Wydawca: Wydawnictwo M Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 176 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Ciotki - Anna Drzewiecka

 

Najpiękniejszych chwil w życiu nie zaplanujesz. One przyjdą same.

Phil Bosmans

 

Pisane piękną frazą portrety wyjątkowych kobiet układają się w ciepłą, nostalgiczną opowieść o świecie, którego już nie ma: pełnego zapachów, smaków i słów zapamiętanych z dzieciństwa.

Czytelnik, który potrzebuje dziś ukojenia i chwili wytchnienia w zabieganych życiu z przyjemnością zanurzy się w tej rodzinnej historii, dowcipnej i pełnej ciepła.

Ciotki – tak jak bestsellerowe Służące Kathryn Stockett – to pean na cześć kobiecej siły.

Zastanawia mnie nie od dziś fenomen pisania wspomnień. Czemu i komu mają służyć, prócz oczywiście samych ich autorów? Niby dotykają życia rzeczywistego, opisują zdarzenia autentyczne, a jednak podlegają odmiennym prawom niźli świat, który opisują.

Tutaj już nic nie jest trudne ani bolesne. Nawet jeśli kiedyś było dla nas ciężkie do zniesienia, dziś jest już tylko jednym z kolorowych kamyków mozolnie przez nas układanej mozaiki.

(fragment książki)

Opinie o ebooku Ciotki - Anna Drzewiecka

Fragment ebooka Ciotki - Anna Drzewiecka

Anna Drzewiecka

Ciotki

Redaktor prowadzący:

Katarzyna Kolowca-Chmura

Łamanie:

Edycja

Korekta:

Dariusz Godoś

© Copyright by Wydawnictwo M, Kraków 2012

ISBN 978-83-7595-406-7

ISBN wersji cyfrowej 978-83-7595-515-6

Wydawnictwo M

ul. Kanonicza 11, 31-002 Kraków

tel. 12-431-25-50; fax 12-431-25-75

e-mail:

Na początku było drzewo...

Pierwsze było drzewo. To od niego zaczyna się ta historia. Wyrosło na porośniętym łąką niedużym wzniesieniu, pośród rozlewisk płynącej tu rzeki Bug. Mijały lata, a niewielka samosiejka rozrosła się w rozłożystą lipę. Opodal piął się ku górze brzozowy młodnik, a nieco dalej widniał gęsty, mroczny las.

Opowieść mogłaby się zaczynać w zupełnie innym miejscu, gdyby nie to, że ten malowniczy zakątek przyciągnął uwagę pewnego wędrownego cieśli, którego podróż właśnie tutaj znalazła swój kres.

Zgodnie z rodzinnym przekazem, ów cieśla był synem bojara, utracjuszem, który przywędrował na Polesie z Litwy, uciekając przed wierzycielami, u których narobił długów pod zastaw majątku. I tu rodzi się poważna wątpliwość. Nie potrafię dociec, ile w rodzinnych opowieściach jest prawdy, a ile zupełnej fikcji. Bardzo często się zdarza, że ludzie opowiadają niestworzone historie o swoim pochodzeniu, i niemal w każdej takiej opowieści musi być zubożały szlachcic, utracjusz przegrywający majątek w karty albo jakiś inny marnotrawny syn wydziedziczony przez ojca. Może więc bojar był prawdziwy? A może to nie był bojar, tylko bojarzyn? Czyli po prostu wolny od pańszczyzny, często zamożny chłop. Obojętne, jaką wersję przyjmiemy za prawdziwą, pewne jest, że ów litewski „bojar”, czyli pradziadek mojej babci, w jakimś momencie swojego życia znalazł się na Polesiu, gdzie ożenił się z miejscową dziewczyną z polskiej rodziny. Choć może lepiej byłoby powiedzieć, że wżenił się w gospodarkę. Dochowali się razem licznego, bo dziesięcioosobowego potomstwa – w większości synów. Dziadek mojej babci był najmłodszy z tej czeredki i jedyny, z którego w gospodarstwie nie było większego pożytku. Nie ciągnęło go do roli. Starsze rodzeństwo kolejno zakładało rodziny, budowało sobie chałupy i dzieliło na części ojcowiznę. Najmłodszy nie był tym zainteresowany. Lubił włóczyć się po okolicy i marzył o podróżach. W końcu postanowił ruszyć do miasta, by tam wyuczyć się jakiegoś zawodu. W ten sposób dotarł do Brześcia i trafił do warsztatu ciesielskiego. Nie wiadomo, czy pokierował nim przypadek, czy też świadoma decyzja, w każdym razie nie mógł chyba trafić lepiej. Ten fach dał mu możliwość wędrowania od wioski do wioski, od osady do osady, od domu do domu i wszędzie znajdował coś do wybudowania lub chociaż do naprawienia. Do tego zmieniał wciąż otoczenie, podróżował. Nie były to, co prawda, bardzo dalekie podróże, ale miał to, co lubił najbardziej – był w ciągłym ruchu. Każda wędrówka jednak kiedyś się kończy i ta podróż jego życia także musiała dobiec kresu. Znalazła go na nadbużańskiej łące przy rozłożystej lipie – w miejscu, gdzie później stanął dom, w którym przyszła na świat moja babcia. Najpierw jednak urodziła się w nim jej matka, a córka owego wędrownego cieśli, który tutaj, na wołyńsko-poleskim pograniczu, znalazł sobie i żonę, i miejsce do życia. 

