Cesarz wszech chorób. Biografia raka - Siddhartha Mukherjee - ebook

Cesarz wszech chorób. Biografia raka ebook

Mukherjee Siddhartha

4,6

15 osób interesuje się tą książką

Opis

Całe stulecia odkryć, porażek, zwycięstw i pomyłek... Książka "Cesarz wszech chorób" przedstawia historię onkologii, od pierwszych odnotowanych przypadków raka sprzed tysięcy lat na czasach współczesnych kończąc. Siddhartha Mukherjee, lekarz i naukowiec, bada ten temat z precyzją biologa molekularnego, perspektywą historyka i pasją biografa. W rezultacie powstała przejrzysta i niezwykle błyskotliwa kronika schorzenia, które towarzyszy ludzkości od ponad pięciu tysiącleci. "Cesarz wszech chorób", łącząc przystępnie przekazaną wiedzę naukową z opisem konkretnych - dawnych i współczesnych - przypadków, demistyfikuje tę najbardziej demonizowaną chorobę wszech czasów.

Książka amerykańskiego onkologa spotkała się ze znakomitym przyjęciem zarówno środowisk naukowych, jak i literackich. Potwierdzeniem jej klasy są znaczące wyróżnienia: Nagroda Pulitzera w kategorii literatura faktu, Literacka Nagroda PEN / E.O. Wilson dla Książek Naukowych, nagroda za najlepszy debiut przyznawana przez dziennik "The Guardian", nagroda "Książki dla Lepszego Życia". "Cesarz wszech chorób" został także uznany za jedną z dziesięciu najlepszych książek 2010 roku przez "The New York Times Book Review", magazyn "TIME" zaliczył go do stu najważniejszych książek stulecia, zaś "The New York Times" do stu najlepszych książek non-fiction wszech czasów.

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

Czytam wiele, w większości profesjonalnych artykułów, tych przynoszących czysto techniczne wyniki nowych badań klinicznych i podstawowych, wyprane z wszelkich emocji, skalkulowane i mam zawsze wrażenie, że to fragment ksiąg podatkowych. Można spytać, czy istnieje potrzeba rozmawiania i przedstawiania tej nieprawdopodobnie szybko rozwijającej się dyscypliny, jaką jest onkologia, w języku przystępnym, z refleksją nad historią? Po przeczytaniu "Cesarza wszech chorób" odpowiedź jest oczywista, myśmy wręcz marzyli o takiej książce. Opowiedzieć onkologię z pasją, pięknym literackim językiem to istotne zwłaszcza w Polsce - kraju, w którym dziedzina ta cierpi na brak specjalistów, w którym studiowanie i specjalizowanie się w tej dyscyplinie uważane jest za jeden z najtrudniejszych możliwych wyborów.

prof. Cezary Szczylik

Siddhartha Mukherjee dołącza do bractwa praktykujących lekarzy, którzy nie tylko umieją mówić o swym zawodzie, ale również wspaniale o nim pisać.

Tony Judt

Trudno jest wskazać książki skierowane do szerokiego grona odbiorców, które mówiłyby o współczesnej nauce tak błyskotliwe, przystępnie i tak poruszająco zarazem. "Cesarz wszech chorób" to niezwykłe osiągnięcie.

Steven Shapin, "The New Yorker"

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 924

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Sid­dhar­tha Mu­kher­jee

Ce­sarz wszech cho­róbBio­gra­fia raka

Prze­ło­ży­li Jan Dzierz­gow­ski i Agniesz­ka Po­koj­ska

Wszel­kie po­wie­la­nie lub wy­ko­rzy­sta­nie ni­niej­sze­go pli­ku elek­tro­nicz­ne­go inne niż jed­no­ra­zo­we po­bra­nie w za­kre­sie wła­sne­go użyt­ku sta­no­wi na­ru­sze­nie praw au­tor­skich i pod­le­ga od­po­wie­dzial­no­ści cy­wil­nej oraz kar­nej.

Ty­tuł ory­gi­na­łu an­giel­skie­goTHE EM­PE­ROR OF ALL MA­LA­DIES: A BIO­GRA­PHY OF CAN­CER

Pro­jekt okład­ki AGNIESZ­KA PA­SIER­SKA / PRA­COW­NIA PA­PIE­RÓW­KA

Co­py­ri­ght © 2010, SID­DHAR­THA MU­KHER­JEE. All ri­ghts re­se­rved

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by WY­DAW­NIC­TWO CZAR­NE, 2013

Co­py­ri­ght © for the Po­lish trans­la­tion by JAN DZIERZ­GOW­SKI (czę­ści II, IV, V, VI)

i AGNIESZ­KA PO­KOJ­SKA (pro­log, czę­ści I, III i woj­na atos­sy), 2013

Opie­ka re­dak­cyj­na i in­deks MAŁ­GO­RZA­TA PO­ŹDZIK / D2D.PL

Re­dak­cja WOJ­CIECH GÓR­NAŚ / RE­DAK­TOR­NIA.COM

Kon­sul­ta­cja me­dycz­na DR N. MED. MA­RIA GÓR­NAŚ

Ko­rek­ta MAŁ­GO­RZA­TA PO­ŹDZIK i ALI­CJA LI­STWAN / D2D.PL

Re­dak­cja tech­nicz­na RO­BERT OLEŚ / D2D.PL

Do­fi­nan­so­wa­no ze środ­ków Mi­ni­stra Kul­tu­ry i Dzie­dzic­twa Na­ro­do­we­go

ISBN 978-83-7536-669-3

WY­DAW­NIC­TWO CZAR­NE SP. Z O.O.www.czar­ne.com.pl

Se­kre­ta­riat: ul. Koł­łą­ta­ja 14, III p., 38-300 Gor­li­ce, tel./fax +48 18 353 58 93, fax +48 18 352 04 75, e-mail: ma­te­[email protected]­ne.com.pl, to­[email protected]­ne.com.pldo­mi­[email protected]­ne.com.pl, ho­no­ra­[email protected]­ne.com.pl, [email protected]­ne.com.pl

Re­dak­cja: Wo­ło­wiec 11, 38-307 Sę­ko­wa, tel. +48 18 351 00 70, e-mail: re­dak­[email protected]­ne.com.pl

Se­kre­tarz re­dak­cji: mal­go­rza­[email protected]­ne.com.pl

Dział pro­mo­cji: ul. An­der­sa 21/56, 00-159 War­sza­wa, tel./fax +48 22 621 10 48 e-mail: agniesz­[email protected]­ne.com.pl, [email protected]­ne.com.pl, do­ro­[email protected]­ne.com.pl, zo­[email protected]­ne.com.pl

Dział mar­ke­tin­gu: ka­ta­rzy­[email protected]­ne.com.pl

Dział sprze­da­ży: irek.grad­kow­[email protected]­ne.com.pl, tel. 504 564 092, 605 955 550 agniesz­ka.wil­[email protected]­ne.com.pl

Wo­ło­wiec 2013 Wy­da­nie I

Skład wer­sji elek­tro­nicz­nej: MI­CHAŁ LA­TU­SEK / VIR­TU­ALO SP. Z O.O.

Dla RO­BER­TA SAN­DLE­RA (1945-1948),jego po­przed­ni­ków i na­stęp­ców

Cho­ro­ba jest noc­ną pół­ku­lą ży­cia, na­szym bar­dziej uciąż­li­wym oby­wa­tel­stwem. Od dnia na­ro­dzin każ­dy z nas po­sia­da bo­wiem jak­by dwa pasz­por­ty – przy­na­le­ży za­rów­no do świa­ta zdro­wych, jak i do świa­ta cho­rych. I choć wszy­scy wo­li­my się przy­zna­wać tyl­ko do lep­sze­go z tych świa­tów, prę­dzej czy póź­niej, cho­ciaż­by na krót­ko, mu­si­my uznać rów­nież nasz zwią­zek i z tym dru­gim1.

Su­san Son­tag

W roku 2010 w Sta­nach Zjed­no­czo­nych umrze z po­wo­du no­wo­two­rów oko­ło sze­ściu­set ty­się­cy lu­dzi, na ca­łym świe­cie – po­nad sie­dem mi­lio­nów. W cią­gu swo­je­go ży­cia za­cho­ru­ją na raka co trze­cia ko­bie­ta i co dru­gi męż­czy­zna w Sta­nach Zjed­no­czo­nych. Rak bę­dzie przy­czy­ną jed­nej czwar­tej zgo­nów Ame­ry­ka­nów i oko­ło pięt­na­stu pro­cent zgo­nów na świe­cie. W nie­któ­rych kra­jach sta­nie się naj­częst­szą przy­czy­ną śmier­ci, wy­prze­dza­jąc cho­ro­by ser­ca.

Od autora

Ni­niej­sza książ­ka to hi­sto­ria raka. Sta­ro­daw­nej cho­ro­by, nie­gdyś se­kret­nej, o któ­rej mó­wi­ło się wy­łącz­nie szep­tem, póki nie sta­ła się śmier­cio­no­śnym zmien­no­kształt­nym two­rem o tak wiel­kim po­ten­cja­le me­ta­fo­rycz­nym, me­dycz­nym, na­uko­wym i po­li­tycz­nym, że czę­sto na­zy­wa się ją dżu­mą na­sze­go po­ko­le­nia. Ta książ­ka jest naj­praw­dziw­szą bio­gra­fią – pró­bą wnik­nię­cia w umysł tej nie­śmier­tel­nej cho­ro­by, zro­zu­mie­nia jej oso­bo­wo­ści, de­mi­sty­fi­ka­cji jej za­cho­wa­nia. Moim naj­waż­niej­szym ce­lem jest jed­nak zna­le­zie­nie od­po­wie­dzi na py­ta­nie, któ­re wy­kra­cza poza ramy bio­gra­fii: czy mo­że­my so­bie wy­obra­zić ko­niec raka w przy­szło­ści? Czy uda nam się na za­wsze usu­nąć tę cho­ro­bę z na­szych ciał i spo­łe­czeństw?

Rak to nie jest jed­na cho­ro­ba, lecz wie­le róż­nych. Na ich okre­śle­nie uży­wa­my tej sa­mej na­zwy, po­nie­waż łą­czy je pod­sta­wo­wa ce­cha wspól­na – pa­to­lo­gicz­ne na­mna­ża­nie się ko­mó­rek. Uję­cie róż­nych wcie­leń raka w jed­nej opo­wie­ści ma, poza po­do­bień­stwem na po­zio­mie bio­lo­gicz­nym, jesz­cze jed­no uza­sad­nie­nie: roz­ma­itych po­sta­ci tej cho­ro­by nie roz­róż­nia się w sfe­rze kul­tu­ro­wej i po­li­tycz­nej. Opo­wie­dze­nie hi­sto­rii każ­de­go ro­dza­ju no­wo­two­ru osob­no jest nie­moż­li­we; ja po­sta­wi­łem so­bie cel, któ­rym jest po­ka­za­nie naj­waż­niej­szych wąt­ków prze­wi­ja­ją­cych się w li­czą­cej czte­ry ty­sią­ce lat hi­sto­rii tej cho­ro­by.

Mój za­mysł, jak wi­dać ogrom­ny, wy­rósł z cze­goś dużo skrom­niej­sze­go. La­tem 2003 roku, po ukoń­cze­niu re­zy­den­tu­ry w szpi­ta­lu i uzy­ska­niu dy­plo­mu z im­mu­no­lo­gii on­ko­lo­gicz­nej, roz­po­czą­łem spe­cja­li­za­cję w dzie­dzi­nie on­ko­lo­gii w Dana-Far­ber Can­cer In­sti­tu­te oraz Mas­sa­chu­setts Ge­ne­ral Ho­spi­tal w Bo­sto­nie. Po­cząt­ko­wo za­mie­rza­łem przez ten rok pro­wa­dzić dzien­nik – bie­żą­ce do­nie­sie­nia o le­cze­niu no­wo­two­rów, taki „ra­port z li­nii fron­tu”. Ale po­mysł pręd­ko wy­ewo­lu­ował w więk­sze i bar­dziej po­głę­bio­ne przed­się­wzię­cie, tak że osta­tecz­nie przy­szło mi za­głę­bić się nie tyl­ko w na­ukę i me­dy­cy­nę, ale też w kul­tu­rę, hi­sto­rię, li­te­ra­tu­rę i po­li­ty­kę, a rów­nież w prze­szłość raka i w jego przy­szłość.

W epi­cen­trum tej hi­sto­rii znaj­du­ją się dwie po­sta­ci, męż­czy­zna i ko­bie­ta – nie­mal w tym sa­mym wie­ku, obo­je są ide­ali­sta­mi, nie­odrod­ny­mi dzieć­mi bo­omu, któ­ry na­stą­pił po II woj­nie świa­to­wej w ame­ry­kań­skiej na­uce i tech­no­lo­gii, a tak­że oso­ba­mi nie­ugię­cie, ob­se­syj­nie dą­żą­cy­mi do wy­po­wie­dze­nia ogól­no­kra­jo­wej „woj­ny z ra­kiem”. Pierw­sza z nich to Sid­ney Far­ber, oj­ciec współ­cze­snej che­mio­te­ra­pii, któ­ry w ana­lo­gu wi­ta­mi­ny przy­pad­kiem od­kry­wa sub­stan­cję prze­ciw­no­wo­two­ro­wą o po­tęż­nej sile i za­czy­na ma­rzyć o uni­wer­sal­nym le­kar­stwie na no­wo­two­ry. Dru­gą jest Mary La­sker, przez kil­ka­dzie­siąt lat to­wa­rzy­szą­ca Far­be­ro­wi w jego dzia­ła­niach man­hat­tań­ska lwi­ca sa­lo­no­wa o le­gen­dar­nej wprost ener­gii do ak­tyw­no­ści na are­nie spo­łecz­nej i po­li­tycz­nej. Ale La­sker i Far­ber je­dy­nie eg­zem­pli­fi­ku­ją za­cię­cie, wy­obraź­nię, wy­na­laz­czość i en­tu­zjazm po­ko­leń, któ­re od czte­rech ty­się­cy lat to­czą wal­kę z ra­kiem. W pew­nym sen­sie jest to bo­wiem hi­sto­ria woj­ny – w któ­rej prze­ciw­nik cha­rak­te­ry­zu­je się bez­po­sta­cio­wo­ścią, po­nad­cza­so­wo­ścią i wszech­obec­no­ścią. Mamy tu zwy­cię­stwa i po­raż­ki, set­ki kam­pa­nii, bo­ha­te­rów i py­szał­ków, pierw­szo­rzęd­ne kwe­stie: jak wy­trwać i prze­żyć, a tak­że, co nie­unik­nio­ne, ran­nych, po­tę­pio­nych, za­po­mnia­nych i zmar­łych. Rak wy­ła­nia się z tej opo­wie­ści, jak na­pi­sał pe­wien dzie­więt­na­sto­wiecz­ny chi­rurg na fron­ty­spi­sie swo­jej książ­ki, jako „ce­sarz wszech cho­rób, król tego, co naj­strasz­niej­sze”.

Uwa­ga: w na­uce i w me­dy­cy­nie, dzie­dzi­nach, w któ­rych pierw­szeń­stwo od­kry­cia ma ol­brzy­mie zna­cze­nie, mia­no wy­na­laz­cy czy od­kryw­cy otrzy­mu­je się od spo­łecz­no­ści na­ukow­ców i ba­da­czy. Ni­niej­sza książ­ka opi­su­je hi­sto­rie wie­lu od­kryć i wy­na­laz­ków, jed­nak nie słu­żą one temu, żeby ko­mu­kol­wiek przy­pi­sy­wać lub od­bie­rać pra­wo do pierw­szeń­stwa, i nie po­win­ny być w ten spo­sób trak­to­wa­ne.

Jako au­tor tej książ­ki sto­ję na bar­kach wie­lu in­nych osób. Moja pra­ca opie­ra się na in­nych książ­kach, opu­bli­ko­wa­nych ba­da­niach, ar­ty­ku­łach w pi­smach na­uko­wych, wspo­mnie­niach i wy­wia­dach. Ko­rzy­sta­łem tak­że z ma­te­ria­łów po­cho­dzą­cych od osób pry­wat­nych, z bi­blio­tek, ko­lek­cji, zbio­rów i ar­chi­wów, któ­re wy­mie­niam w po­dzię­ko­wa­niach za­miesz­czo­nych na koń­cu ni­niej­sze­go tomu.

Jed­ne­go po­dzię­ko­wa­nia nie mogę jed­nak zo­sta­wić na ko­niec. Ta książ­ka jest nie tyl­ko wy­pra­wą w prze­szłość raka, lecz rów­nież oso­bi­stą po­dró­żą, moim doj­rze­wa­niem jako on­ko­lo­ga. Nie by­ło­by tej po­dró­ży, gdy­by nie moi pa­cjen­ci – w stop­niu znacz­nie więk­szym niż po­zo­sta­łe oso­by, któ­re przy­czy­ni­ły się do po­wsta­nia tej książ­ki, uczy­li mnie oni i in­spi­ro­wa­li. Je­stem im wi­nien bez­gra­nicz­ną wdzięcz­ność.

Ale z każ­dym dłu­giem wią­żą się od­set­ki. Przy­ta­cza­nie w książ­ce hi­sto­rii pa­cjen­tów ro­dzi­ło pro­ble­my zwią­za­ne z ochro­ną ich pry­wat­no­ści i god­no­ści. W tych przy­pad­kach, w któ­rych wie­dza o cho­ro­bie była już wcze­śniej upu­blicz­nio­na (na przy­kład w for­mie wy­wia­du czy ar­ty­ku­łu), uży­wam praw­dzi­wych na­zwisk. W przy­pad­kach zaś, któ­re nie zo­sta­ły po­da­ne do wia­do­mo­ści pu­blicz­nej, albo je­że­li pa­cjen­ci ży­czy­li so­bie za­cho­wa­nia ano­ni­mo­wo­ści, po­słu­ży­łem się fik­cyj­ny­mi na­zwi­ska­mi i umyśl­nie po­zmie­nia­łem daty oraz szcze­gó­ły ży­cio­ry­sów, żeby nie moż­na było tych osób roz­po­znać. Nie­mniej jed­nak są to praw­dzi­wi pa­cjen­ci i praw­dzi­we roz­mo­wy. Bar­dzo pro­szę czy­tel­ni­ków o usza­no­wa­nie ich pry­wat­no­ści.

