47,90 zł
Książka, na podstawie której powstał kultowy serial „Love Story”.
Ikona stylu. Obiekt obsesji paparazzich. Kobieta, której świat nigdy naprawdę nie poznał.
Przez lata Carolyn Bessette-Kennedy funkcjonowała przede wszystkim jako żona Johna F. Kennedy’ego Jr. i bohaterka jednej z najgłośniejszych tragedii końca XX wieku. Media stworzyły z niej zimną, niedostępną księżniczkę, a tabloidy bezlitośnie śledziły każdy jej krok. Kim była naprawdę?
Elizabeth Beller oddziela fakty od mitów i po raz pierwszy pokazuje Carolyn jako ambitną, inteligentną i niezależną kobietę, która jeszcze przed poznaniem Johna zrobiła błyskotliwą karierę w domu mody Calvin Klein. Opierając się na niepublikowanych wcześniej relacjach rodziny, przyjaciół i współpracowników, autorka rekonstruuje życie kobiety uwielbianej za styl, a jednocześnie bezlitośnie prześladowanej przez media.
To nie tylko opowieść o miłości i tragedii rodziny Kennedych, ale także poruszająca historia o cenie sławy, seksizmie, sile medialnych narracji i kobiecie, która przez całe życie próbowała zachować własną tożsamość. Fascynująca biografia, która przywraca Carolyn Bessette-Kennedy należne jej miejsce w historii.
Za ikoną stylu kryła się kobieta. Za legendą – prawda.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 517
Data ważności licencji: 9/16/2031
Tytuł oryginału: ONCE UPON A TIME: The Captivating Life of Carolyn Bessette-Kennedy
Opracowanie graficzne okładki: Karolina Żelazińska Sobiech
na podstawie projektu Claire Sullivan
Redaktor prowadzący: Monika Mielke
Redaktor prowadzący: Grażyna Muszyńska
Redakcja: Dominika Gołowin
Redakcja techniczna i skład wersji oryginalnej: Robert Fritzkowski
Korekta: Renata Kuk, Kamila Recław
Zdjęcie na okładce:
© David Turner/Penske Media via Getty Images
Grafika w środku:
© www.magnific.com/pl
Copyright © 2024 by Elizabeth Beller
All rights reserved, including the right to reproduce this book or portions thereof in any form whatsoever.
© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2026
© for the Polish translation by Radosław Madejski
ISBN 978-83-287-4241-3
MUZA SA
Wydanie I
Warszawa 2026
– fragment –
Ten e-book jest zgodny z wymogami Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA).
MUZA SA
ul. Sienna 73
00-833 Warszawa
tel. +4822 6211775
e-mail: [email protected]
Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl
Wersja elektroniczna: MAGRAF sp.j., Bydgoszcz
Tomowi, Evangeline i Alexandrze
oraz
Carolyn i wszystkim, którzy ją kochali
– z miłością
Uwielbiała się śmiać. Wielu jej przyjaciół czuje żal, gdy wspomina się ją głównie jako ikonę stylu. O Carolyn należy pamiętać także przez wzgląd na jej ciepło, życzliwość i wielkoduszność, jej błyskotliwość i empatię, a przede wszystkim niezwykłe poczucie humoru.
Colleen Curtis, „Daily News”, 25 lipca 1999
Przypomniała mi się powieść Henry’ego Jamesa. Jej bohaterką była młoda dziewczyna, równie odważna, co piękna, która miała czyste serce i nie bała się kochać. Postać Isabel przywodziła mi na myśl Carolyn i zastanawiałam się, skąd autor mógł ją znać, skoro napisał tę historię sto lat wcześniej. Jednak on po prostu opisał swoje marzenie o czystej i dzielnej amerykańskiej dziewczynie – takiej, która pojawia się może raz na sto lat, jeśli wszystkim dopisze szczęście.
Carole Radziwill, mowa pogrzebowa na cześć Carolyn Bessette-Kennedy, Grace Church, 24 lipca 1999
Latem 1999 roku moje zainteresowanie Johnem Kennedym Jr. i Carolyn Bessette-Kenendy, złotą parą nowojorskiego świata lat dziewięćdziesiątych, miało czysto powierzchowny charakter. Pracowałam wówczas w domu aukcyjnym Sotheby’s i przeglądałam tabloidy podczas przerwy na lunch, który pochłaniałam w pośpiechu między kolejnymi licytacjami. Wpatrywałam się w zdjęcia – na których olśniewali swoim wyglądem – pełne przepychu wieczorne gale i słoneczne plenery nad Atlantykiem zdawały się należeć do innego świata niż pogrążona w chaosie artystyczna wersja parkietu giełdowego. Jednak, gdy w sobotę 17 lipca przeglądałam poranną prasę, przeżyłam szok, dowiedziawszy się, że John, Carolyn i jej siostra Lauren zaginęli podczas lotu awionetką w pobliżu wyspy Martha’s Vineyard. Nie może być, pomyślałam. Nie oni! Ależ to byłoby typowe dla Kennedych – wpakować się w kłopoty i wyjść z nich cało.
Prezydent Bill Clinton szybko zaangażował w poszukiwania Straż Przybrzeżną i wszyscy żyliśmy nadzieją… aż do chwili, gdy na brzeg Philbin Beach na zachodnim krańcu Martha’s Vineyard morze wyrzuciło czarny pokrowiec na ubrania należący do Lauren. W plastikowej kieszonce tkwiła jej wizytówka: „Morgan Stanley Dean Witter, Lauren G. Bessette, wiceprezes” – napis wciąż dało się odczytać, mimo wody i piachu. Wieczorem w niedzielę 18 lipca kontradmirał Richard Larrabee oświadczył, że akcja zmieniła charakter z ratunkowej na poszukiwawczą. Wszyscy wiedzieliśmy, co to oznacza: John, Carolyn i Lauren nie żyją. W poniedziałek 2 sierpnia na okładce „The New Yorkera” ukazała się grafika przedstawiająca Statuę Wolności w żałobnym welonie. Nie ulegało wątpliwości, że kraj utracił swoistą „rodzinę królewską”, jednak Nowy Jork stracił coś więcej.
Wydawało się, jakby przygasł blask naszego pokolenia. Wynikało to po części z ich wieku – byli naszymi rówieśnikami, moimi rówieśnikami – lecz także z tego, że zdawali się dążyć do nadzwyczajnych celów. Carolyn niechętnie rozmawiała z dziennikarzami, natomiast John zbywał pogłoski o swoim starcie w wyborach do Senatu, przez co obydwoje sprawiali wrażenie, jakby oszczędzali swój głos na właściwy moment, właściwe miejsce i właściwe sprawy. A teraz okazało się, że już nigdy ich nie usłyszymy.
W 2019 roku, dwadzieścia lat po ich tragicznej śmierci, znów sięgnęłam po materiały na ich temat, ale tym razem skupiłam się na historii Carolyn. Chciałam obronić ją przed plotkami – jakoby miała trudny charakter, manipulowała ludźmi i była chłodna – które brzmiały jak odzwierciedlenie mizoginicznych wizji, pełnych spekulacji i oszczerczych. Tabloidy powtarzały zarzut, że to przez jej próżność opóźnił się start samolotu tamtego feralnego wieczoru – podobno trzy razy kazała pedikiurzystce zmieniać lakier do paznokci, aby idealnie pasował do lawendowej próbki, która jej się podobała. Nawet zachwyty nad stylem Carolyn szybko obróciły się na jej niekorzyść i utrwaliły wizerunek płytkiej i przesadnie zainteresowanej strojami jędzy. Było jasne, że nie dostąpiła szansy na rzetelne rozpatrzenie swojej sprawy w sądzie opinii publicznej.