Dom swój cieśla wybudował solidny i dosyć obszerny. Sam bowiem – pochodząc z wielodzietnej rodziny – być może również planował liczne potomstwo. Niestety, plany te pokrzyżował zły los. Z kilkorga dzieci tylko Waleria, matka mojej babci – czyli moja prababcia, dożyła pełnoletniości. Wszystkie inne zmarły w dzieciństwie.

Znam ten dom tylko z opowiadań rodzinnych. Wojenna zawierucha zmiotła go niemal całkowicie z powierzchni ziemi, a to, co z niego pozostało, rozpadło się ostatecznie w późniejszych latach. Był jednak taki czas, gdy rozgrywały się w nim wszystkie najważniejsze wydarzenia rodzinne – narodziny dzieci, wesela, które w ciepłej porze roku wychodziły z niego do ogrodu, i pożegnania zmarłych, podczas których, zgodnie z tradycją, zatrzymywano stojący w jadalni zegar i zasłaniano wszystkie lustra.

Dom był dosyć obszerny, jak na wiejską sadybę, ale nie tak zamożny, jak bywały dwory ziemiańskie. Zwykły drewniany budynek na kamiennej podmurówce, podpiwniczony tylko w części dobudowanej nieco później, z przylegającym do niego z jednej strony ogrodem i niedużym sadem, a z drugiej – wyrastającym niemal tuż przy płocie brzozowym zagajnikiem. Wchodziło się do niego przez niewielki, ocieniony oplatającym go bluszczem i pnącymi różami drewniany ganek, na którym stała koślawa ławeczka. Tuż przy domu rosła piękna rozłożysta lipa. Moja babcia, opowiadając o tej lipie, zawsze mówiła, że ludzie zgubili gdzieś swoją dawną mądrość, która kazała im budować domy w pobliżu zdrowych i pięknych drzew. Dziś przygotowanie takiego wybranego miejsca pod budowę zaczyna się od karczowania drzew na nim rosnących. Babcia miała rację – przecież nie bez powodu budowano kiedyś ołtarze pod świętymi drzewami, a świątynie sadowiono w świętych gajach. Słowianie otaczali czcią silne dęby, buki czy kasztanowce i zasypiali pod ich gałęziami, wierząc, że energia tych drzew obdarzy ich zdrowiem i da im siłę. Babcia zaś wierzyła w ochronną moc swojej przydomowej lipy, która podobno nie pozwalała zbliżać się do domu piorunom, jednak dla wzmocnienia tej ochrony zawsze przed nadciągającą burzą stawiała w oknie zapaloną gromnicę. Pod koniec czerwca do lipy zaczynały się zlatywać wszystkie pszczoły z okolicy. Wabiła je do siebie kwiatkami – niepozornymi z wyglądu, ale słodko pachnącymi miodem. Uwijały się wśród jej gałęzi, a ich brzęczenie wdzierało się przez otwarte okna do wnętrza domu. Skrzydlate pracownice nie były jednak jedynymi amatorkami świeżo rozkwitłych lipowych kwiatów. Również babcia zbierała całe ich naręcza i suszyła w niezamieszkałym pokoiku na poddaszu, obok innych ziół, zbieranych z okolicznych łąk i pól.

