Wydawca: Biblioteka Analiz Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2008

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 600 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Chaos i świńska skóra - Piotr Stróżyński

Akcja tej pełnej ironicznego humoru powieści dzieje się w latach 1986-2008. Bohater, mimo biegu lat, nie potrafi i nie chce wyjść poza przesycone buntem ideały, dezerteruje przed dorosłym życiem. Czyni to mimowolnie, lecz zgodnie z punkowym sloganem „chaos is my life”. Rosnące upodobanie do alkoholu przeradza sie w obsesje a nihilistyczna pustka staje się esencją jego życia. Czy (stracona?) miłość obudzi go do życia?

Opinie o ebooku Chaos i świńska skóra - Piotr Stróżyński

Fragment ebooka Chaos i świńska skóra - Piotr Stróżyński

Piotr Sróżyński CHAOSi świńska skóra

Jirafa Roja

Warszawa 2009

© Copyright by Piotr Stróżyński, 2008 © Copyright by Jirafa Roja, 2009

Redakcja:

Korekta:

Zdjęcie autora:

Zdjęcie na okładce:

Łamanie i projekt okładki:

Druk i oprawa:

Łukasz Gołębiewski Joanna Ożóg Zbigniew Król

Kati Neudert | Dreamstime.com Tatsu

tatsu@tatsu.pl Fabryka Druku www.fabrykadruku.pl

ISBN 978-83-61154-14-3

www.jirafaroja.pl

Wydanie II Warszawa 2009

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

Rozdział 1

LIPIEC 1986

Zatem pozostała jeszcze tylko jedna godzina; około sześćdziesięciu minut czasu. Ostatnie chwile, aby wymienić poglądy, stworzyć jakieś ustalenia. Nikt się jednak do tego nie kwapił. Poszliśmy w nieco ustronne miejsce, w pobliże osiedlowego trzepaka, aby łyknąć z butelki, którą zorganizował Garnek. Byliśmy teraz doskonale widoczni z okien i balkonów otaczających nas bloków, ale jakoś nikt z nas tym się nie przejmował, bo i przecież naprawdę nie było czym. Tubylcy przywykli do niecodziennych zachowań ekscentrycznie wyglądającej młodzieży i należało założyć, iż nasza obecność nie wzbudzi niczyjego zainteresowania

Tętniący tłumem gmach Jarocińskiego Ośrodka Kultury zniknął nam z oczu. Oparliśmy siebie i gitary w futerałach o nieco pokrzywiony trzepak, podawaliśmy sobie kolejno butelki z wódką i gazowaną wodą. Haiki wychylał niewielkie łyczki i w ogóle się nie krzywił. Garnek przeciwnie. Widać było, że brakuje mu tchu i ma łzy w oczach. Mnie również zatykało. Alkoholowy preparat nie chciał pozostać w żołądku, pragnął wrócić na zewnątrz, a ja rozpaczliwie starałem się mu to uniemożliwić.

W upalny, lipcowy dzień, ciepła wódka była samobójstwem, ale nikt się nie sprzeciwił. Wraz z Garnkiem zgodnie twierdziliśmy od dawna, że na trzeźwo nic nam nie wychodzi i jeżeli mamy pozostawić sobie jakieś szanse, to musimy coś przedtem wypić. Wydawało nam się, że tylko po pijanemu możemy cokolwiek zwojować, bo alkohol wyzwala siły twórcze. Nie wiem jak inni, ale ja ostatnimi czasy bez obecności kontrowersyjnej substancji w organizmie, bywałem ponury lub zalękniony, zaś preparat z butelki wprawiał mnie łatwo w upojny, euforyczny stan. Traktowałem więc ów płyn, jako oczywiste lekarstwo na niedogodności codzienności.

Tworzyliśmy punkowy zespół muzyczny, trio, które za około godzinę, miało się zeprezentować jurorom, celem zakwalifikowania do Festiwalu Muzyków Rockowych Jarocin 1986.

– Gramy jeden kawałek. Jak się spodobamy, to powiedzą, żebyśmy grali drugi — Haiki pierwszy przystąpił do konkretów. — Jakie kawałki gramy? — patrzył wyczekująco w moje oczy.

Przez chwilę czułem satysfakcję. Przecież przyszedłem wraz z Garnkiem znikąd, nie mieliśmy większego pojęcia o grze w zespole. On zaś grał na jarocińskiej imprezie już dwukrotnie. Dla nas był gwiazdą; nauczył nas wszystkiego, a teraz, po upływie pół roku prób, ode mnie oczekuje programu występu. Zostałem liderem.

– Jakoś nie wierzę, że możemy się spodobać — wtrącił Garnek. — My?!

– Zagramy „Kobiety” — wymieniłem tytuł jednego z naszych utworów, kurczowo ściskając w dłoniach butelkę. — I co potem? Niech najpierw nas nie wyrzucą po tym numerze, to się wymyśli. Pewnie wyrzucą i na tym koniec będzie. Pojedziemy do domu na piwo i nie będziemy się musieli dalej męczyć.

– Ty! Dlaczego zmieniłeś nazwę? Przecież miało być Prostytutka Renata, a nie Maria — Haiki domagał się wyjaśnień, bowiem gdy w biurze organizacyjnym festiwalu zapisywałem zespół, pozwoliłem sobie samowolnie zmienić wcześniejsze ustalenia względem nazwy

– Bo Renata tak nie brzmi jak Maria. Nawet Marysia byłoby lepsze… Prostytutka Maria, to tak… Coś w tym przyciąga. Marysia jest bezbronnie przyciągająca I taka polska Jak sierotka Marysia. Brzmi dobrze. A jaka szansa na profanację!

– Pierdolisz! Przyciąga? — dziwił się Garnek.

– No

– I jakja się teraz Renacie odwdzięczę, za to, że mnie olała? — Haiki nie dawał za wygraną. — Suka! — wycedził z pogardą.

– Specjalnie dla niej skomponujemy nagranie i tekst napiszę — zapewniłem.

– To pisz. O sukach i dziwkach. Jaka profanacja? — zaciekawił się

– Kopia pewnego obrazka z Częstochowy na centralce od perkusji w połączeniu z tą nazwą. To byłoby mocne — odparłem beztrosko

– Nooo… — mruknął Haiki. — Ciekawe czy zdążyłbyś spierdolić, czy zajebaliby cię na scenie. Też wymyślił! Samobójca!

Przemogłem wstręt i przyłożyłem butelkę do ust. Wlałem w siebie solidnego łyka, przełknąłem i natychmiast popiłem wodą z drugiej butelki. Pociemniało mi w oczach, zupełnie jakbym oberwał w głowę młotkiem. Ohydny smak wykrzywił usta, z żołądka wystartowała pospieszna winda. Ale jakoś wytrzymałem. Dzień z powrotem pojaśniał i wrócił do normy. Zrobiło mi się nawet raźniej. Być może z tego powodu, że wreszcie mogłem przekazać naczynie Haikiemu i przynajmniej na razie, nie musiałem pić.

– Dadzą nam zagrać chociaż jeden kawałek? — Garnek nie dowierzał. — Znowu nie pognają, zaraz na początku i jeszcze psami nie poszczują? Chciałbym zagrać ludziom na festiwalu, chociaż jeden kawałek. Chociaż na samych przesłuchaniach. Trochę wiary w tym „Joku” słucha tych przesłuchań. Jest komu grać. Za pół roku prób i żebrania kasy na bilety, chciałbym choć przez kilka minut zagrać dla ludzi — wyznał.

Punkowe trio tworzyliśmy zaledwie od pół roku. Mieliśmy na koncie tylko jeden publiczny występ. Działo się to zaledwie kilka dni temu, 22 lipca, w jarocińskim amfiteatrze. Na co dzień ćwiczyliśmy w Jarocińskim Ośrodku Kultury, gdzie udzielono nam azylu i wypożyczano sprzęt na próby. Z okazji państwowego święta, muzyczne zespoły z „Joku”, miały zaprezentować swe umiejętności publicznie Do amfiteatru przyszli nawet partyjni dygnitarze Wyrzucono nas w połowie drugiego nagrania, wyłączając aparaturę nagłaśniającą

– Jeden kawałek każdy może zagrać — wyjaśnił Haiki. — Wystarczy się tylko zapisać. Jak zaciekawisz, to dadzą ci zagrać drugi numer. Ale później jest jeszcze drugi etap przesłuchań i tam już żądają więcej i trzeba zagrać przynajmniej trzy numery. Wychwycą każdy błąd. Teksty też są dla nich ważne.

– Trzy numery? A my mamy tyle? — niepokoił się Garnek.

– Mamy osiem opracowanych w miarę dobrze i cztery niedobrze — powiedziałem, chociaż zebrani dobrze o tym wiedzieli. — Właściwie to cztery są opracowane naprawdę dobrze — dodałem — pełna automatyka.

– Jesteś pewien? Nie będzie wstydu? — Garnek wciąż panikował

– Nie będzie — odparłem. — Na dwudziestego drugiego lipca też wstydu nie było, tylko przyszli partyjni i musieli nas pogonić. Chyba przesadziłem. Trzeba było dobrać odpowiedni repertuar.

– Chyba — ironicznie wtrącił Haiki.

– Po prostu nie byłeś komercyjny — dodał Garnek.

– Wy też nie. Przecież byliście na scenie.

– Ale nas do głosu nie dopuściłeś. Jak chciałem wyjaśnić, że jesteś czubek, to już nie zdążyłem, bo mikrofon wyłączyli — kpił Haiki. — O! Steve idzie!

Chybotliwym krokiem, zbliżało się do nas niskiego wzrostu, ale bardzo masywnej budowy ciała indywiduum. Osobnik porośnięty był jasnymi (utlenionymi), sterczącymi włosami, upstrzonymi zielonymi plamkami. Miał na sobie wybijaną ćwiekami i popisaną, czarną kurtkę skórzaną oraz żółte spodnie w czarne pasy. Nogi skrywały wysokie, wojskowe buty. Przybysz miał też bardzo zaawansowanego zeza

– Zapisaliście się? — pytanie skierował do mnie, a przynajmniej domyśliłem się tego, analizując kierunek osobliwego spojrzenia i skierowania twarzy

– Tak.

– I beze mnie? Obiecałeś, że weźmiecie mnie na wokal.

Chyba miał rację. Na którejś próbie postawił wódę i coś tam mu naobiecywałem I jak teraz z tego wybrnąć?

– To śpiewaj — usłyszałem swój głos. Jakoś tak samo mi się powiedziało

– Ale tekstów nie umiem. Trochę tylko podłapałem na próbach

– To śpiewaj swoje, a ja swoje — sam się zdziwiłem, skąd mi się to wzięło

– I będzie jak w szpitalu wariatów — wtrącił Haiki.

– Ale jazda — podsumował Garnek.

– To znaczy, wy jedziecie swoją robotę, a ja się wpierdalam ze swoim wokalem? — poważnie pytał Steve.

– Może tak być.

– Naprawdę? — nie wierzył

– Jak najbardziej

W głębi duszy, byłem teraz zły na siebie, ale wycofać się już nie umiałem. Na niespełna godzinę przed kwalifikacjami, dokooptowałem nowego członka zespołu. Pewnie dlatego, że nie wierzyłem w sukces i w taki sposób mogłem porażkę obrócić w żart? Sam nie wiedziałem. A może dlatego, że zwyczajnie bałem się legendarnego punka Steva z Jarocina, znanego w całej Polsce? Nie wiedziałem jak zareaguje, gdy mu odmówię? Bo przecież o jego reakcjach słyszałem już wielokrotnie i raczej nie chciałbym ich doświadczać na sobie.

