39,99 zł
Poruszająca opowieść o dojrzewaniu do miłości, odpowiedzialności i prawdy o sobie. Historia dwóch mężczyzn, którzy po dwudziestu latach milczenia próbują poskładać na nowo siebie i swój związek.
Latem 1986 roku w pionierskim obozie „Jaskółka” rodzi się zakazana miłość między nastoletnim Jurą a jego starszym opiekunem Wołodią. Po dramatycznym rozstaniu ich drogi na dwie dekady rozchodzą się. Przez cały ten czas obaj próbują żyć „jak trzeba” – w świecie, do którego nie pasuje ich uczucie.
W końcu, po dwudziestu latach, spotykają się. Już jako dorośli mężczyźni muszą zmierzyć się nie tylko z dawnym uczuciem, lecz także z własnymi wyborami, wstydem i poczuciem winy. We wspomnieniach powracają do pamiętnego lata 1986 roku, odkrywając nieznane wcześniej szczegóły historii z perspektywy Wołodii…
„Co przemilczała jaskółka” to opowieść o konsekwencjach milczenia: o nieprzepracowanej traumie, która wraca w postaci autodestrukcji, uzależnień i lęku przed bliskością. Ale to także pełna czułości książka o tym, że w każdym wieku można uczyć się miłości od nowa.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 575
Tytuł oryginału
О чём молчит Ласточка
Copyright © Katierina Silwanowa, 2023
Copyright © Jelena Malisowa, 2023
First published by Popcorn Books in 2023
popcornbooks.me
Przekład
Paweł Podmiotko
Redakcja
Katarzyna Zegadło-Gałecka
Korekta
Karolina Zelewska
Ilustracja na okładce
Adams Carvalho
Projekt okładki
Maksim Balabin
Polska adaptacja okładki
Tomasz Brzozowski
Skład
Martyna Potoczny
Opracowanie e-wydania
Karolina Kaiser /
Copyright © for this edition
Insignis Media, Kraków 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone
ISBN 978-83-68352-47-4
Wydawca
StoryLight, imprint Insignis Media, ul. Lubicz 17D/21–22, 31-503 Kraków
[email protected], insignis.pl
Instagram: @wydawnictwostorylight, @insignis_media
X, TikTok: @insignis_media
Facebook: @Wydawnictwo.Insignis
Siadając przy przejściu, Igor jakby odciął mu drogę ucieczki. Wołodia rozglądał się roztargnionym wzrokiem po sali, celowo omijając dyrygenta – nie był jeszcze gotowy ani na radość, ani na rozczarowanie. Zdumiał się pięknem i wspaniałością organów górujących nad sceną, mimo że dziś milczały. Pod nimi usadowiła się niewielka orkiestra. Jak dotąd słychać było tylko skrzypce – spod smyczka płynęła powolna, spokojna melodia. Akompaniował jej stojący w rogu sceny fortepian. Za nim stał chór z kilkoma mikrofonami.
Igor uśmiechnął się łagodnie i wyciągnął rękę, jakby chciał pogłaskać Wołodię po kolanie, ale zaraz ją cofnął i wyszeptał bezgłośnie:
– Nie denerwuj się.
Wołodia w końcu przeniósł wzrok na środek sceny. Jakby w zwolnionym tempie – płynnie i z gracją – młody mężczyzna wyrysowywał w powietrzu wzory batutą dyrygenta, jak gdyby leciutko dotykał niewidzialnych przycisków przed sobą.
Wołodia lepiej mu się przyjrzał. Zgrabny, wysoki. Poły fraka sięgają mu niemal kolan. Wdzięczne dłonie. Ciemne włosy.
Tak mógł wyglądać Jura. Ale i ktokolwiek inny.
Muzyka zdawała się tak piękna, że Wołodia pomyślał, że tylko jego Jurka mógł napisać tak piękną, ale i smutną melodię. Próbując dobrze się przyjrzeć dyrygentowi, zmrużył oczy. Ale sam się powstrzymał – minęło dwadzieścia lat. Ludzie się zmieniają, zmienia się ich wygląd. A jednak… Wbił wzrok w tył jego głowy. Nieposłuszne ciemne włosy. Na tyle nieposłuszne, że nieszczęsny kogucik – przyczesany, prawdopodobnie przygładzony żelem – wciąż odstawał.
Jura…?
Oczy zaszły mu mgłą.
Nagle zrobiło się cicho, muzyka zamilkła. Zamarło mu serce. Wołodia nie mógł oderwać wzroku od tej tak kiedyś ukochanej głowy. Wypuścił powietrze, poczuł wszechogarniające, tak żywe i realne szczęście, jakby cofnął się daleko, daleko, do najjaśniejszego okresu swojego życia.
Młodzieniec przy mikrofonie zaśpiewał w nieznanym języku niezwykle piękną i tęskną pieśń. Melodia otuliła Wołodię. Smutek przesączał się do każdej komórki jego ciała, każdej cząsteczki, każdego atomu duszy. Z każdym ruchem batuty dźwięki zmieniały kierunek, tonację, rytm. Muzyka to fruwała jak pędzący klucz ptaków, to spadała jak kamienna lawina. Dyrygent kierował nią jak czarodziej żywiołem. A Wołodia czuł, jakby ktoś czy to kroił, czy to rozszarpywał go na kawałki. Cały krwawił, tyle że z ran nie płynęła krew, lecz wspomnienia.
Słońce, lato, szum rzeki, szelest wierzbowych gałęzi. „Jaskółka”, okrzyki dzieciaków. Uśmiech Jury, tak łatwy do odnalezienia w tłumie paplających pionierów. Miłość – niepowstrzymana, wszechogarniająca, taka jasna i właściwa. I jego własne odbicie w lustrze: młodziutka twarz, okulary w rogowej oprawie, rozpacz w oczach, usta wykrzywione gniewem. Ma ochotę uderzyć tę twarz, rozbić lustro w cholerę, byle tylko pozbyć się kryjącego za nim potwora, który podsuwa młodemu Wołodii brudne, wulgarne wizje. Kolejne ujęcie – dłonie w kłębach pary nad garnkiem. Zaparowane okulary – nic nie widać, czuć tylko gorąco, tylko przyjemny, otrzeźwiający i zarazem odurzający ból.
„Przestań, co ty robisz?” Ręce Jury – wytworne palce pianisty gładzące jego zaczerwienione mokre dłonie. „Dlaczego? Za co to sobie robisz?”
Pojawia się kolejny obraz – kolana Jury. Są takie zimne, Wołodia ogrzewa je swoim oddechem, całuje ukradkiem i uśmiecha się, czując, jak Jura wzdryga się od jego dotyku i szepcze: „Jesteś najlepszym, najwspanialszym człowiekiem. To ja jestem zły, to moja wina, nie twoja…”.
Rozbłyski ogniska, „brązowe wiśnie”, łzy w oczach. Wilgotny chłód sunący po rozpalonej skórze. Objęcia Jury. Ból. Rozdzierająca serce tęsknota.
Solista zaśpiewał niską nutę, którą podchwycił chór. Śpiewali w języku, którego Wołodia nie znał, ale nie musiał rozumieć słów – i tak wiedział, o czym opowiada ich pieśń.
Z głębin pamięci wyłaniały się twarze, jedna po drugiej. Zmarszczone czoło ojca, wzburzenie w oczach matki, jej drżące usta. Potem pojawiła się inna twarz, obca i przerażająca twarz lekarza: fałszywie uprzejma, budząca podejrzliwość i chęć odwrócenia wzroku.
„Co pana niepokoi?”
Lepki strach, niepewność, wstyd. Słowa, które trzeba wypowiedzieć, więzną mu w gardle, musi je z siebie wyciskać: „Czuję skłonność… ekhm… pociąg seksualny do mężczyzn”.
„To zboczenie płciowe” – brzmi odpowiedź doktora.
Panika. Gonitwa myśli powtarzających się w kółko: „Wyleczyć, wyleczyć… Chcę o tobie zapomnieć, chcę być normalny…”.
Dyrygent ostro machnął ręką. Smyczki dotknęły strun – załkało kilka par skrzypiec, zadudniły wiolonczele.
„Ma pan długo i uważnie przyglądać się tym zdjęciom, żeby stwierdzić, co się panu w nich podoba. Nie należy myśleć o nikim oprócz tych pań i musi się pan postarać poczuć przyjemność”.
Wołodia bierze plik zdjęć z rąk lekarza, trwożliwie odwraca górną fotografię i widzi nagą kobietę. W dłoniach jakby roi mu się od robaków, ma ochotę wyrzucić te zdjęcia, ale nie może. I od razu w jego pamięci pojawia się twarz Jury – jego spojrzenie, niepewne, ale pełne żywej ciekawości.
„Wiesz, widziałem kiedyś w zakazanym czasopiśmie ojca, że oni te kobiety… Wiesz, że można im nie tylko tak normalnie, ale też w inne miejsce… No, Wołodia, pytam cię jako przyjaciela, po prostu jestem ciekaw…”
Dołączyły instrumenty dęte – ostro i gromko przetoczyły się przez salę takim szkwałem emocji, że aż zabolało go serce. Solista zaśpiewał wysoki dźwięk, dołączył do niego chór, a na Wołodię zwaliło się najohydniejsze wspomnienie, które przez długie lata starał się pogrzebać w pamięci.
„Nie udaje mi się”.
Lekarz patrzy na niego, marszcząc brwi, drapie się w zamyśleniu po brodzie.
„A więc sięgniemy po ostateczne środki”.
Wołodia godzi się na wszystko. Doktor rozkłada przed nim zdjęcia nagich mężczyzn. Wołodia odwraca wzrok.
„Patrz!” – nakazuje lekarz, po raz pierwszy zwracając się do niego per „ty”.
Wołodia zerka. Podwijają mu rękaw koszuli, w nos uderza go zapach spirytusu, cienka igła wchodzi pod skórę.
„Zaraz poczujesz mdłości. Patrz dalej”. Lekarz stawia przed nim emaliowaną miednicę.
Wołodia patrzy. Piękny łuk bicepsa, dołek pod obojczykiem, mocny kark, szczecina na podbródku, ufryzowane blond włosy. Model. Wołodii podoba się jego ciało, ale nie twarz. Nie chce patrzeć. Czuje, że zaczyna mu się robić niedobrze. Pod zamkniętymi powiekami pojawia się jednak całkiem inne oblicze. Ukochane, zachowane w pamięci do końca życia. Jego delikatne usta, które tak chce całować, że nie ma już siły się powstrzymać. I ta twarz jest tak blisko, a z ust Jury spływają wyznania. Tak natarczywie obejmują go szczupłe ręce, palce tak desperacko czepiają się jego ramion.