Dzisiejsze mieszkania budowane w wielopiętrowych blokach, nawet te najdroższe – ulokowane w ekskluzywnych apartamentowcach – są uboższe od dawnych domów, bo brakuje im duszy i pamięci. Duszy i pamięci wzrastających w nich pokoleń, zapewniających ciągłość rodzinnej tradycji. Bo dom to nie są tylko ściany i dach – to przede wszystkim ludzie i uczucia, jakie ich ze sobą wiążą. To przekazywane z pokolenia na pokolenie wartości i emocje towarzyszące zdarzeniom, które stają się udziałem rodziny. Wydaje się czasem, że stare domy próbują przekazać nam swoje opowieści. Stare schody skrzypią i trzeszczą, nawet jeśli nikt po nich nie chodzi... na strychu coś stuka... A to potęguje wrażenie, że wracają tu czasem ludzie, którzy kiedyś w tym domu mieszkali. Powiadają, że dom widzi, słyszy, czuje – jak człowiek. Gromadzi w sobie energię – dobrą albo złą, a nawet potrafi przeczuwać nieszczęścia, jakie mogą się przytrafić jego domownikom. Babcia opowiadała, że przed śmiercią jej własnej babci i dziadka, a potem także rodziców, zawsze spadał ze ściany obraz i zawsze był to ten sam obraz – wiszący w jadalni, pełniącej zarazem rolę salonu. O ile spadanie obrazu można próbować jakoś wyjaśnić racjonalnie, o tyle inne wydarzenie do dziś pozostało dla mnie tajemnicą. Przeszklona nadstawka kredensu, stojącego również w tej jadalni, była wypełniona rzadko używaną porcelaną i szkłem. Babcia twierdzi, że pewnego sierpniowego popołudnia 1939 roku, podczas gdy wszyscy siedzieli przy stole zajęci spożywaniem obiadu, nagle wszystko, co stało zamknięte w kredensowej nadstawce, rozprysło się w drobny mak na oczach całej zgromadzonej wokół stołu rodziny. Kilka dni później wybuchła wojna, która na zawsze rozłączyła rodzinę z ich domem. Zanim to się jednak stało, dom zdążył jeszcze wychować cztery kolejne jej pokolenia.

W zagubionym zakątku świata

Kiedy córka cieśli – prababcia Waleria – poślubiła pradziadka Józefa, oboje zamieszkali również w domu cieśli i jego żony, który był za duży dla dwojga starszych ludzi. Moja babcia Tekla przyszła na świat w 1897 roku, jako środkowa z trójki dzieci. Miała już starszą siostrę Hankę, a w dwa lata później urodził się młodszy brat Stefan. Po upływie kolejnych dwóch czy trzech lat urodził się następny chłopiec. Dziecko jednak przeżyło zaledwie kilka tygodni. To był bardzo trudny poród i prababcia Waleria ciężko go odchorowała. Nie miała już później więcej dzieci, ale i do całkowitego zdrowia nie udało jej się wrócić. Dzieciństwo trójki rodzeństwa upływało pomiędzy jednym a drugim niedomaganiem matki, a także i babki, która robiła się wszak coraz starsza i słabsza. Dzieci więc dosyć wcześnie musiały przejąć na siebie część gospodarskich obowiązków. Z tych czasów babcia Tekla najlepiej wspomina chwile, kiedy ojciec prosił ją o pomoc przy barciach. Bo oprócz pracy na roli Józef hodował pszczoły.  W ogrodzie stało kilka uli zrobionych z wydrążonych pni, ale najlepszy miód pochodził z leśnych barci. Były to całkiem podobne do tych z ogrodu, wydrążone kawałki pni, które mocowano pośród konarów rosnących na bagnach drzew. Mieszkające w nich pszczoły zbierały nektar z bagiennych roślin. Barcie były przytwierdzane na drzewach z bardzo prostego powodu – by na tym podmokłym terenie nie zostały zalane wodą, która na wiosnę się podnosiła, a w pozostałych porach roku opadała. Przy wybieraniu miodu z tych barci pomoc była potrzebna do przytrzymania sznurkowej prowizorycznej drabiny, po której Józef wdrapywał się na drzewo, i ta właśnie pomoc była zadaniem babci Tekli. Babcia Tekla nie bała się pszczół. Kochała je i twierdziła, że nigdy żadna jej nie użądliła. 

