Ciemne moce - Jacek Krakowski - ebook + audiobook

Ciemne moce ebook

Jacek Krakowski

0,0
19,99 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Domorosły filozof, Stara gospodyni, Zapomniany kompozytor, Pani magister, Alchemik Hermes, Skryba Styx, a nawet Uzmysłowienie nieistnienia - to tylko kilka postaci poruszonych do działania przez autora tej awangardowej powieści na pograniczu eseju filozoficznego. Każdy z bohaterów zostaje nagle wyrwany ze swojej jałowej codzienności i popchnięty w stronę mrocznego podszycia rzeczywistości.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 572

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Jacek Krakowski

Ciemne moce

Saga

Ciemne moce

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

Copyright © 2021 Jacek Krakowski i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788728075401

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

www.sagaegmont.com

Saga jest częścią Grupy Egmont. Egmont to największa duńska grupa medialna, należąca do Fundacji Egmont, która każdego roku wspiera dzieci z trudnych środowisk kwotą prawie 13,4 miliona euro.

                                         Kiedy nie widzę słów, kłębiących się wokół mnie jak  

                                                   obłoki dymu, pogrążam się w mroku – jestem niczym.

Virginia Woolf  Fale

I KIEDY NIE WIDZĘ SŁÓW

Domorosły filozof stoi przy oknie, popijając wystygłą herbatę. Kropla wolno spływa po szkle. Za oknem wystawia się widok. Domorosły patrzy, widzi: coś tam jest, a on – ten sam w tym samym. Sprawdza słowo po słowie, nazwę po nazwie, dopatruje się ukrytych znaczeń. Może gdzieś coś naprawdę się dzieje?… Zaraz do tego dojdzie. Powoli zastanawia się nad ostentacyjnie widzialnym fenomenem, oblepiającym go szczelną powłoką. Chciałby zedrzeć z oczu widok nisko wiszących chmur. Filozof mniema, że są wynikiem jego namysłu nad codziennym wpatrywaniem się w widok za oknem. Sens zwidu budzi w nim poważne zastrzeżenia. Nasuwają się same, kiedy po dojściu do przytomności wstaje z łóżka, patrzy w okno: tam coś jest. Sam nie wie, skąd się tu wziął. Tego nie da się ukryć. Z trudem wmawia sobie siebie, tutaj ten sam, kim mógłby być tam, gdyby nie sen i codzienne wypatrywanie widoku za oknem. Ponadto nie ma pojęcia, kim będzie. Niepokój kołatającego serca, nakazuje mu po chwili wziąć tabletkę na uspokojenie czego? Kłębiącej się w nim psyché czy podrygów biologicznego upostaciowania?… Kiedyś został w nie podstępnie wpasowany, pozostawiony sam na sam ze sobą samym. Tabletka na kolejne wątpliwości. Filozof skłania się do spekulacji nad tym, co zdarzyło się po przebudzeniu: jednostronność widoku, trójpodział czasu na nieuchronny, nadchodzący, niepokojący… Domorosłe refleksje starają się rozkręcić ziejący nudą chaos. Wyświechtane frazesy, utarte zwroty, oklepane bełkoty klekoczą na podorędziu. Myśli mrowią, rozłażą się, wietrzeją, więdną, a wczorajsza jasność znów oblepia oczy przyzwyczajeniem, popycha do patrzenia przez okno, gdzie czai się widok nisko wiszących chmur. Filozof chce opuścić mieszkanie, lecz nasiona wątpliwości już wypuszczają w jego głowie wijące się nitki korzonków. Omotują istotę szarą, zewnętrzną warstwę mózgowia, subtelną plecionką białego unerwienia. Nieuchronnie nadchodzi… Ciałem myśliciela wstrząsają dreszcze. Nadchodzi niepokojące… Zakłada szlafrok na piżamę, zastyga, czekając na grę słów. Niepokojące niewiadome!… Poranny słowotok każe mu  dociekać, skąd przychodzi przekonanie, iż on, stojąc nieruchomo przy oknie, może brać udział w porządku świata. Gra słów wciąga. Opiera dłonie o parapet, jakby chciał przemówić, potrąca szklankę z herbatą, tłucze szkło, leje się napar. Domorosły zaciska zęby, potrząsa ręką, a z przeciętego palca gęsto tryskają krople krwi wprost na poszarzałą firankę. Okręca krwawiący palec chusteczką, chwyta klucz, zamyka drzwi, zbiega po schodach. Ból doskwiera, słowotok nie odpuszcza. Skład apteczny „Datura” zielonkawo połyskuje szybami po drugiej stronie ulicy. Bez namysłu (to jedno, co udaje mu się ustalić) filozof przebiega jezdnię, po czym wpada do ciemnawego wnętrza.

Stara gospodyni włącza radio, smażąc jajka na maśle. Wie, że wieloletnie doświadczenie nie pozwoli jej snuć odrębnych wątków związanych z przyczyną takiego stanu rzeczy. Musi trzymać się swoich zasad. Przywiązała się do grania  śniadania po niczym nie różniących się przebudzeniach: oczy same otwierają się na świat, ręce same wyciągają się po nóż. Odkrawa kawał masła, przyrządza jajka sadzone, stojąc przy kuchni w koszuli nocnej, która pamięta dawne czasy. Przyzwyczajenie wiąże starą z przystawaniem do powtarzalnych przedmiotów codziennego użytku. Obejmuje i dopasowuje do niej rzeczy niczym dodatkowe członki korpulentnego ciała. Gospodyni trzyma rączkę aluminiowej patelni bez rozważania sensu realności, a surrealistyczny widok jajek ścinających się na maśle, umyka doświadczanemu przyzwyczajeniu. Wpatruje się odruchowo w brudną ścianę, bowiem zapach akroleiny nie sprawia kobiecie przykrości… Pogrążając się w rozpatrywaniu minionych śniadań, z mechaniczną precyzją podważa ścinające się białko, ćwiczy cicho oklepane zwroty, spływające do spragnionych jajecznicy ust. Przełyka ślinę, rozmawia z byłymi mężami, argumentuje, jak zwykle jest górą, mimo że trzy rozwody położyły się cieniem (tak właśnie zdołała to ująć) na rozwoju jej kariery towarzyskiej. Dłonią w izolacyjnej rękawicy silniej ściska rączkę patelni. Doświadczenie podpowiada jej, że jajka są już gotowe, lecz wzdryga się ze złości na pamięć wysnutych ze snu poranków. Nawyk parcelowania dnia na wspominki powinien dawno wejść starej w krew, jednak przelane słowa ciekną po brodzie sznureczkiem śliny. Jajka skwierczą, zalatując spalenizną. Tak było, tak jest, tak będzie – takie od lat odnosi wrażenie. Właściwie dlaczego?… Dlaczego rozdrażniona uderza metalową łopatką raz za razem w patelnię, a suchy dźwięk jeszcze bardziej ją rozsierdza?… Znowu wchodzi w poranne swary z trzema dawno zmarłymi mężami. Zawsze tak samo o to samo. Radio gra szlagiery do tańca. Bezwiednie unosi dłoń, chcąc otrzeć z ust ślinę słów, gdy patelnia o nierównym dnie wywraca się, a spalone masło pryska na jej rękę. Stara gospodyni krzyczy z bólu! W ostatniej chwili zakręca gaz, chwyta płaszcz, bezwiednie zatrzaskuje drzwi mieszkania, mocno opierając się o poręcz, schodzi na parter. Ty i miłość, i wiosna… Na zmianę to podśpiewuje, to przeklina swoje potrójne wdowieństwo, z trudem przebierając nogami. Znana na cały Lokalny Bąbel apteka „Datura” zielonkawo połyskuje szybami po drugiej stronie ulicy. Stara gospodyni rozgląda się, czy nic nie jedzie, po czym, mrucząc dawny przebój, przechodzi przez brukowaną jezdnię. Jak zwykle o tej porze naciska łokciem ozdobną klamkę oszklonych drzwi, od wejścia wzywając na pomoc wyłaniającą się z półmroku znajomą panią magister.

Zapomniany kompozytor popularnych niegdyś refrenów zwykle budzi się koło jedenastej, tym razem kwadrans po ósmej nagle otwiera oczy. Leży nieruchomo, po chwili jest już pewien: stało się coś złego, chociaż od dawna uważa zło za naturalny stan rzeczy. Przejawia się na okrągło, posługując się tak zwanym dobrem w celu odwrócenia uwagi od niewątpliwie koszmarnego stanu rzeczy. Ten demoniczny dualizm przyprawia zapomnianego o rozstrój nerwowy, uniemożliwiając mu tworzenie. Od lat nie zajmuje się kompozycją. Na swój sposób oddaje się poszukiwaniu „trzeciej drogi”, mającej doprowadzić go do całkowitego rozstrojenia dwubiegunowego, schizofrenicznego porządku świata. Ktoś za ścianą głośno katuje jego starą piosenkę: wydziera się, fałszuje, nie pamięta słów, a jednak motywy można rozpoznać. Zapomniany zrywa się, tłucze pięścią w ścianę. Śpiew cichnie, by po chwili wybuchnąć ze zdwojoną siłą. Kompozytor znowu bije dłonią w zakurzony mur. Zło dochodzi do głosu: wydobywa wrzaski przekleństwa ze spokojnego zazwyczaj zapomnianego, dewastując stan jego umysłu świdrującym bólem głowy, pośród którego, niczym obierka w brudnej wodzie wypływającej ze zlewu, kołuje dawna melodia. Zapomniany pada na łóżko. Muzyka rozrywa mu głowę wybuchającymi racami. To nie do wymówienia, raczej do wygrania – jasne przesłanie, klarowna wymowa splotu słonecznych nut. Zrywa się, a „trzecia droga” wyłania się spod owalnego stołu, wije się między nogami krzeseł, ciasno oplata kompozytora wężowym ciałem aż po brak tchu, wpychając mu do ust przydługie słowo: uprzedmiotowienie. Zapomniany potyka się o dziurawy chodnik, leci, rozkłada ramiona, pada jak długi, uderza twarzą o podłogę, a wtedy zza ściany rozlega się śmiech oraz refren w setkach przeróbek grany na wszystkich potańcówkach. Muzyk oblizuje krew cieknącą mu z nosa. Za ścianą nadal płynie wesoło jego zapomniana piosenka. Kompozytor chwyta papier poznaczony pięcioliniami, próbuje zetrzeć krew z twarzy, rozmazując ją po policzkach. Zarzuca coś na siebie, kierując się ku obdrapanym drzwiom. Trwa pospolity kołowrót, kierat codziennych nazw, nieustające zawodzenie, stara śpiewka: zło dobrem… Trzymając dłoń na krwawiącym nosie, osuwa się po schodach. Staroświecki skład apteczny „Datura” zielonkawo połyskuje szybami po drugiej stronie ulicy. Zapomniany przystaje w bramie, uderza czołem o ścianę, rzyga, ociera wargi dłonią, krew kapie. A jeśli to jest słynna ostatnia chwila, kiedy można jeszcze zawrócić? Odwrót od wyjścia… Brak mu sił. W końcu kompozytor łapie oddech, odrywając się od zimnej ściany. Wtedy melodia milknie albo jej już nie słyszy. Chwiejnym krokiem przechodzi przez jezdnię i potykając się, zmierza wprost ku oszklonemu wejściu.