„Proszę cię, Wołodia. Jeśli nie zrobimy tego teraz, to już nigdy. To nasz ostatni dzień, chcę cię zapamiętać, jesteś tym jedynym”.
Wołodia całuje go w swojej szalonej fantazji, tak pięknego, tak mu bliskiego. A nad ich głowami skrywa ich przed całym światem ogromna jak niebo kopuła z wierzbowych gałęzi.
Mdłości podchodzą mu do gardła tak gwałtownie, że Wołodia nie zdąża odegnać pięknej wizji. Pada na kolana przed miską i wymiotuje. Po policzkach spływają mu łzy wstrętu i napięcia, a pod zaciśniętymi powiekami w tym samym momencie uśmiecha się Jura.
Wybrzmiały finałowe akordy i gdy tylko orkiestra ucichła, na sali zagrzmiały oklaski. A Wołodia poczuł, jak do gardła istotnie podchodzą mu mdłości. Wbił wzrok w kolana i wczepił się palcami w podłokietniki fotela. Widząc to, Igor zapytał:
– Rozpoznałeś go, to ten Jura?
Wołodia spojrzał w bladą twarz swojego kochanka.
– Nie, to nie on.
Tamtego dnia w Moskwie było słonecznie, ale podmuchy chłodnego wiatru zapowiadały już zbliżającą się jesień. A jednak czternastoletni Wołodia miał aż dwa powody do radości. Po pierwsze, rodzice kupili mu nowiutki rower Salut. Dopiero dziś przestało padać i wreszcie można było do woli ganiać po podwórku. A po drugie, pojutrze miał przyjechać jego cioteczny brat z Tweru. W tym roku rozpoczął studia w Moskwie i dopóki nie dostanie miejsca w akademiku, rodzice Wołodii zgodzili się dać mu schronienie.
Wołodia dawno się z nim nie widział. Ostatni raz po piątej klasie, gdy pojechał do Tweru odwiedzić dziadków. Fajnie im się wtedy razem bawiło, chodzili nad rzekę i pracowali w ogródku. I teraz też będzie fajnie!
Zahamował przy posągu czytających pionierek. Dwie gipsowe postacie w szkolnych sukienkach, pochylone nad podręcznikami, przypomniały Wołodii, że do pierwszego września został niecały tydzień.
„Nic nie szkodzi, po szkole też znajdzie się czas na wyjścia z Wową. Poza tym on jest starszy, pomoże mi odrabiać lekcje”. Wołodia zsiadł z roweru, oparł go o pień rozłożystego dębu, po czym wspiął się na cokół pomnika, usiadł obok pionierek i zaczął majtać nogami. „Można też zabrać go na plac budowy, połazimy tam, pokażę mu wykop!” – myślał. „Możemy też wejść na dach pięciokondygnacyjnego budynku, będzie super!”
Pogrążony w marzeniach Wołodia zauważył wchodzącego na podwórze wysokiego chłopaka z plecakiem i torbą podróżną w dłoniach. Ale rozpoznał go dopiero, gdy ten dotarł do ostatniej klatki trzypiętrowego budynku. Przecież to Wowa! Wyrósł, stał się szerszy w ramionach i naprawdę trudno było rozpoznać w nim chłopca z dziecięcych wspomnień.
Wołodia chwycił ciężki rower za ramę, nie myśląc nawet o tym, że szybciej byłoby na niego wsiąść i pojechać, po czym pobiegł za bratem. Zdyszany i spocony, dogonił go dopiero na trzecim piętrze. Wowa nacisnął dzwonek do drzwi i odwrócił się, słysząc radosny okrzyk:
– Wowka! Przecież miałeś przyjechać dopiero pojutrze!
– Cześć – przywitał się tamten sucho. – Poszczęściło mi się z biletem i go wymieniłem.
Wołodia wniósł rower na ostatni stopień i rzucił go na posadzkę, po czym chciał już uściskać brata, jednak powstrzymał swój impuls – w spokojnym spojrzeniu Wowy dostrzegł znacznie mniej radości, niż się spodziewał.
Wowa podał mu rękę, zupełnie jak dorosły. Wołodia nerwowo wytarł spoconą dłoń w spodenki. Skóra Wowy była sucha i ciepła, starszy brat ścisnął mocno jego palce, a Wołodia drgnął pod wpływem tego dotyku – jakby przez jego ciało przeszedł prąd elektryczny.
Ostatecznie Wowa mieszkał u nich ponad miesiąc – z akademikiem ciągle się nie udawało, nie dla wszystkich studentów starczyło miejsc, a nowy budynek nie był gotowy na czas przed rozpoczęciem roku akademickiego. Rodzice nie mieli nic przeciwko: siostrzeniec kompletnie ich nie ograniczał, w dużym trzyizbowym mieszkaniu oddali mu osobny pokój, zresztą i tak wracał do domu najczęściej bliżej nocy. Rano wychodził na zajęcia, a wieczory spędzał z kolegami z roku. Potem zaznajomił się ze starszymi chłopakami z podwórka. A z Wołodią nie chciał spędzać czasu.
Różnica trzech i pół roku, która nie była w ogóle odczuwalna w dzieciństwie, teraz zrobiła się znacząca. Wołodia był jeszcze dzieckiem, pionierem, uczniem, a Wowa – już komsomolcem i studentem. Ich zainteresowania mocno się różniły. Na przykład Wowa pasjonował się motocyklami i nie podzielał radości Wołodii z powodu nowego roweru.
Czasem pomagał Wołodii w lekcjach, ale widać było, że nie bardzo go to ciekawi – Wowa miał na półce poważniejsze podręczniki. Wołodia próbował uczyć się kilkukrotnie razem z nim, ale ledwo rozumiał program zajęć i bał się niepotrzebnie zawracać bratu głowę. Wowa musiał zauważyć, że młodszy brat czuje się urażony, i jakby w ramach przeprosin za to, że spędza z nim tak mało czasu, podarował mu zegarek. Wołodia ucieszył się jak nigdy: przecież Montana to była wtedy prawdziwa rzadkość! Wowa otrzymał go za zwycięstwo w miejskiej olimpiadzie z fizyki. Sam mógłby go nosić, ale oddał Wołodii.
Po radości nie zostało nawet śladu, gdy tylko założył zegarek i nacisnął przycisk – mógł odczytać godzinę, jedynie mocno mrużąc oczy. Wołodia wiedział, że ma wadę wzroku, ale do ostatniej chwili odmawiał noszenia okularów. Rzeczy położone daleko widział nieźle, ale te bliższe – z każdym dniem gorzej. O ile pływające mu przed oczami litery w podręcznikach dało się jeszcze znieść, to niewidzenie cyferek na zegarku podarowanym przez brata wydało mu się katastrofą.
Wołodia sam poprosił rodziców, by poszli z nim do lekarza. Po zbadaniu mu wzroku okulista porządnie ich zbeształ: za długo się ociągali, trzeba było przepisać okulary znacznie wcześniej, żeby wzrok tak szybko się nie pogarszał.
Tego dnia wieczorem, stojąc przed lustrem w swoim pokoju, obracał w dłoniach nowe, czyściutkie okulary i nie mógł się zdecydować, by chociaż je przymierzyć. Wyglądały nieładnie: ciemna rogowa oprawa, grube szkła – całkiem jak u sześćdziesięcioletniego dziadka. Wołodia wziął głęboki oddech, jakby miał skoczyć do wody, i wreszcie je założył. Otworzył oczy i spochmurniał. W ostatnich miesiącach przestało mu się podobać własne imię – w końcu nazywał się tak samo jak jego brat. A teraz, dokładnie przyglądając się sobie w lustrze, Wołodia zobaczył, że przypomina go też bardzo z wyglądu.
Rozumiał, dlaczego Wowa kompletnie nie chciał spędzać z nim czasu. Co go obchodzą place budowy, parki i dachy? To wszystko dziecinne zabawy, a Wowę interesowały już dorosłe relacje. Wołodia nie raz widział, jak jego brat gra na gitarze na podwórku w otoczeniu starszych chłopaków, widział, z jakim podziwem i zainteresowaniem patrzą na niego dziewczyny. A Wołodia jeszcze ani razu nie był zakochany – jeśli chodzi o dziewczyny z podwórka, to tylko się z nimi przyjaźnił i wiedział, że pewnego dnia one też zaczną mu się podobać, a wtedy i on stanie się dorosły.
Pewnej listopadowej nocy obudziło go skrzypnięcie podłogi na korytarzu. Brzęknął wieszak, zaszeleściło ubranie, cicho trzasnęły drzwi wejściowe.
Wołodia wyskoczył z łóżka i podbiegł do okna. Wowa wyszedł z budynku i skierował się w stronę sąsiedniego podwórka.
Wołodię ogarnął strach zmieszany z niepokojem, jakby miało się wydarzyć coś złego. Nie rozumiał, z czego się biorą te uczucia, i nie zdając sobie nawet sprawy z tego, co robi, zarzucił kurtkę na piżamę, wsunął stopy w buty i wybiegł w ślad za bratem. Ten zaś zniknął za węgłem domu.
Czując się jak szpieg, rozumiejąc, że miesza się w nie swoje sprawy, Wołodia podkradł się wzdłuż muru, szybko przebiegł przez oświetloną część podwórka i przyczaił się za pniem jabłoni. Patrzył na otwarty okrągły placyk wyłożony płytami chodnikowymi, z klombem pośrodku. To było ładne miejsce. Teraz, w żółtawym świetle latarni, zmoczone przez jesienny deszcz, wyglądało mrocznie, lecz rzeźby dwóch łosi o rozłożystych, ciężkich porożach przypominających liście klonu, nadawały mu majestatyczny wygląd.
Po drugiej stronie kwietnika, kuląc się z zimna na wietrze i obejmując się ramionami, stała drobna dziewczyna w rozpiętym płaszczu zarzuconym na krótką sukienkę. Ożywiła się, widząc zbliżającego się Wowę, i pomachała do niego.