Od samego początku rodzeństwo w naturalny sposób podzieliło się obowiązkami. Hanka zdecydowanie najlepiej czuła się w kuchni, pomagając swojej matce i babci. Bardzo szybko to ona właśnie została główną domową kucharką, co zresztą wszystkim odpowiadało, bo okazała się prawdziwym talentem kulinarnym. Tekla, choć z czasem i ona stała się mistrzynią wielu kuchennych specjałów, to jednak najlepiej sprawdzała się jako ogrodniczka. Znała się na roślinach – ich zaletach czy wymaganiach, w jakiś niewytłumaczalny sposób bardzo szybko też pojęła lecznicze działanie ziół. Uprawiała rabaty z wielką pasją, a rośliny odwdzięczały się jej wspaniałymi plonami. O takich ludziach mówi się, że mają „zielone ręce”, i te babci Tekli „zielone ręce” sprawdzały się także wiele lat później – już przy uprawie tylko parapetowej. Mały Stefek pomagał głównie przy męskich pracach gospodarskich, ale i on miał swoje ulubione zajęcia – oba związane z wodą. W starszych odnogach Bugu i na rozlewiskach łowiło się wtedy ryby sposobami innymi, niż to dzisiaj robią wędkarze. Nikt nie miał czasu na wielogodzinne moczenie kija w wodzie, a i samo łowienie ryb było podyktowane nie chęcią zażycia relaksu, ale prawdziwą potrzebą. Nie zmieniało to jednak faktu, że towarzyszenie dziadkowi w takich wyprawach sprawiało Stefkowi wiele radości. Odbywało się to w ten sposób, że do pali drewnianych czy drzew rosnących na rozlewiskach przymocowywano specjalnie wyplatane, obciążane kamieniami kosze z tak sprytnie zrobionym otworem (zwężającym się jakby w kształcie lejka), że rybie wpływało się do środka łatwo, ale wydostać się stamtąd było już nie sposób. Co kilka dni sprawdzano te kosze i zawsze w środku znalazło się trochę ryb. Taka wyprawa odbywała się łódką i to właśnie było dla Stefka dodatkową atrakcją. Po drodze często podbierało się także jajka dzikich kaczek, gnieżdżących się na zalanych terenach leśnych i mokradłach czy w przybrzeżnych szuwarach. Jesienią zbierano tatarak, z którego kłączy robiono odwary do płukania gardła oraz dodawano dzieciom do kąpieli, by chronić je przed krzywicą i skrofułami.

W tamtych czasach Bug wydawał się Tekli największą rzeką świata, ale i później, po wielu latach, mówiła o nim zawsze z szacunkiem. Ów szacunek, pomieszany częściowo z bojaźnią, wynikał z nieprzewidywalności tej rzeki, która miejscami tworzyła podstępne wiry wciągające nieuważnych pływaków, miejscami zaś miała szczególnie niebezpieczne i zdradliwe „podwójne dno”, na które można było trafić na piaszczystych łachach i płyciznach, gdzie woda sięgała zaledwie kolan – a więc w miejscach zupełnie na pozór bezpiecznych. Człowiek brodził w płytkiej wodzie, aż tu nagle pod ciężarem jego ciała zarywało się podłoże, a on sam wpadał w mulistą otchłań, z której bardzo trudno było się wydostać. Wielu takich topielców nigdy nie odnaleziono, ciała innych wypływały czasem wiele kilometrów dalej w dół rzeki. 