Pani magister jest uczulona na ludzi. Na samą myśl o codziennej klienteli czuje świąd, podstępnie wkradający się jej w odbyt. Także w okolicach sromu pojawia się wysypka, domagająca się podrapania nawet wtedy, gdy jeszcze nie ma nikogo, a ręce otwierają z trzech zamków drzwi do jej apteki. Odwieczny obowiązek! Wyobraźnia podsuwa obraz karnie stojącej kolejki ssaków z rzędu naczelnych o silnie rozwiniętym mózgowiu, układzie nerwowym oraz (jak wyczytała w słowniku) o jednej przynajmniej parze kończyn chwytnych. Ten rząd zwierząt obejmujący małpiatki, małpy i człowieka, doprowadza ją zwykle do z trudem hamowanych spazmów. Mimo to farmaceutka, usiłuje wytrzymać napór stałych, biorących się nie wiadomo skąd, bywalców. Nawiedzają skład apteczny, by domagać się leków na urojone, jak przypuszcza, dolegliwości. Pani magister uważa w głębi duszy, że mogą być halucynacjami spowodowanymi nadmiernym, codziennym wdychaniem oparów toksycznych ingrediencji. Wyrabiane w rodzinnej aptece tradycyjnymi metodami ucierania, warzenia i destylacji środki uśmierzające ból, wydzielają podczas produkcji szkodliwe wapory, które zapewne przyczyniły się do przedwczesnej śmierci jej dwóch braci, farmakognostów, zagorzałych zwolenników leczniczych surowców pochodzenia roślinnego, mineralnego oraz zwierzęcego. Gdzie te czasy!… Została sama z dużym zapasem gotowych specyfików, a ich postępujący rozkład sprowadza na nią pod wieczór stany szczególnego odurzenia, zmuszając farmaceutkę do pośpiesznego zamykania składu o mocno podejrzanej reputacji. Jednak na przekór nękającym ją dolegliwościom związanym z (jak je nazywa na własny użytek) postaciami przywidzeń, uważa, że coś jednak istnieje naprawdę, kryjąc się za zielonkawo połyskującymi szybami drzwi i okien. Niedorzeczność przyzwyczajeń… Niehumanitarnie oszołomiona całodziennym przebywaniem w aptece nie jest w stanie zweryfikować swojej teorii, bo ilekroć opuszcza aptekę, wychodząc tylnymi drzwiami, odnosi wrażenie, że ktoś stawia jej do oczu dwunożne twory, przewidywalne, niczym alegoryczne, człekokształtne persony wpadające do apteki. Domorosły filozof z przeciętym palcem, stara gospodyni z poparzoną dłonią czy kompozytor z zakrwawionym nosem zapewne stanowią wyzwania fantasmagorycznej hipochondrii. Magister od lat wysyła klientów na poszukiwanie „przejawów czegoś innego”: niezależnych świadków, którzy potwierdziliby stan niedorzeczności albo mu zaprzeczyli. Z uwagi na silne stany alergiczne wywierane przez figury postronne, farmaceutka woli pozostawać sama w aptece, gdzie każda szlifowana zatyczka i każdy zażółcony kroplomierz przywodzą jej na myśl rozdymającą się pustkę snów, rzewnie wspominany błogostan, kiedy jeszcze nie była człowiekiem.

Bezdomny bezrobotny wydziera się na całe gardło; gdy nie słyszy odzewu zza ściany, milknie, zwilżając gardło tanim piwskiem. Nie chce mu się mówić, nie potrzebuje słów. Posługuje się wytartymi zbitkami głosek. Nawet nie domyśla się ich wymowy, wystarczy, że przynoszą jakiś skutek te bełkotliwe, nerwowo wyrzucane z siebie dźwięki. Nie mówiąc nic, wskazują na coś, będąc naprawdę znakami umowy między nim a obcym, od którego zwykle usiłuje cokolwiek uzyskać. A kiedy nie ma przy nim nikogo, śpiewa, ba, ryczy starą piosenkę zasłyszaną w kinie, gdzie ukrywał się przez trzy dni. Wtedy ten z lewej strony wali pięścią w ścianę, a ta z prawej puka łyżką w rurę. Jest jeszcze ktoś nad nim. Przeważnie tupie nogą: wtedy strop trzeszczy, sufit osypuje się na głowę… Dom przeznaczono do rozbiórki, wyprowadzając z niego lokatorów jednego po drugim. Bezdomny leży w barłogu, bezmyślnie rozglądając się po mieszkaniu – mury codziennego ogrodzenia… W półkolu pękniętego lustra odbija się widok nisko wiszących chmur. Bezrobotny wstaje, podchodzi do pokrytego liszajami zwierciadła, przygląda się samemu sobie. Sam siebie widzi w odbiciu, chociaż ten widok nie jest nim samym. To nie to samo, nagle przychodzi mu do głowy. Bezrobotnym wstrząsa olśnienie: sam bez siebie samego! Kiedyś zapowiedział publicznie, że nie będzie o niczym myślał, używając codzienności wyłącznie do banalnych celów: przez myśl mu nie przejdzie, kim jest lub po co istnieje. Żaden namysł nad sobą samym, przysięgał publicznie, nie zbije mnie z tropu, gdy będę gasił pragnienie wodą życia czerpaną z rynsztoka człowieczych ekskrementów. Namacalna, ludzka prawda podpali go niczym pochodnia po czym poniesie, hen, ku nieznanym knajpom i burdelom, poza otoczkę Lokalnego Bąbla! Chwyta lustro, ciska nim o podłogę, tym poświadczonym obrazem utkwionym w zaciekach chorującego srebra. Nie ma mnie, bełkocze, mnie tam nie ma. Śmiało tnie szklanym ostrzem tętnice, zdesperowany podcina gardło, a krew nie leci, bo nie ma w nim samego siebie, samego z sobą samym: widzi wyłącznie rodzajowy obrazek ze skłonnością do samookaleczenia. W niezbyt dobrym guście. Śpiewa, wydziera się, ale nie ma nikogo, kto by go słuchał. Wszyscy udali się po zapomogi, a odszczepieniec nie został dostrzeżony. Odosobniony, osamotniony wybiega na schody. Ktoś tu jest, ktoś mnie słyszy?!… My, my, myszy, odpowiada grą słów ściana po ścianie. Srom, dom, om, niknie echo w bramie. Bezdomny rozgląda się: pusta ulica, puste okna, pustaki zwalone na kupę… Zielonkawa poświata lśni w szybach apteki „Datura”. Bezrobotny rzuca się, biegnie, byle dopaść ostatkiem sił… Wywraca się w progu oszklonych drzwi, wyciąga w górę ramiona, wzywając pomocy. A czarny smar spływa powoli po protezach rąk.

Nakłanianie do opuszczenia pomieszczenia stało się obsesją magister. Podchodziła do każdej z namolnych figur, by głosem pełnym powstrzymywanej wściekłości namawiać je do wyjścia. Stare boazerie składu aptecznego słyszały jej rozkazujące zadęcie, krzykliwie akcentowane zgłoski, wulgarny melanż słów nie pasujących do pozycji farmaceutki: starała się nimi odegnać nękające ją prośby o pomoc w nagłej potrzebie. Na nic!… Dębowa sowa od lat wisząca nad zepsutym zegarem wpatruje się w oklejane plastrami palce, bandażowane dłonie i wydawany łyżką wprost do ust syrop, podejrzany specyfik w brunatnym kolorze spreparowany jeszcze przez dwóch zmarłych farmakognostów. Sowa obserwuje nie tylko dzień dzisiejszy apteki „Datura” pogrążonej w zielonkawej mgle przyćmionych świateł, lecz pamięta także przeszłość, ów problematyczny stan zdający się przenikać martwotę rzeczy, ożywiając je w oczach magister, która przeklina swój los. Farmaceutka nie zwraca uwagi na otoczenie, a ono magazynuje zbiegły czas apteki, żerując na nieuchronnie nadchodzącym, póki dotknięte rozkładem pamięci, nie uwolni gestów i słów dawnych właścicieli. Sowa przechowuje w dębowym wnętrzu tajemnicę magister, lecz milczy, chociaż zdarzyło się, że mgr doszła do wniosku, iż artefakt nad zegarem może komuś coś zasugerować: rzuciła w ptaka szklanym flakonem. Roztrzaskał się na misternie rzeźbionej głowie, zalewając wpatrzone w kobietę szklane oczy wyciągiem z tojadu. Całe zajście obserwował ukryty w zawiłym ornamencie boazerii wąż Eskulapa. Wystarczyło mu jedno zerknięcie w otwarty list, by zrozumieć nieszczęście, jakie dotknęło właścicielkę składu. Ciaśniej owinął się wokół laski, udając, że o niczym nie wie, gdy z krzykiem rzucone słowo wirowało pośród porcelanowych słojów z kaligraficznie wypisanymi nazwami zawartości. – Rozstanie!… Z czajnika postawionego na maszynce unosił się kłębuszek pary, a niemłoda już kobieta darła na sobie systematycznie biały fartuch. Tabliczka za szybą oznajmiała „zamknięte”, mimo to potrzebujący walili pięściami w drzwi apteki, domagając się leków i bandaży. Ten galimatias emocji, domysłów, przywidzeń, fantazji został utrwalony w zakrętasach staroświeckiego wystroju składu aptecznego „Datura”. Bezdomne psy jęczały, parząc się w ciasnej ulicy. Farmaceutka skręcała się ze złości. Cyzelatorski majstersztyk połyskiwał zawiłą symboliką perwersyjnych odniesień… Solidny wygląd miejsca pracy od czasu do czasu przypomina magister, że jej postacie nieskrywanej niechęci do obcowania z codziennością równie dobrze mogą prokurować ją – osobę niezbędną w udzielaniu im doraźnej pomocy, gdy ból przenikający racjonalne figury przytomnej obecności, nie znające swego dnia ani godziny, staje się nie do zniesienia.

