by je powstrzymać, łzy same z siebie podpłynęły do gardła. Dlatego Irka mówiła takim grubym głosem. Ale na szczęście, pomimo to, nikt niczego nie zauważył.

— Więc dlaczego napisałaś w swoim ogłoszeniu coś, czego nie rozumiesz?

Irka spojrzała na Dankę; mogłaby się przecież tłumaczyć, że ona napisała coś zupełnie innego, dopiero ta Danka narobiła krzyku i kazała jej zmienić dobre ogłoszenie na to nie wiedzieć co. Mogłaby… gdyby Irka nie była ambitną dziewczyną i gdyby była tchórzem. Danka zrobiła się cała czerwona. Patrzy Irce na usta. „Ona by na pewno zaraz naskarżyła na drugą” — myśli Irka z pogardą. I mówi powoli tym swoim głosem grubym od łez:

— Ja… nie wiem. Myślałam, że tak… tak będzie ładniej.

Pan się ogromnie ucieszył, panu, jak się okazuje, właśnie o to chodziło.

— A widzisz, widzisz, to właśnie niedobrze! Człowiek nigdy nie powinien pisać tego, czego nie rozumie, bo w ten sposób najłatwiej głupstwo napisać. Tego się wszyscy nauczcie! A teraz powiedz, dlaczego ci się wydawało, że tak będzie ładniej?

Irka milczy. Wpatruje się w stół.

— No i cóż, nic mi nie powiesz?

Powinna powiedzieć — ale Irka za nic na świecie by nie powiedziała. Choćby ją kroili w paski, w drobne paski. I nie powie, nie ma się rudzielec jeden co wiercić! Zdanowiczówna już się nie śmieje, patrzy prosto na Irkę przestraszonymi oczami. Nie ma się czego bać, Irka nie jest taka, nie powie. Nie powie! Nie powie!

— Co ci jest, Niżej Podpisana? Nie słuchasz mnie? Dziecko, ty jesteś chyba bardzo zmęczona? — woła pan od polskiego, widząc, że Irka zachwiała się w ławce. Każe jej usiąść, chociaż ambitna Irka zapewnia grubym głosem, że jej nic nie jest. Pan każe otworzyć okno, bo w klasie jest duszno. I już po otwarciu okna pan kończy swoje wywody o niezrozumiałych wyrazach.

— A może to słowo właśnie dlatego się spodobało, że niezrozumiałe i obce? — mówi już nie do Irki. — Czasem tak bywa. Strzeżcie się, moi drodzy, takich słów, które pięknie brzmią i niewiele znaczą. One się nieraz podobają i dorosłym również. Ale nie można im ufać.

Irka patrzy w stół i po swojemu rozumie przemówienie pana:

„Nie można ufać Zdanowiczównie. To ona właśnie jest taki obcy wyraz. Niby dyktuje ogłoszenie, bo jej mama niby zgubiła teczkę, więc się niby zna!… Niech tylko nie myśli, że dam się za nos wodzić” — postanawia. I słucha ze wstydem wyjaśnienia pana, że „niżej podpisana” to jest taka, co się niżej podpisze. Gdyby tam na samym dole było napisane „Irena Piędzicka”, to wyżej mogłoby być „niech się zgłosi do niżej podpisanej”. Kot w ogóle nie może być niżej podpisany, bo kot, nawet Czarka — nie pisze. „Który” pisze się przez „ó”. I nie „posiada kota”, tylko „ma kota”.

Nareszcie dzwonek! Irka zebrała w mig wszystkie zeszyty i skoczyła do drzwi, nie spojrzawszy nawet w stronę sąsiadki, chociaż ta bezczelnie usiłowała pociągnąć ją za fartuch. Byle jak najprędzej do domu, można i po kałuży, byle dalej od całej tej bandy, od fałszywej Danki, od pana, od ogłoszenia, nawet od dyżurnej z warkoczami — od wszystkiego. Nie miała żadnych wątpliwości, że w tej nowej szkole będzie niedobrze — w dodatku już na korytarzu, prawie przy drzwiach, chłopak, ten jasny, co się śmiał głupio na lekcji, trącił Irkę tornistrem. Niechcący, ale mocno. Krzyknęła na niego. Niewychowany chłopak odpowiedział:

— Przymknij się, Niżej Podpisana!