Od polskiego wydawcy

Każ­dy pol­ski le­karz, wi­dząc pod­ty­tuł tej książ­ki, po­wie, że rak nie jest do­kład­nym tłu­ma­cze­niem an­giel­skie­go can­cer (mimo że ła­ciń­skie sło­wo can­cer i sta­ro­grec­kie kar­ki­nos ozna­cza­ją wła­śnie raka – sko­ru­pia­ka lub znak zo­dia­ku). Gdy­by­śmy chcie­li się po­słu­żyć ter­mi­nem me­dycz­nym, na­le­ża­ło­by pi­sać o no­wo­two­rze albo wręcz no­wo­two­rach. By­ło­by to jed­nak nie­zgod­ne z in­ten­cją au­to­ra – jego dzie­ło opo­wia­da hi­sto­rię zło­wro­gie­go bytu, ta­jem­ni­czej isto­ty, któ­ra za­bi­ja­ła i fa­scy­no­wa­ła lu­dzi, na dłu­go za­nim ba­da­cze usta­li­li, że no­wo­two­ry to nie jed­na cho­ro­ba, lecz wie­le róż­nych.

Dla­te­go wła­śnie w pol­skim tłu­ma­cze­niu ce­sarz wszech cho­rób nosi imię Rak. Sło­wem tym przez wie­ki na­zy­wa­no wszyst­kie no­wo­two­ry, a tak­że nie­któ­re trud­no go­ją­ce się wrzo­dy. Do­pie­ro nie tak daw­no na­uka prze­ję­ła ten ter­min i nada­ła mu ści­słe, węż­sze zna­cze­nie.

W sa­mym tek­ście książ­ki usza­no­wa­li­śmy jed­nak me­dycz­ną tra­dy­cję. Gdy mowa o kon­kret­nych cho­ro­bach, a nie o raku w sen­sie hi­sto­rycz­nym, sto­su­je­my po­praw­ną ter­mi­no­lo­gię. Sło­wa rak uży­wa­my zgod­nie z na­uko­wą de­fi­ni­cją raka, w po­zo­sta­łych zaś przy­pad­kach prze­waż­nie pada sło­wo no­wo­twór lub na­zwy po­szcze­gól­nych scho­rzeń.

CE­SARZWSZECH CHO­RÓB

Prolog

[…] Je­śli

Cho­ro­ba wkra­cza w osta­tecz­ne sta­dium,

Le­karz sto­su­je osta­tecz­ne środ­ki Lub […] żad­nych.

Wil­liam Sha­ke­spe­are, Ham­let2

Rak za­czy­na się od czło­wie­ka i na czło­wie­ku się koń­czy. W na­tło­ku na­uko­wych abs­trak­cji moż­na cza­sa­mi za­po­mnieć o tym pod­sta­wo­wym fak­cie. […] Le­ka­rze le­czą cho­ro­by, ale le­czą rów­nież lu­dzi i ten wa­ru­nek ich za­wo­do­we­go ist­nie­nia cza­sa­mi cią­gnie ich w dwóch prze­ciw­nych kie­run­kach.

June Go­od­field3

Ran­kiem 19 maja 2004 roku Car­la Reed, trzy­dzie­sto­let­nia przed­szko­lan­ka z Ip­swich w sta­nie Mas­sa­chu­setts, mat­ka troj­ga ma­łych dzie­ci, obu­dzi­ła się z bó­lem gło­wy. „Ale nie był to zwy­czaj­ny ból – wspo­mi­na­ła póź­niej – tyl­ko pew­ne­go ro­dza­ju odrę­twie­nie gło­wy. Ta­kie odrę­twie­nie, któ­re na­tych­miast sy­gna­li­zu­je, że dzie­je się coś bar­dzo złe­go”.

Coś bar­dzo złe­go dzia­ło się od bli­sko mie­sią­ca. Pod ko­niec kwiet­nia Car­la od­kry­ła na ple­cach kil­ka siń­ców. Po­ja­wi­ły się pew­ne­go ran­ka, ni stąd, ni zo­wąd, jak ja­kieś styg­ma­ty, póź­niej się roz­ro­sły, a w cią­gu ko­lej­nych ty­go­dni zbla­dły, zo­sta­wia­jąc po so­bie śla­dy przy­po­mi­na­ją­ce mapę. Stop­nio­wo, nie­mal nie­zau­wa­żal­nie, Car­li za­czę­ły bled­nąć dzią­sła. Na po­cząt­ku maja ta ener­gicz­na, peł­na ży­cia ko­bie­ta, przy­zwy­cza­jo­na do spę­dza­nia wie­lu go­dzin z pię­cio- i sze­ścio­lat­ka­mi, za któ­ry­mi trze­ba bie­gać po ca­łej sali, le­d­wie mia­ła siłę wejść po scho­dach na pię­tro. W nie­któ­re po­ran­ki czu­ła się tak wy­czer­pa­na, że nie mo­gła ustać na no­gach i z po­ko­ju do po­ko­ju prze­miesz­cza­ła się na czwo­ra­kach. Sy­pia­ła nie­spo­koj­nie po dwa­na­ście, czter­na­ście go­dzin na dobę, po czym bu­dzi­ła się tak skraj­nie zmę­czo­na, że mu­sia­ła się znów po­ło­żyć spać.

Pod­czas tych czte­rech ty­go­dni Car­la wraz z mę­żem zgło­si­ła się do le­ka­rza ogól­ne­go i dwa razy do pie­lę­gniar­ki, ale z każ­dej z tych wi­zyt wy­szła bez ba­dań i bez dia­gno­zy. Za­czę­ła od­czu­wać w ko­ściach upior­ne bóle, któ­re przy­cho­dzi­ły i od­cho­dzi­ły. Le­kar­ka sta­ra­ła się zna­leźć ja­kieś wy­tłu­ma­cze­nie dla złe­go sa­mo­po­czu­cia Car­li. Stwier­dzi­ła, że to może być mi­gre­na, i ka­za­ła pa­cjent­ce za­ży­wać aspi­ry­nę. Aspi­ry­na tyl­ko na­si­li­ła krwa­wie­nie z bla­dych dzią­seł.

Car­la, oso­ba z na­tu­ry otwar­ta, to­wa­rzy­ska i try­ska­ją­ca ener­gią, bar­dziej się dzi­wi­ła, niż przej­mo­wa­ła swo­ją po­ja­wia­ją­cą się i zni­ka­ją­cą cho­ro­bą. Nig­dy wcze­śniej po­waż­nie nie cho­ro­wa­ła. Szpi­tal był dla niej miej­scem cał­ko­wi­cie abs­trak­cyj­nym – nig­dy nie mia­ła stycz­no­ści z le­ka­rzem spe­cja­li­stą, a co do­pie­ro z on­ko­lo­giem. Tłu­ma­czy­ła so­bie, że jej ob­ja­wy mogą mieć róż­ne przy­czy­ny – prze­pra­co­wa­nie, de­pre­sja, nie­straw­ność, ner­wi­ca, bez­sen­ność. Ale osta­tecz­nie coś w niej – ja­kiś siód­my zmysł – dało znać, że w jej cie­le dzie­je się coś po­waż­ne­go i groź­ne­go.

19 maja po po­łu­dniu Car­la zo­sta­wi­ła dzie­ci pod opie­ką są­siad­ki, po­je­cha­ła do kli­ni­ki i za­żą­da­ła wy­ko­na­nia ba­dań krwi. Le­kar­ka zle­ci­ła stan­dar­do­we ba­da­nie. Gdy pie­lę­gniarz po­brał z żyły krew, wle­pił wzrok w jej ko­lor, naj­wy­raź­niej za­in­try­go­wa­ny. Płyn, któ­ry wy­pły­wał z żyły Car­li – ja­sny, rzad­ki i wod­ni­sty – wła­ści­wie ni­czym krwi nie przy­po­mi­nał.

Do koń­ca dnia Car­la nie otrzy­ma­ła żad­nej wia­do­mo­ści. Na­za­jutrz przed po­łu­dniem, kie­dy ro­bi­ła za­ku­py na tar­gu ryb­nym, za­dzwo­nił te­le­fon.

– Mu­si­my jesz­cze raz po­brać pani krew – po­wie­dzia­ła pie­lę­gniar­ka z kli­ni­ki.

– Kie­dy mam przy­je­chać? – za­py­ta­ła Car­la, przy­po­mi­na­jąc so­bie jed­no­cze­śnie plan gę­sto wy­peł­nio­ne­go obo­wiąz­ka­mi dnia. Pa­mię­ta, że spoj­rza­ła na ze­gar. Ćwierć­ki­lo­gra­mo­wy stek z ło­so­sia roz­mra­żał się w tor­bie i mógł się ze­psuć, je­że­li nie tra­fi szyb­ko do lo­dów­ki.

Na wspo­mnie­nia Car­li z prze­bie­gu cho­ro­by skła­da­ją się wła­śnie ta­kie ba­nal­ne szcze­gó­ły: ze­gar, dzie­ci, gra­fik do­wo­że­nia ich do szko­ły, fiol­ka ja­snej krwi, ta­ją­ca w słoń­cu ryba na obiad, na­głe na­pię­cie w gło­sie w słu­chaw­ce. Car­la nie pa­mię­ta do­kład­nie słów pie­lę­gniar­ki, tyl­ko ogól­ne wra­że­nie, że spra­wa jest po­waż­na.

– Na­tych­miast – tak chy­ba po­wie­dzia­ła pie­lę­gniar­ka. – Pro­szę przy­je­chać na­tych­miast.

*

O przy­pad­ku Car­li do­wie­dzia­łem się o siód­mej rano 21 maja, w wa­go­nie me­tra mię­dzy sta­cja­mi Ken­dall Squ­are a Char­les Stre­et w Bo­sto­nie. Zda­nie, któ­re wy­świe­tli­ło mi się na pa­ge­rze, mia­ło cha­rak­te­ry­stycz­ny rytm stac­ca­to i siłę prze­ka­zu po­waż­ne­go przy­pad­ku me­dycz­ne­go: Car­la Reed / nowa pa­cjent­ka, bia­łacz­ka / 14 pię­tro / pro­szę od­wie­dzić za­raz po przyj­ściu. Gdy po­ciąg wy­strze­lił z dłu­gie­go ciem­ne­go tu­ne­lu, na­gle uka­za­ły mi się prze­szklo­ne wie­że szpi­ta­la ogól­ne­go, Mas­sa­chu­setts Ge­ne­ral Ho­spi­tal, i okna sal na czter­na­stym pię­trze.

Do­my­śla­łem się, że Car­la leży w jed­nej z nich, sama, prze­raź­li­wie sa­mot­na. Na ko­ry­ta­rzach już pew­nie roz­brzmie­wał szum go­rącz­ko­wej ak­tyw­no­ści. Mię­dzy od­dzia­łem a la­bo­ra­to­rium na pierw­szym pię­trze krą­ży­ły pro­bów­ki z krwią. Pie­lę­gniar­ki no­si­ły prób­ki do ba­da­nia, re­zy­den­ci zbie­ra­li dane do po­ran­nych spra­woz­dań, brzę­cza­ły dzwon­ki, wy­sy­ła­no wia­do­mo­ści na pa­ge­ry le­ka­rzy. Gdzieś w głę­bi szpi­ta­la ktoś włą­czał mi­kro­skop i w jego oku­la­rze ob­raz ko­mó­rek krwi Car­li na­bie­rał wy­ra­zi­sto­ści.

Opo­wia­dam o tym wszyst­kim ze sto­sun­ko­wą pew­no­ścią, po­nie­waż po­ja­wie­nie się pa­cjen­ta cho­re­go na ostrą bia­łacz­kę wciąż spra­wia, że całą kli­ni­kę prze­szy­wa dreszcz – od od­dzia­łów on­ko­lo­gicz­nych na gór­nych pię­trach po la­bo­ra­to­ria kli­nicz­ne miesz­czą­ce się głę­bo­ko w piw­ni­cach. Bia­łacz­ka to no­wo­twór bia­łych krwi­nek – jed­na z naj­bar­dziej gwał­tow­nych, burz­li­wie prze­bie­ga­ją­cych od­mian raka. Jak lu­bi­ła przy­po­mi­nać pa­cjen­tom pew­na pie­lę­gniar­ka z od­dzia­łu on­ko­lo­gicz­ne­go, w przy­pad­ku tej cho­ro­by „na­wet prze­cię­cie skó­ry pa­pie­rem to po­waż­ny wy­pa­dek”.

Dla on­ko­lo­ga szko­lą­ce­go się w za­wo­dzie ostra bia­łacz­ka rów­nież sta­no­wi wy­jąt­ko­wą od­mia­nę raka. Jej na­głość, gwał­tow­ność, bły­ska­wicz­ny, nie­po­wstrzy­ma­ny roz­wój wy­mu­sza­ją szyb­kie, czę­sto dra­stycz­ne de­cy­zje; jest to cho­ro­ba prze­ra­ża­ją­ca dla tego, kto na nią cier­pi, dla tego, kto pa­trzy na nią z boku, i dla tego, kto ją le­czy. Cia­ło za­ata­ko­wa­ne przez bia­łacz­kę zo­sta­je do­pro­wa­dzo­ne do kru­chych gra­nic fi­zjo­lo­gicz­ne­go funk­cjo­no­wa­nia – każ­dy układ, ser­ce, płu­ca i krew pra­cu­ją na gra­ni­cy swo­ich moż­li­wo­ści. Pie­lę­gniar­ki uzu­peł­ni­ły luki w mo­jej wie­dzy na te­mat przy­pad­ku Car­li. Zle­co­ne przez jej le­kar­kę ba­da­nia krwi wy­ka­za­ły, że po­ziom czer­wo­nych krwi­nek był kry­tycz­nie ni­ski, po­ni­żej jed­nej trze­ciej nor­my. Za­miast nor­mal­nych bia­łych krwi­nek w jej krwi znaj­do­wa­ły się mi­lio­ny du­żych, zło­śli­wych bia­łych ko­mó­rek – w ter­mi­no­lo­gii on­ko­lo­gicz­nej zwa­nych bla­sta­mi. Le­kar­ka, któ­ra wresz­cie po­sta­wi­ła po­praw­ną dia­gno­zę, skie­ro­wa­ła Car­lę do Mas­sa­chu­setts Ge­ne­ral Ho­spi­tal.

*

Idąc do sali Car­li dłu­gim, pu­stym ko­ry­ta­rzem, po an­ty­sep­tycz­nie błysz­czą­cej pod­ło­dze świe­żo prze­tar­tej wodą ze środ­kiem de­zyn­fe­ku­ją­cym, prze­bie­ga­łem w my­ślach li­stę ba­dań, któ­rym bę­dzie trze­ba pod­dać krew cho­rej, i ostat­ni raz po­wtó­rzy­łem swo­je kwe­stie w cze­ka­ją­cej nas roz­mo­wie. Po­my­śla­łem z ża­lem, że w moim współ­czu­ciu jest coś wy­kal­ku­lo­wa­ne­go, wręcz me­cha­nicz­ne­go. Był to dzie­sią­ty mie­siąc mo­je­go sta­żu na on­ko­lo­gii – dwu­let­nie­go in­ten­syw­ne­go pro­gra­mu szko­le­nia spe­cja­li­stów od no­wo­two­rów – i mia­łem po­czu­cie, że osią­gną­łem punkt, po­ni­żej któ­re­go już się nie da zejść. Przez tych dzie­sięć nie­opi­sa­nie trud­nych, przej­mu­ją­cych mie­się­cy zmar­ły dzie­siąt­ki pa­cjen­tów, któ­ry­mi się opie­ko­wa­łem. Czu­łem, że po­wo­li uod­par­niam się na śmierć i przy­gnę­bie­nie – jak­bym do­stał szcze­pion­kę na cią­głą emo­cjo­nal­ną szar­pa­ni­nę.

Ta­kich sta­ży­stów jak ja było w szpi­ta­lu sied­miu. Na pa­pie­rze wy­da­wa­li­śmy się po­tęż­ną siłą: by­li­śmy ab­sol­wen­ta­mi pię­ciu uczel­ni me­dycz­nych i czte­rech kli­nik uni­wer­sy­tec­kich, mie­li­śmy za sobą łącz­nie sześć­dzie­siąt sześć lat po­bie­ra­nia nauk me­dycz­nych i mo­gli­śmy się po­szczy­cić dwu­na­sto­ma dy­plo­ma­mi ukoń­cze­nia stu­diów wyż­szych i po­dy­plo­mo­wych. Ale ani lata na­uki, ani dy­plo­my nie przy­go­to­wa­ły nas do tego sta­żu. Uczel­nia me­dycz­na, spe­cja­li­za­cja i re­zy­den­tu­ra były wy­czer­pu­ją­ce fi­zycz­nie i emo­cjo­nal­nie, ale pierw­sze mie­sią­ce sta­żu zdmuch­nę­ły ich wspo­mnie­nie, jak­by to była tyl­ko za­ba­wa, ze­rów­ka przed praw­dzi­wym szko­le­niem na le­ka­rza.