Zbłąkany wędrowiec wodzi błędnym wzrokiem po ścianach, jakby chciał odgadnąć ważność ulicy, na której się znalazł. Coś go tutaj ściągnęło, postawiło pośród domów, wyrastających ze splotów narodzin i śmierci. Przyglądają mu się podejrzliwie, a on przekonany, że skądś się tutaj wziął, zmierza wprost przed siebie. Ilekroć jednak sięga do własnej historii, gubi się w mroku ni to intencji, ni to zmyśleń swego zbłąkania – jakby go nigdy nie było… Jednego jest pewien: trafił tu za sprawą czyichś błędnych wskazówek, znalazł się w tym miejscu przez pomyłkę. Zapewne ktoś ocknął się zbyt wcześnie, gdy obca mara senna nadal rozpływa się w pejzaże smutku. Zbłąkany czuje pod stopami grunt dobrze dopasowanych słów; ich sens ma go utwierdzić w znalezieniu się właśnie tutaj. Idzie powoli, a przyzwyczajeni do tego rodzaju ekstrawagancji mieszkańcy Lokalnego Bąbla, śpieszą w niewiadomych kierunkach. Niebo nabrzmiałe deszczowymi chmurami opiera się o gzymsy wyniosłych dachów. Gwarancja tożsamości, jaką daje mu obcowanie z pretensjonalną progeniturą minionego czasu, sprawia, że abstrakcyjna terminologia roznieca w nim poczucie manii pracy umysłowej, skłaniając do rozmyślań nad wędrówką dusz swobodnie przemieszczających się między ciałami, spętanymi regułami biologii. Spacer ulicą, której nazwy nie zdążył odczytać, przybliża go do zagadkowego celu. Słowa mówią same za siebie. Fabuła! Dusza, obca osobność zagnieżdżona w jego obecności, może zbłąkanego opuścić bez uprzedzenia, ustępując miejsca równie niejasnej i zbłąkanej. Choć wędrowiec wie, że to błędna droga, przystaje na swą przechodnią naturę. Cóż, pospolity wygląd przypomina komuś o czymś, zwłaszcza temu, kto zaczepia wędrowca, biorąc go za siebie samego. Słodkie wspomnienia, syczy przez zaciśnięte zęby. Nie jestem tobą, odpowiada zbłąkany, nie jestem tym ani tamtym, nie rzucam się w oczy, chociaż sprawiam wrażenie już kiedyś gdzieś napotkanego. Wędruję umyślnie w poszukiwaniu, w tym się całkowicie zawieram. Miasto przepełnia czas zarówno przepadły, jak i nadchodzący, rozbiórka miesza się z budową. Dusze niczym nietoperze wlatują do cudzych mieszkań. Uczłowieczają je przelotnie, po czym zmykają, ustępując miejsca innym, równie niedopasowanym do realności fenomenom. Ja tylko mimowolnie antropomorfizuję niedowarzone zamysły… Zielonkawy blask na szybach apteki „Datura” wskazuje na upiorne wyziewy, czyhające tuż za drzwiami. Naturalna śpiączka farmakologiczna robi swoje. Nagłe ocknięcie się magister farmacji, czymkolwiek by nie było, nakazuje pobudzonemu iść przed siebie. Wędrowiec nadal wędruje w przekonaniu, że jego błąkanina osiągnie wreszcie swój kres, a jego wymyślona postać znajdzie się tam, gdzie jeszcze nikt nigdy przed nim nie dotarł.

Domorosły filozof zaopatrzony w medykamenty wyrusza w drogę, w celu znalezienia naocznego świadka jednostronności widoku i trójpodziału czasu. Niech potwierdzi jego wątpliwości, co do natury świata obejmującego swym śmiertelnym uściskiem. Dziś albo nigdy. Wzruszenie dławi mu krtań, łzy cisną się do oczu. Wyrusza w wewnętrznym poruszeniu lawiną znaczeń, lecących niczym stado sów w głąb głowy. Wstrząs wywołany bólem przeciętego palca zrujnował budowlę zbioru frazesów przyzwyczajeń. Przyległość lat – zwyczaj śledzenia z okna naocznych objawów, okazał się samotniczą dolegliwością, której za wszelką cenę stara się uniknąć. Opiatyczne krople na uspokojenie rozkojarzają, syrop na uśmierzenie nie pomaga. Słowa nie kwitną na pnączach myśli. Jakże domorosły odezwie się do napotkanego, by wyjaśnić mu, o co chodzi? Na szczęście nikt nie idzie. Tylko znajomy konsyliarz, doktor… Kwiecistość wypowiedzi jest nie na miejscu. Poruszenie psyché otworzyło jałową przepaść domysłów: na jej dnie spoczywa, niestety, śmiertelne żniwo. Nieuchronnie nadchodzi niepokojące niewiadome. Filozof, posługując się wyświechtanymi sztuczkami, usiłuje sklecić coś na kształt prowizorycznie akceptowalnej realności, ale nic poza wycieruchami wysłowień nie przychodzi mu do zdemolowanego umysłu: wymłócone zboże, trujący bluszcz, pochopne domniemanie, wędrowiec ciągnący przez świat… Niezdecydowany stoi w drzwiach apteki, na jej progu leży bezdomny, wiatr pędzi bure chmury. Urzeczywistnienie wychodzącego! Za zielonkawymi szybami trwa zapewne gorączkowy ruch, chociaż ulica zdaje się być wymarła. Przestrzenny widok porusza zalążki myśli: może wymarłe przeświadczenia, podlewane jadem wspomnień grzybnie pleniące się po labiryntach rozpaczy. Wstrząs wywołany bólem palca zniszczył nędzne łamigłówki, a staromodny kurz krwi osiadł na metaforycznym trotuarze przyziemności. Bezrobotny wyciąga do domorosłego ręce z drewna, lecz ten udaje, że nie dostrzega tego aspektu istnienia. Namiastka dłoni zaciska się na nodze filozofa – gdy żywo reaguje, próbując wyrwać się z martwego objęcia, bezdomny otwiera protezę ust, wskazuje na nią drewnianym palcem drugiej ręki i bełkotliwie domaga się pożywienia. Z cienia ulicy wyłania się szary, przypadkowy przechodzień. Filozof chwyta go za rękaw, a poszarzały w udręce odosobnienia bez wahania zostawia odzież w jego dłoniach. Odchodzi szybkim krokiem, nie zwracając uwagi na sytuację. W kieszeni przechodniego płaszcza domorosły znajduje nóż. Chwyta za rękojeść, obcina nożem sztuczną dłoń, wciska ją bezrobotnemu w gardło i wymachując jesionką, biegnie za rozmywającym się przechodniem. Proszę pana, woła, czas się utożsamić! Niech wyjdzie na jaw dojmujące domniemywanie, niech pan nie znika…

Zbłąkany wędrowiec, parający się zawodowo przemierzaniem bezdroży, nie pyta „gdzie jestem?”, lecz kultywując w duszy jedyną kwestię „jak jest?”, zanurza się w światło lub mrok, dopasowując swoją postać do zmieniającego się otoczenia. Przestrzeń zawija się wokół idącego, wlecze się za nim wraz z ociężałym dobytkiem niczym dziurawy tobół. Każda ulica ma to do siebie, że można znaleźć się na niej, lecz żadna nie daje rękojmi stabilności statusu znalezionego. Zbytek istnienia. Jawna sprzeczność wypowiedzi na temat tego, co wyrzucą podmuchy napływającego czasu, jakie plewy słów wydmuchną z otwartych drzwi, nie świadczy dobrze o pewności namacalnej sytuacji. Mury kruszeją pod naporem wiatru, trzeszczą framugi, szyby wypadają z okien, zeszłoroczne liście wirują na chodnikach. Jakby dosłowność chciałaby wziąć odwet… Ludzie, opędzając się od przelatujących śmieci, okręcają się wokół osi, potwierdzając sens rozdmuchiwania ich wzdłuż linii sił czasu: nazywają owe życiowe naleciałości, spadającymi na nich plagami lub szczęśliwymi zbiegami okoliczności. Posuwając się zgodnie z chaotyczną niewiadomą losu, uważają rozchwianą realność za opokę nieprzewidywalnych poczynań. Niedorzeczne! Zbłąkany nie chce dać się ponieść, stawiając umysłowy opór w celu naocznego wykrycia istnienia gęstwiny możliwości, przez którą, jak sądzi, nieustannie się przedziera. Tłumaczy sobie, że zakres jego słownictwa jest ograniczony, a fenomenologiczny zaduch (cokolwiek by to miało oznaczać) przenika go na wskroś, sugerując niemożliwy do wyrażenia niestabilny stan rzeczy. Wędrowiec uważa się za zbiór pierwiastków: złączone splotem mało prawdopodobnych, chociaż możliwych incydentów ujawniły się pod jego postacią, posuwającą się wzdłuż czasowego zagęszczenia energii w rozfalowanej przestrzeni, która przybiera wygląd nieba, chodnika, apteki lub staromiejskich murów. Kiedy z pobliskiej bramy wybiega nieduża korpulentna kobieta, uderza w zbłąkanego, krzyczy coś, wpada do apteki i po chwili wylatuje z niej jako rzeźbiona w dębie sowa, wędrowiec rozumie – granica jego możliwości poznawczych została przekroczona, a metaforyzacja postępuje z całą mocą. Rzeczywistość mieni się w nim składowiskiem przywidzeń, możliwych do poświadczenia zmysłami, służącym wcielaniu się w postacie ludzi dopasowanych do osuwiska czasów. Nieszczęśni zbyteczni, giną pod nim od chwili wystawienia ich na świat, daremnie wzywając na pomoc bóstwa, demiurgów, szamanów, wszelkiej maści mentalnych ekwilibrystów. Wędrowiec uważa całą tę… pieprzoną fasadę za wielce podejrzaną przypadłość zbakierowanego umysłu (dziedziczna choroba weneryczna nie wykluczona), jednak przemierzając odludzia i bezdroża, niczego nie daje po sobie poznać.

Stara gospodyni idzie jak na ścięcie do swej przyjaciółki, by zwierzyć się jej ze swoich nieszczęść. Nienawidzi znajomej za to, że oprócz niej nie ma z kim dzielić się swoimi sekretami. Wyobraź sobie, mówi oburzona, odprawili mnie z kwitkiem, kazali iść, gdzie oczy poniosą. Przecież niczemu nie jestem winna! No, sama powiedz… Przyjaciółka, prawdziwa lub urojona, potakująco kiwa głową. Stara jęczy: sparzyłam się nie raz na tej znajomości, ale tym razem to przechodzi ludzkie pojęcie. Przyjaciółka wie, że „ludzkie pojęcie” jest realnie ograniczone, składa się z roztartych na miazgę kolokwializmów, które ta doświadczona przez życie osoba wyrzuca z siebie, mniemając, iż w ten sposób zwierza się ze swych niewymownych cierpień. Kiedy wychodziłam z domu, wpadł na mnie brudny łazęga, o mało mnie nie zabił. Aptekarzowa popatrzyła krzywo: kazała mi się wynosić. Jak mam udowodnić światu, że ludzie dybią na mnie i mój majątek?! Przyjaciółka przywykła do utyskiwań gospodyni, traktuje jej obecność jako niedyspozycję żołądkową lub przywidzenie w lustrze. Pani magister poradziła mi, abym poszukała przekupnych świadków takiego stanu rzeczy, a potem starała się o odszkodowanie. Mówiłam jej tyle razy, że to do niczego nie podobne. A czym jest zaduma nad rozgrzaną patelnią? A niebacznie rzucone słowo? A były mąż? Przyjaciółka (jak spodziewa się stara) bezradnie rozłoży ręce… to jest właśnie ten moment, by plasnąć dłonią w stół i orzec: kto się na gorącym sparzył, ten na zimne dmucha! Przyjaciółka zdaje sobie sprawę, że stwierdzenie doświadczalnie wsparte wieloletnim przyzwyczajeniem po prostu wisiało w powietrzu. Otwiera okno, a wiatr nanosi do pokoju chłód odradzającej się wiosny, daleki śpiew, wonne ślady… Trik losu! Ktoś dawno temu stąpał na paluszkach, a teraz wbiega do mieszkania w brudnych butach, obiecując, że już się więcej nie powtórzy. Rozmowa tli się w szydełkowej serwecie, w długich frędzlach chusty wiszącej na drzwiach, w motku splątanej włóczki rzuconym na tapczan. Co ja chciałam powiedzieć?… A pamiętasz owo albo tamto? Przyjaciółka wietrzeje, nie podtrzymując rozmowy. Siedzi w fotelu przy oknie, dobywając z marcowego poranka chwilę nieruchomej obecności; nie ma o czym myśleć, nie ma na kim się zawiesić… Zamysł gospodyni zanika w milczeniu. Zdania rozplatają się, uwalniając wyblakłe przez zimę skrzydełka słów. Rozpowiadają na prawo i lewo przypadki, miotając wyblakłe litery. Może znowu nabiorą kolorów. Przyzwyczajenie do powtarzalności, jako ćwiczenie istoty w drodze do zagłady, sprawia, że głuchoniema przyjaciółka nieustannie otwiera się na widok, dręczący zainteresowanych noc w noc, dniem po dniu… Wywołuje to sławetne urzeczenie życiem, co w świecie realnych wydaje się tak przekonywująco oczywiste.