Dało się zauważyć intrygującą rozbieżność między fotografiami a artykułami prasowymi; zdjęcia, choć archiwalne, wydawały się świeże i jakby współczesne, natomiast teksty sprawiały wrażenie pochodzących z innej epoki – co zresztą było prawdą, bo powstały pod koniec wieku i tysiąclecia, w schyłkowych czasach faksu, przed 11 września i, co istotne, zanim jeszcze nastąpiła ekspansja internetu. Było jednak coś jeszcze, co wydawało się osobliwe – skłonność do lekceważenia, a nawet deprecjonowania, stanowiąca skutek uboczny obsesyjnego wręcz zainteresowania, jakie wzbudzała Carolyn. Teoretycznie tym, co się dla niej liczyło, była relacja z partnerem, a późniejszym mężem. Lektura tych materiałów ujawniła jednak inną, równie interesującą relację – między obiektywem a fotografowaną osobą oraz między tabloidami a ich przeciwniczką. Mąż Carolyn znosił to zainteresowanie z taką swobodą i wdziękiem, co jeszcze bardziej uwydatniało jej postawę. „Co z nią jest nie tak?” – zdawało się pobrzmiewać w tle. Dawała się też dostrzec wyraźna sugestia, że kobieta, która ma takiego partnera – bogatego, przystojnego i sławnego, a także, jak powszechnie uważano, ujmującego oraz życzliwego – nie powinna na nic narzekać.
W miarę jak przechodziłam od artykułów prasowych do książek, a zwłaszcza wspomnień Carole Radziwill i RoseMarie Terenzio – należących do najbliższego otoczenia małżeństwa Kennedych – zaczęłam dostrzegać, że osoby, które rzeczywiście znały Carolyn, opisywały ją zupełnie inaczej niż tabloidy. Jak pogodzić obraz Carolyn, która towarzyszyła Radziwillom podczas częstych pobytów w szpitalu, z wizerunkiem „królowej śniegu”? Jak to możliwe, że kobieta starająca się podnieść na duchu przyjaciół pogrążonych w żałobie albo zatrzymująca się na ulicy, by pomóc załamanej nastolatce, miała być jednocześnie niezrównoważoną narkomanką i wydzierać się na Johna bez powodu? Jakby narzucała się potrzeba pozbawienia jej złożoności i ludzkiego wymiaru, aby mogła odegrać rolę czarnego charakteru w szerszej narracji kulturowej.
Zgłębiałam temat z coraz większym zaciekawieniem, aż pisanie o Carolyn stało się nie tyle kwestią wyboru, ile wewnętrznym przymusem.
OSTRY SPRZECIW WOBEC FEMINIZMU w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku stanowi kontekst historyczny i kulturowy, w którym obecnie postrzegam historię Carolyn. Kobiety mówiące głośno o nierówności w miejscu pracy albo przemocy domowej zbywano z lekceważeniem jako afektowane wichrzycielki. Tabloidowe media wietrzące sensację przez całą dobę – te same, które szkalowały Anitę Hill, sprowadzały Marcię Clark do roli „laluni w todze” i obwiniały Monicę Lewinsky za romans z prezydentem Clintonem – atakowały Carolyn z niespotykaną dotąd zjadliwością. Nader łatwo było przedstawić tę nieznaną postać, która nie wyrobiła sobie jeszcze publicznego wizerunku, dopóki nie poznała Johna, jako wrzaskliwą furiatkę, pustą modnisię czy po prostu jędzę niegodną uwagi.
Kiedy spojrzałam ponownie na jej życie z dystansu dwudziestu lat, dostrzegłam w nim odzwierciedlenie dysfunkcyjnej kultury i zmagań kobiet broniących własnej tożsamości w społeczeństwie patriarchalnym. Media lat dziewięćdziesiątych przekształciły się w fabrykę sensacji i sprawiły, że udział w życiu publicznym stał się brzemieniem nie do dźwignięcia zarówno dla Carolyn, jak i dla Johna. Podczas gdy kultura tamtych czasów pławiła się w estetyce minimalizmu, kolejnej fali brytyjskiej muzyki i nonszalanckiej elegancji, na żer ruszyły drapieżne media, zapominając, że obiekty ich zainteresowania są ludźmi.
Problem nie ograniczał się do tabloidów i telewizji kablowej. Wiele książek poświęconych klanowi Kennedych, które ukazały się po katastrofie, przedstawiało Carolyn jako niewystarczająco dobrą partię dla „amerykańskiego księcia”. Autorzy starali się dogrzebać do każdego szczegółu, który mógł ją przedstawić w złym świetle. Billy Noonan, przyjaciel Johna z dzieciństwa, w jego biografii Forever Young posuwa się nawet do stwierdzenia, że Carolyn wykorzystała chorobę Anthony’ego Radziwilla jako swoją szansę na rozgłos i sposób na oddzielenie męża od przyjaciół.
W tego rodzaju relacjach obarczano ją odpowiedzialnością za większość problemów małżeńskich. Chodziło tutaj nie tyle o raj utracony, ile o upadek Camelotu. Carolyn uchodziła za szaloną. Była zimna i agresywna, przytłaczała męża i zależało jej wyłącznie na majątku. W takim ujęciu każde z nich utraciło swój ludzki wymiar – John został pozbawiony złożoności charakteru, a Carolyn sprowadzona do sumy fizycznych cech.
Sasha Chermayeff, która była bliska im obojgu, dziś w zupełnie innym świetle postrzega gniew Carolyn wywołany nękaniem przez media. „Czuła gniew, ale musiała go tłumić. Nie mogła sobie pozwolić na zdrowe oburzenie. Osobie, która była żoną JFK Jr., nie wypadało wyrażać emocji w taki sposób. Uważano, że to nie przystoi kobiecie, i bezlitośnie osądzano takie skądinąd ludzkie reakcje. Część jej gniewu brała się z ciągłego niezrozumienia. Gdy wszyscy wokół mówili, żeby się ogarnęła, pogłębiało to tylko jej poczucie wyobcowania. Była zadziorna i ucieszyłam się, kiedy w jej życiu pojawił się ktoś z charakterem”.
„Owszem, była opiekuńcza i John naprawdę to doceniał” – kontynuowała Sasha. „Ale również potrafiła mu się przeciwstawić, gdy nie miał racji, i to było wspaniałe. Miał już dosyć ludzi, którzy tylko mu przytakiwali. A jeśli chodzi o zainteresowanie mediów, od zawsze dobrze sobie z tym radził. Nie miał pojęcia, jak coś takiego może niektórym dawać się we znaki. Myślę, że razem mogliby to przetrwać. Obydwoje mieli w sobie tyle współczucia”.
W ciągu ostatnich dwudziestu pięciu lat wielokrotnie byliśmy świadkami, jak ludzie żyjący na świeczniku sławy załamywali się i nie byli w stanie zachować równowagi. Mam nadzieję, że pośród nasilającego się obecnie chaosu – wojen, spowodowanych pandemią niepokojów społecznych i niezadowolenia oraz kulturowego rozliczania niesprawiedliwości systemu – dzieje się coś, być może wbrew intuicji, co sprawia, że życie Carolyn znów wydaje się aktualnym przedmiotem zainteresowania. Mam nadzieję, że poznanie jej historii stanie się cząstką pewnego nurtu, który już rośnie w siłę, gdy kolejne pokolenia obejmują świat we władanie. Nurtu, w którym dąży się do większej osobistej odpowiedzialności i świadomości etycznej, niż wymagało tego środowisko, w jakim się wychowaliśmy. Być może nawet jest to przejaw ewolucji ludzkiego ducha. Dzięki niej nie tylko doceniamy się nawzajem i darzymy empatią, ale również, cytując Roberta F. Kennedy’ego, „czynimy łagodniejszym życie na tym świecie”.