Rak był w na­szym ży­ciu wszech­obec­ny. Za­wład­nął na­szą wy­obraź­nią, opa­no­wał wspo­mnie­nia, prze­do­sta­wał się do każ­dej roz­mo­wy, prze­ni­kał każ­dą myśl. Sko­ro my, le­ka­rze, mie­li­śmy po­czu­cie, że rak cał­ko­wi­cie za­pa­no­wał nad na­szym ży­ciem, to nasi pa­cjen­ci czu­li za­pew­ne, że prak­tycz­nie ode­brał im ży­cie. Pa­weł Ni­ko­ła­je­wicz Ru­sa­now, bo­ha­ter po­wie­ści Alek­san­dra Soł­że­ni­cy­na Od­dział cho­rych na raka4, mło­dy du­chem Ro­sja­nin po czter­dzie­st­ce, od­kry­wa guz na szyi i zo­sta­je na­tych­miast skie­ro­wa­ny na od­dział on­ko­lo­gicz­ny pew­ne­go bez­i­mien­ne­go szpi­ta­la na mroź­nej pół­no­cy. Dia­gno­za – nie sama cho­ro­ba, lecz jej styg­mat – sta­je się dla Ru­sa­no­wa wy­ro­kiem śmier­ci. Cho­ro­ba od­bie­ra mu toż­sa­mość. Przy­odzie­wa go w szpi­tal­ną pi­ża­mę (strój tra­gi­ko­micz­nie okrut­ny, nie mniej niż wię­zien­ny dre­lich) i zu­peł­nie przej­mu­je kon­tro­lę nad jego dzia­ła­niem. Usły­szeć dia­gno­zę: „rak” to – od­kry­wa Ru­sa­now – zna­leźć się w nie­ma­ją­cym gra­nic me­dycz­nym gu­ła­gu, pań­stwie jesz­cze bar­dziej opre­syj­nym i pa­ra­li­żu­ją­cym niż to, w któ­rym bo­ha­ter żył wcze­śniej. (Soł­że­ni­cyn chciał może, by jego ab­sur­dal­nie to­ta­li­tar­ny od­dział on­ko­lo­gicz­ny sta­no­wił pa­ra­le­lę ab­sur­dal­nie to­ta­li­tar­ne­go świa­ta poza mu­ra­mi szpi­ta­la, kie­dy jed­nak za­py­ta­łem pew­ną ko­bie­tę cho­rą na raka szyj­ki ma­ci­cy, co są­dzi o tej pa­ra­le­li, po­wie­dzia­ła z prze­ką­sem: „Nie­ste­ty, mnie przy tej książ­ce nie były po­trzeb­ne żad­ne me­ta­fo­ry. Dla mnie od­dział on­ko­lo­gicz­ny rze­czy­wi­ście był pań­stwem kon­tro­lu­ją­cym każ­dy ruch, wię­zie­niem”).

Jako le­karz uczą­cy się po­stę­po­wa­nia z pa­cjen­ta­mi on­ko­lo­gicz­ny­mi owo po­czu­cie by­cia kon­tro­lo­wa­nym i ogra­ni­cza­nym zna­łem tyl­ko z po­zy­cji ob­ser­wa­to­ra. Ale na­wet z ta­kiej ze­wnętrz­nej per­spek­ty­wy wy­raź­nie czu­łem moc tego wię­zie­nia – tępą, upo­rczy­wą siłę przy­cią­ga­nia, któ­ra po­ry­wa w or­bi­tę raka wszyst­kich i wszyst­ko. W pierw­szym ty­go­dniu mo­je­go sta­żu pe­wien ko­le­ga, któ­ry wła­śnie swój staż ukoń­czył, wziął mnie na stro­nę i udzie­lił mi kil­ku rad. „To jest niby pro­gram in­ten­syw­ny – po­wie­dział, ści­sza­jąc głos. – Ale tak na­praw­dę to pro­gram za­bój­czo in­ten­syw­ny. Nie do­puść, żeby ta rze­czy­wi­stość prze­nik­nę­ła wszyst­ko, co ro­bisz. Miej ja­kieś ży­cie poza szpi­ta­lem. Przy­da ci się. In­a­czej to tu­taj cię we­ssie”.

Ale nie moż­na było nie dać się we­ssać. Co wie­czór po ob­cho­dzie sie­dzia­łem przez ja­kiś czas w au­cie na szpi­tal­nym par­kin­gu, w nie­przy­ja­znym be­to­no­wym la­bi­ryn­cie oświe­tlo­nym ja­rze­niów­ka­mi, otę­pia­ły i nie­zbor­ny. Ra­dio bez­myśl­nie trzesz­cza­ło w tle, a ja kom­pul­syw­nie usi­ło­wa­łem od­two­rzyć wy­da­rze­nia mi­nio­ne­go dnia. Gło­wę mia­łem peł­ną hi­sto­rii pa­cjen­tów, a pod­ję­te de­cy­zje cho­dzi­ły za mną i nie da­wa­ły mi spo­ko­ju. Czy war­to było zle­cić ko­lej­ny cykl che­mio­te­ra­pii sześć­dzie­się­cio­sze­ścio­let­niej ap­te­kar­ce cho­rej na raka płu­ca, u któ­rej nie za­dzia­ła­ły żad­ne inne leki? Czy w przy­pad­ku dwu­dzie­sto­sze­ścio­let­niej ko­bie­ty cho­rej na ziar­ni­cę zło­śli­wą le­piej było wy­pró­bo­wać spraw­dzo­ne sil­ne po­łą­cze­nie le­ków i ry­zy­ko­wać, że sta­nie się bez­płod­na, czy ra­czej wy­brać po­łą­cze­nie bar­dziej eks­pe­ry­men­tal­ne, dzię­ki któ­re­mu za­cho­wa­ła­by szan­se na uro­dze­nie dziec­ka? Czy hisz­pań­sko­ję­zycz­ną mat­kę troj­ga dzie­ci z ra­kiem je­li­ta gru­be­go po­win­no się włą­czyć do no­we­go pro­gra­mu kli­nicz­ne­go, sko­ro le­d­wo umie prze­czy­tać for­mu­larz zgo­dy na le­cze­nie, na­pi­sa­ny trud­nym urzę­do­wym ję­zy­kiem?

Po­zo­sta­jąc w co­dzien­nym kon­tak­cie z ra­kiem, nie wi­dzia­łem nic poza ży­ciem i lo­sem swo­ich pa­cjen­tów, uka­zu­ją­cym mi się w prze­sy­co­nych bar­wach ni­czym ob­raz w te­le­wi­zo­rze, w któ­rym usta­wio­no zbyt moc­ny kon­trast. Nie umia­łem się od­su­nąć od ekra­nu. In­stynk­tow­nie wie­dzia­łem, że moje do­świad­cze­nia sta­no­wią ele­ment to­czą­cej się na znacz­nie więk­szą ska­lę wal­ki z ra­kiem, ale ogar­nię­cie jej umy­słem było zde­cy­do­wa­nie poza za­się­giem mo­ich moż­li­wo­ści. Jak każ­dy no­wi­cjusz by­łem spra­gnio­ny hi­sto­rii, ale też jak każ­dy no­wi­cjusz nie po­tra­fi­łem jej so­bie wy­obra­zić.

*

Gdy wy­sze­dłem ze sta­nu dziw­ne­go przy­gnę­bie­nia, w któ­rym po­grą­ży­łem się pod­czas dwu­let­nie­go sta­żu, wró­ci­ły i za­czę­ły do­ma­gać się od­po­wie­dzi py­ta­nia o szer­szy kon­tekst raka: Ile lat ma rak? Ja­kie są ko­rze­nie na­szej wal­ki z tą cho­ro­bą? Czy też – jak czę­sto­kroć for­mu­ło­wa­li to py­ta­nie pa­cjen­ci – na ja­kim je­ste­śmy eta­pie „woj­ny” z ra­kiem? W jaki spo­sób do­szli­śmy do tego punk­tu? Czy jest ja­kiś ko­niec? Czy tę woj­nę kie­dy­kol­wiek uda się wy­grać?

Ni­niej­sza książ­ka wy­ro­sła z prób od­po­wie­dzi na te wła­śnie py­ta­nia. Za­głę­bi­łem się w hi­sto­rię raka, żeby nadać kształt tej zmien­no­kształt­nej cho­ro­bie, z któ­rą po­sta­no­wi­łem się zmie­rzyć. Się­ga­łem do prze­szło­ści, żeby rzu­cić świa­tło na te­raź­niej­szość. Osa­mot­nie­nie i wście­kłość, któ­re ogar­nia­ją trzy­dzie­sto­sze­ścio­let­nią ko­bie­tę cho­rą na raka pier­si w III stop­niu za­awan­so­wa­nia, po­wta­rza­ją jak echo uczu­cia zna­ne już w sta­ro­żyt­no­ści: Atos­sa, kró­lo­wa per­ska5, owi­ja­ła cho­rą pierś, by ukryć ją przed ludz­kim wzro­kiem, aż wresz­cie, w na­pa­dzie de­struk­cyj­nej i pro­ro­czej fu­rii, ka­za­ła nie­wol­ni­ko­wi od­ciąć tę pierś no­żem. Pra­gnie­nie pew­nej pa­cjent­ki, by am­pu­to­wać so­bie brzuch pe­łen prze­rzu­tów – „żeby ab­so­lut­nie nic nie zo­sta­ło”, jak to uję­ła – przy­wo­dzi na myśl opę­ta­ne­go per­fek­cjo­ni­zmem dzie­więt­na­sto­wiecz­ne­go chi­rur­ga Wil­lia­ma Hal­ste­da, któ­ry ocio­sy­wał cia­ła pa­cjen­tów z raka, prze­pro­wa­dza­jąc co­raz roz­le­glej­sze i co­raz bar­dziej de­for­mu­ją­ce ope­ra­cje w na­dziei, że im wię­cej się usu­nie, tym le­piej się wy­le­czy.

Pod me­dycz­ny­mi, kul­tu­ro­wy­mi i me­ta­fo­rycz­ny­mi in­ter­pre­ta­cja­mi raka przez całe wie­ki kry­ło się bio­lo­gicz­ne ro­zu­mie­nie cho­ro­by – ro­zu­mie­nie, któ­re zmie­nia­ło kształt, czę­sto ra­dy­kal­nie, z de­ka­dy na de­ka­dę. Jak wie­my dzi­siaj, rak to cho­ro­ba wy­wo­ła­na nie­kon­tro­lo­wa­nym roz­wo­jem po­je­dyn­czej ko­mór­ki. Przy­czy­ną tego roz­wo­ju są pew­ne spe­cy­ficz­ne mu­ta­cje (zmia­ny w DNA), któ­re po­wo­du­ją nie­po­wstrzy­ma­ne na­mna­ża­nie się ko­mór­ki. Po­dzia­łem i śmier­cią zdro­wej ko­mór­ki za­wia­du­ją po­tęż­ne me­cha­ni­zmy ge­ne­tycz­ne. W przy­pad­ku ko­mór­ki ra­ko­wej te me­cha­ni­zmy są po­psu­te – w re­zul­ta­cie ko­mór­ka nie może prze­stać się dzie­lić.

Fakt, że owa po­zor­nie pro­sta pro­ce­du­ra – nie­uzna­ją­cy żad­nych prze­szkód roz­rost tkan­ki – może sta­no­wić sed­no tej sur­re­ali­stycz­nej, wie­lo­wy­mia­ro­wej cho­ro­by, świad­czy o tym, jak nie­po­ję­ta moc tkwi w me­cha­ni­zmie roz­wo­ju ko­mó­rek. Dzię­ki ich po­dzia­ło­wi czło­wiek jako or­ga­nizm ro­śnie i się roz­wi­ja, przy­sto­so­wu­je się do śro­do­wi­ska, wra­ca do sie­bie po cho­ro­bie – sło­wem, żyje. Kie­dy pro­ces po­dzia­łu ko­mó­rek ule­ga wy­pa­cze­niu i prze­sta­ją go po­wścią­gać ja­kie­kol­wiek ba­rie­ry, tkan­ki no­wo­two­ro­we ro­sną, roz­wi­ja­ją się, przy­sto­so­wu­ją do śro­do­wi­ska, po­tra­fią się bro­nić i na­pra­wiać, gdy zo­sta­ną za­ata­ko­wa­ne. Żyją kosz­tem na­sze­go ży­cia. Ko­mór­ki raka po­tra­fią się mno­żyć szyb­ciej niż nor­mal­ne i prę­dzej ad­ap­to­wać do no­wych wa­run­ków. Są do­sko­nal­szą wer­sją nas sa­mych.

Se­kret wal­ki z ra­kiem po­le­ga za­tem na zna­le­zie­niu spo­so­bu, by za­po­bie­gać wy­stę­po­wa­niu mu­ta­cji w po­dat­nych na nie ko­mór­kach, lub też na zna­le­zie­niu me­to­dy eli­mi­na­cji zmu­to­wa­nych ko­mó­rek bez szko­dy dla roz­wo­ju zdro­wych. Zwię­złość po­wyż­szych słów ra­żą­co kon­tra­stu­je z ogro­mem opi­sa­ne­go nimi za­da­nia. Roz­rost zło­śli­wy i nor­mal­ny roz­wój są pod wzglę­dem ge­ne­tycz­nym tak nie­ro­ze­rwal­nie złą­czo­ne, że roz­plą­ta­nie ich to być może jed­no z naj­więk­szych na­uko­wych wy­zwań dla ludz­ko­ści. Rak jest wbu­do­wa­ny w nasz ge­nom: geny, któ­re za­kłó­ca­ją nor­mal­ny po­dział ko­mó­rek, nie są w na­szych cia­łach czymś ob­cym, lecz zmu­to­wa­ny­mi, znie­kształ­co­ny­mi wer­sja­mi tych sa­mych ge­nów, któ­re peł­nią naj­istot­niej­sze funk­cje ko­mór­ko­we. Rak jest rów­nież trwa­le wpi­sa­ny w na­sze spo­łe­czeń­stwo: jako ga­tu­nek sta­le zwięk­sza­my dłu­gość ży­cia, co nie­uchron­nie wy­wo­łu­je zło­śli­wy roz­wój ko­mó­rek (mu­ta­cje on­ko­ge­nów aku­mu­lu­ją się z wie­kiem; rak za­tem nie­uchron­nie łą­czy się z pro­ce­sem sta­rze­nia). Dą­ży­my do nie­śmier­tel­no­ści i do tego sa­me­go celu – choć brzmi to dość prze­wrot­nie – dążą ko­mór­ki ra­ko­we.

Ta­jem­ni­cą po­zo­sta­je, jak do­kład­nie przy­szłe po­ko­le­nia mia­ły­by roz­dzie­lić sple­cio­ne ze sobą pro­ce­sy roz­wo­ju nor­mal­ne­go i zło­śli­we­go. („Wszech­świat – jak lu­bił ma­wiać dwu­dzie­sto­wiecz­ny bio­log J. B. S. Hal­da­ne – jest nie tyl­ko dziw­niej­szy, niż my­śli­my, ale dziw­niej­szy, niż w ogó­le umie­my po­my­śleć”6 – i to samo od­no­si się do toku roz­wo­ju na­uki). Jed­no jest pew­ne: nie­za­leż­nie od tego, jak po­to­czy się hi­sto­ria, bę­dzie w niej tkwi­ło nie­usu­wal­ne ją­dro prze­szło­ści. Bę­dzie to hi­sto­ria po­my­sło­wo­ści, od­por­no­ści i nie­ugię­to­ści wo­bec tego, co ktoś na­zwał naj­bar­dziej „bez­li­to­snym i zdra­dli­wym wro­giem” spo­śród ludz­kich cho­rób. Ale bę­dzie to rów­nież hi­sto­ria py­chy, aro­gan­cji, pro­tek­cjo­nal­no­ści, po­my­łek, płon­nych na­dziei i szu­mu me­dial­ne­go – a wszyst­ko to prze­ciw­ko cho­ro­bie, któ­rą za­le­d­wie trzy­dzie­ści lat temu okrzyk­nię­to „ule­czal­ną” w per­spek­ty­wie naj­bliż­szych kil­ku lat.

*

W pra­wie pu­stej sali szpi­tal­nej wen­ty­lo­wa­nej ja­ło­wym po­wie­trzem Car­la to­czy­ła wła­sną wal­kę z ra­kiem. Kie­dy wsze­dłem, sie­dzia­ła na łóż­ku, dziw­nie spo­koj­na, i pi­sa­ła coś w no­te­sie. („Ale co ja ta­kie­go mo­głam pi­sać? – pró­bo­wa­ła so­bie póź­niej przy­po­mnieć. – Po pro­stu za­pi­sy­wa­łam w kół­ko te same my­śli”). Po chwi­li do sali wpa­dła z im­pe­tem jej mat­ka, pro­sto z lot­ni­ska po noc­nym lo­cie, z ocza­mi za­czer­wie­nio­ny­mi od pła­czu i zmę­cze­nia. Usia­dła w mil­cze­niu na krze­śle pod oknem i za­czę­ła się ko­ły­sać w przód i w tył. Per­so­nel wo­kół Car­li krzą­tał się tak szyb­ko, że po­sta­ci nie­mal roz­ma­zy­wa­ły się w oczach: pie­lę­gniar­ki przy­no­si­ły i wy­no­si­ły róż­ne pły­ny, re­zy­den­ci wkła­da­li far­tu­chy i ma­ski, na sto­ja­kach wie­sza­no kro­plów­ki z an­ty­bio­ty­ka­mi.

Wy­tłu­ma­czy­łem całą sy­tu­ację naj­le­piej, jak umia­łem. Car­lę cze­kał dzień wy­peł­nio­ny po­bie­ra­niem pró­bek, któ­re tra­fią do kil­ku la­bo­ra­to­riów. Po­bio­rę jej szpik. Pa­to­lo­dzy prze­pro­wa­dzą ko­lej­ne ba­da­nia. Ale ze wstęp­ne­go roz­po­zna­nia wy­ni­ka, że Car­la cier­pi na ALL – ostrą bia­łacz­kę lim­fo­bla­stycz­ną. To no­wo­twór wy­stę­pu­ją­cy głów­nie u dzie­ci, a u do­ro­słych bar­dzo rzad­ko. I, co waż­ne – tu spoj­rza­łem Car­li w oczy i zro­bi­łem krót­ką pau­zę dla więk­sze­go efek­tu – czę­sto jest wy­le­czal­ny.