– To jak? Haiki gra na bębnach, ty na basie i śpiewasz, Steve też śpiewa, a ja dalej gram na gitarze? — pytał Garnek.

– Ty na gitarze.

– To dobrze. Bo jakbyś mi teraz kazał grać na harfie, to nie wiem, czy bym sobie poradził.

– Pół roku prób… — Haiki chciał pewnie protestować.

– Będzie ogień, czad! — przerwał mu nasz nowy wokalista. — Damy takiego kopa, że wszystkim mózgi się rozpierdolą! Zobaczą dopiero, co to znaczy punk. Nie pękajcie. Damy radę. Ja się na tym znam. I trochę tekstów znam. Mam kasetę z waszą muzą — zza paska od spodni wyciągnął napoczętą butelkę wina, triumfalnie podniósł do góry, potrząsnął i przytknął do ust.

– A co będziesz śpiewał teraz? Na przesłuchaniach? Zaraz?

– Jeszcze nie wiem.

– On będzie chórki robił i refreny powtarzał — powiedziałem

– To my mamy jakieś refreny? — nie mógł uwierzyć Garnek.

– Albo niech teksty językiem migowym tłumaczy — zaproponował Haiki.

– Ja sam wymyślę, co najlepiej, jak przyjdzie pora — zapewnił Steve — wciskając mi do ręki butelkę z napisem „Kwiat jabłoni”.

Poczęstunek Steva pozbawił mnie oddechu na kilka długich chwil. Wbrew etykiecie był to chyba spirytus, nieznacznie tylko czymś rozcieńczony. Dopiero po kilku minutach, kiedy mi się solidnie odbiło, zacząłem podejrzewać, iż raczej nie należy owej substancji zwać spirytusem, tylko denaturatem

Stroiliśmy instrumenty, w przyległym do sceny pomieszczeniu. Steve gdzieś się zapodział i pomyślałem z ulgą, że nie przyjdzie i dzięki temu, wciąż mamy szansę zakwalifikowania się do udziału w imprezie. W kolejce do wzmacniaczy czekał zespół metalowy, wyposażony w markowe gitary „Gipson”. Widziałem, jak wymieniają kpiące spojrzenia, gdy wyjąłem z kieszeni kombinerki, aby przekręcić ułamany klucz basowej gitary.

– Gdzie jest Kurwa Renata? — zadudniło na progu i ujrzałem Steva, trochę bardziej chyboczącego się na boki, niż zazwyczaj. — A tu jesteście! Zaczynamy?

– Nazywamy się Prostytutka Maria — wyjaśniłem.

– Że jak? — Garnek wydobywał z gitary przeraźliwe piski i zagłuszał słyszalność.

– Jesteśmy Prostytutka Marysia. Nazwa taka.

– I co z tego? Może być. Ja żem już grał w kapelach Syf, Dno, Dykta, Gówno… Kurwa Marianna też może być. Nastroiliście się?

Było to o tyle trudne, że musiałem się bardzo napocić, aby przekręcić klucze przy gitarze, zaś instrument Garnka wciąż się sprzęgał i piszczał

– Tak — odpowiedziałem zdecydowanie.

– Bardzo — dodał gitarzysta.

– Idziemy! Zaraz nas zawołają — Haiki z pałkami od perkusji w dłoni, podążył do drzwi.

– Może jak mamy dwa niezależne wokale, to należy zmienić nazwę na Schizofreniczna Prostytutka Maria — rzuciłem do Haikiego, ale ten spojrzał na mnie dość nieprzytomnym wzrokiem i nie odpowiedział.

Wychodząc, czułem na plecach drwiące spojrzenia muzyków od metalu, odzianych w skórzane kombinezony (nie kurtki, lecz właśnie kombinezony, czy też może posiadających profesjonalny sceniczny image?).

– Za chwilę nastąpi katastrofa — przygotowywałem się w myślach na najgorsze

Scena na którą bez czekania wkroczyłem, była mi dobrze znana. Przecież grałem tutaj wielokrotnie w ramach prób. Tylko, że wtedy widownia była pusta, a teraz, w półmroku, siedziało tu wielu ludzi, zaś wszystkim kierowało szacowne jury Włożyłem gitarową wtyczkę do gniazda wzmacniacza. Odwróciłem się, gotów stawiać czoła przeciwnościom. Z wysokości sceny, patrzyłem na ludzi. Wielokrotnie o tym marzyłem… Oto więc mam co chciałem. Jestem na estradzie, a przede mną są widzowie. Zjechali tutaj z całej Polski. Chociaż chyba nie do końca widzowie. To w większości członkowie rozmaitych zespołów, uczestniczących w przesłuchaniach, czyli muzycy. A zatem jeszcze gorzej, bo tacy wychwycą wszystkie fałszowania i niedoskonałości.

– Proszę, najpierw sekcja — usłyszałem w głośnikach.

Automatycznie zacząłem grać, Haiki wybijał rytm na perkusji.

Po chwili kazali dołączyć Garnkowi.

– Dobra! Stop! Ile mikrofonów wam potrzeba?

– A nie widać, że dwa? — pierwszy raz odezwał się Steve.

– Ty będziesz śpiewał!?

– Też.

– Dobra Dajcie próby na mikrofon

– Litwini uwidieli niedwiediu i pticu — powiedziałem. — W cerkwi nad Niemnem, Litwini uwidieli zajcu i kołchoźniku.

– Byłem w niebie u Lenina. Tam, zdrożała margaryna — dodał Steve.

– I ocet — wtrącił Garnek, doskakując do mikrofonu.

– W porządku! Dobra! Możecie zapodawać! — zauważyłem, że reżyser przesłuchań szczerzy zęby w uśmiechu, zaś większość obecnych patrzy na scenę z zaciekawieniem

– Kiedy Adam się wysrał, diabeł z jego gówna stworzył kobietę — wyrecytowałem do mikrofonu. — Żeby zaraz na wstępie zniszczyć boże dzieło, unicestwić rodzącą się cywilizację

Haiki załomotał w bębny i zaczęliśmy grać, dość osobliwą wersję „Marsza Żałobnego” Fryderyka Chopina.

– La! La! La, la! La! La! La! La, la! La, la! — donośnie włączył się Steve

Właściwe nagranie rozpoczęliśmy idealnie równo, ale nie mogłem się jeszcze tym radować, bo nie było kiedy. Jednak gdzieś przez świadomość przebiegło spostrzeżenie, że wszystko przebiega jak trzeba Teraz, do swej gry, musiałem dołączyć śpiew, a raczej gardłowy krzyk, czy też może wrzask (kilku ludzi powiedziało mi, że jest to śpiew schizoidalny, ale nie pytałem ich, co to określenie właściwie oznacza).

– Szminki! Cienie! Tusze! Lakiery!

– Oczy widzą kłamstwa! — wyryczał Steve, a zrobił to bardzo poprawnie, jakby ćwiczył z nami od dawna

– Słowa! Zdania! Szepty! Przysięgi!

– Uszy słyszą kłamstwa! — Steve znał więc, przynajmniej ten tekst i wiedział jak go wykrzykiwać A może bardziej domyślał się co krzyknąć, niż pamiętał?

– Muśnięcia! Drapania! Pstryczki! Pieszczoty!

– Ciało dotyka kłamstwa!

– Pocałunki! Zęby! Ślina! Wargi!

– Język smakuje kłamstwa!

Teraz musiałem bardzo skoncentrować uwagę, gdyż urozmaiciliśmy środek tego utworu, kilkoma zmianami rytmu, przyspieszeniami i niespodziewanymi zwrotami.

– Pogo! Naprzód legiony jutra! Breslau ogień! Puny czadu! Taranem zadyma! — wrzeszczał Steve i najwyraźniej zaczynał się rozgrzewać, wpadał w trans, miotał się przy mikrofonie, to znowu wisiał na nim jak na podpórce. — Skiny i puny zadyma trans! Pogo atak teraz!

– Perfumy! Wody! Mydła! Szampony!

– Nos czuje kłamstwa!

– Seks! Małżeństwo! Miłość! Dzieci!

– Instynkt przeczuwa kłamstwa!

I chociaż nigdy tego nie trenowaliśmy wspólnie ze Stevem, wykrzyczeliśmy zgodnie i równo: — każda cząsteczka waszego ciała, ciągle by tylko kłamać chciała! Niewinne kurwy! Obleśne potwory! Obłudne małpy masują otwory! Dziękuję temu monstrum, które mnie stworzyło, że zniszczyło samotność i dało nam miłość. Już jestem szczęśliwy, już mogę się cieszyć, coś rozszerza nogi, będę płodził dzieci!

– Precz ze szmatami! Do pieca! — krzyknął Steve, gdy zamilkły instrumenty. — Swobodne walenie konia, niech żyje! — dodał. — Ja sobie walę trzy razy na dzień…

Nagle do moich uszu dotarł głośny harmider, zgiełk i tumult Ze zdumieniem spostrzegłem, że raban czynią ludzie zgromadzeni w sali; śmieją się, coś krzyczą, klaszczą. Wyłapałem tak samo zdumione spojrzenie Garnka Czyżby publiczność naprawdę wyrażała aplauz? Nam?

– Jestem popierdolony i nie mam żony — oświadczył nasz wokalista. — Żadna mnie nie chce, bo urodziwy nie jestem. Ale przecież gadką bym nadrobił. Dobra gadka jest podstawą. A i cipę dobrze wyliżę.

– Dobra. Dajcie drugi kawałek. Awangardowy. Zaproponujcie coś nowego — dobiegło z głośników. — Nowy kierunek w muzyce, według was Nowość

– A może byśmy tak najmilszy, wpadli na dzień do Nowego Miasta? — zapytałem.

– Dziękuję. Lepiej jak z sensem zagracie.

– To zagramy nasz hymn, sztandarowy utwór — oświadczyłem. — Puls serca dziwkarskiej Marii. Wszystko, co w życiu pozostało, co może mu służyć, co jeszcze dzisiaj ma sens, co dobre jest — plotłem do mikrofonu.

Zapodałem ciężki, monotonny rytm, Haiki wtórował na bębnach Garnek wydobywał z gitary przeraźliwe zgrzyty i świsty, co na jego instrumencie większej trudności nie sprawiało, bo gitara zazwyczaj świstała sama. Steve zaczął ponuro pomrukiwać.

– Jestem zerem, jestem nikim — wyrecytowałem. — Nie mam nic, prócz swej muzyki. Dźwięki bronią, dźwięki walczą. Są mym mieczem, są mą tarczą. Bunkier z dźwięku to mój dom. Tutaj mieszkam, tu jest schron. Prawda dołów i śmietnika. Moja wojna to muzyka.

Gdy zakończyłem tę dość ponurą recytację, daliśmy minutowy pokaz, niezwykle wściekłej, szybkiej i ostrej gry, zakończonej chaosem dźwięków. Steve nieustannie krzyczał: — aaaaaaaa! Wreszcie z kaskady bezładnych dźwięków, wyłonił się równy, bardzo szybki rytm. Teraz trzeba było uczynić to, co niektórzy moi koledzy i przyjaciele, nazywali śpiewem

– Jesteś śmieciem, jesteś nikim, nie masz nic, prócz swej muzyki! Dźwięki bronią, dźwięki walczą, są twym mieczem, są twą tarczą. Ściany z dźwięku to twój dom, tutaj walczysz, tu jest schron! Prawda dołów nie zanika! Twoja wojna to muzyka!

