Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Prawda potrafi czekać w milczeniu przez pokolenia, aż znajdzie kogoś, kto będzie miał dość siły, by udźwignąć jej ciężar.
Liwia, konserwatorka zabytków, przybywa do Willi Lustrzanej, by przywrócić jej dawny blask. Nie spodziewa się jednak, że pod warstwami kurzu i w mroku wiekowych luster odnajdzie echa tragedii, o których świat wolał zapomnieć. Dramat żydowskiej rodziny, milczące dziedzictwo rodu Zamoyskich i zaginiony pamiętnik Lei, splatają się w opowieść o winie, która nie zna przedawnienia. Czy Liwia odważy się zostać głosem tych, którym odebrano prawo do prawdy? Co stało się z klanem Rosenfeldów? Jaką tajemnicę kryją wiekowe lustra?
Poznaj historię mrocznej przeszłości, która wciąż wybrzmiewa w murach Willi Lustrzanej.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 295
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Dla tych, którzy nie boją się zajrzeć w lustro historii –
nawet jeśli odbicie nie zawsze jest wygodne.
Dla młodych i dorosłych, którzy mają odwagę pytać, pamiętać i szukać światła tam,
gdzie przez lata panował cień.
Dla wszystkich, którym zależy na prawdzie.
Z myślą o Was powstała ta książka.
Borek Stary, zima 1941 roku
Śnieg tłumił dźwięki tak skutecznie, że świat zdawał się wisieć w cichej próżni. Wstrzymywała drżący oddech, przytrzymując się zmarzniętego pnia drzewa. Bose stopy miała zanurzone w śniegu, który teraz ranił je, jakby stała na krawędzi ostrza. Jej młodzieńcze serce biło w popłochu, niemal uderzając o żebra, a ona zdołała pomyśleć, że w ciemności wszystko jest większe – cień domu, cień strachu i cień poczucia niesprawiedliwości, który rósł w niej od tygodni.
Nie wiedziała, ile czasu upłynęło, odkąd usłyszała pierwsze ciężkie kroki. Nie krzyczeli, nie walili do drzwi. Po prostu przyszli. Zdecydowanie, bez pośpiechu, jakby doskonale zdawali sobie sprawę z tego, że nikt im się nie przeciwstawi. Zza krzaków widziała błyski latarek, których chłodne światło przeszywało śnieżną zasłonę. W pewnym momencie zatrzymało się na drzwiach willi. Obserwowała, jak ktoś unosi rękę. Jedno stuknięcie mosiężną kołatką, potem drugie i trzecie, a każde z nich wbijało się w nią coraz mocniej, coraz głębiej, coraz boleśniej.
Zasłoniła usta dłonią, by mieć pewność, że nie wydostanie się z nich choćby najcichszy szloch. Wiedziała już, że coś się kończy, że coś umiera, w dramatycznym krzyku, huku i geście stawianego oporu.
Zacisnęła powieki, bo pragnęła przestać czuć, ale nie potrafiła. Czuła wszystko po stokroć bardziej intensywnie – chłód, zdradę i ten rozdzierający lęk, że kiedy słońce wstanie, dom już nie będzie ich domem, a ona – nie będzie już tą samą dziewczyną.
Silnik cichutko pomrukiwał, kiedy wjeżdżała na krętą, leśną drogę prowadzącą w głąb Gminy Wilcze Pole, w której znajdował się Borek Stary. Ciemnozielona karoseria Forda Mustanga z tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego roku błyszczała w popołudniowym słońcu. Konary drzew splatały się nad dachem auta, tworząc liściasty tunel. Majowe powietrze przesycone było zapachem traw i mokrej ziemi po porannym deszczu, która rozbryzgiwała pod kołami. Liwia Radecka zdjęła nogę z gazu, zmniejszając prędkość, by na wirażach nie wpaść w poślizg. Uwielbiała swój samochód. Dostała go w prezencie na osiemnaste urodziny od rodziców. Ojciec uparł się wówczas, że nie będzie lepszego podarunku dla pełnoletniej dziewczyny, która uwielbia zabytki i chodzi własnymi ścieżkami. Od tamtego czasu minęło siedemnaście lat, a silnik nadal pracował bez większych zarzutów – spokojnie, ale z niewidoczną siłą pod maską.