Zbłąkany wędrowiec idzie w zaparte. Ktoś go widzi, ktoś za nim patrzy, komuś na kogoś wygląda, chociaż nigdy jeszcze tutaj nie był. Są mury, o które się nie oparł, są chodniki, po których nie deptał, a mimo to, te bałwany martwej wiary, przewidując bieg wydarzeń, akceptują w swym nieożywieniu nadejście biologicznego przedstawiciela bytu. Utrwalają się, stabilizują, przyjmują postać zaszłości namacalnej materii, jakby wdawały się w grę czasowników, wiodącą wszystkich na… wyprowadzenie. Coś w tym musi być? W tym, czego nie ma. Zbłąkany uważa upływ godzin za produkt uboczny procesu związanego z rozkładem wydobytych na jaw. Artefakty istnienia musiały być przygotowane na przyjęcie zbłąkanego pod jakimikolwiek czasochłonnymi postaciami. Zanim się jeszcze pojawił, wyłoniły z przewidywalnej perspektywy siew przyszłości. Wędrowiec zaniepokojony stanem rzeczy, usiłuje zerwać z tym, kim jest, lecz wiosenny wiatr przewiewa mu głowę odgłosami tylu nagabujących go dusz, że woli pozostać przy dawnej postaci, zamęczającej swego żywiciela mordęgą percepcji codzienności. Nienawidzi personifikacji, wątpi w uczłowieczające się idee, a jednak musi sprawować pieczę nad wymykającym się z rąk dobytkiem, posługując się wymownością swego wędrowania. Zderzenie z zakrwawionym muzykiem przypomina mu spotkanie z nim na „trzeciej drodze”: spiralnie rozchodzącym się rozkurzu rozkładających się zdarzeń. Od słowa do słowa u zapomnianego zamawia Odę do nicości. Na utwór czekają spragnieni, chcący uczcić nim kolejną rocznicę rozprowadzania po hermetyczno-dogmatycznym pobycie. Psiakrew! Kompozytor złorzecząc, wpada do składu aptecznego „Datura”, a zbłąkany wędrowiec niczym skryty dobrodziej idzie dalej; próbuje przezwyciężyć własną przyszłość, poruszyć niewidzialne, bo tylko to, czego nie ma, warte jest zajmowania się przez niematerialne myśli. Bezcielesna błąkanina jest bezproblemowa, natomiast istnienie wymaga specyficznych zabiegów, przezwyciężających cielesną szpetotę, co stawia je w rzędzie dwuznacznie rozumianych profesji. Na widok zbłąkanego wędrowca lokalni przechodnie zmykają, przymykając co najmniej jedno oko. Dlatego zmuszony jest ogłaszać się w brukowcu „Kij”, biuletynie informacyjnym Lokalnego Bąbla, jako… obrazoburca: za niewielkim wynagrodzeniem kala czołobitne symbole, sra na ołtarze i burzy mity niepokalanego dziewictwa sprawujących władzę osób. Tajne służby patologiczne mają zbłąkanego na oku, widząc w nim chodzący wentyl bezpieczeństwa. W ten sposób zarabia na niegodne życie, wędrując od wsi do wsi, od miasta do miasta, od czasu do czasu wzbudzając zamęt pośród wyznawców ziejącej nienawiścią bestii miłosierdzia, panoszącej się w ruinach kościoła wieczności.

Zapomniany kompozytor jest jak pomysł na napisanie niezapomnianego arcydzieła. Błysk myśli okazuje się odbiciem słońca w zielonej szybie apteki, potknięcie się o leżącego rozłożeniem głównego akordu, a wietrzna pogoda cichym chórem zawodzącym przy wtórze smyczków. Jednak podejrzenie, co do fałszywych intencji tego zamówienia, nie chce mu wyjść z głowy. Oklepane frazesy biorą górę nad muzyczną zawartością przyszłej kompozycji. Muzyk, rozglądając się po ulicy, ma w uszach szum, a w nosie korki z waty. Przejazd rozklekotanej ciężarówki skłania go do refleksji nad stanem uzębienia. Czuje krew w ustach, wewnętrzne rozchwianie, spluwa na czerwono, utwierdza się w przekonaniu, że to muzyka wybrała jego, aby ją urzeczywistniał. Jakby kiedyś o tym słyszał: wywleczenie. Nie dopasowywanie jednych do drugich gotowych, rzeczowych elementów, lecz zaciskanie paznokci kciuka i palca wskazującego na tym, co nieuchwytne…  Wyciąganie z niczego nic nie podejrzewającej nicości, niewidzialnej przetoki między czymś a niczym: napięta struna piekielnej ciszy. Choć z drugiej strony – powinien iść z duchem czasu, tym conocnym dręczycielem, wlokącym jego sen o samym sobie przez cudze senności: ich intymne sekrety wciągają go w coraz bardziej wymowne ekscesy. Przede wszystkim trzeba znaleźć świadka, który potwierdzi koncepcję poszukiwania „trzeciej drogi”, myśli podtrzymującej go przy życiu, a może życia trzymającego się jednej myśli? Nie jest przekonany, czy uporczywe trwanie ma coś wspólnego z rozkładem biologicznych tkanek i z domysłem dotyczącym ich rozkładu. A jeśli jest wydumaną projekcją postaci związaną z rzadką chorobą umysłową, na którą cierpi obłąkana magister farmacji?… Niewykluczone, że także ona jest efektem spaczonej wyobraźni, a całe jej jestestwo to wynik czyjegoś błędnego zamysłu, może tych „Matek”, rzekomo zaludniających gorejące podziemia. Posługiwanie się różnymi dziedzinami sztuki daje konkretne wyniki – wyciągane z nicości namacalne dzieła. Długa, ciągnąca się nuta a¹ o częstotliwości 440 herców, nieuchwytna choć miarodajna, nagle przeszywająca słuchacza rosnącą dynamiką, na progu bólu dochodzącą do 130 decybeli. Jeszcze nie sztuka, lecz zadatek na ból, próg, skład. Powiązanie, nawiązanie, rozwiązanie. Zapomniany odwraca się, by zerknąć na fantazyjny napis na zielonkawo połyskującej szybie apteki: „Datura”. Ta nazwa wzbudza w nim tchnienie… zmyślonych wspomnień. Już przeszywają dreszcze, piekielna struna drży. Wystarczy odpowiednio złożyć jedno z drugim, a prawda o życiu zacznie grać na zmysłach, choć równie dobrze może odzywać się burczeniem w brzuchu. Dla wielu to najpiękniejsza muzyka, świadcząca o konieczności ich istnienia.

Pani magister nie jest zadowolona z obrotu spraw. Trywialne określenia zaistniałej sytuacji, które przychodzą do głowy (ale skąd, na miłość boską?!), sprawiają, że ból nie ustępuje, wręcz przeciwnie, nasila się, nakazując zażyć kolejną łyżkę gorzkiego syropu. Choć pozbyła się nękających postaci, nadal nie jest pewna, czy to przypadkiem nie one zmyślają ją na potęgę. Obawia się, że fabuła przypisanego do niej losu jest beznadziejnie nudna, a ona, niedokończona magister farmacji, pogrążona w sceptycznym autokrytycyzmie (język szczypie od wymowy męczącej ją świadomości) nie jest w stanie wyjść poza tę aptekę, by zniszczyć przypisany do niej osobisty stan kolei rzeczy. Skład specyfików, niejednokrotnie dawno przedatowanych, obejmuje kilka poziomów pomieszczeń połączonych kręconymi schodami. Zapasy, poprzedzające epokę dwóch farmakognostów, pochodzą ze zbiorów dziewiętnastowiecznego okultysty. Jak głoszą do dziś powtarzane plotki, odurzał stałych bywalców przemyślnie skomponowanymi kadzidłami, a oni raczyli się tym, co odbierały ich mózgi pozbawione fałszywego świadectwa zmysłów: percepcją prawdy. Ta możliwość innej, biegnącej równolegle niedorzeczności najbardziej niepokoi magister. Może zasadnicze życie przebiega zupełnie inaczej, a jej się wydaje, że od lat tkwi w tym składzie, oszołomiona nadmiarem wyziewów, skazana kosztem najmniejszego wysiłku na podtrzymywanie lokalnego, niemrawego stanu otoczenia?… Pod żelaznymi schodami otwiera się topiel! Lokalny Bąbel rozkłada się w gnijących powtórkach. Gdzie szaleństwo władców, gdzie zuchwałość zdobywców? Oszołomiona farmaceutka postanawia przezwyciężyć swoje uczulenie na ludzi, wyjść na ulicę i spojrzeć w oczy rzeczywistości. Obawia się tylko, że wstrząsające doznania jakich zazna, będą obracać się w strefie truizmów, a nieoczekiwana prawda stanie się niemożliwą do wyrażenia zagadką, tworem, do którego nie będzie umiała dopasować rutynowych słów i znaczeń. Bolesne doświadczenie, mówi połowicznie senna magister, wypijając dodatkową porcję syropu. Przygładza dłonią włosy, otwiera drzwi, robi krok do przodu, potyka się o bezdomnego, próbując uchwycić równowagę, pada w ramiona zbłąkanego wędrowca, jak zwykle będącego wynikiem chwilowej, błędnej oceny istniejącego stanu rzeczy. Czy pani dobrze się czuje? pyta przerażony zbłąkany. Czy pani jest tą, za którą uchodzi?… Magister usiłuje coś powiedzieć, ale słowa, co było do przewidzenia, więzną w gardle, a czkawka wewnętrznego szlochu wstrząsa drobnym ciałem. Rozczarowanie! Znikąd żadnej pociechy, jakby to całe, z trudem osiągnięte przezwyciężenie było nic nie wartym skokiem w głąb fałszywej otchłani snów, wabiącej naiwnych rozkoszą śmierci.