Wy­le­czal­ny. Sły­sząc to, Car­la ski­nę­ła gło­wą, a w jej oczach po­ja­wił się wy­raz więk­sze­go sku­pie­nia. W po­wie­trzu wi­sia­ły nie­unik­nio­ne py­ta­nia: W ja­kim stop­niu wy­le­czal­ny? Ja­kie są szan­se prze­ży­cia? Jak dłu­gie to bę­dzie le­cze­nie? Po­da­łem sza­cun­ko­we dane. Po po­twier­dze­niu dia­gno­zy na­tych­miast roz­pocz­nie­my che­mio­te­ra­pię, któ­ra po­trwa po­nad rok. Szan­se Car­li na wy­zdro­wie­nie wy­no­szą mniej wię­cej trzy­dzie­ści pro­cent, czy­li pra­wie jak je­den do trzech.

Roz­ma­wia­li­śmy go­dzi­nę, może tro­chę dłu­żej. Była te­raz dzie­wią­ta trzy­dzie­ści rano. W dole, pod nami, mia­sto cał­kiem się roz­bu­dzi­ło. Gdy wy­cho­dzi­łem z sali, za­nim za­mknę­ły się za mną drzwi, po­dmuch po­wie­trza wy­pchnął mnie na ze­wnątrz, a Car­lę od­ciął od świa­ta.

CZĘŚĆ PIERWSZA„Z CZARNEJ ŻÓŁCI, BEZ WYRZUTU”

– W roz­wią­zy­wa­niu tego typu pro­ble­mów naj­waż­niej­szą umie­jęt­no­ścią jest „ro­zu­mo­wa­nie wstecz”. To wy­jąt­ko­wo przy­dat­na zdol­ność, a przy tym nie­zwy­kle pro­sta, lecz obec­nie lu­dzie bar­dzo mało po­świę­ca­ją temu uwa­gi7.

Sher­lock Hol­mes w Stu­dium w szkar­ła­cie Ar­thu­ra Co­nan Doy­le’a

„Ropienie krwi”

We­zwa­no Sła­wy Me­dy­cy­ny,

Któ­re, po­braw­szy Znacz­ne Sumy,

Orze­kły: „Gor­sze to od Dżu­my!

Na­sza Dia­gno­za nie­omyl­na Brzmi: Me­dy­cy­na jest Bez­sil­na8.

Hi­la­ire Bel­loc

Ła­go­dze­nie jej ob­ja­wów i cier­pie­nia to na­sze co­dzien­ne za­da­nie, jej wy­le­cze­nie – na­sza żar­li­wa na­dzie­ja9.

Wil­liam Ca­stle o bia­łacz­ce, rok 1950

Pew­ne­go gru­dnio­we­go ran­ka 1947 roku w Bo­sto­nie, w pach­ną­cym wil­go­cią la­bo­ra­to­rium, mie­rzą­cym czte­ry me­try na sześć, Sid­ney Far­ber nie­cier­pli­wie wy­cze­ki­wał pacz­ki z No­we­go Jor­ku10. Jego „la­bo­ra­to­rium” było nie­wie­le więk­szym od za­ple­cza ap­te­ki, sła­bo wie­trzo­nym po­miesz­cze­niem ukry­tym w su­te­re­nie Chil­dren’s Ho­spi­tal (Szpi­ta­la Dzie­cię­ce­go). Kil­ka­na­ście me­trów wy­żej od­dzia­ły za­czy­na­ły tęt­nić ak­tyw­no­ścią. Dzie­ci w bia­łych ko­szu­lach rzu­ca­ły się nie­spo­koj­nie na wą­skich że­la­znych łóż­kach. Le­ka­rze i pie­lę­gniar­ki od­wie­dza­li ko­lej­ne sale, spraw­dza­li kar­ty, wy­da­wa­li po­le­ce­nia i wy­dzie­la­li le­kar­stwa. La­bo­ra­to­rium Far­be­ra, skład che­mi­ka­liów w szkla­nych sło­jach po­łą­czo­ny z głów­ną czę­ścią szpi­ta­la la­bi­ryn­tem lo­do­wa­to zim­nych ko­ry­ta­rzy, zia­ło pust­ką i apa­tią. W po­wie­trzu uno­sił się ostry za­pach for­ma­li­ny. Tu­taj nie było pa­cjen­tów, tyl­ko ich cia­ła i prób­ki tka­nek do­star­cza­ne do au­top­sji i ba­dań. Far­ber był pa­to­lo­giem. Jego pra­ca po­le­ga­ła na pre­pa­ro­wa­niu otrzy­ma­nych pró­bek, prze­pro­wa­dza­niu au­top­sji, iden­ty­fi­ka­cji ko­mó­rek i dia­gno­zo­wa­niu cho­rób – ale nie na le­cze­niu pa­cjen­tów.

Spe­cja­li­zo­wał się w pa­to­lo­gii pe­dia­trycz­nej11. Bli­sko dwa­dzie­ścia lat spę­dził w tych pod­ziem­nych po­miesz­cze­niach, ślę­cząc ob­se­syj­nie przy oku­la­rze mi­kro­sko­pu. Za­ra­zem piął się po szcze­blach ka­rie­ry: zo­stał kie­row­ni­kiem od­dzia­łu pa­to­lo­gii Chil­dren’s Ho­spi­tal. W koń­cu jed­nak pa­to­lo­gia, dys­cy­pli­na zaj­mu­ją­ca się ra­czej zmar­ły­mi niż ży­wy­mi, za­czę­ła mu się wy­da­wać su­chą ga­łę­zią me­dy­cy­ny. Miał już do­syć przy­glą­da­nia się cho­ro­bom z boku i bra­ku kon­tak­tu z ży­wy­mi pa­cjen­ta­mi. Tkan­ki i ko­mór­ki go nu­dzi­ły. Czuł się jak w po­trza­sku, tak jak­by ktoś za­mknął go w jego wła­snej ko­lek­cji sło­jów z for­ma­li­ną.

Zde­cy­do­wał się więc do­ko­nać ra­dy­kal­nej za­wo­do­wej zmia­ny. Za­miast pa­trzeć na nie­ru­cho­me prób­ki za­mknię­te pod szkieł­kiem, po­sta­no­wił spró­bo­wać włą­czyć się w ży­cie kli­ni­ki na wyż­szych pię­trach – ze świa­ta ogra­ni­czo­ne­go do mi­kro­sko­pij­nych wy­mia­rów, któ­ry znał na wy­lot, za­mie­rzał przejść do wie­lo­krot­nie po­więk­szo­ne­go świa­ta pa­cjen­tów i cho­rób. Wie­dzę zdo­by­tą w toku dłu­go­let­nich ba­dań pa­to­lo­gicz­nych chciał wy­ko­rzy­stać do opra­co­wa­nia no­wych spo­so­bów le­cze­nia pa­cjen­tów. Pacz­ka z No­we­go Jor­ku za­wie­ra­ła kil­ka fio­lek żół­tej kry­sta­licz­nej sub­stan­cji zwa­nej ami­nop­te­ry­ną. Na ad­res la­bo­ra­to­rium w Bo­sto­nie zo­sta­ła wy­sła­na dla­te­go, że po­ja­wi­ła się ni­kła na­dzie­ja, że może ona za­ha­mo­wać roz­wój bia­łacz­ki dzie­cię­cej.

*

Gdy­by Far­ber za­py­tał któ­re­go­kol­wiek spo­śród pe­dia­trów krą­żą­cych po od­dzia­łach kil­ka pię­ter wy­żej, czy praw­do­po­dob­ne jest stwo­rze­nie leku na bia­łacz­kę, w od­po­wie­dzi usły­szał­by, że naj­roz­sąd­niej by­ło­by w ogó­le nie za­wra­cać so­bie nim gło­wy. Bia­łacz­ka dzie­cię­ca fa­scy­no­wa­ła, kon­fun­do­wa­ła i fru­stro­wa­ła le­ka­rzy od po­nad stu lat. Dro­bia­zgo­wo ją ana­li­zo­wa­no, kla­sy­fi­ko­wa­no i opi­sy­wa­no. W książ­kach za­peł­nia­ją­cych pół­ki w Chil­dren’s Ho­spi­tal, opraw­nych w skó­rę i pach­ną­cych stę­chli­zną – Pa­tho­lo­gy An­der­so­na czy Pa­tho­lo­gy of In­ter­nal Di­se­ases [Pa­to­lo­gii cho­rób we­wnętrz­nych] Boy­da – bia­łacz­ce po­świę­co­no mnó­stwo miej­sca. Ca­ło­stro­ni­co­wym ilu­stra­cjom ko­mó­rek to­wa­rzy­szy­ły roz­bu­do­wa­ne tak­so­no­mie, by stwo­rzyć jak naj­do­kład­niej­szy opis owych ko­mó­rek. Ale cały ten ogrom wie­dzy je­dy­nie po­tę­go­wał po­czu­cie bez­sil­no­ści me­dy­cy­ny. Bia­łacz­ka sta­ła się przed­mio­tem ja­ło­wej fa­scy­na­cji – eks­po­na­tem z mu­zeum fi­gur wo­sko­wych: czymś szcze­gó­ło­wo ob­fo­to­gra­fo­wa­nym i opi­sa­nym, ale ta bo­ga­ta do­ku­men­ta­cja nie przy­no­si­ła żad­ne­go po­żyt­ku w le­cze­niu. Dzię­ki temu, jak wspo­mi­nał pe­wien on­ko­log, „le­ka­rze nie na­rze­ka­li na brak te­ma­tów dys­ku­sji na ze­bra­niach i kon­fe­ren­cjach. Tyl­ko że pa­cjen­ci nic z tego nie mie­li”12. Gdy do szpi­ta­la tra­fiał pa­cjent cho­ry na ostrą bia­łacz­kę, wzbu­dzał duże emo­cje. Jego przy­pa­dek oma­wia­no z pro­fe­sor­ską po­wa­gą na od­pra­wach, po czym, jak su­cho od­no­to­wa­ło jed­no z pism me­dycz­nych, pa­cjen­ta „dia­gno­zo­wa­no, prze­ta­cza­no mu krew – i od­sy­ła­no go do domu, żeby tam umarł”13.

Ba­da­nia nad bia­łacz­ką grzę­zły w nie­zro­zu­mie­niu i roz­pa­czy, od­kąd cho­ro­ba ta zo­sta­ła od­kry­ta. 19 mar­ca 1845 roku szkoc­ki le­karz John Ben­nett opi­sał nie­zwy­kły przy­pa­dek dwu­dzie­sto­ośmio­let­nie­go de­ka­rza, któ­ry zgło­sił się do nie­go z ta­jem­ni­czo po­więk­szo­ną śle­dzio­ną. „Ma ciem­ną kar­na­cję – opi­sał pa­cjen­ta Ben­nett – za­zwy­czaj zdrów i rów­ne­go uspo­so­bie­nia; [mówi, że] dwa­dzie­ścia mie­się­cy temu za­czę­ły mu do­ku­czać sta­ny wiel­kie­go zmę­cze­nia po wy­sił­ku i że utrzy­mu­ją się one do dzi­siaj. W czerw­cu ubie­głe­go roku za­uwa­żył po le­wej stro­nie brzu­cha guz, któ­ry stop­nio­wo rósł. Od czte­rech mie­się­cy jego roz­miar się nie zmie­nia”14.

Guz de­ka­rza osią­gnął może osta­tecz­ną fazę wzro­stu, ale pro­ble­my zdro­wot­ne męż­czy­zny za­czę­ły się na­war­stwiać. W cią­gu kil­ku ko­lej­nych ty­go­dni Ben­nett ob­ser­wo­wał u pa­cjen­ta ob­jaw za ob­ja­wem – go­rącz­kę, krwa­wie­nie, na­głe ata­ki bólu brzu­cha – po­cząt­ko­wo spo­ra­dycz­ne, ale póź­niej co­raz częst­sze, tak jak­by je­den atak go­nił dru­gi. Wkrót­ce de­karz był bli­ski śmier­ci, a w jego pa­chach, pa­chwi­nach i na szyi po­ja­wia­ły się ko­lej­ne guzy. Le­czo­no go za po­mo­cą zwy­cza­jo­we­go w ta­kich wy­pad­kach przy­sta­wia­nia pi­ja­wek i po­da­wa­nia środ­ków na prze­czysz­cze­nie. Bez­sku­tecz­nie. Po prze­pro­wa­dzo­nej kil­ka ty­go­dni póź­niej au­top­sji Ben­nett był prze­ko­na­ny, że zna­lazł przy­czy­nę cho­ro­by zmar­łe­go pa­cjen­ta. W jego krwi było peł­no bia­łych krwi­nek. (Bia­łe krwin­ki, głów­ny skład­nik ropy, sy­gna­li­zu­ją za­zwy­czaj re­ak­cję or­ga­ni­zmu na in­fek­cję, Ben­nett wy­wnio­sko­wał za­tem, że de­karz był czymś za­ka­żo­ny). „Przed­sta­wio­ny przy­pa­dek wy­da­je mi się wy­jąt­ko­wo war­to­ścio­wy – pi­sał z dużą dozą pew­no­ści sie­bie – po­nie­waż po­słu­ży za do­wód ist­nie­nia praw­dzi­wej ropy, po­wsta­ją­cej uni­wer­sal­nie w ukła­dzie na­czy­nio­wym”15I.

By­ło­by to wy­ja­śnie­nie w peł­ni za­do­wa­la­ją­ce, tyle że Ben­nett nie po­tra­fił zna­leźć źró­dła, z któ­re­go wy­pły­wa­ła­by ropa. Pod­czas ne­krop­sji sta­ran­nie zba­dał zwło­ki, uważ­nie przy­glą­da­jąc się tkan­kom i na­rzą­dom w po­szu­ki­wa­niu śla­dów rop­nia lub rany. Ale poza ropą nie zna­lazł żad­nych oznak za­ka­że­nia. Wy­glą­da­ło na to, że krew ze­psu­ła się – zro­pia­ła – sa­mo­ist­nie; spon­ta­nicz­nie prze­kształ­ci­ła się w ropę. Ben­nett na­zwał ten przy­pa­dek „ro­pie­niem krwi”. I na tym za­mknął te­mat.

Oczy­wi­ście my­lił się w kwe­stii spon­ta­nicz­ne­go „ro­pie­nia” krwi. Nie­ca­łe czte­ry mie­sią­ce po tym, jak opi­sał cho­ro­bę de­ka­rza, inny me­dyk, Ru­dolf Vir­chow, dwu­dzie­stocz­te­ro­let­ni ba­dacz z Nie­miec, nie­za­leż­nie opu­bli­ko­wał spra­woz­da­nie z przy­pad­ku ude­rza­ją­co po­dob­ne­go do przy­pad­ku Ben­net­ta16. Pa­cjent­ką Vir­cho­wa była pięć­dzie­się­cio­kil­ku­let­nia ku­char­ka. W jej krwi agre­syw­nie na­mno­ży­ły się bia­łe krwin­ki, two­rząc gę­ste zło­gi w śle­dzio­nie. Praw­do­po­dob­nie pod­czas au­top­sji pa­to­lo­dzy nie po­trze­bo­wa­li na­wet mi­kro­sko­pu, by zi­den­ty­fi­ko­wać gru­bą, mlecz­no­bia­łą war­stwę bia­łych krwi­nek przy­kry­wa­ją­cą czer­wo­ną ciecz.

Vir­chow sły­szał o przy­pad­ku Ben­net­ta, ale nie miał prze­ko­na­nia do jego teo­rii. Uwa­żał, iż nie ma żad­ne­go po­wo­du, żeby krew spon­ta­nicz­nie prze­kształ­ca­ła się w co­kol­wiek in­ne­go. Nur­to­wa­ły go też nie­zwy­kłe ob­ja­wy: czym wy­ja­śnić bar­dzo po­więk­szo­ną śle­dzio­nę i brak rany lub in­ne­go źró­dła ropy w cie­le? Za­czął roz­wa­żać moż­li­wość, że może to sama krew była cho­ra. Nie mógł zna­leźć spój­ne­go wy­ja­śnie­nia dla tej cho­ro­by, a że mu­siał ją ja­koś na­zwać, zde­cy­do­wał się na na­zwę we­ißes Blut – „bia­ła krew”17 – czy­li po pro­stu do­słow­ny opis mi­lio­nów bia­łych ko­mó­rek, któ­re zo­ba­czył pod mi­kro­sko­pem. W 1847 roku zmie­nił tę na­zwę na brzmią­cą bar­dziej ucze­nie Leu­kämie – od grec­kie­go sło­wa leu­kos, „bia­ły”.

*

Zmia­na na­zwy cho­ro­by – z ob­ra­zo­wej „ro­pie­nie krwi” na pro­za­icz­ną we­ißes Blut – nie spra­wia może wra­że­nia aktu na­uko­we­go ge­niu­szu, ale wy­war­ła ol­brzy­mi wpływ na ro­zu­mie­nie bia­łacz­ki. Cho­ro­ba w mo­men­cie od­kry­cia jest pla­stycz­ną ideą, cie­plar­nia­nym kwia­tem – czymś ogrom­nie, nie­pro­por­cjo­nal­nie za­leż­nym od nazw i kla­sy­fi­ka­cji. (Po­nad sto lat póź­niej, na po­cząt­ku lat osiem­dzie­sią­tych XX wie­ku, inna zmia­na na­zwy – z GRID [gay-re­la­ted im­mu­ne di­se­ase – ze­spół nie­do­bo­ru od­por­no­ści ge­jów] na AIDS [acqu­ired im­mu­no­de­fi­cien­cy syn­dro­me – ze­spół na­by­te­go nie­do­bo­ru od­por­no­ści] – świad­czy­ła o fun­da­men­tal­nej zmia­nie w poj­mo­wa­niu tej cho­ro­by18II… Po­dob­nie jak Ben­nett, Vir­chow nie ro­zu­miał bia­łacz­ki, ale w od­róż­nie­niu od nie­go wca­le nie uda­wał, że ją ro­zu­mie. Jego wkład w roz­wój ba­dań nad tą cho­ro­bą po­le­gał na za­ne­go­wa­niu do­tych­cza­so­wej wie­dzy. Za­kwe­stio­no­wał wszyst­kie do­tych­cza­so­we za­ło­że­nia, dzię­ki cze­mu oczy­ścił pole na­stęp­com, dał im moż­li­wość pod­ję­cia do­cie­kań cał­ko­wi­cie od nowa.