Nerwowo spojrzała na zegarek, który od lat zdobił jej lewy nadgarstek. Dokładnie ten sam, który jako panienka nosiła na swojej ręce babcia Lusia. Był niczym małe dzieło sztuki: minimalistyczny, ale z elegancką duszą. Jego kremowa tarcza stanowiła tło dla smukłych wskazówek z prostymi indeksami godzinowymi, zaś koperta miała zaokrąglone kształty i była wykonana z pozłacanej stali nierdzewnej. Pasek z miękkiej cielęcej skóry dobrze dopasowywał się do szczupłego nadgarstka Liwii i dodawał całości klasycznego szyku. Na jego odwrocie skrywał się grawer: Tempus fugit, memoria manet1. Dokładnie tę samą sentencję wytatuowała sobie poniżej lewej kostki od wewnętrznej strony. Jako konserwatorka zabytków odczuwała ogromny szacunek do czasu, zarówno tego, który już przeminął, stając się historią, jak i do czasu, który wciąż pozostawał nieznanym jej jutrem i przyszłością. Lubiła snuć rozważania na temat jego upływu, tego, jak zmienia ludzi i ich życie, jak w sposób ciągły przeprowadza człowieka przez jego jestestwo.
Zmrużyła oczy i przeklęła pod nosem, odczytując godzinę. Jak nic dotrze na miejsce spóźniona. Czterogodzinna trasa z powodu nieoczekiwanego wypadku na autostradzie przeciągnęła się w pięciogodzinną walkę właśnie z czasem. Na Liwii ciążyła świadomość, że tak zauważalne spóźnienie z całą pewnością sprawi, że nie zaskarbi sobie sympatii nowego zleceniodawcy, a bardzo jej na tym zależało. Czekał ją ważny projekt do wykonania. Została wybrana spośród wielu konserwatorów zabytków jako ta, której powierzona zostanie misja odrestaurowania willi zbudowanej na przełomie dziewiętnastego i dwudziestego wieku. Była świadoma, że taka okazja w życiu zawodowym nie zdarza się często, a ambicje Liwii znacznie wykraczały poza standardowe oczekiwania. Pragnęła nie tylko przywrócić willi jej dawny blask, lecz przede wszystkim tchnąć w nią życie, które niegdyś tliło się w murach zabytkowego budynku.
Sygnał utraconego połączenia z GPS zmusił Liwię do spojrzenia na ekran telefonu. Brak sieci. Nerwowo uderzyła dłonią w kierownicę, rzucając przy tym soczyste przekleństwo. Mapa się zawiesiła i kobieta już wiedziała, że dzisiejsza wyprawa będzie pasmem nerwów i irytacji. Zdana na siebie, pokonywała kolejne kilometry trasy, gdy zmierzch zaczął powoli osiadać na horyzoncie wbrew cichym modlitwom, w których błagała los o wydłużenie dnia. Gdy w końcu dostrzegła kilka domów rozsypanych po zboczu i tablicę z nazwą wsi, do której zmierzała, dochodziła godzina dwudziesta. Wstrzymała oddech, w skupieniu wzrokiem szukając kogoś, kto pokierowałby ją do willi. Bezskutecznie. Poza owcami, krowami i kilkoma luzem biegającymi psami nie dostrzegła żywej duszy. Minęła niewielką remizę ochotniczej straży pożarnej i pokryty omszałą dachówką niski budynek wiejskiej biblioteki, nadaremnie wyglądając mieszkańców wsi. Zwolniła w pobliżu drewnianego kościoła z lekko przechyloną wieżą, licząc, że być może teraz dopisze jej szczęście. Gdy tak się nie stało, już chciała zatrzymać się i zapukać do drzwi najbliższego gospodarstwa, ale w ostatniej chwili tuż za zakrętem dostrzegła pełgający neon sklepu spożywczego Borek. Wrzuciła kierunkowskaz, zjechała na parking usypany ze szlaki hutniczej i pospiesznie wyskoczyła z auta. Zmierzając do budynku stojącego pod wysokimi lipami, czuła, jak obcasy jej białych szpilek zanurzają się w żużlowej powierzchni. Przekroczyła próg, natychmiast skupiła na sobie spojrzenia ekspedientki i dwóch mężczyzn, którzy siedząc przy plastikowym stoliku, bez najmniejszego skrępowania rozlewali alkohol do kieliszków.
