Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Nie pytały, czy mogą. Wspinały się tam, gdzie chciały. Zawsze w górę. Na przekór wszystkim.
„Miejsce kobiet jest na szczycie” – brzmiało hasło amerykańskiej wyprawy na ośmiotysięczną Annapurnę. By się tam znaleźć, kobiety wspinające się w górach całego świata musiały pokonać nie tylko pionowe ściany i duże wysokości, ale też stereotypy i ograniczenia narzucane przez zdominowane przez mężczyzn, niekiedy skrajnie mizoginistyczne środowisko.
Z czym się mierzyły? Co je determinowało? Jaką płaciły za to cenę?
Bunt to opowieść o losach kilkudziesięciu niezwykłych kobiet, które w górach dokonały rzeczy wybitnych. Od pierwszych przejść taternickich i alpejskich, przez sukcesy himalajskie pokolenia Wandy Rutkiewicz, po czasy współczesne. A wszystko to na tle społecznych, kulturowych i politycznych zmian w Polsce i na świecie.
Inspirujący reportaż o odwadze, sile, pasji i determinacji, a zarazem kompendium wiedzy o historii wspinających się kobiet.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 562
Opieka redakcyjna: PIOTR TOMZA
Konsultacja merytoryczna: BOGUSŁAW KOWALSKI
Redakcja: JOANNA ZABOROWSKA, ANNA STROŻEK
Korekta: ANNA DOBOSZ, JOLANTA STAL, JAN STRZAŁKA
Projekt okładki oraz projekt graficzny i typograficzny: WOJTEK JANIKOWSKI
Zdjęcie na pierwszej stronie okładki: kobieca wyprawa na Gaszerbrumy, której kierowniczką była Wanda Rutkiewicz, 1975 rok, arch. Wandy Rutkiewicz / Fundacja Himalaizmu Polskiego
Redaktor techniczny: ROBERT GĘBUŚ
© by Piotr Trybalski © by Wydawnictwo Literackie, 2025
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury.
Wydanie pierwsze
ISBN 978-83-08-08723-7
Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o. ul. Długa 1, 31-147 Kraków bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40 księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl e-mail: [email protected] tel. (+48 12) 619 27 70
Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.
Ten e-book jest zgodny z wymogami Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA).
Wydawca zakazuje eksploatacji tekstów i danych (TDM), szkolenia technologii lub systemów sztucznej inteligencji w odniesieniu do wszelkich materiałów znajdujących się w niniejszej publikacji, w całości i w częściach, niezależnie od formy jej udostępnienia (art. 26 [3] ust. 1 i 2 ustawy z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych [tj. Dz.U. z 2025 r. poz. 24 z późn. zm.]).
Ani Czerwińskiej, którą poznałem pod Everestemw 2000 roku i dzięki której zacząłem pisać o górach.Zawsze miałaś odwagę żyć tak, jak chciałaś.
Masyw Gaszerbruma widziany z Międzynarodowej Stacji Kosmicznej, 2010 rok
Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.
Zapraszamy do zakupu
Zofia Becker na Grani Fajek w Tatrach, 1942 rok
Mit
Tego lata w Tatrach było tłoczno.
Taternicy i taterniczki się nudzili. Bo z początku padał deszcz i wspinacze albo siedzieli w Kurniku8*, albo w schronisku przy Morskim Oku, albo szli do Zakopanego po zakupy, albo dobierali się w pary i romansowali.
Albo rozmawiali: o planach powtórzeń starych dróg, o nowych drogach i trudnościach na nich, w końcu o rozwiązywaniu reszty wspinaczkowych problemów, które od drugiej wojny światowej wciąż czekały na odważnych. Albo gotowali, to znaczy dziewczyny gotowały.
Tego lata Halina była w Tatrach sama, bo Janusz został w Warszawie. „Toczka” Baranowska, Janka Zygadlewicz i Zośka Gerlach-Kolasa – koleżanki i partnerki od liny – przyjechały ze swoimi chłopakami. Były też Janina, Małgorzata, Nana.
Dziewczyny się nudziły, bo łatwe drogi, które można zrobić przy słabej pogodzie, kiedy skała jest mokra, nie zaspokajały ich wspinaczkowego apetytu. Nudziły się i wymyślały, przerzucały pomysłami. Schronisko nad Morskim Okiem i Kurnik były swoistą sceną problemów i wyzwań. To tutaj młodzi adepci taternictwa dowiadywali się o nowych, odkrytych właśnie problemach, tutaj, przy stole, z kuflem w dłoni licytowano się, kto czego dokona, jaką drogę załoi9*. Nie było żadnego innego podobnego miejsca w Polsce, aby tak jak tu trzymać rękę na pulsie taternickich wyzwań.
Dziś nie wiadomo, kiedy w potoku różnych wspinaczkowych propozycji tego, co załoją, jak tylko wyjdzie słońce, a skała obeschnie, zadźwięczało słowo Zamarła. Nikt już nie pamięta, czy rzuciła je Halina, czy Toczka. A może Janina? Można jednak być pewnym, że to słowo padło i stało się to w pierwszej połowie sierpnia 1960 roku. Tego roku – pełnego sukcesów, odkrywania nowych rejonów Tatr i śmiałych, szybkich przejść dróg wspinaczkowych. Można być więc pewnym, że gdy w końcu wyszło słońce, wspinacze ruszyli się wspinać, okolice schroniska opustoszały, a Zamarła Turnia nabrała całkiem realnego wymiaru.
„Haluniu, tylko nie idź na Zamarłą”125. Halina pamiętała prośbę wypowiedzianą przez matkę.
