Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł
Powieść przygodowa, thriller literacki i historia miłosna w jednym. Wciągająca podróż przez czas i historię, stawiająca fundamentalne pytanie o to, kim jesteśmy i dokąd zmierzamy. Rok 2014: Podczas kolacji w gronie najbliższych przyjaciół i współpracowników uznany poeta Francis Blundy świętuje urodziny swojej żony, czytając na głos nowy wiersz napisany specjalnie dla niej – „Korona dla Vivien”. Goście słuchają przy winie i wykwintnym posiłku. Nikt z zebranych nie przeczuwa, że przez kolejne pokolenia na temat przesłania tego utworu – kopii nigdy nie odnaleziono, a sam wiersz pozostaje zagadką – będą krążyć legendy. Rok 2119: Ponad sto lat później większość zachodniego świata została zatopiona przez podnoszące się morza po katastrofalnym wypadku nuklearnym. Ci, którzy przetrwali, żyją w cieniu wspomnień o utraconym bogactwie dawnego świata. Na zalanych terenach południowej Anglii, Thomas Metcalfe – samotny badacz i uczony – tęsknie spogląda w przeszłość, ku początkom XXI wieku, podążając za złudnym widmem zagubionego wiersza „Korona dla Vivien”. Jak dzikie i ryzykowne było ich życie, myśli Thomas, przeglądając archiwa tej odległej epoki, zafascynowany wolnością i możliwościami człowieka u szczytu jego rozwoju. Gdy przypadkiem trafia na trop mogący doprowadzić go do odnalezienia mistrzowskiego zbioru sonetów, odkrywa historię splątanych uczuć i brutalnej zbrodni, która burzy wszystko, co wiedział o ludzkości, którą – jak mu się wydawało – znał do głębi. Detektywistyczna opowieść o miłości – do ludzi i do słów, które po sobie zostawiają. Nietuzinkowe dzieło rekonstruujące teraźniejszość z obecnym w niej przeczuciem zbliżającej się katastrofy i antycypujące przyszły świat, w którym nie wszystko jeszcze jest całkiem stracone. powieść pełna pasji i intelektualnej głębi. aktualna, ważna i błyskotliwa książka. Książka znalazła się na krótkiej liście do Nero Book Awards 2025 w kategorii „Fikcja literacka”. To osiemnasta już książka w dorobku Iana Mcewana, laureata nagrody Bookera, jednego z najbardziej cenionych współczesnych pisarzy brytyjskich. "Śmiała, piękna powieść. Napisana z mądrością płynącą prosto z serca."
Elif Shafak
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 423
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Czas: 12 godz. 0 min
Lektor: Jakub Kamieński
Tytuł oryginału:
WHAT WE CAN KNOW
Copyright © Ian McEwan 2025
All rights reserved
Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o. 2026
Polish translation copyright © Andrzej Szulc 2026
Redakcja: Piotr Królak
Korekta: Alicja Laskowska, Dorota Jakubowska
Opracowanie graficzne okładki polskiej: Agnieszka Drabek
Ilustracje na okładce: Sail to the Sky © Louise Body
ISBN 978-83-8439-094-8
Wydawca
Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o.
Hlonda 2A/25, 02-972 Warszawa
wydawnictwoalbatros.com
Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.
Konwersja do formatu EPUB oraz MOBI
Jan Żaborowski
Dwudziestego maja 2119 roku wypłynąłem nocnym promem z Port Marlborough i następnego dnia po południu zszedłem na położony niedaleko Maentwrog-under-Sea mały pirs, obsługujący Bibliotekę Bodlejańską w Snowdonii. Wiosenny dzień był ciepły i spokojny, a podróż przebiegła gładko, choć wszyscy się pewnie zgodzą, że spanie na siedząco na twardej drewnianej ławie nie jest zbyt wygodne. Po przejściu malowniczego trzykilometrowego szlaku do grawitacyjno-wodnej kolejki górskiej dołączyłem do czterech innych użytkowników biblioteki i gawędząc z nimi, wjechałem na górę w trzeszczącym dębowym wagoniku. Zjadłem samotnie kolację w bibliotecznej kantynie, a potem zatelefonowałem do mojej przyjaciółki i współpracowniczki, Rose Church, by zawiadomić ją, że dotarłem bezpiecznie na miejsce. Spałem całkiem dobrze w podobnym do celi pokoiku. W przeciwieństwie do mojej pierwszej wizyty w Bibliotece nie przeszkadzało mi już, że dzielę łazienkę z siedmioma osobami.
Po śniadaniu jeden z młodszych archiwistów, Donald Drummond, zaprowadził mnie do mojego boksu. Specjalizował się w moim okresie, od 1990 do 2030 roku, i zainteresował go bardzo temat moich badań: wydarzenie, które niezbyt zgrabnie określano jako Drugą Niezapomnianą Kolację, oraz słynny zagubiony poemat Wieniec dla Vivien Francisa Blundy’ego. Dobrze było mieć kogoś, kto donosił teksty z regałów, ale trochę mnie wkurzał jego nadmiar dobrych chęci oraz zwyczaj zawieszania głosu i otwierania ust po mało ważnych słowach w rodzaju „który” lub „co”. Podejrzewałem, że jest cholernie szczwany. Zbyt często wspominał o swojej czternastoletniej siostrzenicy, genialnej matematyczce. Wyraźnie chciał mnie rozgryźć, co mogło oznaczać, że pisze coś własnego. Starając się ukryć antypatię, byłem wobec niego uprzedzająco grzeczny, lecz w ten sposób pogarszałem tylko sytuację.
Zgodnie z zamówieniem przyniósł mi na biurko dwanaście tomów dzienników Vivien Blundy, które z nieustalonych nigdy przyczyn weszły kiedyś w skład archiwum jej męża. Kiedy tylko zostałem sam, otworzyłem hermetyczny pojemnik i sięgnąłem po tom piąty. Otworzyłem go na stronie trzydziestej drugiej. Musiałem to ponownie przeczytać. Stosunki między Francisem i mną się unormowały. Jestem tu prawie szczęśliwa. To sukces. Vivien nawiązywała do tragicznego losu swojego pierwszego męża, Percy’ego Greene’a, który cierpiał na chorobę Alzheimera.