Przypuszczalnie najbardziej niezwykłą cechą Carolyn była zdolność do empatii, jednak towarzyszyła jej silna wrażliwość. Przykro się robi na myśl, że osoba, która tak troszczyła się o przyjaciół, jak Carolyn, i która potrafiła wczuć się w ich położenie, stała się obiektem zazdrości znajdującej wyraz w rzucanych na oślep obelgach. Typowy przykład: w butiku oferującym suknie podobne do kreacji ślubnej Carolyn wystawiono kartonową sylwetkę przedstawiającą Johna. JFK Jr. pochylał się, by ucałować dłoń świeżo poślubionej żony, lecz zamiast niej trzymał szal zwisający z ramion bezgłowego manekina. U góry wisiał napis: „To mogłabyś być ty”. Pragnienie pozbycia się jej było bardzo wyraziste i niepokojące.
To wielka strata, że Carolyn nigdy nie miała okazji opowiedzieć o sobie – nie mogła podzielić się swoimi myślami, uczuciami i wspomnieniami, wyrazić swojego poczucia humoru. Zdaniem wielu przyjaciół John chciałby zachować swoje dziedzictwo na piśmie, gdyby wiedział, że umrze tak młodo. To samo można by powiedzieć o Carolyn. Jest rzeczą oczywistą, że kobiecie, która tak wielką wagę przywiązywała do pomocy potrzebującym, zależałoby na kontynuowaniu tego dzieła, zwłaszcza że z jej historii można się wiele nauczyć.
Niemniej moja książka powstała w czasach znacznie łagodniejszych dla kobiet pokroju Carolyn Bessette-Kennedy. Fascynacja jej osobą wciąż rośnie (i odradza się), co moim zdaniem dowodzi, że wiele z nas potrafi się z nią utożsamić – z dziewczyną, która pojawiła się znikąd, z nadzieją na ułożenie sobie życia nie tylko w znośny, ale i nadzwyczajny sposób. Wiele kobiet, identyfikujących się z Carolyn, pociągają jej żywotność, naturalność, uroda i styl. W erze mediów społecznościowych możemy zauważyć bezpośredni związek między towarzyszącymi im negatywnymi zjawiskami – intensywną publiczną krytyką oraz anonimowością, która sprzyja toksycznej wrogości, jak również ciągłym strachem przed upokorzeniem lub wykluczeniem – a gwałtownym nasileniem się problemów związanych ze zdrowiem psychicznym. Wygląda na to, że Carolyn czuła się zraniona przez podobne przejawy agresji. W tamtych czasach łatwiej było zlekceważyć przyczyny i skutki takich problemów, przypisując je wadom charakteru. Przez ostatnie dwadzieścia lat z okładem byliśmy również świadkami radykalnej zmiany w podejściu społeczeństwa do depresji i jej leczenia. Złośliwa satysfakcja mediów po znalezieniu należącej do Carolyn fiolki leków antydepresyjnych, którą morze wyrzuciło na brzeg kilka dni po katastrofie, dziś wydaje się haniebna i makabryczna.
Chciałabym opowiedzieć historię Carolyn w taki sposób, aby umieścić ją w centrum jej własnej opowieści. Kiedy wspominają o niej autorzy obszernych publikacji poświęconych rodzinie Kennedych, często są to jedynie pobieżne wzmianki, pozbawione empatii czy chęci zrozumienia, kim naprawdę była. Najwyższy czas, aby otrzymała to, na co zasłużyła.
TA OSTATNIA NOC
16 lipca 1999
Podczas nocnego lotu z Fairfield w New Jersey na wyspę Martha’s Vineyard pilot kieruje się światłami wzdłuż wybrzeża Nowej Anglii. Z pokładu niewielkiego samolotu widać połyskujący w ciemności łańcuch nadmorskich miasteczek w Connecticut, a potem w Rhode Island. Blask tętniącej życiem autostrady I-95 służy jako punkt orientacyjny aż do Point Judith położonego na północnym krańcu zatoki Narragansett. To tam John, siedzący za sterami sześciomiejscowego Pipera Saratogi, którym podróżują z nim żona i szwagierka Lauren, musi podjąć decyzję. Jeśli dalej będzie się trzymał linii brzegowej, doleci do celu, przecinając zatokę Buzzards Bay w najwęższym miejscu, gdzie przeciwległe brzegi dzieli zaledwie osiem mil, potem wyląduje na Martha’s Vineyard i wysadzi Lauren, która wybiera się tam z wizytą do znajomych. Światła wzdłuż wybrzeża nadal będą go prowadzić na tym odcinku drogi. Zdaje sobie jednak sprawę, że ten wariant oznacza dodatkowe dziesięć minut, a ma już opóźnienie w drodze na weekend weselny swojej kuzynki Rory Kennedy.
John uwielbiał osiem lat młodszą Rory, córkę swojego słynnego stryja Roberta Francisa Kennedy’ego. Jej ślub należał do niekończącej się serii uroczystości rodzinnych, na które zapraszano Johna, a co za tym idzie, również Carolyn. Co więcej, oczekiwano nawet, że się pojawią. John był najjaśniejszą gwiazdą rodziny i wszyscy liczyli, że to właśnie on poprowadzi kolejne pokolenia ku świetności. Na pozór John traktował z lekkością ciężar pokładanych w nim nadziei, do tego stopnia że krewni mogli także spodziewać się jego spóźnienia. Była to jedna z jego uroczych cech – dopóki nie przestawała być urocza. Zapewne lecąc tamtej nocy wzdłuż wybrzeża, śpieszył się, by oszczędzić sobie nieuchronnych, choć dobrodusznych docinków za przegapienie którejkolwiek z weekendowych uroczystości.
I tak po rozważeniu opcji przelotu nad zatoką Buzards Bay zdecydował się na drugi wariant – nad Point Judith skręcił w prawo, obierając kurs prosto na Martha’s Vineyard. Światła na brzegu Rhode Island zostały w tyle. Od celu dzieliły ich trzydzieści cztery mile otwartego oceanu. Trzydzieści cztery mile w sześciomiejscowej awionetce, za której sterami której siedział pilot nieprzygotowany do lotów według wskazań przyrządów w warunkach ograniczonej widoczności. Trzydzieści cztery mile w ciemności bez jakichkolwiek punktów orientacyjnych.
Kilka godzin wcześniej w Nowym Jorku John podwiózł swoją szwagierkę Lauren na lotnisko białym kabrioletem marki Hyundai. Obydwoje wyszli z pracy później, niż planowali. On na krótko zajrzał na siłownię, po czym wrócił do redakcji magazynu „George” przy 1633 Broadway na środkowym Manhattanie. Ona wyszła ze swojego biura w siedzibie Morgan Stanley, gdzie rok wcześniej awansowała na stanowisko wiceprezesa. Trzy przecznice dalej wsiadła do jego samochodu i o 18.30 wyruszyli w drogę, przedzierając się przez zakorkowane ulice. John jak zwykle zatrzymał się na stacji paliw West Essex Sunoco, gdzie kupił banana, butelkę wody mineralnej i sześć baterii AA. Dopiero po 20 podjechał pod lotnisko Essex County w New Jersey i wysadził szwagierkę przy terminalu; Lauren wciąż miała na sobie beżową sukienkę, w której spędziła cały dzień w pracy, więc chciała się odświeżyć przed startem. John zaparkował Hyundaia i upewnił się, że obsługa wyprowadziła już jego samolot z hangaru. Dzwonił w tej sprawie wcześniej, około 15.00 – miało to dla niego znaczenie, ponieważ ciągle utykał na lewą nogę, którą złamał przed sześcioma tygodniami, w weekend przed Memorial Day, podczas wypadku na motoparalotni. Dzień wcześniej zdjęto mu gips, ale wciąż poruszał się niepewnie i nie odzyskał jeszcze całkowitej sprawności. Kilka minut później, gdy sprawdzał samolot, wynajętym sedanem z kierowcą przyjechała Carolyn, która również opuściła Nowy Jork około 18.30. Miała na sobie prosty strój złożony z czarnych spodni i bluzki w takim samym kolorze – zawsze ubierała się na czarno, gdy na jej drodze mogli pojawić się paparazzi.