Musiała też znać list, który 12 października 1929 roku w miesięczniku „Zakopane” zamieściła Jadwiga Roguska-Cybulska. Przedwojenna taterniczka ostrzegała, że „wspinactwo, ten najtrudniejszy ze sportów, wymaga bezwzględnie uzupełnienia sił kobiecych siłami mężczyzn. A skoro kobieta i mężczyzna dopełniają się wzajemnie doskonale, tak pod względem psychiki, jak i warunków fizycznych, to dlaczegóż kusić się koniecznie o laur sławy taternickiej pod hasłem «my same»? Dlaczego schlebiać tak ciasnej ambicji za cenę wszystkiego, co się posiada?”126.
Gdy Roguska-Cybulska pisała te słowa, w pamięci miała niedawną rozmowę z Marzeną Skotnicówną. Osiemnastolatka zwierzyła jej się z planów powołania związku polskich kobiet taterniczek, który miałby koordynować aktywność górską pań, nawiązywać kontakty z podobnymi ugrupowaniami za granicą i zadbać o godną prezentację kobiecych dokonań w prasie i książkach. A także udowodnić, że „kobieta równie jak i mężczyzna [...] zdoła pokonać najwyższą kategorię trudności wspinaczkowych”127.
Roguska-Cybulska, pejoratywnie, nazwała ją „feministką”. Proponowała – „rozważmy, w jaki sposób wspinały się tragiczne feministki, te i poprzednie? Celował je upór dokonania zamierzonej wycieczki, bez względu na warunki”128.
Lecz Skotnicówna dobrze wiedziała, o czym mówi. Na koncie miała trudne, wymagające i na dodatek pierwsze przejścia w Tatrach. A 1929 rok był dla niej szczególnie hojny: przeszła Kozie Czuby północno-zachodnią ścianą, pokonała północną ścianę Rywocin i Małego Ostrego Szczytu, od północy przeszła Pięciostawiańską Turnię, od wschodu zaś Żółte Ściany. Prócz Kozich Czubów, na które weszła z Zofią Galicówną, i wcześniej pokonanej z młodszą o dwa lata siostrą, Lidą, północno-zachodniej ściany Mnicha – wszystko zdobyła w mieszanych, damsko-męskich zespołach. Nie były pierwsze, schedę wspinania kobiet przejęły po Jadwidze Honowskiej i Zofii Krókowskiej. Dzielne taterniczki jednak nie nacieszyły się zbyt długo swym pomysłem, zginęły latem 1928 roku na południowej ścianie Ostrego Szczytu.
Marzeny Skotnicówny to nie przeraziło, miała apetyt na więcej.
Szesnastoletnia Lida Skotnicówna obdarzona była niewyobrażalnym wspinaczkowym talentem. Wspinała się i z Bronisławem Czechem, i z zakochanym w niej po uszy Wiesławem Stanisławskim, w mieszanym zespole pokonała owianą złą sławą Zamarłą Turnię.
Gdy Jadwiga Roguska-Cybulska pisała wspomniany list, Lida i Marzena już nie żyły.
Pod Zamarłą idzie się Pustą Doliną, a ta jest krótka, otoczona szczytami, zaśmiecona gruzowiskiem, szara, nieprzychylna. Gdzieś na jej północnym krańcu wyrasta południowa ściana – „pionowa, ciosana, od dołu podcięta [...], w swej nieubłaganej grozie istotnie zamarła”129. Bije od niej „niedostępność, surowa potęga i groza. Bije zuchwała pewność swej mocy. Któż by się poważył atakować ten nieprzebyty mur?130”. Na początku wspinaczka nie jest aż tak trudna. Pierwszy trawers oddziela od siebie skalną rysą dwie gładkie płyty. Nieco wyżej – komin i w końcu kolejny trawers, na którym wydarzyła się tragedia.
Tak właściwie długo nie było wiadomo, jak to się stało. Wyczerpanie? Ukruszenie chwytu? W niedzielę, 6 października 1929 roku, siostry Skotnicówny postanowiły samotnie zaatakować Zamarłą Turnię. Pomysł rzuciła Marzena, a Lida z miejsca się do niego zapaliła. Ruszyły z Hali Gąsienicowej, przez Kozią Przełęcz, a gdy podeszły pod ścianę, zmieniły buty na wspinaczkowe trzewiki i związały się liną. Pod dolnym trawersem, walcząc z trudnościami, wspinał się już trzyosobowy zespół mężczyzn – z Józefem Wójcikiem i Jerzym Ustupskim, prowadził Bronisław Czech.
Dziewczyny wspinały się szybko, prowadziła Lida – „obojętna na uroki dancingów, niezręczna (choć świetnie zbudowana), kanciasta, dzika i milcząca, w salonikach zgubiona i uboczna, ale w przyrodzie bujna i pełna temperamentu”131 – pisał o niej alpinista i literat, Jan Alfred Szczepański. Szybko dogoniły zespół Czecha, poczęstowały Ustupskiego cukierkami, wspólnie się pośmiali, a kiedy ten ruszył, poczekały, aby zachować odpowiedni odstęp. Lida zręcznymi ruchami dotarła do miejsca, gdzie zespół Czecha wbił drugi hak, starała się założyć asekurację, ale próba była nieudana, wypadł jej z ręki karabinek, zsunął się po linie. Nic to, zdarza się. Ruszyła pewnie, omijając hak. Jednak po chwili miękkie ruchy dziewczyny zamieniły się w niezgrabną próbę dosięgnięcia chwytu. Nerwowo szukała wyjścia z trudności. Pokonując przewieszkę, straciła punkt podparcia.
Czarno-biała fotografia. Płat śniegu dzieli kadr po przekątnej. Lida leży głową w dół, połowa ciała wystaje na piarg, na skały, lina prowadzi wprost do góry. Obok, na piargu leży Marzena, twarzą do skały. Lina łączy ją z młodszą siostrą.
