Cogito Trybik - Magda Dejek - ebook

Cogito Trybik ebook

Magda Dejek

0,0

Opis

Ukazany w krzywym zwierciadle obraz życia rodzinnego. Agnieszka ulega sprytnemu adoratorowi, który wykorzystując jej łagodny charakter, w niedługim czasie nakłania ją do ślubu. Od samego początku małżeństwa Aga jest praktycznie służącą swojego męża i jego krewnych, jednak przez wiele lat nie ma siły wyrwać się z toksycznego związku. Kiedy wreszcie w tej całej machinie przestaje być obracanym przez innych trybikiem i bierze sprawy w swoje ręce, musi walczyć już nie tylko o siebie, ale o godne warunki życia dla trójki dzieci. W kontaktach z sądami i szkołą odkrywa, że prawnikiem oraz nauczycielem musi być właściwie ona sama, gdyż na państwowe instytucje powołane do pomocy rodzinom nie ma co liczyć.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 391

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0



Magda Dejek
COGITO TRYBIK
© Copyright by Magda Dejek 2021projekt okładki i ilustracje: Magda Dejek
ISBN 978-83-7564-653-5
Wydawnictwo My Bookwww.mybook.pl
Publikacja chroniona prawem autorskim.Zabrania się jej kopiowania, publicznego udostępniania w Internecie oraz odsprzedaży bez zgody Wydawcy.

Część ILetnie emocje

Razem natarli. Zaledwie ujrzeli, zdrętwieli, zmieszali się i uciekli.Drżenie ich tam chwyciło jak bóle kobietę, gdy rodzi, takie – jak kiedywiatr wschodni druzgoce okręty…

Psalm 48

Twe słowa gwałtowne jak wicher, Czyż nagina prawo? Wszechmocnyzmienia sprawiedliwość? A jeśli… i oddał ich w moc ich występku?Upokórz się, a zyskasz szczęście.

Brakujący myślący TRYBIK w tandemie rodzinnym oznacza, że zawsze należy własnymi siłami czy o własnych siłach prowadzić sprawy, które toczą się nieraz same.

A my wtedy często jesteśmy na miejscu pasażera. Zawsze można przesiąść się na jednoślad, lecz wtedy również wkładamy w to własne siły.

*

Wydarzyło się to w połowie roku na przełomie końca dwudziestego wieku i początku dwudziestego pierwszego stulecia. Toczyło się przez kilkanaście lat.

Rozdział 1

Mogłaby za oknem grać uwertura Czterech pór roku z jego różnorodną temperaturą, jaką nadaje tempo klasyczne prozy życia. Agnieszka siedziała nad klawiaturą, przy otwartym oknie, w domu otoczonym strażą drzew owocowych oraz krzewów z całym sadem. Obok rosły maliny, a w gąszczu ogrodu wtapiała się altanka. To okno stało się otworem na nowy los kobiety, która musiała uzbroić się w siłę obrońcy siebie i swoich dzieci. Oślepiający blask przedpołudniowego słońca wciskał ją w głąb fotela, jednocześnie oknem wlatywał zapach, a soki tych owoców lata wskrzeszały rodzinę od pokoleń. Krwawa czerwień malin cisnęła się wszędzie, miażdżona przez dłonie oraz usta. Zebrane i wystawione w stojących salaterkach na stole i koszach na tarasie. Zakończył się ten beztroski etap w jej życiu.

Teraz nie jest już tamtą dziewczyną i zbyt myślami błądziła na temat niedojrzałych owoców swojego małżeństwa. Jesteśmy psychicznie oraz fizycznie zobowiązane i obciążone wieloma sprawami. Nad nią stała ciotka, która była pośrednikiem wymiaru sprawiedliwości. Miała swoją rolę, jako ławnik, lecz w innym mieście.

– Mówię tobie, pisz, to wreszcie napisz! – udziela rady ciotka trybem rozkazującym, bez wahania.

– Nie mogę… nie mam siły – cedziła Agnieszka, szlochając.

– Pisz wszystko, co było i jest ważne, przecież walczysz o wasz godny los – przemawiała jej długo do rozsądku ciotka Teresa. – Przecież walczysz o to, co się dzieciom należy.

– Muszę?… Ale… ja nie chcę go więcej widzieć na oczy. Musimy sami, bez niego sobie poradzić – tłumaczyła się z naiwnym przekonaniem, że on i tak niczego nie musi.

– Musisz, jak wiele kobiet przed tobą, zadbać o los swoich dzieci, bo to o nie się rozchodzi. Co to za pomysł, że dzieci są tylko twoje? Chociaż mężczyzna nic nie musi, ani urodzić, ani wychować… i jeszcze będzie śmiał się tobie prosto w twarz… Zamiast małych kroczków zrób jeden duży. Nie rozdrabniaj się.

– Jeszcze te sądy. Ja tylko znam się na wychowaniu dzieci oraz na swoim zawodzie. Gdyby nie chorowały, to rzuciłabym się w wir pracy i kariery.

Ona włosy ma do ramion, które ją zawsze pocieszały, dotykając jej policzków jakby czyjaś dłoń, domatorka. Twardo próbuje stąpać po trzydziestce, próbując się odnaleźć w rodzinnej rzeczywistości i w erozji małżeńskiej.

– Skup się na pisaniu pozwu alimentum. Kobiety od ponad stu lat już musiały działać i pozywać o to, co należy się ich dzieciom. Zabawne, faceci niekoniecznie przyznają się do swoich dzieci – tłumaczyła jej, wymachując rękami. – Już Gabriela Zapolska w Moralności… wspominała o alimentach oraz Reymont. Młoda, naiwna dziewczyna wykorzystana przez mężczyznę dla własnych przyjemności i rzekomo w imię miłości. Chociaż to były trudne i heroiczne początki w tym prawie, na przełomie dziewiętnastego i dwudziestego wieku, zanim kobiety uzyskały prawa społeczne i wyborcze. Walka o uzyskanie jakichkolwiek równych praw przypominała dżumę. Kobieta ze swoim podopiecznym i potomkiem siłą rzeczy była skazana, jak zaraza, na społeczne odrzucenie. Dobrze, że to zaczęło się zmieniać.

– Teraz pozew o alimenty, a potem będę musiała pisać o rozwód. To za dużo jak na moje siły i obowiązki.

– To oznacza „nakarmić” z łaciny, więc to, co zwykle musisz. Tylko zaczerpniesz z dostępnego kotła waszą porcję. Sięgnij, wykonując niezbędny ruch, aby go otworzyć, i zaufaj wymiarowi sprawiedliwości. Wydział Rodzinny jest dla nieletnich po to, abyś ich reprezentowała.

– Boję się, że nie mam wystarczających kwalifikacji, ty mnie rzucasz na głęboką wodę. Teraz tonę w pieluchach i lekach, a później w tonie papierkologii.

– Możesz stać się silną, dumną kobietą i matką zamiast wieczną marionetką. To ty dałaś nić życia i ty możesz pociągać za sznurki, a tym razem jednak powinno być po twojemu. Nie możesz być wiecznie ofiarą.

– Za dużo jest tego, że… muszę! – protestowała, okręcając się na fotelu przy biurku.

– Koniec chowania się pod stół. Agnieszka, siadaj i pisz! – Nie na żarty zirytowana złapała ją za ramię. Zdecydowanie chce jej pomóc, przecież po to się spotkały.

– Nie mogę, nie mam sił… – rzekła z apatią wyczerpanej macierzyństwem, próbuje oponować, wspierając się opuszczonymi rękami o fotel.

– Skoro uważasz, że do kierowania twoim życiem potrzebujesz mężczyzny, to jesteś za słaba – tłumaczyła jej ciotka.

– Wiem, teraz chcę odpocząć od wszystkiego. To, co czuję teraz, to bezsilność – westchnęła.

– Oni usypiają twoją czujność. Ty tylko reprezentujesz nieletnich w ich imieniu. Wszystko jest przed nimi i zanim obejrzysz się, to tobie wyrosną – perorowała, chodząc z założonymi rękami po pokoju.