Babcia Tekla miała powody, by nienawidzić tej dzikiej rzeki, bo straciła w jej nurtach dwie najbliższe sobie wtedy osoby. Jedną z nich był jej narzeczony, którego wciągnął wir rzeczny, kiedy beztrosko zażywał kąpieli z kilkoma kolegami. Drugą była ukochana przyjaciółka Tekli – młodziutka mężatka Oluchna, której świeżo poślubiony małżonek zginął na początku wojny polsko-bolszewickiej. Nie mogąc sobie poradzić z tą stratą, dziewczyna wybrała śmierć w nurtach rzeki. Na spotkanie ze śmiercią włożyła swoją ślubną suknię, jakby chciała zabrać ze sobą na zawsze najpiękniejsze ze wspomnień. Jej ciało odnaleziono dopiero po kilku tygodniach, wplątane włosami w gęste przybrzeżne szuwary. Kiedy babcia Tekla przypominała te dwa tragiczne wydarzenia, nazwa „Bug” w jej głosie brzmiała groźnie i nieprzyjaźnie, ale głos jej zawsze łagodniał, gdy zaczynała opowiadać o wiosennych rozlewiskach Bugu, o mszarach, błotach i bagnach, po których snuły się mleczne opary mgły. Dla nieostrożnego wędrowca te bagna także mogły stać się śmiertelną pułapką, lecz okoliczna ludność znała je doskonale, podobnie jak wąskie groble, którymi bezpiecznie można było przejść pomiędzy rozlewiskami. Na mokradła wyprawiano się jednak nie na wycieczki, ale w ściśle określonym celu. Rosło na nich bowiem wiele roślin, które były wykorzystywane w kuchni i w lecznictwie. Zbierano borówki i żurawiny, które szczególnie upodobały sobie takie właśnie miejsca i rosły tam w nieprzebranej obfitości. Zbierano także rośliny o nazwie „bagno”, które wydzielały tak silny zapach, że można je było z łatwością odnaleźć, kierując się własnym nosem. „Bagno” było przede wszystkim skutecznym środkiem przeciw różnym insektom i owadzim szkodnikom, ale jego naparem płukano również usta przy wszelkiego rodzaju stanach zapalnych oraz bólu dziąseł czy zębów. Babcia Tekla, jak zresztą wiele okolicznych kobiet, znała się dobrze na ziołach i potrafiła je zbierać nie tylko z mokradeł, ale też z okolicznych lasów i łąk. Ta wiedza oddała rodzinie nieocenione usługi w czasie wojny i w trudnych latach powojennych.

Nad Polesiem i Wołyniem przetaczały się czarne chmury niesione przez I wojnę światową, jednak dom miał szczęście. Połowa domostw została zniszczona lub choćby pokiereszowana, a on przetrwał bez najmniejszego uszczerbku. W tym okresie odeszło na wieczność dwoje jego najstarszych domowników, nie miało to jednak nic wspólnego z wojną. Po prostu czas upomniał się o swoje prawa. W domu została zatem piątka mieszkańców – starzejący się ojciec Józef, niedomagająca matka Waleria i trójka rodzeństwa, z których najmłodszy – Stefan – dobiegał już osiemnastego roku życia. Hanka jeszcze przed wojną zdążyła się zaręczyć z niejakim Antonim, ale ślub został odłożony z konieczności, bo oblubieniec dostał do ręki karabin i chcąc nie chcąc, przemierzał żołnierskim krokiem obce strony, zgodnie z kolejnymi rozkazami sztabu. Padał, czołgał się, biegł i strzelał do wroga, który wszak jego osobistym wrogiem nie był. Szczęśliwie wyszedł cało z tych opresji i zdrowy powrócił. Tekla z kolei omal nie wyszła za mąż w początkach wojny, lecz przeszkodziło temu nieszczęście, o którym była już mowa – Bug zabrał jej narzeczonego. Nowego nie szukała, ale zaraz po wojnie pojawił się mój przyszły dziadek Jan. Był towarzyszem broni Antoniego, a poznali się, kiedy trafili do jednego oddziału. Do domu wracali też razem. Jan mieszkał bardziej na północ, bliżej Prypeci. Kiedy doszli do jego rodzinnej miejscowości, okazało się, że niewiele z niej pozostało. Większość mieszkańców, w tym rodzinę Jana, poddano przymusowej ewakuacji, zarządzonej przez władze rosyjskie w 1915 roku, i nikt nie wiedział, dokąd ich wywieziono. Jan wyruszył więc razem z Antonim w dalszą drogę. Dwa wesela – Hanki z Antonim i mojej babci Tekli z dziadkiem Janem – odbyły się jednego dnia, pod sam koniec 1918 roku. W roku następnym babcia Tekla urodziła pierworodną Zofię, a w ciągu następnych prawie 20 lat przyszło jeszcze na świat dalsze ośmioro rodzeństwa. Hanka natomiast rok po roku powiła trzy córki – Baśkę, Marysię i Frankę.