Wierzyła, że Francis ją kocha, i choć oboje nie byli młodzi, a on był od niej o dziesięć lat starszy, prowadzili „nienajgorsze życie seksualne” i zawsze mieli o czym pogadać. W dziennikach ani razu nie żałowała, że poślubiła wielkiego poetę, choć spędzał bardzo dużo czasu w swoim gabinecie. Zastanawiam się, czy czasami nie czerpię przyjemności z tego, że go nie lubię, napisała w innym miejscu. Kiedy powstawał tom siódmy dzienników, byli małżeństwem od dziewięciu lat. Na początku starała się zająć czymś umysł, zbierając materiały do swojej drugiej książki, ale ostatecznie jej nie napisała. Pracując wcześniej na uczelni w Oksfordzie, wydała biografię poety Johna Clare’a, będącą rozwinięciem jej pracy doktorskiej. Lubiła uczyć. Kilka lat później jej przyjaciół zdumiewało to, w jakiej sytuacji życiowej się znalazła. W wyniku szeregu własnych decyzji wylądowała ostatecznie bez płatnego etatu w Gloucestershire, na zboczu małej doliny, w wypełnionej siedmioma tysiącami książek ogromnej stodole, siedem kilometrów od najbliższej wioski. Wcześniej nigdy by nie zgadła, że zrezygnuje z kariery, a nawet powołania, by służyć innemu geniuszowi.
Pewnego wczesnego popołudnia w październiku 2014 roku, gdy wiatr huczał w gałęziach drzewa za oknem, Vivien siedziała w swoim pokoju, który mieścił się w budynku dawnej mleczarni obok Stodoły. Prawdopodobnie robiła listę zakupów do potrawy, którą zamierzała przyrządzić następnego dnia na swoje urodziny. Na przyjęcie zaproszono ośmioro gości. Wiedziała już pewnie, jak ich rozsadzić. Po kolacji mieli wysłuchać napisanego przez jej męża nowego długiego poematu, który powstał jako urodzinowy prezent dla niej. Gotowanie i sprawunki nie były dla niej usuwaniem się w cień. Miała wielkoduszny charakter i lubiła sprawiać przyjemność innym. Cieszyła się, że może ich ugościć. Prowadzenie domu dawało jej satysfakcję. Francis nigdy nie zachęcał jej, żeby została jego sekretarką, nigdy nie sugerował, by rezygnowała z własnej kariery, choć oczywiście mu to pasowało. Podejmując kolejne decyzje, była przekonana, że są w pełni uzasadnione, teraz jednak już się takie nie wydawały. Ten proces trwał przez długie lata. Kiedyś była poważaną badaczką, kandydatką do profesury. Później ograniczyła tę działalność do połowy etatu, a potem wygłaszała już tylko co jakiś czas wykłady w amerykańskiej szkole letniej, pracując jednocześnie nad drugą książką. W końcu uznała, że to droga donikąd. Rezygnacja z niej okazała się wyzwoleniem. Vivien zawsze była przekonana, że sprawuje kontrolę nad własnym życiem. Zaskoczyło ją jednak, jak to się stało, że wyzbyła się ambicji, pensji, statusu oraz szansy na sukces, najpierw opiekując się pierwszym mężem, a potem w imię wolności, niechęci do uczelnianej administracji lub uznania dla poezji Francisa Blundy’ego.
To, że jej dzienniki znalazły się w końcu pośród papierów poety w oksfordzkiej, a później snowdońskiej Bibliotece Bodlejańskiej, wynikało może z pośpiechu, a może z zaniedbania. Jakiś bibliotekarz umieścił dawno temu męża i żonę w oddzielnych pudłach, stojących obok siebie. Już wcześniej moją uwagę zwróciły sporadyczne i smutne wzmianki Vivien o pierwszym mężu, Percym, lutniku, którym troskliwie się opiekowała i który zmarł w wyniku upadku ze schodów. Wiele wpisów jest zaskakująco banalnych i nie pomaga badaczom Blundy’ego ustalić tego, na czym zależy im najbardziej: jak przebiegło jej urodzinowe przyjęcie, co znalazło się w słynnym poświęconym jej poemacie i jakie były jego dalsze losy – co stało się z jedynym egzemplarzem utworu, który Francis, po odczytaniu go na głos, dał jej w prezencie.
Możemy zakładać, że tego popołudnia pojechała z listą zakupów do oddalonego o trzynaście kilometrów miasteczka Cirencester, żeby odebrać u rzeźnika dziesięć niebywale tłustych, wypatroszonych przepiórek. Miała zamiar zawinąć je w plastry bekonu, upiec w czerwonym winie i ziołach, a następnie podać z prawdziwkami zebranymi w bukowych lasach Chiltern Hills i dostarczonymi do Stodoły przez jej znajomą. Kupiła również cztery kilogramy pomidorów do upieczenia i u tego samego zieleniarza trzy kalafiory, których różyczki chciała usmażyć na dużej patelni do paelli na oliwie z dodatkiem czosnku, posiekanych zielonych papryczek chili, anchois, pomidorków koktajlowych, czarnego pieprzu, tymianku i tartej bułki. To były czasy.
Kiedy wracała do domu, wąską wiejską drogę zatarasował powalony przez październikową wichurę młody dąb. Przy ujściu Severn wiatry wiały z prędkością stu siedemdziesięciu kilometrów na godzinę. Razem z innym kierowcą, znanym jej z widzenia farmerem, zabrali drzewko z drogi i położyli je delikatnie na wysokiej trawie, niczym zwłoki, którymi właściwie było.
Pośród szczegółów na temat domowego życia sporadycznie pojawiają się w dzienniku przebłyski autentycznych uczuć, które badacze Francisa Blundy’ego zwykle przeoczają. Miałem przed sobą jeden z takich wpisów, również w tomie piątym. Litery są w nim pochylone do przodu i mniejsze niż gdzie indziej, interpunkcja swobodniejsza. Nigdy go nie nienawidziłam. Nigdy! Ale. Można tylko zgadywać, co oznacza to ostatnie urwane zdanie, lub wpatrywać się w nie, czekając, aż otworzy się i odsłoni wizjer, przez który zobaczymy zawiedzione serce i zaprzepaszczone możliwości.