„Śmierć Skotnicówien i Honowskiej, i Krókowskiej w r. ub. jest groźnem memento dla młodych taterniczek biorących sobie za cel wycieczki przerastające ich młodociane siły i doświadczenie taternickie. Nie wolni od zarzutu są i ci taternicy, którzy siostry Skotnicówne zbyt wcześnie wtajemniczali w trudności wypraw skalnych”132 – grzmiał w kronice TOPR-u Ignacy Bujak.
„Wątłe siły szesnastoletniej dziewczyny były nadszarpnięte długim podejściem pod ścianę – aż z Zakopanego – a także szybkim tempem wspinaczki”133 – wyrokował Wawrzyniec Żuławski, uznany taternik, artysta.
„Ambitne dziewczyny postanowiły dorównać wspinaczką kolegom taternikom i utworzyły zespół. Ich ideologia samodzielnej wspinaczki kobiet drażniła męskie ambicje i wystawiała panny na krytykę. One jednak miały charaktery i walczyły z pasją o swe przekonania. Zapytana kiedyś młodsza z sióstr, po co paraduje z linami, odpowiedziała: «Bo bez liny wygląda się po cepersku»”134 – tłumaczył Jan Alfred Szczepański.
Trzydzieści jeden lat później. „Haluniu, tylko nie idź na Zamarłą”135 – grzmiało w głowie Haliny Krüger, gdy 17 sierpnia 1960 roku związała się liną z Danutą Topczewską i weszła w ścianę. Miała ściśnięte gardło, bała się. Od owego tragicznego 1929 roku żaden kobiecy zespół nie próbował pokonać Zamarłej.
Czy Halina przeżegnała się, wchodząc w ścianę? To możliwe, wiele taterniczek i taterników to czyniło. Czy zapaliła „ostatniego w życiu papierosa”? Z pewnością, w końcu ten ostatni dymek był niepisanym, wspinaczkowym rytuałem. Pod warunkiem, że się paliło.
Czy czuła obecność Czarnej Damy? Bo przecież widuje się ją w Dolinie Pustej. Pojawia się w samo południe, w słońcu, twarz ma zakrytą czarnym welonem. Pojawia się i czeka. I strąca w przepaść wspinaczy. Czy Halina ją widziała? Tego nie wiadomo.
Wiadomo natomiast, że Halina na pewno nie miała świadomości, iż właśnie robi coś, co odmieni oblicze samodzielnego wspinania kobiet10*.
Zamarła
Mimo że nie można tego powiedzieć z całkowitą pewnością, to z perspektywy czasu wydaje się, że na pomysł, aby spróbować pokonać mityczną drogę, na której zabiły się siostry Skotnicówny, musiała wpaść Danuta „Toczka” Topczewska-Baranowska. Miała znacznie większe doświadczenie od Haliny – zarówno zimowe, jak i letnie – i lepiej się wspinała, ale i bardziej jej zależało, by wspinać się w kobiecych zespołach. Jej przejście – z Ewą Bujnowską – północno-wschodniego filara Mięguszowieckiego Szczytu w 1958 roku uznane zostało za namacalną zapowiedź narodzin nowej strategii – wspinaczki w samodzielnych zespołach kobiecych. Tyle że Toczka miała pewną przypadłość, którą można nazwać brakiem pewności siebie. Zresztą nie była w niej odosobniona, z czasem to właśnie ona stanie się główną hamulcową wspinania kobiet. Toczka potrzebowała kogoś, kto stanąłby z boku, położył jej rękę na ramieniu i powiedział: dasz radę. Od tego była Halina.
Dlaczego akurat Toczka z Haliną zasadziły się na drogę klasyczną na Zamarłej Turni? Tego nie wiadomo. Nie były przyjaciółkami, nie łączyło ich nic więcej ponad miłość do gór. Wiadomo za to, że droga, której od trzydziestu lat nie pokonał żaden kobiecy zespół, stanowiła zarówno wyzwanie, jak i sposób na to, by pokazać się w męskim wspinaczkowym świecie. A na tym Halinie z pewnością zależało. Pewne jest także to, że i Toczka, i Halina poddały się fali wyczynowego wspinania, która przelała się przez Tatry w ostatnich trzech sezonach. Klimat, jaki panował wówczas w górach, można nazwać pędem i gorączką. Ogromne parcie na wyczyn: poprawienie czasu i stylu przejścia, w końcu chęć znalezienia nowych problemów i poprowadzenia nowych dróg udzielała się równo wszystkim: kobietom i mężczyznom. Ów pęd i gorączka niosły ze sobą śmiertelne żniwo – prasa co rusz publikowała informacje o wypadkach w Tatrach.
O ile pokolenie, które zaczynało swoją przygodę z tymi górami tuż po wojnie, szukało we wspinaczce jakiejś formy kompensacji wrażeń, to wspinający się kilkanaście lat później widzieli to nieco inaczej. „Coś jest wspólnego między młodymi ludźmi, ekscentrycznie ubranymi, niechlujnymi czy brodatymi, podkreślającymi na każdym kroku swoją inność czy pogardę dla otoczenia, a młodymi taternikami, często obdartymi, wypełniającymi sobą schroniska i niemal ekstatycznie upajającymi się własnymi i cudzymi, prawdziwymi i przesadzonymi wrażeniami ze wspinaczek”136 – kontestował rzeczywistość końca lat pięćdziesiątych Antoni Wala, krakowski taternik, ówczesny redaktor naczelny „Taternika”. Na własne oczy widział kryzys ideowości, nihilizm, próby ucieczki od szarej codzienności. Widział tych, którzy poddawali się rywalizacji, próbując dorównać pokoleniu międzywojennych taterników – wyczynowców, ale wyzutych z poczucia strachu. Ba, strach stał się powodem do wstydu, jest niemodny, a psychoza „czarnych dam”, mit „haków Birkenmajera”11* – są pretekstem do żartów. Bo w końcu „lepiej mądrze spaść, niż głupio się wspinać”137. Bo teraz chodzi się na skrajniaki – drogi skrajnie trudne, wysokowyczynowe, bo wybór „tylko” trudnych jest kolejnym przyczynkiem do żartów. „Świat gór stracił swą grozę”138 – tłumaczył Wala. A właśnie brak strachu i pokory przed podejmowanymi wyzwaniami zarzucał on młodym taternikom. Ale i coś jeszcze. „Sięgamy po zdobycze stojące na granicach ludzkich możliwości, upajamy się rekordem i twierdzimy, że w nim tkwi sens alpinizmu”139.