Nareszcie wszystko umilkło. Ale tylko na sekundę, może trzy. Z sali dobiegł ponownie entuzjastyczny ryk tłumu, teraz głośniejszy jeszcze niż za pierwszym razem Niektórzy stali i klaskali, większość coś wykrzykiwała

– Dobrze. Zapraszamy do drugiego etapu przesłuchań — usłyszeliśmy

Odwróciłem się i poszedłem wyjąć wtyczkę z gniazda. Spostrzegłem, że trzęsą mi się dłonie. Dopiero teraz poczułem, że jestem napięty do granic i chyba nie w pełni przytomny. Podążyłem do wyjścia, prowadzącego na korytarz ośrodka kultury. Wpadłem w tłum.

Mówiło do mnie kilku ludzi jednocześnie i nie mogłem zrozumieć, czego właściwie chcą ode mnie Wszyscy się uśmiechali Twarze wyrażały radość, życzliwość i chyba podziw. Kątem oka wyłapałem wielkie zdumienie na twarzy Garnka. Raczej też nie w pełni rozumiał, co się tu właściwie dzieje Nagle spostrzegłem, że zmierza do mnie ponad dwumetrowy, muskularny, całkowicie łysy drab Nie miałem złudzeń. Takie powodzenie punkowej kapeli, musiało bardzo zdenerwować skinów. Chcą nas pobić już tutaj!

– Walimy go gitarami w łeb i spierdalamy do wyjścia! — huknąłem do ucha Garnkowi

– Jestem Herman z Legionowa — obwieścił łysy. — Chciałbym pogadać i wódkę postawić. Żytnia z „Peweksu” — zademonstrował butelkę

– Chętnie — wybąkałem. — Za chwilę.

– Polski Sex Pistols — powiedział z uśmiechem, barwnie lecz bardzo schludnie ubrany, młody człowiek, którego zapamiętałem jako siedzącego wśród jurorów. — Nieźle, nieźle — dodał. — Długo nad tym pracowaliście?

– Nie — odpowiedziałem krótko.

– Kto pisze teksty?

– Ja.

– Masz chłopie talent do tego. I dykcję. A to ważne. Mogę wiedzieć, ile masz lat?

– Niewiele — mruknąłem dyplomatycznie.

– A jak się naprawdę nazywasz?

– Artur Kleń. Jak ryba. Ale to nieważne. Zgniłek Marchewa jestem

Po kilku minutach ogólnego rozgardiaszu, gdy czułem się w tłumie jak gwiazda scen nie tylko krajowych, w drzwiach wiodących z estrady, ukazali się skórzani muzycy od metalu. W ich oczach nie było już drwiny. Jeden z długowłosych spojrzał na mnie i zobaczyłem w jego wzroku popłoch, zmieszanie, smutek, a może i zazdrość.

– Załapali się? — zapytałem młodego jurora.

– Oni!? Wyszedłem po kilku taktach, taką nudą zajechało. Mieli pecha, bo po was.

Chcieliśmy w spokoju obmyślić scenariusz naszego występu dla kilku tysięcy ludzi. Bowiem nasz udział w drugiej turze eliminacji, mimo euforystycznego przyjęcia przez publiczność, nie dał nam oczekiwanego sukcesu. Zakwalifikowano nas tylko do udziału w punkowym koncercie przedpołudniowym, na małej scenie amfiteatru, pierwszego dnia festiwalu, 29 lipca 1986 roku czyli jutro. W papierach figurowaliśmy już jako Schizofreniczna Prostytutka Maria, gdyż interweniowałem w biurze organizatorów i dopisano przedrostek

Postanowiliśmy uwolnić się od wszechobecnego zainteresowania i rozpalić ognisko na łonie natury. Ponieważ w gminie Jarocin wprowadzono prohibicję, za moją namową pojechaliśmy do miejscowości letniskowej Zaniemyśl.

Podróż nie należała do bezpiecznych, gdyż milicja w okolicznych miasteczkach zabawiała się w wyłapywanie festiwalowiczów, pakowanie ich do radiowozów i do pociągów zmierzających w kierunku Jarocina. Nierzadko zabiegom tym towarzyszyło pałowanie. Zdołaliśmy jednak szczęśliwie dotrzeć do celu podróży Chociaż niewiele brakowało do nieszczęścia. Z ulicy zgarnięto grupę punków, idących z wiadrem piwa My szliśmy za nimi, na stację wąskotorowej kolejki i zdołaliśmy uciec.

Zaprowadziłem towarzystwo na niewielki półwysep, wrzynający się w małe jeziorko. Leżały na nim olbrzymie głazy, ułożone w krąg. Prawdopodobnie miejsce to pamiętało bardzo zamierzchłe obrzędy religijne. Przyjeżdżałem tutaj często, zazwyczaj rowerem. Szczęśliwie, w małym sklepiku spożywczym udało nam się kupić tanie wina, a w restauracji piwa na wynos.

Zapadał zmrok, niebo gasło. Siedzieliśmy lub wpółleżeliśmy wokół płonących gałęzi, każdy sączył coś z butelki: — ja, Steve, Haiki, Garnek i trzy dziewczyny o pseudonimach: — Blada, Greta i Ana. Właściwie to nie wiedziałem, skąd one się wzięły. Chyba wynalazł je Steve. Wszystkie panny odnosiły się do mnie z wielkim szacunkiem i serdecznością Nieco mnie to peszyło Zwłaszcza miłe zachowanie Any, prześlicznej, czarnowłosej i ciemnookiej dziewczyny, ubranej w bardzo drogą, czarną kurtkę skórzaną. Chwilami nawet myślałem, że chociaż dziewczyna jest niezwykle urodziwa, to kurtka pewnie jeszcze piękniejsza

– Nie boisz się, że ci tę kurtałę skroją? — zapytałem wreszcie.

– Mój brat ma dwa metry wzrostu, jest łysy i ma dwudziestu kumpli — wyjaśniła.

– Rozumiem.

– Nie wpadną tu niebieskie mędy? — zaniepokoiła się Blada. — Ten ogień widać przez wodę z daleka. Po tej łapance co widziałam, to się aż boję. Co to za dzielnica? Chodzić ulicami nie wolno?

– Takie zwyczaje — powiedziałem. — Tutaj jest malutki posterunek i pewnie o tej porze nieczynny. A ogień nie tylko my palimy. O! Tam pali się ognisko — pokazałem palcem w stronę przeciwległego brzegu — i tam też. Nic nam nie zrobią. Nie ma kto zrobić. Mędy o tej porze nie grasują. Gdyby wiedziały, kto tu biesiaduje, to co innego…

– Wolny kraj.

– Pięścią w twarz, butem w brzuch, jestem sam, ich jest stu.

– Spytaj milicjanta, on ci prawdę powie — padały komentarze.

– Skurwiała kraina! — dobitnie podsumował Steve. — Nie można wystawać z tłumu, bo wpierdol. Pierdolone państwo! Przemoc i propaganda. Socjalizm i umiłowanie pracy — bulgotał wściekłością

– Zanim się uchlejecie, póki jeszcze jarzycie — ożywił się Haiki — to gadajcie, co mamy jutro grać. — Mamy dobrze opracowanych osiem kawałków To za mało Co my zagramy? Chyba hymn państwowy! Może kolędy? I tak mamy szczęście właściwie, że nie zagramy na stadionie. Tam, nie moglibyśmy grać tego, co wyjebała cenzura Tutaj, nie ma się czym pierdolić

– Ja tam bym się i tak nie pierdolił i zagrał wszystko — oznajmił Steve.

– Znowu pogonią, prąd wyłączą, psami poszczują — prorokował Garnek

– Wniosek na kolegium wyślą, jak się ktoś odważy niecenzuralne teksty śpiewać. Tak mówił Chełstowski Walter — powiedział Haiki.

– Więc co robić? Osiem kawałków, licząc po trzy minuty, to jest prawie pół godziny, plus wasze i moje gadki. Musi wystarczyć na dobry koncert. Niedopracowanych numerów strach grać — zastanawiałem się głośno — Możemy się wysypać

– Ja myślałam, że nie ma cenzury w Jarocinie — wyznała Greta

– Ja też — powiedziałem. — Ale niestety; zażądali okazania tekstów. Oddali pokreślone czerwonym długopisem, jak szkolne wypracowanie. Te teksty co im przypasowały, mają pieczątki odpowiednie, że władza je łyknęła. A dwa teksty nie mają i nie są łyknięte — wyjaśniałem. — Ale na małej scenie to ponoć nieważne.

– Przyjechał pan minister i dlatego to — wyjaśnił Steve.

– Minister!?

– Minister od spraw sportu i młodzieży, ma rację — wtrąciłem. — Aleksander Kwaśniewski nazywa się ów uroczy pan.

– Pierdolony komuch! — wściekał się Steve. — Za duża i za głośna się stała nasza impreza. Jak ministry przyjeżdżają, to pewnie zbliża się jej koniec. Wprowadzą swoje poprawki i już nie będzie tak samo. Znajdą dla nas wszystkich, jakąś rolę społecznie użyteczną, już oni coś wymyślą, ja ich znam. Będziemy zbierali butelki albo złom, albo pieniądze, na jakiś zbożny cel. Prawdziwa sztuka przestanie się liczyć. Wszystko musi być przecież oswojone, nie może być niebezpieczne i bezproduktywne. Trzeba nas zaszufladkować i uporządkować. Znaleźć dla nas jakiś pożytek. Znaleźć jakieś miejsce i przykleić etykietę z wyjaśnieniem.

– Mnie się podobała ta kapela „Jarzębina Czerwona” — oświadczył Garnek. — To byli ekstra kolesie, niezły odjazd i tak jak chcieli, coś nowego zagrali. Ale najwyraźniej Walter ich nie dopuścił, bo bał się tekstów. Zdziwiłem się. Spodziewałem się więcej, po tej imprezie i przede wszystkim po Walterze. Na zebraniu tatową mowę o szkodliwości picia wygłosił. Śmieszne to było. Taki troskliwy pan. Przekonujący. Wiarygodny organizator imprezy prawdziwie muzycznej. A tekstów dobrej skinowskiej kapeli się boi. Bo widać, że się chłopaki nie dadzą łatwo za rączkę prowadzić i mogą być samodzielni.

– Hej wy komuniści, jeszcze zobaczymy! — wyrecytowałem zapamiętamy z wstępnych przesłuchań fragment tekstu zespołu „Jarzębina Czerwona” i wszyscy parsknęli śmiechem.

– Dali czadu!

– Szkoda ich!

– Co zrobić?

– Właśnie. Co robić? Co grać? Zostajemy przy ośmiu numerach?

– Zostajemy — oznajmiłem. — Ale mnie to najbardziej wszystko dziwi My przecież, wcale politycznych tekstów nie mamy Nie atakujemy władzy i ustroju, przynajmniej nie za często, a i tak się przypierdolili. Większość kapel atakuje komunę. To co oni zagrają? Szykuje się jakieś dziwne widowisko w tym Jarocinie. Ludzie kupują karnety, bo wierzą, że zobaczą prawdziwą muzykę i słowa. I chyba się przeliczą w tym roku. Kasę w błoto wyrzucą. Komuna czuwa.

– Eeeee! — Steve beknął donośnie z otchłani trzewi, odstawił butelkę z niedopitym winem. — Ja mam pomysł, na jeszcze jedno nagranie — stwierdził.

– Co masz?

– Ty na basie dasz rytm, Haiki podłapie, a Gar wyżłobi coś na gitarze, co mu tam popadnie

– I co?