Bezdomny bezrobotny wyjmuje z ust sztuczną dłoń, próbując na powrót przymocować ją do protezy, lecz potknięcie się magister naruszyło w znacznym stopniu jego jednolitość – ten nie do końca jasny przejaw swego rodzaju… poruszenia. Głośnym śpiewem próbował zagłuszyć dręczący niepokój, tanim piwskiem obezwładnić miotające porywy namiętności, teraz jednak czuje, że coś rozregulowało się w niosącym go przez życie mechanizmie. Jedno oko wypada mu z twarzy, toczy się po chodniku, choć stara się je pochwycić, szklana kulka niknie w ścieku. Mając do dyspozycji dłoń i oko nie daje sobie rady z uruchomieniem protezy, tym bardziej że pęknięta sprężyna wyskakuje znienacka, uderza go w gumowe ucho, rozpadające się ze starości. Bezdomny usiłuje się podnieść, mając na uwadze niebezpieczeństwo związane z dalszym leżeniem na progu składu aptecznego „Datura”. Na poły rozdeptany przez przezwyciężającą swoje przyzwyczajenia magister, klęka na oba kolana, chwyta dłonią poręcz u drzwi, unosi suche siedzenie, lecz od lat nie naprawiana drewniana ręka urywa się w stawie barkowym. Bezrobotny chwieje się, zaciska sztuczne zęby na oprawce dzwonka, próbuje podnieść się wyżej… Wyrywa ze ściany dzwonek, z rozmachem pada na plecy, łamiąc przy tym obie sztuczne nogi – prymitywne protezy, liczące co najmniej pół wieku: przeżarły je korniki, a upadek potwierdza katastrofalny stan przerdzewiałych śrub… Wiosenne słońce czaiło się w mdlącej mgle, gdy uderzenie głową o bruk spowodowało wypadnięcie drugiego oka oraz rozgniecenie następnego, równie jak pierwsze sparciałego ucha. Ludzka plaga – wybełkotał język i znieruchomiał przyciśnięty do metalowego podniebienia. Peruka ze sztucznych, bladożółtych włosów złagodziła nieco siłę uderzenia, co nie zmienia faktu, że drewniany czerep pękł odsłaniając ożywione wnętrze. Zimujące w głowie bezdomnego bezrobotnego gęsto upakowane larwy owadów, czując odurzające powiewy gorącego powietrza, zaczęły się gwałtownie przepoczwarzać, by po kilku minutach wylatywać z niej rusałkami, cytrynkami, czerwończykami, bielinkami i paziami królowej. Słońce wystrzeliło zza chmur, motyle zalśniły wilgotnymi barwami skrzydeł nad bezdomnym bezrobotnym, zakołowały, trzepotliwym rojem odlatując w jaśniejącą perspektywę ulicy. Wiosna, wiosna, aż ciarki chodzą po syntetycznej skórze! Tors, leżący na progu składu aptecznego, nadal podrygiwał biciem sztucznego serca. Przestarzały mechanizm coraz słabiej wypluwał z pękniętego naczynia czarny smar. Chlup, chlup… chlup… Przypadkowemu przechodniowi, właśnie przechodzącemu obok składu aptecznego, mógłby przywieść na myśl krew – tak samo stygnie na kocich łbach, połyskujących blaskiem kwietniowego południa.

Ślepy traf skazał wszystkich urzeczywistnionych na przymusowe wygnanie. Ledwie wychylili się z nicości, otwierając zamknięte dotąd drzwi między niczym a czymś, już wiosenny wiatr wymiótł ich w świat, zmuszając ofiary życia do zajmowania się doraźną codziennością, chociaż nie mieli pojęcia, że coś takiego w ogóle istnieje. Jakby jakiś niewidzialny wbijał im się w tyłek… Ba, nie znali słów, które określałyby to czy tamto. Początkowo uważali, że zmysły zmyślają, lecz wkrótce przekonali się, iż zmysły mamią, skazując ich na przywidzenia oraz przesłyszenia uzmysłowionej oczywistości. Wtedy poczuli w sobie te imponderabilia, wyrazy czegoś tam, wylęgłe z zastoju codziennego bytowania: mieniąc się ludzkimi duszami, zagnieździły się w wychylonych na świat. Nazywając rzeczy po imieniu, do dziś się moszczą w wydanych na wymarcie ucieleśnieniach, roztaczając przed nimi przepych bytowania… Domorosły filozof – ta nazwa nic nikomu nie mówiła, dopóki obdarzony owym mianem nie zwątpił w siebie a nawet w innych. Udręczony wyszedł z domu, by więcej do niego nie wrócić. Nie mniej przykra dolegliwość dotknęła starą gospodynię, błądzące się po świecie upostaciowanej do bólu solidności. Alegorycznie postarzała od dziecka, skupiła się na frazesach, głoszących prawdziwą potoczność ustabilizowanej egzystencji. Wpędzony w kompleksy zawiści kształt zwany zapomnianym kompozytorem robił, co mógł, by pozbyć się „uduchowienia”: staczał się w otchłań alkoholowego nałogu, nie unikał narkotyków, perwersji… Co za człowiek, mówili o nim, a on dotknięty tą obelgą, wciąż skłaniał się ku samobójstwu, nie będąc pewien, czy śmierć uwolni go od duchowej udręki. Fatalnie wyszła na przyjściu na świat magister farmacji, traktująca przechwycone przez stado łapczywych dusz postacie jako wyraz własnego stosunku do rzeczywistości. Odganiała je, truła, egzorcyzmowała, wymachując rękami, nogami, co doprowadziło do skopania leżącego na progu apteki bezdomnego bezrobotnego. Mimo wszystko wyszedł na tym najlepiej: kompletnie rozbity pozbył się nękającej go osobowości: rój motyli wyleciał z niego i poszybował w stronę ustronnych miejsc, w nadziei napotkania kogoś, kogo duch nagle opuścił. Tymczasem nieszczęśni urzeczywistnieni (niektórzy podczas wiosennych przymrozków zamarzli na śmierć) mimo tyranii dusz, próbowali znaleźć drogi prowadzące do stanu nicości. Tliła się w nich bowiem bezsłowna pamięć, budząca tęsknotę nieistnienia, ilekroć dopust zbędnych wysłowień dawał się zbytnio we znaki. Przez dziesiątki lat skazania na życie uparcie błądzili w poszukiwaniu ukrytego przejścia. Pozwoliłoby im przecisnąć się na drugą stronę, pozostawiając tutaj egzystencjalne nieszczęście, zwane ciałem, duszą, pamięcią, czasem, światem, człowiekiem…

Tajemnicza nieznajoma mieszka w zrujnowanym pałacyku w głębi parku,  który podobno należał do jej rodziny. Nie zwracając uwagi na obowiązujące nawyki i przyzwyczajenia, nie licząc się z mieszkańcami miasta (uważanymi przez nią za istoty podlejszego gatunku) swoją nieprzeciętną osobowość lokuje w mrocznej nudzie, w rozlazłym snuciu ciszy opustoszałego domu. Wysmukłe okna przesłonięte fałdzistymi zasłonami nie pozwalają dostrzec ledwo jarzących się lamp. W ich żółtawym świetle tajemnicza obleczona w koronkowy peniuar przemieszcza się na tle złociście połyskujących grzbietów książek. Zawartość wolumenów pozwala na dobrowolne odcięcie się od świata, znienawidzonego monstrum zagrażającego odosobnionemu istnieniu. Zniechęcona przejawem banalnego widoku z każdym przebudzeniem postanowiła zerwać z czasem, tą rytmiczną młócką godzin, by żyć przemijaniem nadchodzenia – fluktuacjami stanu biologicznej aktywności. Nie miara tykających zegarów określa jej dni i noce, lecz poczucie apatycznej pustki, niedopuszczania do siebie obcej duszy, którego nauczyła ją matka, czarownica, osoba niespełna rozumu, odrzucająca tak zwane zdobycze kultury cywilizacji. Nieznajoma, będąca przez lata przedmiotem oszczerczych pomówień (jakoby za pieniądze usuwała niechciane ciąże), zamknęła kiedyś dom na klucz: odtąd nikt nie ma do niej dostępu. Nie wiadomo z czego żyje, czym się żywi, co budzi kolejne domysły na temat jej stanu. Ludzie, a raczej dusze wrażone w rozkład bytowania cielesności, cierpią na niejasność, jaką wywołuje w nich istnienie tej osoby, balansującej na ostrzu noża: od dawna nie para się życiem, lecz śmierć nadal jej nie dotyka. Konowały podejrzanej proweniencji czerpią z leczenia dotkniętych niezłe dochody, szprycując ich płynem na uwiarygodnienie. Nieznajoma tajemnym sposobem nie dopuszcza do siebie uduchowienia, destylując ze swej cielesności nieznaną nikomu siłę, wydobywającą na jaw ukryte aspekty istniejącego stanu rzeczy. Prosty nosiciel duszy podejrzewa świat o spisek skierowany przeciwko konsumentom codzienności, jednak światlejsi wyznawcy, tylko w połowie dopuszczający do siebie wiarę w przyziemne uczłowieczenie, ciemną stroną istoty wietrzą powiew czegoś, co pomoże im się wynieść jako pozbawionym wiary zarówno w życie jak i w śmierć innowiercom. Nocami podchodzą pod zrujnowany pałacyk, obserwując otaczającą go eteryczną aurę. Czasami słychać śpiew i rżenie koni. Tajemnicza nieznajoma podsyca rozkład pochopnych przekonań, stając się nie tyle przedmiotem namysłu, co obiektem adoracji popaprańców pewnych, że jej los jest zalęgłą w nich formą żywotności, duchowym pasożytem żywiącym się przeżyciami omdlewającego z tęsknoty… odosobnika.

Domorosły filozof wbiega do parku, bezradnie rozgląda się wokół. Nigdy tu nie był, rósł bowiem w domu, a kiedy wreszcie dorósł do siebie nadal swego domu nie opuszczał. Pierwotnie wyglądał jak grzyb rosnący na spróchniałych deskach podłogi pod żelaznym łóżkiem; pewnie grzybem by pozostał, gdyby nie sprytna dusza, która w sromotniku bezwstydnym dostrzegła materiał godny uczłowieczenia. Wniknęła w niego, upostaciowiła go na podobieństwo, po czym następnego dnia domorosły wyczołgał się spod łóżka, zastanawiając się kim jest i co tutaj robi. Coś przychodziło mu do głowy, ale on nie wiedział, co to jest „głowa” ani czym się przejawia owo „przyjście”. Jedynie słowo „trójpodział” wpadło w niego jak w studnię. Teraz sytuacja znacznie się skomplikowała. Nie dość, że filozof musi odnaleźć właściciela jesionki i noża, to, przyglądając się przejawom wiosennej przyrody, powinien trafić na drogę, wiodącą go poprzez przelotne szczebioty. Bolesne doświadczenia! Nigdy dotąd nie zetknął się oko w oko z oczywistymi przejawami odmienności istnienia. Wiewiórka zbiegła z pnia akacji, stanęła słupka, spojrzała na niego, uciekła w podskokach. Wrona siwa, gdy się zatrzymał, natychmiast zerwała się do lotu. Nawet dzika kaczka, na jego widok kwacząc przeraźliwie, odpłynęła, mącąc toń stawu. Domorosły przystaje na mostku, nachyla się, próbując wypatrzeć swoje odbicie, ale zmarszczki wody nakryte cieniem lipy nie ukazują jego wizerunku. Ogarnia go atawistyczny lęk: dusza trzęsie się z urażonej pychy. Nakłania go do wrzucenia do stawu płaszcza wraz z nożem, do ucieczki. Filozof nie skłania się ku tym sugestiom. Szuka słów, by wyrazić swój stan: spustoszenie, samogwałt, przetrzebienie oznak… Zakłada na siebie okrycie, cudze wyziewy ranią jego duszę, chwyta za nóż, chce wyrżnąć ją z siebie, wtedy spostrzega zrujnowany pałacyk – pretensjonalną willę z wykuszami, wieżyczkami, przeświecającą ceglasto przez bezlistne gałęzie brzóz. Nigdy dotąd nie zetknął się z miejscem cudzego pobytu, brak mu słów, by wyrazić roztrzęsienie…  Pojęcia międlą się w nim na powłóczyste strzępy zetlałych strojów, a stęchlizna przedawnienia przenika go czarem dziewiętnastowiecznej minoderii. Kobietki i minetki! Domorosły, owijając się ciaśniej przenicowaną jesionką, czuje coś, co nazywa śmiertelnym chłodem. Za pazuchą dzierży nóż, a przestarzałe słownictwo dopada myśliciela więcierzami, dekoktami, zwietrzałymi atrybutami grafomanii losu. Odurzony upojnymi pocałunkami miododajnych ust opiera się im jak może, lecz siła niewidzialnej namiętności popycha filozofa w stronę zrujnowanego domostwa. Zmagając się z duchowymi porywami, zdaje sobie sprawę, że moc trójdzielnego upływu czasu, wywlekająca z niego zgrzybiałe pojęcia niepohamowanej żądzy, w końcu wciągnie go w trzewia widoku ukrytego w lasku rozwaliska.