Irka udała, że nie słyszy, nie będzie się z byle chłopaczyskiem przekomarzać. Ale i tak wie: już na zawsze w tej nowej szkole będą na nią wołać „Niżej Podpisana”. Tak nieładnie. I już w połowie drogi Irka zobaczyła, że naprawdę ktoś ją goni. To była Danka Zdanowiczówna, jak się okazuje, dziewczyna zupełnie bez ambicji.

— Zaczekaj! — woła Zdanowiczówna. — Nie leć, zaczekaj! — Irka przystanęła na chwilkę, żeby pokazać, że się nie boi. Zawołała za siebie:

— Ja się z tobą gniewam!

Zdanowiczówna spuściła głowę i odeszła.

Irka przebiegła jeszcze parę kroków. W domu już będzie dobrze, w domu czeka na nią mama, Kazika też zaraz sprowadzi z przedszkola. A pod kaloryferem w koszyku — najdroższy, czarny kłębek, Czarka! Irka już sobie wyobraża tę chwilę, jak naciska guzik dzwonka, jak wchodzi do nowego mieszkania, jak drzewo pachnie. I lakier — wszystko po nowemu. Irka sobie wyobraża, co mama powie na przywitanie. I staje pośrodku drogi. Bo mama na pewno powie tak: „Ależ ten twój kot piszczy i piszczy”.

A jeszcze może powiedzieć: „Odmieniec jakiś!”.

To wszystko na biedną Czarkę! I powie tak na pewno, bo mleka ze spodeczka Czarka nie chce, a psiej mamy do tej pory nie udało się znaleźć. Irka przypomina sobie natychmiast, że Zdanowiczówna ma suczkę, Norkę. Norka będzie miała szczeniaki i nada się na psią mamę. I w tej samej chwili zapomina o „kturym niżej podpisanym kocie”, o „przeciwnym wypadku”, o tym, jak pan się śmiał, i nawet o tym, że sama została Niżej Podpisaną.

— Stój, czekaj! — woła z kolei ona i biegnie do Zdanowiczówny. Zdanowiczówna na szczęście nie odeszła jeszcze daleko. Stanęła na rogu i zaczekała na Irkę. To dziewuszysko rude i fałszywe pod jednym względem przynajmniej przypominało Niusię: po dwóch minutach już nie pamiętało ani o tym, że w szkole była awantura, ani o tym, że Irka się gniewa. Nawet, że się przestała gniewać.

— Chodź ze mną — powiedziała Zdanowiczówna. — Zobaczysz Norkę, czy ci się nada dla kota.

Irka zawahała się przez chwilę, ale Danka idzie przodem i wcale się na nią nie ogląda, jakby w ogóle nie było się nad czym namyślać. Irka drepce za nią przez te podwórza-niepodwórza. Ogromne prostokąty zieleni przecinają na ukos, nie zważając wcale, że nie wolno deptać trawników, mijają piaskownicę, w której bawią się dzieci. Potem pokazuje się drugie, takie samo podwórze-niepodwórze, też z piaskownicą na środku. Irka zupełnie nie wie, gdzie jest ani jak stąd wróci. To nic, jakoś się dopyta. Ważniejsze, żeby Norka była psem jak się patrzy. Nareszcie schody, galeria jakaś, drzwi. Zdanowiczówna te drzwi trąca, wypada z nich jakaś kartka.

— Inkasent był z gazowni — mówi Zdanowiczówna. — Ciągle płać i płać!

Irka spogląda na nią z uznaniem: „płać i płać” powiedziała, zupełnie jak dorosła.

Wchodzą do pustego pokoju, w którym panuje okropny nieporządek. Dwa łóżka rozesłane, materac na ziemi, na stole resztki jedzenia, a okruchy wszędzie, nawet na pościeli.

— Czy to jeszcze po przeprowadzce? — pyta Irka.

— Co po przeprowadzce? — dziwi się Zdanowiczówna i kopie materac leżący na podłodze. — Norka, Norka! Widzisz, nie ma jej, ten pies gdzieś poleciał!

— Masz ci! — powiada smutnie Irka, ale w głębi duszy nic a nic nie dziwi się Norce, że nie chciało jej się siedzieć w takim bałaganie.

— Chodźmy jej szukać na podwórze! — woła Danka.

