Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
13 osób interesuje się tą książką
Poruszająca opowieść o sile kobiecej przyjaźni, która potrafi przetrwać nawet wtedy, gdy życie rozrzuca ludzi po różnych ścieżkach.
Cztery przyjaciółki, od lat utrzymujące kontakt głównie online, spotykają się ponownie dopiero na pogrzebie jednej z nich - tej, która zawsze próbowała je jednoczyć. W jej mieszkaniu odnajdują plan wymarzonej pielgrzymki szlakiem Świętego Jakuba, na którą nigdy nie znalazły czasu.
Z poczucia winy, tęsknoty i potrzeby zamknięcia pewnego etapu rodzi się decyzja: wyruszą w drogę za nią i dla niej. Portugalski szlak stanie się dla każdej z nich nie tylko fizycznym wyzwaniem, lecz także podróżą w głąb siebie. W trakcie wędrówki odsłonią swoje sekrety, zmierzą się z porażkami i lękami, a także odkryją, że wciąż mogą liczyć na siebie nawzajem. Każda z nich odnajdzie coś jeszcze ważniejszego: utraconą radość życia i sens wspólnej drogi.
Wzruszająca i pełna nadziei historia o tym, że nigdy nie jest za późno, by zacząć od nowa.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 274
Copyright © by Agnieszka Olejnik 2026 Copyright © by TIME SA 2026
Wydawczyni: Natalia Gowin Redakcja: Katarzyna Wojtas Korekta: Jolanta Kucharska, Katarzyna Wojtas Projekt okładki i stron tytułowych: Maciej Szymanowicz Zdjęcie autora na okładce: Anna Zielińska
Wydawca: TIME SA, ul. Jubilerska 10, 04-190 Warszawa
Warszawa 2026 Wydanie pierwsze ISBN: 9788383437736
Więcej o naszych autorach i książkach: facebook.com/hardewydawnictwo instagram.com/hardewydawnictwo tiktok.com/@harde.wydawnictwo
Dział sprzedaży i kontakt z czytelnikami: harde@grupazpr.pl
Wersję elektroniczną w systemie Zecer przygotowała Róża Rozaxa
Dla moich Wyjących Pięćdziesiątek,
dzięki którym na nowo uwierzyłam w przyjaźń
Chwała wam: zimy, wiosny, lata i jesienie
Chwała temu co bez gniewu idzie
Poprzez śniegi deszcze blaski oraz cienie
Edward Stachura
W książce tej często przywołuję fragmenty wierszy i piosenek Edwarda Stachury. Wszystkie cytaty pochodzą z wydanej w roku 1982 przez wydawnictwo Czytelnik „dżinsowej” edycji jego dzieł, konkretnie z tomu pierwszego, noszącego tytuł Wiersze, poematy, piosenki, przekłady.
Zapadała ciepła czerwcowa noc. Wreszcie przestało padać. Pachniało czymś zmysłowym, gęstym od słodyczy, może jaśminem; Jagna zupełnie się na tym nie znała. Żal było psuć ten aromat dymem, lecz głód nikotyny okazał się silniejszy. Wyjęła z paczki papierosa, po czym zaciągnęła się głęboko, przymykając oczy z ulgą. Gdy znów je otworzyła, zadarła głowę i zapatrzyła się w granatowe niebo, po którym wiatr niespiesznie przeganiał białawe obłoki. Wyglądały jak rozpięte żagle statków, sunących cicho w sobie tylko znanym kierunku. Przez tę chwilę Jagna nie pamiętała o smutku, bezlitośnie zalegającym jej w piersi ciężarem, który utrudniał oddychanie i wręcz fizycznie bolał. Poczuła przypływ tak dobrze sobie znanej tęsknoty za wolnością. To uczucie dopadało ją zawsze, gdy patrzyła na chmury, klucze odlatujących ptaków, żaglowce, a nawet zdjęcia szos wiodących równą kreską ku linii horyzontu.
Jak by to było: uciec, ulecieć za widnokrąg, pójść przed siebie, bez celu? Nigdy nie miała okazji sprawdzić, ale od czasu do czasu budziły się w jej duszy takie pragnienia. Miała to po ojcu, nieuleczalnym nomadzie, wiecznie fantazjującym o wyprawach z plecakiem. W młodości wędrował po Bieszczadach, na emeryturze zaś stał się zapalonym cyklistą. Nawet kiedy leżał już w hospicjum i nie było żadnych wątpliwości, że nie wygra tej bitwy, kazał sobie przynieść atlas samochodowy, żeby mógł nadal podróżować, nawet jeśli tylko palcem po mapie.
Myśl o tacie sprawiła, że wróciła do niej scena z kończącego się właśnie dnia: czarne parasole niczym opuszczone smętnie płatki kwiatów i mlaskający w płytkich kałużach odgłos kroków żałobników, przesuwających się powoli w ponurym kondukcie.
Nadal nie docierało do niej w pełni, że Karolina nie żyje. Na wieść o jej śmierci zrazu nie poczuła nic. Zupełnie jakby to nie dotyczyło jednej z najbliższych jej osób na świecie; jakby słuchała streszczenia książki lub filmu albo jak wtedy, gdy słyszy się, że gdzieś tam ktoś umarł, i oczywiście jest nam przykro, lecz tak naprawdę nasz świat pozostaje nienaruszony.
Dopiero gdy szykowała się do pogrzebu, szarpnął nią ostry ból, ponieważ dotarła do niej okrutna prawda: Karola, ta najweselsza, najbardziej żywiołowa z ich czwórki, odeszła. Nie ma jej. Już nigdy nie będzie.
– Jaga, gdzie się podziewasz? – Za jej plecami rozległ się głos Tamary, która wyjrzała na taras lokalu. – Wracaj do nas! Zamówiłyśmy jeszcze Aperol Spritz, ten Daiquiri okazał się za słodki.
Jagnie nie podobał się jej ton. Pobrzmiewała w nim zbyt beztroska nuta. Jakkolwiek by nie patrzeć, ich spotkanie miało charakter stypy. Wprawdzie pojawienie się żartów nawet na stypach jest nieuniknione, zwłaszcza gdy od fazy „Co u was słychać?” przechodzi się do „A pamiętacie, jak…?” – lecz Jagna wolałaby zachować odpowiedni poziom. Dobry nastrój w dniu pogrzebu przyjaciółki uważała za przejaw braku elementarnego taktu.
Tamara nabrała w płuca powietrza z taką samą przyjemnością, z jaką Jagna zaciągała się dymem.
– Ale pachnie! – Westchnęła w zachwycie, a potem, chyba zorientowawszy się, że nie wypada upajać się czerwcem w dniu pogrzebu, ponagliła: – Chodź! Lidka siedzi sama, zaraz się rozklei.
Ten argument trudno było zignorować. Lidka zawsze była tą najdelikatniejszą, najbardziej kruchą z ich czwórki. Ileż to razy w czasach studenckich wyciągały ją z dołka, stawiały do pionu, dodawały otuchy przed sesją – bo w przekonaniu, że się skompromituje, gotowa była rzucić studia.