– Coś podać? – Kobiecy, nieco ochrypły głos rozbrzmiał w pomieszczeniu, mieszając się z dźwiękiem uderzających o siebie kieliszków.
Liwia odruchowo językiem zwilżyła usta i sięgając po portmonetkę, poprosiła o małą butelkę wody.
– A pani to nietutejsza, co nie? – zagadnęła sklepowa, stawiając na ladzie wodę i bacznie lustrując Liwię wzrokiem.
– Zgadza się. Jestem przejazdem. – Położyła odliczone pieniądze na tackę. – Szukam posiadłości pana Berga. Niestety, telefon odmówił mi posłuszeństwa i zwyczajnie się zgubiłam. Może byliby państwo tak uprzejmi, by wskazać mi…
– Szuka pani Lustrzanej? – Starszy mężczyzna, który do tej pory siedział przy stole, nagle się poderwał, z głośnym szurnięciem odsuwając plastikowy fotel. Miał okazałe wąsy, które spadały mu poza linię szczęki, spraną koszulę w kratę i dziwny błysk w oku, który sprawiał, że biło od niego coś, co Liwia nie do końca potrafiła nazwać.
– Tak. – Uśmiechnęła się, nieco speszona postawą mężczyzny i tym, jak się jej przyglądał. – Mam w niej rozpocząć prace konserwatorskie, ale nie uda mi się dotrzeć na miejsce na czas. W zasadzie to już jestem spóźniona. – Odpowiedziała grzecznie, bezradnie rozkładając ręce.
Młodszy mężczyzna, który wciąż siedział przy stoliku, na dźwięk jej słów splunął w bok. Na jego twarzy dostrzegła pogardę.
– Będzie pani służyć diabłu i dla Niemca pracować? – syknął starszy z nich, groźnie marszcząc czoło.
Liwia potrzebowała chwili, by zrozumieć sens pytania. Nie spodziewała się takiej reakcji. Nie w dwudziestym pierwszym wieku, w sercu Europy.
– A to coś złego? – zapytała ostrożnie. – Czyżby pan Berg w jakiś sposób zalazł panom za skórę?
– To Niemiec – sarknęła sklepowa.
– I co w związku z tym? – dociekała Liwia, odruchowo zaciskając dłoń na butelce. Nagle poczuła się osaczona, jakby znalazła się w kręgu ludzi, którzy nie życzyli jej dobrze. W powietrzu wyczuwała dziwną energię. Przez chwilę czuła się, jakby została wrzucona w wir akcji thrillera i właśnie za chwilę miała nastąpić kulminacyjna scena. W uszach niemal słyszała jedną z tych groteskowych melodii, które zwykle towarzyszą momentom grozy.
– Niemiec kupił willę, a teraz Polki mu w niej służą – wypluł z siebie starszy mężczyzna. – Ot, wstydu nie macie. Tfu… – Splunął na podłogę, tuż obok stóp Liwii.
Radecka poczuła, jak rodzi się w niej coś silnego. Być może chęć mocnej riposty, a może niekulturalny epitet. Resztkami sił zdusiła pragnienie słownego odwetu, zamieniając je w pytanie:
– Powiedzą mi państwo, jak dotrzeć do Willi Lustrzanej, czy mam poszukać pomocy gdzie indziej?