Wkrótce i Stefek przyprowadził do domu młodą żonę. Nim minęły trzy lata, na świecie pojawił się Staś i Fela, a żona Stefka znów była przy nadziei. Dom był obszerny, jednak ziemi przy nim było mało. W miarę jak przybywało dzieci, utrzymanie się z niej stawało się coraz trudniejsze. Do tego Antoni nie miał jakoś serca do pracy na roli. Tymczasem w podwarszawskim Wiśniewie bezdzietny i już owdowiały stryj Antoniego miał domek i nieduży warsztat rzemieślniczy, w którym potrzebna mu była pomoc. Hanka też nie przepadała za pracą w gospodarstwie, a w kuchni mogło być jej dobrze w każdej – byle była wystarczająco obszerna. Niewiele więc myśląc, spakowali swój niewielki dobytek i wraz z trójką kilkuletnich dzieci wyjechali do Wiśniewa. W dziesięć lat później została do nich wysłana najstarsza córka babci Tekli – siedemnastoletnia wtedy Zofia. Była zdolna, garnęła się do nauki i uznano, że najlepiej będzie, żeby skończyła szkołę i zrobiła karierę urzędniczą w Warszawie. Tuż po jej wyjeździe prababcia Waleria przeniosła się na ten lepszy ze światów, gdzie z pewnością nie dręczyły jej już żadne niedomagania. A jakoś na rok przed wybuchem wojny także Stefan z rodziną postanowili szukać szczęścia gdzie indziej i wyjechali do Chełma. Od tej pory cała męska praca w gospodarstwie spadła w gruncie rzeczy na dziadka Jana. Pradziadek Józef starał się pomagać w lżejszych zajęciach, ale siły miał już niewiele. Z dwóch synów babci Tekli tylko jeden, jako dwunasto- czy trzynastolatek, był w stanie trochę pomóc ojcu. Drugi – najmłodszy z rodzeństwa – dopiero co się urodził. 

Na domiar złego dziadek Jan pewnego razu tak nieszczęśliwie machnął siekierą, łupiąc drewno na opał, że wielka drzazga wybiła mu oko. Kiedy we wrześniu 1939 wybuchła wojna, ten nieszczęśliwy traf paradoksalnie uchronił rodzinę przed pozostawieniem jej na pastwę losu – z niedołężnym starcem, małoletnim wyrostkiem, dorastającymi dziewczynkami i babcią Teklą z rocznym dzieckiem przy piersi.

Dom przetrwał wraz ze swoimi mieszkańcami wejście Sowietów, a potem Niemców w 1941 roku. Mimo docierających do nich i budzących grozę opowieści o pacyfikacjach wsi to przez jednych, to znów przez drugich, mimo obaw przed wywiezieniem na roboty do Niemiec, rodzina przetrwała w swoim domu do czasu, kiedy to przerażeni okoliczni mieszkańcy zaczęli z ust do ust przekazywać wieści o pogromach Polaków na Wołyniu. Coraz to dochodziły informacje o zagładzie całych wiosek, o strasznej śmierci, jaką niosły ze sobą bandy UPA, nie oszczędzające nikogo – ani kobiet, ani starców, ani nawet maleńkich dzieci... Powoli ludzie zaczęli opuszczać swoje domostwa. W obawie o życie dzieci babcia Tekla i dziadek Jan spakowali na furmankę niezbędne rzeczy, ulokowali na niej pradziadka Józefa i potomstwo, po czym ruszyli w drogę do Chełma, by u Stefana przeczekać najgorszy czas. 