– Mam w domu taką szwedzką rurę izolacyjną i na niej zagram

Zapadło konsternacyjne milczenie

– To jest taka plastikowa rura, jak się nią wywija w powietrzu, to ona gwiżdże. Od roku ćwiczę, mam wprawę. Taka giętka rura, jak wąż

– Czyli tak. Zespół Schizofreniczna Prostytutka Maria w składzie — pierwszy otrząsnął się ze zdumienia Garnek — Haiki perkusja, Garnek gitara, Marchewka bas i wokal oraz Steve wokal i szwedzka rura izolacyjna?

– Oczywiście. Zagramy — orzekłem radośnie. — Może ktoś jeszcze na przykład na płytkach podłogowych?

– Nie da się — uprzejmie wyjaśnił entuzjasta rur izolacyjnych rodem ze Skandynawii

– I ja bym coś dodał i wydłużył — powiedziałem nieśmiało.

– No?

– Co?

– Gadaj! — wzbudziłem zainteresowanie.

– Bym sobie sam zapodał rytm na basie i maksem pogłosem zmówił prawdziwą modlitwę ludzkości. Z komentarzem, że w kościołach kłamią i tak się powinni modlić, bo tylko to jest prawdziwe w ich ustach, pochodzi z duszy.

– Mądrze gadasz.Ale co?

– Ojcze nasz, któryś jest w piekle, święć się imię Twoje, jest królestwo Twoje, jest wola Twoja, jako w piekle tak i na ziemi Karabinów naszych powszednich daj nam dzisiaj.

– Amen — przerwał mi Haiki. — Zrób sobie Marchewa drugą kapelę, satanistyczną. Kłaki se zapuść, blachą i krzyżami do góry dupą się obwieś i krzycz „Ave Szatan”!

– Dlaczego? To z karabinami dobre było! — bronił mnie Garnek

– Ten się uparł na obrazki z Częstochowy i przerabianie modlitw Może jeszcze czarną mszę na scenie byś chciał odprawić? — grzmiał perkusista. — Jak nas puny za metali wezmą, to kamieniami obrzucą.

– Jak ja tam będę stał, to za nikogo innego nas nie wezmą — zapewnił Steve.

Więcej szczegółów jutrzejszego występu, nie zdołaliśmy opracować. Garnek zasnął. Haiki i Steve nagle przepadli wraz z dziewczynami gdzieś w lesie i bardzo długo nie wracali. Ja, rozochocony alkoholem, opowiadałem pięknej Anie, różnorakie historie. Słuchała pilnie, z uśmiechem, czasem o coś pytając

– Chcesz mnie przelecieć? — zapytała ni stąd, ni zowąd.

– Ty poważnie? — nie mogłem ukryć zdumienia.

– Jak najbardziej — patrzyła w moje oczy z uśmiechem. — Chyba, że jak śpiewasz, nienawidzisz kobiet?

– Uwielbiam kobiety. Mądre kobiety.

– Nie wiem, czy jestem mądra, pewnie nie, ale chodźmy. Głupia też nie jestem — złapała mnie za rękę, wstając.

– Dokąd iść? — również wstałem. — Wszędzie jest tak samo.

– Masz rację.

– Zdjęła swoją skórzaną kurtkę i cisnęła na leśne podłoże. Zrozumiałem o co jej chodzi i uczyniłem to samo ze swoją kurtką. Szybko zrzuciła z siebie spodnie i majtki. Pozostała w butach i bluzce czy też może swetrze. Odwróciła się do mnie, przykucnęła i wystawiła w moją stronę, goły, świecący bielą w ciemnościach tyłek.

– Najpierw tak — oznajmiła.

Pospiesznie zrzuciłem z siebie dolną część odzieży, zdjąłem także buty i cisnąłem gdzieś w bok. Stanąłem za nią.

– Co jest? Nie staje ci — odwróciła głowę z zaniepokojeniem i oceniła stan moich narządów kopulacyjnych. Nic im nie można było zarzucić. — Dalej! — ponagliła.

Głupio mi było wyznać, że nie miałem jeszcze stosunku z kobietą i nie za bardzo wiem, jak się to tego zabrać, szczególnie w tej oryginalnej pozycji. Przykucnąłem więc i próbowałem członkiem wymacać jakiś otwór w tylnej części jej ciała Coś ciasnego znalazłem

– No co ty! Nie w dupę od razu! Niżej. Ja w ciążę nie zajdę.

A więc ten właściwy otwór miał być niżej, a ja próbowałem wcisnąć kutasa w jej odbyt Zacząłem więc macać niżej, a ona zniecierpliwiona chyba moją nieporadnością, wyciągnęła rękę w tył i wprowadziła penisa do pochwy. Teraz wiedziałem już co robić, odezwał się we mnie przekazywany od początku ludzkości zew natury. Do przodu i do tyłu.

– Tylko nie zlej się za szybko — wystękała spazmatycznie.

Byłem dość zszokowany zaistniałą sytuacją, więc jakoś nie skupiałem się na tym co robię. Przynajmniej na razie, wytrysk nie nadchodził. Mogłem pompować dalej. Tym bardziej, że średnica otworu zdecydowanie powiększała się i coraz bardziej robiło się w nim mokro, co zmniejszało tarcie

– Teraz ja na tobie! — wyślizgnęła się i popychaniem, dała mi do zrozumienia, że mam położyć się na kurtkach Padłem więc na plecach. Usiadła na mnie okrakiem, wpychając w siebie członka, zaczęła jęczeć i ujeżdżać mnie. Starałem się współgrać z jej rytmem.

– Ja pierdolę! Zaraz, już. — wyszeptałem.

– Jeszcze trochę! — zażądała, zamykając w rozkoszy oczy.

Starałem się stłumić orgazm, odwlec go, ale potężna moc zachowania gatunku postanowiła, że koniec tej przyjemności, czas na konkrety. Gwałtownym ruchem ud wyciągnąłem w ostatniej chwili członka, który strzykał już nasieniem. Ujęła go dłońmi i przytuliła do swej twarzy.

– Chodź na spacer — wyszeptała. — Jeszcze raz, gdzieś w lesie, za chwilę. Ja jeszcze chcę.

***

Obudziliśmy się leżąc pokotem wokół wygasłego ogniska. Przynajmniej mnie, było przeraźliwie zimno i miałem potwornego kaca. Blada posiadała zegarek, więc dowiedzieliśmy się, że dochodzi ósma. O godzinie dwunastej mieliśmy wejść na podest w amfiteatrze Pospiesznie się zebraliśmy i maszerowaliśmy w stronę autobusowego przystanku Zrezygnowaliśmy nawet z kaucji za butelki po piwie, gdyż trzeba byłoby czekać do godziny dziewiątej, do otwarcia restauracji. Przeliczyliśmy tylko fundusze, czy w ogóle stać nas na podróżowanie państwową komunikacją. Steve ukrył butelki w krzakach i zapowiedział, że wróci tu po koncercie.

Towarzystwo starało się podążać szybko, ale marsz przypominał pospieszny kondukt żywych trupów. Wszyscy mieli blade twarze, zmierzwione włosy, podkrążone oczy i kroczyli niepewnie Ja zaś znajdowałem się w bardzo osobliwym stanie, gdyż chęć wymiotowania, mieszała się z radosnymi wspomnieniami wczorajszej nocy. Powody tej radości, dzielnie wspierałem ramieniem, chociaż sam ledwo szedłem

Steve wbiegł do pierwszego sklepu, kiedy tylko wyszliśmy z lasu.

– Przecież piwa nie dostanie, cudów nie ma, a do trzynastej daleko — sceptycznie stwierdził Haiki.

Steve wrócił z trzema oranżadami, mlekiem i butelką denaturatu

– Chcecie mleka? — zapytał dziewczyn.

Chciały i dość szybko opróżniły butelkę. Steve, stojąc na środku chodnika, pootwierał butelki zębami, tę po mleku wypłukał niewielką ilością oranżady, a następnie zmieszał z oranżadą denaturat, potrząsnął naczyniem

– Mam dynks — obwieścił. — Chcecie?

Ponieważ nikt nie wyraził ochoty, nasz nowy wokalista sam wychylił kilka sporych łyków

– Dobre — powiedział bez skrzywienia twarzy. — Stara, dobra dykta. Rozlewnia Czarnejewo, poznaję. Co za bukiet. — popatrzył pod światło. — Najlepszy rocznik.

– Dalej! Nie zdążymy! — popędzał Haiki.

– Zaraz przyjdę — wykrztusił Garnek, który chyba zbyt intensywnie wpatrywał się w butelkę, trzymaną przez Steva. Zbiegł z chodnika na pobliski trawnik, zgiął się wpół i zwymiotował.

– Napij się dynksu, to wyrzygasz żółć i ci przejdzie zaraz — doradził amator niekonsumpcyjnego alkoholu.

Garnek tylko potrząsnął przecząco głową Wrócił na chodnik i starał się iść możliwie szybko. Po jego idealnie białych policzkach, z podkrążonych oczu, spływały łzy.

– Miałeś wkuć nasze teksty — przypomniał sobie Haiki. — Czytałeś je chociaż?

– Nie było kiedy — odparł beztrosko Steve.

– Jak nie było!? Wczoraj!

– Za ciemno.

– Ciemno, to ja to wszystko widzę. Skompromitujemy się przed taką publicznością. Palcami nas będą wytykać. Wstyd na całą Polskę!

– Jest punk i anarchia — Steve nie tracił dobrego humoru. — Musi być i chaos.

– Pogonią, psami poszczują — słabym głosem powiedział Garnek

– Ale z was ekipa. Totalny odjazd — stwierdziła Ana. Nie wiedziałem, czy to komplement, czy zarzut. — Gdzie wy żeście się poszukali?

– W „Joku” — odparłem. — Ja i Garnek szukaliśmy miejsca do grania, bo w naszym mieście mowy o tym nie ma, a Haiki i Steve, już tam na nas czekali

– Z piwem i dynksem.

– Z litości ich przygarnąłem — uzupełnił perkusista — Nic nie umieli

Nagle zelektryzował mnie pisk hamulców. Zobaczyłem białego „Fiata 125p.”, który bardzo gwałtownie zatrzymał się na jezdni obok nas Z wnętrza wyskoczyło trzech umundurowanych milicjantów z pałkami w dłoniach i chyżo pobiegło w naszym kierunku. Zanim w zaskoczeniu zdążyłem zastanowić się, cóż to może oznaczać, milicjant pociągnął mnie silnie za rozpiętą kurtkę skórzaną i grzmotnął pałką w plecy. Ból sparaliżował, obezwładnił i przełamał. Osunąłem się na kolana i zgiąłem. Ale kolejne ciosy nie padały.

– Aaaaa! Za co mnie bijesz!? No za co!? — darł się Steve.

– Ratunku! Bandyci! — piszczała któraś z dziewczyn.

– Ja nic nie zrobiłem!

– Boli!

– Mordują!

– W ryj ty gestapowcu?!

– Nie!!!

– Uciekamy!

– To nie oni! — wrzasnął męski głos

– Nie?

Wolno wstałem Obezwładniający ból odchodził, przeobrażał się w pieczenie. Dopiero teraz oceniłem sytuację. Biały „Fiat” był taksówką Z pojazdu wyskoczyło trzech umundurowanych milicjantów z pałami i zaczęło nas bić. Pałkę w ręce trzymał też czwarty, nieumundurowany mężczyzna, który stał na uboczu i pewnie nikogo nie uderzył, tylko uważnie patrzył

– Tego, to ja znam — skinął głową w stronę siedzącego na chodniku Garnka. — To przecież syn Gorawskiego z kasyna, chociaż ubrał się jak małpa. A ten to Kleń — spojrzał na mnie. — Od tego Klenia. Tamci byli inni.