– Nigdy nie skarżyłam się i nie użalałam się nikomu na mój los. – Aga zaczynała się otwierać.

– Walczysz o swoją prawdę. Poza tym nic samo się nie zrobi. Pamiętaj o innej filozofii, tej teologicznej. Uwierz, wywalczysz za czterdzieści i osiem tez. Głodnych nakarmić, grzeszących napominać, strapionych pocieszać. Uczynki pod tym względem, także istnieją. Jeszcze więcej będziesz mieć na głowie. Teraz to są początki, jeszcze szkoła będzie od ciebie wymagać. Wyuczyć i posłać na nową drogę życia. A potem będziesz musiała wyposażyć, uposażyć każde z osobna – ripostując, objaśniała.

– Dlaczego wszystko muszę, wszystko ja! Czy kobieta musi być wielozadaniowa? – odparła wymijająco.

– Nie ma takiej instytucji, żeby ci ulżyła, a prawnicy to zawód cieni. Dają cień nadziei, a potem wychodzi różnie. Jeszcze się przekonasz. Adwokat nie jest ci potrzebny, ty najlepiej wiesz, co jest najważniejsze. Nie licz szczególnie na nich. Mają przywileje i tylko to się liczy. Wszystkie pisma nie będą do ciebie przychodziły, tylko do niego, i nie będziesz mogła odpowiednio zareagować ww właściwym czasie. Może nie o wszystkim ciebie poinformować, a nawet zignorować istotne rzeczy, które są dla ciebie ważne. Podobnie nauczyciele będą ci wmawiali, że ty jesteś od nauczania. Nauczanie znowu powraca do domów. Chociaż w historii była pewna grupa, która miała bardzo duże przywileje i to się źle skończyło dla kraju. Można się przebrać w długie szaty jak kontusze i twierdzić, że się wiele robi dla innych – wieloznacznie rozprawiała ciotka.

– Już mi kilka osób życie zmarnowało, to jeszcze na dokładkę właściciel żony, posłusznej uniżonej – otrzeźwiła się ze zwątpienia, że ona nie jest od mocy sprawczej jako słaba kobietka.

– Właśnie, dlatego musimy mu przypomnieć i wskazać jego minimalny wkład w twoje wysiłki. Rozpocznij ten krok. Zacznij pisać ten pozew, tylko od początku, jak było. Najważniejsze wasze dane, akty urodzenia dzieci i PESEL-e. Wnosisz o zasądzenie kwoty od dnia wpłynięcia pozwu. Nawet pod jego nieobecność, żeby nie przeciągał. Składasz akty urodzenia oraz oświadczenie majątkowe w załączeniu – wymieniła.

– Tylko tyle albo aż tyle do zapamiętania. Z rodzica mam zamienić się w prawnika? – Przeciągała jeszcze jakiś czas, jakby on miał uleczyć rany. A reszta już jest zbędna.

– Nie zapomnij o uzasadnieniu waszej sytuacji, kosztach i tam opisujesz jego zaangażowanie i wkład. Schematycznie to jest proste. Dołącz akty urodzenia dzieci i skopiuj pozew w trzech, a załączniki w dwóch egzemplarzach – odrzekła, uzupełniając.

– Ja, ciociu, ci mówię, że jestem pechowa, to nie będzie takie proste… – użalała się płaczliwie.

– Uczucia się skończyły i wypaliły dawno. Jeśli czujesz jakieś sentymenty z przyzwyczajenia… O wszystko prosić, błagać i bronić się – upominała bardziej doświadczona krewna.

– To nie tak było. Ja go nie kochałam. Jemu śpieszyło się z małżeństwem. Miał starszych rodziców. Wtedy pracowałam w sezonie letnim świątek piątek i niedziela. A on dzień w dzień przesiadywał przed barkiem. Nie wiedziałam, że wtedy mogę na swoim postawić. Po miesiącu ciągnął mnie i chciał kupić pierścionek. Uczepił się po prostu – wyznała.

– Oczywiście nachalny i natręt, jak to kobietę w małżeństwo wkopać. Taki ma gotowego wielozadaniowego robota domowego z ciepłym łóżkiem. Już ci kiedyś opowiadałam, jak po miesiącu mój się mi oświadczył. Właśnie tak samo. Denerwowała mnie w nim ta nachalność i upierdliwość. Ale myślałam, że kobieta nie może na swoim postawić. Myliłam się, że tak ma być.

– Wiecznie zamykał drzwi dzieciom przed nosem – stwierdziła Aga.

Zdecydowany napór na usilną zależność od niego. Miał starszych rodziców z pierwszą grupą. Ale niczego mu nie brakowało. Być może namawiali go, żeby ułożył sobie szybciej życie. Teraz mieszka ze schorowaną matką, ale jak wcześniej nie miała dla niego czasu, tak teraz to nadrabiają. Był obrzydliwy z tymi jego prymitywnymi instynktami. Ale to okazało się później. Jednocześnie bała się go i to ze strachu bała się ponownie protestować, że go nie chce.

– Może powiedział, że się zabije? – dopytywała ciotka.

Przyszła rozwódka skinęła głową.

– Znana sztuczka – oznajmiła Teresa, otwierając drzwi do ogrodu.

– Nie chciałam nikomu o tym mówić. Właśnie wziął mnie pod włos, ale chyba miał na myśli, że to mnie zabije. Dobrze wyszukiwał swoje przyszłe kandydatki, aby je zmusić siłą. Cały czas myślał o sobie, jaki to dobry ubije interes, dosłownie i w przenośni – rozpaczała.

– Żona się mu opłaci, szczególnie na zimę. Zawsze pod ręką podane, doniesione z dokładką gorących pośladków – kontynuowała wywody na ten sam temat.

– Jak on się odezwał, to nie mogłam go słuchać. Co on z życia będzie miał?! Tylko tego chciałem… A dzieciom drzwi przed nosem zamykał. Nie potrafił z nimi rozmawiać. Słowo „my” nie istniało.

– Niczego na siłę nie zmienisz, masz dzieci wychowywać, a nie jego – doradzała ciotka.

– Zmusił mnie, i to do wszystkiego, a ja bałam się sprzeciwić. Teraz już wiem, dlaczego zależało mu tak na małżeństwie. Wygodnicki. Myślałam, że małżeństwo to jedna drużyna. Porozumienie bez słów – wywnętrzała się Agnieszka.

– Koniec codziennej walki z tyranem. Koniec ciągłego chowania się pod stół. Teraz mogę ci pomóc. Potem ci nie poradzę, jak już wyjedziesz, musisz w tej walce być sama – przestrzegła ją ciotka i nie zapraszając jej do ogrodu, trzymała straż w drzwiach, aby było jasne, że będzie konsekwentnie dążyła do ukończenia zaplanowanego zadania. W końcu napisały pismo według standardowego wzoru.

Swój adres:  Data:

Dane adresowe: Sądu Rejonowego Wydziału Rodzinnego i Nieletnichw…

Powody: 1. Imiona dzieci, pesele, daty urodzenia. Reprezentującmałoletnich: Dane matki, pesel, adres. Pozwany: Imię i nazwisko,adres.

Pozew o alimenty.

Wnoszę o:

W punktach.

1. Przeprowadzenie wyroku zaocznego na wypadek nieobecnościpozwanego.

2. Zasądzenie od dnia wpłynięcia pozwu.

3. Wnoszę o kwotę … na każde dziecko. itp. itd.

Uzasadnienie:

Wymieniamy wydatki i koszty wychowania, nauki i leczenia dzieci.Nie są zaspokojone i niewystarczające wraz z zwiększeniem potrzebdzieci… Rozwijając i podsumowanie.