Jagna zgasiła papierosa w mokrej popielniczce i ruszyła w stronę schodów. Weszły do wnętrza restauracji, pogrążonej w miękkim półmroku. Z głośników ukrytych za donicą z fikusem sączyła się delikatna muzyka. Lekko bluesowy, zachrypnięty głos wokalistki przyprawiał o nostalgię.
– Czy mi się wydaje, czy w ubiegłym roku obiecywałaś, że rzucisz palenie? – zagadnęła retorycznie trzecia z przyjaciółek, krzywiąc się po łyku gorzkawego drinka.
Jak się okazało, w międzyczasie kelner przyniósł zamówiony koktajl. Lidka była już w połowie.
– No wiem, wiem. – Jagna wzruszyła ramionami. – Ale dopóki Krystian pali, nie mam szans.
Pokiwały głowami, co odebrała jako wsparcie, choć chyba nie do końca szczere.
– Aha, przypomniało mi się – odezwała się nagle Tamara. – Wczoraj dzwonił do mnie ojciec Karoliny z pytaniem, czy nie znalazłybyśmy czasu, żeby przejrzeć jej rzeczy.
Brwi Lidki ze zdziwienia podjechały niemal do linii włosów.
– Ale jak to?! – wykrztusiła. – Miałybyśmy grzebać w jej prywatnych…? Jak on to sobie wyobraża?
– Nie miała nikogo bliższego od nas – przypomniała Jagna, czując w sercu takie samo dźgnięcie bólu, jak podczas pogrzebu. – No, poza tatą, ale on nie da przecież rady.
– A poza tym wcale nie był jej bliższy od nas… – mruknęła Tamara. – Karolina nigdy nie przestała mówić o nim z dystansem. Nacierpiała się przez niego jako dziewczynka, więc jako kobieta nigdy do końca nie uwierzyła w jego przemianę.
Ojciec Karoliny był kapitanem żeglugi wielkiej. Rzadko bywał w domu, nie krył się z licznymi romansami, a łapczywą miłość stęsknionej dziewczynki traktował jak dopust boży. Po rozwodzie rodziców córka straciła z nim kontakt na kilkanaście lat. Przypomniał sobie o niej dopiero wtedy, gdy dopadła go okrutna choroba reumatyczna, przysparzająca mu bólu i wykręcająca jego stawy do monstrualnych kształtów. Mieszkał już wówczas w prywatnym domu opieki, bo na szczęście zaoszczędził dość pieniędzy, by móc sobie na to pozwolić. Od Karoliny chciał jedynie odrobiny ciepła i towarzystwa od czasu do czasu. To ostatnie mogła mu zapewnić, jeździła do niego w odwiedziny raz w miesiącu. Natomiast co do ciepła, to raczej nie było szczere. Nie potrafiła wybaczyć mu cierpienia, którego jej przysporzył. Nie umiała nawet nazywać go tatą – zamiast tego mówiła o nim „kapitan”.
Po jej śmierci jako najbliższy krewny stał się właścicielem mieszkania w Gnieźnie. Mógł po prostu zamówić firmę sprzątającą, która opróżniłaby lokal przed wystawieniem go na sprzedaż, pomyślał jednak, że może wśród rzeczy Karoliny są jakieś pamiątki z dzieciństwa lub zdjęcia. Jak sam przyznał w rozmowie z Tamarą, na starość stał się nieco sentymentalny.
– Mimo wszystko… Wyobraź sobie, że umierasz i ktoś wpuszcza nas do twojego pokoju, żebyśmy… – Lidce zabrakło tchu, zaszlochała gwałtownie. – Żebyśmy „przejrzały twoje rzeczy”!
Tamara patrzyła na nią w zamyśleniu przez kilka sekund, zanim odpowiedziała.
– A wiesz, chyba wolałabym, żebyście zrobiły to wy niż człowiek, który mnie właściwie wcale nie znał – zauważyła. – W sumie niewiele jest rzeczy, których o mnie nie wiecie. Znamy się jak łyse konie.
– Klacze – zażartowała Jagna ponuro. – Nie zapominajmy o feminatywach.
Zapadło milczenie. Każda z przyjaciółek przeniosła się myślami do własnego domu, każda rozpoczęła drobiazgowe poszukiwania: czy są sprawy, które chciałabym ukryć przed światem; tak osobiste, że powinny pozostać tajemnicą po mojej śmierci? Czy ja właściwie mam sekrety?
Owszem, każda miała.
– Więc co powinnam mu powiedzieć, jeśli znowu zadzwoni? – zapytała Tamara, po czym upiła łyk koktajlu przez fantazyjną słomkę.
Lidka i Jagna milczały przez kilkanaście sekund.
– Zróbmy to! – odezwała się nagle ta druga. – Ukryła przed nami chorobę, nie dała nam szansy, byśmy jakoś pomogły, przydały się na coś… Tylko to możemy dla niej zrobić. Nawet jeśli pośmiertnie.
– Niczego nie ukryła! – rzuciła Tamara ostro. – Nie, to absolutnie niemożliwe. Widocznie nie miała pojęcia! Podobno rak jajnika bardzo długo nie daje objawów. Ewentualnie może wiedziała, tylko zlekceważyła. Nie zdawała sobie sprawy, jak poważny jest jej stan. Wierzyła, że z tego wyjdzie.
– A ta pewność pochodzi stąd, że…
– Że się z nami nie pożegnała!
Lidka rozpłakała się znowu, jak to ona.
– Mój Boże, przecież poruszyłabym niebo i ziemię! – zawołała z żalem. – Rysiek załatwiłby konsultacje u najlepszych onkologów…
Tamara odłożyła słomkę, zdecydowanym haustem dopiła drinka i pokiwała na kelnerkę, dając jej znak, że chce zamówić kolejnego.
– Każda z nas zrobiłaby wszystko, żeby pomóc – oznajmiła ponuro. – A że o niczym nie wiedziałyśmy, to wyłącznie nasza wina! Ile razy zapraszała?! A my ciągle tylko: „innym razem”, „nie dam rady”… Karola proponowała terminy, wyszukiwała hotele, namawiała nas na babskie sesje w spa, na jakieś retreaty czy jak to się nazywa! Każda z nas miała własne sprawy. Nie znajdowałyśmy dla niej czasu, taka jest okrutna prawda!
– Hola, nie ma sensu się biczować! – odezwała się pojednawczo Jagna. – Byłyśmy w kontakcie, prawda? Telefony, maile, wiadomości na WhatsAppie, te nasze covidowe „Wideokonferencje Muszkieterek”… Ile znacie przypadków, że komuś udaje się przez tyle lat podtrzymywać przyjaźń ze studiów? I w dodatku całej czwórce?
Lidka chlipnęła rozpaczliwie w odpowiedzi, Tamara zaś spojrzała na Jagnę łagodniej.