– Macie psy szczęście — powiedział jeden z milicjantów. Ociągając się, zaniechali nas i podążyli spokojnie, jak gdyby nic się nie stało, do taksówki

– Rozejrzałem się wokół. Pusta, otoczona zielenią drzew, senna uliczka, wypełniana budzącym się upałem. Nikogo w pobliżu, tylko my i nasi niespodziewani oprawcy.

– Za coś mnie uderzył!? — przeraźliwie zaryczał Steve, trzymając się za nos i badając, czy nie cieknie z niego krew

– Napadliście nas!

– Jak tak możecie? — podnieśliśmy rwetes.

– To jest bezprawie!

– Za co nas pobiliście!?

– Mało wam wszarze!? Chcecie jeszcze? — usłyszeliśmy

– A kamieniami w samochód kto rzucał? Wasi kumple, co? Czy wy?

– Kamieniami!? Jakimi kamieniami? — oburzyłem się. — Znad jeziora idziemy na autobus.

– To idźcie i krzyż na drogę!

– Pana numerek milicyjny chcę — oświadczył Haiki, który za nic się nie trzymał

– Patrz skurwysyna! Jeszcze za mało dostał!

Jeden z milicjantów ruszył w stronę Haikiego, ale taksówkarz pociągnął go za ramię.

– Chodźcie! Tamci właściwi zwieją!

Zapakowali się do samochodu i ostro ruszyli w stronę, z której przyszliśmy. Staliśmy zdezorientowani, rozmasowując obolałe miejsca, głośnymi okrzykami i obelgami dając upust swojej wściekłości.

– Więcej do was nie przyjadę To jakaś chora kraina! — powiedziała Blada.

– A u ciebie inaczej?

Coś tam zmięła w ustach i nie powiedziała nic na ten temat.

– Ciebie też uderzyli? — zapytałem Anę.

– Chcieli, ale odskoczyłam.

– Bandyci!

– Kamieniami w samochód! Słyszeliście? Najpierw wjeb, a potem wyjaśnienia. Można i tak — powiedział Haiki. — Jak w RPA. Dobrze, że do nas nie strzelali!

– Kiedyś wyjadę z tego kraju i już nigdy nie wrócę, zobaczycie — oświadczył Steve, wciąż ocierając nos. — Gdzieś na świecie musi być normalnie Ja już nie mam nerwów. Chociaż w Bieszczady O! I dykta przez sukinsynów rozlana — zainteresował się leżącą w trawie butelką.

– Ja też stąd wyjadę i nie wrócę. Kurtkę na ramieniu miałem — wystękał Garnek.

– No i co z tego?

– Szkoda. Przez skorupę mniej ciągnie. Od dzisiaj, zawsze będę w katanie chodził ulicami — założył swoją wytartą kurtkę ze świńskiej skóry. — Nieważne, że upał. Tak bezpieczniej.

– Niewiele pomoże. Ja byłem w skorupie, a jak mi przylał, to mnie wygięło — odparłem.

– Masz za cienką skorupę.

– Być może.

– Popierdalamy! Przecież w południe mogą nas wywołać — przypomniał sobie Haiki.

Ruszyliśmy więc w dalszą drogę.

– Pogonić chcieli, ale psów nie mieli — mamrotał Garnek.

– Najgorsze jest to, że jak napadną cię na ulicy bandyci, to mają na sobie mundury stróżów prawa — powiedziałem z zadumą. — Taki to dziwny kraj, gdzie wszystko popierdolone jest.

Przy okazji przesiadki w moim rodzinnym mieście, wpadłem do domu i przebrałem się, w przygotowaną na dzisiejszą okazję odzież. Założyłem na siebie żółtą koszulkę z własnoręcznie wymalowanym napisem „seks upokarza”; niegdyś białe, obcisłe spodnie, teraz podarte i pokryte kolorowymi plamami; czarny pas; wysokie buciory (podobno na wyposażeniu jugosłowiańskiej armii) oraz nieodłączną, czarną kurtkę skórzaną, nieprzyozdobioną żadnymi napisami.

***

Steve pojawił się w ostatniej chwili, kiedy znowu wydawało mi się, że wystąpimy bez niego, bo nie przyjdzie. Był kompletnie pijany i śmierdział denaturatem. Oświadczył, że „nie ma nic do chlania”. W poprzek twarzy, pomiędzy nosem a ustami, przebiegała czerwonawa pręga, zapewne pamiątka po ciosie milicyjną pałką

Nasz wokalista z nikim nie wdawał się w dyskusje i wbiegł zaraz po niewysokich, drewnianych schodach na scenę. Cisnął gdzieś w kąt skórzaną kurtkę i dziwną, plastikową, pomarszczoną, przeźroczystą rurę. Pozostał w pomarańczowej koszulce, ozdobionej z przodu napisem „jebać system”, zaś na plecach „ANARCHY in P.R.L.”.

Podążyłem za nim Zobaczyłem nieprzebrane morze ludzkich głów, tłum, sięgający gdzieś tam, po horyzont, bo ławki przed sceną wznosiły się ku górze Wewnętrzne napięcie sięgnęło zenitu, serce waliło oszalałym rytmem Ale w tym wielkim stresie kryła się metoda. Poczułem, że zaczynam działać jak w transie. Pewnie poszedłem w stronę wzmacniacza, podłączyć gitarę. Czułem, jak wpatrują się we mnie tysiące par oczu. Niezwykłe było to uczucie, dające wielkie, nieznośne, psychiczne natężenie, ale i też poczucie mocy. W tym stanie, gotów byłbym wygrać partię szachów z arcymistrzem lub rozwinąć teorię względności Einsteina.

***

Około dwustu zuniformizowanych punków w skórzanych kurtkach, rozpętało po lewej stronie sceny (patrząc z mojej perspektywy) prawdziwe piekło. Biegali, wpadali na siebie, odbijali się wzajem, tarzali w piachu, ciskali nim w górę, tworzyli wirujące koła. Trwało opętańcze pogo, taniec czołgów i to ja przygrywałem do tego tańca. Piaskowy kurz niekiedy przesłaniał widoczność, opadał także na scenę.

Od kłębowiska ciał dzieliło nas kilkadziesiąt metrów. Spokojniejsza i liczniejsza część widowni, siedziała na ławach, bardzo szczelnie zapełniając amfiteatr. Błękitnym niebem, niepodzielnie władała rozżarzona, słoneczna kula

Czułem wszechpotęgę aparatury, do której podłączona została moja skromna gitara basowa z napisem „Artur Schopenhauer” (własnoręcznie wykonanym). Dwie ściany głośników, po obu stronach sceny, emanowały niewyobrażalną moc. Drżało podłoże pod moimi stopami i pewnie ziemia przed sceną A przecież nagłośnienie ustawiono tak, aby jego główna siła parła na widzów, omijając estradę

Publiczność bawiła się znakomicie. Ja byłem głównym wywrzaskiwaczem słów, a czyniłem to z ogromną pasją i zawziętością. Krzyczałem wysokim, histerycznym tonem, Steve zaś basowo charczał i wytwarzaliśmy kontrast

Uderzyłem w struny ostatni raz. Tłum ryknął i również zamilkł. Z lewej strony wolno opadał kurz. Zauważyłem, że jakaś dziewczyna, podnosi się z ziemi, ociera krew z twarzy i chyba łzy. Chwieje się niepewnie na nogach

– Tam! — pokazałem ręką. — Jakąś madonnę wdeptaliście w glebę. Dajcie jej wyjść. Krwią broczy.

Do zmaltretowanej miłośniczki punk rocka, podbiegły inne dziewczyny. Ujęły ją pod ramiona i wprowadziły w tłum, który usłużnie się rozstąpił

– Festiwal odjechanej młodzieży, niech przyjedzie, kto nie wierzy — powiedziałem do mikrofonu.

– A czy to nasza wina, że kochamy Lenina!? — wrzasnął ktoś donośnie

– Zastanowiliście się kiedyś, ile spermy, jednorazowo, tryska przy stosunku? — zapytałem niespodziewanie.

– Ja nie myślałem — odpowiedział przez aparaturę nagłaśniającą Steve

– Niech z pięciu samców będzie szklanka czyli jedna czwarta litra — kontynuowałem wywody. — Z dwudziestu facetów jest litr. Z dwustu facetów dziesięć litrów. Z dwóch tysięcy panów sto litrów. Z dziesięciu tysięcy. — pogubiłem się w wyliczeniach. — Niech każdy z was, zrobi to dzisiaj, tu, w Jarocinie, na polu namiotowym, ze dwa razy tej nocy — podniosłem głos. — Tysiące litrów spermy, substancji miłości! Tym jest przecież miłość! Rzeką płynącej spermy i niczym więcej! Uczucia w kropelkach! Koncentrat miłości! W gumce leży na śmietniku i w kiblu, między gównami!

– I jeszcze ci, co konia zwalą — dołożył Steve.

– Raz, dwa, trzy, kochasz ty! Jeden, dwa, kocham ja! — rozpocząłem wstęp do kolejnego utworu

– Pogo! Czadu! Naprzód zadyma! — darł się Steve. — Ooooooogieeeeeń!!!

Rozpoczęliśmy granie. Teraz, należało wyemitować tekst.

– Ostry seks kaleczy wartości! Eros kopie zwłoki miłości! Zwierają się ciała w kopulacji! Piękno ulega masturbacji!

– Aaaaaaaaaaa…! — pomrukiwał drugi wokalista, najwyraźniej nie znając tego tekstu.

– Miłość to seks, to tylko słowa, między nogami mieści się głowa! Ofiary uczucia to zabite dzieci, oszukani ludzie, żyjące śmieci!

– Hasz jest dobry — wtrącił bez związku Steve. — Najlepszy z poletka Józka Gliwicy z Konopiejki Dolnej.

– Natchnione teksty, wzniosłe słowa, przysiąg tych nikt nie dochowa! Kocham cię, bo masz pieniądze! Kochaj mnie, zaspokój żądze! Miłość to złuda, to tylko pozór, między nogami mieści się rozum.

– Ja jestem sokole oko — bredził Steve. Nikomu to jednak nie przeszkadzało. Pogo wirowało w najlepsze.

Zamilkły instrumenty. Tylko członek zespołu z najkrótszym stażem, darł się niemożebnie do mikrofonu.

– Szarik! Bierz go! — ryknąłem, gdy zamikł. Miało to związek z kolejnym utworem. Sprawnie rozpoczęliśmy grę.

– Gdy założą mi smycz, to idę, gdzie każą, pierdolę te suki, co na chuja włażą!

– Jestem psem! — wrzasnął Steve. Odniosłem wrażenie, że wydaje z siebie dźwięki z radością, wynikającą z tego, iż wie, co krzyczeć

– Żyję na łańcuchu i wciąż walczę z pchłami, kiedy mnie spuszczają, gonię za sukami!

– Jestem psem!

– Nie potrafię mówić, ja tylko ujadam, liżę rękę pana, smaczny ochłap zjadam!

– Jestem psem!

– Wiernie służę władcy, umiem być poddany, tak pokornie skomlę, gdy mnie kopią glany!

– Jestem psem!

– Mieszkam w ciepłej budzie, miskę swoją mam, obok budy leję, za tą budą sram!

– Jestem psem!

– Nie będę gryzł ludzi, choć ostre mam kły, oni wszystko dają, wolę kąsać psy!

– Będę psem! Hau! Hau! Wrrrrr… — zakończył Steve.