Skrom­ność no­wej na­zwy (i zwią­za­na z nią skrom­ność w za­kre­sie ro­zu­mie­nia przy­czyn cho­ro­by) do­sko­na­le ilu­stru­je po­dej­ście Vir­cho­wa do me­dy­cy­ny19. Jako mło­dy pro­fe­sor na uni­wer­sy­te­cie w Würz­bur­gu wsła­wił się z cza­sem osią­gnię­cia­mi znacz­nie więk­szy­mi niż na­zwa­nie bia­łacz­ki. Z wy­kształ­ce­nia był pa­to­lo­giem, lecz za­an­ga­żo­wał się w przed­się­wzię­cie, któ­re­mu miał po­świę­cić całe ży­cie: stwo­rze­nie opi­su ludz­kich cho­rób bio­rą­ce­go za punkt wyj­ścia jed­nost­kę, jaką jest ko­mór­ka.

To przed­się­wzię­cie zro­dzi­ło się z fru­stra­cji. Vir­chow wszedł do świa­ta me­dy­cy­ny na po­cząt­ku lat czter­dzie­stych XIX wie­ku, kie­dy nie­mal wszyst­kie cho­ro­by przy­pi­sy­wa­no dzia­ła­niu ja­kiejś nie­wi­dzial­nej siły: mia­zma­tom, neu­ro­zom, nad­mia­ro­wi szko­dli­wych hu­mo­rów i hi­ste­rii. Po­nie­waż nie ro­zu­miał tego, cze­go nie wi­dać, z re­wo­lu­cyj­nym za­pa­łem rzu­cił się na to, co moż­na było zo­ba­czyć – ko­mór­ki pod mi­kro­sko­pem. W 1839 roku bo­ta­nik Mat­thias Schle­iden i fi­zjo­log The­odor Schwann, obaj pra­cu­ją­cy w Niem­czech, ogło­si­li tezę, że wszyst­kie or­ga­ni­zmy żywe są zbu­do­wa­ne z pod­sta­wo­wych ele­men­tów zwa­nych ko­mór­ka­mi. Vir­chow za­po­ży­czył i roz­bu­do­wał tę myśl: za cel po­sta­wił so­bie stwo­rze­nie „ko­mór­ko­wej teo­rii” bio­lo­gii czło­wie­ka na ba­zie dwóch pod­sta­wo­wych za­ło­żeń. Po pierw­sze, że or­ga­nizm czło­wie­ka (po­dob­nie jak or­ga­ni­zmy wszyst­kich zwie­rząt i ro­ślin) zbu­do­wa­ny jest z ko­mó­rek. Po dru­gie, że ko­mór­ki po­wsta­ją wy­łącz­nie z in­nych ko­mó­rek: jak to ujął, omnis cel­lu­la e cel­lu­la, czy­li każ­da ko­mór­ka [po­wsta­je] z ko­mór­ki.

Te dwa za­ło­że­nia wy­da­ją się może ba­nal­ne, ale dzię­ki nim Vir­chow wy­su­nął nie­zwy­kle istot­ną hi­po­te­zę do­ty­czą­cą na­tu­ry roz­wo­ju czło­wie­ka. Sko­ro ko­mór­ki po­wsta­ją wy­łącz­nie z in­nych ko­mó­rek, to roz­wój może za­cho­dzić tyl­ko na dwa spo­so­by: albo przez zwięk­sze­nie licz­by ko­mó­rek, albo przez zwięk­sze­nie ich ob­ję­to­ści. Vir­chow na­zwał te dwa część pierw­sza: „z czar­nej żół­ci, bez wy­rzu­tu” spo­so­by hi­per­pla­zją i hi­per­tro­fią. W przy­pad­ku hi­per­tro­fii licz­ba ko­mó­rek się nie zmie­nia: każ­da ko­mór­ka je­dy­nie zwięk­sza roz­miar, tak jak na­dmu­chi­wa­ny ba­lon. W przy­pad­ku hi­per­pla­zji zaś roz­wój po­le­ga na tym, że zwięk­sza się  l i c z b a  ko­mó­rek. Każ­dą ludz­ką tkan­kę moż­na opi­sać w ka­te­go­riach hi­per­tro­fii i hi­per­pla­zji. U do­ro­słych osob­ni­ków zwie­rząt roz­wój tkan­ki tłusz­czo­wej i mię­śnio­wej do­ko­nu­je się zwy­kle na za­sa­dzie hi­per­tro­fii. Z ko­lei wą­tro­ba, krew, je­li­ta i skó­ra roz­wi­ja­ją się na za­sa­dzie hi­per­pla­zji: z każ­dej ko­mór­ki po­wsta­ją ko­lej­ne, a z nich ko­lej­ne i ko­lej­ne – omnis cel­lu­la e cel­lu­la e cel­lu­la.

To prze­ko­nu­ją­ce wy­ja­śnie­nie umoż­li­wi­ło zro­zu­mie­nie nie tyl­ko roz­wo­ju nor­mal­ne­go, ale tak­że pa­to­lo­gicz­ne­go. Roz­wój pa­to­lo­gicz­ny, tak samo jak nor­mal­ny, może się do­ko­ny­wać albo w pro­ce­sie hi­per­tro­fii, albo hi­per­pla­zji. Mię­sień ser­co­wy zmu­szo­ny do na­ci­ska­nia na za­blo­ko­wa­ne uj­ście aor­ty czę­sto ad­ap­tu­je się do sy­tu­acji w ten spo­sób, że każ­da jego ko­mór­ka się po­więk­sza, by dys­po­no­wać więk­szą siłą, cze­go osta­tecz­nym re­zul­ta­tem bywa ser­ce tak prze­ro­śnię­te, że nie­zdol­ne do nor­mal­ne­go funk­cjo­no­wa­nia – to wła­śnie jest przy­kład pa­to­lo­gicz­nej hi­per­tro­fii.

Co istot­ne dla na­szej hi­sto­rii, Vir­chow szyb­ko od­krył też naj­waż­niej­szą spo­śród cho­rób spo­wo­do­wa­nych pa­to­lo­gicz­ną hi­per­pla­zją – raka. Oglą­da­jąc pod mi­kro­sko­pem zmia­ny no­wo­two­ro­we, za­ob­ser­wo­wał nie­kon­tro­lo­wa­ne na­mna­ża­nie się ko­mó­rek, roz­wój, któ­ry cza­sa­mi spra­wiał wra­że­nie, jak­by kie­ro­wał się wła­sną wolą ży­cia, tak jak­by ko­mór­ki zo­sta­ły opę­ta­ne no­wym, ta­jem­ni­czym po­pę­dem roz­mna­ża­nia i wzro­stu. To nie był bo­wiem roz­wój nor­mal­ny, tyl­ko w nie­zna­nej do­tąd po­sta­ci. Mimo nie­świa­do­mo­ści kie­ru­ją­ce­go tym me­cha­ni­zmu Vir­chow pro­ro­czo na­zwał go  n e o p l a z j ą  – roz­wo­jem no­wym, nie­wy­tłu­ma­czal­nym, wy­pa­czo­nym. Sło­wo to bę­dzie się póź­niej sta­le prze­wi­jać w hi­sto­rii rakaIII.

Do roku 1902, kie­dy zmarł Vir­chow, te wszyst­kie ob­ser­wa­cje po­wo­li zło­ży­ły się w nową teo­rię raka. Jest to cho­ro­ba po­le­ga­ją­ca na pa­to­lo­gicz­nej hi­per­pla­zji, wy­ni­ka­ją­cej stąd, że ko­mór­ki zy­sku­ją au­to­no­micz­ną wolę po­dzia­łu. Wsku­tek aber­ra­cyj­ne­go, nie­kon­tro­lo­wa­ne­go po­dzia­łu ko­mó­rek two­rzą się na­war­stwie­nia tkan­ki (guzy) ata­ku­ją­ce na­rzą­dy i nisz­czą­ce zdro­wą tkan­kę. Guzy mogą się po­ja­wiać w wię­cej niż jed­nym miej­scu, do­ko­nu­jąc tak zwa­nych prze­rzu­tów do od­le­głych czę­ści cia­ła, na przy­kład do ko­ści, mó­zgu czy płuc. Moż­na wy­róż­nić wie­le po­sta­ci raka – raka pier­si, żo­łąd­ka, skó­ry, szyj­ki ma­ci­cy, róż­ne od­mia­ny bia­łacz­ki, chło­nia­ków i tak da­lej. Ale wszyst­kie one mają ze sobą wie­le wspól­ne­go na po­zio­mie ko­mór­ko­wym. W przy­pad­ku każ­dej z nich ko­mór­ki zy­ska­ły tę samą ce­chę: pęd do nie­kon­tro­lo­wa­ne­go, pa­to­lo­gicz­ne­go po­dzia­łu.

Wy­po­sa­że­ni w tę wie­dzę pa­to­lo­dzy, któ­rzy ba­da­li bia­łacz­kę pod ko­niec lat osiem­dzie­sią­tych XIX wie­ku, wró­ci­li do prac Vir­cho­wa. Bia­łacz­ka nie była ro­pie­niem krwi, lecz jej  n e o p l a z j ą.  Z po­prze­dza­ją­cej opis Vir­cho­wa fan­ta­zji Ben­net­ta zro­dzi­ło się całe mnó­stwo fan­ta­zji na­uko­wych, a ba­da­cze po­dej­mo­wa­li po­szu­ki­wa­nia (uwień­czo­ne suk­ce­sa­mi, a jak­że) wszel­kie­go ro­dza­ju nie­wi­dzial­nych pa­so­ży­tów i bak­te­rii za­lud­nia­ją­cych ko­mór­ki bia­łacz­ki20. Kie­dy pa­to­lo­dzy prze­sta­li wresz­cie szu­kać przy­czyn in­fek­cji, a skon­cen­tro­wa­li się na sa­mej cho­ro­bie, od­kry­li oczy­wi­ste ana­lo­gie mię­dzy ko­mór­ka­mi bia­łacz­ki a ko­mór­ka­mi in­nych no­wo­two­rów. Bia­łacz­ka była zło­śli­wym na­mna­ża­niem się bia­łych krwi­nek we krwi – ra­kiem w po­sta­ci nie­sta­łej, płyn­nej.

Od mo­men­tu do­ko­na­nia tej istot­nej ob­ser­wa­cji ba­da­nia nad bia­łacz­ką na­gle przy­spie­szy­ły i zy­ska­ły na kla­row­no­ści. Już na po­cząt­ku XX wie­ku było ja­sne, że cho­ro­ba wy­stę­pu­je w kil­ku po­sta­ciach. Mo­gła przyj­mo­wać po­stać prze­wle­kłą i nie­mra­wą, po­wo­li zaj­mo­wać szpik kost­ny i śle­dzio­nę, jak w przy­pad­ku opi­sa­nym przez Vir­cho­wa (ten typ bia­łacz­ki na­zwa­no póź­niej prze­wle­kłą). Mo­gła mieć rów­nież po­stać ostrą i gwał­tow­ną, nie­mal spra­wiać wra­że­nie cał­kiem in­nej cho­ro­by, ob­ja­wia­ją­cej się okre­sa­mi go­rącz­ki, na­gły­mi krwa­wie­nia­mi i bły­ska­wicz­nym na­mna­ża­niem się ko­mó­rek – tak jak u pa­cjen­ta Ben­net­ta.

Ten dru­gi typ bia­łacz­ki, zwa­ny ostrą, dzie­li się na dwa dal­sze pod­ty­py, a kry­te­rium jest ro­dzaj ko­mór­ki no­wo­two­ro­wej. Zdro­we bia­łe krwin­ki moż­na z grub­sza po­dzie­lić na dwa ro­dza­je – ko­mór­ki szpi­ko­we mie­lo­idal­ne i lim­fo­cy­ty. Ostra bia­łacz­ka szpi­ko­wa (acu­te my­elo­id leu­ke­mia, AML) to cho­ro­ba ko­mó­rek   s z p i k o w y c h.  Ostra bia­łacz­ka lim­fo­bla­stycz­na (acu­te lym­pho­bla­stic leu­ke­mia, ALL) to no­wo­twór nie­doj­rza­łych lim­fo­cy­tów. (No­wo­twór lim­fo­cy­tów doj­rza­łych nosi na­zwę chło­nia­ka).

U dzie­ci wy­stę­po­wa­ła naj­czę­ściej ALL – bia­łacz­ka lim­fo­bla­stycz-na – i pra­wie za­wsze skut­ko­wa­ła na­tych­mia­sto­wą śmier­cią. W roku 1860 Mi­cha­el An­ton Bier­mer, stu­dent Vir­cho­wa, jako pierw­szy stwo­rzył me­dycz­ny opis przy­pad­ku tego ro­dza­ju bia­łacz­ki dzie­cię­cej21. Ma­ria Spey­er, ener­gicz­na, ru­chli­wa i sko­ra do za­ba­wy pię­cio­let­nia cór­ka sto­la­rza z Würz­bur­ga, tra­fi­ła do kli­ni­ki, po­nie­waż w szko­le za­ob­ser­wo­wa­no u niej na­gle ospa­łość, a na jej skó­rze po­ja­wi­ły się wy­bro­czy­ny. Rano w dzień po kon­sul­ta­cji do­sta­ła go­rącz­ki i ze­sztyw­nia­ła jej szy­ja, ro­dzi­ce we­zwa­li więc Bier­me­ra na wi­zy­tę do­mo­wą. Bier­mer przy­był wie­czo­rem, po­brał z żyły Ma­rii odro­bi­nę krwi, przy świe­tle świe­cy obej­rzał pre­pa­rat pod przy­nie­sio­nym ze sobą mi­kro­sko­pem i od­krył we krwi mi­lio­ny ko­mó­rek bia­łacz­ki. Ma­ria spę­dzi­ła nie­spo­koj­ną noc. Na­za­jutrz po po­łu­dniu, kie­dy pod­eks­cy­to­wa­ny Bier­mer po­ka­zy­wał ko­le­gom le­ka­rzom prób­ki „exqu­isit Fall von Leu­kämie” (wspa­nia­łe­go przy­pad­ku bia­łacz­ki), dziew­czyn­ka zwy­mio­to­wa­ła ja­sno­czer­wo­ną krwią i za­pa­dła w śpiącz­kę. Kie­dy tego sa­me­go wie­czo­ru Bier­mer do­tarł do jej domu, już od kil­ku go­dzin nie żyła. Od pierw­sze­go ob­ja­wu tej ga­lo­pu­ją­cej, bez­li­to­snej cho­ro­by do śmier­ci upły­nę­ły za­le­d­wie trzy dni22.

*

Cho­ro­ba Car­li, choć na­wet w przy­bli­że­niu nie tak agre­syw­na jak bia­łacz­ka Ma­rii Spey­er, była zdu­mie­wa­ją­ca. Na mi­kro­litr (mi­li­metr sze­ścien­ny) krwi do­ro­słe­go czło­wie­ka przy­pa­da śred­nio oko­ło pię­ciu ty­się­cy bia­łych krwi­nek. We krwi Car­li na je­den mi­kro­litr przy­pa­da­ło dzie­więć­dzie­siąt ty­się­cy ko­mó­rek – czy­li bli­sko dwa­dzie­ścia razy wię­cej niż nor­mal­nie. Dzie­więć­dzie­siąt pięć pro­cent z nich sta­no­wi­ły bla­sty – zło­śli­we ko­mór­ki lim­fa­tycz­ne wy­twa­rza­ne w sza­leń­czym tem­pie, ale nie­sta­ją­ce się doj­rza­ły­mi lim­fo­cy­ta­mi. W ostrej bia­łacz­ce lim­fo­bla­stycz­nej, po­dob­nie jak w przy­pad­ku kil­ku in­nych no­wo­two­rów, nad­pro­duk­cja ko­mó­rek no­wo­two­ro­wych wią­że się z ta­jem­ni­czym za­ha­mo­wa­niem pro­ce­su doj­rze­wa­nia ko­mór­ki. Ko­mór­ki lim­fa­tycz­ne są więc pro­du­ko­wa­ne w ogrom­nym nad­mia­rze, ale po­nie­waż nie doj­rze­wa­ją, nie mogą peł­nić swo­jej nor­mal­nej funk­cji, czy­li zwal­czać drob­no­ustro­jów. Po­mi­mo ob­fi­to­ści ko­mó­rek Car­la mia­ła bar­dzo ni­ską od­por­ność.

Bia­łe krwin­ki po­wsta­ją w szpi­ku kost­nym. Szpik Car­li, któ­re­go po­bra­ną w trak­cie biop­sji prób­kę wi­dzia­łem pod mi­kro­sko­pem tego ran­ka, kie­dy po­zna­łem tę pa­cjent­kę, był da­le­ki od nor­mal­no­ści. Szpik kost­ny, na po­zór amor­ficz­ny, to tkan­ka wy­so­ce zor­ga­ni­zo­wa­na – wła­ści­wie na­rząd, któ­ry u do­ro­słych wy­twa­rza krew. Prób­ki szpi­ku za­wie­ra­ją za­zwy­czaj drob­ne, ostre odłam­ki ko­ści, a w nich wy­sep­ki roz­wi­ja­ją­cych się ko­mó­rek – ta­kie przed­szko­la dla po­wsta­ją­cej no­wej krwi. W szpi­ku Car­li po tej or­ga­ni­za­cji nie zo­sta­ło ani śla­du. War­stwy zło­śli­wych bla­stów zaj­mo­wa­ły prze­strzeń szpi­ko­wą, cał­ko­wi­cie ni­we­lu­jąc jej ana­to­mię i ar­chi­tek­tu­rę, nie po­zo­sta­wia­jąc ani odro­bi­ny miej­sca na wy­twa­rza­nie krwi.