Oprócz przepisów kulinarnych, ogrodowych notatek i wzmianek na temat jej siostrzeńca, Petera, Vivien często pisze o pogodzie. Męczą ją kolejne łagodne zimy spędzane w Stodole. Przez trzy tygodnie w lutym temperatura nie spadała poniżej dziewięciu stopni. Nie pamiętała, kiedy ostatnio widziała zwisające z rynny sople. Nawet śnieg był czymś rzadkim. Odnotowywała przedwczesne pojawianie się żonkili i róż, a także jabłek i gruszek w sadzie sąsiada. Odetchnęła z ulgą, kiedy płynący doliną strumień wystąpił z brzegów i zalał łąki, tak jak powinien. Dwa lata później oburzała się, widząc, że jego krystalicznie czysta woda paskudnie pozieleniała i śmierdzi. Zanieczyszczenia z pól, zrzut ścieków albo jedno i drugie. Ani ona, ani Francis nie byli, jak to określali, „politycznie zaangażowani”. Nie wstąpiliby raczej do lokalnych grup obrońców środowiska, by protestować i prowadzić kampanie. Wystarczało obserwowanie i zapiski w dzienniku. Vivien wypatruje tych samych co zwykle jeży i ich nie widzi. Oburza ją odstrzał borsuków. Irytują silne wiatry pustoszące dolinę. Kiedy upały w lipcu przekraczają trzydzieści siedem stopni, pisze, że nie sposób zasnąć w nocy. Te różne anomalie nie budzą w niej chyba ogólniejszej troski o zmieniający się klimat czy zdegradowaną przyrodę, ale słowo, którym określa falę upałów – złowroga – sugeruje, że przemyślała to sobie i jest zaniepokojona.
W tamte urodziny kończyła pięćdziesiąt cztery lata. Poza listą zakupów niewiele wiemy o przygotowaniach do przyjęcia, które miało zasłynąć jako Druga Niezapomniana Kolacja. Pierwsza, nazwana tak przez jej gospodarza, malarza Bena Haydona, odbyła się dwudziestego ósmego grudnia 1817 roku przy Lisson Grove w Londynie. Wśród gości byli William Wordsworth, John Keats i Charles Lamb. Według relacji Haydona, spisanej i bez wątpienia wycyzelowanej ponad dwadzieścia lat później, był to wieczór skrzący się dowcipem, głębią rozmów, humorem, sarkazmem oraz życzliwością. Opis tego wydarzenia znalazł się w cenionej książce P. Hughesa-Halletta, opublikowanej w 2000 roku. Całkiem prawdopodobne, że Vivien zaczęła przygotowania już poprzedniego dnia wieczorem: odkurzyła i zrobiła porządek w jadalni, ścięła kwiaty w ogrodzie, żeby ozdobić stół. Gość, który odwiedził Stodołę rok wcześniej, napisał, że robiła to zwykle w sobotę, przed niedzielnym lunchem. Po czwartej po południu zajmowała się najczęściej sprawami poety: listami i mailami od badaczy i fanów, prośbami, by wygłosił odczyt lub wsparł jakiś szczytny cel, i skomplikowanymi podsumowaniami od agenta pilnującego praw do antologii. Gości, zwłaszcza młodszych, zdumiewał dziwny układ, w którym wykształcona, oczytana kobieta wykonywała tyle przyziemnych obowiązków. Francis nie prowadził już samochodu, więc woziła go wszędzie, gdzie chciał pojechać. W czasie, gdy pracował, czytał, perorował lub zażywał drzemki, ona gotowała, sprzątała i zmywała naczynia. Dolewała wina jemu i jego przyjaciołom. W wieku sześćdziesięciu kilku lat nadal kosiła trawę, w zimie przynosiła do domu polana do kominka. „W ich domu obowiązywała średniowieczna pańszczyzna; po jakimś czasie człowiek się do niej przyzwyczajał – powiedziała kilka lat później w radiowym wywiadzie pewna jej znajoma. – Jeśli proponowało się pomoc, Vivien z pogodną miną odmawiała. Francis nigdy nie ruszał tyłka z fotela, nic nie robił. Nie sądzę, żeby przyszło mu do głowy, że prowadzenie domu, posiłki albo nawet utrzymywanie w czystości jego gatek wymaga jakiegokolwiek udziału z jego strony. Był w końcu geniuszem”.
Znajoma, która zebrała prawdziwki, usłyszała ten wywiad i napisała lekki w tonie felieton do politycznego tygodnika „Spectator”. Młodzi poeci, mężczyźni, którzy przychodzili i siadali u stóp mistrza, zazdrościli w głębi duszy Blundy’emu tego życia, w którym nie ruszał nawet małym palcem. Dla pokolenia, które dorastało w latach pięćdziesiątych i pierwszej połowie sześćdziesiątych, i oczywiście w każdym wcześniejszym pokoleniu, było czymś oczywistym, że mężczyźni, a zwłaszcza pisarze, mają siedzieć i zastanawiać się nad losami świata, a kobiety krzątać się po domu. Nikt się nie skarżył, nikt w ogóle tego nie zauważał. A potem, w drugiej połowie lat siedemdziesiątych, przyszła druga fala feminizmu i skończył się ten skostniały układ. Vivien i Francis Blundy byli reliktami z innej epoki i według autorki niewygodna prawda jest taka, że Vivien jest o wiele szczęśliwsza i fizycznie w lepszej formie, niż on był kiedykolwiek. Na pewno go przeżyje.
Z danych meteorologicznych wynika, że czternastego października wiatr zelżał: dzień był bezchmurny i ciepły. W szczytowym momencie termometr zawieszony na północnej ścianie dawnej mleczarni wskazywał dwadzieścia trzy stopnie. Rankiem, kiedy Vivien ścinała róże do udekorowania stołu, przyjechał furgonetką listonosz z ciężką paczką i z uprzejmości wniósł ją do kuchni. Była zaadresowana do Francisa. Vivien domyślała się, co w niej jest. Odgadła również, że ktoś się pomylił i uznał, że urodziny obchodzi Francis, nie ona. Przed lunchem pokazała mu paczkę i rozpakowała ją za niego. W środku była skrzyneczka z jasnego drewna z przesuwanym wiekiem – nienaturalnie duże pudełko na ołówki. Otworzywszy je, Francis jęknął.