Zbłąkany wędrowiec idzie dalej, nie ulegając presji magister. Ona trzyma się nadal swego wyobrażenia, on błądzi zgodnie ze swoją wolą. Wiedzie go na obrzeża parku, gdzie gwiżdżą kosy i skrzeczą sroki. Zwielokrotnienie postaci poruszającej się jednocześnie wieloma drogami (chociaż wszystkie zmierzają do tego samego celu), jest zgodne z prawami fizyki, a tylko przestarzały biologizm wmontowany w głowy uczłowieczonych nie dopuszcza takiego wyobrażenia. Ma to związek z trzymaniem się jednego widoku: ściśle zadzierzgniętego splotu przekonujących przyzwyczajeń, który niby gęsta tkanina przesłania istniejący świat. Przyroda budząca się do życia stanowi tradycyjny motyw dorocznych urojeń, których rozpanoszone po ciałach dusze nie szczędzą swoim nosicielom. Słowa pełne radości cisną się na usta, mimo że stanowią jedynie wydmuchy powietrza, spowodowane nadmierną produkcją smrodliwych chemikaliów odpowiedzialnych za bezmyślne okrzyki zachwytu. Zbłąkany jest wszędzie, dokądkolwiek by go nie poniosło wiosenne ożywienie. Płynie z prądem rzek, brnie przez grząskie dukty, leci z nurtem chmur, idzie przez park, przemierza pod postaciami wędrowca tych, którzy od urodzenia usiłują porzucić swe osoby. Teraz zapodziewa się na peryferiach, by sztukę błądzenia doprowadzić do perfekcji. Oby nigdy nie musiał się odnaleźć! Błąd jaki towarzyszy jego życiu wynika z zagadkowego procesu, jakiemu znienacka został poddany konglomerat białek: żywotne upostaciowanie błąkaniny! Zbiera się w sobie, buzuje polotem, by po chwili oddać się rozkładowi. Ta konstatacja niepokoi wędrowca, przypuszcza bowiem, że istota rzeczy tkwi w ciastowatej klajstrowatości, przenikającej martwy piach organiczną pożywką. Wylęgarnia, podpowiada mu ciało, wyrodzenie, jakby owa przypadkowa papranina, podejmując się wędrówki, poszukiwała właściwego miejsca na ostateczne rozłożenie. Dusza igra z pospiesznym ucieleśnieniem, mamiąc idącego przywidzeniami, błędnymi ideami, tym wszystkim, co nie istnieje, a jednak niesie zbłąkanego przed siebie, przed siebie samego, pozostającego za widokiem wędrowca wchodzącego w nieuchronne niewiadome… Niecierpliwy umysł raz po raz domaga się konkretu, podczas gdy błąkanina przejawia się zmąceniem, mglistym zamiarem nie do końca przemyślanego związku słów. Przypadkowy impuls to wiąże je w żywą narrację, to wprawia w zamęt rozpadu: może kiedyś wyłoni się złota myśl, obłęd lub oklepany frazes. Wrażenie wyrażenia zawsze popycha grę do przodu. Wędrowiec nie wie, kim za chwilę będzie i na jakiej znajdzie się drodze, dlatego widoczny za bezlistnymi jeszcze drzewami zrujnowany pałacyk budzi w nim nadzieję na solidną metaforę, pobudzającą do kwitnienia zapadłe w zimowy letarg słownictwo.

Tajemnicza nieznajoma chce, aby ten świat skończył się jak najszybciej. Otwiera księgi, szuka zaklęć, przypadkowych zbitek słownych, wpływających na stan realiów, ot, coś w rodzaju dopasowywania tysięcy kluczy do milionów wirtualnych zamków. W tym chaosie zmyśleń, przesądów, spekulacji każdy przedmiot wydaje się być figurą czegoś pospiesznie przełożonego na język człowieka: mową zewnętrznego oglądu, przed którą wnętrze materii pozostaje zamknięte. Chyba że zostanie wyrażone zbiorem psychoanalitycznych symboli, zrozumiałym jedynie dla wtajemniczonych. Nieznajoma próbuje przełożyć pospolite nazewnictwo widzeń na język ezoterycznych rebusów. Usiłuje w ten sposób okiełznać sens dotykających przedmiotów, rozwikłać zagadkowość barwnych iluzji, wywołać rozkład materialnego konterfektu na podstawowe elementy działalności umysłowej, tej mentalnej akrobatyki posługującej się mamidłami, analogiami. Cierpi, pławiąc się w świetle przyziemnego bytowania, będącego jasnością lub mrokiem. Boleje nad tym, że ona sama wywołuje zakłócenia w tym obrazie, przenikając przejawy zjawisk metamorfozami swej niestabilnej postaci. Baśń dwuznaczności życia przenika ją na wylot. Tańczy jak syrenka, ledwie dotykając ziemi koniuszkami palców, czym naraża się na niewysłowione męki. Musi sprawdzić na sobie nękającą ją doczesność. Czyta spisane wyrazy wprost i wspak, łączy je na różne sposoby, dzieli, plącze, próbując dociec związku między wskazaniem a nazwaniem. Rzuca się w wir traktatów alchemicznych, wypływa na powierzchnię filozoficznych trzęsawisk, zanurza się w głębiny ontologicznych jaskiń, walcuje na śmietnisku historii, a wszystko po to, by znieczulić istnienie – wrodzoną przypadłość, doskwierającą jej od urodzenia. Licha postać tajemniczej nieznajomej ledwie jawi się na tle ksiąg, obrazów zapuszczonego wnętrza, a ona sama czuje wyrywające z nicości myśli nieznanych jej osób. Bolejąc nad wątłym stanem swej egzystencji, stara się wniknąć w imaginację nawiedzonych poszukiwaniem pustki. Liczy na status niewysłowionej bredni, umożliwiającej porzucenie przejrzystych reguł  dosadnych szczegółów, mających uchronić zwietrzałych weteranów świata przed lękiem o przyszłość. Gra o niedorzeczność…  Zrujnowany pałacyk pełen przedmiotów cudzego domysłu, na poły mówi prawdę, na poły sieje kłamstwa, ale nikt nie wie, co czym zieje. Masa spadkowa przypisana nieznajomej drży w sennej zawiesinie zakurzonego półcienia. A ona niczym muszka zalana żywicą zastyga nagle zawieszona pomiędzy dopustami, ignorując grę trafu życia i słowa. Tajemnicza w ogóle się nie przejawia albo wyłącznie bezprzedmiotowo: trwa w zapamiętaniu…  Wiosenny wiatr, wpadając przez usmolony komin, mąci ów bezruch szarym skrzydłem.

Stara gospodyni przewija się wątkami stetryczałego szaleństwa przez współczesne nakazy codziennej udręki. Jedynie rychła wizyta w cukierni napełnia ją optymizmem. Słodycz życia wymieszana z jajkami i mąką sprawia, że jak inni, uciekając się do używek, kadzideł czy muzyki, tak ona, biorąc do ust przesłodzone ciastko z kremem, widzi się wśród uduchowionych artystów życia, którzy, mając za nic wszelkie zakazy, pławią się w swej istocie!… Przewala się po otomanach, lambrekinach, kurdybanach, baldachimach, ufając wymowie słów, zagryzanej czekoladowym waflem. Egzotyka nazw upaja koloraturą, a rachatłukum i makagigi przyprawiają o dreszcze rozkoszy brzmieniem imion orientalnych słodyczy. W maleńkiej, cichej tej kawiarence… nuci pod nosem, z rozmachem otwierając drzwi piekarni, gdzie zawsze czekają na nią ulubione bezy. Ozdobna kasa wita ją metalicznym połyskiem mosiężnych zawijasów. Nie zważając na oparzoną gorącym masłem dłoń, od razu podnosi jedno z ciastek do ust, resztę każąc zapakować, by jak najprędzej poczuć smak życia, pieszczotliwą uległość, jakże śliską w ostatecznym rozrachunku. Nałóg spożywania słodyczy niczym natręctwo obscenicznych myśli sprawia, że drogi życiowe plączą się w sfilcowanych swetrach gospodyni, w spranych bluzkach, długich spódnicach, zapewniającym ciepło chorym nogom. Buty robione na miarę dawno stały się niewygodne, lecz nadal służą zdeformowanym stopom. Byle zażywać słodyczy życia… Trzech mężów pochowanych, drugie tyle kochanków porzuconych, a tych różnych admiratorów, psia ich mać, utraconych, co tam! Namiętne tango tańcz i słodkie wino pij… Gospodyni przemyka pod murami kamienic spłoszoną dziewczyną, chociaż wlecze się noga za nogą, wydłubując z pudełka kolejną bezę. A mogłaby grać na fortepianie, jeździć konno albo tańczyć do dzikiego zatracenia się w śniadych ramionach pod kolumnami Alhambry. Wpada do bramy, dyszy… Zdaje jej się, że pomyliła domy, a może tylko zdaje się jej umysłowi, że coś mu się pomyliło? Wstydzi się kogoś zapytać, zresztą, nie ma nikogo, kto dorównałby gospodyni w percepcji rzeczywistości. Nawet gdyby przypadkowy przechodzień coś jej odpowiedział, nie wzięłaby tego na poważnie. Wpycha do ust kawałek ciastka, patrzy, słucha, idzie… tango mych marzeń i snów! Ociężale wchodzi na schody, ale na trzecim stopniu potyka się, zjeżdża w dół, wypuszczając z oparzonej dłoni pudełko z ciastkami. Bezy rozlatują się po betonie, po czym natychmiast zostają rozgniecione przez wyjeżdżający z bramy samochód. Żegnajcie dawne wspomnienia… Gospodyni siedzi na najniższym stopniu, płacząc, półgębkiem wzywa pomocy, echo tłucze się o ściany, wróble zlatują się do okruchów, dzióbią zajadle, muzyka sprzed lat cichnie…