I jeśli nawet sens tkwił w rekordzie, tu sprawiedliwości wciąż nie było.
„Kobity pasowały nam, facetom, do gór jak kwiatek do kożucha – wspominał Janusz Fereński. – Nie traktowaliśmy wtedy kobiet w górach na serio”140.
„Tatrzańskie szczyty są jak taterniczki: urocze, kapryśne, odwieczne i już dawno zdobyte” – kpił krakowski „Taterniczek”141.
Halina kwiatkiem do kożucha być nie chciała.
„Ilekroć przejdzie jakąś trudniejszą drogę w towarzystwie mężczyzny, tylekroć zasługę pokonania trudności jemu się przyzna”142 – tak Jacek Kolbuszewski opisywał nastawienie Haliny do wspinaczki w zespołach mieszanych. Ona bynajmniej nie chciała w górach rywalizować z facetami. A w układzie, gdzie wszystkie drogi zostały wytyczone i poprowadzone przez mężczyzn, każda kobieca próba na nich staje się, chcąc nie chcąc, pretekstem do porównania z męskimi osiągnięciami. Halina chciała się po prostu wspinać, a sukcesy nastawiały ją zadaniowo: chciała więcej, trudniej.
– Halina uczestniczyła w zasadzie we wszystkich przełomowych, letnich, kobiecych przejściach w Tatrach – ocenia Anna Okopińska.
Nim Halina i Toczka podjęły się próby na klasycznej drodze Zamarłej Turni, dwa dni wcześniej, 15 sierpnia 1960 roku, pokonały słynny Kant na tej samej ścianie.
To dodało im pewności siebie. Wrażenie:
„Nieprzyjemna, ponura ściana”.
„Nieprzyjemne ściskanie w gardle”.
„Z wrażenia wbija hak koło haka”.
„Kolana stają się dziwnie miękkie”.
Marzenie:
„Sprawdzić się bez silnych i doświadczonych kolegów”.
„Cały wysiłek i cały sukces dzielić sprawiedliwie, po połowie z towarzyszką wspinaczki”143.
Tą Zamarłą Turnią Halina i Toczka wprost prosiły się o problemy.
Bo po śmierci Zofii Strumiłło w czasie pierwszej wyprawy kobiet Granią Główną Tatr w lecie 1959 roku na nowo rozgorzała dyskusja na temat odpowiedzialności kobiet w ich samodzielnych próbach zasadzania się na tatrzańskie trudności. Bo przecież mężczyźni pokonali pierwszy raz tę Grań dopiero pięć lat temu, a zimą – dopiero tego roku. A każdy z tych sukcesów okupiony został śmiercią tych, którzy wcześniej próbowali. Bo opinia publiczna ni w ząb nie rozumiała, po co, dlaczego taternicy pchają się na tak trudne drogi. I po co narażają życie w górach. Bo w końcu prezes zarządu Klubu Wysokogórskiego, Czesław Bajer, rozesłał rok wcześniej do wszystkich oddziałów Klubu pismo, w którym „w związku z powtarzającymi się coraz częściej wypadkami górskimi, spowodowanymi brawurą, lekkomyślnością i pogonią za rekordem”144 apelował o niepodejmowanie trudnych przejść – szczególnie graniowych i zimowych.
Andrzej Paczkowski, późniejszy wieloletni prezes Klubu, pisał o letnim sezonie tatrzańskim z 1960 roku w samych superlatywach. Chwalił młodych, którzy dołączyli do tatrzańskiej elity, pisał, że taternicka młodzież „na drogach skalnych przewyższała najlepsze osiągnięcia swych pokoleniowych poprzedników”145. Pisał o „ekspansji pierwszych przejść” i eksploracji blisko dwudziestu nowych rejonów Tatr. Pisał o „urywaniu” czasów przejść – rekordach szybkości – i co za tym idzie, o sprawności młodej kadry taternickiej.
„Ewenementem sezonu była działalność zespołów kobiecych”146 – dodawał Paczkowski, chwaląc wyczyny na drogach, które dotychczas stanowiły domenę wyłącznie mężczyzn. Paczkowski nazwał Halinę promotorem większości tych przejść12*.
„Po raz pierwszy taternictwo kobiece stanowi osobną kartę omówienia sezonu – chwalił je w «Taterniku» Zbigniew Jurkowski. – Nasze panie jęły się z dobrym skutkiem ławeczek podciągowych i dwu lin”147 – komplementował odnalezienie się pań w nowych wspinaczkowych technikach. Mimo że odważne przejścia kobiet zauważono, to jednak utonęły one w obfitości innych, pierwszych – męskich – przejść tamtego sezonu13*.
Gdy Halina i Toczka pokonały 17 sierpnia 1960 roku drogę klasyczną na Zamarłej Turni, nie pobiły żadnego rekordu. Tę drogę pokonywały już liczne zespoły taternickie – męskie i mieszane. Ważne było coś innego.