Zatrzymał się chaotyczny ruch, wpadających na siebie ciał. Wolno opadał kurz Niektórzy niezdarnie wstawali z ziemi, wdeptani potężnymi buciorami lub przypadkowo uderzeni i zamroczeni. Ze zdumieniem patrzyłem, jak punk w czarnej „skórze” nagle wziął rozpęd i pochylając głowę, z całych sił i z rozpędu, walnął nią w betonowy podest pod ścianą głośników. Wstał, jak gdyby nic się nie stało i patrzył na nas z wytęsknieniem, kiedy zaczniemy przygrywać.

– Niech nam kurwa tutaj nikt zdjęć nie robi! — wrzasnął przeraźliwie i donośnie, punk z czerwonym pióropuszem irokeza na głowie. — Niech schowa ten aparat, bo mu go na łbie rozpierdolę!

– Panowie dziennikarze, schowajcie swoje flesze — pospieszyłem z interwencją. — Tutaj są ludzie i wypada zapytać ich najpierw, czy zgadzają się upublicznić wizerunek. Wylecieć z roboty, czy ze szkoły, nikt nie chce Dlatego nie róbcie zdjęć przed sceną Póki co, jeszcze prosimy—mówiłem. — A panowie z urzędu bezpieczeństwa, mogą kupić sobie teleobiektywy i nikogo nie drażnić — dodałem.

Spostrzegłem, że Steve stoi przy mikrofonie obok, ze swoją dziwną, plastikową, półprzeźroczystą rurą, czy też może raczej wężem.

– Zagram wam kompozycję własną, na rurę izolacyjną i wokal — powiedział.

Cóż było robić? Zaintonowałem rytm, Haiki natychmiast dołączył. Garnek jeszcze się ociągał, nie wykazując refleksu. A Steve, jedną końcówkę rury przytknął do mikrofonu, drugą końcówką zaczął wywijać w powietrzu. Rzeczywiście. Przyrząd donośnie gwizdał, zawodził i świszczał. Tylko jakoś nie w tonacji i zupełnie nie po kolei, bez sensu. Zezowaty, barwny osobnik, ze sterczącymi biało-zielonymi włosami, machający rurą na środku sceny, wyglądał za to bardzo niecodziennie i na pewno, nie dawał wpisać się w żaden schemat. Z pewnością byliśmy teraz jakąś formą awangardy.

– Chcesz jechać na wakacje do NRD? — Steve usiłował dośpiewać coś do gwizdów. — To się zapisz, do ZSMP — streścił tekst utworu zaprzyjaźnionego z nami zespołu „Acapulco”. — Ja jestem socjalista, faszysta, komunista — zawodził, niespodziewanie dokonując zwrotu tekstowego. — A u nas w Moskwie, budiet Wania, on je nawet trzy śniadania. Wsiegda budiet sońce i wsiegda budiet jabol, i wsiegda budiet dykta i wsiegda budu ja. Łeb mi pęka, łeb mnie boli; pewnie wszystko od jaboli.

Widziałem, że wielu ludzi szczerze się śmieje Mają niezłą zabawę, dzięki naszemu wokaliście. — Ciekawe tylko, czy Steve zdaje sobie sprawę, iż traktują go jak kompletnego idiotę? — myślałem grając, a on dalej machał rurą i bredził coś bez ładu i składu. Wreszcie postanowiłem mu przerwać

Omyłkowo zaintonowałem nagranie, które stworzyliśmy krótko przed festiwalem i raczej nie pałaliśmy żądzą do publicznego wykonania. Garnek spojrzał na mnie z widocznym w oczach przerażeniem, ale dzielnie podjął grę A ja właśnie w tym momencie przerwałem, postanawiając oddać się monologowi Garnek więc też przerwał i widziałem, że jest kompletnie zdezorientowany. Haiki chyba też, bo coś tam załomotał bez sensu

– Fioletowe płyny zdrowotne niech żyją! Niechaj żyją nam też wszystkie krasnoludki! Są elektryczne banany? To dajcie pół litra! — tylko wokalista nie tracił rezonu.

– Zagramy kawałek dla wszystkich panienek przebierańców — powiedziałem. — Dla tych, które przed festiwalem długo pracowały nad zmianą swego codziennego wizerunku. — Co myślisz ty? — wskazałem w kierunku dziewczyny o fioletowych włosach — kiedy co rano na swą twarz, nakładasz malowany fałsz?

Jeszcze raz zaintonowałem początek utworu, przyczajony i skupiony Garnek natychmiast dołączył, podobnie Haiki. Steve nie znał tego nagrania, pewnie nigdy go nawet nie słyszał, toteż tylko coś tam pomrukiwał pod nosem i usiłował tańczyć.

– Żyjesz, no bo tak ci kazano — rozpocząłem śpiew — ubierasz się w fałsz, co dzień rano Coś w co kiedyś mocno wierzyłaś, dzisiaj oplułaś, do kosza wrzuciłaś. Twe słowa nie mają już żadnej wartości, pusta laleczko, zaprzeczeniu mądrości. Jesteś tylko podłym tchórzem, jesteś tylko parszywą szmatą.

– I kurwą — nie wytrzymał Steve.

– .wiesz lepiej, a robisz gorzej, czasem nie stać cię nawet na to.

– Byłem pewien, że całkiem zgrabnie przebrnęliśmy przez naszą nowość i nie wysypaliśmy się ani razu. Więcej jednak ryzykować nie chciałem. Kolejnej nowości już nie rozpoczynałem.

– Przeznaczenie robotniczo ludowe! PRL! Zapisane przez system! — krzyknąłem. — Wasze przeznaczenie! Nie umkniecie mu. Taki los, przewidzieli dla was towarzysze partyjni i nie ma ucieczki!

Po chwili pędziliśmy już oszałamiającym rytmem. Tumany piachu i kurzu wzbiły się w niebo

– Urodziłeś się!

– Bo nie wyskrobali cię!

– Do przedszkola zapisali!

– Twe dzieciństwo ci zabrali!

– Do szkoły przymusowo!

– Abyś myślał programowo — Steve dzielnie uzupełniał tekst i nie mylił się

– Teraz wojsko czeka cię!

– Byś już nie buntował się!

– Później myślisz o weselu!

– Więc cię kupi jedna z wielu!

– Do roboty w wyrobisko!

– Władcy będą mieli wszystko!

– Będziesz stary, spracowany!

– Intruz wyeksploatowany!

– Grobu wtedy nie wybieraj!

– Idź na śmietnik i umieraj!

– Tak! Grobu nie wybieraj — powiedziałem, gdy zamilkły instrumenty. — I nie pytaj o sens, bo nie ma po co. W ścianach śmietnika, w odrapanych kubłach, ten sens się zamyka. Przecież za płotem cmentarza, wzdłuż poważnych alei, rzędy śmietników. Kiedyś, gdy nadejdzie kres, zawiozą cię tam i będziesz miał sens.

– Po co żyć!? — wrzasnął ktoś z tłumu.

– Żeby się najebać — oparł Steve. — Najlepiej dynksem. A mój dziadek opowiadał mi — kontynuował, raptownie zmieniając temat — że siedemnastego września w trzydziestym dziewiątym roku, napadli nas jacyś czerwoni. A przecież ja czytałem podręczniki do historii i nic takiego się nie wydarzyło.

– Bo ci czerwoni, to byli Marsjanie — powiedziałem. — To wchodzi w zakres science fiction, tego w szkołach nie uczą.

– Wojna światów była wtedy — dodał Steve. — A w niejakim Katyniu, Marsjanie ci, pozabijali strzałami w tył głowy i powrzucali do dołów, tysiące polskich żołnierzy.

– Ale to wszystko nieprawda, bo Marsjanie nie istnieją — przerwałem mu. — Zielone maki pod małą mieściną — zanuciłem. — Zamiast rosy piły młodą krew Po nie szedł polski narkoman i ginął. Bo od strachu silniejszy był głód.

Zamierzałem wyśpiewać teraz tekst, komentujący ustawę o zakazie uprawy maku. Jednego mogłem być pewien. Steve zna te słowa, bo jeszcze przed festiwalem słyszałem, jak sobie to nuci, czym mnie zresztą wprawił w zdumienie. Zaczęliśmy grać.

– Nie ma pól makowych, nie ma nic do brania!

– Zniknęły nawozy i proszki do prania!

– Ocaliła nas ustawa troskliwa!

– Odtąd polska młodzież będzie już szczęśliwa!

– Nikt i niczego nie będzie już brał!

– No bo nikt już przecież, nie będzie się bał!

– Można wcielać w życie kolejne ustawy!

– Nie ma już ucieczki do makowej strawy!

– Wszystkie problemy zostały rozwiązane!

– Ohydne nałogi w historię wpisane!

– Nie możesz bracie, narkotyków brać!

– Pozostało tylko polską wódę chlać!

– Niechaj nam żyje partia i rząd!

– A ty narkomanie, wypierdalaj stąd!!! — ryknęliśmy obaj.

– To była Prostytutka Marysia — powiedziałem. — Miejmy nadzieję, że do zobaczenia! Jadę na piwo To lepsze jest od maku Bo gdy strach utopisz w narkotycznym śnie, to on zmartwychwstanie, a ty już nie. Cześć! Do następnego razu!

Z Jarocina nie wyjechałem, gdyż Kompot, gitarzysta miejscowego zespołu, posiadał wolną chatę i zaprosił. Biesiadowało w niej około trzydziestu ludzi rozmaitych orientacji, czyli hippisów, rastamanów i punków. Większość obecnych gustowała w wywarach z maku (także tych dożylnych), marihuanie, haszyszu, grzybach i tym podobnych. Ale i spirytus dla mnie, Garnka i Haikiego się znalazł (Steve znowu gdzieś przepadł). W butelce znalazłem pocieszenie, wobec braku Any. Znikła, wraz ze swoimi koleżankami. Obecne w mieszkaniu istoty płci żeńskiej, wydawały mi się tylko karykaturami kobiet i choć nieustannie prowokowały seks, nie byłem nimi ani trochę zainteresowany. W wyobraźni, wciąż widziałem tylko jej twarz. Trochę odsunąłem się na bok od towarzystwa i pewnie bardziej rozmawiałem sam z sobą, niż z obecnymi wokół ludźmi. Dość szybko schlałem się do nieprzytomności i pogrążyłem w otchłani snu.

***

Nie wiedziałem na czym siedział czcigodny starzec, gdyż biała, długa szata, zakrywała to siedlisko. Patrzył na mnie gniewnie, raczej złowrogo. Oczy miotały nie tylko przeogromną moc, ale też błyskawice i gromy wzburzenia.

Łagodnie szumiały fale. Dopiero teraz spostrzegłem, że po mojej prawej stronie, rozpościera się morze czy też ocean, sięga niewielkimi falami błękitnego horyzontu. Po mojej lewej stronie, miałem także bezmiar i morze, tyle, że tworzył je żółtawo-złocisty piasek. Ja także na czymś siedziałem. Ale nie wiedziałem na czym, zresztą wcale mnie to nie obchodziło Patrzyłem na mężczyznę, na jego twarz, muskaną siwymi włosami, targanymi wietrzykiem. Oczy starca straciły złowrogi blask, czułem teraz troskę, bijącą od postaci.