Zbłąkany wędrowiec puka do drzwi zrujnowanego pałacyku. Słyszy ruch, nikt nie odpowiada… Chwyta za kołatkę, w końcu naciska klamkę, wchodzi. Zaduch próbuje zwalić go z nóg. Posuwa się do przodu, zgarniając z głowy muśliny pajęczyn, zwisające z pożółkłych sztukaterii. Obsypane białym kurzem serwantki, wabiące porcelaną frymuśnych bibelotów, nie wywierają wrażenia na zbłąkanym. Zbyt dużo się w życiu naoglądał, by zwracać uwagę na umowne kredensy rozmazane w nastrojowym półmroku. W ornamentach ciemnozielonej tapety uchylają się drzwi sekretnych przejść, a wędrowiec wie, że obrazy zaczerpnięte z przestarzałych powieścideł są rojeniami obumierającego stanu rzeczy. Stary dom jest przechowalnią śmierci, kostnicą komentującą wybryki współczesnych właścicieli. Zrywa ich w środku nocy lub usypia w ciągu dnia, poddając działaniu trucizny pamięci ścian, podłóg i mebli, pędzących samogon snu starego domostwa. Trzysta tysięcy kilometrów na sekundę – tyle wynosi prędkość bezsensownego rozchodzenia się obrazów przeszłości. Wędrowiec porusza się w poprzek upływu dziejów, przekrojowo rozgrywając od dawna przeleżałe sytuacje: realizują się w zetlałych kostiumach, sprawiając wrażenie postaci uwikłanych w nierozwiązane konflikty, w śmieci bycia tułające się po bezdrożach. Tymczasem są to pospolite atrapy, twarze, głosy ludzi zatopionych w pamięci drewnianych nóg stołu zapadniętego w spróchniały parkiet jadalni. Ci, co nadal są, już byli a nie ma tych, którzy się pojawią. Wiatr czasu trzaska obluzowaną okiennicą… Zbłąkany wędrowiec odnosi wrażenie opuszczenia nadymającego gestami stroje zapomnianych figur, chcących na nowo uczynić się postrzegalnymi. Otwiera drzwi do różowego buduaru, widzi przewieszoną przez szezlong postać mężczyzny w przenicowanej jesionce: domorosły filozof ma nóż wbity w brzuch, wywalony język, oczy wybałuszone… Jedną dłoń zaciska na przeźroczystym peniuarze, z drugiej wypadł mu kryształowy kielich. W srebrnym lichtarzu obwieszonym strączkami zielonej stearyny tlą się dwa ogarki świec. Gasną w powiewie wiatru wionącym z otwartego okna. Nadchodzi niepokojące niewiadome?… Zbłąkany odnajduje się w zagubieniu: narzuca uperfumowany szlafroczek na twarz zmarłego, spostrzega paczkę listów przewiązanych błękitną wstążką. Skropione krwią domorosłego wystają spod jego siedzenia. Wędrowiec wyciąga je, pochyla się w staromodnym ukłonie i przeniknięty trującymi miazmatami obcych mu zamysłów, wychodzi przez francuskie okno, nie zwracając uwagi na cień, czający się za japońskim parawanem. To cień dojmującego przekonania, że tylko nieistniejąca fizycznie osoba mogła być adresatką miłosnych wyznań. Tymczasem na kopertach wyraźnie widnieje imię: Salomea…

Tajemnicza nieznajoma szuka pomysłu na sen o przyszłości, w którym ukaże się cała prawda. Nie chce z nikim nawiązywać kontaktów, nie zdaje się na gładkie konwersacje. Pragnie, by każde senne przywidzenie mówiło za nią, ba, wymawiało pod jej postacią sekrety czasu zrozumiałe dla nawiedzonej marą przybyłą z nadchodzącego Niewiadomego. Tajemnicza nie jest ani duchem, ani istotą ludzką, stanowiąc ukryty przejaw umysłowych wyobrażeń gości pojawiających się z zrujnowanym pałacyku. Przybywający wypowiada się na swój temat, a tajemnicza siła odbija jego głos, mąci, filtruje, odzywa się w nim przerażeniem niepojętego – stanem umysłu, zsyłającym ludzi opętanych rozumnym widzeniem świata na manowce wiary. Nieznajoma przenika zbłąkanego pytaniem o przyszłość, czekając na ukryty odzew. Lęk przed wypowiadaniem się na głos sprawia, że milczenie na skryty w śpiącym temat może świadczyć o rozumnym namyśle, przeważnie jednak stanowi przejaw skrzętnie skrywanej głupoty. Moc działania tajemniczej nieznajomej skłania do wywlekania z głów zachodzących do ruin pałacyku intymnych wyznań, na ogół bzdur pozbawionych elokwencji; oplątują nimi swe chuderlawe szyje, ulegając powolnemu… wyduszeniu. Wtedy dusze porzucają niepotrzebne ciała, lokując się w pobliskich sprzętach, chociaż mówi się, że przyzwyczajone do swych nosicieli nie opuszczają ich nawet po śmierci. To może oznaczać jawne przenosiny, ba, nawet wynoszenie się, by nie zabierać głosu na przyszłość… Tajemnicza odnotowuje niewypowiedziane przywidzenia: badając osobnicze przypadłości niejasnych przeczuć, wertuje kompendia wiedzy tajemnej, jedynej właściwej dla jej uduchowionej postaci. Wymawia obce słowa w starożytnych językach, smakuje każdą zgłoskę, lekko nadgryza, ślini, po czym wykrzykuje z przerażeniem poszczególne sylaby, a dźwięki wiją się między oparciami krzeseł, wwiercając się do uszu niczym skorki, co przyprawia nawiedzonych egzystencją nieznajomej o długotrwałe konwulsje. Echo wpija się w kombinacje wymiarów. Nieznajoma nawiedza opętanych dosłownym rozstrojem czasu. Miota nimi między przepadłym bez pożegnania a wyśnionym bez nadziei, niestety, odzew nie nadchodzi. A ona nie ustaje w wymownym badaniu wpływu komunikacji werbalnej na stan świadomości przypadkowych gości, uważających się za ludzi, pogrążonych w realnym otoczeniu. Znękani koszmarami sennymi uczestnicy doświadczenia albo padają trupem, albo, co gorsza, poruszeni do głębi uciekają z krzykiem, nie chcąc być igraszkami natury. Cóż… Martwy język do nich nie dociera, żywe słowo za nimi nie nadąża. Czasami dopada ich poetyka noża w brzuchu, jakby ciało słowem się stało. Tajemniczej nieznajomej jedno i to samo przychodzi do głowy, ale boi się tego wymówić.

Zapomniany kompozytor z zakrwawioną twarzą wchodzi do apteki, od progu domagając się pomocy. Niewidzialna dłoń przeciera mu zalane krwią oczy, on patrzy, nie wie, czy to, co widzi, jest tym, czym jest, czy jest wynikiem jego upadku. Słowo „jest” syczy mu w uszach rojem os, aby wkrótce zabrzmieć a¹, długą, wlokącą go za sobą nutą. Apteczny ciągnie się w nieskończoność, jakby jedno lustro odbijało się w drugim, ukazując głębię niknącego w dalekiej perspektywie składu. Ściany obstawiono regałami, na których piętrzą się pod niewidoczny sufit skrzynie, pudła przewiązane sznurami, szklane balony pełne mętnej cieczy, walizki pościągane pasami, fajansowe słoje, obtłuczone garnki. Kołysana wiosennym wiatrem lampa gaśnie, rytmicznie rzucając coraz bledsze plamy światła na zgromadzony dobytek. Zapomniany, nie wierząc we własne szczęście, idzie przed siebie, zadziera głowę, widzi Drogę Mleczną, migoczącą na nocnym niebie. Trzecia droga, mówi, nareszcie ją odkryłem. Zaniepokojona magister obserwuje krążącego po aptece kompozytora: nie dość, że zadeptuje dopiero umytą podłogę, to jeszcze plecie do siebie, przy okazji usiłując dobrać się do zamkniętych na klucz gablot pełnych narkotyków. Farmaceutka otwiera tylne wyjście, a przeciąg natychmiast wywiewa natręta z apteki. Pozostaje po nim zanikająca fermata, która niemuzykalnej kobiecie z niczym się nie kojarzy. No, może z przeciągłym bólem głowy… Jednak kompozytor wie, że trafił na właściwy trop. Krew przestaje ciec z nosa, dłonie Kosmosu otaczają go kulą czarnego szkła. Coś się dzieje poza nim, a on jest znakiem tej gry, akordem powstałym na przecięciu linii melodycznych rozpiętych w przestrzeni. Patrzy w dół, widzi to samo, co w górze: kryształ nocy mieni się gwiazdami. On jest w centrum wydarzeń, unieruchomiony dokładnie w punkcie, gdzie równoważą się wszystkie siły. Będzie tu tkwił niepowtarzalnie w świecie należącym do niego. Magister odurzona aptecznymi wyziewami, zanim zamknie drzwi na podwórze, chwyta haust świeżego powietrza: południe, słońce świeci, ktoś grzebie w śmietniku. Co za ludzie… Skąd biorą w sobie tyle codzienności?! W aptece siedzi zapomniany kompozytor, pije z butelki syrop na uśmierzenie bólu. Wszędzie składa się na niego pustka dopasowanych do siebie elementów, ziejących pustosłowiem jego intencji, niedorzecznych lub prawdopodobnych, podobnie jak pusty świat dopasowany do próżni, a próżnia do próżnych wysiłków świata na rzecz… dorzeczności wysławiania nicości. Zapomnianym miotają nic nie mówiące czynniki nieokreślonego porządku, pola skrytych sił, składające się w niepotrzebną nikomu całość, wywołaną z niewiadomego na jaw niczym kłębiący się rój efemeryd – jętek żyjących od kilku godzin do kilku dni bez pobierania pokarmu.

Zbłąkany wędrowiec mierzy siły na zamiary, idzie szybkim krokiem, cały czas poszukując ustronnego miejsca w życiu. Przystaje, zaciska zęby, spręża się, prze przed siebie. Gna go tajemnica związana z momentalną, wręcz kwantową, niekontrolowaną zmianą miejsc pobytu. Przymus każe mu się nieustannie przemieszczać, aby odczuwał cielesny rozziew pomiędzy ulotnymi chwilami –  skłonność wypełniania postacią określonych wymiarów. Właśnie! Wzmagająca się ilość przejść między tym a tamtym może być umysłowym złudzeniem, wynikającym ze zbłądzenia w zawiesinie powstającego unicestwienia. Nie płynność ruchów, lecz rodzaj filmowanego klatka po klatce, utrwalonego bezruchu, sprawiającego wrażenie nieprzepartej żywotności. Umysł przyjmuje wiarygodne dla siebie bodźce, jako sycenie się ruchliwością, której wędrowiec poświęcił swoje trwanie w trawieniu. Chcąc nie chcąc, stał się nośnikiem onomatopeicznego przemieszczania, rozgrywki współbrzmień słów związanych z przetrawianiem i przetrwaniem. Gra wyjawia wtajemniczonym prawdę miejsca trawienia trwania, przeznaczonego wyłącznie na własny użytek. Nie człowiek, jeżeli przyjdzie mu ochota, trwa uporczywie w jednym miejscu, lecz miejsce trawi zdanego na nie człowieka, przerabia na martwicę, pozostawiając „na miejscu” śladowe oznaki przemiany zachodzącej poza wolą zrozumienia. Jedno przechodzi w drugie, korzystając z ciała wędrowca niczym z urządzenia do przetwarzania trwania, gdzie rozgrywa się przemierzający go przenikliwy rozkład. Przemieszcza się z miejsca na miejsce, a użytkownik trawiony przez czas nie potrafi ani temu zapobiec, ani powstrzymać procesu przeciągającej ciałem transformacji. Szuka zakątka zbytu nękającego go procesu pożywiania się i wypróżniania, jakby od urodzenia był skręcona rurą zawartą w obecności, nad którą nie panuje. Dąży w poszukiwaniu, prze przebierając… Czym w takim razie poi się dusza? Jakaż intymna sekrecja stanowi jej pożywkę, ów dozgonny wyrób wytwarzany przez człekokształtne urządzenie osadzone w świecie? Nikt tego nie może sobie uzmysłowić, gdy trójwymiarowy kształt bytu przymuszony wewnętrzną przemianą ostatkiem sił z niestosownym odgłosem wydobywa z siebie produkt przemiany życia w nieżyt. Pokutne, pobytowe, podzwonne?… Paskudne przyzwyczajenie do samego siebie, mówiąc wprost, kalanie własnego gniazda, przydarzające się także osobom duchownym, nie mówiąc już o tych, czujących od urodzenia wstręt do swego ucieleśnienia. Pokątne humanizowanie. Zbłąkany niezręcznie rozrywa błękitną wstążkę, podciera się skropionymi krwią serdeczną listami miłosnymi pisanymi na papierze welinowym do niejakiej Salomei… Po czym udaje się w dalszą drogę.