Załączniki:

Podpis

Rozdział 2

Związek partnerski, który przejmuje rolę wychowania, jest od dawna znany – to związek z matką. Wywołujący pewien bunt, co wskazuje niestety nie na sielankowy obraz życia, lecz walkę o byt. Bardziej w takich przypadkach przemawiają prawa dżungli. Definicja słabej płci w intencji osłabiającej innych. Kobiety są silne i tak sobie mówią po kolejnych porodach. Tak się dzieje, gdy muszą chronić swoje dzieci. W utwierdzeniu, że one poradzą sobie także dalej same. Ale wtedy nie myślą o tym, co dzieciom się należy. I takich przypadków jest więcej, gdzie latami nie podawały o alimenty ojców swoich dzieci, bo one ich nie potrzebują i same sobie poradzą. Tyle że o to chodzi, co się dzieciom należy. Trzymanie się stereotypu, że dzieci potrzebują pełnej rodziny, czyli ojciec jest także potrzebny. Ale jako antyprzykład swoistego egoisty. W okolicy takich przypadków było mnóstwo. Brak wyrozumiałości teściowej, która całe życie nie pracowała zawodowo, tylko wychowywała synów i zajmowała się sporą działką rolniczą. Synowa po cesarskim cięciu, oboje z dzieckiem wymagali opieki. Po macierzyńskim planowała wrócić do pracy. Nie podobało się to teściowej, liczyła bardziej na pomoc młodej matki. Kazała jej się wynosić do swojej rodziny, gdyż ona nie będzie się zajmowała nimi i nowo narodzonym dzieckiem. Kilka miesięcy po ślubie najstarszego syna, zresztą trzydziestoletniego starego kawalera, pozbyła się ciężaru. Brak zrozumienia dla nowego życia. Trafiła jednocześnie na bardzo skąpych ludzi. Teściowie byli na sporej emeryturze. Mijały lata i tamtej rodzinie uchodziło na sucho i nie poczuwali się do żadnego obowiązku. Ona pracowała i nie domagała się żadnych praw w sądzie. Nie składała żadnych pozwów do sądu rodzinnego ani cywilnego. Chciała być samodzielna i samowystarczalna.

Wspomnę o jednym wydarzeniu, jakie obrazowało stosunek ojca do syna. Kolega z klasy miał prymicję – zaślubiny kapłańskie, i zorganizował przyjęcie tego sakramentu, na które zaprosił wszystkich z dawnej klasy. Decyzję podjął dość późno, bo około trzydziestki. Zresztą po trzydziestce obaj już byli związani przysięgą przynależności do sakramentów świętych. Zajmował się młodszym rodzeństwem i poświęcał swoje lata, podczas, gdy matka pracowała za granicą, żeby zapewnić im godne utrzymanie. Zjawiła się także tamta para, ale bez dziecka. Ona wytłumaczyła potem, że kilkulatek płakał i nie chciał z nią jechać. Dziwne to było, że w momencie kiedy słyszał o ojcu, robił się drażliwy. Nowicjusz, który praktycznie od tej chwili był klerykiem, wiedział o ich sytuacji – przecież mieszkali po sąsiedzku, nie wspominając o tym, że był na ich ślubie. Utrzymywali pozory rodziny, ale na odległość, bo mieszkali osobno i nie mieli rozwodu. Miała jeszcze obiekcje, ponieważ jej ojciec wcześniej zmarł, matka była wdową. Naturalnym odsiewem mężczyzn kiedyś były wojny i wojsko. Teraz weryfikacją jest ich postępowanie i to, czym zajmują się inne instytucje. Jeszcze nie wierzyli w takie formalności i powiedzenie sobie prosto w oczy, jak jest naprawdę. Na ceremonii oglądali się jedno na drugie. Po mszy diakonacyjnej, celebrowanej przez biskupa w bazylice przejechali na przyjęcie. Na nim było podziękowanie dla rodziców. Duchowny kolejno rozmawiał z każdym po kolei, potem przysiadł się do nich i zadał pytanie im oraz świeżo upieczonemu tatusiowi z jedynakiem:

– Dobrze, że was widzę razem. Zapytam, a gdzie wasz kilkuletni syn? – zauważył kapłan.

– Nie zabrałam naszego trzylatka ze sobą, bo płakał. Zostawiłam go z siostrą – tłumaczyła żona kolegi.

– Szkoda, miałem nadzieję, że zobaczę wszystkich razem – odezwał się rozczarowany.

– Ważne, że twoja rodzina jest komplecie – wtrącił kolega ze szkolnej ławki.

– A ty teraz będziesz w jakiejś parafii? – zagadnęła jego żona.

– Na pewno za daleko mnie nie wyślą na początek – odparł.

– Fascynujące będziesz miał zajęcie.

– Dlaczego? – spytał zaskoczony duchowny.

– Będziesz mógł dokumentować ludzkie losy w księgach parafialnych, a nawet dokonywać historycznych wpisów. – Tak ciekawska towarzyszka wyobrażała sobie jego obowiązki.

– To pierwsze chyba tylko proboszcz – wyprowadził ich z błędu.

– Ale pewne jest, że będziesz swoim żywiole i wokół ksiąg.

– A ty, kolego, jeździsz do syna? – zainteresował się troskliwie duchowny.

– Jeżdżę czasami – syknął tamten pewny siebie, że odbębnia jakiś rytuał.

– A ty co wtedy mówisz swojemu synowi? – wypytywał duchowny.

– Że nic nie było… – odrzekł zadowolony z siebie, że przechytrzył własnego potomka.

Wydało się jego postępowanie, o którym powiedział publicznie. Zazwyczaj jeździł w niedziele i święta, gdzie w kalendarzu widniała czerwona kartka. Wybierał celowo taki dzień, aby sklepy były pozamykane. Powtarzanie się za każdym razem i szydzenie dziecku prosto w twarz nie dawało matce nic do myślenia. Wtedy miał wymówkę, żeby nic nie przywieźć dziecku. Choćby symbolicznej tabliczki czekolady. Jego troska o swojego potomka kończyła się na pokazywaniu.

Zgadzając się na małżeństwo, jaką mamy gwarancję, że druga osoba nie wietrzy w tym interesu życia. Czy masz gwarancję obopólnej zgody? Czy masz pewność pełnego zaufania? Łączność w grze do jednej bramki z etyką i moralnością. Na początku nie wiesz, że możesz na swoim postawić. Ufasz w dobrej wierze, że dobra organizacja i obopólna obsługa małżeństwa dla innych istnieje. A nie ciągle jakiś oddział intensywnej terapii.

Rozdział 3

Zacznę jeszcze raz od początku, jak się poznali dziesięć lat wcześniej z Jackiem. Agnieszka była tuż przed nowym wyzwaniem. Zgłosiła się ze swoimi felietonami satyrycznymi do nowego radia w mieście. Coś w stylu „na każdy dzień tygodnia”, do tego przeróbki piosenek, parodie reklam. Miała trochę tego w swoim dorobku, mnożyły się w dużym tempie.

Agnieszka jadąc rowerem, parkuje na skwerku. Dziesięć lat wcześniej Agnieszka miała dwadzieścia cztery lata, jej proste, ciemne włosy, sięgające policzków zawsze ją pocieszały. Ubrana w spodnie i bluzkę, a na nogach gustowne pantofle. Idzie już po południu, kiedy dzień przesłuchań się kończył. Szła, rozglądając się wybrukowanym deptakiem. Wchodzi na plac zabytkowego rynku i odszukuje logo radia „W TONIE”, w jednej z kamienic. Tablica informacyjna, świetlna nadawała informacje lokalne z godziną oraz te pogodowe. Druga, przy redakcji gazety, informacje ogólne ze świata rozległego. Przyległy gmach gazety i radia wprowadzał przemyt bieżących danych, którymi często się interesowała i eksploatowała przyległym parkiem rowerowym. Zerknęła na zegarek na godzinę czternastą. Ogłoszenie o poszukiwaniu radiowca wybrzmiewało na antenie w radio lokalnym co godzinę.

Masz pasję chcesz pracować w radiu? Zgłoś się dziś do godzinyszesnastej. Zapraszamy.

Agnieszka zgłosiła się ze swoimi felietonami satyrycznymi do nowego radia w mieście. Miała trochę tego w swoim dorobku.