Uważał, że ma wszystko, czego potrzebuje, a nie potrzebował zbyt wiele. Podarunek nie tylko oznaczał zagracanie domu, ale też zajmował jego myśli jako kolejne rozpraszające zobowiązanie, wymóg myślenia o kimś i o okazanej przez tego kogoś życzliwości. To Vivien pisała w jego imieniu listy z podziękowaniami, które Francis czasami podpisywał. Lecz to było coś innego: szampan w butelce magnum od siostrzeńca, Petera, który przebywał właśnie w Pasadenie w Kalifornii na zorganizowanej w Huntington Library konferencji na temat pętlowej grawitacji kwantowej. Mimo jego cierpliwych wyjaśnień nikt nie wiedział, co to takiego. Francisowi wydawało się, że zrozumiał, co oznacza „niezależna od tła”, ale zdążył już to zapomnieć. Peter był na tyle miły, że pewnego letniego wieczoru, gdy siedzieli w ogrodzie, powiedział, że zaledwie sto osób na całym świecie naprawdę to pojmuje.
On albo jego matka musieli zamówić butelkę w którymś z oksfordzkich sklepów z winami. Francis odetchnął z ulgą. Szampan nie był od jakiegoś młodego poety pragnącego przesłać mu swoje wiersze. Vivien, poirytowana tym, że mąż nie złożył jej jeszcze życzeń, opisała tę wymianę zdań w swoim dzienniku.
– Lepiej wsadź to do lodówki – powiedział Francis.
– Nie zmieści się – odparła. – Później włożę butelkę do wiaderka z lodem. Albo do zamrażarki. O ile nie zapomnę.
Wychodząc z kuchni, Francis prawdopodobnie wziął jabłko z miski i przeszedł korytarzem do swojego gabinetu, żeby coś zapisać i przygotować prezent urodzinowy dla żony. Jego archiwum mieści się w stu trzydziestu pięciu pudłach. Nie zamówiłem ich podczas tej wizyty, ale zrobiłem już wcześniej notatki na temat października 2014 roku. Większość zapisków dotyczy pomysłów na wiersze, są tam też notatki robocze, szkice i refleksje dotyczące procesu tworzenia. Odniesienia do innych osób zdarzają się rzadko. Rodzinne dramaty i relacje międzyludzkie nigdy Francisa nie interesowały. W dniu recytacji Wieńca dla Vivien najwyraźniej przypomniał sobie coś z wyjaśnień Petera. Robił notatki na użytek wiersza Struna.
Przestrzeń i czas są utkane z miniaturowych pętli w tkaninę bilion, bilion razy cieńszą od jedwabiu. Pętle są tak małe, jak tylko pozwalają na to prawa fizyki.
Na tej samej kartce zanotował nazwiska poważnych graczy w tej dziedzinie nauki.
Ashtekar, Rovelli, Smolin – te nazwiska brzmią jak drogie marki ginu… Polem spekulacji jest najwyraźniej „natura wszechświata”. W takim razie jest to również sprawą poezji. Nieprzeniknione koncepty nie muszą być zrozumiane, żeby wybrzmiały w pieśni. Nie trzeba wiedzieć wszystkiego o umyśle, żeby podziwiać sonet lub zachód słońca. To czarna skrzynka! Ale skoro Wystan pochylił się nad fizyką, to kto nie może?
Zobaczyłem, że w moją stronę zmierza Donald Drummond. Był późny ranek i wielu czytelników wstało od biurek, żeby napić się w świetlicy kawy z żołędzi. Kiedy podszedł bliżej, skrzywiłem się. Archiwista uważał pewnie, że przyjechałem do Snowdonii na wakacje.
Nachylił się nad moją ścianką działową.
– Ja w sprawie tych numerów, Tom – mruknął cicho.
Znowu o tym.
– Przepraszam. Zupełnie zapomniałem.
W ostatnim tomie dzienników Vivien Blundy w prawym rogu przedostatniej strony zapisana jest sekwencja cyfr, która wygląda jak numer telefonu: 05144 142418. Nie istniał jednak taki numer kierunkowy. Nie zainteresowało to nikogo poza Drummondem. Uważał, że moglibyśmy nad tym razem popracować. Nie miałem takiego zamiaru, ale podczas poprzedniej wizyty obiecałem, że przedstawię jego prośbę w naszym Wydziale Telekomunikacji. Od początku nie zamierzałem dotrzymywać tej obietnicy i szybko o niej zapomniałem. Marnowałbym tylko czas. Przygnębiająca byłaby też wizyta w miejscu, które my, humaniści, nazywamy „drugą stroną”. Budynki nauk ścisłych były w porównaniu z naszą siedzibą piękne i przestronne.
– Mam pewien pomysł. Może cię zainteresować – powiedział teraz Drummond.
– Oczywiście, ale nie w tej chwili, Donald. Muszę to skończyć.
– Jasne. Może po kolacji?
Pokiwałem głową. Odchodząc, nie robił wrażenia urażonego. Pewnie przywykł, uznałem, do tego, że ludzie go olewają. Tłumiąc poczucie winy, wróciłem do mojego dawno minionego świata.
Kiedy opinia publiczna zainteresowała się kolacją u Blundy’ego, odezwały się głosy moralnego oburzenia. Dużo materiałów na ten temat znajduje się w Bibliotece National Press w Górach Pennińskich. Z początku uwagę ludzi przyciągnęła nie poezja, lecz lista gości. Większość w ogóle miała to gdzieś, ale parę osób drążyło tę kwestię. Zastrzeżenia budził tak zwany Krąg Blundy’ego – heteroseksualni, biali, wpływowi i opływający w dostatki członkowie literackiej elity z Londynu i Oksfordu. Skąd bierze się, pytali dziennikarze i blogerzy, to zainteresowanie spędem starszych, zadowolonych z siebie miernot? Nagonka była chwilami bardziej zajadła od tej skierowanej przeciwko Grupie Bloomsbury. Dwanaście lat po kolacji jej uczestników wzięto w obronę w artykule opublikowanym w ogólnokrajowej gazecie „Telegraph”. To było prywatne przyjęcie i żadne względy społeczne nie przemawiały za tym, by w jakiś specjalny sposób dobierać skład gości. Blundy zaprosili w większości przyjaciół, których poznali, zanim jeszcze ci cokolwiek wydali. Francis Blundy, podobnie jak Seamus Heaney, uważany był za jednego z największych angielskojęzycznych poetów tworzących pod koniec dwudziestego i na początku dwudziestego pierwszego wieku. Do jego znajomych zaliczała się powieściopisarka Mary Sheldrake, a kolejnym z gości był jego wydawca i szwagier Harry Kitchener. Ale dwóch innych było gejami, następni dwaj nie przekroczyli czterdziestki, żaden nie był bogaty i nie miał politycznych wpływów. Połowa obecnych nigdy nic nie opublikowała.