Pani magister wlecze swe przywidzenie w głąb składowiska po żelaznych, kręconych schodach. Zaciska dłoń na kołnierzu odzienia, długiej nocnej koszuli ozdobionej krzyżykowym haftem, uparcie ciągnąc zbłąkanego za sobą po ażurowych stopniach, wszystko po to, by wędrowiec poczuł wreszcie smak życia, które zamierza mu przybliżyć ona, skryta koneserka trucizn i antidotów. Odsapuje chwilę na poziomie pierwszej piwnicy, choć nabranie przesyconego chemikaliami powietrza jeszcze bardziej narowi jej umysłowość. Farmaceutka zapala lampę, by dalej wlec przywidzianego w głąb składu. Pod sklepieniami czają się wory ziół, moszczą się pudła medykamentów, a flakony nalewek, wyciągów mienią się barwami złota, rubinu, niepokojącego fioletu, żałobnej czerni. Za oficjalnymi magazynami, skąd czerpie się owe specyficzne tynktury, znajdują się separatki dla wtajemniczonych w to, czym naprawdę jest skład apteczny „Datura”. Pokrętne zamysły drogistki materializują się jako sekretne gabinety, gdzie zażywa się wyuzdanych rozkoszy życia, a przynajmniej tego, co jako „rozkosz życia” wyobrażała sobie farmaceutka podczas nocy nieskrywanej samotności. Pewni, ledwie co naszkicowani klienci jeden do drugiego, na ucho, nie licząc się z jej obecnością, zamieniali jakieś słówko lub żart, a ona dopiero po dłuższym czasie orientowała się, że rozmowa dotyczyła obcej mgr dziedziny wstydliwego, a nawet zakazanego. Mieli je na końcu języka, nie bali się tego wymawiać, popatrując na nią z ukosa, gdy tymczasem ona trzymała trudne do pojęcia perwersje za zamkniętymi drzwiami rozwiązłej imaginacji. Teraz jednak odurzona farmaceutka, ciągnąc za sobą widmo wędrowca, zmierza śmiało do miejsca, które w swoim tajnym dialekcie (zwanym także „zielonym językiem”) pieszczotliwie nazywa składzikiem: pomieszczenie, będące umiejscowieniem i mieszkaniem, przeznaczone na osobisty postój, gdzie od wyziewów zakazanych uciech robi się mokro… Bynajmniej nie chodzi jej o wyuzdany seks, lecz o napięcie między wargami a ustami. Magister idzie pod prąd! Pogwizduje pod nosem, czując przenikliwe łaskotanie, jakby zabłąkany palec trafił pod starą strzechę, gdzie buzuje ogień na kominku, a w garnku perkocze pożywna zupa. Ona jest chałupą ukrytą w głębi lasu, ona jest izbą spragnioną strudzonego wędrowca i jego sekretną kryjówką. O, tak!… Omamy znów nawiedzają  otumanioną umysłowość. Otwiera kluczem drzwi do składziku, wpycha doń zdrętwiałe, zdradliwe wyobrażenie mężczyzny, po czym woła z głębi całej duszy: Gwałcicielu, odpuszczają ci się grzechy twoje!! Będzie na potem, gdy zamknie aptekę, uwolni się od pracowitości, by rozebrana ruszyć śmiało przed siebie, przed swoją nielubianą postacią, rozkładając wzbierające w niej z taką siłą… złorzeczenie.

Bezdomny bezrobotny stanowi ulotny byt, bujający pomiędzy natrętnymi realistami. Nie pospolituje się z fenomenami namacalnej egzystencji, lecz jako kształt narzucony duszy, próbuje zdyscyplinować jej nieodpowiedzialne poczynania. Zarazem jest i go nie ma, czego nie znosi potocznie wysławiany język, sprowadzając zagadkę trwania do gier słownych, oplatających każde solidne uczłowieczenie. Wymowa umysłu zaniepokojonego tym utajonym stanem wiedzie każdą wypowiedź do banalnego mówienia o niczym, jakby to jedno nadawało trwałą wartość rozumnemu istnieniu. Ludzie przeobrażają się niczym owady, a ich „nieludzkie” kadłuby pozostają w czułej pamięci innych, wrażone na kształt sztyletów wbitych w serce po rękojeść. Bezdomny tkwi w przeświadczeniu, życie bowiem nie szczędziło mu boleści, a oklepane frazesy cierpień stanowiły jego chleb powszedni. Stanowił kulę u nogi obcej mu wyobraźni: nadziewała jego postać chorobliwymi urojeniami, aby uczynić z niej bałwana, przebłagalną ofiarę w odpowiednim czasie posłaną na stos wraz z wepchniętym weń złem. Zrządzenie losu, pocieszał się w naiwności. Pleść dzień i noc warkocze słów, a potem, dławiąc się, wywlekać je z ust, te sztuczne, splątane kołtuny, naciągane fabuły, wywłoki losów, mające ukryć prawdę tego, co wyradza się lub znika. Podniecać stare panny intryg, przewrotnie snuć zgorzkniałe wdowy akcji, byle resztki otępiałej umysłowości miały się czym zająć. Bezrobotny nie robi nic, by zmienić swoją dolę. Bezimienny bez życia w śmierci bytuje nie jako człowiek (bo ten stan jest dla niego ohydny), lecz jako wypłosz, nieokreślony słownikowo figurant plasujący się między wyproszonymi z uczty życia a spłoszonymi przez śmierć. Przemyka się, przeistacza, wypłukuje się z deszczu, jako jawny przykład niedoróbki wypowiedzi na temat istnienia, jest tym, czego językowo nie da się ująć w karby rozumu przyzwyczajonego do racjonalnych nagniotków i wypocin. Wyobrażenie przeznaczenia pociesza go, klepiąc po głowie. Wypłosz wschodzi z wiosną, kiełkuje, wypuszcza pąki lub skrzydła, rozlatuje się pyleniem brzóz, przelotem kosów… Wiatr, deszcz, grad roznoszą go po zapuszczonych ulicach Lokalnego Bąbla. Na ogół przywiduje się opętanym manią zdrowego rozsądku nieukom, tułającym się na marginesie rzeczywistości. Coś mnie tknęło! wołają, goniąc nieuchwytne. Nigdy nie przywykną do siebie, jedynie ich wyobrażenia powodują, że niejasne postacie bezdomnych bezrobotnych przeciągają między nimi, niczym mityczne bestie natchnienia, siejąc zamęt w tępym prostactwie. Wydaje się doświadczonym, że prawda życia jest ciasnotą poglądów toczących codzienne przywidzenia, a żywa nieprawda niewymownym krzykiem, nawiedzającym znękanych niedowiarków niezrozumiałą dosłownością.

Nakłanianie do opuszczenia świata żywych stało się obsesją magister, półżywej ze zmęczenia, gdy wreszcie mogła zamknąć drogerię na klucz: nikomu pod żadnym pozorem nie udzielać pomocy. Nie ma jej dla nikogo, a przecież jest jakkolwiek, w nieokreślonej sferze perwersyjnych przywidzeń, jako obiekt wybujałej wyobraźni, rojeń o szczęściu lub nieszczęściu wyrażanych językiem wagonowych romansów. Przeciąg przewraca karty, słowa milkną, wyrazy pozostają, litery rozpływają się w mroku… Magister pokrywa się zielonkawą poświatą przyćmionych lamp, zanika w oniemieniu, stając się tym, czego żadna żywość ni martwość nie chcą wziąć pod uwagę: przetworzeniem, płonnym zamysłem, grą możliwości, przypuszczeniem czegoś, co mogło gdzieś się zdarzyć, jednak tylko połowicznie zaznaczyło swoją obecność, niczym dym przybierający nagle postać anioła. Subtelne namowy, stają się cichym bełkotem, z którego wyłania się gorzka niesłowność, zawód miłosny wiszący w powietrzu w oczekiwaniu na swego wykonawcę: niewypowiedziane żądze przyrodzenia… Strach! Małomiasteczkowy emocjonalizm, niczym kapusta kisząca się w starych beczkach po zakurzonych kątach, wydobywa z obdarzonych wymową niejasną naturę ich doczesnego bytowania: przychodzą na świat, by zaraz go opuścić. W dziejach geologicznych wydają się być pozbawionym sensu kaprysem żerującej na martwicy biomasy. Wezbrana uczuciowość wzdymająca owe twory gazami rozkładu, budzi lęk wśród nosicieli niezbywalnych dogmatów. Wartościują swój żywot, wypisując na pomnikach cmentarzy tytuły zasługi, a ich skażone truciznami bytu umysły podsuwają im coraz szpetniejsze omamy, by błądzili pośród nich jako zbawcy lub odnowiciele: imiona ryte w marmurze. Dlatego martwota rzeczy dąży do całkowitego wyniszczenia żywiących się rozkładem tkanek. Gnilnymi wyziewami dobywają się z organizmów niczym owa mityczna gra słów. Pożerający się wzajemnie przedstawiciele życia, podsuwają sobie chimeryczne obrazy zaświatów, ba, równoległych wszechświatów, kwantowego wieloświata, przedświata i poświata, niczym widoki na przyszłość. Wielosłowie nie nadąża za wymową: idźcie stąd czym prędzej! Tą wiadomością opatrzona jest każda przepaść, każda nadbrzeżna skarpa, dreszcz fal, szum wiatru. W ten sposób świat ogania się od ludzkich natrętów, podsuwając im pod nos, co dla nich zrozumiałe: jednostronny widok przywidzenia, rozstrojony podział czasu, starożytną, wyniosłą skarpę, brzeg, mityczny kres, na którym rozgrywa się umysłowa szamotanina. Namolna rzeczywistość udaje martwe od miliardów lat monstrum wybujałej kreacji opatrzone pieczęciami zawiłych ideogramów, strzegących jego tajemnic. Tymczasem… jest to jedyny autentyczny bóg, który jeszcze żyje.

To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.