– Może masz rację – mruknęła. – Zważywszy że każda z nas mieszka w innym mieście.
– I nie są to sąsiadujące miasta.
– Właśnie.
Zapadło milczenie. Lidka raz po raz wydmuchiwała nos, bo nie mogła się uspokoić.
– Więc jak? – podjęła Jagna. – Przejrzyjmy rzeczy Karoliny, zanim wejdzie firma sprzątająca i wszystko pójdzie na śmietnik.
Tamara podziękowała skinieniem głowy kelnerce, która przyniosła zamówiony koktajl, upiła łyk, po czym dodała:
– W sumie ładnie ze strony kapitana, że w ogóle nam to zaproponował. Mógł przecież poprosić jakiegoś dalszego krewnego.
– Rzecz w tym, że nie za bardzo są jacyś krewni.
– Jest kuzyn, były ksiądz – przypomniała Lidka, która już doszła do siebie. – Ten, z którym Karola chciała iść na pielgrzymkę. Tyle że on chyba mieszka w Hiszpanii, tak coś kojarzę.
Jagna i Tamara zwiesiły głowy, ponownie dźgnięte wyrzutami sumienia. Nieszczęsna pielgrzymka! Karolina od kilku lat nieustannie je nagabywała: „Wybierzmy się na Drogę Świętego Jakuba, mój kuzyn pomoże nam wszystko ogarnąć”.
– Nie zaczynaj – mruknęła Tamara. – Nie chcę słyszeć o pielgrzymce.
– O tak, pomińmy ten temat – przytaknęła Jagna. – Już i tak czuję się winna, że nie wyszło nam ze wspólnym sylwestrem.
– Daj spokój, sylwester to po prostu nie był dobry pomysł. Ty musiałabyś zostawić Krystiana, a Lidka męża i córkę… Od początku było wiadomo, że ten plan nie wypali.
– Ale miałyśmy to sobie odbić w marcu nad morzem, tylko że wtedy z kolei Karolinie nie pasowało. Albo może już czuła się źle i dlatego nie chciała jechać – dodała Lidka.
Odpowiedziało jej ponure kiwanie głowami.
– Natomiast o Drodze Świętego Jakuba mówiła od wielu lat – pociągnęła. – I nie przestała o niej marzyć do końca. Jeszcze jakieś dwa tygodnie przed śmiercią przysłała mi link do strony hotelu, w którym miałybyśmy się zatrzymać. Miejscowość Pontevurde czy jakoś tak.
Pozostałe dwie przyjaciółki spojrzały po sobie, a potem szybko odwróciły wzrok.
– Bo ona nigdy nie chciała wziąć pod uwagę, że my z Jagą nie jesteśmy religijne. – Tamara westchnęła z leciutką pretensją. – Zresztą spójrzmy prawdzie w oczy, nawet gdybyśmy były: skoro od kilku lat nie udało się znaleźć czasu choćby na weekend w górach, to co dopiero na zagraniczną pielgrzymkę. Jak to zsynchronizować, żeby każdej pasował termin? Przecież trzeba by poświęcić co najmniej dwa tygodnie!
– Tydzień – sprostowała Jagna. – Karola zawsze powtarzała, że dałybyśmy radę w siedem dni.
Wszystkie jak na komendę sięgnęły po drinki. Wiedziały doskonale, że z tej rozmowy nie wyniknie nic poza jeszcze większym poczuciem winy. Ich przyjaźń była ugruntowana, mijało niemal dokładnie dwadzieścia lat, odkąd spotkały się po raz pierwszy w czteroosobowym pokoju akademika „Babilon” na poznańskich Winogradach – i aż do tej pory im się wydawało, że każda z nich daje z siebie wszystko w tej relacji.
W takim razie dlaczego teraz tak wyraźnie czuły, że zawiodły Karolinę?
Od wiadomości o śmierci Karoliny minęły dwa tygodnie. W tym czasie wydarzyło się kilka rzeczy: pogrzeb w deszczu, pamiętne spotkanie w restauracji, podczas którego Lidka wylała niewiarygodne potoki łez, Tamara się upiła, Jagna zaś wypaliła prawie pół paczki Marlboro; nocleg w hotelu Pietrak, gdzie i tak nie mogły zmrużyć oka, wiedząc, że znajdują się raptem trzysta metrów od mieszkania zmarłej przyjaciółki… Później nastąpił czas żałoby, w której uparcie pobrzmiewały nuty poczucia winy.
A teraz, po upływie kolejnego tygodnia, miały się spotkać ponownie, by przejrzeć rzeczy Karoliny. Lidka, jadąc samochodem z Piły, zajrzała do domu seniora „Dębowy Gaj”, w którym kapitan Kwiecień, obecnie zasuszony starzec o powykręcanych palcach, przekazał jej klucze do mieszkania córki. Tamara dotarła do Gniezna pociągiem z Zielonej Góry, Jagna zaś – także koleją – z Poznania.
– Ojciec Karoli prosił, żeby przejrzeć zdjęcia – przekazała Lidka, kiedy spotkała się z przyjaciółkami w kawiarni Malinowa przy gnieźnieńskim rynku. – A gdybyśmy znalazły coś sprzed lat, z nim i byłą żoną, to żeby mu przekazać.
– Tatuś marnotrawny – prychnęła Tamara. – Myślałby kto, jaki uczuciowy.
Zamówiły po kawie, bo każda z nich potrzebowała doładowania kofeiną, zanim znajdą się w mieszkaniu Karoliny.
– Mówił też, że gdybyśmy uznały, że coś się nam przyda, to… Żeby brać. Sukienki, drobiazgi, perfumy. Żeby dać temu jeszcze trochę pożyć, tak się wyraził.
Ostatnie słowa Lidka wymówiła z trudem, ponieważ gardło zacisnęło jej się ze wzruszenia.
– Nie bardzo sobie wyobrażam, że wkładam jej sukienkę – skomentowała Tamara. – Jest w tym jakieś… Jakby łamanie tabu, tak to odczuwam.
– Kiedy umarła moja mama, czułam to samo – odezwała się Jagna. – Ale minęło trochę czasu i teraz z prawdziwą przyjemnością noszę jej swetry. Zawsze mam wrażenie, że mnie czule otulają.
Lidka dopiła kawę i nachyliła się nad stolikiem.
– To jak, idziemy? – zapytała. – Miejmy to już za sobą, dziewczyny.
Pozostałe dwie pokiwały głowami.
– Odwagi – szepnęła Jagna.
– Taaaa. – Tamara westchnęła. – Odwaga się nam przyda, to na pewno. Ale oprócz niej proponuję zaopatrzyć się w przynajmniej dwie butelki wina i hurtowe ilości chusteczek higienicznych.
Niełatwo było przekroczyć próg mieszkania, w którym każda z nich bywała już wcześniej, choć nigdy razem i nigdy pod nieobecność właścicielki. Niełatwo było zaakceptować fakt, że tym razem drzwi nie otworzy delikatna blondynka o wielkich szarych oczach, ich Karolina, Karola, Karolcia – przyjaciółka od dwudziestu lat.