– O odszczepieńcach, dziwotworach, mężach w spódnicach, prawił tu nie będę, gdyż choroby i wynaturzenia, nie są warte rozpraw. Azalić prawił będę o kobietach — obwieścił, a ja natychmiast zapałałem ciekawością. — Niewiasta winna być odpoczynkiem dla wojownika, wszystko inne jest głupstwem — powiedział. — Kobieta jest wielką zagadką i wielością zagadek, aczkolwiek każda z nich ma tylko jedno rozwiązanie, jest nim brzemienność. Mężczyzna jest dla kobiety tylko środkiem, a celem jest dziecko. Słodkie bywają kobiety, lecz gorzka jest najsłodsza z nich. Najniebezpieczniejszą igraszką dla wojownika kobieta jest, gdyż mężczyzna igrać rad. Bardziej dziecinny jest on niż kobieta. Bać się można kobiety gdy ta kocha, gdyż ponosi ona wówczas wszelkie ofiary, a wszystko co poza tym, jest dla niej bez wartości. Bać się można gdy nienawidzi, gdyż mężczyzna jest w duszy zły, a kobieta licha. Nienawidzi ona wtedy, gdy mężczyzna pociąga ku sobie, a nie jest dość silny, aby przyciągnąć. Jej szczęście jest wówczas, gdy dobrowolnie brzmi „on chce”. Kobieta musi ulegać i znaleźć głębię dla swej powierzchni, gdyż duch jej jest ruchliwą powłoką, burzliwą powłoką płytkich wód. Szczęście jej to dobrowolnie ulec, oddać się we władanie, z ręki jadać, aż do upokorzenia. Ale ulegać gotowa jest tylko sile. Pod cudze panowanie chce się ona oddać, zyskać schron chce. Ulegając, mniema ona iż wykradnie przemoc z serca wojownika i śle posłanie w jaskini jego serca, tam znajduje swe miejsce i urządza je dla połogu. O miłości wonczas prawi niewiasta i tak owe poddanie zwie, a przy tym wydaje jej się, że świat jest doskonały! Mężowi swemu wybaczyć gotowa jest prawie wszystko, ale słabości, małości, nieporadności wybaczyć nie umie. Ty zaś słabym i nieporadnym jesteś jeszcze, lecz bacz na słowa me! Kto nie zahartuje serca za młodu, ten nigdy nie będzie dość twardy! Dlatego gdy znowu pójdziesz do kobiet, zabierz ze sobą bicz! Bo twórcy wszyscy twardzi są!

***

Dość wcześnie rano, następnego, upalnego dnia, rozpocząłem samotny obchód miasta i okolicy. Ponieważ znalazłem w mieszkaniu i zaraz wypiłem całego jabola, czułem się w miarę raźno, a potężny kac ustąpił. Doczłapałem nawet do odległego pola namiotowego. Ale co dalej? Dostępu broniło ogrodzenie i zastępy zomowców. Karnet muzyka, jaki posiadałem, nie uprawniał do wejścia na teren miasteczka namiotowego. Zresztą, po co? Tych namiotów stało tu chyba z kilka tysięcy

– Oddam się za bochenek chleba.

– Gienek z Elbląga! Gdzie jesteś?

– Spełniają się marzenia. Nie ma zagrożenia.

– Sierotka Marysia szuka taty. Mieszkam w dziwnej chatce, niedaleko umywalek. Takiej w kropeczki.

– Mam wolny namiot czteroosobowy. Oczekuję propozycji od płci przeciwnej czyli kobiecej. Czekam przy bramie, w czerwonych spodniach — słyszałem z megafonów, wiszących przy wejściu, na drewnianych słupach Obskurna, szara, brudna buda na kołach, musiała być siedzibą namiotowego radiowęzła

Spojrzałem. Chłopaków stało aż trzech. Wszyscy mieli czerwone spodnie, w różnych odcieniach.

– Walery z Łomży poszukuje reszty ekipy. Kontakt przez radiowęzeł.

– Kewin z Sokołowa Podlaskiego, będzie o szesnastej na rynku — megafon nieustannie wypluwał komunikaty

I ja podałem kartkę zapisaną pożyczonym długopisem. Doczekałem się po piętnastu minutach

– Ana! Gdzie jesteś? Czekam na ciebie przy bramie i szukam od wczoraj. Marchewka od Prostytutki Marysi.

Obmywała mnie rzeka, tworzona przez przemieszczających się w obie strony, na pole namiotowe i z pola, kolorowych ludzi. Intensywnie wpatrywałem się w barwny tłum. Nikt jednak do mnie nie przychodził. Gasła nadzieja. Po dwudziestu minutach, wziąłem od kogoś papierosa i powlokłem się z powrotem

Nie wiedziałem nawet jak ma na imię, o nazwisku już nie wspominając. Powiedziała mi tylko, że mieszka w Krakowie.

Kilka godzin przesiedziałem na ławce jarocińskiego rynku, w cieniu remontowanego ratusza. Podarowano mi butelkę piwa, za co szczerze i gorąco podziękowałem Około czternastej, przysiadł się do mnie niejaki Jimi, czterdziestoletni już prawie, długowłosy mieszkaniec Jarocina, odziany bardzo niecodziennie, w spodnie i kamizelkę z czegoś w rodzaju wełny oraz czapeczkę z wizerunkiem krasnoludka. Miał opinię skończonego wariata i naprawdę był ubezwłasnowolniony. Rodzinne miasto opuszczał z pisemnym zezwoleniem taty, na pobyt w określonym miejscu i czasie Przy obcych wygadywał brednie i utwierdzał ich w przekonaniu, że jest psychicznie chory. W towarzystwie kumpli, zachowywał się i mówił normalnie, może z większym niż inni ludzie optymizmem, dlatego lubiłem z nim przebywać Bowiem byłem jego towarzystwem

Siedzieliśmy sobie, prażeni teraz promieniami słońca, już omijającymi ratusz. On popijał coś z czajnika, który przyniósł ze sobą. Ja zaś wcale nie miałem ochoty oglądać słoni tańczących po różowym niebie, więc odmówiłem przyjęcia poczęstunku. Od czasu do czasu, zapalałem papierosa, którym mnie ochoczo częstowano

Wiedziałem, że oto mam wiele powodów do radości, ale wszystko psuje brak Any. Tęsknię za nią. Przepadła tak zupełnie niespodziewanie. Oto jest lato i cudowny czas wolności, czas trwania festiwalu w Jarocinie. Można iść ulicą, albo nie iść, jeżeli przejdzie ochota na chód i usiąść sobie na chodniku, albo i położyć się Nie spałuje za to żadna milicja, ani zomo, nikt się specjalnie nie zdziwi. Każdy może robić co zechce i to jest właśnie przecudowne Takie rajskie miejsce, enklawa, rezerwat, czynny zaledwie tych kilka, jakże bezcennych dni w roku. I ci ludzie, z reguły ciekawi, z którymi można porozmawiać na wszystkie interesujące tematy, tacy bliscy, tak do mnie podobni. Tak wielu tych ludzi; tłumy. Taka ogólna atmosfera pobratania i przenikającej wszystko tolerancji. Nawet milicjanci i zomowcy, chociaż są prawie wszędzie, to doznają cudownego przeobrażenia. Biją tylko wtedy, kiedy już naprawdę muszą, czyli z reguły rzadko. Nawet przyjaźnie rozmawiają z ludźmi, uśmiechają się życzliwie A zamowcy, pilnie wyłapują okazje, aby coś tanio kupić; na przykład kurtkę skórzaną, albo namiot Trochę dziwnie to wygląda, jak zomowiec dobija targu z młodzieńcem z zielonym, sterczącym pióropuszem włosów na głowie, w podartych spodniach, odzianym w pomalowaną "skórę" z napisem „The Exploited”.

– I byłoby świetnie, a ja nie mam humoru, bo mi jedna baba przepadła — wyznałem głośno. — Podobno wczoraj punki pobiły się z metalami — dodałem po chwili. — W końcu przerobią tę imprezę na mecz i zaczną się regularnie lać.

– Jest Dża i jest klimat — odparł Jimi. Wiedziałem już, że niejaki Dża to osoba, coś w rodzaju Boga — Słońca.

– Ale jej nie ma.

– Gdzieś jest. Pewnie nie umarła. Ciesz się tym, co jest. Nie czujesz się dowartościowany? Tłum cię kupił i zaakceptował.

– Może trochę. Z drugiej strony, za łatwe to wszystko, za proste. I ta nasza muzyka. Prymitywna jest. Taka prawda. Prymitywizm, aż wstyd. Milion lat przed naszą erą. Jaskinie.

– Pogracie, to wymyślicie lepszą.

– Wiesz? Jest ta kapela z Bydgoszczy, Variete. Dwa razy ją słyszałem i cieszę się, że przyjechali w tym roku też. Dają mi tyle, co nikt inny na świecie. Ci, to grają. Nie to co my. Jak to określić? — zastanowiłem się. — Jak słyszę wokalistę i jego teksty, to mam wrażenie, że one są odbierane przez moją podświadomość. Te słowa omijają mój rozum i wpadają prosto do wnętrza, mają kontakt z czymś we mnie, z czym moje ego nie ma kontaktu. Rozum znaczenia słów nie pojmuje, ale jakieś głębsze ja, je rozumie.

– Jakie to słowa? — zaciekawił się Jimi.

– Zdobyłem kasetę z próby, ale trochę kiepska jakość. Jeżeli dobrze zrozumiałem to na przykład, chłopcy w piaskownicy, dokopują się do piekła.

– Właśnie tak. To ty nie wiedziałeś? — zdziwił się. — Podświadomość można wyzwalać grzybkami, ziołami i roślinkami, można też muzyką. Tylko, że takie zwroty, uwalniają koszmary z podświadomości. Jak dalej?

– Nie idź z kobietą, nie dawaj szansy, bo nie ma szans.

– A to mądrze.

– Albo, rano strupem odrywam się od ran, czym dłuższa noc, tym bardziej boli. Dzień nie zagoi, muchy latają, bandaż czerwienieje pasami. Zupełnie jak dzisiaj.

Zamilkliśmy, obserwując snujący się wokół ratusza, kolorowy tłum młodzieży. Wielu tak jak my, zalegało ławki, czy też siedziało wprost na kamiennych płytach. I chociaż nie brakowało tu różnorakich dziwolągów, to jednak, przynajmniej na mnie, wrażenie robili jedynie punkersi. Z reguły z kolorowymi, kogucimi grzebieniami na głowach, w raczej brudnych, nierzadko podartych spodniach w barwne plamy, w wysokich, czarnych butach i w nieodłącznych, czarnych skórzanych kurtkach, wybijanych ćwiekami i pokrytymi białymi napisami I ja wyglądałem podobnie. Miałem jednak normalne, bardzo krótko przystrzyżone włosy, zaś czarnej kurtki nie zdobiły ćwieki i napisy, jedynie mały znaczek z nazwą ulubionego zespołu: — „Sex Pistols”

– Dzień dobry! Nazywam się Renata Kozodój, jestem ze „Sztandaru Młodych”. Chciałam poprosić o chwilę rozmowy — stanęła przed nami, około trzydziestoletnia, dość blada i nieco pryszczata kobieta. Słowa, najwyraźniej kierowała do mnie.

– Ekstra! Odjazd! Parowóz naprzód! Jedziemy! Gazy bojowe na tyły! Czy ktoś może pożyczyć nocnik? — Jimi wstał i zaczął podskakiwać w miejscu. — Więcej gazu! Dobrze! Cały czas jedziemy! I para na gwizdek! Ekstra! Sikamy w kąciku, zaś kupę do słoików — kontynuował wymachując rękami. — Miód z uszu wygrzebujemy grzebieniami.

– Ze mną pani chce rozmawiać?

– Jestem po prostu Renata — patrzyła z obawą na Jimiego. — Chcę porozmawiać z liderem Prostytutki Marii.

– Dża jesteś tam? Jesteś? To pojedziemy razem! — nie ustawał mój towarzysz. — Mam trzydzieści parasolek. Do zimy wystarczy. I różowy ręcznik mam. Muszka odeszła sobie. Poszła i zostawiła biustonosz na baterie

– I napisać o nas?