Nie odpowiedzieli. Młodszy mężczyzna ponownie chwycił za butelkę, starszy zaś machnął jej ręką przed nosem, jakby odganiał natrętną muchę, po czym powrócił do stolika.
Liwia zagryzła wargi i już miała opuścić sklep, gdy niespodziewanie jego właścicielka wykonała wymowny ruch głową, wskazując kierunek, w którym powinna pojechać. Radecka uśmiechnęła się w podzięce i pospiesznie wróciła do samochodu, chcąc jak najszybciej dotrzeć do celu. Wyjechała na główną drogę, minęła kilka domów, z których każdy kolejny był niemal wierną kopią poprzedniego, i na najbliższym zakręcie odbiła w lewo. Zacisnęła dłonie na kierownicy, gdy wjechała w gęsty las. Majestatyczne drzewa wyglądały niczym niemi rycerze, broniący tajemnic wsi skrytej na południu Polski. Omszałe dęby, powykrzywiane buki pochylały się nad krętą drogą, a ich liście szeptały między sobą historie, które tkwiły głęboko skryte w ich korzeniach. W bocznym lusterku samochodu mignęło spłoszone stado jeleni, znikając między okazałymi pniami drzew równie szybko, jak się pojawiło. Liwia w niezrozumiały sposób poczuła, że las nie był jej przyjazny, zupełnie jakby nie chciał jej do siebie wpuścić lub jakby starał się bronić dostępu do czegoś ważnego. Może do historii, której był świadkiem? A może do tajemnic, które nigdy nie powinny ujrzeć światła dnia? W każdym razie czuła się w nim nieswojo. W odruchu nawet zablokowała zamek w drzwiach, dając sobie złudne poczucie bezpieczeństwa.
Gdy w końcu mrok lasu się przerzedził, wjechała na otwartą polanę, otoczoną przez rosłe brzozy, których białe pnie błyszczały niczym pionowe blizny wśród zieleni. Na jej końcu wznosiła się żelazna, zapewne kuta ręką mistrza, brama z motywem dwóch lwów spiętych ze sobą elementem dekoracyjnym w stylu art déco, którego szczegółów nie była w stanie dostrzec. Nie znała jego historii. Zanotowała w pamięci, by poszukać informacji na ten temat. Z całą pewnością pozwoliłoby jej to głębiej zanurzyć się w przeszłości tego miejsca. Być może nawet doszukać się elementów, które ułatwią jej prace konserwatorskie. Za bramą ciągnęła się długa aleja. Trawa po jej bokach zarosła, a żeliwne lampy, uszkodzone i obdrapane, bardziej odstraszały, aniżeli nadawały eleganckiego klimatu. Na końcu stała ona. Willa Lustrzana. Ogromna, zniszczona i tak bardzo unikatowa. Z zewnątrz przypominała zapomniany teatr. Jej fasada, niegdyś wyjątkowo okazała, była wyraźnie nadgryziona zębem czasu. Z odpadającym tynkiem, obłupionymi sztukateriami i martwymi oknami, które odbijały świat jakby w krzywym zwierciadle. Nad głównym wejściem wciąż wisiał balkon z imponującą balustradą, z którego rozciągał się widok na prowadzącą do willi aleję. Po lewej stronie Liwia dostrzegła nieczynną fontannę z kamienną postacią młodej kobiety. Jej suknia wyglądała podobnie, jakby falowała na wietrze, tak jak niesforne pasemka włosów, które wydostały się z upięcia. Dzban, który trzymała, był pęknięty, a woda już dawno przestała z niego spływać. Stał się schronieniem dla samicy kopciuszka, która uwiła w nim gniazdo.
Radecka wysiadła z samochodu i obróciła się wokół własnej osi. Powietrze miało smak majowego chłodu i lekki zapach dymu, jakby ktoś kiedyś rozpalił w tym miejscu ognisko, a jego ślad wciąż unosił się w powietrzu. Chociaż zarówno willa, jak i przylegające do niej połacie zieleni wymagały ogromu pracy, oczami wyobraźni była w stanie dostrzec czasy jej świetności. Dawniej piękne rabaty, które teraz bardziej straszyły niż zachwycały, tryskająca wodą fontanna i cisza, przerywana śpiewem ptaków i szumem ciemnozielonych liści.