– Teraz czas na ciebie – wyszeptała pod nosem, dopingując siebie, oraz zaciskając kciuki przed wejściem i wskakując przez docelowe, upragnione drzwi.

Wchodzi do lokalu gazety, gdzie jest i wejście do radia „W Tonie”. Czekała ją próba głosu.

– Coś do nas? – redaktor gazety uniósł głowę znad biurka w biurze ogłoszeń.

– W sprawie ogłoszenia w radiu…? – dopytała Agnieszka z głębokim ciemnym spojrzeniem.

– To dalej korytarzem trzeba przejść – ponownie odezwał się do niej redaktor.

– Tym korytarzem? – upewniała się Agnieszka.

– Tak, w tamte drzwi – wyjaśnił uprzejmie radiowiec.

Mijała wychodzącego pewnym krokiem chłopaka.

– Radio to tu? – upewnia się Agnieszka widokiem przed nią.

– Za szklanymi drzwiami, już koleżanka czeka na chętnych – łagodnie rzekł redaktor.

Widok kilku drzwi w długim wąskim korytarzu, a za nimi szafa na ścianie pełna płyt, aż do sufitu.

– Na zgłoszenie? – spytał siedzący przy komputerze przodem, a bokiem do studia następny redaktor. – Musi pani poczekać, bo kolejna osoba się nagrywa. Trzeba poznać naszą codzienną specyfikę. Rozszyfrowywać skróty i na odwrót.

– Rozumiem, już jest piętnasta – zaznacza Agnieszka upływający czas przesłuchań.

– Nam o to chodzi, że nie zawsze może głos pasować. Koleżanka wskaże nagranie dla pani. To potrwa chwilę, w studio nagramy pani głos. Poprosimy jeszcze numer telefonu i nazwisko. Tutaj na kanapie można poczekać – odezwał się miło do Agi trzeci redaktor.

– A, tak… – westchnęła Agnieszka i usiadła.

Za szybą w drugim studio było widać prowadzącego program rozgłośni, w słuchawkach na głowie. W eterze płynie wyciszona piosenka za szklanymi drzwiami przed studiem. Po kilku chwilach uchyliły się drzwi pierwszego studia i wyszli.

– Teraz zapraszam – zawołał redaktor do oczekującej Agnieszki.

Poprawiając bluzkę, skierowała się w stronę wezwania. Weszła za drzwi studia na nagranie. Wskazano jej fotel przy stole mikserskim.

– Dam słuchawki, które zawsze odwieszamy. Załączamy ten artykuł i gdy się skończy czas, proszę wyłączyć w tym miejscu. Czy wszystko jasne? – życzliwie dopytał.

– Tak, jasne…

Agnieszka czuła szczelność studia, naprężonym rdzeniem kręgosłupa wbijając w miękki fotel. Przysunęła się do mikrofonu, zamknęły się drzwi i została sama ze wzrokiem wlepionym w ekran z paskiem nagrania. Mikrofon tuż przed nią, poprawiła słuchawki i nacisnęła nagranie, rozpoczęła czytanie serwisu dnia. Nie jest na antenie, ponieważ to tylko test. Aga widzi swoje odbicie w szybie i radiowca w reżyserce przed sobą. Wyłącza nagranie, zdejmuje słuchawki, odwieszając je i wychodzi.

– Już po nagraniu. Czy możesz coś jeszcze o sobie powiedzieć? – zapytał radiowiec.

– Mam jeszcze teksty satyryczne – zareklamowała swoje poczucie humoru.

– Zainteresowanie taką formą może się przydać.

– Lubię radio – kontynuowała Agnieszka.

– My również – potwierdził redaktor z uśmiechem.

– Więc może do zobaczenia – zagadnęła zachęcająco.

– Mamy telefon i zadzwonimy za dwa tygodnie – stwierdził obiecująco po przesłuchaniu.

– Dziękuję – odpowiedziała, udając się do drzwi. Wychodząc z radia, kieruje się w dół ulicy między kamienicami.

*

W eterze rozgłośni słyszy.

Brakujący trybik w tandemie oznacza, że zawsze należy własnymisiłami, czy o własnych siłach prowadzić sprawy, które toczą się nierazsame. A my wtedy często jesteśmy na miejscu pasażera. Można więcsię przesiąść.

Miała wyznaczony termin i godzinę na prezentację. Kilka tygodni wcześniej wybrała się do swojego miasteczka odebrać przepisane wydruki. Na nieszczęście jeszcze nie odebrała komputera z serwisu przed podjęciem pracy.

Zaczął się właśnie sezon letni na lody i właśnie dojrzała ją znajoma, u której wcześniej czasami pracowały studentki. Lodziarnia z miażdżącymi mrożonymi granitami w różnych kolorach przyciągała wzrok. Ona także tam dorabiała, więc znała ten fach lodów z maszyny. Wyraźnie właścicielka wyglądała kogoś, ale tym razem bez pomocnika, swego małżonka. Wybór wypadł na nią, kiwnęła palcem w jej stronę. Rozglądnęła się, czy to na pewno do niej, ale wyraźnie patrzyła na nią, machając ręką w jej stronę. Dość dobrze się znały. Skręciła przez przejście i wstąpiła do lodziarni.

– Cześć, co słychać, Aga?! Może masz trochę wolnego czasu? – zapytała blond właścicielka.

– Joanna, zaskoczyłaś mnie… Może mam ze dwa tygodnie – odpowiedziała Aga ze skoroszytem pod pachą długowłosej trzydziestolatce o podobnej drobnej sylwetce co ona.

– To możesz mnie zastąpić przez kilka dni – zaczęła wprowadzać w życie swój plan, wietrząc interes.

– Właściwie jestem przed ważnym spotkaniem w radiu. – Pochwaliła jej się o rozgłośni i nowej szansie z jej talentem.

– U mnie także są zmiany. Jak widzisz, jestem bez męża – oznajmiła zadowolona.

– Faktycznie to jest zmiana – skwitowała Aga.

– Potrzebuję od jutra zastępstwa – ciągnęła wcześniej poruszony temat.

– Może jutro, ale mam spotkanie – próbowała ją zbyć Agnieszka, nie całkiem przekonana.

– Dobrze, załatwione, ja znam właściciela i porozmawiam z nim. Jutro czeka na mnie jeszcze praca w salonie kosmetycznym. Będzie czekała na manicure i pedicure poważna sędzia – rzekła.

– To może będę mogła na kilka dni cię zastąpić.

Śpiesząc się i bez marudzenia dobiły targu, przecież w sezonie czas to pieniądz.

– To do dzieła! – Właścicielka lodziarni zostawiła jej klucze i kazała jej działać.

Aga bez komentarza przyjęła je, zgadzając się na propozycję, żeby ją zastąpić od jutra przez kilka dni. Tutaj zastała ją wiadomość, że Joanna nie ma już małżonka, lecz nowego partnera. Właściwie zawsze na niego czekała, jak pracował całymi dniami w drugiej lodziarni na wyjście do chińskiej restauracji. Następnym razem przyszedł z wizytacją, siedząc z nią na zapleczu, a potem podjechał samochodem i obserwował tym razem Agę przy maszynie jako szef. Zorientowała się, że już dłuższy czas ma wbity w nią wzrok, siedząc w aucie. Jakby miała zaraz odlecieć na okrągłej tubie muszli z wafla do domu i zniknąć z tego miejsca na dłużej. Podeszła i drżąc spytała, czy czegoś potrzebuje:

– Czy jeszcze coś szef chciał?

– Nie. Tylko przyglądałem się twojej pracy… – pokręcił głową.

O tej wizycie myślała podejrzliwie i nieprzychylnie. Ale w nieciekawy lekko pochmurny i parny dzień spóźnił się, podwożąc studentkę, i ta oczywiście musiała się wygadać, bo jego żona przeprowadziła dochodzenie:

– Nie wiesz, gdzie był mój mąż wczoraj?! – pyta szefowa.

– Przecież u mnie w czasie pracy sprawdzał – odpowiedziała nieostrożnie Aga.