Nie mogło to jednak zakończyć sporu. Urodzinowa kolacja była może kiedyś sprawą prywatną, ale teraz już nie. Problemem nie był sam odczytany na niej i zaginiony później poemat, lecz to, czym stał się przez swoją nieobecność: repozytorium marzeń, udręczonej nostalgii, daremnego retrospektywnego gniewu i obłąkanej czci. Wybór tej formy przez Blundy’ego, mówiono, wyjaśniał wszystko. Wieniec sonetów był w dwudziestym pierwszym wieku ekscentrycznym anachronizmem. Poemat, nie dzięki swej merytorycznej treści, lecz szaleństwu jego wielbicieli, przekroczył granice literatury i zanurkował w bagno ekonomii politycznej, globalnej historii i udręki. Porównania z „niezapomnianą kolacją” z roku 1817 były, jak twierdzili oponenci, bezpodstawne. Cięty dowcip jest zwykle atrybutem błyskotliwej młodości. U Blundych nie było tamtego wieczoru nikogo, kto mógłby się równać z Leigh Huntem lub Keatsem, który już za cztery lata miał zakończyć swoje krótkie życie. Jeśli chodzi o wykształcenie, zapamiętane wiersze i siłę osobowości, nikt w tej zaadaptowanej na cele mieszkalne stodole nie mógł też konkurować z Wordsworthem.
I tak toczyła się jak po grudzie ta dyskusja i w miarę jak tonęły i upadały kolejne miasta, krajobrazy i instytucje, sława wieczoru u Blundych rosła. W niezliczonych warstwach nieważnych detali przetrwała gigantyczna ilość informacji. Ich nadmiar nas przytłacza. Wielu badaczy dusi się pod ciężarem banalnych faktów. Wiemy na przykład, że Francis Blundy lubił jabłka. Każdej jesieni i lata dostawał ich sporo od życzliwego sąsiada, właściciela sadu. Jabłkom poświęcone są trzy wiersze Blundy’ego, które często umieszcza się w antologiach. Floral Street opowiada o kurczącym się długim życiu, stopniowym pozbywaniu się przyjaciół, rodziny, rzeczy – i ostatecznie znaczenia. Centralnym obrazem jest uliczny żongler, którego Blundy zobaczył kiedyś w dzielnicy Londynu znanej pod nazwą Covent Garden. Zamiast kulami lub maczugami ten mężczyzna żonglował jabłkami. I łapiąc każde z nich, odgryzał z niego kawałek, aż w końcu były tylko ledwo dostrzegalnymi, obracającymi się strzępkami skóry i miąższu, wirującym nad naszymi głowami memento mori. W finale żongler wyrzuca wysoko w górę wszystkie resztki, odchyla głowę, otwiera usta niczym żarłoczny bóg – i widzimy tylko ukłon artysty. Tak to wyglądało w wesołym wierszu o śmierci.
Po krótkiej wymianie zdań z Vivien Francis zjadł jabłko i usiadł przy biurku, żeby zanotować pierwszą wersję Struny. Przy łokciu miał prezent, duży prostokątny arkusz pergaminu, kupiony od jedynego w kraju producenta wysokiej jakości cielęcej skóry, Williama Cowleya z Newport Pagnell. Spisał na nim drobnym pismem, używając czarnego trwałego atramentu, długi poemat, nad którym pracował przez ostatnie pięć miesięcy. Na wytrawionej i wygładzonej skórze zmieściło się dwa i pół tysiąca słów. Martwe zwierzę nadało nową zmysłowość moim słowom. Teraz są żywe. Na jego biurku leżała też zielona jedwabna wstążka. Przysiągł sobie (wpis do dziennika 2013/14, pudło 110 w archiwum w Snowdonii), że zniszczy wszystkie notatki i wstępne szkice, by prezent był tym bardziej drogocenny. Po tym, jak go odczyta, miał zamiar obwiązać pergamin wstążką, wygłosić krótką mowę i wręczyć go Vivien.
Uważał, że to jeden z jego najlepszych utworów. Nie mógł się doczekać, by wyrecytować go wieczorem w towarzystwie przyjaciół, i nie musiał się do tego specjalnie przygotowywać. W ciągu minionych czterdziestu lat czytał publicznie swoje wiersze w kilkunastu krajach. Ludzie uważali, że robi to dobrze. Nie miał wyśmiewanego kaznodziejskiego zaśpiewu jak Yeats ani trącącego fałszem vibrato jak Eliot i pogardzał modnym wówczas niemrawym, apologetycznym mamrotem. Lubił dodawać dramatyzmu swoim deklamacjom. Potrafił być na zmianę naglący, dowcipny i kostyczny. Ucieszył się, gdy napisano gdzieś, że ma na podorędziu sto różnych stylów. Podobnie jak współcześni mu James Fenton i Alice Oswald, znał swoje wiersze na pamięć. Lubił występować: odchodzić od mikrofonu, stawać na skraju sceny i zaglądać w oczy i umysły widzów, podczas gdy wypowiadana barytonem poezja płynęła między jego uniesionymi dłońmi.
Na ten urodzinowy prezent – rzadko dawał komukolwiek prezenty, ale ten był również dla niego samego – wybrał innego rodzaju występ, renesansową (zdaniem niektórych rokokową) formę: sekwencję sonetów rządzącą się surowymi regułami kompozycji. Podobał mu się też sam fizyczny nośnik. Na pergaminie dobrze zachowała się przez dziewięć stuleci Magna Carta (obecnie w Mendips Historical Collection). Spisany jego drobnym charakterem pisma tekst, którego nie mógł odczytać bez okularów, kończył się na dole arkusza, w prawym rogu, i „wyglądał jak coś starożytnego, wiecznotrwałego”.