Podeszła do bagażnika, wyjęła z niego niewielką walizkę z najpotrzebniejszymi rzeczami i kuferek z kosmetykami, zostawiając resztę bagażu. Wróci po niego jutro. Ruszyła w stronę wejścia, wzrokiem wciąż wodząc po budynku. Ostrożnie wspięła się po okazałych schodach i stanęła przed ciężkimi, drewnianymi drzwiami, z rzeźbionym motywem dębowych liści i winorośli. Nim ujęła w dłoń kołatkę, dokładnie się jej przyjrzała. Była w kształcie sowy, a jej oczy pokrywała patyna. Liwia uniosła ją i czując w dłoni chłód mosiądzu, dwukrotnie zastukała w drzwi. Chwile oczekiwania zasiały w niej niepewność. Jak zostanie odebrana? Czy wytłumaczenie spóźnienia znajdzie akceptację? Jaki w ogóle okaże się Matthias Berg?
A gdy tak stała, bijąc się z myślami i nieco nerwowo zaciskając dłoń na rączce walizki, potężne drzwi otworzyły się, ukazując jej oczom postać wysokiego i atletycznie zbudowanego mężczyzny. Radecka natychmiast pomyślała, że jej zleceniodawca jest człowiekiem, którego trudno zaszufladkować. Już na pierwszy rzut oka dostrzegła, że nosił się z naturalną elegancją kogoś, kto nie musi się starać, by zrobić wrażenie. Ubrany w błękitną koszulę z rozpiętymi dwoma guzikami i szare spodnie w schludnym stylu, prezentował się nader atrakcyjnie. Jasne blond włosy, lekko falujące, sięgały linii jego szczęki, nadając mu nieco niedbały wygląd, a wyjątkowo niebieskie oczy skrywały w sobie chłodne letnie niebo. Liwia miała wrażenie, że posiadały zdolność przeniknięcia na wskroś duszy człowieka. Tuż przy lewym łuku brwiowym dostrzegła bliznę ciągnącą się ukośnie aż do skroni, która w żaden sposób go nie szpeciła, a co najwyżej nadawała mu charakteru.
– Panna Radecka, jak mniemam? – zapytał w swoim ojczystym języku, nieco zniekształcając jej nazwisko. Głos miał niski, lekko ochrypły, taki, który sprawiał, że chciało się go słuchać dłużej.
Wyciągnęła dłoń w geście powitania i rozciągając usta w uśmiechu, odpowiedziała w języku niemieckim z nienagannym akcentem:
– Dzień dobry, panie Berg. Zgadza się. Liwia Radecka. – Zacisnęła palce wokół dłoni Matthiasa. – Przepraszam za spóźnienie. Zatrzymał mnie wypadek na autostradzie – usprawiedliwiła się, jednocześnie pozwalając Matthiasowi zaopiekować się swoją walizką i kuferkiem. – Kto by pomyślał, że Borek Stary można tak skutecznie ukryć. Straciłam połączenie z GPS i troszkę pobłądziłam. – Wsunęła pasmo jasnych włosów za ucho i nieco nerwowo wykrzywiła palce.
– Czasem to ukrycie działa na korzyść, panno Radecka – powiedział Berg, barkiem zamykając drzwi.
Liwia poczuła jego zapach. Subtelny, raczej drzewny, z lekką nutką przypraw – coś między zapachem lasu a rozgrzewającą herbatą. Nie był narzucający się, ale przyjemnie pieścił nozdrza.
– Jestem w stanie w to uwierzyć. – Uśmiechnęła się. – Piękna willa. Gdy tylko przekroczyłam próg posiadłości, zaparło mi dech.