John był właścicielem Pipera Saratogi od trzech miesięcy. Samolot miał sześciocylindrowy silnik Lycoming TIO-540-AH1A o mocy 300 koni mechanicznych, który napędzał trójłopatowe śmigło Hartzell o zmiennym skoku. Jego kadłub pomalowany był na jaskrawą czerwień i biel. Oglądając maszynę, John nie wiedział, że obserwują go dwie młode dziewczyny, których uwagę przyciągnął już wcześniej na parkingu. Podekscytowane jego widokiem nastolatki zostawiły mu za wycieraczką samochodu kartkę z wyrazami uwielbienia, po czym wycofały się na bezpieczną odległość, skąd mogły dyskretnie śledzić każdy ruch najprzystojniejszego mężczyzny Ameryki. Jak później relacjonowały, John działał bardzo skrupulatnie: sprawdzał drzwi i upewniał się, że zapłon oraz iskrowniki – napędzane przez silnik źródła zapłonu – są wyłączone. Wyjął instrukcję użytkowania samolotu i przejrzał listę czynności przedstartowych. Na koniec otworzył tylne drzwi, odsłaniając obserwatorkom wnętrze z elegancką tapicerką.
Carolyn podeszła do męża i zawahała się przed wejściem na pokład. Wiele razy leciała z nim, gdy pilotował maszynę. Mimo niepokoju zawsze wszystko kończyło się dobrze. Bywało nawet lepiej niż dobrze: wspólne chwile w powietrzu dawały im wytchnienie od nieustannej rozpoznawalności, która działała na nich przytłaczająco.
Chwilę później zjawiła się Lauren z torbą podróżną w ręku i uściskała siostrę. Zawsze łączyła je zażyłość, a w ciągu ostatnich kilku miesięcy jeszcze bardziej się do siebie zbliżyły – niedawno Lauren wróciła do Nowego Jorku po czterech latach pracy w hongkońskim oddziale Morgan Stanley i kupiła loft przy White Street w Tribece, zaledwie kilka przecznic od mieszkania Johna i Carolyn przy North Moore Street 20.
Lauren pierwsza otworzyła niewielkie drzwi samolotu i wsiadła do środka. W kabinie znajdowały się cztery miejsca rozmieszczone w układzie klubowym – dwa skierowane przodem do kierunku lotu, a pozostałe dwa tyłem. Dzięki temu goście, których John i Carolyn chętnie zabierali na pokład, mogli siedzieć naprzeciwko siebie i swobodnie rozmawiać. Lauren zajęła miejsce po lewej stronie kabiny. Carolyn z wyraźnym ociąganiem poszła w jej ślady i usiadła obok. Wyjątkowo tym razem wybrały fotele ustawione tyłem do kierunku lotu, być może po to, by móc porozmawiać przez pokładowy zestaw słuchawkowy. Zazwyczaj Carolyn siadała obok Johna, a gdy leciał z nimi instruktor, zajmowała miejsce w ostatnim rzędzie, tak że widziała plecy męża. Patrząc na rozbudowaną tablicę wskaźników, John uruchomił silnik i rozpoczął przygotowania do startu.
CHCIAŁOBY SIĘ POWIEDZIEĆ, ŻE reszta przeszła już do historii. Wszystko, co wydarzyło się w ciągu kolejnej godziny, zostało dokładnie udokumentowane. John F. Kennedy Jr., który jako dziecko doświadczył nagłej i wstrząsającej straty ojca, sam zginął w tragicznych okolicznościach. Ojciec umierał w ramionach żony, syn zginął u boku żony i szwagierki. Śmierć ojca w jaskrawym słońcu Teksasu utrwaliła się w zbiorowej pamięci za sprawą trwającego dwadzieścia sześć sekund amatorskiego filmu; jedynymi świadkami śmierci syna były noc i ocean. Ciało ojca przetransportowano w trumnie z Dallas do bazy lotniczej Andrews, a towarzysząca mu wdowa wciąż miała na sobie poplamiony krwią kostium. Ciała syna nie przewieziono na miejsce wiecznego spoczynku. Nie było takiego miejsca. Nie pozostał po nim żaden ślad. Uniósł je wiatr, przyjęło morze. Jak w starożytnym micie.
Postacie ojca i syna stanowią ważny element obszernej i wnikliwej opowieści o rodzinie, która budzi w amerykańskim społeczeństwie najsilniejsze emocje; rodzinie splecionej z najbardziej przełomowymi wydarzeniami w historii kraju. Carolyn i Lauren Bessette przewijają się na drugim planie i łatwo je przeoczyć.
Samolot zaczął kołować po płycie lotniska.
– Essex Ground, Saratoga 9253 November na płycie gotów do kołowania. Mam aktualne dane o warunkach do startu – powiedział John.
– Dobry wieczór, Saratoga 53 November – odezwał się kontroler lotów.
Po około jedenastu minutach wznosząca się awionetka uruchomiła system ostrzegania przed kolizją w pasażerskim Fokkerze 100 linii American Airlines podchodzącym do lądowania na lotnisku Westchester County. Ani kontrola ruchu lotniczego, ani pilot lotu AA1484 nie zdołali nawiązać łączności radiowej z Piperem Saratogą.
– Rozumiem, że nikt nie ma z nim kontaktu – stwierdził pilot Fokkera.
Na wysokości Point Judith John przechylił samolot w prawo i odleciał w stronę oceanu. Zwykle z tego miejsca można było już dostrzec majaczący na horyzoncie brzeg wyspy Martha’s Vineyard, ale teraz za oknami rozciągała się nieprzenikniona czarna pustka.
W absolutnej ciemności, która przypominała komorę deprywacji sensorycznej, nie widać było, gdzie kończy się niebo, a zaczyna powierzchnia wody. Dopiero kiedy John zaczął wykonywać kolejne manewry – wznosić się, skręcać i obniżać pułap – siostry Bessette zorientowały się, że minęło dwadzieścia minut, odkąd straciły z pola widzenia niewyraźne, migoczące w oddali światła lądu.
WESTCHESTER
1966‒1977
Carolyn wraz ze starszymi siostrami, bliźniaczkami Lisą i Lauren, rozłożyła na kuchennym stole jasny, kolorowy obrus, który idealnie pasował do tortu – jej ulubionego, o smaku cytrynowym. Ann, ich matka, metodycznie zaklejała piętrzące się wokół stołu kartonowe pudła i co chwilę porzucała to zajęcie, by odszukać komplet świeczek urodzinowych albo podać dziewczynkom lody. Ściany udekorowano ozdobami w modnych u schyłku lat siedemdziesiątych krzykliwych kolorach, które kontrastowały z eleganckim wystrojem domu. Ann miała wyrafinowany gust i unikała mętnych brązów oraz zieleni awokado – tak popularnych wówczas w całych Stanach Zjednoczonych. Gdy tylko uroczystość dobiegła końca, z powrotem zajęła się pakowaniem.
Był 7 stycznia 1977 roku, jedenaste urodziny Carolyn. Ann martwiła się przeprowadzką w połowie roku szkolnego. Od trzech lat wychowywała samotnie trzy córki. Dziewczynki miały w sobie ogromne pokłady siły, poczucia humoru oraz troski, ale mimo wszystko były tylko dziećmi. Bliźniaczki chętnie zajmowały się młodszą siostrą i jej koleżankami, starając się stworzyć radosną atmosferę, aby Carolyn choć na chwilę zapomniała, że jest to również przyjęcie pożegnalne.