– Miał w tym czasie umyć samochód i tego nie zrobił.

– Nic o tym nie wiem – szczerze odpowiada.

– To typ, albo nie robi, o co go proszę, albo sobie podwozi pracownice! – stwierdza bez ogródek.

I tu wygadała się, a właścicielka nie mogła przełknąć niesubordynacji podwładnych. Jadanie na mieście nie przypadło mu do gustu. Po całym dniu wolałby odpocząć u siebie i zjeść coś domowego.

Klienci lodziarni jeszcze nie dopisywali w kwietniu, tak samo jak i upał. Notowała to, co zwykle musiała, sprawdzała daty i sztuki. Zadzwonił telefon od właścicielki już pod koniec dnia, niby z pogawędką.

– Słuchaj! Ciężki miałam dzień z klientkami – westchnęła półgłosem odsłona szefowej w roli kosmetyczki.

– Dlaczego? – zapytała z zainteresowaniem Aga.

– Wyobraź sobie, że płyn do skórek mi się wylał, i lakier, a jutro mam kolejną na pedicure – rzekła, wyżalając się biznesmenka. – Musisz jeszcze kilka dni mi pomóc – komunikuje.

– Nie musisz padać mi do stóp, ale rozumiem – odpowiedziała ciężkim głosem po drugiej stronie, kiedy koleżanka się rozłączyła.

Rozdział 4

Śpiesząc się rankiem do pracy wita nas i ją jeszcze rozdzielony mrok przyszłych dziennych wrażeń, bez nacisku już ciemnych zasłon nocy i nieoślepiającego jasnego blasku dnia. Wytyczając jednocześnie jasny cel porannej rozgrzewki i naszego pośpiechu. Schodząc schodami z każdym swoim krokiem powodowała drgania energiczne płytek stopni. Powoduje zasilenie przyszłej linii naszego kierunku użycia światła lub domofonu ze skorzystaniem drzwi wyjściowych. Schody pompowały powietrze, wentylując za każdym razem, kiedy poruszano się po nich, wprowadzając w nich tektoniczny ruch. Zmyślne wspomaganie energii w ten sposób podświetlało jej wszystkie pokonywane stopnie do osiągnięcia pierwszego celu tego dnia. Jeszcze nieco senny poranek z wilgotnym powietrzem i nierozchwianym żadnym roztargnieniem tłumów. Jasne punkty lamp ulicznych przedzierające się przez kontury budynków i ciągnącej się ulicy. Wstęga zaledwie błękitu nierozłączna i pożądany atut dzienny nad powierzchnią miasteczka, dostrzegalna plansza z figurami krzewów i drzewostanu ludzkiego.

Wybrała się na autobus, chwilę czekając na przystanku, aby dotrzeć z rana do lodziarni; zerka na telefon. Dotarła na miejsce i wyjęła klucze, żeby otworzyć roletę spod szyldu: „Świderki”. Krzesełek nie wyjmowała, stały na stosie obok stolika. Narzuciła fartuszek i na niego sweter. Zajrzała na zaplecze i we wszystkie szafki. Klienci jeszcze nie dopisywali w kwietniu, tak samo jak i upał. Zaczęła czytać książkę, wyglądając w okienku. Notowała to, co zwykle, musiała sprawdzała daty i sztuki. Co niektórzy przechodnie wlepiali oczy w jej stanowisko pracy i wzruszali ramionami. Obok rzucał się w oczy lokal z bielizną na wystawie.

– Jestem z butiku z bielizną obok – zagadała piękna dziewczyna z przyległego sklepu.

– To pracujemy obok siebie? – upewniła się Agnieszka.

– Oczywiście. I mam prośbę… – syknęła seksowna ekspedientka. – Podłączyłabyś mi na chwilę telefon? Pada mi zawsze pod koniec pracy, bo bez przerwy na nim gram. – Wręcza telefon dłonią wyraźnie świeżo po manicure, bo paznokcie dobrze się prezentowały.

– No, jasne podłączę na trochę – zgodziła się.

– Za kilka chwil po niego przyjdę.

– Później wpadnę obejrzeć koronki – rozpromieniła się Agnieszka.

– Zapraszam! – zachęcała dziewczyna.

Agnieszka bierze i podłącza telefon, siadając przy okienku. Krzątała się trochę w tym czasie przy ladzie. Po jakiejś chwili słyszy i widzi wysoką postać posiadaczki ładowanego telefonu.

– Już jestem. Właśnie za chwilę przyjedzie mój chłopak i pędzę – zaszczebiotała dziewczyna z butiku.

– Powodzenia! – wołała Agnieszka, wyglądając za koronkową ekspedientką, która zniknęła już za rogiem, trzęsąc tyłkiem na długich, szczupłych nogach.

Postanowiła, że teraz będzie chwila dla niej i zadba o swój wygląd, skoro nie ma tłumów. Wyszła na zaplecze do łazienki. Wyciągnęła z torebki szczotkę do włosów i zaczęła się czesać. Umalowała szminką usta, przeglądając się w lusterku, i schowała ją do torebki. Wyszła z łazienki, zdjęła sweter i fartuszek, odwieszając go przy maszynie. Codziennie otwierała o ósmej rano, na dziesięć godzin, aż do zmierzchu, bo sezon jest krótki. Wystawiała reklamę-potykacz i składane krzesełka wraz ze stolikiem.

Na zapleczu wyciąga pudełko waflowych muszelek. Nagle rozlega się głos mężczyzny, wąsatego bruneta.

– Halo! Jest pani? – woła.

Podchodzi o kulach, wsparty na nich po obu stronach. Zaniedbany uliczny inwalida.

– Co dla pana? – zapytała współczująco Agnieszka.

– Widzi pani, w jakim jestem stanie. Da darmowego loda… – mówi roszczeniowo, ale jednak błagając nieporadny brunet.

– Widzę, w jakim jest pan stanie. Jest pan głodny? – dopytuje Agnieszka. Widzi, że nie jest spragniony, bo dość jeszcze chłodno.

– Da za darmo… – potwierdza swoją prośbę wąsacz.

– Chwilę trzeba poczekać. Może tak być? Dopiero otwieram.

Krząta się przy maszynie, uruchamiając ją i wystawiając dodatki. Dodatkowo szefowa zastrzegła, żeby nic nie rozdawała za darmo.

– Pomógłbym, ale widzi… – nagabuje, chwiejąc się o kulach.

– Cierpliwością najbardziej.

Dolewa mieszanki wiadrem szesnastolitrowym do wnętrza maszyny. Nareszcie nachyla dźwignię lodów, chwytając za muszelkę.

– Proszę, z małą muszelką, bo inaczej nie mogę. Zawsze to tylko kilka groszy… – W głowie brzmiała jeszcze jej instrukcja szefowej.

– Właśnie ich nawet nie mam – odpowiedział inwalida.

– Domyślam się – stwierdziła, wzdychając.

Przeszukuje torebkę, wyciąga różnej wielkości notesy i karteczki. W pracy rozwiązuje testy na prawo jazdy. W deszczowy dzień mży nieustannie, lecz ona musi być na stanowisku. Wiadomy sygnał, że lodziarnia stoi otworem i czeka na klientów. Mgliście spostrzega parkujący w pobliżu czerwony samochód, z którego wysiada kierowca i idzie pod lodziarnię.

– Da mi dużego szejka, bo zaparowałem się w tym aucie na trasie – otwarcie spragniony szofer.

– Rozumiem, w samochodzie w taką pogodę… Jaki smak z polewą? – zapytała Agnieszka.

– Według pani gustu – odpowiedział.

– Może pod kolor samochodu… Wyjrzyjmy… To ten?

– Zgadza się – potwierdził szofer.

– Czerwony. To może malina! – zawołała, spoglądając na rząd polew Agnieszka. – Proszę, czy coś jeszcze?

W międzyczasie nalewa szejka i wybraną polewę, zakłada wieczko i podaje.