– Dziękuję – odpowiedział, ale się nie uśmiechnął, co odrobinę onieśmieliło Liwię. – Jak minęła pani podróż, poza przygodami na autostradzie? – Dłonią wskazał kierunek, w którym powinni podążyć.
Liwia ruszyła w stronę schodów, a dźwięk jej stukających obcasów wypełnił wnętrze.
– Przyznam, że nie należała do najłatwiejszych. Deszcz, wypadek i ciągnące się kilometrami korki nie ułatwiały zadania. Ale ostatecznie dotarłam do celu.
– Ogromnie się z tego cieszę.
– To bardzo miłe – powiedziała, jednocześnie rozglądając się po holu.
Mozaikowy parkiet miejscami był wybrzuszony i skrzypiał pod ich stopami, tworząc własną melodię. W jego centralnej części Liwii udało się dostrzec kontury wzoru, być może rozety albo herbu, który miała okazję podziwiać na bramie wjazdowej. Ścianę zdobiło wielkoformatowe lustro w ciężkiej hebanowej ramie. Było zmatowiałe, pozbawione znacznego fragmentu szkła, ale jego tafla bez wątpienia przechowywała w sobie wspomnienia minionych lat. Pod jedną ze ścian stał duży kominek z rzeźbionym gzymsem, niemal niewidoczny pod warstwą brudu. Tuż obok niego leżała pogięta i zardzewiała krata ochronna, a stara metalowa węglarka wciąż miała w sobie popiół.
Jednak to schody wywarły na Liwii największe wrażenie. Monumentalne, dwuramienne, z balustradami rzeźbionymi w liście winogron i akantu, prowadziły na piętro, rozchodząc się w lewo i w prawo, jak te, które zwykła widywać w pałacach, muzeach czy teatrach. Radecka na moment zatrzymała się przed nimi. Ich układ przypomniał jej słynną scenę z filmu Przeminęło z wiatrem, gdy zapłakana Scarlett O’Hara osuwa się na stopniach po odejściu Rhetta Butlera. W jej głowie natychmiast wybrzmiały słowa, które Scarlett wypowiedziała z rozpaczą i charakterystyczną dla niej determinacją: „Pomyślę o tym wszystkim jutro. W końcu jutro też jest dzień”. I chociaż Liwia nie miała jeszcze pojęcia, jak wiele będzie musiała przemyśleć w najbliższym czasie, już wtedy poczuła, że Willa Lustrzana skrywa w sobie tajemnicę, którą to ona będzie miała przyjemność odkryć.
– Wszystko w porządku? – Matthias spojrzał na Liwię z konsternacją. – Coś panią niepokoi? – dociekał. – Zapewniam, że schody są solidne. Skoro nie zniszczył ich czas, najpewniej wytrzymają i nasz ciężar.
– Och, nie wątpię. – Postawiła nogę na stopniu i dłonią dotknęła rzeźbionej balustrady. – Zwyczajnie mnie zauroczyły. Są majestatyczne. Piękne… Naprawdę robią wrażenie.
– W takim razie wejdźmy na górę, zaprowadzę panią do sypialni, a później zjemy kolację.
– Czy popełnię wielkie faux pas, jeśli podziękuję za posiłek? Zazwyczaj nie jem już o tej porze.
– Absolutnie – zapewnił Berg, przy czym posłał Liwii tak poważne spojrzenie, że natychmiast wyprostowała plecy. – Jeśli nie jest pani głodna, spotkamy się jutro przy śniadaniu, a potem oprowadzę panią po posiadłości.
– To brzmi jak dobry plan – podsumowała.