Carolyn mogła zaprosić całą swoją klasę, ponieważ jej matka zdawała sobie sprawę, że lepiej znieść chaos wywołany przez dwudziestkę dzieci rozbrykanych po słodyczach, niż zranić uczucia kogoś, kto nie dostał zaproszenia. Była to jedna z zasad, które Ann wpajała swoim córkom – nigdy nie należy zapominać o tych, którzy zostają na uboczu.
Dopiero gdy goście zaczęli się rozchodzić, Jane Youdelman, rówieśniczka Carolyn, uświadomiła sobie, że to coś więcej niż koniec przyjęcia. Mając jedenaście lat, można jeszcze ignorować nieuchronne skutki pewnych działań – pudła wypełniające dom zwiastują rychłą przeprowadzkę – dopóki nie trzeba się z nimi zmierzyć. Gdy Carolyn zdmuchnęła świeczki, z tortu zostały okruszki, a słońce chyliło się ku zachodowi, Jane wybiegła z płaczem na podwórko i zaczęła chodzić ciężkim krokiem wokół domu stojącego na zboczu wzgórza w White Plains. Niedawno pożegnała stary rok, a teraz czekało ją rozstanie z przyjaciółką. Czy Carolyn przeżywała to równie mocno jak Jane? A może najzwyczajniej cieszyła się z przeprowadzki do Greenwich albo odczuwała lekką niepewność, choć była podekscytowana nową przygodą? Zwykle tryskała energią, lecz teraz z łagodnym uśmiechem słuchała życzeń, skrywając emocje pod maską powściągliwości.
Jane i Carolyn miały radosne dzieciństwo i cieszyły się swobodą. Od sześciu lat biegały samopas po niewielkim osiedlu w White Plains. Carolyn dbała, by Jane zawsze czuła się mile widziana w jej domu. W szkole broniła przyjaciółki przed złośliwymi zaczepkami jej starszej siostry, która nie była tak życzliwa jak Lauren czy Lisa. W trzeciej klasie Jane kilka razy zapisała w swoim dzienniku: „Chciałabym, żeby Carolyn była moją siostrą”. Podobne odczucia miało wiele koleżanek, bo Carolyn była wrażliwa i wyjątkowo empatyczna.
Yuma Euell, która już w pierwszych latach szkoły dostrzegła przyjazną naturę Carolyn, również była na tamtym przyjęciu. „Nie chodziłyśmy wtedy do jednej klasy, ale Carolyn specjalnie mnie zaprosiła. Zależało jej, bym wiedziała, że jest moją przyjaciółką” – wspominała Euell.
„Była piękna i silna, roztaczała szczególny blask, a przy tym miała w sobie tyle subtelności” – wspominała Euelle. „Pani Bessette pracowała jako nauczycielka na zastępstwie w szkole imienia Richarda J. Baileya i przyjaźniła się z moją mamą. Kiedyś zadzwoniła do niej i powiedziała, że Carolyn bardzo zależy, abym była na przyjęciu, bo następnego dnia wyjeżdżają. Moja mama nie mogła powstrzymać łez, gdy usłyszała tę wiadomość. Zawsze powtarzała, że Carolyn i pani Bessette są wspaniałe”. Dla części ich znajomych przeprowadzka była zaskoczeniem, co przypuszczalnie miało związek z tym, że Ann dopiero co odsprzedała byłemu mężowi swoją połowę domu.
POCZĄTKOWO PAŃSTWO BESSETTE Z CÓRKAMI zajmowali mieszkanie przy Fieldstone Drive 16 w Hartsdale w hrabstwie Westchester w stanie Nowy Jork. Następnie 1 lipca 1969 roku, gdy Carolyn miała trzy i pół roku, kupili skromny dom z trzema sypialniami przy Old Knollwood Road 12 w White Plains, w części miasta oddalonej o dziesięć minut jazdy od popularnego osiedla Rex Ridge.
Ani Hartsdale, ani White Plains nie należały do enklaw zamożności. W 1960 roku Hartsdale był niewielkim obszarem niemunicypalnym leżącym na terytorium gminy Greenburgh, która liczyła około 76 tysięcy mieszkańców. Gdy Ann zamieszkała tam z córkami, samo miasto zajmowało powierzchnię około 20 kilometrów kwadratowych. Greenburgh zamieszkiwała od dawna czarnoskóra ludność – wielu robotników osiedliło się tam w czasie I wojny światowej, a po II wojnie światowej dołączyły do nich czarnoskóre rodziny z klasy średniej oraz liczne społeczności, w tym żydowska i włoska. Gdy Carolyn zaczęła chodzić do szkoły, większość mieszkańców Hartsdale stanowili już biali przedstawiciele klasy średniej, jednak populacja całej gminy nadal była dość zróżnicowana etnicznie, zwłaszcza na tle pozostałej części hrabstwa Westchester.
W 1968 roku, gdy Carolyn miała dwa lata, wiele kontrowersji w Hartsdale wywołało połączenie okręgów szkolnych, które obejmowało także przyszłą szkołę sióstr Bessette, Juniper Hill. Jak informował „The New York Times”, część rodziców – kierowana najwyraźniej uprzedzeniami rasowymi – sprzeciwiała się temu rozwiązaniu, twierdząc, że doprowadzi do przemieszania ich dzieci z mniej zdolnymi uczniami, a przez to do obniżenia poziomu nauczania. Tymczasem zwolennicy fuzji pisali listy, a nawet jeździli do Albany i – jak relacjonowała prasa – „dobijali się do drzwi stanowego departamentu edukacji”. Ostatecznie w sierpniu 1968 roku okręgi szkolne Hartsdale i Greenburgh połączono i poddano desegregacji, w wyniku czego 25 procent uczniów stanowiły czarnoskóre dzieci.
Po przeprowadzce do White Plains Carolyn i jej siostry nadal uczęszczały do szkoły Juniper Hill, co świadczy o tym, że Ann popierała połączenie okręgów i chciała zapewnić córkom zróżnicowane środowisko. Czasem pracowała tam jako nauczycielka na zastępstwie, była więc koleżanką Mary Lou Darkenwald, która uczyła Carolyn w trzeciej klasie. „To była bardzo bystra, pewna siebie, ładna dziewczynka o towarzyskim, lecz stonowanym usposobieniu” – wspominała pani Darkenwald. „Społeczność uczniów Juniper była już wtedy zróżnicowana i zintegrowana. Carolyn dobrze się w niej odnajdywała. Nie była wcale afektowana”.
Carolyn najbardziej doceniała życzliwość i poczucie humoru. Jej względami cieszyły się koleżanki skłonne do śmiechu, a zwłaszcza te, które potrafiły ją rozbawić. Yuma Euell tak przepadała za jej perlistym, zaraźliwym śmiechem, że była gotowa narazić się na kłopoty, byle tylko go usłyszeć. „Siedziałam obok niej w sąsiedniej ławce i pamiętam, że cały czas starałam się ją rozśmieszyć, bo tak lubiłam, jak się śmieje” – wspominała Yuma. – „Zaczęłam więc naśladować jednego z chłopców, który narzekał, że podłoga w klasie jest brudna. Carolyn zachichotała, a potem roześmiała się głośno. Robiłam wszystko, by ją do tego doprowadzić”.
Carolyn i jej koleżanka Jodi Savitch uwielbiały panią Darkenwald, która prowadziła zajęcia z lekkością, a rozgadanych uczniów uciszała francuskim zwrotem Fermez la bouche! Dzieci uważały to za bardzo zabawne, ale zgodnie z poleceniem posłusznie zamykały buzie. Carolyn i jej przyjaciółki zaplatały sobie nawzajem włosy, podczas gdy pani Darkenwald czytała im Opowieści z Narnii C.S. Lewisa.