Car­la sta­ła na skra­ju fi­zjo­lo­gicz­nej prze­pa­ści. Po­ziom czer­wo­nych krwi­nek ob­ni­żył się tak bar­dzo, że jej krew nie mo­gła trans­por­to­wać peł­nej daw­ki tle­nu (te­raz było już wia­do­mo, że jej bóle gło­wy sta­no­wi­ły pierw­szą ozna­kę jego nie­do­bo­ru). Po­ziom pły­tek krwi, ko­mó­rek od­po­wie­dzial­nych za krzep­nię­cie, spadł nie­mal do zera, cze­go skut­kiem były siń­ce.

Le­cze­nie Car­li wy­ma­ga­ło nie­zwy­kłe­go wy­czu­cia. Po­trzeb­na była che­mio­te­ra­pia, żeby zwal­czyć bia­łacz­kę, ale wie­dzie­li­śmy, że che­mio­te­ra­pia znisz­czy rów­nież reszt­ki nor­mal­nych ko­mó­rek krwi. Usi­łu­jąc ura­to­wać Car­lę, mie­li­śmy ze­pchnąć ją ka­wa­łek głę­biej w prze­paść. In­ne­go spo­so­bu po pro­stu nie było.

*

Sid­ney Far­ber uro­dził się w Buf­fa­lo w sta­nie Nowy Jork w 1903 roku, rok po tym, jak w Ber­li­nie zmarł Vir­chow. Oj­ciec Sid­neya, pol­ski fli­sak Szy­mon Far­ber, wy­emi­gro­wał do Ame­ry­ki pod ko­niec XIX wie­ku i zo­stał agen­tem ubez­pie­cze­nio­wym. Jego ro­dzi­na żyła skrom­nie na wschod­nim krań­cu mia­sta, w sil­nie ze sobą zży­tej, nie­za­sy­mi­lo­wa­nej ży­dow­skiej spo­łecz­no­ści skle­pi­ka­rzy, ro­bot­ni­ków fa­brycz­nych, księ­go­wych i drob­nych han­dla­rzy. Dzie­ci Far­be­rów, nie­ustan­nie mo­ty­wo­wa­ne do od­no­sze­nia suk­ce­sów, mia­ły wy­so­ko usta­wio­ną po­przecz­kę. Na pię­trze ich domu, w czę­ści sy­pial­nia­nej, mó­wi­ło się w ji­dysz, ale na dole wol­no było się po­słu­gi­wać tyl­ko nie­miec­kim i an­giel­skim. Oj­ciec czę­sto przy­no­sił do domu pod­ręcz­ni­ki i roz­kła­dał je na sto­le. Dzie­ci mu­sia­ły wy­brać so­bie je­den i się go na­uczyć, a na­stęp­nie zdać ojcu szcze­gó­ło­we spra­woz­da­nie z jego za­war­to­ści.

Sid­ney, trze­cie z czter­na­ścior­ga dzie­ci, do­sko­na­le funk­cjo­no­wał w tym śro­do­wi­sku wy­so­kich aspi­ra­cji. W 1923 roku ukoń­czył bio­lo­gię i fi­lo­zo­fię na Uni­wer­sy­te­cie w Buf­fa­lo, za­ra­bia­jąc na stu­dia grą na skrzyp­cach. Dzię­ki temu, że płyn­nie mó­wił po nie­miec­ku, prak­ty­kę me­dycz­ną od­był w He­idel­ber­gu i we Fry­bur­gu. Wy­ka­zał się tam wy­bit­ny­mi osią­gnię­cia­mi, zo­stał więc przy­ję­ty od razu na dru­gi rok stu­diów me­dycz­nych na Uni­wer­sy­te­cie Ha­rvar­da w Bo­sto­nie23. (W tam­tych cza­sach do­sta­nie się z Buf­fa­lo do Bo­sto­nu okręż­ną dro­gą przez He­idel­berg nie było ni­czym nie­zwy­kłym. W po­ło­wie lat dwu­dzie­stych XX wie­ku stu­den­tom po­cho­dze­nia ży­dow­skie­go czę­sto nie uda­wa­ło się do­stać na uczel­nie me­dycz­ne w Ame­ry­ce, dla­te­go po­dej­mo­wa­li stu­dia na uczel­niach eu­ro­pej­skich, w tym nie­miec­kich, a do­pie­ro po­tem kon­ty­nu­owa­li na­ukę w kra­ju oj­czy­stym). Far­ber zja­wił się więc na Ha­rvar­dzie jako out­si­der. Ko­le­gom wy­da­wał się aro­ganc­ki. A po­nie­waż mu­siał się uczyć tego, co już umiał, źle zno­sił stu­dia. Był ofi­cjal­ny, pre­cy­zyj­ny i skru­pu­lat­ny, ubie­rał się for­mal­nie, za­cho­wy­wał sztyw­no i apo­dyk­tycz­nie. Szyb­ko zy­skał so­bie przy­do­mek Four-But­ton Sid (Sid Czte­ry Gu­zi­ki), bo na za­ję­cia przy­cho­dził w gar­ni­tu­rze.

Pod ko­niec lat dwu­dzie­stych Far­ber ukoń­czył spe­cja­li­za­cję w za­kre­sie pa­to­lo­gii i zo­stał pierw­szym peł­no­eta­to­wym pa­to­lo­giem w Chil­drens Ho­spi­tal w Bo­sto­nie. Na­pi­sał do­sko­na­łe stu­dium kla­sy­fi­ka­cji gu­zów dzie­cię­cych oraz pod­ręcz­nik do au­top­sji, The Post­mor­tem Exa­mi­na­tion [Ba­da­nie post­mor­tem], po­wszech­nie uwa­ża­ny za kla­sycz­ne dzie­ło z tej dzie­dzi­ny. W po­ło­wie lat trzy­dzie­stych miał już usta­lo­ną po­zy­cję wy­bit­ne­go pa­to­lo­ga – „le­ka­rza zmar­łych”.

Ale on wciąż od­czu­wał głód le­cze­nia ży­wych. La­tem 1947 roku, w swo­im la­bo­ra­to­rium w su­te­re­nie, do któ­rej mało kto się za­pusz­czał, pod­jął nie­zwy­kle for­tun­ną de­cy­zję: spo­śród wszyst­kich po­sta­ci raka po­sta­no­wił skon­cen­tro­wać się na jed­nej z naj­dziw­niej­szych i naj­bar­dziej bez­na­dziej­nych – bia­łacz­ce dzie­cię­cej. Aby zro­zu­mieć raka jako ta­kie­go – ro­zu­mo­wał – trze­ba za­cząć od sa­mych pod­staw jego zło­żo­nej na­tu­ry, tak jak­by od jego su­te­re­ny. A bia­łacz­ka, poza tym, że na­strę­cza­ła wie­lu pro­ble­mów, mia­ła też jed­ną ce­chę po­zy­tyw­ną: da­wa­ła się zmie­rzyć.

Li­cze­nie to w na­uce pod­sta­wa. Aby ro­zu­mieć dane zja­wi­sko, uczo­ny musi je naj­pierw opi­sać; aby zaś obiek­tyw­nie je opi­sać, musi je naj­pierw pod­dać po­mia­rom. Sko­ro on­ko­lo­gia mia­ła się prze­kształ­cić w dzie­dzi­nę pod­le­ga­ją­cą wszel­kim ry­go­rom na­uko­wym, to trze­ba było raka ja­koś po­li­czyć – do­ko­nać wia­ry­god­ne­go i po­wta­rzal­ne­go po­mia­ru, któ­ry na­stęp­nie bę­dzie moż­na re­pli­ko­wać.

Pod tym wzglę­dem bia­łacz­ka róż­ni­ła się od pra­wie wszyst­kich po­zo­sta­łych no­wo­two­rów. W świe­cie, w któ­rym nie wy­na­le­zio­no jesz­cze to­mo­gra­fii kom­pu­te­ro­wej i re­zo­nan­su ma­gne­tycz­ne­go, po­miar zmia­ny ilo­ścio­wej li­te­go guza we­wnątrz cia­ła – w płu­cu czy w pier­si – był bez ope­ra­cji wła­ści­wie nie­moż­li­wy: cze­go nie było wi­dać, tego nie moż­na było zmie­rzyć. Ale bia­łacz­kę, wy­stę­pu­ją­cą we krwi, dało się zmie­rzyć rów­nie ła­two jak inne wła­ści­wo­ści ko­mó­rek – oglą­da­jąc pod mi­kro­sko­pem po­bra­ną prób­kę krwi lub szpi­ku kost­ne­go.

Sko­ro bia­łacz­kę moż­na pod­da­wać po­mia­rom, ro­zu­mo­wał Far­ber, to każ­dą in­ter­wen­cję – na przy­kład wpro­wa­dze­nie do krwio­bie­gu ja­kiejś sub­stan­cji che­micz­nej – da się wy­mier­nie oce­niać pod wzglę­dem sku­tecz­no­ści jej dzia­ła­nia w or­ga­ni­zmach ży­wych pa­cjen­tów. Ob­ser­wu­jąc, jak ko­mór­ki krwi roz­wi­ja­ją się lub umie­ra­ją, bę­dzie­my mo­gli okre­ślać sku­tecz­ność bądź nie­sku­tecz­ność da­ne­go leku. Moż­na więc było na raku prze­pro­wa­dzić „do­świad­cze­nie”.

Ta myśl nie da­wa­ła Far­be­ro­wi spo­ko­ju. W la­tach czter­dzie­stych i pięć­dzie­sią­tych XX wie­ku mło­dych bio­lo­gów ze­lek­try­zo­wa­ła idea sto­so­wa­nia pro­stych mo­de­li do wy­ja­śnia­nia zło­żo­nych zja­wisk. Zło­żo­ność naj­ła­twiej było zro­zu­mieć, za­czy­na­jąc od pod­staw. Or­ga­ni­zmy jed­no­ko­mór­ko­we, na przy­kład bak­te­rie, mia­ły od­sło­nić me­cha­ni­zmy funk­cjo­no­wa­nia wiel­kich zwie­rząt wie­lo­ko­mór­ko­wych, ta­kich jak lu­dzie. „To, co jest praw­dą w przy­pad­ku [mi­kro­sko­pij­nej bak­te­rii] E. coli – miał pom­pa­tycz­nie stwier­dzić fran­cu­ski bio­che­mik Ja­cqu­es Mo­nod w 1954 roku – musi być praw­dą rów­nież w przy­pad­ku sło­nia”24.

Z punk­tu wi­dze­nia Far­be­ra bia­łacz­ka była ide­al­nym przy­kła­dem tego bio­lo­gicz­ne­go pa­ra­dyg­ma­tu. Wy­cho­dząc od ba­da­nia pro­ste­go, nie­ty­po­we­go stwo­ra, bę­dzie mógł wnio­sko­wać o nie­skoń­cze­nie bar­dziej zło­żo­nym świe­cie no­wo­two­rów in­ne­go ro­dza­ju; dzię­ki bak­te­rii na­uczy się, jak my­śleć o sło­niu. Far­ber był z na­tu­ry szyb­ki i im­pul­syw­ny. I w tym przy­pad­ku do­ko­nał szyb­kie­go, in­stynk­tow­ne­go prze­sko­ku my­ślo­we­go. Tam­te­go gru­dnio­we­go po­ran­ka prze­sył­ka z No­we­go Jor­ku już cze­ka­ła na nie­go w la­bo­ra­to­rium. Kie­dy ją otwie­rał i wyj­mo­wał szkla­ne fiol­ki z che­mi­ka­lia­mi, nie miał po­ję­cia, że otwie­ra oto zu­peł­nie nowy spo­sób my­śle­nia o raku.

„Monstrum bardziej nienasycone niż gilotyna”

Uwa­ga, jaką w me­dy­cy­nie po­świę­ca­no bia­łacz­ce, za­wsze była nie­pro­por­cjo­nal­na do rze­czy­wi­stej czę­sto­ści jej wy­stę­po­wa­nia.

[…] Pro­ble­my na­po­ty­ka­ne w sys­te­mo­wym le­cze­niu bia­łacz­ki wy­ty­cza­ły ogól­ne kie­run­ki, w któ­rych zmie­rza­ły póź­niej ba­da­nia nad ra­kiem25.

Jo­na­than Tuc­ker, El­lie. A Childs Fi­ght Aga­inst Leu­ke­mia

W le­cze­niu no­wo­two­ru roz­prze­strze­nio­ne­go na cały or­ga­nizm nie­wie­le było suk­ce­sów. […] Zwy­kle wszyst­ko spro­wa­dza­ło się do ob­ser­wo­wa­nia, jak no­wo­twór ro­śnie, a pa­cjent stop­nio­wo co­raz bar­dziej nik­nie26.

John Lasz­lo, The Cure of Chil­dho­od Leu­ke­mia. Into the Age of Mi­rac­les

Prze­sył­ka z che­mi­ka­lia­mi do­tar­ła do Sid­neya Far­be­ra w wy­jąt­ko­wo waż­nym mo­men­cie w hi­sto­rii me­dy­cy­ny. Pod ko­niec lat czter­dzie­stych w la­bo­ra­to­riach i kli­ni­kach w ca­łych Sta­nach Zjed­no­czo­nych otwo­rzył się róg ob­fi­to­ści z od­kry­cia­mi far­ma­ceu­tycz­ny­mi27. Naj­le­piej wi­dać to na przy­kła­dzie an­ty­bio­ty­ków. Pe­ni­cy­li­na, cen­na sub­stan­cja, któ­rą jesz­cze pod­czas dru­giej woj­ny świa­to­wej trze­ba było od­zy­ski­wać do ostat­niej kro­pel­ki (w 1939 roku od­zy­ski­wa­no ją z mo­czu le­czo­nych nią pa­cjen­tów, by nie zmar­no­wa­ła się ani jed­na mo­le­ku­ła)28, na po­cząt­ku lat pięć­dzie­sią­tych była pro­du­ko­wa­na w ka­dziach o po­jem­no­ści czte­rech ty­się­cy li­trów. W 1942 roku fir­ma Merck wy­sła­ła za Atlan­tyk pierw­szą tran­szę pe­ni­cy­li­ny, za­le­d­wie pięć i pół gra­ma, co sta­no­wi­ło po­ło­wę za­pa­sów an­ty­bio­ty­ku w ca­łych Sta­nach Zjed­no­czo­nych29. Dzie­sięć lat póź­niej pro­duk­cja pe­ni­cy­li­ny na ska­lę ma­so­wą była tak wy­daj­na, że cena jed­nej daw­ki spa­dła do czte­rech cen­tów (litr mle­ka kosz­to­wał osiem razy wię­cej)30.

Po pe­ni­cy­li­nie po­ja­wi­ły się ko­lej­ne an­ty­bio­ty­ki: w 1947 roku chlo­ram­fe­ni­kol31, w 1948 te­tra­cy­kli­na32. Zimą 1949 roku, kie­dy z grud­ki zie­mi z ku­rzej fer­my uzy­ska­no ko­lej­ny an­ty­bio­tyk, strep­to­my­cy­nę, ty­go­dnik „Time” ob­wiesz­czał wiel­ki­mi li­te­ra­mi na okład­ce: „Leki są na na­szych po­dwór­kach”33. Na po­dwór­ku Far­be­ra, w sto­ją­cym da­le­ko od wej­ścia do kom­plek­su Chil­dren’s Ho­spi­tal bu­dyn­ku z czer­wo­nej ce­gły, mi­kro­bio­log John En­ders ho­do­wał w cy­lin­drycz­nych pla­sti­ko­wych kol­bach kul­tu­ry wi­ru­sa po­lio – był to pierw­szy krok w pro­ce­sie, któ­ry zwień­czy­ło wy­na­le­zie­nie przez Al­ber­ta Bru­ce’a Sa­bi­na i Jo­na­sa Sal­ka szcze­pion­ki na po­lio34. Nowe leki po­ja­wia­ły się w zdu­mie­wa­ją­cym tem­pie: po­nad po­ło­wa le­karstw po­wszech­nie sto­so­wa­nych w me­dy­cy­nie w 1950 roku za­le­d­wie dzie­sięć lat wcze­śniej jesz­cze nie ist­nia­ła35.

Rów­nież zmia­ny w zdro­wiu pu­blicz­nym i hi­gie­nie, bo­daj jesz­cze istot­niej­sze niż cu­dow­ne leki, przy­czy­ni­ły się do dia­me­tral­ne­go prze­obra­że­nia się wi­ze­run­ku cho­rób w Ame­ry­ce. Dur brzusz­ny, cho­ro­ba za­kaź­na, któ­ra nie­gdyś po­tra­fi­ła w kil­ka ty­go­dni zdzie­siąt­ko­wać w śmier­cio­no­śnym po­cho­dzie całe dziel­ni­ce wiel­kich me­tro­po­lii, znik­nął, kie­dy kosz­tem ogrom­nych sta­rań władz miast oczysz­czo­no źró­dła za­opa­trze­nia w wodę36. Za­ni­ka­ła na­wet gruź­li­ca, nie­sław­na „bia­ła dżu­ma” XIX wie­ku – w la­tach 1910–1940 czę­stość jej wy­stę­po­wa­nia zma­la­ła o po­nad po­ło­wę, w du­żej mie­rze dzię­ki po­pra­wie wa­run­ków sa­ni­tar­nych i hi­gie­ny pu­blicz­nej37. Przez pięć de­kad ocze­ki­wa­na dłu­gość ży­cia Ame­ry­ka­nów wzro­sła z czter­dzie­stu sied­miu do sześć­dzie­się­ciu ośmiu lat: w cią­gu jed­ne­go pół­wie­cza ży­cie wy­dłu­ży­ło się bar­dziej niż w cią­gu kil­ku po­przed­nich stu­le­ci38.