Wołodia nie słyszał, o czym rozmawiają, ale wyraźnie widział, jak Wowa nieśmiało ujmuje jej dłonie, podnosi je do ust i ogrzewa własnym oddechem. Tamta dźwięcznie się roześmiała i położyła ręce na ramionach Wowy, a on objął ją w talii. Stali tak przez jakieś trzy minuty i rozmawiali o czymś, a dziewczyna szeroko się uśmiechała. Serce Wołodii waliło gdzieś w gardle, wszystko pływało mu przed oczami, zdawało mu się, że te minuty trwają wieczność. Wowa powiedział coś jeszcze, a potem pochylił się nad jej twarzą i lekko dotknął jej ust.
Wołodia chwycił się gałęzi drzewa – zdawało mu się, że zaraz upadnie. Ale to nie on upadał, to wirował przed nim cały świat. Bez zastanowienia, nie widząc niczego przed sobą, Wołodia odwrócił się i popędził z powrotem do domu. Wybiegając z podwórka, wdepnął w głęboką kałużę i przemoczył cały but, a na klatce prawie potknął się na schodach.
Zrzucił buty i kurtkę, po czym wpadł do swojego pokoju, wskoczył do łóżka, przykrył głowę kołdrą i próbował powstrzymać dreszcze. Od przemoczonych stóp po całym ciele rozchodził się ohydny, lepki chłód, ale Wołodia trząsł się z innego powodu. Nie umiał określić z jakiego – jakby ze złości, ale dlaczego tak go to bolało? Mocno zacisnął powieki, ale i tak widział Wowę i tamtą dziewczynę – jak trzymali się za ręce, jak się obejmowali, jak on ją całował.
„Dlaczego ona? Spotyka się z nim pewnie tylko dlatego, że dobrze gra na gitarze. Latawica, wyciągnęła go w środku nocy, co, mało im było w dzień? Ona nie jest godna Wowy, nie powinna z nim być!”
A kto powinien? Jakaś inna dziewczyna? Ale czy Wołodia poczuje się lepiej, jeśli jej miejsce zajmie inna? Nie. A więc kogo chciał zobaczyć u boku Wowy?
Na Wołodię zwalił się ciężki, niespokojny sen i w tej mętnej wizji znów zobaczył tamto podwórko, tamten klomb, dwie rzeźby łosi. Ale to nie było jesienią – wszędzie widniała skąpana w słońcu wiosenna zieleń. Wołodia poczuł słodki zapach bzu, podmuch ciepłego wiatru strząsnął mu na głowę płatki kwiatów jabłoni. Znów zobaczył Wowę, uśmiechał się tak jak do tamtej dziewczyny. Ale teraz uśmiechał się do niego – Wołodii! Poczuł, jak jego dłonie ogarnia ciepło, gdy Wowa ujął je w swoje. Skóra płonęła mu od jego oddechu, jakby topiła się pod dotykiem miękkich ust. I dookoła nie było nikogo – tylko ich dwóch na całym świecie. Wołodia patrzył w szczęśliwą twarz swojego kuzyna, gładził go po policzkach i szyi i czuł, jak ciało zalewa mu żar. Tak cudownie, tak nieznośnie przyjemnie było tulić się do rozebranego do pasa Wowy… Nagle nie stali już na placyku na podwórzu, ale w jego pokoju przy regale z książkami. Jakże przyjemny był ten pieszczotliwy dotyk. Palce na plecach Wołodii, usta na policzkach i niżej: na podbródku, na szyi. Wołodia tracił oddech, zdawało mu się, że zaraz eksploduje z napięcia, z nieznośnego osłabienia w całym ciele, a zwłaszcza tam, gdzie dotykał go Wowa.
Wołodia gwałtownie otworzył oczy. W pokoju było ciemno, za oknem blado świecił księżyc. Był rozpalony i mokry. Zrzucił kołdrę, spróbował obrócić się na drugi bok i cicho jęknął, czując pod sobą wilgotną plamę. Zapominając o założeniu okularów, w kilka sekund dobiegł do łazienki, odkręcił kran i wrzucił spodnie od piżamy pod strugę wody. Szorował z taką siłą, że prawie je podarł. Czuł odrazę, wstręt, ogromny wstyd i nieznośny ból. Tak silny, że miał ochotę sam znaleźć się pod wodą i utopić się w niej, byle tylko nie czuć bolesnego bicia własnego serca i nie myśleć o tym, co mu się przyśniło. Kto mu się przyśnił.
Z wanny wzbiła się para – bez okularów Wołodia nie zauważył, że zbyt mocno odkręcił kurek z gorącą wodą i nie rozcieńczył jej zimną.
Dłonie poczerwieniały mu od palącego bólu, a Wołodia trzymał je tam dalej, zaciskając zęby, by nie krzyknąć. Ból był piekielny, ale w porównaniu z tamtym, który płynął z wewnątrz, nawet przyjemny. I z każdą chwilą robiło mu się lżej na sercu.
•
Patrząc na swoje odbicie w lustrze, Wołodia z każdym dniem coraz częściej zauważał, jak dorasta: jego twarz traciła dziecięcą miękkość, rysy stawały się ostrzejsze i bardziej masywne, wydawało się, że nawet jego oczy zmieniały kolor – z zielonych stawały się szare. Niezmienne były tylko szpetne okulary, nawyk mycia rąk w bardzo gorącej wodzie i myśli, że jest chorym człowiekiem.
Wołodia był pewien, że ma jakieś zaburzenie psychiczne. Z pewnością potrzebował pomocy, ale jak o nią poprosić i kogo? To przecież taki wstyd, nieznośnie straszna rzecz, żeby przyznać się komuś do tego, że chce się od własnego kuzyna czegoś całkiem innego, niż można chcieć od krewnego, od mężczyzny! I jak można powiedzieć takie słowa innej osobie, jeśli strach nawet przyznać się do tego przed samym sobą?
Myśli o przyszłości budziły w Wołodii przerażenie: za trzy miesiące skończy osiemnaście lat, za tydzień pójdzie na pierwszy wykład na uczelni. Przed nim dorosła egzystencja, którą właśnie będzie budował, za krótką chwilę wejdzie na swoją wyjątkową ścieżkę życia. Ale jak patrzeć w przyszłość, gdy Wołodia codziennie wciąż i wciąż wracał myślami do tamtej listopadowej nocy, do swojego podwórka, do rzeźb łosi, do Wowy, do dziewczyny, którą ten pocałował? Do własnego wszechogarniającego, niekontrolowanego wstydu? Do swojej choroby?
Życie płynęło obok Wołodii. Jego koledzy i koleżanki z klasy już chodzili na randki, zakochiwali się, ktoś nawet planował ślub. A Wołodia obserwował ich jakby zza szklanej ściany: słuchał z fałszywą empatią, przytakiwał, ale kompletnie nie rozumiał. I zazdrościł. Tak bardzo chciał do tych chłopców pasować, podzielać ich zainteresowania, czuć, że jest taki jak oni. Czuć, że jest normalny.
Ale Wołodia nie był normalny. Wołodia był chory i zepsuty, ponieważ nigdy w życiu nie myślał o żadnej dziewczynie w romantyczny sposób. Nigdy nie chciał żadnej pocałować. A o Wowie – myślał, a Wowę – chciał. I tak zaciekle nienawidził za to samego siebie, że życie stało się nie do zniesienia.
Wołodia miał nadzieję, że studia sprawią, że się zmieni, w końcu pojawią się tam nowe ciekawe sprawy, nowi znajomi, znajdzie się w innym środowisku. Albo przynajmniej będzie mógł zająć głowę nauką, tak żeby nie została mu nawet minuta wolnego czasu.
Ale nic się nie zmieniło. Od pierwszych dni Wołodia uczył się w szalonym tempie, zostawał na dodatkowych wykładach, siedział w bibliotece do zmroku. Ta gorliwość przyniosła owoce: w pierwszym semestrze został najlepszym studentem na swoim kierunku. Chwalili go wykładowcy, a rodzice byli z niego dumni, ale sam Wołodia był tylko wyczerpany, bo bez względu na to, jak bardzo się starał, nie mógł uciec od swoich myśli.
Choroba wracała do niego nocami: w formie koszmarów, z których budził się zlany zimnym potem, lub zmysłowych wizji. Te ostatnie były najgorsze: w pewnym momencie oprócz jego stryjecznego brata zaczęli się w nich pojawiać inni mężczyźni. Niewyraźne sylwetki, w których Wołodia rozpoznawał znajomych chłopaków z uczelni, jednak po przebudzeniu zapominał, kogo dokładnie widział. Z początku nawet się ucieszył: może to oznacza, że choroba o nazwie „Wowa” ustępuje? Potem jednak strach przygniótł mu serce niczym kamień: a więc chorobę może wywoływać nie tylko jego kuzyn? A więc nawet gdyby zapomniał o Wowie, Wołodia i tak nie stałby się normalny?
Któregoś razu, przebudziwszy się po kolejnym przyjemnym śnie, tak się rozzłościł, że zaczął z całej siły uderzać się po policzkach. A kiedy się mył, mydło tak szczypało jego i tak już podrażnioną skórę, że łzy napłynęły mu do oczu. Patrząc w lustro i widząc tam swoją żałosną zaczerwienioną twarz, Wołodia uśmiechnął się jadowicie: „Dobrze ci tak”.
Zdał sobie sprawę, że z tą chorobą trzeba coś zrobić. Zamieniała jego życie w niedający się wytrzymać koszmar, wewnętrzny demon pożerał mu duszę, unicestwiając wszystkie dobre emocje, pozostawiając po sobie tylko ziejącą pustkę.
Wołodia podjął decyzję: musi choćby spróbować być normalny. Musi choćby udawać.
Zaczął przyglądać się dziewczynom, próbując znaleźć cechy, które mu się podobały, i mentalnie je odnotowując: jedna ma piękne włosy, druga – pełne usta i czarujący dołeczek w podbródku. Zmuszał się, by nie spuszczać wzroku, gdy dziewczyny rozmawiały z nim przed salą wykładową lub w stołówce. Nauczył się odpowiadać uśmiechem na uśmiech i choć za każdym razem był on wymuszony i sztuczny, to i tak chwalił samego siebie za to, że próbował. Poza tym przestał rezygnować z chodzenia na nasiadówki z winem i gitarą w akademiku i zaczął regularnie na nie uczęszczać.