„Każdy dzień wydawał się nadzwyczajny” – wspominała Jodi. „Cały świat był wtedy pełen zachwycających niespodzianek; Carolyn odkrywała je wszystkie. Chłonęła słowa, zatracała się w książkach albo zadaniach matematycznych, skakała po kamieniach, wspinała się na szczyty wzgórz i zapuszczała się nad zatokę. Za jej domem płynął strumień, a stałym elementem naszych zabaw były te urocze gumowe zwierzątka, których miała mnóstwo. Uwielbiała zwierzęta. Tworzyłyśmy własne magiczne królestwo i na zmianę nadawałyśmy imiona naszej gromadce. Mieszkałam tuż za rogiem i mogłyśmy bawić się tak całymi dniami. Odkrywałyśmy podwodne światy, ujeżdżałyśmy konie albo urządzałyśmy wyprawy w głąb dżungli”.
Po ukończeniu trzeciej klasy w Juniper Carolyn kontynuowała naukę w Richard J. Bailey School w White Plains. Gdy była w piątej klasie, tuż przed przeprowadzką do Greenwich, w szkole poznała Howarda Brodsky’ego. „Była taka życzliwa” – wspominał Howard. „Rok wcześniej zmarła moja mama i nie wszystkie dzieci potrafiły okazać zrozumienie. Niektóre mówiły rzeczy w rodzaju: «Fuj, nie masz mamy?». No cóż, dzieci już takie są. Ale nie Carolyn. Kiedy to usłyszała, wzięła mnie na stronę i objęła. «Nie słuchaj tego. Po prostu nie zwracaj na nich uwagi. Oni nie wiedzą, co mówią»”. Howard zakochał się w niej. „Mieszkałem kawałek dalej i przy każdej okazji szedłem do niej czterdzieści pięć minut, żeby tylko sprawdzić, czy wyjdzie z domu”.
„Najbardziej uderzało mnie w Carolyn to, że zawsze była pełna nadziei” – wspominała Jane Youdelman. „Mało kto potrafi to docenić. Szła przez życie z nastawieniem, które można by wyrazić słowami: «Co ciekawego dziś zobaczę albo zrobię?». Dzięki niej wszystko stawało się jakby bardziej urzekające i to nie tylko dlatego, że była dzieckiem. Zachowała tę cechę przez bardzo długi czas”.
Ann Bessette z przyjemnością gościła u siebie inne dzieci. „Carolyn miała wspaniały dom i zawsze napełniała go blaskiem” – wspominała Jodi. „Była taka urocza. Zawsze. Pamiętam, jak jej siostry uśmiechały się do nas i pomagały nam, kiedy przyrządzałyśmy przekąski. Carolyn tworzyła najbardziej niezwykłe kompozycje smakowe i namawiała mnie do degustacji. Gdy pewnego dnia jadłyśmy krakersy z serem, posypała jeden z nich przyprawą cytrynowo-pieprzową. Połączenie było dosyć osobliwe, a przynajmniej tak mi się wydawało, dopóki nie skosztowałam. Smakowało zaskakująco dobrze”.
Jodi, podobnie jak Jane i Yuma, była zdruzgotana tym, że jej przyjaciółki – nie tylko Carolyn, ale również Lauren i Lisa – oraz ich serdeczna, gościnna mama wyprowadzają się do innego miasta. I tak samo jak Jane i Yuma nie potrafiła sobie przypomnieć, by kiedykolwiek poznała pana Bessette’a.
„Matka Carolyn regularnie przychodziła na wywiadówki” – wspominała pani Darkenwald. „Najbardziej obawiała się, że rozwód wpłynie negatywnie na jej córkę i narazi ją na problemy w szkole”.
Nauczycielka rozwiała obawy Ann. „Takie dziecko chciało się mieć w swojej klasie. Wystarczyło nadać jej kierunek – w czytaniu, pisaniu, czy w rachunkach – a dalej radziła sobie sama. Nigdy nie sprawiała kłopotów. Była dobrze wychowana, grzeczna i uprzejma. Udzielała się na lekcjach i miała wiele koleżanek”.
Jak dotąd ojciec dziewczynek pozostawał na uboczu. „Nie wiem, jaką rolę pan Bessette odgrywał w wychowaniu Carolyn” – wyznała pani Darkenwald. „Najwyraźniej łożył na utrzymanie trzech córek. Myślę, że widywał się z nimi od czasu do czasu”.
MEDIA CZĘSTO POWTARZAŁY, ŻE Carolyn wywodziła się z uprzywilejowanego środowiska białych protestantów z klasy wyższej, co brzmi wręcz niedorzecznie w świetle faktów dotyczących jej wychowania – dorastała w domu o wyraźnie włosko-amerykańskim charakterze. Jej dziadek ze strony matki, Carl Calopero Messina, urodził się 6 grudnia 1907 roku w Castellammare del Golfo w prowincji Trapani na Sycylii. W 1917 roku wyemigrował do Stanów Zjednoczonych i do 1930 roku mieszkał na Brooklynie z młodszym bratem Giovannim i matką Anną, podczas gdy jego ojciec Gioachino pozostał w kraju. Carl, niebieskooki mężczyzna słusznej postury, poślubił radosną i pełną psotnego wdzięku Jennie Venturallę, z którą zamieszkał niedaleko swojej matki przy Bay 40th Street na Brooklynie. Jennie, której ojciec Dominic wyemigrował z Włoch do Ameryki na początku wieku, mówiła już bez obcego akcentu, natomiast wymowa Carla zdradzała jego włoskie pochodzenie.
Ich córka Ann Marie przyszła na świat 5 sierpnia 1939 roku, a cztery lata później urodził się jej brat Jack. Carl pracował jako brygadzista w drukarni Blum Screen Print Works i zarabiał 1600 dolarów rocznie, podczas gdy Jennie zajmowała się wychowaniem dzieci. W połowie lat pięćdziesiątych rodzina Messinów przeniosła się do Ossining, mekki włoskich imigrantów w powojennych Stanach Zjednoczonych. Carl i Jennie znaleźli pracę w firmie Printex zajmującej się nadrukami na tkaninach. Mieściła się ona w georgiańskiej rezydencji z 1810 roku z widokiem na rzekę Hudson, a jej właścicielką była pionierka designu Vera Neumann. Carl znów pracował jako brygadzista, a Jennie przygotowywała próbki słynnych chust Very szytych z jedwabiu spadochronowego, którego zaczęto używać, gdy w czasie II wojny światowej brakowało lnu. Chusty Neumann – zaprezentowane w 2010 roku na retrospektywnej wystawie w Smithsonian – były równie wyraziste i barwne, jak projekty Lilly Pulitzer, lecz utrzymane w bardziej stonowanej kolorystyce nawiązującej do pór roku w Nowej Anglii. Choć Vera była projektantką, a Messinowie rzemieślnikami, ich praca stanowiła dla rodziny powód do dumy.
Na początku XX wieku włoscy imigranci w Ameryce często spotykali się z dyskryminacją. W czasach Wielkiego Kryzysu kraj ogarnęła fala nastrojów natywistycznych. Pseudonaukowe teorie głosiły, że „typ śródziemnomorski” ma skłonności do popełniania przestępstw, a nawet jest gatunkiem niższej kategorii. Od lat dwudziestych do końca lat sześćdziesiątych XX wieku Kongres ograniczał imigrację z Włoch (podobnie jak z wielu innych krajów), kierując się kryteriami rasowymi. Część uprzedzeń osłabła wraz ze spadkiem napływu imigrantów, ale w czasie II wojny światowej napięcia znów wzrosły. Wszyscy słyszeli o internowaniu Amerykanów japońskiego pochodzenia po ataku na Pearl Harbor, jednak rząd Stanów Zjednoczonych przesiedlił w owym czasie także około dziesięciu tysięcy Amerykanów włoskiego pochodzenia z obszarów nadmorskich do obozów wojskowych na terenie całego kraju i ograniczył swobodę przemieszczania się kolejnym sześciuset tysiącom. Gdyby Carl opowiadał wtedy o Włoszech, gdzie wciąż mieszkał jego ojciec, mógłby zostać oskarżony o zdradę.