„[Przejście] wyznacza początek nowoczesnego taternictwa kobiet”148 – oceniał to wydarzenie Jacek Kolbuszewski. A patrząc na osiągnięcia Haliny w całym sezonie 1960 roku, uważał, że „były wyrazem i dowodem świadomej dążności Haliny do pełnego usamodzielnienia taternictwa kobiet”149. Taternictwa wyczynowego.
– Halina odczarowała Zamarłą i tym samym taternictwo kobiet – podsumowała Krystyna Palmowska, która za dziesięć lat miała się wspinać w bez wątpienia najlepszym kobiecym zespole w historii polskiego taternictwa, alpinizmu i himalaizmu.
Jednak to, co w drugiej połowie lat pięćdziesiątych i na początku lat sześćdziesiątych działo się w Tatrach, było niczym równoległa rzeczywistość względem wydarzeń wpisujących się w światową historię wspinania kobiet.
Fanny Bullock Workman na ponad 6000 m w Karakorum, rok 1911 lub 1912
Rzeczywistość
Gdyby chcieć porównać świat polskiego wspinania lat pięćdziesiątych z tym zza zachodniej granicy i zza Atlantyku, to nasuwa się pewna analogia: i tu, i tam kobiety walczyły o samostanowienie. Łączyła je ta sama potrzeba, dzieliła skala działania. Dla Polek szklanym sufitem były Alpy, góry radzieckich republik. Dla ich koleżanek z Zachodu – Himalaje. Miały jeszcze coś wspólnego – o ile umiejętności wspinaczkowe, poznanie i stosowanie wspinaczkowych technik było czymś, co można opanować bez większych trudności, to brak pewności siebie, wpajane przez wieki uprzedmiotowienie kobiet były hamulcem dla wielu wspinaczkowych talentów.
Mieć odwagę się wspinać!
W czerwcu 1950 roku francuscy alpiniści znaleźli się na ustach całego świata. Chociaż z tamtej perspektywy lepiej ich nazwać himalaistami, bo pierwsze w historii wejście na ośmiotysięcznik dało im pełne prawo, aby tej nazwy używać. Trzeciego czerwca Maurice Herzog (kierownik wyprawy) i Louis Lachenal stanęli na szczycie Annapurny (8091 m). Rozpoczął się ostatni etap trwającego już dobre pół wieku wyścigu – gry o Himalaje. Gry, bo te czternaście lat, do 1964 roku, kiedy to Chińczycy stanęli na ostatnim diamencie koronnej czternastki, na Sziszapangmie, sportem nazwać nie można. To była pogoń o dominację, o prawo powiedzenia „pierwszy”, o spełnienie ambicji – męskich ambicji. O charakterze tych zmagań najlepiej świadczy wypowiedź kierownika zwycięskiej brytyjskiej ekspedycji z 1953 roku na Mount Everest Johna Hunta, który stwierdził, że „wejście nie było tym rodzajem wspinaczki, do którego przywykliśmy”1. Jego kolega, Eric Shipton, weteran bojów o najwyższy szczyt świata, kierownik i uczestnik czterech wypraw, z których doświadczenie pozwoliło w końcu osiągnąć sukces na Górze Gór, stwierdził: „Dzięki Bogu, teraz możemy zabrać się za prawdziwą wspinaczkę”2.
Czy był jakiś sposób, aby kobieta dołączyła do którejś z wielkich wypraw zdobywczych, przeciągających zastępy himalaistów przez głębokie doliny ku dziewiczym szczytom? Cóż, można było spróbować o to poprosić. Gdy w czasie organizacji brytyjskiej wyprawy na Everest z 1953 roku John Hunt – nota bene pułkownik, zawodowy wojskowy – otrzymał listy od dwóch alpinistek deklarujących chęć udziału w wyprawie, był zaskoczony, ale właśnie te dwa listy spośród tysięcy otrzymanych sprawiły mu – tak twierdził – prawdziwą przyjemność. Znawcy epoki, kronikarze światowego alpinizmu odbierają ten sygnał jako znak nadchodzących zmian. Niestety, w tych pierwszych próbach na ośmiotysięcznikach kobiety aktywnie nie uczestniczyły. A to z tego powodu, że sam alpinizm – wpisany w praktykę mieszczańskiego modernizmu – łączący w okresie pierwszej wojny światowej, której front przebiegał szczytami Alp, walkę ze wspinaczką, był na początku XX wieku utożsamiany wyłącznie z męską, militarną postawą społeczną. Tym samym próby zdobywania szczytów Alp czy Himalajów były ściśle związane z wyobrażeniami o obronie ojczyzny i tożsamości narodowej3. Dodatkowo usportowienie wspinaczki i akcent położony na ryzyko, balansowanie na granicy życia i śmierci nadały temu zajęciu charakter „rytuału męskości”4. Wspinaczka górska stała się więc jednym z elementów konstruktu męskości – teraz także w górach mężczyźni mogli udowodnić swoją odwagę i siłę5. Udział kobiet mógł ów stan zaburzyć.
„Problemy i tarcia, do jakich dochodzi podczas międzynarodowych ekspedycji, bledną w porównaniu z tymi, które spowodować może jedna kobieta w męskim towarzystwie”6 – tłumaczył Edmund Hillary, pierwszy zdobywca Mount Everestu z 1953 roku. Gdy w 1961 roku prowadził wyprawę na Makalu, himalajski ośmiotysięcznik, Irene Miller, amerykańska alpinistka z doktoratem z fizyki na Uniwersytecie Stanforda, wprawdzie wzięła wraz z mężem w niej udział, ale Hillary zabronił jej wspinaczki. Jeden z uczestników wyprawy zażartował, że „jeżeli chce wziąć udział w tej wspinaczce, powinna być gotowa na przespanie się z każdym mężczyzną z ekspedycji”7. W 1978 Miller pojechała w kobiecym zespole zdobywać Annapurnę.