Ale po kilku miesiącach walki z samym sobą żadna dziewczyna nie wzbudziła nawet najsłabszego drgnięcia w jego sercu. Tak, podobały mu się – jako ludzie. Zabawnie żartowały, często dzieliły się notatkami z wykładów, prosiły o pomoc przy referatach i pracach rocznych, a w ramach podziękowania oferowały cukierki i uściski. Tyle że Wołodia czuł, iż mocny uścisk dłoni przystojnego kolegi z roku jest dla niego przyjemniejszy niż kobiece objęcia. Ale mimo to wciąż uparcie trwał przy swoim: karcił się za każdą niewłaściwą myśl, patrzył na dziewczyny i nie pozwalał sobie ani na sekundę utraty samokontroli.
•
W pokoju trzysta dziewiątym uczelnianego akademika panował półmrok. Choinkowy stroik na zawieszonym nad łóżkiem dywanie migał na pomarańczowo, połyskując na twarzach zgromadzonych studentów. Na łóżku, z gitarą w rękach siedział Saszka Szczepkin i śpiewał Wysockiego. Znał tylko jego piosenki, dlatego kiedy po krótkiej przerwie znów szarpnął struny i zaintonował tę o Wielkim Karetnym, ludzie zawyli.
– Sasza, na litość boską, oddaj już gitarę Miszce – poprosiła koleżanka Wołodii z grupy. – Dziś ósmy marca, wiosenne święto, a tym wpędzasz wszystkich w jakiegoś doła.
Sasza zwiesił głowę ze skwaszoną miną, ale usłuchał. Miszka zagrał Arlekino i w pokoju od pierwszych akordów zapanowało ożywienie.
„A mnie bardziej się podoba Wysocki” – pomyślał Wołodia, ale nie sprzeciwił się na głos.
Siedział na podłodze pod ścianą, trzymając w dłoni emaliowany kubek z portwajnem. Nie było to oczywiście żadne szlachetne wzmacniane wino, lecz zwykły samogon z winogron przywieziony ze wsi przez kolegę z grupy. Ale Wołodia chciał myśleć, że to portwajn. Poza tym nieźle uderzył mu do głowy – po pierwszym kubku Wołodia zaczął unosić się w przestrzeni, zakołysał się wraz z dźwiękami strun gitary, sycąc wzrok pomarańczowymi światełkami stroika, które jakby do niego mrugały. Czuł się lekki i spokojny. Po raz pierwszy od dawna nie nachodziły go czarne myśli. Zbyt trudno im było powstać w pijanej głowie.
Nagle ktoś usiadł obok niego. Wołodia obrócił się powoli i zobaczył kędzierzawe włosy i krągłe policzki Katii Zelcman, koleżanki z roku, która częściej od innych pożyczała od niego notatki. Katia mocno pachniała słodkimi perfumami, a na jej powiekach błyszczały srebrzyste cienie.
– Dolać ci? – W rękach trzymała butelkę.
– Poproszę. – Wołodia podał jej kubek.
Katia nalała też sobie, a potem nachyliła się do Wołodii, żeby się z nim trącić.
– Za ciebie – powiedział Wołodia. – Z okazji święta.
Katia zachichotała zalotnie i wypiła. A potem nagle wzięła go pod rękę i położyła mu głowę na ramieniu.
Wołodia zamarł w napięciu, próbował wsłuchać się w siebie, ale nie usłyszał niczego poza echem chóru głosów i wtórującej im gitary. W jego wnętrzu trwała milcząca pustka. Żadnego drżenia. Ani strachu i paniki.
„Niech będzie” – pomyślał Wołodia i rozluźnił się.
Siedzieli tak przez trzy piosenki. Katia to podśpiewywała, to milczała, melancholijnie popijając wino. I przez cały ten czas nie odrywała głowy od ramienia Wołodii. Nagle jednak wyprostowała się i zaproponowała:
– Nie masz ochoty się przewietrzyć na korytarzu? Tak tu duszno, aż słabo mi się zrobiło.
Wołodia skinął głową, wstał i podał rękę Katii.
Korytarz na drugim piętrze był tak zadymiony od papierosów, że pod sufitem unosiła się jakby chmura. Wołodię natychmiast zaczęło drapać w gardle, a Katia rzuciła się z kaszlem do lufcika i szarpnęła do siebie skrzypiącą drewnianą framugę. Do środka wdarło się świeże, jeszcze zimowo mroźne powietrze. Wołodia też podszedł do okna i odetchnął z przyjemnością – od razu nieco przejaśniło mu się w głowie.
Katia podskoczyła i usiadła na parapecie. Nagły ruch sprawił, że spódnica od jej niebieskiego kompletu nieco się zadarła, odsłaniając okrągłe kolana i malutkie oczko na beżowych rajstopach. Zamroczony alkoholem Wołodia nie wiedzieć czemu dotknął tego miejsca palcem. Katia zarumieniła się i próbowała zasłonić je spódnicą.
– Oj – zmieszał się Wołodia. – Ja… Cóż, to nic takiego, myślę, że to całkiem urocze.
Naprawdę nie wiedział, po co to zrobił – ot tak, z upojenia. A Katia rzuciła mu przenikliwe spojrzenie spod gęstych rzęs i powiedziała przeciągle:
– Wołodia… Sporo wypiłam, więc jestem śmiała… Mogę coś powiedzieć?
– Oczywiście, mów.
– Nie zauważyłeś niczego dziwnego?
– Gdzie?
– Nie „gdzie”, tylko „kiedy”. No… przez ostatnie kilka miesięcy.
Wołodia zmarszczył brwi.
– Raczej nie…
Katia westchnęła.
– Wy, faceci, to jesteście jednak głupi! – Spojrzała mu prosto w oczy. – Bardzo mi się podobasz. Tylko ślepy by nie zauważył.
– O… – Tylko tyle zdołał odpowiedzieć zakłopotany Wołodia.
– Nie musisz niczego mówić. – Uśmiechnęła się figlarnie i dotknęła palcem swoich różowych od szminki ust. – Możesz mnie po prostu pocałować.
– O… – powtórzył Wołodia.
Katia zachichotała i zamknęła oczy w oczekiwaniu.
I serce Wołodii wreszcie mocniej zabiło – lecz nie z podniecenia, a ze strachu. Katia była sympatyczna, zupełnie nie budziła w nim wstrętu, jednak nie chciał też jej całować. Ale Katia czekała, mijały sekundy, a w Wołodii w ślad za strachem narastał gniew.
„Przecież tego potrzebujesz! – powiedział mu wewnętrzny głos. – Przecież tego chciałeś. To twoja szansa, by spróbować stać się normalny”.
I zbliżył się do jej twarzy, pochylił głowę i objął Katię w talii. Kiedy z ochotą do niego przylgnęła, Wołodia przycisnął usta do jej warg. Odnotował, że były miękkie i ciepłe, a potem pomyślał, że zaraz powinno się zrobić przyjemnie, że lada chwila świat wokół niego zacznie wirować. Katia przywarła do niego mocniej, gorąco westchnęła, a pocałunek stał się głębszy. W tym momencie Wołodia poczuł się jak kamienny posąg albo bryła lodu. Nie wiedzieć czemu przypomniało mu się, jak w dzieciństwie polizał metalową poprzeczkę huśtawki. Język nie zdążył mu na szczęście przymarznąć, ale teraz zdawało mu się, że całując go, Katia musi czuć to samo – martwy, zimny metal.
Ale wyglądało na to, że jej się to podoba. A Wołodii – nie.
Odsunął się. Katia otworzyła oczy i uśmiechnęła się. Chyba należało coś powiedzieć, ale Wołodia patrzył przez nią na wylot, usilnie starając się odnaleźć w sobie jakiekolwiek ślady uczuć.
– Chcesz pójść do mojego pokoju? – zaprosiła go z zawstydzeniem Katia. – Nie myśl sobie, po prostu mi tu zimno, a do nich jakoś nie chcę wracać… Wolę spędzić czas z tobą.
Wołodia zabrał ręce z jej talii.
– Wybacz, Katia, ale już późno. Chciałbym złapać ostatni trolejbus.
Na parę sekund zmarkotniała, ale potem znów się uśmiechnęła.
– W porządku. Czyli zobaczymy się jutro na zajęciach?
– Oczywiście – zapewnił Wołodia.
Chyba chciała go pocałować w policzek, ale zdał sobie z tego sprawę, gdy już się odwrócił i poszedł w stronę wyjścia z akademika.
Na przystanek niemal pobiegł. W trolejbusie nerwowo bębnił palcami w poręcz, a potem omal nie upadł, poślizgnąwszy się w oblodzonym wejściu na klatkę schodową. I dopiero gdy dotarł do mieszkania, zamknął się w swoim pokoju i usiadł na łóżku, ukrył twarz w dłoniach i zapytał sam siebie: „Dokąd próbujesz uciec, idioto? Nie zdołasz uciec ani przed sobą, ani przed twoją chorobą”.
Tej nocy śnił mu się koszmar: znów tamta letnia noc, znowu podwórko, znowu Wowa. Tylko teraz zamiast bezimiennej dziewczyny, którą pocałował jego kuzyn, była tam Katia. Brat zauważył kryjącego się w krzakach Wołodię i zawołał: „Czemu, u licha, nie zostałeś w domu? Po co za mną polazłeś? Gdybyś wtedy nie wyszedł, to wszystko by się nie wydarzyło!”.
Z każdym słowem jego twarz stawała się coraz bardziej wykrzywiona gniewem. Ale zamiast się odwrócić, Wołodia nie mógł oderwać wzroku od jego policzków, umazanych różową szminką i srebrzystym brokatem.
Rano, po raz dziesiąty mydląc ręce, żeby ukropem zmyć ten brokat z siebie, Wołodia z trudem powstrzymywał łzy. Nie dlatego, że to bolało, ale ponieważ czuł się jak zamknięte w klatce dzikie zwierzę, które desperacko rzuca się na kraty swojego więzienia, ale zdaje sobie sprawę, że nie ma najmniejszej szansy na ucieczkę. Wołodia znalazł się w ślepej uliczce. Choroba otoczyła go ze wszystkich stron.
•
Przez cały następny dzień po pełnej majaków nocy Wołodia czuł się całkowicie wyczerpany. Kompletnie nie udawało mu się skupić na zajęciach – monotonne mamrotanie profesora było do tego stopnia usypiające, że na drugim wykładzie zdrzemnął się na jakieś pięć minut. A kiedy spostrzegł się i otworzył oczy, nie rozumiał, dlaczego na historii dyskutuje się o Czajkowskim. Natychmiast jednak sam to sobie wyjaśnił: może to tak przy okazji – Ignat Siergiejewicz lubi robić dygresje literackie na swoich wykładach.