Matthias skinął głową. Gdy weszli na piętro, otulił ich przyjemny półmrok. Światło było przyciemnione, a wnętrze sprawiało wrażenie nieco groteskowego. Zewsząd dochodziły odgłosy skrzypiącej podłogi, wiatru uderzającego gałęziami o szyby i kropli wody skapujących gdzieś w starym systemie rynnowym. Gospodarz prowadził Liwię przez korytarz, gdzie wyblakłe tapety zwijały się na ścianach, parkiet był poniszczony, a liczne dekoracje pokrywały kurz i pajęczyny – ślady wieloletniego zapomnienia. Konserwatorka rozglądała się z nieskrywaną fascynacją, ale również z poczuciem niepokoju. Uwielbiała takie wnętrza. Wiedziała z planu konserwatorskiego, czego może się spodziewać, ale chyba jednak nie zdawała sobie sprawy ze skali zniszczeń i zaniedbań. I to właśnie w tym momencie, w którym Matthias zatrzymał się przy drzwiach pokoju, Liwia zrozumiała, że powierzone jej zadanie nie będzie dla niej tylko pracą, lecz przede wszystkim próbą odkrycia historii, która nigdy nie doczekała się zakończenia. Odkryje historię Lustrzanej i jej mieszkańców. Zawsze była zdania, że chcąc przywrócić duszę zabytkom, trzeba najpierw poznać ich przeszłość.
Stanęli przed drzwiami pokoju, który miał stać się jej tymczasowym domem. W przeciwieństwie do pozostałych mijanych po drodze, wyglądały na zadbane. Co prawda wciąż wymagały konserwacji, ale już zostały oczyszczone z kurzu i posiadały nową klamkę pasującą stylem do wnętrza. Ciężką, mosiężną, przypominającą węża, którego ciało tworzyło uchwyt, a głowa stanowiła ozdobne zwieńczenie.
Matthias pchnął delikatnie drzwi, zapraszając Liwię do środka.
Spodziewała się chłodnych murów, pozbawionych dekoracji i przesiąkniętych zapachem stęchlizny, ale wnętrze pokoju zaskoczyło ją bardzo pozytywnie. Było ciepłe, żywe, gustowne i zgodne z architekturą, jaka panowała na przełomie dziewiętnastego i dwudziestego wieku. Pokój był przestronny i wysoki, z ozdobnymi listwami przy suficie, a jego ściany zostały pokryte ciepłą barwą przygaszonego beżu. W centrum znajdowało się ogromne, rzeźbione łóżko. Jego masywna konstrukcja stanowiła tło dla delikatnej tkaniny baldachimu, która falowała delikatnie na wietrze wpadającym przez okno.
– Pozwolę sobie pozostawić pani bagaże w tym miejscu – powiedział Berg, stawiając je tuż obok szafy wykonanej z orzecha. – Gdybym mógł w czymś pomóc, proszę dzwonić na służbową komórkę. Jeśli natomiast zmieni pani zdanie i zapragnie herbaty lub poczęstunku, w notesie w pierwszej szufladzie komody widnieje numer do kucharki. Proszę śmiało ją niepokoić, jeśli zajdzie taka potrzeba.
– Dobrze. Dziękuję, panie Berg.
– W takim razie zostawię panią samą i widzimy się jutro na śniadaniu.
Matthias skinął głową, odwrócił się i opuścił pokój, po czym cichutko zamknął za sobą drzwi.
Liwia przysiadła na materacu i delikatnie na nim podskoczyła. Był gruby, sprężysty i sprawiał wrażenie wygodnego, co dawało nadzieję na wytchnienie, którego potrzebowała po męczącej podróży.
Podeszła do okna, zamknęła je, odczuwając chłód późnowiosennego wieczoru. Próbowała dostrzec krajobraz, jaki się z niego rozciągał, ale za oknem rozlewał się już atramentowy mrok. Następnie uchyliła drzwi do łazienki i niemal zapiszczała z ekscytacji. Panowała w niej subtelna elegancja lat trzydziestych ubiegłego wieku. W centrum przyciągała uwagę wolnostojąca wanna na mosiężnych lwich łapach. Nad nią zwisał ciężki żyrandol, którego światło odbijało się w kryształowych ozdobach. Tuż obok wanny znajdował się mały stolik, na którym stała elegancka karafka z różanym winem i kieliszek. W ich sąsiedztwie czekały na Liwię puszyste ręczniki, szlafrok, płatki świeżych róż i różany olejek do kąpieli, a także ręcznie wypisany bilecik o treści: „Witamy w Willi Lustrzanej. Niech to miejsce przyniesie ci spokój i wytchnienie”. Na bileciku nie widniał podpis, ale Liwia nie podejrzewała o jego treść Matthiasa Berga, wszak słowa powitania były napisane w jej ojczystym języku, a płynność kaligrafii raczej nie byłaby cechą kogoś, kto posiłkował się tłumaczem Google.