Irce także się spieszy, ale pomimo to przystaje ze zdziwieniem:

— Jak to? Ty tu nie posprzątasz?

— Też coś! No idziesz czy nie?

Wybiegają z mieszkania. Na schodach Zdanowiczówna oznajmia z dumą:

— Ja sprzątam tylko, kiedy mi się podoba!

„Chyba nigdy jej się nie podoba” — myśli sobie Irka, ale postanawia nic już nie mówić i nie dziwić się niczemu.

— Norka! Norka! — wrzeszczy Zdanowiczówna na podwórzu, aż z okna na parterze wyjrzała jakaś sąsiadka i dała jej reprymendę.

— Ciszej trochę! Dziewczynko, jak ci nie wstyd!

— A bo co, nie wolno? Podwórze dla wszystkich — odpowiada niegrzecznie Zdanowiczówna.

Wprawdzie Irka postanowiła sobie do niczego już się nie wtrącać, nie pytać o nic i tylko szukać tej Norki, ale takie chuligaństwo to jednak za dużo dla Irki. Niusia nigdy by tak nie odpowiedziała ani żadna dziewczynka z Grochowa, z dawnej szkoły. Irce robi się bardzo wstyd. Podchodzi pod okno, za którym obrażona pani znieruchomiała z oburzenia, i grzecznie dyga:

— Bardzo panią przepraszamy, ale my tak krzyczymy, bo nam zginął pies. Czy pani go może nie widziała?

Pani za oknem potrząsa głową.

— Dobrze ci z oczu patrzy, moje dziecko. Dlaczego się zadajesz z tą chuliganką z góry? — pyta ze zdziwieniem.

Zdanowiczówna na ścieżce włosy w tył odrzuca i zaciska usta. Cała się zaczerwieniła, za chwilę powie coś niegrzecznego. Na szczęście Irka ją ubiegła i mówi sama:

— To nie jest żadna chuliganka, proszę pani, tylko moja koleżanka. Jej właśnie zginął pies. Czy pani nie widziała… Danka, jakiego koloru jest twoja Norka?

— Szara — odpowiada Zdanowiczówna, zbliżając się o krok. — To jest wilk, szary wilk. I nie powinna wychodzić z domu…

— Wilczyca? Szara, szczenna suka? — pyta pani z okna, która już zupełnie przestała się gniewać.

— Tak! Tak! Gdzie ona jest? — wołają obie dziewczynki jednym głosem.

— A tego nie wiem, moje małe. Może z godzinę temu była na podwórku…

— I dokąd poleciała?

Zdanowiczówna omal się nie wspina na parapet, żeby uzyskać jakieś dalsze informacje.

— A kto by tam patrzył za psem! — uśmiecha się pani w oknie miło i lekceważąco. — Kręcił się, kręcił, aż poleciał.

Okno się zamyka.

— Norka! Norka! Norka!!! — Obie dziewczynki z dziesięć razy chyba obiegły to podwórze i te wszystkie domy, które Irce się wydawały takie trudne do zapamiętania. Pytały wszystkich po drodze, a małe dzieci w piaskownicy, bardzo zadowolone, że starsze dziewczynki zwracają się do nich o pomoc, przyłączyły się do szukania.

— Suka… to zawsze przyjdzie do domu… Mogła gdzie pogonić… — powiada wreszcie Irka, nie patrząc Zdanowiczównie w oczy. Wiadomo, że takie powiedzenie oznacza rezygnację. Ale trudno; zmierzch już zapada, trzeba wracać do siebie. Zdanowiczówna to rozumie. Ciężko wzdycha i przyświadcza:

— Przyleci…

I w tej chwili przylatuje, ale wcale nie Norka. Jakiś berbeć na tłustych nożynach omal się nie przewrócił. Staje przed obiema dziewczynkami, nie mogąc złapać tchu.

— Ja ci coś powiem — woła, machając rękami na znak, że wiadomość jest ogromnie ważna i okropna. — Twojego psa ukradli!

— Co ty pleciesz? — spytała Zdanowiczówna przerażonym głosem.

— No, ukradli, jakieś chłopaki prowadziły go na sznurze! — wyjaśnia dzieciak.

Zdanowiczównie zadrżała broda.