– Uchylę balkon, niech wpadnie trochę lata – zaproponowała Jagna, gdy znalazły się w pokoju gościnnym. – I od razu puszczę dymka.
Każdej z nich wydawało się, że robią coś zabronionego, postępują wbrew zasadom. Lidka ostrożnie przysiadła w fotelu, na którego oparciu wisiała wydziergana z niebieskiej włóczki chusta – prezent od Tamary. Oczywiście to wystarczyło, by polały się łzy. Przyjaciółki poddały się wzruszeniu. Wszystkie odnosiły wrażenie, że we wnętrzu panoszy się atmosfera śmierci, choć doskonale wiedziały, że Karolina nie umarła tutaj, lecz w szpitalu. Nie znały szczegółów – powiedziano im jedynie, że za późno trafiła na oddział.
Wreszcie jakimś cudem udało im się uspokoić. Może sprawił to świergot ptaków i ciepły wiatr, który muskał ich twarze, gdy tak siedziały przy otwartych drzwiach balkonowych? Może swojski szum wody w czajniku, bo Tamara przemogła się i wstawiła wodę na herbatę? W każdym razie do pomieszczenia wróciło życie, zrobiło się przytulniej. Łatwo byłoby uwierzyć, że Karolina za moment wejdzie do pomieszczenia, postawi na ławie paterę z ciasteczkami i zagadnie: „To co robimy?”.
Od tego pytania dwadzieścia lat temu zaczęła się ich przyjaźń. Każda z nich przyjechała do Poznania z innego miasta, każda z inną historią i odmiennymi oczekiwaniami. Lidia dostała się na pedagogikę przedszkolną i wczesnoszkolną, Tamara i Jagna na psychologię, Karolina zaś na prawo. Przypadek (który błogosławiły później wiele razy) sprawił, że zakwaterowano je w tym samym akademiku przy ulicy Dożynkowej.
Pierwsza zameldowała się Tamara. Ponieważ na silny stres reagowała zawsze sennością, wkrótce po przyjeździe zwinęła się w kłębek na łóżku i już po chwili spała jak suseł. Jako druga przyjechała Lidka. Wkroczyła do pokoju z szerokim uśmiechem na ustach, postanawiając sobie, że choćby się paliło i waliło, nie zacznie beczeć z tęsknoty za domem. Nie zamierzała zdradzać się przed nowymi koleżankami ze swoją płaczliwością. Niestety, jej plan spalił na panewce, bo nowa koleżanka była tylko jedna, w dodatku spała skulona jak embrion, co nadało jej wygląd wystraszonego zwierzątka. Lidka usiadła więc na łóżku pod oknem, nie mając odwagi się rozpakować, bo hałas obudziłby współlokatorkę. Siedziała tak prawie godzinę, popłakując, zatopiona w smutnych myślach o mamie, zapewne także stęsknionej i smutnej. Nagle drzwi otworzyły się i do pomieszczenia weszła Jagna, taszcząc wielką walizkę w jednej ręce, wypchaną jedzeniem reklamówkę w drugiej, a dodatkowo jeszcze trzymając w zębach pasek od torebki listonoszki. Z racji tego ostatniego faktu nie mogła przywitać się jak człowiek, wydała więc z siebie szereg dźwięków, z których Lidka (nigdy nie zdołały dojść, jakim cudem) wywnioskowała, że było to pytanie o wolne łóżko.
– Zostały te dwa – powiedziała, pokazując tapczany ustawione po obu stronach drzwi.
Jagna podeszła do tego, który znajdował się najbliżej, i z wyraźną ulgą otworzyła usta, wypuszczając z zębów skórzany pasek.
– Okej, najgorsze za mną – rzuciła wesoło. – Cześć, jestem Jagna z Wolsztyna.
Odstawiła walizkę oraz reklamówkę i podeszła do Lidki z wyciągniętą ręką. Tamta uścisnęła ją, czując przypływ otuchy.
– Lidia – przedstawiła się. – Ze Szczecinka.
– Szczecinek to taki mały Szczecin?
– A Wolsztyn to sam środeczek Olsztyna?
Zaśmiały się obie, jakby udał im się nie wiadomo jaki dowcip. Zanim Tamara przebudziła się z nerwowego snu, były już w najlepszej komitywie. A obudziła się, ponieważ w pokoju pojawiła się czwarta z lokatorek – Karolina.
Rozpakowując bagaże, trajkotały jak katarynki jedna przez drugą. Wreszcie skończyły. Usiadły na tapczanach, nagle spłoszone ciszą, która zapadła w pokoju. Cztery obce sobie dziewczyny, każda inna, z własną historią, z przyzwyczajeniami, drobnymi dziwactwami; z tym wszystkim, co tworzy unikalną osobowość.
– To co robimy? – zapytała wówczas Karolina.
W jakiś przedziwny sposób to pytanie zadecydowało o wszystkim, co stało się później. Choćby o tym, że nie zajęły się swoimi sprawami, nie zamknęły się w kręgu własnych myśli, nadziei i obaw, jak to będzie na tych wymarzonych studiach, lecz stawiły czoła studenckiemu życiu razem, jako paczka czterech świeżo upieczonych przyjaciółek, które nazwały się Muszkieterkami i hołdowały zasadzie „Jedna za wszystkie, wszystkie za jedną!”.
W mieszkaniu panował swojski rozgardiasz. Nie bałagan, lecz leciutki nieład, świadczący o tym, że osoba, która je zajmowała, nie przywiązywała nadmiernej wagi do drobiazgów. Spod pokrywy kosza na pranie wystawała nogawka rudych sztruksów, w przedpokoju wisiała przykurzona już kurtka zimowa, którą dawno należało schować do szafy.
Przyjaciółki najpierw snuły się bez celu po pomieszczeniach, niepewnie zaglądając do szafek i szuflad, nie mając odwagi niczego wyrzucić ani choćby przestawić. W dużym pokoju za zasłoną odkryły lakierowane pudła w pastelowych kolorach, ustawione w wieżę. Dwa wypełnione były zdjęciami, w trzecim znajdowały się rozmaite pamiątki w rodzaju figurki kota z alabastru, drewnianej laleczki Krakowianki, świecy woskowej w kształcie ula, trzech ceramicznych gąsek, drewnianego krzyżyka na rzemyku oraz kilkunastu pocztówek. Wszystkie wypisano surowym, męskim charakterem pisma, a ich treść była zastanawiająca, bo zamiast pozdrowień zawierała tylko słowa „Kocham, tęsknię, całuję, L.”. Na jednej widniał także dopisek „Najmocniej tam, gdzie najbardziej lubisz”, co sprawiło, że przeglądająca widokówki Tamara zaczerwieniła się i odłożyła je gwałtownie.