– Przepraszam. – Saszka Szczepkin, wczorajszy gitarzysta, podniósł rękę. – Mogę o coś zapytać? Jeden znajomy mi opowiadał, że wyczytał w jakimś czasopiśmie, że Piotr Czajkowski nie żył z żoną, bo miał romanse z facetami. Słyszał pan o tym?
Wołodia tak się speszył, że upuścił długopis, który potoczył się pod ławkę.
Spoglądając na Saszkę, Ignat Siergiejewicz zmarszczył brwi i wydął nozdrza.
– Młody człowieku, nie wiem, w jakich czasopismach pański znajomy wyczytał te oszczercze brednie, ale zdecydowanie radziłbym mu ich nie czytać! Plotki o tym, że Piotr Iljicz Czajkowski rzekomo chorował na homoseksualizm, lubi rozpowszechniać zagraniczna prasa. – Znacząco uniósł brwi. – I dobrze pan wie, że nie należy im wierzyć. W żadnym wiarygodnym sowieckim źródle nie ma takiego kłamstwa!
Po tych słowach Ignat Siergiejewicz wrócił do tematu zajęć. Wołodia machinalnie podniósł spod ławki długopis, ale nie zanotował ani słowa więcej. Siedział, tępo wpatrując się w swój zeszyt, a w głowie pulsowała mu jedna i ta sama fraza, niczym na tablicy świetlnej: „Chorował na homoseksualizm, chorował na homoseksualizm, chorował…”.
Ocknął się, gdy zajęcia się skończyły i zrobiło się gwarno. Wołodia wrzucił swoje rzeczy do plecaka i popędził do wyjścia, ale w drzwiach omal nie obalił Saszki Szczepkina.
– Wybacz! – zawołał Wołodia w biegu, ale wtem zatrzymał się i obrócił. – Czekaj, Sasza! Co to za czasopismo, w którym czytałeś o Czajkowskim?
Ten zmrużył oczy i syknął na Wołodię:
– Co ty, głupi jesteś, że tak się drzesz?
Wołodia się spostrzegł. Było jasne, że pisma nie czytał żaden znajomy Saszki, ale on sam, a to dlatego że jego ojciec dostawał skądś mnóstwo zagranicznej prasy. A Saszka z kolei czasem przynosił co nieco do akademika. Ale Wołodia powinien był oczywiście być ostrożniejszy: gdyby któryś z wykładowców usłyszał o zagranicznych czasopismach, doniósłby na niego.
– No, takie czasopismo. Sam wiesz jakie. – Saszka nachylił się do Wołodii i wyszeptał: – W języku inglisz.
– A dałbyś poczytać?
Saszka popatrzył na niego podejrzliwie:
– A co, interesujesz się muzyką klasyczną?
Wołodia energicznie pokiwał głową:
– Tak! Jeszcze jak. Generalnie interesuję się wszystkimi gatunkami muzyki i uwielbiam jej słuchać.
– A na wczorajszej prywatce nawet nie śpiewałeś.
– Bo wypity byłem, siedziałem i słuchałem. No co ty, Sasza, ja bardzo lubię Wysockiego, a ty śpiewałeś całkiem w dechę.
Wołodia sam nie wiedział, czy skłamał, czy powiedział prawdę, ale na Saszkę to zadziałało. Uśmiechnął się z dumą:
– W porządku. Jutro przyniosę czasopisma.
Wołodia ścisnął jego dłoń i pospieszył dalej wytyczoną przez siebie trasą, do biblioteki. Czytelnia okazała się pusta – studenci przychodzili zwykle po zajęciach. Wołodia pokazał bibliotekarzowi legitymację i przeszedł do sekcji słowników. Zdjął z półki siódmy tom Wielkiej Encyklopedii Radzieckiej i otworzył indeks alfabetyczny.
– „Hob”… „hod”… „hof”… „hok”… – szeptał pod nosem. – Aha, jest! „Hom”…
Otworzył encyklopedię na wskazanej stronie i zaczął wertować ją dalej w poszukiwaniu właściwej definicji. I przeczytał: „Homoseksualizm – zboczenie płciowe polegające na nienaturalnym pociągu do osób własnej płci. Spotykane u osób obu płci. W prawie karnym ZSRR, krajów socjalistycznych, a także niektórych państw burżuazyjnych wprowadzono karę za H. (pederastię)”.
Wołodia gwałtownie zatrzasnął książkę i zesztywniałymi palcami odłożył ją na półkę. Przeczytał to hasło zaledwie jeden raz, ale natychmiast nauczył się go na pamięć. I te litery składające się w słowa płonęły teraz w jego wnętrzu niczym piętno.
Jeśli do tej chwili nazywał swój dziwny pociąg do kuzyna „chorobą” tylko dlatego, że sam tak wymyślił, to teraz przekonał się, że to najprawdziwsze schorzenie posiadające naukową definicję i nazwę. A do tego za homoseksualizm grozi kara.
Po tym, jak Wołodia poznał nazwę swojej choroby i dowiedział się, że grozi za nią kara, zaczął czuć, że popada w obłęd. Ukryte lęki, które udawało mu się jakoś tłumić za dnia, ożywały w snach. Koszmary przychodziły teraz do niego dosłownie każdej nocy: a to wsadzali Wołodię do więzienia, a to do psychiatryka, kiedy indziej ujawniali jego wstydliwy sekret i publicznie wyśmiewali go na wykładach. I nie miał pojęcia, jak ma sobie z tym wszystkim poradzić.
Saszka Szczepkin przyniósł anglojęzyczne magazyny o muzyce klasycznej. W jednym z nich Wołodia znalazł te uwagi, o które Saszka pytał wykładowcę. Autor artykułu twierdził, że to nie zwykłe plotki i domysły, ale fragmenty najprawdziwszego dziennika Piotra Iljicza Czajkowskiego. Wołodia przez ponad dwa tygodnie siedział wieczorami nad tym tekstem ze słownikiem, tłumacząc z angielskiego, żeby dociec, czy to, co w nim napisano, to prawda, czy też oszczerstwo i propaganda, Autor zapewniał przecież, że cytuje słowa samego Czajkowskiego, którymi ten opisywał swoje spotkania z mężczyznami, swoje przeżycia i uczucia wobec nich. Ale wszystkie te cytaty były tylko drobnymi detalami wielkiej mozaiki. Wołodia chciał dowiedzieć się więcej. Powinien był się uczyć, zakuwać notatki i przygotowywać się egzaminów, ale z jakiegoś powodu historia Czajkowskiego znacznie skuteczniej odwracała jego uwagę od dręczących myśli.
W nadziei, że znajdzie więcej informacji, Wołodia wyprawił się do biblioteki miejskiej. Wśród biografii, analiz utworów i partytur znalazł to, czego szukał – dziennik Piotra Iljicza pisany przedrewolucyjną ruszczyzną. Wołodia zaczął go czytać i zauważył, że coś się nie zgadza, jakby pewnych fragmentów brakowało, a do niektórych z tych luk świetnie pasowały te właśnie cytaty, które zamieszczono w czasopiśmie.
– No pewnie, dziennik po rosyjsku swobodnie dostępny w miejskiej bibliotece musi być ocenzurowany! – złościł się na głos Wołodia, znajdując coraz więcej luk.
Z tekstu wycięto fragmenty ze wzmiankami o tym, że Czajkowski cierpiał na homoseksualizm i odczuwał pociąg do mężczyzn. Zresztą cenzura prawdopodobnie wyszła mu na dobre, bo nie należy tak hańbić nazwiska wielkiego rosyjskiego kompozytora!
Wieczorem Wołodia znalazł wśród płyt ojca nagranie orkiestry wykonującej VI symfonię Czajkowskiego. Nastawił ją, usiadł na kanapie w salonie i wpatrując się w jeden punkt, zaczął słuchać. Symfonia całkowicie go pochłonęła, Wołodia dosłownie się w niej rozpłynął. Być może w tak głębokim zanurzeniu w muzykę pomogła mu świadomość, że ten piękny utwór został napisany przez człowieka, który cierpiał na tę samą chorobę i doświadczał tych samych lęków co sam Wołodia. Ta świadomość nie dała mu jednak nic więcej i w żaden sposób nie zmniejszyła jego brzemienia.
„I co z tego, że Czajkowski cierpiał na tę samą chorobę co ja?” – myślał. „Co z tego, że jestem jak Czajkowski? Czy taki już mój los: dźwigać ten ciężar aż do śmierci?”
Wołodia zaczął wypożyczać z bibliotek podręczniki medycyny, żeby dowiedzieć się, czy „homoseksualizm” jest uleczalny. W rezultacie znalazł artykuł o tak zwanej terapii konwersyjnej – różnych metodach psychologicznych i lekach pomagających zmienić preferencje seksualne. Czyżby taka kuracja była jedynym wyjściem? Czy po to, by wyleczyć się z tej choroby, będzie musiał iść do psychiatryka razem z prawdziwymi chorymi psychicznie? Wyobraźnia odmalowywała mu przerażające obrazy takiej przyszłości: że Wołodia będzie musiał spać na tym samym oddziale co awanturujący się pacjenci, spacerować po podwórzu w szyku niczym więzień, siedzieć w kaftanie bezpieczeństwa, gdyby przyszło mu do głowy stawianie oporu. Ale nawet te okropności nie wydawały się tak przerażające, jak myśl o tym, że najpierw będzie musiał wyjawić całą prawdę swoim rodzicom.
Szukając informacji o homoseksualizmie, Wołodia natknął się pewnego dnia na artykuł Maksyma Gorkiego Proletariacki humanizm i przeczytał:
„W kraju, w którym mężnie i z powodzeniem gospodarzy proletariat, homoseksualizm, który deprawuje młodzież, jest uznawany za społecznie szkodliwy i karalny, a w »kulturalnym« kraju wielkich filozofów, uczonych, muzyków funkcjonuje swobodnie i bezkarnie. Powstało już sarkastyczne powiedzenie: »Zlikwidujcie homoseksualistów, a faszyzm zniknie«”.
Wołodia i bez tego wiedział, jak normalni ludzie odnoszą się do homoseksualistów, ale w tym artykule znalazł kolejne potwierdzenie żywionej do nich nienawiści. I czy po tych słowach ośmieliłby się przyznać do czegoś takiego swoim rodzicom? Tym bardziej, że mama bardzo lubiła twórczość Gorkiego…
Osaczony przez własne myśli, Wołodia zrobił się roztargniony: jego wyniki na uczelni zaczęły się pogarszać i niemal zawalił sesję. Wiecznie zapracowany ojciec skomentował tylko surowo:
– Cóż, twoja sprawa, jesteś już dorosły. Tylko nie zapominaj, że z konsekwencjami niepowodzeń będziesz musiał radzić sobie sam.