– Nie! Ja wsiadam do auta i jadę dalej w trasę. Dzięki, bez reszty.

Płaci, pozostawiając pieniądze na ladzie razem z napiwkiem.

Minął jej ten paskudny dzień. Zbliżał się koniec wiosennego kwietnia. Słońce zaglądało Adze prosto w oczy i nie tylko ręka mogła zasłaniać jaskrawe promienie, ale i opadające na czoło włosy. Lodziarnia w dzień tętniła życiem całych rodzin.

– Może mi pani sprzedać małą muszelkę dla dziecka? – pyta klientka z wózkiem z kilkuletnim dzieckiem.

– Myślę, że mogłabym… tylko nie znam ceny.

Agnieszka jest zaskoczona, bo nie ma tego w cenniku. Jeszcze wiele tajemnic sama musiała odkryć, ponieważ wszystko było na jej głowie.

– Jedną – zażądała klientka.

– Może być po trzydzieści groszy? – wymyśla naprędce cenę.

– Wezmę – zdecydowała klientka.

Aga podaje muszelkę. Kobieta płaci i wręcza dziecku wafla.

To były dopiero początki maja i zaczęły się zimne dni. Trochę się zaziębiła, więc nie otworzyła lodziarni. Ciekawa była, kiedy wreszcie wyręczy ją znajoma właścicielka. Zadzwonił telefon, tym razem w sprawie lodziarni odezwał się mężczyzna.

– Halo! – zawołała do słuchawki zachrypnięta.

– Słuchaj. Otworzysz lodziarnię, czy chcesz tego czy nie, bo inaczej kogoś na ciebie naślę. Zrobisz tak jak my tego będziemy chcieli. Nic nas to nie obchodzi, co ty chcesz. Przyjedziemy po ciebie, masz się zbierać. Trzydzieści kilometrów i jesteśmy u ciebie. – Męski głos wyraźnie jej groził.

Dzieliła ich z tym miasteczkiem spora odległość od większego znaczącego miasta Zamość. Chciała to gdzieś zgłosić, lecz nie nagrała rozmowy. Nie wiedziała, jak to ma udowodnić. Sytuacja zbyt szybko się rozwijała, a ona leżała jeszcze w łóżku z kaszlem, gorączką i katarem, i tak ją zastali. Ta para kochanków i nowo upieczonych właścicieli lodziarni w spadku po byłym małżonku. Nowy punkt w mieście Krasnystaw, dobrze kręcił się w nim interes. Rozmowa była nieunikniona. Zadzwonił dzwonek do drzwi. Po przybyciu para biznesmenów ponowiła groźby.

– Otwieraj! – donośnie zawołała znajoma.

– Co za wizyta…? – spytała zaskoczona duetem i w lekkim szoku po tej nachalności.

– Nie wyglądasz tak źle – odezwała się drwiąco lodziara.

– Mamy cię rozumu nauczyć?! – Mężczyzna jakby na nią wylał kubeł mrożonej wody.

– Nie mogę, bo jestem chora – próbowała się tłumaczyć.

– Aspirynka i… nie fikaj! A jutro widzimy otwartą lodziarnię – rozkazywał jej nowy partner, a był dobrze zbudowanej postury i wysoki. Wyróżniały go okulary i gęsta, ciemna fryzura.

– Teraz lodziarnia jest moja, a małżonka się pozbyłam, więc teraz ty się nas słuchasz. Mów, że jesteśmy rodziną – objaśniała zimno blondyna o długich włosach. Jakby mogła, to wbiłaby jej lodowe pazury.

Nie wiadomo, co zrobiła ze swoim byłym, ale to on zawsze sterczał w lodziarni i nie był taki postawny. Widocznie potrzebowała kogoś do brudnej roboty. Raczej robienia przerębla na siłę lodowym świdrem każdemu, kto stanie im na drodze, i spychanie w niego.

Zaczęły się upały i duże kolejki wielbicieli lodów kręconych. Ledwo wyrabiała się z otwieraniem i zamykaniem przed klientami. Musiała wystawiać stoliki i krzesełka punktualnie o ósmej rano, ponieważ miało być otwarte od rana do wieczora. Kolejnego dnia pod okienkiem zjawił się tamten partner biznesmenki z wielkiego miasta. Patrzył jej na ręce, stercząc w okienku.

– Jestem Seba – rzekł. – Będę cię obserwował i masz być widoczna w okienku. Poza tym nie próbuj prosić o umowę, bo nikt ciebie nie zarejestruje w sezonie. Od czasu do czasu będę tędy przejeżdżał i ciebie sprawdzał.

W tym czasie mijali ich chodnikiem policjanci z psem, przechodząc przez przejście główną ulicą.

– A ty, co jesteś z jakiejś mafii? – skwitowała podejrzliwie i spojrzała na niego.

– Nie rozśmieszaj mnie, tylko interesu pilnuję – drwił, znikając, a raczej zwiał jakby przed czymś.

Rozdział 5

Rozkręcał się letni sezon w pełni i faktycznie miała pełne ręce roboty. Jak powiedział, tak zorientowała się, że ktoś jeszcze kręci się i zdaje relacje o jej pracy. Gdy ona jest na swoim posterunku. Przy zamkniętych drzwiach w tej maszynie produkcji USA. Pamiętała jeszcze, jak adresowała listy do Filadelfii.

W ten upalny pamiętny dzień radio grało jak Dyszyńscy i Odziemscy wolni zza oceanu. Maszyna pracowała bez ustanku, więc któregoś dnia zbuntowała się i zapowietrzyła. Aga rozebrała pompę na drobne części, uszczelki, wężyki wysuszyła i złożyła z powrotem. Uszczelki przez jakiś czas były wywinięte, aby były w dobrej, nierozciągniętej kondycji. Po jakimś czasie zadzwoniła lodobizneswoman. Żeby zliczała muszelki i wpisywała w zeszyt na początku dnia. Kiedyś słyszała, że któraś ciotka zapisywała utargi w swój zeszyt, żeby się zgadzało. Zaczęła Aga pilnować również swoich spraw i codziennie zapisywała na serwetce utarg z datą. Wpisywała potem w domu w zeszyt, żeby nie wpadł w ich ręce, ponieważ mieli drugie klucze i mogli go zabrać. Dodatkowo zrobiła zdjęcia dokumentacji. Taka dokumentacja jako zabezpieczenie w razie jakichś wątpliwości.

W upalny dzień stała kolejka za kolejką, nie było czasu na przerwę, miała pełne ręce roboty. W tym czasie nadszedł inspektor sanepidu i przerwa przepadła:

– Kontrola, proszę otworzyć! – zawołał mężczyzna z teczką i lodóweczką na próbki.

– Proszę, tylko otworzę panu – rzekła odruchowo, nieświadoma, co ją czeka.

– Proszę książeczkę kontroli. Niech pani pracuje i nie przerywa. A ja popracuję na zapleczu – wydał instrukcję, przechodząc dalej.

Nie rozumiał, że było już południe i zasuwając od rana, była ledwo żywa. Towar wpisany w zeszyt, bo było przyjęcie. Próby zrobione, stanowisko czyste. Płyn do dezynfekcji rąk jeszcze się nie skończył, a pudełka z muszelkami i proszek na mieszankę leżały na paletach. Ciężko się wciągało te worki półmetrowej wagi. Dostawa była solidna. Rozliczała kolejnego klienta, wydając resztę.

– Jeszcze pani książeczkę… – Kontroler wyjrzał na chwilę zza zaplecza, oczywiście po tę epidemiologiczną.

Opuściła na chwilę kolejkę. Dla wszystkich było jasne, że musi wykonać jeszcze jakieś obowiązki. Szybko sięgnęła do jedynej szafki, gdzie wiedziała, jak szefowa chowała dokumentację.

– Proszę.

Dostał książeczkę i gratisowego loda jak „lady sopel” kazała.

– Wpiszę posiadanie badań i to koniec kontroli – oznajmił i zadowolony posmakował loda.