Wieniec był niezwykle wymagającą formą. Ten składał się aż z piętnastu sonetów. Ostatni wers każdego musiał być powtórzony w pierwszym wersie następnego. Piętnasty sonet, korona, musiał składać się wyłącznie z pierwszych wersów poprzednich czternastu i mieć w dodatku sens. Francis wybrał formę sonetu petrarkowskiego: dwie zwrotki, pierwsza ośmio-, druga sześciowersowa. Układ rymów tradycyjny: ABBAABBA CDECDE. Dość proste. Sztuka polegała na tym, by napisać długi poemat – zaadresowany do jednej uhonorowanej osoby – którego wątek płynąłby w sposób naturalny i nie uginał się pod ciężarem sztywnych reguł. Blundy wierzył, że mu się udało. Wiemy o tym z jego triumfalnego wpisu w dzienniku 2014/15 (pudło 111): Przyznajmy jedno. Moich piętnaście jest lepsze od skromnych siedmiu Johna Donne’a.
Tamtego ranka, napisał, wziąłem pergamin z biurka i go powąchałem. Żadnego zapachu krwi ani cielesności. Najwyżej niewyraźne wspomnienie kałamarza w szkolnej ławce ze sprośnościami wyrytymi pod blatem. Zważyłem go z miłością w obu dłoniach. Nie pamiętam, kiedy ostatnio czułem się tak niewinnie, tak spokojnie, tak jednoznacznie zadowolony z siebie.
Byłby zadowolony, ale pewnie nie zaskoczony, gdyby wiedział, że sto lat później nadal dyskutuje się o Wieńcu dla Vivien. Być może nie aż tak zadowolony, gdyby usłyszał, że jedyny istniejący egzemplarz poematu bezpowrotnie zaginął. Z tego, co wiemy, wyłączną czytelniczką Wieńca była jego żona. Musiał zakładać, że poemat zostanie ujawniony i opublikowany, jeśli nie za jego życia, to z pewnością po śmierci.
Za życia Francisa Blundy’ego pewni krytycy porównywali jego poezję do twórczości T.S. Eliota. Podobieństw, przyznajmy, dość powierzchownych, szukano w pojawiającej się zaledwie w kilku wierszach Blundy’ego i charakterystycznej dla Eliota nucie żalu nad domniemanym, niemożliwym do naprawienia pęknięciem pomiędzy uczuciem i intelektem. Były jednak i inne paralele. W życiu obu poetów obecna była Vivien (w przypadku Eliota inaczej pisana), a pod pozorem ich wygodnej angielskiej egzystencji krył się wewnętrzny zamęt i nieliczenie się z ludźmi. Świadomość czynów niegodnych i krzywdzących innych*. Obaj padli też ofiarą niebezpiecznej tendencji, przed którą pragnąłby się uchronić każdy pisarz. Wspomniał o niej jeden ze współczesnych Blundy’emu krytyków: pisząc o popularności biografii literatów, surowo oceniał trend polegający na fascynacji ich życiem, nie twórczością. Czytanie o romansach i ubóstwie poetów, o ich pijackich ekscesach, napadach zawodowej zazdrości, obawach o własną rangę i okresach zwątpienia w siebie zwalnia szerokie kręgi czytelników od angażowania się w samą poezję.
* Thomas Stearns Eliot, Little Gidding, w przekładzie Krzysztofa Boczkowskiego.
Vivien Blundy’ego, w przeciwieństwie do Vivienne Eliota, nie była chora psychicznie. W tym momencie obierała w kuchni ziemniaki. To, że wiemy, jakiej były odmiany, ponownie zwraca naszą uwagę na kwestię nadmiaru informacji. Czy to obciążenie, czy wybawienie? Rok temu pewien szanowany badacz wskazał na rzecz skądinąd oczywistą: Vivien i Francis Blundy są od nas tak samo oddaleni w czasie, jak Oscar Wilde był od nich. Pod koniec epoki wiktoriańskiej pisanie listów i dzienników stało się bardzo rozpowszechnione, ale kiedy cofniemy się do okresu sprzed rozwoju taniej poczty, strumień materiałów dotyczących szczegółów życia codziennego bardzo się kurczy. Badacze siedemnastego wieku mogą polegać wyłącznie na nielicznych zamożnych i ustosunkowanych osobach, najczęściej arystokratach, którzy mieli dość wolnego czasu, by zapisywać codzienne wydarzenia i to, co działo się na dworze. Na regałach w Stodole stało kilkanaście biografii Szekspira i około trzydziestu biografii poświęconych innym pisarzom z epoki Elżbiety I oraz Jakuba I. Ich autorzy starali się maksymalnie przybliżyć czytelnikom opisywane przez siebie postaci. Ale przypadek Szekspira jest reprezentatywny. Wciąż bardzo mało o nim wiemy. Uosobione w postaci Hamleta kształtowanie i eksplorowanie własnej jaźni – rewolucyjny przełom w światowej literaturze – nie znalazły jeszcze odzwierciedlenia w prowadzonym regularnie intymnym dzienniku. Odręczne listy mają zwyczaj się gubić. Choć wynaleziono już druk, nie było gazet, w których zajmowano by się życiem i rozmyślaniami prostych dramaturgów. O wywiadach z autorami nikt jeszcze nie słyszał. Ślady istnienia Szekspira można znaleźć głównie w publicznych rejestrach. Spory na jego temat toczyły się przez długie stulecia. Był ateistą, nie, jednak katolikiem. Miał w Londynie drugą „żonę”, którą bardzo kochał. Odwiedził Polskę. W ogóle nie napisał tych sztuk.