Amerykanów włoskiego pochodzenia traktowano z pogardą nawet wtedy, gdy dowodzili lojalności wobec swojej nowej ojczyzny i walczyli po jej stronie na frontach II wojny światowej. Carl podpisał kartę poborową już w 1940 roku, krótko po tym, jak został ojcem Ann.
W 1983 roku „The New York Times” opublikował artykuł zatytułowany Italian Americans Coming Into Their Own (Amerykanie włoskiego pochodzenia wychodzą z cienia), jednak droga do społecznej akceptacji w anglosaskiej Ameryce była długa i bolesna, a uprzedzenia nie zniknęły całkowicie. Carolyn dorastała w dekadzie, w której – jeszcze bardziej niż obecnie – osobom spoza białej elity przypisywano niższy status społeczny. Było to podejście dalekie od skrajnego rasizmu, którego od dawna doświadczała czarnoskóra społeczność oraz inne grupy etniczne w Stanach Zjednoczonych, mimo to stanowiło istotny element amerykańskiego pejzażu społeczno-kulturowego.
Ann uczęszczała do Ossining High School i należała w tym okresie do klubu hiszpańskiego. W 1957 roku będąc w ostatniej klasie, pełniła funkcję redaktorki działu Kroniki klasowe w szkolnym roczniku „Wizard”, a koleżanki i koledzy oddali na nią najwięcej głosów w konkursie na najładniejszą uczennicę. Ann, podobnie jak później jej córka, miała jak na owe czasy dość nieoczywistą urodę – w rzymskim stylu, trochę jak Linda Evangelista – przez co jeszcze bardziej przyciągała uwagę. W dziale rocznika zatytułowanym Wróżby, w którym maturzyści przepowiadali sobie przyszłość, Ann opisano jako „dziewczynę Pepsodentu z uśmiechem jak milion dolarów”. Pamiątkowym fotografiom uczniów towarzyszyły humorystyczne komentarze na temat ich hobby i planów na przyszłość – pod zdjęciem Ann były to odpowiednio „udawanie niedostępnej” i „uczenie dzieci”. Jak się później okazało, Carolyn odziedziczyła wiele cech po swojej pięknej i błyskotliwej matce.
William Bessette, przyszły mąż Ann, dwa lata wcześniej ukończył szkołę średnią Crosby High School w Waterbury w stanie Connecticut. Zdjęcie w roczniku przedstawia przystojnego młodego mężczyznę o uśmiechu zdradzającym pewność siebie. Pod spodem widnieje opis: „Biegły w wielu dyscyplinach sportowych Bill dzięki wybitnym umiejętnościom pływackim zdobył kwalifikacje ratownika Amerykańskiego Czerwonego Krzyża. Oprócz pływania, koszykówki i kręgli jego głównym zainteresowaniem są dziewczyny. Swoją edukację rozpoczął od Shepardson School w Middlebury, a obecnie zamierza podjąć studia na University of Connecticut”.
W 1957 roku Ann Marie Messina trafiła na Univeristy of Connecticut, gdzie poznała przystojnego studenta trzeciego roku inżynierii lądowej Williama J. Bassette’a. William należał do korporacji honorowej Chi Epsilon zrzeszającej studentów inżynierii lądowej oraz do American Society of Civil Engineers, stowarzyszenia wspierającego kontakty zawodowe. Był również członkiem katolickiej organizacji studenckiej Newman Club. W roczniku figuruje także jako „Przewodniczący ds. integracji”, choć nie podano, w którym towarzystwie. Jednak miał zdecydowanie napięty terminarz, można zatem się domyślać, po kim jego najmłodsza córka odziedziczyła talent do budowania relacji społecznych.
Zgodnie z zapowiedzią w roczniku Ossining High School Ann przygotowywała się do zawodu nauczycielki, wykazując się determinacją i konsekwencją, tak jak jej rodzice. Studiowała edukację wczesnoszkolną, została członkinią Kappa Alpha Theta i na uczelni również dołączyła do zespołu redakcyjnego rocznika „The Nutmeg”, gdzie współtworzyła dział „Przegląd roku”.
Stryj Carolyn Thomas Bessette wspominał, jak starszy brat zabrał jego i matkę do Ossining na spotkanie z rodzicami Ann, Jennie i Carlem Messinami: „Byłem wtedy młody, ale zrobiło na mnie wrażenie to, że okno ich salonu wychodziło na więzienie. Dosłownie mieli Sing Sing na podwórku. Ann była piękna, a jej rodzice też bardzo mi się spodobali”.
„Nutmeg” z 1961 roku – w którym Ann ukończyła studia – zawierał stronę poświęconą ubiegłorocznym wyborom prezydenckim wraz ze zdjęciami obu kandydatów. Twarz Kennedy’ego – o wyrazistych, harmonijnych rysach, nieco posępnym spojrzeniu i bujnych, starannie ułożonych włosach – oraz twarz Nixona – z uśmiechem jakby żywcem wyjętym z reklamy komisu samochodowego – dzieli zaledwie kilka stron od fotografii Ann Messiny. Na zdjęciach rodziców Carolyn i Johna trudno nie dostrzec rysów, które ojciec przekazał synowi, a matka córce.
Ann ukończyła studia licencjackie na wydziale pedagogiki w 1961 roku. William, choć o dwa lata starszy, pracował przez całe studia i ukończył je w tym samym roku z tytułem licencjata inżynierii lądowej.
Zaręczyli się rok później, co ogłosili w numerze lokalnej gazety z White Plains „Reporter Dispatch” z 30 sierpnia 1962 roku. Nagłówek brzmiał: Panna Messina, nauczycielka, wyjdzie za mąż jesienią, jednak artykuł zawierał informację o planowanym ślubie na wiosnę. Ostatecznie pobrali się dopiero latem następnego roku, ponieważ jesienią rodzinę Bessette dotknęła tragedia.
Ojciec Williama, Alfred Bessette, który pracował jako brygadzista w Connecticut Light and Power Company, uległ poważnemu wypadkowi – 11 października podczas rutynowej kontroli linii energetycznej w Middlebury poraził go prąd o napięciu 115 tysięcy woltów. Mężczyzna spadł z drabiny z wysokości prawie czterech metrów i trafił do szpitala z oparzeniami twarzy, szyi, obu rąk oraz dolnych partii ciała. Zmarł 9 listopada po niespełna miesiącu nieustannego cierpienia. Miał pięćdziesiąt osiem lat. Zostawił żonę Ann i czworo dzieci – najstarszy z rodzeństwa William miał brata Thomasa oraz siostry Dorothy i Diane.
Podczas gdy rodzina przeżywała prywatną tragedię, prezydent Kennedy w orędziu z 22 października poinformował Amerykanów o kryzysie kubańskim, co wywołało w kraju falę niepokoju i napięcia.
Ann i William pobrali się 29 czerwca 1963 roku. Oboje byli dwa lata po studiach; Ann pracowała w tym czasie jako administratorka i nauczycielka na zastępstwie w Douglas G. Grafflin School w Chappaqua w stanie Nowy Jork, a William zdobywał stanowe uprawnienia inżyniera lądowego.
Ich pierwsze dzieci, bliźniaczki Lauren i Lisa, przyszły na świat 5 listopada 1964 roku. Niewiele ponad rok później, w styczniu 1966 roku, urodziła się Carolyn. Były to wydarzenia ogromnej wagi dla Williama, który niedawno stracił ojca. Początki rodzicielstwa to czas, kiedy szczególnie chciałoby się mieć przy sobie własnych rodziców – choćby po to, by zapytać: „Czy dobrze to robię?”. A także, by skorzystać z ich pomocy, zwłaszcza przy bliźniętach.