Ale mama, mimo że nie znała prawdziwego powodu stanu swojego syna, zauważyła, że coś jest z nim nie tak. I zaproponowała, żeby popracował w lecie jako zastępowy na obozie.
– Ostatni rok był dla ciebie zbyt trudny: rozpoczęcie studiów, nauka, wszystko nowe i nieznane – powiedziała łagodnie. – A tam będzie lato, rzeczka, słoneczko. Będziesz miał co robić, ale też odpoczniesz i zmienisz scenerię. A i dzieci, synku, mają leczniczą moc: od tylu lat pracuję jako wychowawczyni, wiem to z własnego doświadczenia.
I choć Wołodia był pewien, że nic na tym świecie nie zdoła mu pomóc, spodobał mu się pomysł, by zamienić moskiewski kurz na czyste leśne powietrze. Po zdaniu poprawki z problematycznego egzaminu zaczął się przygotowywać do roli zastępowego.
Ale od samego początku wszystko poszło nie tak: przez poprawki Wołodia nie zdążył ukończyć szkolenia na zastępowego przed rozpoczęciem pierwszego turnusu, musiał więc jechać na drugi. Ponadto wysłano go aż do obwodu charkowskiego. Jednak najpierw trzeba było odbyć obóz instruktażowy dla zastępowych.
Jeszcze w autobusie Wołodia zaczął wątpić, czy w ogóle powinien był gdziekolwiek wyjeżdżać. Przez całą drogę w kabinie panował gwar, przyszli zastępowi podzielili się na grupki i, rozentuzjazmowani, z iście komsomolskim wigorem, z góry zaczęli obmyślać pogadanki, a następnie pytania do jakiegoś quizu z historii. Wołodia natomiast rozglądał się zagubiony, w nadziei, że znajdzie innych, którzy zostali przydzieleni na Ukrainę. Zanim dojechali do obozu, stało się jasne, że był jedyny. Jeśli nawet znajdzie się dla niego kolega, to tymczasowy.
Wołodii nawet nie wyjaśniono, po co w ogóle jest mu potrzebny obóz instruktażowy. Pomyślał, żeby samemu o to zapytać, dopiero przed pójściem spać, po tym jak wspólnie ze swoim „zastępem” wymyślił zarówno pogadanki, jak i pytania do quizu, i sam najpierw wziął udział w tym ostatnim, a potem w tańcach. Po capstrzyku podciągnął kołdrę pod brodę – majowe noce w lesie okazały się bardzo zimne – utkwił wzrok w suficie i rzekł z filozoficzną zadumą:
– Po co to wszystko?
– Żeby przyzwyczaić się do obozowego życia – odpowiedział mu sąsiad z pokoju, którego imienia Wołodia nie zapamiętał. – Teraz ćwiczymy: jak spędzić wieczór, jak ustawić zastęp na apelu… Żeby wyobrazić sobie, co nas czeka.
– A co nas czeka?
– Cudowny czas!
I rzeczywiście: czekał go cudowny czas. Ale choćby nie wiadomo ile razy Wołodia wymyślał sam sobie za to, że pojechał do tej przeklętej „Jaskółki”, tyle samo razy dziękował losowi, że go tam przywiódł.
Obóz rozkochał go w sobie od pierwszego wejrzenia. Wołodii szczególnie podobała się spokojna rzeczka i estrada.
Zastępowi nie mieli jednak czasu na piosenki, musieli w ciągu kilku dni przygotować się na przyjazd nowej zmiany. Jeśli obóz instruktażowy zapamiętał jako ciągłą gonitwę – nie skończyli jeszcze zrobić jednego, a już spóźniali się z czymś innym – to w „Jaskółce” nie nadążali w ogóle z niczym. Dobrze, że miał tu chociaż pomoc w osobie drugiej zastępowej jego grupy, Leny, ale Wołodia nie pozwalał jej nosić ciężarów i pod koniec pierwszego dnia okrutnie rozbolały go plecy. Przesuwając i ustawiając meble na swoich miejscach, wygarniając śmieci z komód i szafek nocnych, przecierając parapety, ścieląc łóżka, sto razy dziennie zadawał sobie pytanie: po co on tu przyjechał?
Ale te dwa tygodnie odbiły się jednak korzystnie na jego zdrowiu psychicznym. Może tak działała na niego natura, a może Wołodia tak bardzo się męczył, że wieczorami, gdy tylko przytykał głowę do poduszki, momentalnie zasypiał i spał głęboko bez koszmarów. Od rana zaczynał się nowy wyścig: kolejne rzeczy do roboty pojawiały się z taką prędkością, że nie miał nawet czasu na zastanowienie. Najradośniejsze było jednak to, że Wołodia nie poczuł niczego szczególnego do żadnego z uczestników obozu, nikt go nie pociągał, nawet sąsiad z pokoju wychowawców o figurze pięknej niczym antyczny posąg, wuefista Żenia. Wołodia przestał się bać i wstydzić, zaczął się nawet częściej uśmiechać i mieć nadzieję, że może naprawdę mu przeszło. Ale co najważniejsze: w „Jaskółce” nic nie przypominało mu o Wowie. Wołodia z niecierpliwością czekał na przybycie dzieci, które, jak mówiła jego matka, mają uzdrawiający wpływ. Nie przyszło mu jednak nawet do głowy, że wśród dzieci znajdzie się też jeden dorosły.
Wołodia po raz pierwszy usłyszał to imię i nazwisko na zebraniu. Jura Koniew.
W przeddzień rozpoczęcia drugiego turnusu cała kadra obozu na czele ze starszą wychowawczynią podsumowywała wyniki przygotowań do rozpoczęcia drugiego turnusu. Wtedy wyznaczano również kierowników kółek zainteresowań.
– Irina, na ten turnus przyjedzie Koniew… – odezwała się Olga Leonidowna ze znaczącym skrzywieniem ust.
– Tak, widziałam listy… – odparła tamta.
Ale Olga Leonidowna zignorowała ją i mówiła dalej, podnosząc głos:
– …i bardzo proszę, zadbaj o to, żeby nie miał wolnego czasu na bezczynne włóczenie się po obozie. Koniecznie trzeba zmusić Koniewa, żeby zapisał się do jednego, a jeszcze lepiej kilku kółek zainteresowań, a twoim zadaniem będzie dopilnowanie, żeby na nie uczęszczał. Od pozostałych zastępowych oczekuję inicjatywy i pomocy w tej sprawie. Wszystko jasne?
– Tak! – odpowiedzieli zastępowi chórem.
– À propos kółek zainteresowań. Wołodia, podejdź teraz do Sławy, on ci pokaże salę kinową, wyda scenariusz i odpowie na pytania. Pozostali są wolni.
– Ale jakie pytania?
Olga Leonidowna najwyraźniej dostrzegła w jego wzroku zmieszanie, bo wyjaśniła:
– Nie mówiłam ci? Będziesz odpowiadał za teatr.
Wychodząc z innymi zastępowymi z budynku administracji, Wołodia zapytał:
– Kim jest ten Koniew?
– A, takim chuliganem. – Lena machnęła ręką i zerkając na Irinę dodała ze śmiechem: – Nie przejmuj się, on nie jest w naszym zastępie, tylko w pierwszym.
Na skrzyżowaniu Wołodia skręcił w stronę kina.
Zawołał go Żenia:
– Wołodia, jak skończysz, to weź Sławkę i od razu idźcie na plażę. Rozpalimy ognisko, posiedzimy. Dziewczęta zaczną zaraz nakrywać do stołu, wezmę gitarę i też tam pójdę.
– Tak, i przyjdźcie jak najszybciej – dodała Irina – spróbujemy nacieszyć się życiem, póki trwa.
Był to jedyny wieczór, kiedy zastępowym pozwolono odpocząć i się zabawić – w końcu jutro do „Jaskółki” przyjeżdżały dzieci. Siedząc przy ognisku, Wołodia patrzył na płomienie przez ściany szklanki, w której chlupotała jakaś malinowa nalewka, którą Żenia zdobył u babuszki w sąsiedniej Gorietowce. Słuchał obozowych opowieści pozostałych zastępowych. Wołodia okazał się jedyną osobą, która przyjechała do pracy w „Jaskółce” po raz pierwszy. Pozostali wracali tu już po raz kolejny i teraz wspominali minione turnusy, dzielili się historiami, śmiali i żartowali. Wołodia uśmiechał się rozluźniony.
Zwykle w takim towarzystwie czuł się zbędny, w końcu nie miał nic do powiedzenia ani dodania. Ale czy to malinowa nalewka miała taki kojący efekt, czy może oczarował go rój gwiazd na niebie, Wołodia czuł się tu na swoim miejscu. Nawet kiedy Lena opowiedziała o strasznym incydencie, do którego doszło kilka lat temu, Wołodia się nie wystraszył.
– Moja znajoma była zastępową, ale nie tu, tylko w „Orlątku” pod Pierwomajskiem… Ma na imię Marina. Trzy lata temu prowadziła piąty zastęp. No i zdarzył jej się nieszczęśliwy wypadek: dziewczynka utopiła się w rzece. W biały dzień, kiedy wszyscy byli na plaży. Przegrzała się na słońcu, dała nurka do wody i… koniec. Do tej pory badają przyczyny, ale prawdopodobnie zrzucą całą odpowiedzialność na Marinę. W końcu mała była pod jej opieką. A to już jest sprawa karna… więzienie.
– Fakt, młodsze zastępy to po prostu koszmar – odparła Ira. – Kiedy po raz pierwszy wysłali mnie do „Jaskółki”, zostałam przydzielona do zastępu czwartego. Tak się z nimi namęczyłam, że w kolejnych latach od razu domagałam się pierwszego albo chociaż drugiego. Nastolatki to oczywiście też nie bułka z masłem, ale są jednak spokojniejsi. Raczej odstawiają romanse, niż błaznują.
– A ty donosisz potem dziewczynom chusteczki do nosa? – zażartowała z Iriny Olga z trzeciego zastępu. – Pamiętasz, jak w zeszłym roku wszystkie biegały do ciebie płakać przez Wiszniewskiego?
Wuefista Żenia włączył się do rozmowy:
– Och, tak, ten Wiszniewski… to dopiero fafarafa. Tyle problemów było z jego ojcem. Dobrze, że w tym roku nie przyjedzie.