Nareszcie kontrola się skończyła. Wypuściła go z mikroskopijnego lokalu. Na zaplecze należało się przeciskać. Upał przyciągał coraz więcej klientów, a jej od słońca robiły się mroczki przed oczami. Nie wie, czy nie myliła się przy zliczaniu rachunku i wydawaniu, bo pracowała non stop, jeszcze wtedy bez kasy fiskalnej. Odetchnęła z ulgą, lecz szybko pod koniec dnia zrobiła wymarzoną przerwę.

Została sama z tym wszystkim. Postanowiła wziąć i skserować dokumentację, aby była na jej korzyść i dowodem jej pracy. Nastała już połowa lata, a właściciele zjawiali się dopiero w nocy, bo zamykała po dziewiętnastej. Podczas jej nieobecności. Po włączeniu maszyny na tryb nocny. Czasami bała się, czy przy zamykaniu nikt jej nie zaatakuje z tyłu. Ale nikt na szczęście nie miał ochoty porywać się na drobniaki za lody. Po czym poznawała, że byli? Kopnięciem w śmietniczkę. W razie rabunku nie szukaliby w śmietniczce, chyba że dzwoniłaby bilonem. Czterotygodniowy utarg – dwadzieścia cztery tysiące. Ciężkie było, bo często w dwójkach, piątkach w bilonie i każdego innego rodzaju nominałach. Oni wiedzieli, ile towaru idzie i na jaką kwotę. Myślała sobie, że komuś rozkręca interes i przez jej ręce przechodzą spore pieniądze.

Kiedyś przyjechali, przeciskając się przy maszynie. Szefowa rzuciła jej trochę pieniędzy i mówi:

– Masz kilka tych setek, należy ci się, żebyś miała na bilet. Tylko nie strać ich szybko. – Wyłoniła dłoń z rozłożonymi banknotami i paznokciami w różnych pawich kolorach. – I pracuj!

Srogo spojrzeli, znikając i odjechali.

– Lodziara… lady sopel! – wyszeptała za nią po fakcie.

Zbliżała się połowa sierpnia, zrobiło się goręcej, ponieważ kręcili się przy niej mężczyźni. Nieco przyciągała uwagę z wysoko upiętymi włosami, biały fartuszek z czerwoną lamówką i bez przerwy była obecna. Miała zaproszenie na randkę od chłopaka, którego widywała codziennie, jak otwiera swój salon telefonów komórkowych. Chyba był synem pielęgniarki, bo widziała go w jej towarzystwie. Za pierwszym razem odmówiła, ponieważ ledwo wyrabiała się na ostatni autobus. Czuła, że kiedyś w weekend zjawi się ponownie pod koniec pracy, więc rozpuściła włosy. Przyszedł ponownie, ale znowu musiała odmówić, bo było późno i znowu o siódmej rano miała autobus do tej swojej przymusowej pracy. Pewnego razu w ciągu dnia przyszedł na kolejnego shake’a z dolewką, miała być o smaku adwokat. Miał twarz nieszczęśliwego dziecka, lecz wyglądał na starego kawalera. Kolejnym razem postanowiła, że uraczy go większą ilością, odkręciła zakrętkę i dolała z gwinta. Wiedziała, że właścicielka miksuje zawartość butelki jeszcze ze spirytusem. Niestety po tej dolewce więcej nie wrócił. Jeszcze kiedyś obserwował, ją siedząc w barze naprzeciwko.

Musiała szesnastolitrowe wiadra wody mieszać mieszadłem z lodami w proszku. Gotową mieszankę w wiadrze należało ustawić w maszynie, podciągając wężyki od pompy wciągającej do świdra podającego mrożone lody. Wyczerpywała ją codzienna praca i nie miała ochoty na amory. Przypomniała sobie o autobusie pracowniczym po dwudziestej drugiej, gdyby znowu namawiał ją ktoś na randkę. Wizytówką była jej ciągła obecność w okienku, jeśli tylko mogła. Zresztą lato już się kończyło, czasami jacyś obcokrajowcy byli klientami. Niekiedy traktowali ten punkt jak kantor po godzinach.

Miała na głowie sezonowy interes z kontrolami i dostawami. Niekiedy małe awarie maszyny. Zdarzały się groźby służbistów, że zrobią z tym punktem porządek, że nie zgłosili właściciele sterczącej nad ulicą reklamy. Zarząd dróg trzymał pieczę nad ulicami i chodnikami. Nie mogli nic zrobić, to były pretensje do właścicielki. Musieli być po godzinach pracy, bo pojawili się późnym popołudniem. Przyjęła zamówienie, wydając resztę i automatycznie je im zrealizowała, sięgając po muszelki oraz dźwignię maszyny, kręcąc sopla śmietankowego. Na razie kupili lody świderki z przytykiem służbowym o niedozwolonej reklamie. Obaj z nosami w okienku, zwrócili jej uwagę:

– Lepiej niech pani z tym coś zrobi, bo może pani stać się krzywda – zakomunikował wyższy klient w okularach.

Za nim stała już kolejka chętnych na lody dla ochłody.

– Ładna jesteś i szkoda by było – wtrącił drugi rudzielec, z czupryną kręconych włosów osadzonych jak garniec złota, niczym elf grubo po czterdziestce.

Spłynęło po niej jak wszystkie barwy polew ustawionych na półce przy niej. Jakby mogła, postawiła by mu w tej skorupie loda na głowę.

– Ale o co chodzi? – dopytywała zdezorientowana i zdenerwowana tak jak rżenie pompy w maszynie, która co chwilę się załączała, mrożąc.

– Zróbcie coś z tą reklamą. Nie może wisieć nad ulicą, za to są opłaty – poinformowali ją, jeden wyższy, a drugi niższy, z kredytem finansowym ekonomii biznesu płatnych dróg usługowych.

– Ja nic… nie wiem – zadrżała wystraszona groźbami.

– Zarząd dróg kłania się – wytłumaczył służbista.

– Ale to jest nad chodnikiem – zauważyła na zimno.

– Właśnie nad chodnikiem także płatne, jak i na nim – wytłumaczyli, dając jej do przemyślenia.

Jeszcze ich losy splączą się kiedyś w innych okolicznościach, bardziej męsko-damskich, jak to w małych miasteczkach.

W tym tłumie obserwował ją jeszcze ktoś, skoro zajmowała się sprzedażą. Wysoki i krępy, z gęstą czupryną ciemnoblond, towarzyszyła mu krótko ścięta kobieta średniego wzrostu z lekką otyłością. Widocznie nie za często fundowali sobie lody, lecz byli zainteresowani dużym ruchem i sprzedażą oraz ekspedientką. Agnieszka nie podejrzewała niczego po przypadkowej parze.

– Mirek, popatrz na tę w lodziarni – zagadnęła chropowato z błyskiem w oku towarzyszka.

– O czym myślisz? – mruknął, trzymając ręce w spodniach, gdyż obserwacja trochę trwała.

– Przydałaby się mojemu bratu – syknęła ochryple Patrycja.

– Patrycjo, a o czym szczególnie myślisz? – rzekł krępy facet.

– Ma dochodowe zajęcie.

– Chcesz, aby dobrze się ustawił?

– My też z tego skorzystamy – wyjawiła partnerowi. Jako doświadczona mężatka na obcasach.

Przypadkowa para z nieprzypadkowym planem nie rozpraszała zajętej ekspedientki, bo ich nawet nie zauważyła.

Podchodzi, trochę się skradając, głośna trójka dzieci, opalonych, zaniedbanych.

– Proszę pani?… – stając na palcach, zajrzał do okienka chłopiec.

– Słyszę was z daleka – wygląda z zaplecza.

– Mamy prośbę… – odzywa się nieśmiało dziewczynka z rudym kucykiem.

– A jaką? – dopytywała Agnieszka.

– Czy może nam dać lody? – powtórzyły wszystkie podobną prośbę.

– Mam się zastanowić? – ciągnęła, gdyż chodziło o darmowe.

– Prosimy! Prosimy! Prosimy! – Niemal jednocześnie podniosły głos.