Na parapecie okna przyjaciółki znalazły zeszyty w sztywnych kolorowych okładkach w roślinne wzorki, leżące na trzech grubych kopertach z szarego papieru.
– Co my tu mamy? – mruknęła Jagna, otwierając na chybił trafił jeden z zeszytów. – „Jak to możliwe, że tęsknię nawet wtedy, kiedy z nim jestem?” – odczytała z trudem, bo Karolina miała niemal nieczytelne pismo.
Spojrzała na Tamarę, stojącą obok i zaglądającą jej przez ramię.
– Dziwne – powiedziała. – Brzmi jak dziennik.
– Brzmi – zgodziła się ostrożnie Tamara. – Dziennik, pamiętnik, jeden pies. A są jakieś daty?
Jagna przekartkowała, po czym pokręciła głową.
– Nie, tylko takie jakby szlaczki. Kropki, serduszka, gwiazdki, którymi oddzielała poszczególne wpisy.
– Chyba nie zamierzamy tego czytać – wtrąciła Lidka, która siedziała na kanapie, bezradnie przytulając do brzucha poduszkę w lnianej poszewce. – Nie mamy prawa.
– Oczywiście, że nie.
Jagna odłożyła zeszyt na ławę. Przez chwilę wszystkie patrzyły na niego, jakby spodziewały się, że się poruszy. Potem ostrożnie ujęła w dłonie kolejny notatnik i otworzyła na losowo wybranym zapisie.
– „Tyle gestów, tyle słów, tyle myśli…” – przeczytała na głos. – „A wszystko to takie nietrwałe, traci ważność po roku, dwóch. W takim razie czy w ogóle warto cokolwiek obiecywać? Czyżby nie można było zaufać nawet samemu sobie? Jakie naiwne jest przekonanie, że kiedykolwiek jesteśmy całkiem wiarygodni”. – Zdumiona, przysiadła obok Lidki. – Dziewczyny, to mi do niej w ogóle nie pasuje! – szepnęła. – Do naszej energicznej, radosnej Karoliny, ufnej optymistki, kipiącej od werwy, wiecznie wymyślającej, dokąd by tu pojechać, gdzie się spotkać, szukającej okazji do zabawy…
– To prawda – przytaknęła Lidka, nie mniej zdziwiona. – Nie pasuje.
Tamara udała się do kuchni, skąd po chwili wróciła z trzema kieliszkami oraz butelką wina.
– Nie wiem, jak wy – oznajmiła – ale ja potrzebuję kapki Caberneta dla kurażu.
Pokiwały głowami.
– Dla mnie malutko – poprosiła Lidka. – Wieczorem muszę wsiąść za kółko.
Przez chwilę w milczeniu sączyły trunek.
– A kim może być niejaki L.? – odezwała się nagle Tamara.
– Kto taki?
– L. Pisał do niej widokówki i całował tam, gdzie lubiła najbardziej.
Lidka żachnęła się, wyraźnie zgorszona faktem, że poruszają tak intymne tematy. Tamara pokazała spojrzeniem pudełko z pamiątkami.
– Przeglądałam tamte drobiazgi i rzuciło mi się w oczy – wyjaśniła. – Nic nie poradzę. Co się zobaczyło, to się nie odzobaczy.
– Nic nie wiem o żadnym L. Pamiętam tylko Błażeja – przyznała Jagna. – Zaraz po studiach. Zdaje się, że to był jakiś policjant.
– Tak! – wtrąciła Lidia. – Na pewno policjant, bo mówiła, że ma słabość do facetów w mundurach. Pewnie przez tego nieobecnego, ubóstwianego tatusia. Ale ten związek nie trwał długo, jakoś szybko się rozstali. Pamiętam, że kiedy przyjechała do mnie na roczek Kingi, to już było po zawodach.
– Czyli później musiał pojawić się w jej życiu jakiś L., o którym nic nam nie powiedziała – podsumowała Tamara. – Tylko dlaczego? Wydawałoby się, że zwierzałyśmy się sobie ze wszystkiego.
Jagna żachnęła się, ponownie sięgając po jeden z zeszytów.
– Ech, tak się tylko mówi, że ze wszystkiego – szepnęła. – Każdy ma jakieś sekrety.
Pozostałe przyjaciółki odwróciły wzrok, żadna nie pociągnęła wątku.
– To muszą być intymne zapiski – odezwała się Tamara. – Wydaje mi się, że wyrzucić… Jakoś tak… nie bardzo.
– Czytać też nie bardzo – wyszeptała Lidka. – No więc ja już sama nie wiem. Może jakiś pogrzeb temu wyprawimy czy co? Spalimy? Tak jak notatki ze studiów, pamiętacie?
Pamiętały. Wybrały się wtedy do Żagania, nocowały w domu rodzinnym Tamary, a wieczorem urządziły ognisko nad brzegiem Bobru. Były kanapki z żółtym serem, piwo z sokiem porzeczkowym z babcinej spiżarni, gitara, śpiewy do rana, zwierzenia, wspomnienia i snucie dziewczyńskich planów. Lidka umierała wówczas z miłości do swojego Ryśka, Tamara usiłowała ukryć przed światem zauroczenie profesorem, u którego pisała pracę magisterską, a Jagna i Karolina dopiero marzyły o prawdziwym uczuciu.
Zapadło milczenie. Lidka szybko otarła łzy z policzków rękawem swetra.
– Tak, możemy spalić – powiedziała wreszcie Jagna. – Chociaż z drugiej strony, jeśli to rodzaj pamiętnika, to może warto przeczytać przynajmniej samą końcówkę. Chciałabym zrozumieć, dlaczego ona nam o niczym nie powiedziała. Nie wierzę, że nie miała pojęcia o chorobie! – zastrzegła od razu, widząc wzrok Tamary. – Nowotwór daje chyba jakieś objawy, co? Nie umierasz tak znienacka, jak na udar albo zawał!
Przyjaciółki milczały, popijając wino. Jagna podeszła do okna, by zapalić i nieco wyciszyć emocje. Jej wzrok padł na koperty leżące na parapecie. Podniosła jedną z nich i odwróciła.
– Tamara – odczytała, po czym sięgnęła po dwie pozostałe. – Lidia. I Jagna.
Pokazała przyjaciółkom ich imiona, nabazgrane charakterystycznym pismem na szarym papierze.
– To dla nas – oznajmiła.
– Listy. Nie zdążyła wysłać. – Lidia natychmiast się wzruszyła.
– Powiem ci, że to nie wygląda, jakby miało zostać wysłane. Koperty są niezaadresowane, tylko podpisane imieniem. Już prędzej zamierzała nam je dać przy okazji spotkania.
Tamara wzięła od niej pakunek i niepewnie obracała go w dłoniach.
– Chyba możemy otworzyć, co? – szepnęła. – Dziwnie się czuję. Jakbym dostała przesyłkę zza gro… Z zaświatów.