Tymczasem nasi biografowie, historycy i krytycy, zajmujący się postaciami działającymi od roku 2000 po dziś dzień, mają do dyspozycji to, co w epoce Blundy’ego nazywano podniośle „chmurą”, rzeczywiście rozprzestrzeniającą się niczym olbrzymi letni cumulus, choć tworzyły ją oczywiście urządzenia do przechowywania danych. Odziedziczyliśmy prawie dwa stulecia fotografii i filmu. Setki wykładów, odczytów i wywiadów Blundy’ego zostało zarejestrowanych i nadal można je obejrzeć dzięki dostępowi do nigeryjskiego internetu. Wszystkie zamieszczone w gazetach i czasopismach omówienia i recenzje jego twórczości istnieją w formie cyfrowej. Od 2004 roku, kiedy telefony Blundych stały się również ich aparatami fotograficznymi i kamerami filmowymi, liczba zdjęć i filmów przedstawiających wnętrze i okolice Stodoły znacznie się powiększyła. Ani on, ani Vivien nie udzielali się w mediach społecznościowych, ale w późniejszym okresie życia każde z nich wysyłało tysiące wiadomości cyfrowych. Znajdujemy tam mało ważne detale codziennego życia, a także dokładne opisy przyjaciół i znajomych, ukończonych wierszy i wahań nastroju. Dowiadujemy się z nich o żalach i smutkach Vivien, o wszystkim, co chciała przekazać swojej siostrze, Rachel, i bliskim przyjaciołom. Możemy też śledzić wiadomości, które niepokoiły jej współczesnych, zabawne skandale i triumfy sportowców. Wiemy o wszystkim, co działo się między poetą i jego agentem, a także wydawcami i tłumaczami, księgowym, lekarzem i prawnikiem. Wiemy nawet, czego Francis i Vivien najczęściej szukali w internecie. Jawne są teraz nawet zaszyfrowane od początku do końca wiadomości. Jak powiedział kiedyś w jednej z mów nasz dziekan, odarliśmy przeszłość z prywatności.
Od połowy lat osiemdziesiątych, w nadziei (która spełniła się z nawiązką), że sprzeda kiedyś swoje archiwum jakiejś bibliotece, Francis zachowywał kopie wszystkich wysyłanych i otrzymywanych listów. Biblioteka Stodoły została skatalogowana i umieszczona w sieci. Mąż i żona prowadzili dzienniki. Znamy dobrze ich głosy, ich zmieniające się z czasem twarze, wiemy, jak się ubierali. Różnice między ich prywatnymi i publicznymi wizerunkami są uderzające. Badacze widzą ich, słyszą i wiedzą o nich i ich myślach więcej, niż my wiemy o naszych najbliższych przyjaciołach.
Mimo to natykamy się na oczywiste ograniczenia. W mailu, a tym bardziej w esemesie, rzadko spotykamy się z tak interesującymi subiektywnymi refleksjami jak w odręcznym liście z dziewiętnastego lub dwudziestego wieku. Kiedy Francis i Vivien wychodzili w letni ranek ze Stodoły i patrzyli na porośniętą bujną roślinnością dolinę, to, co widzieli, nie różniło się aż tak bardzo od pejzażu, który oglądał Szekspir za każdym razem, gdy jechał z Londynu przez Oxfordshire do rodzinnego domu w Stratfordzie. Zignorowawszy dobiegający z oddali, przy wschodnim wietrze, pomruk spalinowych silników, mogliby podziwiać okolicę w zasadzie niezmienioną i opiewaną przez poetów od pięciuset lat. Wszędzie dookoła były podobne wąskie wiejskie drogi, wtedy już nie błotniste czy piaszczyste, lecz utwardzone, ocienione przez podobne drzewa. Zamiast polnych kwiatów prawie wszędzie rosły pokrzywy. Populacja ptaków, motyli i małych ssaków została w dużym stopniu zredukowana, lecz przynajmniej w teorii, przy dobrym zarządzaniu, można ją było przywrócić. Zza następnego wzgórza mogły się wyłonić pylony linii wysokiego napięcia albo przemysłowa kurza ferma. Cisza i spokój mogły też zostać zakłócone przez wizg piły łańcuchowej albo huk przelatującego nisko odrzutowca z pobliskiej bazy powietrznej, ale wszędzie na horyzoncie widać było iglice i wieże tysiącletnich romańskich kościołów i cały teren przecinała pieczołowicie zachowana siatka starych ścieżek, które biegły przez lasy, nieliczne łąki i wzdłuż zanieczyszczonych strumieni. Je także można było w teorii któregoś dnia oczyścić. Kiedy pozostawało się z dala od miast i miasteczek, istniało poczucie ciągłości, które ukształtowało myślenie poety i które dzisiaj jest nam niedostępne. Zbyt wiele totalnych pęknięć, kulturowych i fizycznych, odcięło nas od Szekspira. Blundy i jego współcześni żyli w przeświadczeniu, że są mu bliscy, i było to dla nich czymś oczywistym; tego przeświadczenia nie zdołamy odzyskać cyfrowymi narzędziami.
A jednak wiemy o dwudziestym pierwszym stuleciu więcej, niż ono wiedziało o własnej przeszłości. Specjaliści od literatury sprzed roku 1990 – jak choćby niektórzy nasi koledzy z wydziału – wiedzą o interesujących ich autorach tylko tyle, ile wiedzieli badacze w czasach Blundy’ego. Studnie wiedzy, które zawsze były płytkie, wyschły już dawno temu. Nie ma dla nich nowych faktów, wyłącznie nowe interpretacje. Mimo to rozprawiają o odległych od nas o pięćset lat postaciach, dramaturgach i poetach, jakby znali ich osobiście. My natomiast, specjalizujący się w literaturze angielskojęzycznej między rokiem 1990 i 2030, dysponujemy większą ilością faktów i możliwości interpretacyjnych, niż którykolwiek z nas zdołałby wyartykułować przez tysiąc lat. Ci, których na naszym wydziale jest najwięcej i którzy zajmują się okresem po 2030 roku, mają do dyspozycji jeszcze więcej danych. Jeśli cywilizacji uda się przebrnąć przez to stulecie, tak jak przebrnęła przez poprzednie, trzeba im będzie znaleźć kolejnych sto metrów korytarza.
Wiemy zatem, że sto osiem lat temu, w roku 2014, ziemniak, którego Vivien Blundy obierała na swoją urodzinową kolację, należał do odmiany Rooster. Są najlepsze do pieczenia, napisała nieco wcześniej do swojej siostry, Rachel. Możemy podejrzewać, że kwestia niezłożenia jej przez męża urodzinowych życzeń została załagodzona podczas lekkiego lunchu.