Mimo to, w porównaniu z polskimi taterniczkami, panie z Europy Zachodniej czy z USA miały łatwiej, ale i nieco inna motywacja przyświecała tym wspinającym się ich poprzedniczkom z przełomu XIX i XX wieku. Na plecach Francuzek Marie Paradis i Henriette d’Angeville, pionierek wspinaczki kobiet na Mont Blanc z początków XIX wieku, Brytyjki Lucy Walker z jej pionierskimi dokonaniami w Alpach (była pierwszą kobietą na Matterhornie), a nawet brytyjskiej królowej Wiktorii, która nim jeszcze zasiadła na tronie, była wielką entuzjastką wspinania – wybijały się na samodzielność. Musiały pokonać utarte przekonania o słabszej płci, o kobiecej niesamodzielności, poradzić sobie z uprzedzeniami kulturowymi – kobieta w górach sam na sam z obcym mężczyzną, w pumpiastych spodniach, wyginająca ciało, przyjmująca męską postawę, a w końcu wypinająca pośladki w czasie wspinaczki – jawiła się niekobieco i nieestetycznie.
Żaden mężczyzna alpinista nie mógł na to patrzeć!
Taka scena uwłaczała „wzniosłości stylu” wspinania.
Dlatego też wszelkie próby samodzielnego działania zespołów kobiecych podsumowywano zawsze w taki sam sposób: sensacja, ale i nieodpowiedzialność. Coś, co nie uchodzi. W końcu zgodnie ze standardami obowiązującymi w mieszczańskim społeczeństwie przełomu XIX i XX wieku kobieta była z natury słabsza, a nadmierny wysiłek fizyczny miał nieść jej jedynie szkodę psychiczną i fizyczną. Kobieta miała inne miejsce w społecznej hierarchii i inną rolę. Ale z kronikarskiego obowiązku należy zauważyć, że nie tylko w męskich oczach ich górskie wyczyny skazane były na krytykę. Wspinające się kobiety doświadczały stygmatyzacji w oczach innych pań: były niedelikatne, okropne, a samotne – z przewodnikiem, mężczyzną – przebywanie w górach było „postrzegane z podejrzliwością”.
– „Wspinanie? To jest niematczyne”8.
Ale myli się ten, kto pomyśli, że przekonanie mężczyzn o wspinaczkowych ograniczeniach kobiet wyrażano wyłącznie bezpośrednio, w prześmiewczy czy ocierający się o mizoginię sposób. W swych publikacjach panowie potrafili uzasadnić własną wspinaczkową wyższość w białych rękawiczkach, powołując się chociażby na naturalny, biologiczny porządek natury.
W alpinistycznych publikacjach przez lata pokutowała „złota zasada” wspinaczki kobiet: nie chodź tam, skąd nie możesz zjechać na koniu, skąd nie mogą cię znieść; zasada okrawająca tym samym ich ambicje i marzenia do poziomu tras spacerowych „w drugim regionie”, czyli turystycznych. Kobiecie radzono, by delikatnie wychylała się znad skał i trwała tak do momentu, aż oswoi się z wysokością i przestanie się trząść ze strachu. W końcu we wspinaczkową „filozofię” wryło się określenie „an easy day for a lady” – łatwy dzień dla dam – opisujące te wspinaczkowe wyzwania, które wielokrotnie pokonane przez mężczyzn są łatwe, więc idealne dla pań. Co ciekawe – te z nich, które miały i chęci, i odwagę, by się wspinać trudnymi drogami, z miejsca zatracały swoją płciowość. W oczach mężczyzn traktowane były nie jak równe im kobiety, ale jak mężczyźni. Panowie nie dopuszczali do siebie myśli, że te „wzniosłe” wyzwania mogą mieć jakikolwiek kobiecy pierwiastek.
Samo wspinanie było dla kobiet nie tylko próbą rozszerzenia aktywności fizycznych na obszar gór. Relacje spisane w gazetach i książkach, wciąż powtarzane hasła: „jako pierwsza kobieta”, „pierwsze wejście” wskazują, że kierowała nimi chęć współzawodnictwa. Z drugiej strony dwie Amerykanki, uznawane dziś za pionierki wspinania kobiet – Annie Smith Peck i Fanny Bullock Workman – traktowały góry jako miejsce do manifestacji idei ruchów emancypacyjnych. Peck po udanych rekordowych wspinaczkach w Ameryce Południowej zanotowała: „Następną moją myślą było przeprowadzenie małej eksploracji, zdobycie dziewiczego szczytu, osiągnięcie takiej wysokości, na której wcześniej nie stał żaden mężczyzna”9. Ostatnie dwa wyrazy podkreśliła. Bullock Workman, mimo że podróżowała z mężem, a na koncie miała kobiecy rekord wysokości w Himalajach – 7000 m na Pinnacle Peak w 1906 roku – fotografowała się z transparentem ruchu sufrażystek, nawołującym do przyznania kobietom praw wyborczych. Elizabeth Le Blond, jedna z brytyjskich pionierek wspinania, nie przejmowała się, że swoimi górskimi obyczajami (do wspinaczki zdejmowała spódnicę, prezentując specjalne spodnie) „gorszy cały Londyn”10 – co w liście stwierdziła jej prababcia. Przejechała rowerem z Anglii do Włoch, wspinała się na Mont Blanc, w końcu na Piz Palu – z Evelyn McDonnel, co było najprawdopodobniej pierwszą w historii wspinaczką kobiet na jednej linie. No i zaliczyła też pionierskie – pośród kobiet – wspinaczki zimowe.