Jagna i Lidka z powagą skinęły głowami. One miały dokładnie to samo wrażenie niesamowitości. Wreszcie Tamara odważyła się rozerwać miejsce sklejenia, a wtedy dwie pozostałe przyjaciółki poszły w jej ślady.
– Zwyczajny T-shirt – stwierdziła Jagna ze zdumieniem. – Żadnego listu.
W milczeniu oglądały bawełniane koszulki, które znajdowały się w ich kopertach. Wszystkie bladoróżowe, różniły się jedynie rozmiarem, co wyjaśniało, dlaczego zostały umieszczone w opisanych kopertach. Jagna, jako najpulchniejsza, miała elkę, drobniutka Lidka otrzymała eskę, Tamara zaś – wysoka, lecz bardzo szczupła – dostała rozmiar pośredni.
Jagna rozłożyła T-shirt na zaścielonym łóżku.
– Ryczące Czterdziestki – odczytała napis nadrukowany z przodu.
Na prawym rękawku znajdował się malutki niebieski kwadrat z żółtym symbolem – ni to muszli, ni słońca. Odwróciła koszulkę. Na plecach widniała grafika przedstawiająca drogę wijącą się wśród smukłych drzew, poniżej zaś umieszczono napis: Buen Camino, Muszkieterki!
– Co to jest Camino?! – jęknęła Tamara.
– Nazwa tej pielgrzymki, na którą Karola nas namawiała – mruknęła Jagna.
– Rany boskie! Znowu pielgrzymka! Słowo bumerang, ciągle wraca. To konkretnie skąd i dokąd trzeba iść?
– „Camino” znaczy „droga” – potwierdziła Lidia. – I z tego, co zapamiętałam, właściwie nie jest to jeden szlak pielgrzymkowy, tylko wiele szlaków. Można wyruszyć z Estonii, z Czech, z Paryża, skąd chcesz. Wszystkie trasy łączy to, że prowadzą do Santiago de Compostela w Hiszpanii.
– Czy ona zwariowała?! – zawołała Tamara, łapiąc się za głowę. – To Częstochowa jest za blisko, trzeba aż do Hiszpanii? I jak to w ogóle możliwe, przecież trzeba chyba wędrować cały rok?!
– Ale nie musisz startować z Polski. Ten jej kuzyn, ksiądz Benedykt chyba, nie pamiętam… Zabiera pielgrzymów na krótsze trasy, po sto kilometrów. Karola wspominała o takim wariancie, który zaczyna się gdzieś w Portugalii, ale można sobie skrócić i wyruszyć z Hiszpanii. Miasto nazywa się Vido, Vigo, jakoś tak. I właśnie tam mieszka ten ksiądz.
– Mówiłaś, że były ksiądz.
– Bo podobno były. Ale pielgrzymki nadal organizuje.
– To jakieś wariactwo. Sto kilometrów pieszo!
Jagna ujęła swoją koszulkę i przytuliła ją do policzka.
– Ryczące Czterdziestki – powiedziała cicho. – We wrześniu Karola skończyłaby czterdzieści lat. Może marzyło jej się, że uczcimy to wspólną wędrówką? Taki prezent urodzinowy.
Lidka szybko wytarła oczy, w których jak na komendę pojawiły się łzy.
– Mówiła właśnie o wrześniu – szepnęła. A widząc pytające spojrzenia przyjaciółek, wyjaśniła: – No, niedawno, jak do mnie dzwoniła. Że to najlepsza pora, bo nadal ciepło, ale jeszcze nie pada. Że dni w miarę długie. Opowiadałam wam, wspomniała o noclegu w jakimś Pontu-coś-tam.
Zapadła cisza. Wszystkie trzy przyjaciółki sięgnęły po kieliszki z winem.
– To by wcale nie było takie trudne – odezwała się nagle Jagna. – Co to jest sto kilometrów? Pamiętacie? Kiedyś w Bieszczadach robiło się po dwadzieścia dziennie z ciężkim plecakiem.
– W dodatku pod górę i w dół – dopowiedziała Lidka. – A Camino wiedzie chyba raczej po równym terenie.
– Dobra, camino czy nie camino – przerwała Tamara, nie wiedzieć czemu podenerwowana. – Miałyśmy się zająć opróżnianiem mieszkania. Co robimy z tymi zeszytami?
Odpowiedziało jej milczenie.
– Bo ja myślę, że nie możemy ich tak zwyczajnie wyrzucić. Im bardziej są osobiste, tym bardziej nie możemy.
– Tyle to już wcześniej ustaliłyśmy – odezwała się Jagna.
– Czy w twoim głosie zabrzmiał wyrzut?!
– Nie, ale może usłyszałaś go w sobie?
– Co takiego?
– Dziewczyny, nie kłóćcie się – szepnęła błagalnie Lidka, lecz nie zwróciły na nią uwagi.
– Wyrzut sumienia! – wyjaśniła rozsierdzona Jagna. – Usłyszałaś swój własny wyrzut sumienia, bo to ty uparcie odmawiałaś udziału w tej wymarzonej pielgrzymce Karoli, to ty wiecznie wyśmiewałaś sam pomysł, torpedowałaś wszelkie próby ustalenia terminu…
– Bo jestem niewierząca! Tak trudno to zrozumieć?!
– Ja też jestem niewierząca! A w każdym razie niereligijna. Tylko co to ma do rzeczy?! Gdyby Karolina marzyła o podróży do Paryża, argumentowałabyś, że nie lubisz bagietek? A gdyby do Chin, że ryżu?!
– Co to za głupie przykłady!
– Nie! Kłóćcie! Się! – krzyknęła nagle Lidka niezwykle, jak na nią, stanowczo. – Mam tego dość! Róbcie sobie, co chcecie, ja zamierzam pójść na tę pielgrzymkę, spełnić życzenie Karoliny! Czy wam się to podoba, czy nie!
Zamilkły, obie z bardzo głupim wyrazem twarzy.
– Obliczę trasę tak, żeby dojść do celu trzynastego września, w przeddzień jej urodzin. Cały następny dzień będę mogła spędzić w Santiago. W ten sposób uczczę jej pamięć. Jeśli chcecie, mogę zabrać te zeszyty… To będzie prawie tak, jakby Karolina wędrowała ze mną. Symbolicznie.
– Chyba zwariowałaś – skomentowała wreszcie Jagna.
Rozzłościło to Lidkę. Nadal zachowywała się całkiem jak nie ona.
– Niby dlaczego? – zapytała hardo.
– Chyba zwariowałaś, jeśli sądziłaś, że pozwolę ci iść samej! – brzmiało wyjaśnienie. – To oczywiste, że wybieram się tam z tobą. Co nie powinno cię dziwić, zwłaszcza że zawsze kochałam wędrówki z plecakiem.
Lidka wygięła usta w podkówkę. Przysiadła się bliżej i niezgrabnie objęła Jagnę jedną ręką, bo w drugiej wciąż trzymała kieliszek.