– Być może. Przynajmniej zebrać materiał. Nie wiem, czy tekst mi puszczą

– Rozstrzelają nas! Czterdziestego czerwca o trzydziestej na rynku w Koluszkach. — Jimi nie dawał za wygraną. — Głowy leżą pościnane, ręce leżą odrąbane Nasi kaci nas kochają, wszystkich nas powyrzynają! Gilotyna! Jeszcze nie zginęła, chociaż nie żyjemy!

– On tak zawsze?

W odpowiedzi, mój kolega padł na czworaka, obwąchał dziennikarkę niczym pies

– Nie puszczą? — mruknąłem zaskoczony. — Tacy żeśmy straszni?

– Rzetelnie zbieram materiały o Jarocinie, ale nie wszystko ode mnie zależy Może się gdzieś umówimy, żeby spokojnie pogadać? — zademonstrowała bardzo piękny uśmiech, podkreślony zdrowymi zębami

– Dobrze. O osiemnastej w „Klubowej”. Wiesz, gdzie to jest?

– Wiem. Tylko na pewno przyjdź i raczej bez niego — spojrzała krytycznie w dół, gdzie przy jej nodze warczał Jimol. — Nie pożałujesz. Jeżeli mi puszczą tekst, będziecie mieli promocję kapeli. Ja osobiście, uważam wasz występ za oryginalny i przez to ciekawy Odcinacie się od tła

– Dobra. Ja przyjdę. O osiemnastej.

– To na razie i do zobaczenia!

– Młody jesteś i naiwny — fuknął Jimi, siadając z powrotem na ławce

– Dlaczego?

– Posłuchaj rady bardziej doświadczonego człowieka. Nigdy, nie wdawaj się w żadne układy, z dziennikarzami, władzami i w ogóle z nikim, kto reprezentuje ten świat. Wykorzystają cię, oszukają, posłużysz tylko do ich celów Nikomu nie wolno ufać

– Tak źle?

– Najlepiej zgrywać czubka, żeby się odpierdolili i żeby móc spokojnie iść w stronę słoneczka.

– Tak jak ty?

– Tak. Przez żyto w stronę słońca. Innego wyjścia nie ma. Tylko tak można ocalić wolność. Zobaczysz, że pożałujesz tego, jak się z nią spotkasz. Albo idź! Ale wiesz!? Nawal się! Ja ci dam ekstra towar, będziesz gadał takie rzeczy, że już nigdy, przynajmniej ona, nie zaproponuje wywiadu. Mówię ci! Posłuchaj mnie!

– Nachlałbym się.

– Też dobrze, ale alkoholu nie mam. Ja nie piję.

– Szkoda. A z nią chcę się spotkać, bo, zrozum mnie. Jestem małym chłopcem z małego miasteczka. Taki wywiad wabi. Jestem taki mały, a tu do gazety!?

– Nie próbuj z nią gadać poważnie. Pamiętaj moją radę. Nie daj się omamić. Tego świata nie zmienisz, on nie jest reformowalny. Trzymaj się z daleka i rób swoje! Nie daj się usiecić.

– Tak. Nie zmienimy nic na pewno już, pamięć o nas skłamie — wyrecytowałem.

– Właśnie tak. A taka dziennikarka, to gorsza jest od trzydziestu milicjantów Strzeż się!

***

Drzwi w mieszkaniu Kompota nie chciały ustąpić. Musiałem dość długo terkotać dzwonkiem. Ktoś pewnie był jednak wewnątrz, bo słyszałem muzykę. Wreszcie, otworzyła mi jakaś rudowłosa dziewczyna, owinięta prześcieradłem

– Marchwiak! — usłyszałem i ujrzałem też Steva. — Właśnie kaleczymy wartości. Chodź!

Przestąpiłem próg mieszkania. Za progiem, walały się porozrzucane wszędzie niedbale przedmioty, jakieś kurtki, spodnie, buty, worki, ręczniki, bluzki, butelki, garnki, talerze, słoiki, sznurki.

– Nie widziałeś gdzieś Any?

– Jak miałem nie widzieć, skoro właśnie z nią okaleczyłem z pół tuzina wartości?

– Co!?

– Jest w pokoju — wskazał ręką — z Purchawką chyba.

Poszedłem niepewnie we wskazanym kierunku. Steve objął dziewczynę w prześcieradle ramieniem i pociągnął do innego pomieszczenia. Pchnąłem niedomknięte drzwi. W śpiworze, leżącym na podłodze, obok stosu zielonych makówek, spał Garnek. Ana stała, oparta rękami o ścianę. Była tylko w koszulce z krótkim rękawem. Wypinała gołe pośladki, w które rytmicznie wpychał członka, jakiś zarośnięty, długowłosy jegomość, z opuszczonymi spodniami. Miała przymknięte powieki i cicho pojękiwała. Zabiegom mężczyzny towarzyszyły też równie rytmiczne mlaśnięcia, pacnięcia, czy jak to zwać.

Poczułem falę gorąca, wściekłość, chciałem krzyczeć, ale momentalnie mi przeszło. Para nie zwracała na mnie uwagi. Ana wciąż podrygiwała z zamkniętymi oczami, jęczała i na pewno nawet nie zarejestrowała mojego przybycia. Odwróciłem się i wyszedłem z pokoju. Wszedłem do pomieszczenia, w którym zniknął Steve z dziewczyną. Leżał na niej, ona na rzuconym na podłogę prześcieradle. Była naga. Steve świecił golizną nieopalonych pośladków, znad opuszczonych spodni Też podrygiwali rytmicznie

– Macie coś wychlać? — zapytałem.

– Garnek wychlał wszystko — odparł nie przerywając zabiegów

Nie mówiąc nic więcej, wyszedłem z mieszkania, nie zamykając za sobą drzwi

***

– O co wam chodzi? Wam? Punk rockowemu zespołowi, który zawojował Jarocin? Czego się domagacie? Co chcecie zmienić? — bombardowała pytaniami dziennikarka „Sztandaru Młodych”.

Siedzieliśmy przy stoliku kawiarenki „Klubowa”. Ona zamówiła kawę, a ja z powodu braku jakiegokolwiek alkoholu i funduszy, herbatę W sali było dość cicho i spokojnie Nieliczni klienci rozmawiali półgłosem, a większość z nich paliła papierosy, toteż w powietrzu unosiły się opary tytoniowego dymu. I ja czasem paliłem, jednak czyniłem to raczej na pokaz, rzadko dla przyjemności lub z powodów prawdziwej ochoty na tytoń. Głód nikotynowy jeszcze się we mnie nie zakorzenił Teraz jednak paliłem, bowiem znalazłem papierosa na blacie stolika, a że był to „Marlboro”, toteż nie zastanawiałem się ani chwili

– Nie jestem żadnym punkiem — odparłem. Kobieta skwapliwie notowała moje słowa w zeszyciku. — Z tego co wiem, punk oznacza kogoś wyjątkowo parszywego i wrednego. Ja nikim takim się nie czuję Może nie jestem idealny, ale wredny też nie Mnie chodzi tylko o to, żeby być sobą, samemu sobie dyktować modę i poglądy, nie ulegać i swobodnie te swoje poglądy wyrażać.

– A jakie to poglądy? Zlikwidować ustrój socjalistyczny?

– Kapitalizm, socjalizm, monarchia czy cokolwiek innego, to takie same zło, tylko w różnych postaciach — odparłem — Tam, nie mają pracy, nas do roboty zmuszają. My czekamy dwadzieścia lat na mieszkanie, tam, chaty stoją puste, bo trzeba mieć pieniądze; inaczej pod most. Nas za mówienie „nie”, biją i wsadzają do więzień; tam, możesz mówić co chcesz i ile chcesz, ale i tak nikt cię nie słucha i nie zwraca na ciebie uwagi. Każdy system jest zły. Moim wrogiem jest właśnie zło I wszelkie systemy, jako wcielenie zła

– Czyli dążycie do anarchii?

– Tak — powiedziałem po chwili wahania, bo nigdy przedtem o tym nie myślałem.

– Bezrząd? Chaos? Taki świat byłby lepszy?

– Od tego obecnego, na pewno tak. Żeby zorganizować wojnę, potrzebny jest system. Bez systemów nie byłoby wojen. To droga ocalenia dla ludzkości Jedyna droga — mówiłem już pewniej

– Ocalenia? Przed czym?

– Wojna nuklearna czyli zagłada cywilizacji, jest nieunikniona. Żyjemy w czasie ostatnim. Dlatego o nic już nie warto się starać, pełna abnegacja Mnie wszystko jest obojętne No future

– Bardzo emocjonalnie i źle śpiewasz o kobietach. Dlaczego?

– Bo to w większości kurwy — powiedziałem natychmiast.

– I ja też?

– Zaznaczyłem, że w większości, więc nie wszystkie. Moja matka nie jest

– Co chcesz osiągnąć w życiu?

– Zanim pojawi się na niebie atomowy grzyb i ujrzę obok chmury napis, reżyseria Szatan, scenariusz Bóg, w życiu na Ziemi udział wzięli, chciałbym napić się dużo dobrego piwa i nie patrzeć na ludzkie cierpienie, szczególnie cierpienia dzieci. Czytałem gdzieś, że w Indiach, muszą pracować ciężko nawet pięcioletnie dziewczynki. To mnie przeraża i przytłacza. Ten świat jest nie do przyjęcia, w jakimkolwiek stopniu. Własna wobec niego bezsilność też mnie przytłacza. Szokowanie jest sposobem na wyrażanie poglądów. To nie moja wina, że ludzie nie słuchają pokornej, cichej mowy Trzeba do nich krzyczeć, żeby cokolwiek usłyszeli. Często i krzyk nie wystarcza. Trzeba im nasrać na stół, kiedy jedzą, to dopiero wówczas cię zauważą.

– Chcesz być dostrzegany?

– Jestem istotą myślącą. Mam prawo mieć własne poglądy i na wiele spraw patrzeć inaczej i z wieloma się nie godzić. Tymczasem nie pytano mnie o rady, przy urządzaniu tego państwa i świata, zaś praw tego świata, respektowania tych praw, restrykcyjnie ode mnie wymagają. To przynajmniej chcę im powiedzieć, dlaczego nie godzę się na to i na tamto Nie lubię, jak mówią o mnie, że jestem świr, wariat, zły człowiek. Sądzę, że właśnie oni są źli.

– A więc, jak mówiłeś, nie przyznajesz się do ruchu punk. A przecież grasz głównie dla takiej publiczności, do nich mówisz ze sceny. Wyglądasz jak oni. Nawet kierujesz nimi.

– Oni nie dadzą sobą kierować. A punk jest może w Anglii. Tutaj jest Polska.

– Ale przecież odwołujesz się do Anglii, jako do wzorca. Napisałeś tekst — przewertowała szybko swój zeszyt — powielona tutaj, gniewna antyarmia, przestała istnieć, tu jednak nie Anglia.

– Tak. Bydło różnokolorowe, bydło wielogatunkowe — dodałem machinalnie. — Pozy i pozory, rządzą nami wzory. Zaraz! Skąd masz ten tekst!? Przecież tego nie śpiewaliśmy! Oddałem go tylko do cenzury! — popatrzyłem na nią przenikliwie.

– Mam swoje sposoby — uśmiechnęła się kpiąco.

– Jakoś mi przeszła ochota na wyznania — stwierdziłem szczerze

– Dlaczego? — spoważniała. — Bo wydobyłam tekst od cenzury? Były naczelny mojej gazety jest tutaj i mam