Starszy zastępowy Sławik wstał i ruszył wokół ogniska, żeby dolać wszystkim nalewki do szklanek.
– Nie martwcie się – powiedział z uśmiechem. – Jestem pewien, że w tym roku nasze dziewczyny już pierwszego dnia znajdą kogoś, kto je zainteresuje, i cały obóz zacznie usychać z miłości.
– Do kogo?
– Proszę. – W tej chwili Sławik napełniał właśnie szklankę Wołodii. – Idealna ofiara, jak dla mnie.
Wołodia nerwowo poprawił okulary. Dobrze, że było ciemno i nikt nie zauważył, jak zapłonęły mu policzki.
– Dlaczego zaraz ja? – zapytał, zauważając złośliwe spojrzenia niemal wszystkich zebranych.
– Ktoś przecież musi. – Sławik wzruszył ramionami.
– To prawda – zauważył Żenia. – Ty przecież nie masz jeszcze nawet dziewiętnastu lat, a nam wszystkim już dawno stuknęła dwudziestka. My to dla nich zgredy, a ty jesteś w sam raz. No i wyglądasz… – zachichotał. – Krótko mówiąc, szykuj się.
– Dobra już. – Ira szturchnęła Żenię w ramię. – Nie straszcie chłopaka przed czasem.
Ku uldze Wołodii temat szybko się skończył i zebrani zaczęli dyskutować o swoim rodzinnym mieście. Okazało się, że prawie wszyscy są charkowianami, jedynie Sławik już któryś rok przyjeżdżał tu z Mikołajowa. Rozmawiali o miejscach, w których Wołodia nigdy nie był, ale słuchał ich z zainteresowaniem. Postanowił nawet, że przed wyjazdem do domu kupi taki bilet, żeby został mu wolny dzień na to, by przejść się po Charkowie i lepiej poznać to miasto.
A po powrocie do swojego pokoju Wołodia jeszcze przez pół nocy nie spał – do pierwszej przepisywał do zeszytu scenariusz przedstawienia, który poleciła im wystawić Leonidowna, a nawet potem, gdy wreszcie się położył, tak się denerwował nadchodzącym dniem, że kręcił się i przewracał z boku na bok aż do czwartej.
Rano, kiedy jechali odebrać dzieci, zamiast drzemać, Wołodia obserwował Charków. Wcześniej z jakiegoś powodu myślał, że to niewielkie miasto, szare i niepozorne, ale Charków zdobył jego serce, gdy tylko zjechali z obwodnicy. Ulicami fruwał topolowy puch, wirował w powietrzu między rzędami bloków z wielkiej płyty, osiadając na poboczach. Autobus najpierw krążył po dzielnicach mieszkalnych, a potem nagle wjechał do centrum. Wielka płyta ustąpiła wspaniałym przedrewolucyjnym kamienicom, pod kołami autobusu zamiast asfaltu zadudnił bruk. Zaś miejscami Charków przypominał Wołodii Moskwę: szerokie aleje, pompatyczna sowiecka architektura, mignął mu nawet budynek przypominający stalinowski wieżowiec.
Mimo że przybyli na miejsce półtorej godziny przed wyznaczonym czasem, ludzie tłoczyli się już na placyku przed holem wejściowym do fabryki. Gdy tylko Wołodia i Lena przypięli sobie do koszul czerwoną cyfrę „5”, rzucili się na nich rodzice ze skierowaniami. To zamieszanie nie wyprowadziło jednak Wołodii z równowagi, a wręcz przeciwnie – poprawiło mu humor. Prawdziwy koszmar zaczął się w autobusie.
Aby zająć czymś dzieciaki, Lena wyciągnęła przygotowane zawczasu plakaty z ilustracjami grzybów i leśnych owoców i zaczęła pytać o ich nazwy. I o ile dziewczynki odpowiadały chętnie, to chłopcy nie zwracali na Lenę najmniejszej uwagi. Wołodia zorientował się, że najwidoczniej nie jest mu przeznaczone jechać do obozu na siedząco, więc wstał i poszedł na tył autobusu, aby uspokoić dzieciaki.
Ktoś głośno płakał, wzywając mamę i wyjąc, że chce do domu, ktoś grał w papier, kamień, nożyce, jeszcze ktoś czytał czasopismo „Murziłka”. Natomiast Pczołkin biegał po kabinie, zachęcając dzieci, by otworzyły okna po obu stronach autobusu, podczas gdy Lena pięć minut wcześniej prosiła, by otworzyć je tylko z jednej.
Wołodia schwytał chuligana, posadził go z przodu, obok Leny, i zażądał zamknięcia okien. Pczołkin się nadąsał:
– Nie chcę siedzieć z dziewczynami! – Ale trochę się uspokoił.
Ledwie Wołodia nabrał tchu, gdy inny nadpobudliwy chłopiec, Oleżka, rzucił się do rozdawania dzieciakom jabłek. Wszyscy zaczęli je chrupać, a pięć minut później ogryzki wyleciały przez na nowo otwarte okna. Podczas gdy Wołodia odbierał od malców śmieci, Lena, zdzierając sobie gardło, przekrzykiwała chłopców.
Wołodia miał nadzieję, że odsapnie trochę podczas przystanku – ale nic z tego. Trzeba było blokować przejście między autobusami, żeby dzika dzieciarnia nie wybiegła na szosę, po której może i rzadko, ale jednak jeździły samochody. Patrzył z zawiścią na innych zastępowych, których podopieczni też byli nieposłuszni, ale przynajmniej starsi i spokojniejsi. Przypatrując się innym zastępom, Wołodia cudem zdążył zauważyć, że jeden z chłopców, Sasza, niemal wpadł pod koła nagle nadjeżdżającego samochodu. Wołodia złapał go za rękę i wyciągnął na pobocze. Łobuziak został upomniany, zaczerwienił się i przeprosił, jego życiu i zdrowiu nie zagrażało niebezpieczeństwo, ale Wołodia zaczął się trząść.
Kiedy wreszcie przyjechali do obozu, zaczął myśleć, że zaraz zeświruje. Wyładowali się w zasadzie bez przygód, okazało się jednak, że cała kabina autobusu była zasypana ogryzkami i papierkami po cukierkach. Kierowca zażądał, by posprzątać – i wypadło na Wołodię.
Lena dostała klucze do budynku i ledwie otworzyła drzwi, gdy cały zastęp wdarł się jak lawina do sypialni. Chłopcy zasypali łóżka bagażami i zaczęli się kłócić o to, kto zajmie które łóżko. Omal nie doszło do bójki.
Przed wyjściem do sypialni dziewczynek Lena wychrypiała zdartym głosem:
– Wołodia, nie wykonaliśmy ani jednego punktu instrukcji. Olga Leonidowna jest gdzieś w pobliżu, słyszałam jej głos. Jeśli ich nie uspokoimy, wieczorem urwą nam łby.
– Spróbuję ogarnąć moich, a ty swoich.
– Dobra – wyjęczała Lena.
Wołodia zmęczonym głosem poprosił chłopców, żeby się uspokoili, a ci nagle przycichli. Sam nie wiedział, jak mu się to udało – czyżby zobaczyli umęczonego, załamanego zastępowego i zrobiło im się go żal? Wołodia nie zdążył jednak porządnie odsapnąć, a już przyszła pora na zbiórkę. I wszystko zaczęło się od nowa: chłopcy nie słuchali, popychali się, kłócili, krzyczeli. Zwłaszcza Pczołkin, który próbował a to uciec na karuzelę, a to rzucić się w pełne łopianu zarośla.
Wołodia nawet nie zauważył, kiedy zbiórka zdążyła się skończyć – słyszał, ale nie słuchał tego, co mówią na scenie dyrektor i wychowawczyni, machinalnie śpiewał hymn pionierów, unosząc rękę w salucie. A w tym czasie przebiegał wzrokiem po tłumie, licząc głowy dzieci ze swojego zastępu.
•
W połowie pierwszego dnia dobre pół obozu zajmowało się przygotowaniami do dyskoteki z okazji rozpoczęcia turnusu. Jedni dekorowali estradę, drudzy wieszali lampki na rosnących wokół placyku drzewach, a Wołodii polecono podłączyć sprzęt grający.
Razem z chłopcami niósł głośniki z sali kinowej, gdy usłyszał, że na placu wybuchła jakaś afera.
Wołodia nie widział początku, dlatego nie rozumiał, co się właściwie stało. Zobaczył tylko, że w dalszym rogu, pod starą rozłożystą jabłonią zebrał się tłum, i usłyszał, jak w samym środku krzyczy Olga Leonidowna:
– Na niego inne metody nie działają! Dopiero pierwszy dzień, a ty już zrobiłeś bałagan na stołówce, a teraz jeszcze lampki psujesz!
– To był wypadek, nie chciałem!
To chyba Koniew się usprawiedliwiał. Wołodia odwrócił się: pod jabłonią stali dwaj pionierzy i nie od razu zorientował się, który z nich to właśnie Koniew. W pierwszej chwili pomyślał, że to ten rudy chłopak z łobuzerskim uśmiechem na piegowatej twarzy, ponieważ drugi z nich wyglądał zbyt dorośle – Wołodia w myślach uznał go za pomocnika zastępowego. Ale nie.
– Jurkowi znowu się oberwie. – Wania z pierwszego zastępu współczuł „pomocnikowi zastępowego”.
– Sam jest sobie winien. Na cudzą własność trzeba bardziej uważać… – zauważył Wołodia moralizatorskim tonem i chciał już wracać do pracy, gdy żałosne zawodzenie Iriny sprawiło, że zaczął słuchać.
– To pomysłowy chłopak, powinien zaangażować się w któreś kółko – mówiła Oldze Leonidownie, zasłaniając Koniewa własnym ciałem. – Mamy kółko sportowe, prawda, Jureczku? Albo… Właśnie założono kółko teatralne, a tak się składa, że Wołodii brakuje chłopców…
Wołodia aż upuścił kabel od lamp dyskotekowych. To jemu, nowicjuszowi, zapisują do kółka chuligana? Tego jeszcze brakowało!
– Wołodia!
Okrzyk starszej wychowawczyni wyrwał go z rozmyślań. Wzdrygnął się i natychmiast ruszył w jej stronę.
– Tak, Olgo Leonidowna?