— Norkaa!… — krzyknęła jeszcze raz, w przestrzeń, głosem, który się rozpłynął. A potem rozpłakała się tak okropnie, że dzieci z piaskownicy zaczęły popłakiwać również. I wobec tego Irka musiała „wziąć sprawę w swoje ręce”, jak to określa mama.

— Nie rycz! — mówi do Zdanowiczówny. A dzieciakowi każe natychmiast opowiedzieć, jak wyglądały te chłopaki, co ciągnęły na sznurku biedną Norkę.

— Czy byli wysocy?

— Tacy wysocy! — odpowiada dzieciak. Podskakuje, ręce podnosi… Irka ciężko wzdycha, a Zdanowiczówna tylko jęknęła. Tak, tak, Norkę porwały jakieś olbrzymy.

— A ilu ich było?

— Dwóch — odpowiada świadek. — Nie, trzech…

— Dwóch czy trzech?

— Trzech! A może nawet czterech!

— Boziu kochana! — zawodzi Zdanowiczówna.

— Nie rycz! Czterech i wszyscy tacy wysocy?

— O tacy!

— I na pewno czterech?

— Czekaj… — Tłusty chłopczyk rozłożył tłustą rączkę i po kolei zaginał różowe palce, mięciutkie jak gąbki. — Więc dwóch ciągnęło Norkę na takim grubym sznurze… (Zdanowiczówna wyciera nos z wielkim hałasem. Dlatego, że zabrakło jej łez, a przecież musi w jakiś sposób okazać rozpacz). A dwóch popychało z tyłu. A jeden trzymał ją za ogon… (Boziu kochana! — jęczy Zdanowiczówna). A drugi za uszy. A jeszcze jeden podawał jej kiełbasę…

— Jaką kiełbasę?

— Zwyczajną. Na sznurku — stwierdza świadek.

— Złodzieje psów zawsze mają kiełbasę, żebyś wiedziała — dodają inne dzieci.

Mniejsza o kiełbasę, gorzej, że Irce pomieszał się z tego wszystkiego rachunek. Każe powtórzyć od początku.

— Dwóch na sznurku, tak?

— Nie — prostuje Zdanowiczówna — to Norka na sznurku. Oni ją ciągnęli…

— Nie rycz. Wszystko jedno. Z przodu dwóch, z tyłu dwóch — razem czterech. Jeden za ogon, drugi za uszy — to sześć. Jeden kiełbasę. To razem…

— Nie, dwóch.

Świadek z piaskownicy promienieje dumą. Z przymilnym wyrazem podnosi na Irkę niebieskie oczy. Wygląda na dobre dziecko, które chce z całej duszy pomóc w poszukiwaniach. Irka łapie tego aniołka za białą koszulkę.

— Gadać po ludzku nie umiesz? — wrzeszczy z furią, jak wrzeszczała pani Maniewicz, kiedy ktoś we wspólnej kuchni zajął jej palnik. — Ilu ich było, co? Jakich dwóch, co?

— Mamo! — pisnął chłopczyk takim głosem, jakim oprócz świnek morskich odzywają się tylko rozpieszczone, ale takie najbardziej na świecie rozpieszczone dzieci. — Dwóch podawało Norce kiełbasę. Nie jeden, tylko dwóch…

Irka puszcza jego koszulkę. Nic nie wytrzęsie przecież z tego biedaka. I w ogóle — co tu poradzić, jeżeli aż dwóch drabów podawało Norce kiełbasę?

— No i co robić? — jęczy Zdanowiczówna i rozkłada ręce z żalu i z bezradności.

Jeśli ktoś płacze — to ktoś go pociesza. Jeśli ktoś straci odwagę — to drugi musi mieć odwagi za dwoje. Bo co by się stało, gdyby wszyscy naraz się rozpłakali i stracili nadzieję?

Irka przed chwilą jeszcze była gotowa opuścić ręce. Ale teraz nie może.

— To razem ośmiu — powiada Irka i łapie jedną ręką Zdanowiczównę, a drugą berbecia. — Chodźcie!

— Dokąd? — pytają chórem wszystkie dzieci. I wszystkie dzieci wstrzymały oddech, kiedy Irka spokojnie odpowiada:

— A na milicję, że nam psa ukradli!

— Ojoj — rozpacza Zdanowiczówna. — Co nam milicja pomoże… Norka, moje biedactwo! Buu!

— Głupia jesteś, milicja bandytów łapie — rozstrzyga sprawę Irka.