Zna­czą­ce suk­ce­sy po­wo­jen­nej me­dy­cy­ny sta­no­wi­ły do­wód po­tę­gi na­uki i tech­no­lo­gii i zmie­nia­ły ży­cie w Ame­ry­ce. Mno­ży­ły się szpi­ta­le – w la­tach 1945–1960 w ca­łym kra­ju otwar­to bli­sko ty­siąc no­wych pla­có­wek; mię­dzy ro­kiem 1935 a 1952 licz­ba przy­ję­tych pa­cjen­tów wzro­sła po­nad dwu­krot­nie: z sied­miu do sie­dem­na­stu mi­lio­nów rocz­nie39. A wraz z roz­wo­jem opie­ki me­dycz­nej po­ja­wi­ło się po­wszech­ne ocze­ki­wa­nie, że roz­wój ten po­wi­nien do­ko­ny­wać się da­lej bez żad­nych ogra­ni­czeń. Jak za­uwa­żył pe­wien stu­dent: „Kie­dy le­karz jest zmu­szo­ny po­wie­dzieć pa­cjen­to­wi, że na jego cho­ro­bę nie ma sku­tecz­ne­go le­kar­stwa, [pa­cjent] za­zwy­czaj re­agu­je ura­zą albo po­dej­rze­niem, że ów le­karz nie dys­po­nu­je ak­tu­al­ną wie­dzą”40.

Mło­de po­ko­le­nie, za­miesz­ku­ją­ce nowe, czy­ste przed­mie­ścia, ma­rzy­ło za­tem o sku­tecz­nym leku na wszyst­ko, o eg­zy­sten­cji bez cho­rób i bez śmier­ci. Kar­miąc się opty­mi­stycz­ną wi­zją trwa­ło­ści ży­cia, lu­dzie rzu­ci­li się tłum­nie do kon­sump­cji dóbr trwa­łych: ku­po­wa­li stu­de­ba­ke­ry o ga­ba­ry­tach so­lid­ne­go jach­tu, dre­sy z ray­onu, te­le­wi­zo­ry, ra­dio­od­bior­ni­ki, gril­le i pral­ki, jeź­dzi­li do dom­ków let­ni­sko­wych, za­pi­sy­wa­li się do klu­bów gol­fo­wych41. W Le­vit­town, miej­sco­wo­ści wy­bu­do­wa­nej na daw­nym polu ziem­nia­ków na Long Is­land – sym­bo­licz­nej uto­pii – „cho­ro­ba” zna­la­zła się na trze­cim miej­scu li­sty „zmar­twień”, po „pie­nią­dzach” i „wy­cho­wa­niu dzie­ci”42. W isto­cie wy­cho­wy­wa­nie dzie­ci sta­ło się w ca­łym kra­ju za­ję­ciem na bez­pre­ce­den­so­wą ska­lę. Dziet­ność sta­le ro­sła – w roku 1957 w Sta­nach Zjed­no­czo­nych śred­nio co sie­dem se­kund ro­dzi­ło się dziec­ko43. „Spo­łe­czeń­stwo za­moż­ne”, jak okre­ślił je eko­no­mi­sta John Gal­bra­ith44, wy­obra­ża­ło so­bie, że jest rów­nież wiecz­nie mło­de, a mło­do­ści to­wa­rzy­szy gwa­ran­cja wiecz­ne­go zdro­wia. Wy­obra­ża­ło so­bie, że jest nie­po­ko­na­ne.

*

Ale rak nie za­mie­rzał do­łą­czyć do tego mar­szu po­stę­pu. Je­że­li no­wo­twór był stric­te miej­sco­wy (czy­li ogra­ni­czo­ny do jed­ne­go na­rzą­du czy oko­li­cy, tak że moż­na go było usu­nąć ope­ra­cyj­nie), ist­nia­ła szan­sa na wy­le­cze­nie. Wy­ci­na­nie było spad­kiem po im­po­nu­ją­cym roz­wo­ju chi­rur­gii dzie­więt­na­sto­wiecz­nej. Na przy­kład po­je­dyn­czy zło­śli­wy guz w pier­si moż­na było usu­nąć za po­mo­cą ma­stek­to­mii ra­dy­kal­nej, któ­rej pio­nie­rem był w la­tach dzie­więć­dzie­sią­tych XIX wie­ku wy­bit­ny chi­rurg Wil­liam Hal­sted z Uni­wer­sy­te­tu John­sa Hop­kin­sa. Inną me­to­dą le­cze­nia gu­zów miej­sco­wych było na­pro­mie­nia­nie od­kry­ty­mi na po­cząt­ku XX wie­ku pro­mie­nia­mi Rönt­ge­na.

W sen­sie na­uko­wym jed­nak rak wciąż po­zo­sta­wał ta­jem­ni­czym by­tem, któ­ry ła­twiej było wy­ciąć w ca­ło­ści, niż le­czyć we­dług ja­kichś głęb­szych me­dycz­nych za­sad. Le­ka­rze chcą­cy wy­le­czyć raka (je­że­li w ogó­le moż­na mó­wić o wy­le­cze­niu raka) mie­li do dys­po­zy­cji tyl­ko dwie stra­te­gie: usu­nię­cie guza me­to­dą ope­ra­cyj­ną albo znisz­cze­nie go za po­mo­cą na­pro­mie­nia­nia. Wy­bór przed­sta­wiał się więc na­stę­pu­ją­co: albo go­rą­cy pro­mień, albo zim­ny skal­pel.

W maju 1937 roku, nie­mal de­ka­dę przed tym, jak Far­ber pod­jął eks­pe­ry­men­ty z sub­stan­cja­mi che­micz­ny­mi, w pi­śmie „For­tu­ne” uka­zał się, we­dle okre­śle­nia re­dak­cji, „prze­gląd pa­no­ra­micz­ny” on­ko­lo­gii jako dzie­dzi­ny45. Ra­port by­najm­niej nie na­pa­wał opty­mi­zmem: „Choć trud­no w to uwie­rzyć, nie wpro­wa­dzo­no żad­nej no­wej za­sa­dy po­stę­po­wa­nia w przy­pad­ku cho­rych na raka, czy to w za­kre­sie le­cze­nia, czy pro­fi­lak­ty­ki […]. Me­to­dy po­stę­po­wa­nia sta­ły się sku­tecz­niej­sze i bar­dziej hu­ma­ni­tar­ne. Pry­mi­tyw­ną ope­ra­cję bez znie­czu­le­nia i asep­ty­ki za­stą­pił no­wo­cze­sny, bez­bo­le­sny za­bieg ze wszel­ki­mi moż­li­wy­mi udo­sko­na­le­nia­mi. Sub­stan­cje, któ­re wże­ra­ły się w cia­ła po­przed­nich po­ko­leń pa­cjen­tów, ode­szły do la­mu­sa, gdy za­czę­to wy­ko­rzy­sty­wać pro­mie­nie Rönt­ge­na i rad. […] Fak­tem po­zo­sta­je jed­nak, że „le­cze­nie” raka wciąż opie­ra się je­dy­nie na dwóch za­sa­dach – na usu­nię­ciu i znisz­cze­niu cho­rej tkan­ki [to pierw­sze za po­mo­cą ope­ra­cji, dru­gie za po­mo­cą na­pro­mie­nia­nia]. Nie za­pro­po­no­wa­no ni­cze­go no­we­go”.

Ty­tuł tego ar­ty­kuł brzmiał Can­cer. The Gre­at Dark­ness [Rak. Wiel­ka ciem­ność], a ty­tu­ło­wa ciem­ność, jak su­ge­ro­wa­li au­to­rzy, od­no­si­ła się nie tyl­ko do me­dy­cy­ny, lecz w rów­nej mie­rze do po­li­ty­ki. On­ko­lo­gia utknę­ła w miej­scu nie tyl­ko ze wzglę­du na głę­bię ota­cza­ją­cych raka ta­jem­nic me­dycz­nych, ale tak­że z po­wo­du sys­te­ma­tycz­ne­go za­nie­dby­wa­nia ba­dań na­uko­wych nad no­wo­two­ra­mi: „W ca­łych Sta­nach Zjed­no­czo­nych ist­nie­je za­le­d­wie oko­ło dwu­dzie­stu fun­du­szy zaj­mu­ją­cych się do­fi­nan­so­wa­niem pod­sta­wo­wych ba­dań nad ra­kiem. Dys­po­nu­ją one bu­dże­ta­mi w wy­so­ko­ści od pię­ciu­set do dwóch mi­lio­nów do­la­rów, lecz ich łącz­ny ka­pi­tał z pew­no­ścią nie­wie­le prze­kra­cza kwo­tę pię­ciu mi­lio­nów do­la­rów. […] Rów­no­war­tość jed­nej trze­ciej tej sumy ame­ry­kań­skie spo­łe­czeń­stwo wy­da­je z wła­snej woli w cią­gu jed­ne­go po­po­łu­dnia, żeby obej­rzeć mecz któ­rejś z naj­lep­szych dru­żyn fut­bo­lo­wych”.

Nie­mra­wy wzrost fun­du­szy na ba­da­nia sil­nie kon­tra­sto­wał z tym, jak szyb­ko sama cho­ro­ba prze­dzie­ra­ła się do świa­do­mo­ści pu­blicz­nej. W Ame­ry­ce XIX wie­ku rak był nie­wąt­pli­wie obec­ny i za­uwa­żal­ny, ale prze­waż­nie krył się w cie­niu cho­rób znacz­nie po­wszech­niej­szych. W roku 1899, kie­dy Ro­swell Park, zna­ny chi­rurg z Buf­fa­lo, wy­su­nął tezę, że rak kie­dyś wy­sfo­ru­je się przed ospę, dur brzusz­ny i gruź­li­cę i sta­nie się naj­częst­szą przy­czy­ną śmier­ci w USA, ode­bra­no to jako „dość za­ska­ku­ją­cą prze­po­wied­nię”, wy­ol­brzy­mio­ne spe­ku­la­cje czło­wie­ka, któ­ry dniem i nocą ope­ru­je cho­rych na no­wo­two­ry46. Ale już pod ko­niec pierw­szej de­ka­dy XX wie­ku, po upły­wie za­le­d­wie dzie­się­ciu lat, sło­wa Par­ka brzmia­ły co­raz mniej za­ska­ku­ją­co, co­raz bar­dziej zaś zda­wa­ły się pro­ro­cze. Dur brzusz­ny, nie li­cząc kil­ku od­osob­nio­nych epi­de­mii, wy­stę­po­wał co­raz rza­dziej. Za­cho­ro­wal­ność na ospę ma­la­ła; rok 1949 uzna­je się za datę, kie­dy ta cho­ro­ba cał­ko­wi­cie znik­nę­ła ze Sta­nów Zjed­no­czo­nych47. Tym­cza­sem rak już wy­prze­dzał inne scho­rze­nia, część pierw­sza: „z czar­nej żół­ci, bez wy­rzu­tu” pnąc się w hie­rar­chii cho­rób śmier­tel­nych. W la­tach 1900–1916 licz­ba zgo­nów z po­wo­du no­wo­two­rów wzro­sła o 29,8 pro­cent i tym sa­mym rak prze­ści­gnął gruź­li­cę48. W roku 1926 stał się dru­gą pod wzglę­dem po­wszech­no­ści przy­czy­ną śmier­ci, pla­su­jąc się tuż za cho­ro­ba­mi ser­ca49.

Ar­ty­kuł Can­cer. The Gre­at Dark­ness nie był je­dy­nym gło­sem na­wo­łu­ją­cym do sko­or­dy­no­wa­ne­go ogól­no­kra­jo­we­go dzia­ła­nia w spra­wie wal­ki z no­wo­two­ra­mi. W tym sa­mym cza­sie pi­smo „Life” za­mie­ści­ło wła­sny ra­port o sta­nie ba­dań nad tą gru­pą cho­rób. Wnio­sek był taki sam: ową kwe­stią na­le­ży się pil­nie za­jąć50. W kwiet­niu i w czerw­cu na ła­mach „New York Ti­me­sa” uka­za­ły się dwa ra­por­ty o ro­sną­cych wskaź­ni­kach za­cho­ro­wal­no­ści na no­wo­two­ry. Kie­dy w lip­cu tego sa­me­go roku o no­wo­two­rach na­pi­sał „Time”, za­in­te­re­so­wa­nie „pro­ble­mem raka” w me­diach rów­nież za­czę­ło przy­po­mi­nać ostrą cho­ro­bę za­kaź­ną51.

*

Su­ge­stie, że na­le­ży wdro­żyć sys­te­ma­tycz­ny ogól­no­kra­jo­wy pro­gram ba­daw­czy, po­ja­wia­ły się i zni­ka­ły cy­klicz­nie, ni­czym pły­wy, od po­cząt­ku XX wie­ku. W roku 1907 w ho­te­lu New Wil­lard w Wa­szyng­to­nie od­był się zjazd chi­rur­gów on­ko­lo­gicz­nych, któ­rzy po­sta­no­wi­li za­ło­żyć or­ga­ni­za­cję lob­bu­ją­cą w Kon­gre­sie za zwięk­sze­niem do­ta­cji na ba­da­nia nad no­wo­two­ra­mi. W cią­gu trzech lat ta or­ga­ni­za­cja, Ame­ri­can As­so­cia­tion for Can­cer Re­se­arch52, zdo­ła­ła prze­ko­nać pre­zy­den­ta Ta­fta do zło­że­nia w Kon­gre­sie wnio­sku o stwo­rze­nie ogól­no­kra­jo­wej jed­nost­ki po­świę­co­nej ba­da­niom nad cho­ro­ba­mi no­wo­two­ro­wy­mi. Ale mimo za­in­te­re­so­wa­nia, któ­re po­cząt­ko­wo wzbu­dzał ten plan, wy­sił­ki po­dej­mo­wa­ne w Wa­szyng­to­nie po kil­ku pró­bach utknę­ły w miej­scu, w du­żej mie­rze ze wzglę­du na brak po­par­cia po­li­tycz­ne­go.

Pod ko­niec lat dwu­dzie­stych XX wie­ku, pra­wie dzie­sięć lat po tym, jak pod­da­no pod dys­ku­sję wnio­sek pre­zy­den­ta Ta­fta, ba­da­nia nad no­wo­two­ra­mi do­cze­ka­ły się no­we­go, nie­spo­dzie­wa­ne­go ad­wo­ka­ta. Był nim se­na­tor Mat­thew Ne­ely, za­wzię­ty, ener­gicz­ny praw­nik z Fa­ir­mont w Wir­gi­nii Za­chod­niej. Miał sto­sun­ko­wo małe do­świad­cze­nie w po­li­ty­ce na­uko­wej, ale za­uwa­żył znacz­ny wzrost umie­ral­no­ści na no­wo­two­ry w cią­gu kil­ku­na­stu ostat­nich lat: z sie­dem­dzie­się­ciu ty­się­cy osób w roku 1911 do stu pięt­na­stu ty­się­cy w roku 192753 Zwró­cił się do Kon­gre­su o wy­zna­cze­nie na­gro­dy wy­so­ko­ści pię­ciu mi­lio­nów do­la­rów za „wszel­kie in­for­ma­cje pro­wa­dzą­ce do po­wstrzy­ma­nia cho­ro­by no­wo­two­ro­wej”54.

Była to stra­te­gia bar­dzo nie­wy­szu­ka­na – od­po­wied­nik wy­wie­sze­nia zdję­cia po­szu­ki­wa­ne­go prze­stęp­cy w biu­rze sze­ry­fa – to­też spo­tka­ła się z od­ze­wem na od­po­wied­nio ni­skim po­zio­mie. Nie mi­nę­ło kil­ka ty­go­dni, a wa­szyng­toń­skie biu­ro se­na­to­ra Ne­ely­ego za­la­ły ty­sią­ce li­stów od szar­la­ta­nów i sa­mo­zwań­czych uzdro­wi­cie­li, z pro­po­zy­cja­mi wszel­kich moż­li­wych le­karstw na raka: ma­ści, bal­sa­mów, olej­ków, po­świę­co­nych chu­s­te­czek i wody świę­co­nej55. Ro­ze­źlo­ny tym od­ze­wem Kon­gres zgo­dził się wy­asy­gno­wać ża­ło­sny je­den pro­cent kwo­ty, o któ­rą pro­sił Ne­ely: pięć­dzie­siąt ty­się­cy do­la­rów. Pie­nią­dze te mia­ły sta­no­wić bu­dżet zgło­szo­nej przez se­na­to­ra Usta­wy o kon­tro­li no­wo­two­rów.

W roku 1937 nie­zmor­do­wa­ny Ne­ely, po­now­nie wy­bra­ny do Se­na­tu, pod­jął ko­lej­ną pró­bę przy­pusz­cze­nia ogól­no­kra­jo­we­go ata­ku na no­wo­two­ry, tym ra­zem we współ­pra­cy z se­na­to­rem Ho­me­rem Bo­ne­em i człon­kiem Izby Re­pre­zen­tan­tów War­re­nem Ma­gnu­so­nem. Do tego cza­su znacz­nie wzro­sła pu­blicz­na świa­do­mość cho­rób no­wo­two­ro­wych. Ar­ty­ku­ły opu­bli­ko­wa­ne w „Time” i „For­tu­ne” wzbu­dzi­ły lęk i nie­za­do­wo­le­nie, po­li­ty­kom za­le­ża­ło więc na za­de­mon­stro­wa­niu, że nie sie­dzą z za­ło­żo­ny­mi rę­ka­mi. W czerw­cu od­by­ło się wspól­ne po­sie­dze­nie obu izb Kon­gre­su, po­świę­co­ne stwo­rze­niu od­po­wied­nich roz­wią­zań le­gi­sla­cyj­nych56. Po wstęp­nych czy­ta­niach usta­wa bły­ska­wicz­nie prze­szła przez Kon­gres i zo­sta­ła jed­no­gło­śnie przy­ję­ta na ko­lej­nym wspól­nym po­sie­dze­niu 23 lip­ca 1937 roku. Dwa ty­go­dnie póź­niej, 5 sierp­nia, pre­zy­dent Ro­ose­velt pod­pi­sał Usta­wę o Na­ro­do­wym In­sty­tu­cie Ba­dań nad No­wo­two­ra­mi (Na­tio­nal Can­cer In­sti­tu­te Act).