– Mogę dać z polewą w muszelce – dosładzała myślą jeszcze.

– A jakie są polewy? – dopytywały o cały rząd smakowitych i różnobarwnych.

– Zobaczcie wszystkie… – zaprezentowała.

Nalewa każdego rodzaju polewy w przegródki w waflu i nakłada małego loda w każdą muszelkę.

– Proszę – podała pierwszemu dzieciakowi.

– Ja chcę dużo czekoladowej! – woła z apetytem.

– I dla ciebie. – Aga polewa czekoladową polewą.

– Ja chcę o smaku coli. – Nad ladą pojawia się pyzata twarz kilkulatka.

– Dla ciebie. – Kręci kolejnego loda i obraca się po chwili.

– Ja chcę tak, jak pani wybierze – zawołało kolejne.

– I tobie – podaje loda z polewami.

– Dziękuję – zabrzmiał głosik kolejnego dziecka.

Zajadając się lodami, gromadka dzieci odeszła przez przejście.

Niekiedy klienci traktowali ten punkt jak kantor po godzinach. Z tym wszystkim była sama, miała na głowie sezonowy interes z kontrolami i dostawami. Niekiedy małe awarie maszyny.

– Halo! Kierowniczko… – nawoływał donośnie klient.

– Co? Ode mnie ktoś coś chce? – Agnieszka zaniepokoiła się gdyż ludzie zazwyczaj nie krzyczą, tylko spokojnie dokonują wyboru i robią zamówienie.

– Mam interes dzisiaj – smęcił klient.

– Jaki? – zapytała sennie.

– Niech mi pani wymieni euro. Dzisiaj kantor nieczynny.

– Akurat dzisiaj? – skrzywiła się. – Co ma? Bilon czy banknot?

– Jasne, że banknot. Jutro sobie pani wymieni.

– Bilonu nie biorę, bo i tak w żadnym kantorze nie wymienią.

– Tylko dwadzieścia złotych i spadam – paplał.

– I tak lepiej zrobi. – Wydała banknot i wymiana dokonana.

Nadszedł dzień rozliczenia się z utargiem. Właściciele podjechali autem, otworzyli bagażnik. Seba podszedł i podał plecak przed Agi nos.

– Dawaj utarg, wszystkie woreczki – nakazał bez ceregieli.

– Długo was nie było i trochę ciężko – utyskiwała przy ladzie.

Na zapleczu schyliła się do śmietniczki, podniosła worek, wyjmując go. Czternaście woreczków bilonu i banknotów z każdego dnia.

– Postarałaś się – przyznał macho rozbrajająco.

– Z całych dwóch tygodni – podsumowała Agnieszka – wraz z weekendami.

– I będę za kolejne. Ale pamiętaj, obserwujemy ciebie – dorzucił. Wrzucił plecak do bagażnika i odjechał.

Podchodzi uliczny menel o wychudzonej posturze, w kamizelce odblaskowej, nieco brudnej.

– Halo! Jest pani?! Musi pani zadzwonić na pogotowie – woła.

– Dlaczego? – dopytywała wielozadaniowa w białym fartuszku.

– Nasz kolega… przewrócił się na wózku inwalidzkim – wskazywał tamten przejęty.

– Gdzie dokładnie? – indagowała.

– Tam, pod mostem, przy rzece – wymachiwał rękoma.

– Co mi opowiadacie?! – nie dowierzała.

– Mówię prawdę – zarzekał się.

– Zadzwonię. – Wykonała odpowiednie połączenie. – Proszę przysłać karetkę… – Kończąc wezwanie, odłożyła telefon.

– To ja do nich pędzę – poinformował kloszard.

Agnieszka w fartuszku kontynuowała swoją pracę, grupkami pochodzili kolejni klienci po lody. Po godzinie wrócił menel.

– Jestem z powrotem – oznajmił nieco zziajany.

– I co się stało? – dopytywała zaciekawiona.

– Znaleźliśmy wózek inwalidzki na śmietniku. I tego o kulach wsadziliśmy w niego.

– I co? – dopytuje.

– I zawieźliśmy na naszą miejscówkę. To znaczy na drzemkę. Ale trochę wypiliśmy i go wywaliliśmy – zarechotał.

– I nic mu się nie stało? – zainteresowała się życzliwie.

– Zabrali go… Tylko trochę go upiliśmy – wyznał.

– Tyle dobrego, że zadzwoniłam– stwierdziła.

– A ja tyle chciałem powiedzieć – podsumował i pobiegł dalej.

Agnieszka przeszła na zaplecze napić się i ochłodzić napojem.

*

Przed pełnią kolejnego dnia Agnieszka nie miała z rana kolejki, więc postanowiła się odświeżyć w pracy, bo zaspała. Zaczęła układać włosy na kilku wałkach i myła zęby. W domu nie miała na to czasu, skoro codziennie spędzała tam czas letni i od rana do wieczora obsługiwała klientów.

– Halo! Jest pani? – nawoływał ulizany chłopak z kolegami.

– Czoo…– z trudem odezwała się i wyjrzała z wałkiem we włosach i ze szczoteczką w ustach. I natychmiast cofnęła głowę, aby jej całkiem nie ujrzeli. Szybko zdjęła wałki i wyjęła szczoteczkę z zębów.

– Halo…! Czekam – domagał się niecierpliwie chłopak, jakby ją testował. Stał i czekał z rękami trzymanymi z tyłu.

– Chwileczkę… Już idę!

Z zaplecza widziała dość wysokiego chłopaka, który nadal tam stał. Odgarnęła włosy, poprawiła fartuszek, gotowa do codziennej dalszej pracy.

– Słucham, co dla ciebie?

– Mam różę, dam ją tobie… – W okienku pojawił się amant z różą w zębach. Wyjął ją z nich i podał w jej stronę. – …jeśli dasz mi za darmo loda! – dokończył przygodny casanova.

– Co jeszcze ode mnie chcesz? – zapytała bezpośrednio.

– Mogę tobie tę różę dać. Ale musisz mi dać za darmo loda.

– Ja obsługuję jedynie klientów – tłumaczyła.

– Zastanów się dobrze nad tym – nalegał przystojniak z pięknym uśmiechem.

– Skąd wziąłeś tę różę? Z targu? I jest z kolcami – przekomarzała się z chłopakiem.

– Może z ogródka i sam ją urwałem? Mamy mało czasu, decyduj, dziewczyno.

– Z jakiej to okazji? – dała się wciągnąć w ten flirt.

– Przechodziłem obok. Spodobałaś się mi – ciągnął zaloty.

– To do mnie czy koło mnie? – było jej niezręcznie.

– Chcesz tę różę?

– Mam wyjście…? – wyciąga rękę po kwiat.

Widać, jak jeszcze ktoś wygląda zza niego.

– Żartowałem, tylko czekam na kogoś – zakpił z niej niesmacznie.

– Widzę całą zgraję za tobą… Żarty?! Uciekajcie stąd! – pogoniła ich rozczarowana i pozostała przy lodach.

Rozdział 6

Tego samego lata pojawił się kolejny konkurent, a ona czuła coraz mniejsze opory do randki. Przecież była jeszcze wolna, ponad dwudziestoletnia. Na ulicy szaleli rezerwiści z chustami rocznik dwa tysiące, ale rok później po całej służbie i wszyscy mieli przemalowane dziwnie czarne włosy. W dwa tysiące pierwszym roku przez chwilę śmignął jej przed oczami taki widok. W jakąś niedzielę zapamiętała rodzinę na lodach – zamiast zapytać o polewy, ewentualnie powiedzieć jaką, wkładali głowy za okienko i pokazywali rękami. W środku tygodnia zdawało się jej, że widzi twarz chłopaka któryś raz z rzędu przechodzącego obok. Zagadnął w końcu, był podobny do pewnego znajomego.

– Czy mogę ciebie o coś zapytać? – zagaił mężczyzna z najeżoną fryzurą.

– Proszę, słucham… – odpowiedziała z wyczekiwaniem, rutynowo.