– Przyjmiesz do siebie nowego aktora. A jeśli będziesz potrzebował pomocy w kółku, to rozszerzymy zakres obowiązków Koniewa, żeby nie przyszło mu do głowy zbijanie bąków. Codziennie informuj o jego postępach.
Wołodia podszedł bliżej, przyglądając się chuliganowi: ciemnowłosy, kędzierzawy, wysoki. Ale to nie jego wzrost i włosy zapadły mu w pamięć na długie lata, ale czoło, tak zmarszczone, że można je było wziąć za tarkę do prania, i ogromne brązowe oczy, w których skrzyły się jednocześnie zaciekły gniew i wzruszające poczucie krzywdy.
– Dobrze, Olgo Leonidowna. Koniew… – Wołodia udał, że nie pamięta jego imienia, i powiedział rzeczowo: – Chyba masz na imię Jura, tak? Próba rozpocznie się w sali kinowej od razu po podwieczorku. Nie spóźnij się, proszę.
Wołodia uznał, że skoro stoi przed nim chuligan, to trzeba od samego początku zdobyć u niego szacunek. Dlatego wyprostował się i spojrzał na Koniewa tak surowo, jak tylko potrafił.
– Zrozumiałem, przyjdę na czas. – Łobuz zasalutował, zabawnie kołysząc się na piętach.
„Błaznuje… – domyślił się Wołodia. – Tak, ten chłopak jeszcze mi napsuje krwi”.
Wołodia postanowił dowiedzieć się o Jurze jak najwięcej i poszedł poszukać Iriny.
W drodze do budynku pierwszego zastępu przypominał sobie: jak to powiedziała Olga Leonidowna? Już dwa lata temu powinien był wstąpić do Komsomołu? Czyli Koniew ma szesnaście lat?
Iriny nie było w budynku, za to na ganku tonącym w różowych petuniach stała samotnie jasna blondynka w krótkiej żółtej sukience i jadła gruszkę.
– Cześć! – zawołał Wołodia, podchodząc bliżej. – Jest Irina?
– Dz… dzień dobry. – Dziewczyna zarumieniła się i poprawiła włosy. – Nie, poszła gdzieś. Mam jej coś przekazać?
– Nie, nie ma nic do przekazywania. No to pójdę. Chociaż… jak masz na imię?
– Co? – speszyła się dziewczyna. – A… Masza.
– Ja jestem Wołodia, bardzo mi miło.
– Tak, bardzo – odpowiedziała cicho, odwracając wzrok.
– Chciałem zapytać, czy znasz może Jurę Koniewa z pierwszego zastępu.
Masza skrzywiła się:
– A któż by go nie znał? Przyjeżdża do „Jaskółki” co roku.
– Widzę, że niezbyt go lubisz… – mruknął Wołodia.
– A kto by w ogóle mógł go polubić? To łobuz i obibok! W zeszłym roku w ogóle wywołał tu bójkę, najwyraźniej to właśnie przez tego Koniewa nie przyjechał nasz Sasza.
– Czyli wszystko jasne. No dobra, pójdę już.
Gdy tylko się odwrócił, Masza zawołała do niego:
– Chcesz gruszkę? Mam ich dużo. Proszę. – Nachyliła się, znów plącząc palce we włosach. Wyjęła dużą dojrzałą gruszkę z torby leżącej u jej stóp.
– W zasadzie zgodnie z zasadami nie wolno nam brać… – zaczął Wołodia, ale widząc, że strasznie się zaczerwieniła, mimo wszystko przyjął poczęstunek. – Dziękuję. Tak przy okazji, dziś wieczorem odbędzie się pierwsza próba kółka teatralnego, a z waszego zastępu nikt, poza Koniewem, się nie zgłosił. Nie chcesz do mnie przyjść?
– Tak, tak, ja bardzo… – wymamrotała Masza, nawijając na palec luźny kosmyk włosów. – Kocham teatr. Umiem też grać na pianinie, jest jedno w sali kinowej…
– Grasz? Ale super! Tak się cieszę, że cię znalazłem!
I od razu zdał sobie sprawę, że chlapnął za dużo – Masza jeszcze bardziej się zmieszała i zaczęła z zaciekłością szarpać kosmyki swoich włosów. Nagle jej spinka szczęknęła i upadła na ziemię, a długie, sięgające pasa jasne włosy opadły jej na ramiona. Wołodia schylił się po nią, po czym wyprostował się.
– Oj, złamała się.
Masza zaczęła nerwowo zbierać włosy, ale te, zbyt długie i gęste, buntowały się, wyślizgiwały z palców, opadały na ramiona i piersi.
– Myślę, że da się ją naprawić – uspokoił ją Wołodia i, aby ukryć zmieszanie, uściślił: – Czyli jesteśmy umówieni? Będziesz naszym muzykiem?
Masza wydała radosny pisk i pokiwała głową, po czym spojrzała Wołodii prosto w oczy. Nie wiedząc, jak zareagować, w odpowiedzi uśmiechnął się z zakłopotaniem i schował spinkę do kieszeni.
– Naprawię ją do wieczora, a ty odbierzesz na próbie. Dobrze?
– T… tak… Dziękuję!
Wołodia znalazł Irinę przy kortach tenisowych. Odpowiadając na jego pytanie o charakter Koniewa, w zamyśleniu klepała się rakietą po nodze.
– Sama nie wiem… Nie to żeby był chuliganem, po prostu ciągle wdaje się w jakieś historie. Jura to nie jest zły chłopak, ale same z nim nieprzyjemności. To drobiazgi, ale w sumie robi spore szkody: tłucze talerze, niszczy drabiny i lampki, pali papierosy, ucieka do wsi do sklepu. Podburza też chłopaków do wycinania różnych numerów, ale właściwie to nic szczególnego. Gdyby w zeszłym roku nie wdał się w bójkę z synem, ekhem… pewnego człowieka… – Irina spojrzała w górę, dając do zrozumienia, że nie była to zwyczajną osoba – …nikt nie zwracałby na jego wybryki takiej uwagi.
– A dlaczego się pobili?
– Ach… – Irina znieruchomiała i spojrzała w zamyśleniu na Wołodię. – A wiesz, że nie pamiętam? Najprawdopodobniej dlatego, że rywalizowali.
– Hmm… A w czym Koniew mógł rywalizować z kimś o takich plecach?
Ale Irina zdążyła tylko wzruszyć ramionami, gdy zawołała ją trójka uśmiechających się zalotnie dziewcząt z pierwszego zastępu i zastępowa poszła do nich. Co prawda uśmiechały się tak nie do Iriny, a do Wołodii, więc ten, żeby nie kusić losu, poszedł do sali kinowej.
„Trzeba, jak powiedziała Olga Leonidowna, dać Koniewowi coś do roboty” – zdecydował, zabierając z pokoju zastępowych zeszyt ze scenariuszem.
Po podwieczorku Wołodia usiadł na scenie sali kinowej, by ponownie przeczytać sztukę. Powtarzając w zamyśleniu: „Jura, Jura…”, odgryzł kawałek podarowanej mu przez Maszę gruszki i zaczął bezskutecznie szukać roli dla Koniewa.
Kiedy ten się pojawił, Wołodia zrozumiał, że na placu widział całkiem innego człowieka. Tamten był skrzywdzony, może i nawet niesłusznie oskarżony, i dlatego budził współczucie. A teraz przed Wołodią stał bezczelny chłopak, który przyglądał mu się bezwstydnie, strzelając z oczu łobuzerskimi iskrami. I dobrze by jeszcze było, gdyby po prostu stał tam w milczeniu, ale nie, postanowił się popisać. Kiedy Wołodia oznajmił, że nie ma dla niego roli, Koniew najpierw stwierdził, że zagra w spektaklu kłodę, a potem położył się na ziemi i wyciągając się jak struna, tę kłodę zademonstrował! Ten wybryk rozzłościł Wołodię – nie jest tu po to, żeby coś udowadniać i wyjaśniać jakimś wyrostkom, on wystawia przedstawienie! Ale wyjaśnienie i tak było potrzebne:
– Skoro nie ma dla ciebie żadnej roli, to pomożesz mi z aktorami.
– A dlaczego założyłeś, że się zgodzę?
– Zgodzisz się. Bo nie masz wyboru.
Wołodia przypomniał Jurze o umowie z Olgą Leonidowną i o tym, że Irina za niego poręczyła. Tamten wpadł w złość. Zażądał, żeby Wołodia nie śmiał go szantażować, po czym zaczął grozić, że pokaże wszystkim, gdzie raki zimują, a osobiście Wołodii zepsuje spektakl, robiąc własny. Ale bez względu na to, jak głośne były słowa Jury i przerażające jego groźby, Wołodia wyraźnie usłyszał coś innego – gniew bezsilności. Jak to powiedziała Irina? Gdyby nie pobił się z synem jakiegoś nomenklaturowego towarzysza. Ale to jednak dziwne, że Irina nie pamięta, skąd ta bójka. Kłamie, nie mówi wszystkiego czy naprawdę zapomniała? Bez względu na przyczynę Jura został zaszczuty przez zszarganą reputację.
Potwierdzając domysły Wołodii, Jura niespodziewanie przygasł i okazał skruchę:
– Ja nie chciałem! I nie chciałem, żeby Irina…
– Wierzę ci – powiedział poważnie Wołodia. – Inni też by ci uwierzyli, gdyby reputacja Jury Koniewa nie była tak fatalna. Po awanturze, którą urządziłeś w zeszłym roku, kontrolerzy przyjeżdżali tutaj jeden za drugim, jak do siebie. Jeśli dasz Leonidownie najmniejszy powód, to cię wyrzuci. Tak więc… Bądź mężczyzną, Jura. Irina poręczyła za ciebie, a teraz i ja za to odpowiadam. Nie zawiedź nas.
I rzeczywiście nie zawiódł. Wołodia nie wiedział, czy sam tak wpłynął na Jurę, czy może ten od początku nie był takim szałaputem, jak o nim opowiadano. Okazało się jednak, że bardzo łatwo się z nim zaprzyjaźnić.
Jura dosłownie rwał się do pomocy: najpierw w kółku teatralnym, przy inscenizacji i scenariuszu, potem z szalejącą dzieciarnią z zastępu. Razem z Wołodią pilnował ich na plaży, wyciągał Pczołkina z wody, kiedy ten próbował popłynąć za boje. Kierował dziećmi na gimnastyce, żeby ustawiały się równiej i nie denerwowały po raz kolejny swojego zastępowego. I najtrudniejsze – pomagał kłaść je spać wieczorami.
•