Pierwsi goście, Graham i Mary Sheldrake’owie, przyjechali późnym popołudniem i mieli zostać na noc. Niebo nadal było bezchmurne; w ten październikowy dzień słońce zachodziło dopiero po szóstej. Widok skąpanej w jego blasku ceglano-drewnianej Stodoły, kamiennej mleczarni i całego otoczenia powinien zachwycić przybyszów z Londynu, ale tak się nie stało. Małżeństwo przechodziło kryzys. Według maili Mary w trakcie całej trzygodzinnej podróży zajadle się kłócili. Powód był dość banalny. Nękany od prawie roku jej oskarżeniami i pytaniami, Graham uparcie zaprzeczał, jakoby miał romans. Teraz, podenerwowany korkami na autostradzie, uznał pochopnie, że ma już dosyć tych pretensji i własnych kłamstw. Skoro chciała wiedzieć, to jej powiedział. Voilà! Kipiąc ze złości, Mary ogłosiła koniec ich małżeństwa. Wysiadłszy z samochodu, oboje z całej siły zatrzasnęli drzwi. Graham obrócił się plecami do Stodoły, udając, że napawa się widokiem, podczas gdy tak naprawdę zbierał siły przed tym, co go czekało, a czego wcale nie chciał: przyjaznymi uściskami, pytaniami, jak się udała podróż, a potem herbatą i ciasteczkami. Mary łatwiej zniosła całą awanturę. Czuła się radośnie i triumfalnie wyzwolona, tak jak można się czuć po wygraniu trudnej partii szachów. Pomknęła niczym tancerka po żwirowym podjeździe do frontowych drzwi Stodoły. Ona też miała romans, czego Graham, tak bardzo zajęty własnym, w ogóle nie podejrzewał. Sytuacja była idealna. Mogła teraz bez skrupułów (które w innym wypadku pewnie by ją dręczyły) zakończyć małżeństwo i po pewnym czasie zamieszkać z Leonardem, który był architektem. Miała zamiar wysłać mu esemesa, kiedy tylko znajdzie się na osobności.
Graham, który wysyłał maile i esemesy równie często jak ona, nadal wpatrywał się w drzewa, żałując swojego wyznania w samochodzie. Nie wspomniał Mary, że zakończył romans z June Thompson trzy miesiące wcześniej. Poirytowany uznał, że zabrzmi to jak skazana na porażkę próba pojednania. Obróciwszy się i spojrzawszy na żonę, która objęła z radosnym okrzykiem Vivien, pomyślał, że wygląda młodo jak na swoje pięćdziesiąt trzy lata, a także że jest ładna i stąpa lekkim krokiem. On również uściskał chwilę później gospodynię i starego przyjaciela, Francisa. Kiedy zaprowadzono ich do tego samego co zwykle pokoju, a potem rozpakowali się i wybrali z Vivien na spacer po ogrodzie, wesołość Mary zaczęła budzić w Grahamie coraz większe podejrzenia. Na chwilę przeprosił obie panie, wrócił do pokoju gościnnego i szybko znalazł na dnie szafy jej torebkę. Sięgnąwszy po jej telefon, już po pięciu minutach trafił na Leonarda. Zanim ochłonął z szoku i schował komórkę z powrotem do torebki, do pokoju weszła Mary.
Ale bardziej niż ich historia interesuje nas ich stan ducha, od którego zależały z kolei odmienne reakcje na urodzinowy wieniec sonetów. Mary Sheldrake była jedną z odnoszących największe sukcesy powieściopisarek swojego pokolenia. Tłumaczona na całym świecie, laureatka wszystkich ważnych nagród, nieomalże skarb narodowy. Jej styl był minimalistyczny, bez barw i odcieni, ostrożność nie pozwalała jej na jakiekolwiek narracyjne sztuczki, fałszywe historie czy tropy. Niektórzy uważali ją za „zbyt intelektualną” i krytykowali suchy styl oraz nieobecność seksu i miłości w jej prozie. Inni podziwiali pokręcone historie, w których ofiara porwania stawała się sprawcą, uczestnicy finansowego przekrętu okazywali się niewinni i zbijali na nim fortunę, a w popularnym sprzęcie kuchennym, mikrofalówce, budzi się rodzaj złowieszczej świadomości. Mary była popularna jeszcze przez dwadzieścia lat po śmierci, ale potem gusty i potrzeby się zmieniły i teraz pamiętają o niej tylko nieliczni akademicy. Historię skomplikowanego oszustwa bankowego zaczerpnęła od Grahama, prywatnego doradcy inwestycyjnego, który nie miał chyba zbyt wielu klientów, a może nawet ani jednego, i żadnych własnych pieniędzy. Interesował się winem, kuchnią i golfem, grą, która wymagała dużego terenu i straciła rację bytu, gdy morze zalało lądy. Generalnie uważano, że to Mary płaci za jego hobby.
Byli popularną parą. W ich wyzywającym, zabawowym stylu życia było coś, co podobało się ludziom z kręgów literackich. G+M, jak ich określano, mieli słabość do nietypowych narkotyków rekreacyjnych i często uatrakcyjniali wieczór psychotropiczną nowinką, mikrodawką zbyt nową, by można ją było uznać za nielegalną, prosto z laboratorium niedaleko Big Sur w Kalifornii. Nawet gdy zbliżali się do sześćdziesiątki, nadal krążyły plotki o ich pomysłowym życiu seksualnym. Wtajemniczeni uważali, że powieści Mary są aseksualne, ponieważ autorka strzeże swojej prywatności.
Zainteresowani tym, co będzie dalej?
Pełna wersja książki do kupienia m.in. w księgarniach:
KSIĘGARNIE ŚWIAT KSIĄŻKI
EMPIK
Oraz w księgarniach internetowych:
swiatksiazki.pl
empik.com
bonito.pl
taniaksiazka.pl
Zamów z dostawą do domu lub do paczkomatu – wybierz taką opcję, jaka jest dla Ciebie najwygodniejsza!
Większość naszych książek dostępna jest również w formie e-booków. Znajdziecie je na najpopularniejszych platformach sprzedaży:
Virtualo
Publio
Nexto
Oraz w księgarniach internetowych.
Posłuchajcie również naszych audiobooków, zawsze czytanych przez najlepszych polskich lektorów.
Szukajcie ich na portalu Audioteka lub pozostałych, wyżej wymienionych platformach.
Zapraszamy do księgarń i na stronę wydawnictwoalbatros.com, gdzie prezentujemy wszystkie wydane tytuły i zapowiedzi.
Jeśli chcecie być na bieżąco z naszymi nowościami, śledźcie nas też na Facebooku i na Instagramie.
Okładka
Karta redakcyjna
1
2
3
Okładka
Strona redakcyjna