Na mocy tej usta­wy po­wsta­ła nowa jed­nost­ka na­uko­wa, Na­ro­do­wy In­sty­tut Ba­dań nad No­wo­two­ra­mi (Na­tio­nal Can­cer In­sti­tu­te, NCI), któ­rej dzia­łal­ność mia­ła się kon­cen­tro­wać na ba­da­niach nad no­wo­two­ra­mi oraz edu­ka­cji na ich te­matIV. W ce­lach do­radz­twa po­wo­ła­no radę na­uko­wą, do któ­rej we­szli ucze­ni z ame­ry­kań­skich uczel­ni i wy­bra­nych szpi­ta­li57. O kil­ka mil od sto­li­cy, w mie­ście Be­thes­da, wśród cie­ni­stych alej i ogro­dów wy­rósł bu­dy­nek wy­po­sa­żo­ny w naj­no­wo­cze­śniej­sze la­bo­ra­to­ria. Ko­ry­ta­rze i sale kon­fe­ren­cyj­ne lśni­ły no­wo­ścią. „Nasz kraj gro­ma­dzi siły, by po­ko­nać raka, naj­więk­szą spo­śród plag drę­czą­cych ludz­kość” – oznaj­mił pew­nym sie­bie to­nem se­na­tor Bone, uro­czy­ście wbi­ja­jąc ło­pa­tę pod bu­do­wę in­sty­tu­tu 3 paź­dzier­ni­ka 1938 roku58. Wy­da­wa­ło się, że po bli­sko dwu­dzie­stu la­tach sta­rań, na ogół bez­owoc­nych, na­resz­cie do­pro­wa­dzo­no do sko­or­dy­no­wa­nej ogól­no­kra­jo­wej re­ak­cji na co­raz częst­sze wy­stę­po­wa­nie cho­rób no­wo­two­ro­wych.

Wszyst­ko sprzy­ja­ło temu śmia­łe­mu kro­ko­wi we wła­ści­wym kie­run­ku – wszyst­ko, z wy­jąt­kiem sy­tu­acji po­li­tycz­nej. Z po­cząt­kiem zimy 1938 roku, za­le­d­wie kil­ka mie­się­cy po roz­po­czę­ciu bu­do­wy sie­dzi­by NCI w Be­thes­dzie, wal­kę z ra­kiem od­su­nę­ły w cień pierw­sze zwia­stu­ny wal­ki zu­peł­nie in­ne­go ro­dza­ju. W li­sto­pa­dzie woj­sko nie­miec­kie prze­pro­wa­dzi­ło ogól­no­kra­jo­wy po­grom i ty­sią­ce Ży­dów tra­fi­ło do obo­zów kon­cen­tra­cyj­nych. Zimą w ca­łej Eu­ro­pie i Azji roz­go­rza­ły kon­flik­ty mi­li­tar­ne, przy­go­to­wu­jąc grunt pod dru­gą woj­nę świa­to­wą. W roku 1939 wy­bu­chła woj­na, a w grud­niu 1941 roku do to­czą­cych się na ca­łym świe­cie walk do­łą­czy­ły Sta­ny Zjed­no­czo­ne.

Wszyst­ko to wy­mu­si­ło ra­dy­kal­ną zmia­nę prio­ry­te­tów. U. S. Ma­ri­ne Ho­spi­tal w Bal­ti­mo­re, któ­ry NCI pla­no­wa­ło prze­kształ­cić w ośro­dek on­ko­lo­gii kli­nicz­nej, te­raz na­pręd­ce ad­ap­to­wa­no na szpi­tal wo­jen­ny59. W fi­nan­so­wa­niu ba­dań na­uko­wych na­stą­pił okres sta­gna­cji, a fun­du­sze zo­sta­ły prze­kie­ro­wa­ne na pro­jek­ty bez­po­śred­nio zwią­za­ne z woj­ną. Na­ukow­cy, lob­by­ści, kli­ni­cy­ści i chi­rur­dzy znik­nę­li z pola wi­dze­nia opi­nii pu­blicz­nej – jak pod­su­mo­wał to pe­wien ba­dacz, „prze­waż­nie było o nich ci­cho, a o ich do­ko­na­niach moż­na się było do­wie­dzieć za­zwy­czaj je­dy­nie z ne­kro­lo­gów”60.

Rów­nie do­brze mógł wła­ści­wie po­wstać ne­kro­log dla obie­ca­nych NCI środ­ków na „pro­gra­mo­wą re­ak­cję na raka”61, któ­re nie zdą­ży­ły się zma­te­ria­li­zo­wać. Głów­ny kom­pleks NCI stał opu­sto­sza­ły i nisz­czał. Wy­po­sa­żo­ny we wszyst­kie no­wo­cze­sne urzą­dze­nia, ja­kie tyl­ko moż­na było so­bie wy­obra­zić w la­tach czter­dzie­stych, wy­mu­ska­ny in­sty­tut prze­ro­dził się w na­uko­we mia­sto du­chów. Je­den z na­ukow­ców żar­tem okre­ślił go jako „miłe, spo­koj­ne miej­sce za mia­stem, gdzie przy­jem­nie się drze­ma­ło w słoń­cu wpa­da­ją­cym przez duże okna”62V.

Gło­sy opi­nii pu­blicz­nej w kwe­stii no­wo­two­rów tak­że po­wo­li uci­chły. Po krót­ko­trwa­łej go­rącz­ce za­in­te­re­so­wa­nia pra­sy rak zno­wu stał się wiel­kim prze­mil­cza­nym, cho­ro­bą, o któ­rej się szep­cze, ale nie mówi się pu­blicz­nie. Na po­cząt­ku lat pięć­dzie­sią­tych Fan­ny Ro­se­now, ko­bie­ta, któ­ra po­ko­na­ła raka pier­si i za­an­ga­żo­wa­ła się w krze­wie­nie wie­dzy o no­wo­two­rach, za­dzwo­ni­ła do „New York Ti­me­sa”, chcąc za­mie­ścić ogło­sze­nie o gru­pie wspar­cia dla ko­biet zma­ga­ją­cych się z cho­ro­bą, przez któ­rą sama prze­szła63. Prze­łą­czo­no ją, o dzi­wo, do re­dak­to­ra z dzia­łu spo­łecz­ne­go. Kie­dy za­py­ta­ła, czy może dać ogło­sze­nie, na­stą­pi­ła dłu­ga chwi­la mil­cze­nia. W koń­cu re­dak­tor po­wie­dział: „Przy­kro mi, pro­szę pani, ale »Ti­mes« nie może pu­bli­ko­wać na swo­ich ła­mach słów »pierś« ani »rak«. Może sfor­mu­łu­je to pani ja­koś in­a­czej, na przy­kład że od­bę­dzie się spo­tka­nie w spra­wie cho­rób klat­ki pier­sio­wej”.

Fan­ny Ro­se­now zde­gu­sto­wa­na odło­ży­ła słu­chaw­kę.

*

Kie­dy w 1947 roku pa­to­log Sid­ney Far­ber po­sta­no­wił wkro­czyć do świa­ta on­ko­lo­gii, żywe w po­przed­niej de­ka­dzie za­in­te­re­so­wa­nie ra­kiem zdą­ży­ło znik­nąć bez śla­du. Znów była to cho­ro­ba, o któ­rej po­li­ty­ka mil­czy. W prze­stron­nych sa­lach Chil­drens Ho­spi­tal le­ka­rze i pa­cjen­ci to­czy­li pry­wat­ne bi­twy z no­wo­two­ra­mi. A w pod­ziem­nych la­bi­ryn­tach szpi­ta­la Far­ber to­czył jesz­cze bar­dziej pry­wat­ną bi­twę ze swo­imi che­mi­ka­lia­mi i do­świad­cze­nia­mi.

Izo­la­cja mia­ła dla jego po­cząt­ko­we­go suk­ce­su de­cy­du­ją­ce zna­cze­nie. Z dala od ośle­pia­ją­ce­go bla­sku re­flek­to­rów opi­nii pu­blicz­nej Far­ber pra­co­wał nad ma­łym, nie­oczy­wi­stym ka­wał­kiem ukła­dan­ki. Bia­łacz­kę trak­to­wa­no po ma­co­sze­mu: kli­ni­cy­ści nie chcie­li się nią zaj­mo­wać, gdyż nie mie­li na nią le­kar­stwa, a chi­rur­dzy dla­te­go, że krwi nie da się zo­pe­ro­wać. Jak ujął to pe­wien le­karz: „Przed dru­gą woj­ną świa­to­wą bia­łacz­ka w pew­nym sen­sie nie była [na­wet] no­wo­two­rem”64. Ist­nia­ła na po­gra­ni­czu cho­rób, ni­czym pa­rias błą­ka­ła się mię­dzy wie­lo­ma dys­cy­pli­na­mi i od­dzia­ła­mi – po­dob­nie jak Far­ber.

Gdy­by jed­nak bia­łacz­kę trze­ba było gdzieś „przy­pi­sać”, to chy­ba do he­ma­to­lo­gii, dzie­dzi­ny zaj­mu­ją­cej się ba­da­niem zdro­wej krwi65. Je­śli w ogó­le uda się zna­leźć le­kar­stwo na tę cho­ro­bę, ro­zu­mo­wał Far­ber, to tyl­ko dzię­ki ba­da­niom nad krwią. Gdy­by od­krył, jak po­wsta­ją zdro­we ko­mór­ki krwi, to może uda­ło­by mu się zna­leźć spo­sób na za­trzy­ma­nie pro­ce­su po­wsta­wa­nia cho­rych ko­mó­rek. Jako punkt wyj­ścia do zro­zu­mie­nia cho­ro­by przy­jął jej brak, czy­li nor­mę. In­ny­mi sło­wy, Far­ber pla­no­wał zmie­rzyć się z ra­kiem na sa­mym po­cząt­ku jego dro­gi.

Wie­dza Far­be­ra na te­mat krwi po­cho­dzi­ła głów­nie od Geo­r­ge’a Mi­no­ta. Ten szczu­pły, ły­sie­ją­cy ary­sto­kra­ta o prze­ni­kli­wym spoj­rze­niu ja­snych oczu był kie­row­ni­kiem la­bo­ra­to­rium w oto­czo­nym ko­lum­na­dą bu­dyn­ku z ce­gły i ka­mie­nia przy Har­ri­son Ave­nue w Bo­sto­nie, za­le­d­wie kil­ka mil od po­tęż­ne­go kom­plek­su szpi­tal­ne­go przy Lon­gwo­od Ave­nue, w któ­re­go skład wcho­dził Chil­dren’s Ho­spi­tal. Far­ber od­był krót­ki staż u Mi­no­ta – po­dob­nie jak wie­lu he­ma­to­lo­gów z Ha­rvar­du – w la­tach dwu­dzie­stych, przed pod­ję­ciem pra­cy w Chil­dren’s Ho­spi­tal.

Każ­de dzie­się­cio­le­cie ma swo­ją za­gad­kę he­ma­to­lo­gicz­ną – w epo­ce Mi­no­ta była to nie­do­krwi­stość zło­śli­wa. Nie­do­krwi­stość jest cho­ro­bą po­le­ga­ją­cą na zbyt ma­łej licz­bie czer­wo­nych krwi­nek. W jej naj­pow­szech­niej­szej po­sta­ci przy­czy­ną jest nie­do­bór że­la­za, istot­ne­go skład­ni­ka słu­żą­ce­go do ich wy­twa­rza­nia. Przy­czy­ną nie­do­krwi­sto­ści zło­śli­wej, rzad­kiej od­mia­ny tej cho­ro­by, któ­rą ba­dał Mi­not, nie jest jed­nak brak że­la­za. (In­a­czej niż w przy­pad­ku „zwy­kłej” nie­do­krwi­sto­ści, cho­ro­by tej nie da się le­czyć w stan­dar­do­wy spo­sób, czy­li przez do­star­cze­nie cho­re­mu że­la­za – stąd okre­śle­nie „zło­śli­wa”). Po­da­jąc pa­cjen­tom co­raz bar­dziej ma­ka­brycz­ne me­dy­ka­men­ty – ćwierć ki­lo­gra­ma ku­rzej wą­trób­ki, nie­do­sma­żo­ne ham­bur­ge­ry, su­ro­we żo­łąd­ki wie­przo­we66, a raz na­wet zwy­mio­to­wa­ne soki żo­łąd­ko­we jed­ne­go ze stu­den­tów67 (do­pra­wio­ne ma­słem, cy­try­ną i na­tką pie­trusz­ki68) – w 1926 roku Mi­not i jego ze­spół ba­daw­czy69 wy­ka­za­li, że nie­do­krwi­stość zło­śli­wą po­wo­du­je nie­do­bór nie­zwy­kle waż­ne­go mi­kro­ele­men­tu, związ­ku che­micz­ne­go na­zwa­ne­go póź­niej wi­ta­mi­ną B1270. W 1934 roku Mi­not wraz z dwo­ma współ­pra­cow­ni­ka­mi otrzy­mał za to pio­nier­skie od­kry­cie Na­gro­dę No­bla71. Wy­ka­zał, że w tej skom­pli­ko­wa­nej cho­ro­bie he­ma­to­lo­gicz­nej uzu­peł­nie­nie nie­do­bo­ru jed­nej sub­stan­cji che­micz­nej może przy­wró­cić krwi zdro­wie. Tym sa­mym krew oka­za­ła się or­ga­nem, któ­re­go ak­tyw­ność moż­na re­gu­lo­wać przez in­ge­ren­cję w jego skład che­micz­ny.

Ist­nia­ła jesz­cze jed­na po­stać nie­do­krwi­sto­ści po­kar­mo­wej, któ­rą ze­spół Mi­no­ta się nie zaj­mo­wał – rów­nie „zło­śli­wej”, choć tym ra­zem w mo­ral­nym zna­cze­niu tego sło­wa. W od­da­lo­nym o trzy­na­ście ty­się­cy ki­lo­me­trów Bom­ba­ju, w przę­dzal­niach na­le­żą­cych do an­giel­skich kup­ców, a za­rzą­dza­nych przez ich bez­względ­nych miej­sco­wych agen­tów, pen­sje zo­sta­ły zbi­te do tak ni­skie­go po­zio­mu, że ro­bot­ni­cy żyli w nę­dzy, nie­do­ży­wie­ni i po­zba­wie­ni opie­ki me­dycz­nej72. W la­tach dwu­dzie­stych XX wie­ku, ba­da­jąc tych ro­bot­ni­ków fa­brycz­nych w celu osza­co­wa­nia skut­ków prze­wle­kłe­go nie­do­ży­wie­nia, an­giel­scy le­ka­rze od­kry­li, że wie­lu z nich, a szcze­gól­nie ko­bie­ty, któ­re nie­daw­no ro­dzi­ły, cier­pia­ło na sil­ną nie­do­krwi­stość. (Była to jed­na z wie­lu fa­scy­nu­ją­cych roz­ry­wek ko­lo­ni­za­to­rów: stwo­rzyć w da­nej po­pu­la­cji opła­ka­ne wa­run­ki ży­cia, a na­stęp­nie prze­pro­wa­dzać na niej eks­pe­ry­men­ty spo­łecz­ne czy me­dycz­ne).

W roku 1928 Lucy Wills, mło­da an­giel­ska le­kar­ka, świe­żo upie­czo­na ab­sol­went­ka Lon­don Scho­ol of Me­di­ci­ne for Wo­men, wy­je­cha­ła na sty­pen­dium do Bom­ba­ju, żeby za­jąć się ba­da­niem tej wła­śnie po­sta­ci nie­do­krwi­sto­ści73. Wills była jak na he­ma­to­lo­ga isto­tą eg­zo­tycz­ną – od­waż­ną, spra­gnio­ną przy­gód ko­bie­tą, któ­rą nie­prze­par­ta cie­ka­wość krwi pchnę­ła do da­le­kich kra­jów, gdzie, jak so­bie wy­ma­rzy­ła, roz­wią­że za­gad­kę ta­jem­ni­czej cho­ro­by. Zna­ła pra­ce Mi­no­ta. Prze­ko­na­ła się jed­nak, że w od­róż­nie­niu od cho­ro­by, któ­rą opi­sał ame­ry­kań­ski ba­dacz, nie­do­krwi­sto­ści wy­stę­pu­ją­cej w Bom­ba­ju nie da się wy­le­czyć ani sto­so­wa­ny­mi przez nie­go na­tu­ral­ny­mi me­dy­ka­men­ta­mi, ani wi­ta­mi­ną B12. Ku swo­je­mu zdu­mie­niu od­kry­ła, że pa­cjen­ci zdro­wie­ją wsku­tek po­da­wa­nia im mar­mi­te, ciem­nej pa­sty droż­dżo­wej, po­pu­lar­nej wów­czas wśród fa­na­ty­ków zdro­we­go ży­wie­nia w An­glii i Au­stra­lii. Wills nie po­tra­fi­ła wy­od­ręb­nić głów­ne­go che­micz­ne­go skład­ni­ka od­żyw­cze­go pa­sty. Na­zwa­ła go więc po pro­stu „czyn­ni­kiem Wills”74. Był to, jak się póź­niej oka­za­ło, kwas fo­lio­wy – wi­ta­mi­na wy­stę­pu­ją­ca w owo­cach i wa­rzy­wach (i ob­fi­cie w pa­ście mar­mi­te).

Pod­czas po­dzia­łu każ­da ko­mór­ka musi stwo­rzyć za­pa­so­wą ko­pię DNA