– No! – odezwała się Tamara tonem ponaglenia. – Spójrzcie na mnie. Nie udawajcie, że mnie tu nie ma.
– Nie udajemy – chlipnęła Lidka.
– Przecież wiadomo, że ja też idę. Nie zostawiacie mi wyboru.
– Ale jeśli nie chcesz…
– Daj spokój, Jaguś, przecież wiem, że masz rację. To przeze mnie się nie udało.
– Oj, nie tylko przez ciebie, ja też wiecznie szukałam wymówek.
Łzy, które już wcześniej były na podorędziu, popłynęły wreszcie, przynosząc ulgę i pozwalając oczyścić atmosferę. Od początku było oczywiste, że inaczej się nie da. Że tęsknotę za tą, która od lat stanowiła trzon ich grupy, trzeba będzie wypłakać, by choć przez chwilę bolało mniej.
Popłakiwały jeszcze długo – przeglądając zawartość biurka i wybebeszając szafę, w której znalazły czwartą koszulkę z nadrukiem „Ryczące Czterdziestki”. Potem spędziły dobre dwie godziny, wybierając z regałów ulubione książki Karoliny. Było jasne, że muszą się nimi zaopiekować. Ostatecznie podzieliły między siebie powieści Jodi Picoult oraz Borysa Akunina, tomiki wierszy Szymborskiej oraz Harasymowicza, a także „dżinsowe” wydanie dzieł Stachury, tak zaczytane, że okładki poszczególnych tomów ledwie trzymały się grzbietów. Całego Stachurę wzięła Tamara.
Książki, których nie zdecydowały się zabrać do siebie, postanowiły oddać do bibliotek. Ubrania po długich naradach rozdzieliły na dwie sterty. Te, które Karolina wyraźnie traktowała jako „robocze”, jak to nazwała Lidka – zostawiły na pastwę firmy sprzątającej. Natomiast odzież lepszą jakościowo postanowiły zaproponować jakiejś instytucji w rodzaju domu samotnej matki. Tylko wielobarwne chusty, swetry i czapki, wydziergane przez Tamarę i podarowane Karolinie w prezencie, zachowały dla siebie, dzieląc je według rozmiaru i upodobań kolorystycznych.
Najwięcej łez wylały nad zdjęciami przyjaciółki z czasów, gdy jeszcze się je wywoływało – z dzieciństwa i liceum. Uśmiechała się z nich chudziutka blondyneczka z wielkimi oczami marzycielki. Było też kilka fotografii z czasów studenckich. Ich czwórka w pokoju akademika, parę ujęć z prób zespołu o nazwie Gałązki Jabłoni1, który stworzyły na potrzeby studenckiego festiwalu poezji śpiewanej, Karolina z gitarą, pozostała trójka z otwartymi ustami, bo akurat ciągnęły jakieś wysokie tony; Jagna z Karolą na przystanku tramwajowym, zamotane we wspólny szalik i śmiejące się do rozpuku; Lidka w czarnej peruce, owinięta prześcieradłem…
– Pamiętasz? Szykowałyśmy się na bal karnawałowy. Uparłaś się na Nefretete – szepnęła Tamara. – A ja ci próbowałam z tej nieszczęsnej peruki upiąć taki wysoki kok.
– Pamiętam. – Lidia uśmiechnęła się przez łzy. – Jaga przebrała się wtedy za gniazdko, a Karolina za wtyczkę. Zrobiłyśmy jej bolce z rolek czarnej bibuły i to ciągle opadało…
– A Tamara była Wielkim Ptakiem z Ulicy Sezamkowej – przypomniała Jagna. – Dobrze kojarzę?
– Dobrze! Bo rozjaśniłam sobie włosy, pamiętacie? Ale użyłam za słabego utleniacza i zrobiły się żółte jak masło. Więc wystarczyło je odpowiednio upiąć, włożyć żółty szlafrok i Wielki Ptak gotowy.
– Podrywał cię wtedy ten Kacper z geologii. – Lidka westchnęła. – A Karolina była zła jak osa, bo on się jej trochę podobał.
– Ale ostatecznie przetańczyła cały bal z Pawłem z dziennikarstwa i chyba nawet potem zaliczyła kilka randek…
– Tak, rzeczywiście był taki epizod.
Zadumały się, błądząc wśród wspomnień o dawno minionych czasach. Tyle obietnic złożonych samym sobie, tyle nadziei, marzeń, obaw i planów – a większość okazała się funta kłaków warta. Gdyby człowiek wtedy wiedział, jak potoczy się życie… Gdyby tylko można było cofnąć czas…
Temat Camino wrócił, kiedy w szufladzie biurka znalazły notatki zmarłej. Leżał tam plik luźnych kartek, na których Karolina rozpisała kolejne etapy swojej wymarzonej pielgrzymki. Na arkuszu formatu A4 naszkicowała nawet schematyczną mapkę z naniesioną liczbą kilometrów. Początek trasy znajdował się w miejscu opisanym jako „Vigo – Iglesia De Valadares”, a następne etapy wiodły do kolejnych punktów, takich jak Redondela, Paredes, Pontevedra, Caldas de Reis i jeszcze kilka innych.
Wyrzuty sumienia przybrały na sile, bo dopiero teraz przyjaciółki pojęły, że marzenie o pielgrzymowaniu Drogą Świętego Jakuba nie było dla Karoli jedynie przelotną fantazją – lecz w ostatnich miesiącach stało się czymś bardzo istotnym. Nie rozumiały tego, żadnej z nich nie pociągała wizja wędrówki pieszo przez Hiszpanię, ale przyjęły do wiadomości i utwierdziły się w przekonaniu, że skoro jej się nie udało, to teraz one powinny zrealizować ten plan.
Wreszcie uznały, że spełniły prośbę kapitana: mieszkanie zostało opróżnione z cennych rzeczy. Biżuterii Karolina właściwie nie miała, jedynie kilka par bezwartościowych kolczyków, sznur tanich perełek i jeden posrebrzany łańcuszek z zawieszką z tworzywa imitującego bursztyn. Nie posiadała także ukrytych „w skarpecie” pieniędzy. Zeszyty z zapiskami ostatecznie wzięła Lidka. Fotografie z dzieciństwa przyjaciółki postanowiły podarować ojcu, pamiątki i zdjęcia ze studiów rozdzieliły między siebie. Lidia spakowała do bagażnika także ubrania przeznaczone dla instytucji pomocowych oraz książki dla bibliotek. Jagna zabrała zapiski dotyczące Camino i obiecała, że w domu przejrzy na spokojnie trasę, którą wytyczyła Karolina, przeliczy odległości między punktami noclegowymi i zaplanuje wyprawę, trzymając się, o ile to możliwe, projektu nieżyjącej przyjaciółki. W końcu to miała być jej pielgrzymka. Dla niej. Ku jej pamięci.
– Jesteśmy w kontakcie – pożegnała się z przyjaciółkami Lidka, zanim wsiadła do samochodu. – Obiecajcie, że znajdziemy czas na to Camino. Tym razem naprawdę, bez wymówek. Obiecujecie?