Nagle poczuła się jak gość luksusowego hotelu. Odkręciła porcelanowe kurki i uśmiechnęła się, gdy popłynęła z nich ciepła i zimna woda. Korkiem zabezpieczyła dno wanny, następnie wlała do wody różany olejek i wsypała świeże płatki róż. Wróciła do sypialni, przekręciła zamek w drzwiach i z telefonem w dłoni oraz kuferkiem ponownie przekroczyła próg łazienki, którą teraz wypełniła ciepła para i przyjemny aromat. Zrzuciła z siebie ubranie, spięła włosy na czubku głowy, tak by ich nie zamoczyć, i z nieskrywaną przyjemnością weszła do wanny. Ciepła woda natychmiast rozluźniła jej ciało, trudy podróży i stres przed spotkaniem z Bergiem odchodziły powoli w zapomnienie. Sięgnęła po karafkę, wypełniła winem kieliszek, upiła z niego łyk i przymknęła oczy, wygodnie opierając głowę. Otaczająca cisza działała na Liwię odprężająco. Jej myśli goniły gdzieś wokół prac, które czekały ją w willi, oraz ludzi, którzy niegdyś ją zamieszkiwali.
Gdy tak dryfowała w swiuch wyobrażeniach, poczuła, że coś się zmieniło. Miała wrażenie, że powietrze, którym oddychała, stało się gęstsze. W jej głowie pojawiła się myśl, że nie jest sama. Nic nie słyszała, nic niepokojącego nie widziała, a mimo to wydawało jej się, że tuż przy uchu czuje czyjś oddech, westchnienie, może nawet szept. Raptownie spojrzała za siebie, chcąc uspokoić własne obawy. Była sama, jednak wciąż czuła, że coś się zmieniło. Opadła plecami na wannę, ponownie sięgnęła po kieliszek z winem i tym razem upiła kilka łyków.
Takie sytuacje już jej się zdarzały. Zawsze była wrażliwa na zjawiska ezoteryczne i to właśnie z tego powodu wybrała zawód konserwatora zabytków. Wierzyła w to, że posiada wyjątkowy dar: słyszy szepty dusz przeszłości, a jej miłość do historii sprawiała, że przywracała budynkom nie tylko ich formę, ale też pamięć o tych, którzy kiedyś je zamieszkiwali. Willa Lustrzana czekała właśnie na nią. Liwia nie znalazła się w tym miejscu przypadkiem. Tego była pewna.
1 Łac. „Czas ucieka, pamięć pozostaje”.
Redakcja
Agnieszka Czapczyk
Korekta
Dorota Honek-Sac
Skład i łamanie wersji do druku
Agnieszka Kielak
Projekt graficzny okładki
Joanna & Grzegorz Japoł – LUNA Design Studio
© Copyright by Skarpa Warszawska, Warszawa 2026
© Copyright by Monika Cieluch, Warszawa 2026
Wydanie pierwsze
ISBN: 9788384304143
Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.
WYDAWCA
Agencja Wydawniczo-Reklamowa
Skarpa Warszawska Sp. z o.o.
ul. K.K. Baczyńskiego 1 lok. 2
00-036 Warszawa
tel. 22 416 15 81
www.skarpawarszawska.pl
@skarpawarszawska
Przygotowanie wersji elektronicznej
Okładka
Strona tytułowa
Prolog
Rozdział pierwszy
Przypisy
Strona redakcyjna
Spis treści