Nie wiedzieli, że ich podróż będzie bardzo długa, bo w mieszkaniu Stefana nie sposób będzie się im wszystkim pomieścić. Nie wiedzieli, że jedynym wyjściem stanie się trudna wędrówka do Warszawy. Na zakręcie drogi babcia Tekla odwróciła głowę, by raz jeszcze spojrzeć na dom. Stał niewzruszenie, zwrócony w jej stronę, i choć drzwi i okna zabite miał deskami, uspokajał ją jakby, że poczeka. Stojąca przy nim rozłożysta lipa jeszcze potęgowała to wrażenie pewności i spokoju. Jednak nie wiadomo czemu, babcia Tekla poczuła nagły i niezrozumiały niepokój. Przecież to tylko na jakiś czas. Wrócą. Przeczekają tylko najgorszy czas i wrócą.

Wojenna tułaczka

Wiem stosunkowo niewiele o losach mojej rodziny w latach wojny. Dorośli nie wracali wspomnieniami do tamtego czasu, a ja, jako małe dziecko, nie pytałam. Zaczęłam się dopytywać dopiero wtedy, kiedy temat II wojny światowej pojawił się w szkole i nauczyciele uświadomili nam, że co najmniej część naszych rodziców, a już na pewno dziadkowie, muszą tę wojnę dobrze pamiętać. Nagabywane ciotki czy mama odsyłały mnie z moimi pytaniami do babci. Ale o ile babci nie trzeba było nigdy zachęcać do wspomnień o swoim dalekim domu, o tyle na wszelkie pytania dotyczące czasów wojennych odpowiadała niechętnie i zdawkowo.

- A co tu opowiadać? – wzruszała ramionami – Bieda była, głód i strach. Nikt nie wiedział, czy dożyje końca dnia, i czy obudzi się następnego ranka.

- No, ale jak był głód, to co jedliście? – próbowałam dalej.

- A to, co się dało. Suchy chleb, kartofle, szpinak z dzikiej lebiody robiłam i z pokrzywy. Nawet sos z muchomorów gotowałam. Takich czerwonych, bo te inne, białe, to mocno trujące są. A tu... kilka razy się zagotowało i odlało wodę, i dało się jeść.

- Ale po wojnie to już lepiej było? – chciałam się za wszelką cenę upewnić.

- Ach, dziecko! I lepiej, i nie lepiej. Lepiej, bo już bomby nie spadały i nie strzelali, ale same ruiny dookoła były i bieda wcale nie mniejsza. A ludzie się szukali, bo rodziny się pogubiły w czasie wojny. I nie wszystkim udało się odnaleźć. Dużo ludzi z tej wojny już nigdy do domu nie wróciło.

- Ale wyście sie nie zgubili – ty i dziadek, i ciocie...

- My mieliśmy szczęście. Pod koniec wojny mieszkaliśmy wszyscy w jednym domu, to i się nie zgubiliśmy.

- Babuniu, a powiedz mi...

Babcia jednak była już wyraźnie zniecierpliwiona. – A idźże zająć się czymś innym – odpowiadała, trzepiąc ręką, jakby odganiała od siebie uprzykrzoną muchę. – To nie są opowieści dla dzieci. 

Kiedy dorosłam już do tych opowieści, to z kolei ja ich nie chciałam słuchać, jak zresztą większość nastolatków, a gdy znów się nimi zainteresowałam, zostało już na nie bardzo niewiele czasu, bo babcia wkrótce odeszła na zawsze. Tak więc wszystko, co wiem, to jedynie to, co udało mi się z trudem poskładać ze strzępków takich niedokończonych rozmów.

Podróż do Chełma wcale nie była łatwa, ale okazało się, że nie tylko moja rodzina tak podróżuje. Z Wołynia ciągnęła w tamtą stronę istna wędrówka ludów. Jedni jechali pociągiem, inni furmanką, jeszcze inni podróżowali nawet pieszo. Jednym, jak mojej rodzinie, udało się zabrać coś z dobytku, inni nie mieli nic i to oni właśnie opowiadali najczęściej historie mrożące krew w żyłach o mordowaniu Polaków na Wołyniu. Niektórym z nich udało się uciec w środku nocy, tak jak stali. Nie mieli nic, ale ocaleli, i samo to już było dla nich wielkim szczęściem. Ludzie rozmawiali ze sobą na popasach. Czasem udało się kogoś kawałek podwieźć, czasem ów ktoś podzielił się kawałkiem chleba.

Mojej