– Obiecujemy – zapewniła Jagna. – Pamiętaj, żeby zapytać kapitana o numer do kuzyna z Hiszpanii. Albo adres mailowy. To by sporo ułatwiło.
– Nie sądzę, żeby starszy pan w domu opieki używał poczty elektronicznej.
– Oho, żebyś się nie zdziwiła! – wtrąciła Tamara. – U moich sąsiadów, jak babcia rozpracowała Instagrama, to wnuczek od niej się dowiedział, że dziewczyna z nim zrywa.
– A poza tym, nawet jeśli nie pisze maili, to może przecież zajrzeć do skrzynki Karoli – dodała Jagna. – Przekazano mu telefon i laptopa córki, więc ma dostęp do jej kontaktów.
Kiedy Lidka odjechała, dwie pozostałe przyjaciółki udały się na stację kolejową. Zapadał cudownie ciepły wieczór, w koronach drzew trwał ptasi koncert. Jagna westchnęła głęboko.
– Nadal nie dociera do mnie, że jej już nie ma – wyznała. – Że nigdy więcej nie zachwyci się tym wszystkim.
– Pamiętasz…? – zagadnęła Tamara. – Nasz zespół śpiewał „Ja jestem noc czerwcowa, królowa jaśminowa…”. Czyj to był wiersz? Broniewskiego?
– Gałczyńskiego. Tak, pamiętam. Przypomniał mi się tamtej nocy po pogrzebie, gdy szłyśmy do hotelu i obłędnie pachniało, chyba właśnie jaśminem.
Gardło zacisnęło jej się ze wzruszenia. Tamara, która zdawała się tego nie zauważać, kontynuowała temat:
– Nieźle nam szło to śpiewanie. Zwłaszcza repertuar Starego Dobrego Małżeństwa. – Przez chwilę szukała czegoś w pamięci, po czym zanuciła: – „Jak po nocnym niebie sunące białe obłoki nad lasem…”.
– „Jak na szyi wędrowca apaszka szamotana wiatrem…” – pociągnęła Jagna. – Uwielbiam tę piosenkę! A Karolina najbardziej lubiła Gloria, pamiętasz?
– Nie, tego nie kojarzę. Zaśpiewaj kawałek.
– „Święty, święty, święty – blask kłujący oczy, święta, święta, święta – ziemia co nas nosi. Święty kurz na drodze, święty kij przy nodze, święte krople potu, święte wędrowanie…”
– Rany boskie, znowu to samo! – fuknęła Tamara. – Robisz to specjalnie, co?
Jagna rozłożyła ręce w geście bezradności.
– Ale co masz na myśli? Co niby robię specjalnie?
– Nawiązujesz do tego przeklętego Camino! „Święte wędrowanie”?! Wystarczy, naprawdę. Już i tak czuję się jak najgorszy człowiek na świecie.
– Nie przesadzaj!
Niespodziewanie Tamara rozpłakała się, choć początkowo brzmiało to tak, jakby zaniosła się kaszlem. Jagna przystanęła i spojrzała na nią zdziwiona.
– Hej – szepnęła. – Tami, co się dzieje?
A ponieważ przyjaciółka nie odpowiedziała, objęła jej podrygujące ramiona i mocno przycisnęła do siebie.
– Będzie dobrze – obiecała, choć w tej chwili sama w to nie wierzyła. – Kiedyś przestaniemy za nią tak okropnie tęsknić.
Była piękna, słoneczna sobota. Jagnie żal było spędzać czas w zamkniętym pomieszczeniu – ostatnio niewiele miała okazji, by odpocząć, zrobić coś dla siebie. Do południa w szkole, po południu w poradni; bywały chwile, że miała szczerze dość, choć zawsze deklarowała, że kocha pracę z dziećmi.
Nie przyznała się przyjaciółkom, że dla niej wyjazd do Hiszpanii stanowił problem natury finansowej. Jako psycholożka zatrudniona w dwóch szkołach zarabiała śmieszne pieniądze, z kolei założona wraz z koleżanką poradnia „Siebie”, gdzie prowadziła zajęcia arteterapii, dopiero rozkręcała działalność i nie przynosiła na razie dochodów.
W ogóle rzeczy, do których Jagna nie przyznała się przyjaciółkom – do których nie przyznawała się od lat – było znacznie więcej. Sama nie wiedziała, dlaczego tak jest. Przecież miała do nich absolutnie zaufanie. Wiedziała, że komu jak komu, ale im można powierzyć każdy sekret. Nie tylko nie oceniałyby i nie krytykowały, nie tylko zapewniłyby pociechę oraz akceptację, lecz także zrobiłyby wszystko, by znaleźć rozwiązanie każdego problemu.
Może więc właśnie dlatego? Może podświadomie nie chciała owych rozwiązań. Albo pragnęła znaleźć je sama. Nie miała pewności, która z odpowiedzi jest tą prawidłową. Choć była psycholożką z piętnastoletnim stażem, w gruncie rzeczy nadal nie rozgryzła samej siebie.
Zebrała do torby notatki Karoliny, wzięła pod pachę koc piknikowy, sprawdziła stan baterii telefonu i wyszła, rozejrzawszy się jeszcze, czy na pewno zostawiła nieskazitelny porządek. Poprawiła wycieraczkę, bo była odrobinę przekrzywiona.
Potrzebowała przestrzeni, zieleni, świeżego powietrza, postanowiła więc wybrać się do Parku Wodziczki i tam, nad Bogdanką, w spokoju posiedzieć nad trasą pielgrzymki, której termin ustaliły ostatecznie na pierwszą połowę września.
Lidce udało się uzyskać od kapitana numer telefonu do owego kuzyna, byłego księdza mieszkającego w Hiszpanii. Przyjaciółki naradziły się na WhatsAppie i ustaliły, że Tamara – jako najmniej nieśmiała i najłatwiej nawiązująca znajomości – zadzwoni do niego z pytaniem, czy mogłyby liczyć na ewentualną pomoc. Chodziło im zwłaszcza o informacje praktyczne: obliczenie kosztów wyprawy, kwestię jedzenia, niezbędnego sprzętu turystycznego i innych drobiazgów, o których warto pomyśleć zawczasu.
Za niespełna tydzień miał się skończyć rok szkolny. Zwykle dla Jagny oznaczałoby to upragnione wakacje, choć zarazem czas zaciskania pasa, bo wiadomo było, że podczas kanikuły progi poradni psychologicznej „Siebie” będą świeciły pustkami. Dopiero pod koniec sierpnia można się spodziewać napływu dzieci, których rodzice dojdą do wniosku, że oto nadciąga rok szkolny, potomkowi przydałoby się zatem orzeczenie o dysleksji lub dyskalkulii, a najlepiej obydwa.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Gałązka Jabłoni – postać literacka, ukochana głównego bohatera Siekierezady Edwarda Stachury. [wróć]