W tamtym czasie Jennie Messina zaczęła coraz bardziej niepokoić się o małżeństwo córki, a szczególnie o zięcia. Miała poczucie, że Ann sama opiekuje się trójką małych dzieci, a do tego musi nadal pracować. Jak wspominała Roseann Flood, koleżanka Jennie z pracowni Very Neumann: „Były sobie bardzo bliskie. Jennie wciąż mówiła, jak bardzo martwi się o córkę, bo w jej małżeństwie nie najlepiej się układa. Ann nie czuła się szczęśliwa. I trudno było się temu dziwić”.
Podobnie jak wcześniej studia, teraz przedłużała się również droga Williama do uzyskania uprawnień inżynierskich. Zgodnie z wymogami stanu Nowy Jork należało przepracować cztery lata w zawodzie i zdać trwający sześć godzin egzamin, co oznaczało, że mógłby uzyskać licencję już w 1965 roku. Po latach Carolyn stwierdziła, że w tamtym okresie jej ojciec „powinien był kontynuować naukę, by podnieść swoje kwalifikacje”. Dodała jednak, że „najwyraźniej niewiele mu z tego wyszło”.
Ostatecznie William zdobył uprawnienia w marcu 1967 roku, czyli przeszło rok po narodzinach młodszej córki. Później związał się zawodowo z Turner Construction International, gdzie pracował przy dużych inwestycjach publicznych i specjalizował się w portach lotniczych. Był człowiekiem niezwykle skrupulatnym, zdaniem członków rodziny „wręcz obsesyjnie pedantycznym”, a w związku ze swoją pracą podróżował między innymi do Las Vegas, Kataru i Egiptu. Często musiał długo zostawać na miejscu, niekiedy nawet po kilka miesięcy. Aż w końcu 25 maja 1974 roku Ann złożyła w sądzie hrabstwa Westchester pozew rozwodowy. Carolyn miała wtedy osiem lat.
ANN I JEJ CÓRKI PRZECHODZIŁY w życiu wiele trudnych zmian, ale żadna nie była tak dotkliwa jak rozpad rodziny. „W końcu Ann przeniosła się z dziećmi do swoich rodziców i przez jakiś czas tam mieszkała, a oni zajmowali się dziewczynkami, kiedy była w pracy” – wspominała Roseann Flood. Przypuszczalnie to dlatego Carolyn zaczęła chodzić do przedszkola trochę wcześniej – w wieku czterech i pół roku, a nie pięciu lat.
Separacja była dla rodziny ciężką próbą, zarówno w domu, jak i poza nim. Podczas codziennych zajęć dzieci musiały zadowolić się obecnością tylko jednego rodzica, a w świecie zewnętrznym, choć w duchu postępowych haseł lat siedemdziesiątych, samotne matki uchodziły za „superkobiety”, ludzie czasem patrzyli na nie podejrzliwie i traktowali jak odstępstwo od normy. Nie tylko matki, ale również dzieci czuły się na cenzurowanym.
Kiedy William znalazł sobie mieszkanie w White Plains, Ann wróciła z dziećmi do domu przy Old Knollwood Road. Carolyn co pewien czas pytała matkę o przyczynę rozwodu, ale nigdy nie potrafiła tego w pełni zrozumieć. Po rozwodzie rodziców postać ojca kojarzyła się Carolyn głównie z jego nieobecnością. Jej przyjaciółka M.J. Betterhausen wspominała: „Kiedy wychodziłyśmy gdzieś tylko we dwie, zwierzała mi się, że boli ją nieobecność ojca. Wciąż próbowała poukładać sobie tamte wspomnienia, bo przecież była dzieckiem, kiedy to się wydarzyło”.
Chociaż Carolyn miała niewiele wspomnień związanych z obecnością ojca w domu, od czasu do czasu dawały o sobie znać jej uczucia wobec niego. Kiedyś koleżanka zapytała ją, dlaczego zawsze je w takim pośpiechu. „To nawyk, który wyrobiłam sobie w dzieciństwie. Nie mogłam znieść tego napięcia, jakie otaczało mojego ojca, a im szybciej kończyłam kolację, tym wcześniej mogłam odejść od stołu” – wyjaśniła.
Rodzina ze strony matki również wywarła znaczący wpływ na charakter Carolyn, wpajając jej ciekawość świata, determinację i przywiązanie do autentyczności – Messinowie nie znosili pozorów. W domu jej dziadków obecne było błyskotliwe poczucie humoru, czego dowodzą zabawne riposty Jennie. Zapytana, czy nie boi się mieszkać tak blisko więzienia Sing Sing, odparła: „Kochana, uwierz mi, jeśli ktoś ucieknie z więzienia w Ossining, nie będzie miał najmniejszej ochoty kręcić się w pobliżu”.
Jennie świeciła przykładem zaangażowania społecznego – działała jako wolontariuszka w Phelps Memorial Hospital. Ann również udzielała w organizacjach charytatywnych takich jak Boys & Girls Clubs of America i Kids in Crisis. Taką opiekuńczą postawę wpoiła córkom, które należały do Camp Fire Girls – pierwszej w Stanach Zjednoczonych organizacji dla dziewcząt o charakterze koedukacyjnym, niereligijnym i wielokulturowym, zrzeszającej również młodsze dzieci w sekcji Bluebirds; poza tym wszystkie trzy siostry śpiewały dla pensjonariuszy domów opieki.
Przez całe dzieciństwo Carolyn to właśnie stała obecność matki była punktem odniesienia. Ann przywiązywała ogromną wagę do tego, by nauczyć córki samodzielności i wykształcić w nich rzetelny stosunek do pracy – sama wyniosła to z domu, w którym kobiety odznaczały się pewnością siebie, poczuciem własnej wartości i ambicją. Miała poczucie humoru, które zapadło w pamięć jednej z koleżanek jej córki: „Śmiała się równie często jak Carolyn, ale nie tolerowała głupoty”.
Na szczęście siostry Bessette oraz ich matka wkrótce odnalazły w życiu nowy męski punkt odniesienia. Gdy dziewięcioletnia Carolyn wymagała leczenia skoliozy, Ann zgłosiła się z nią do cenionego ortopedy, doktora Richarda G. Freemana. Był on od niedawna wdowcem – jego żona Marion zmarła w 1975 roku – i miał trzy córki: Kathy, Dianę i Lori. Znajomi wspominali go jako serdecznego i troskliwego ojca.
Spokojny i obdarzony poczuciem humoru doktor Freeman był całkowitym przeciwieństwem impulsywnego Williama. Zapałał odwzajemnionym uczuciem do matki swojej pacjentki i w 1977 roku ożenił się z nią. W tym czasie Ann poinformowała Mary Lou Darkenwald o planowanej przeprowadzce do Greenwich.
Gdy 27 stycznia 1977 roku William Bessette spłacił byłą żonę z jej udziału w domu przy Knollwood Road, nosiła ona już nazwisko Freeman. W Greenwich Ann i dziewczynki zamieszkały w przestronnym domu przy Lake Avenue, ulicy słynącej z zadbanych trawników i okazałych rezydencji. Choć ich sytuacja uległa poprawie (Richard okazał się także troskliwym ojczymem), zarówno Ann, jak i jej najmłodsza córka nie zapomniały o swoich korzeniach. Najmłodsze lata Carolyn – czas, w którym jej włosko-amerykańska matka samotnie wychowywała dzieci po odejściu męża – odcisnęły się na całym jej późniejszym życiu.
Koniec darmowego fragmentu książki.
zapraszamy do zakupu pełnej wersji.