To wystarczyło.
„Wielu mężczyzn... w ogóle nie jest entuzjastycznie nastawionych do wspinających się kobiet i może wolałoby to robić bez nas”11 – mówiła w wywiadzie dla londyńskiego „The Daily Telegraph & Courier”. Panowie zaś wciąż dowcipkowali – częściej w dolinach niż w górach – na temat wspinających się kobiet, ale jednocześnie wyczuwało się swoisty niepokój o to, że mogą one stanąć z mężczyznami w szranki na górskim ringu.
„Myślę, że musimy mieć oddział klubu [alpejskiego] składający się z dobrze zbudowanych kobiet, ale byłoby to raczej niebezpieczne, ponieważ jaki alpinista dałby radę się oprzeć dziewczynie, która «zrobiła» Strahleck, Géant czy Weiss Thor?”12 – kpił Francis Fox Tuckett, wiceprezes brytyjskiego Alpine Club i członek Royal Geographical Society, jedna z głównych postaci złotej ery alpinizmu. Cóż, nawet atrakcyjność kobiet szła w odstawkę, gdy zagrożony mógł być męski plac zabaw.
Coś było na rzeczy, skoro pod koniec XIX wieku wspinające się panie zaczynają się pojawiać w reklamach. Brytyjski producent odzieży, Burberry, wykorzystuje wizerunek kobiety ubranej w kompletny górski strój. Stoi w triumfalnej pozie na szczycie góry – spełniona i szczęśliwa.
Na kulisy początków wspinania kobiet czasów wiktoriańskich nieco inne światło rzuca w książce Victorians in the Mountains: Sinking the Sublime Ann C. Colley, twierdząc, że w świecie wspinaczkowym męski szowinizm był znacznie mniejszy niż na nizinach – w codziennym życiu w miastach i wsiach. Colley przytacza dziesiątki pozycji literackich – artykułów i książek – autorstwa kobiet, opisujących górskie wakacje i ich wspinaczkowe doświadczenia. Owszem, w publikacjach mężczyzn kobiety jawią się często jako piąte koło u wozu, obiekt kpin, przykład słabości, nieporadności i głupoty, a tym samym stanowią „godne” tło dla dokonań mężczyzn. Często, ale nie zazwyczaj. Liczba publikacji autorstwa mężczyzn, w których piszą oni o wspinaczce z kobietami i komplementują dokonania pań lub chociaż opisują je po partnersku i neutralnie, jest ogromna. Podobnie w piśmiennictwie kobiet. Owszem, przycinają one swoje wyczyny do własnych, realnie ocenianych możliwości, ale z uprzedzeniami walczą głównie na nizinach – pośród tych, którzy gór nie znają, nie rozumieją i są zgorszeni górską aktywnością pań. Walczą tak samo z uprzedzeniami mężczyzn, jak i kobiet.
Ale w tym piśmiennictwie ważniejsze jest coś innego: skala wspinaczkowego ruchu kobiet. Wbrew powszechnej opinii, wbrew późniejszym publikacjom i utrwalanym stereotypom o braku równouprawnienia w górach – wspinających się kobiet są setki. Owszem, to wyłącznie kobiety lepiej sytuowane, bogate „przy mężu”, bo kogo i w czasach wiktoriańskich, i jeszcze przed drugą wojną światową stać było na półroczny wyjazd w Alpy – ale alpinizm tamtych czasów to sport elitarny, bez względu na płeć. Mało tego, Colley twierdzi, że liczba wspinających się wówczas kobiet jest wciąż niedoszacowana, że na początku XX wieku wspinało się znacznie więcej pań. Ale ich skromność – powiada Coley – i obawa przed ostracyzmem ze strony innych kobiet sprawiały, że nie wszystkie czuły potrzebę, by o tym pisać. Świadczą o tym liczne fotografie z wypadów górskich, które zachowały się w archiwach brytyjskiego Alpine Club, pełne wizerunków towarzyszek i wspinaczkowych partnerek mężczyzn.
Pełne damskich imion są także kroniki odnotowujące wypadki i śmierci w czasie wspinaczek.
Colley zwraca też uwagę, że istniały duże różnice w traktowaniu kobiet w górach – w zależności od ich narodowości. Okazuje się, że wrzucanie do jednego worka Szwajcarek, Francuzek i Brytyjek to historyczne nadużycie. Te ostatnie były wręcz zachęcane przez kolegów alpinistów do podejmowania górskich wyzwań i w Alpach cieszyły się poważaniem. Stanowiły „nowoczesną rasę młodych kobiet”13 – jak komplementował wspinające się panie Edward Whymper, pierwszy zdobywca Matterhornu i wynalazca sprzętu wspinaczkowego. „Okazują tyle samo nieustraszoności, opanowania i umiejętności co mężczyźni”14 – twierdził. „W żadnym innym obszarze aktywności kobieta nie jest tak całkowicie zrównana z mężczyzną jak we wspinaczce – pisała w 1908 roku Marion Leslie. – Lawiny, lodowce i szczeliny nie mają respektu dla płci”15. Jeśli jednak jednostki spośród męskiej, wspinaczkowej społeczności brytyjskich wspinaczy były przychylne wspinającym się paniom, już jako grupa, organizacja, tej przychylności nie okazywały. I trzeba było niespełna pół wieku, aby – równolegle z pierwszymi męskimi sukcesami na ośmiotysięcznikach – w górach najwyższych pojawiły się kobiety.
Wspinające się panie dolały oliwy do ognia.
Początek XX wieku jawił się niczym inne czasy, wspinanie z przewodnikiem odeszło do lamusa. Mężczyźni wspinali się samodzielnie, kobiety chciały robić to podobnie – już nie wyłącznie w roli towarzyszek mężów, ale w samodzielnych, kobiecych zespołach, próbując zmienić normy i przekroczyć granice. Wkurzał je fakt, że to faceci wciąż wydają opinię o tym, co powinny, a czego nie powinny robić w górach, co je męczy, co dodaje im uroku, a co go zabiera. Mężczyźni uzurpowali sobie prawo do decydowania o tym, co kobiety uszczęśliwia – także w górach, stąd w „zwykłych” klubach alpinistycznych, zdominowanych przez mężczyzn, miejsca dla pań nie było.
Och, w jakim byli błędzie!
Nie spodziewali się, że także kobietom może się udzielić wspinaczkowa gorączka.
A jej korzeni trzeba szukać w brytyjskim Ladies’ Alpine Club, Ladies Scottish Climbing Club ze Szkocji, szwajcarskim Swiss Ladies’ Alpine Club, brytyjskim The Pinnacle Club – kobiecych klubach wspinaczkowych, które powstały w pierwszych dwóch dekadach XX wieku – tuż obok analogicznych, wyłącznie męskich klubów.
Powstawały na przekór uporowi mężczyzn, ze wsparciem prasy.
„Od kilku lat alpinistki buntują się przeciwko zakazowi wstępu do świętych obszarów Alpine Club. Teraz postanowiły samodzielnie założyć klub, do którego mężczyźni nie zostaną wpuszczeni!”16 – ogłosił „Daily Mirror” w 1907 roku. I nie tylko, kobiece wyczyny w górach chwaliły bowiem także „Daily Telegraph”, „The Graphic”, „Daily News”, „Standard”, „Daily Chronicle” i inne periodyki. Prasa była alpinistkom przychylna.
To właśnie pośród członkiń tych górskich kobiecych organizacji zaczęły kiełkować pomysły na organizację wypraw w góry najwyższe. Panie z klubów wspinały się dotychczas albo w Alpach, albo w górach Wysp Brytyjskich. Organizowały obozy i zgrupowania, regularnie się spotykały, dyskutowały. Do klubów wprowadzały córki i synów – całe powojenne pokolenia. Na jednej linie zaczęły się wspinać matki z córkami. Zrzeszały się, bo zależało im na stworzeniu przestrzeni dla kobiecej, wolnej i pozbawionej seksizmu wspinaczki. No i chciały jeździć w góry, a z mężczyznami było to mało możliwe. Helen Jones, brytyjska alpinistka, wspominała, że jeszcze w latach sześćdziesiątych XX wieku strategią jej kolegów z uniwersyteckiego klubu wspinaczkowego w walijskim Bangor było niszczenie kobiet, które miały ambicje dołączania do poważniejszych wspinaczek, organizowanych przez ten klub. „Jasne, mieli umyślną politykę [dyskryminacji – przyp. aut.], ale już dawno temu udowodniłam, że mogę nadążyć za nimi w górach, a potem w piciu”17 – wspominała Helen. Nie pomogło. Tłumaczenia kolegów były pokrętne. „Czują się za mnie odpowiedzialni”18 – ironizowała. W końcu odpuściła i dołączyła do damskiego The Pinnacle Club.
Tymczasem w tym samym czasie za żelazną kurtyną sprawy wyglądają nieco inaczej. Bo o ile Brytyjki czy Szwajcarki mogły pisać po prośbie albo zrzeszyć się w klubie kobiet i samodzielnie zorganizować wyprawę, to dla Polek analogicznych szans nie było. Musiały się pogodzić z faktem odgórnego sterowania działalnością klubów sportowych, z powodów ekonomicznych mogły liczyć wyłącznie na dotowane przez nie wyjazdy, a co za tym idzie, musiały rywalizować z mężczyznami: wyjeżdżali najlepsi, a o parytecie płci nie było mowy.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Wanda Rutkiewicz na szczycie Mount Everestu, 16 października 1978 roku
Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.
Zapraszamy do zakupu
Krystyna Palmowska podczas ekspedycji na K2, 1982 rok
Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.
Zapraszamy do zakupu
Kinga Baranowska odsłania swoją gwiazdę w Alei Gwiazd Sportu we Władysławowie, 2014 rok
Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.
Zapraszamy do zakupu
Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.
Zapraszamy do zakupu
s. 7 fot. Wikimedia Commons / Image Science and Analysis Laboratory, NASA – Johnson Space Center
s. 15 fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe
s. 89 fot. arch. Biblioteki Kongresu, domena publiczna
s. 90 fot. © Keystone-France/Gamma-Keystone via Getty Images
s. 145 fot. PAP / PAI
s. 271 fot. PAP / Zbigniew Staszyszyn
s. 327 fot. PAP / Adam Warżawa
Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.
Zapraszamy do zakupu
Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.
Zapraszamy do zakupu
125 E. Olchowik, Dziewczęta w chmurach, „Kulisy”, 13 lipca 1969. ↩
126 J. Roguska-Cybulska, Do młodych taterniczek, „Zakopane: Organ Związku Przyjaciół Zakopanego” 1929, nr 29. ↩
127 Tamże. ↩
128 Tamże. ↩
129 J. Roguska-Cybulska, Uśmiechy Tatr i tragedia Zamarłej Turni, „Kurjer Warszawski”, 28 października 1935, nr 296. ↩
130 W. Żuławski, Sygnały ze skalnych ścian. Tragedie tatrzańskie. Wędrówki alpejskie. Skalne lato, Warszawa 1985, s. 133–145. ↩
131 J.A. Szczepański, Przygody ze skałą, dziewczyną i śmiercią, Warszawa 1956. ↩
132 I. Bujak, Kroniki TOPR, 1929. ↩
133 W. Żuławski, Sygnały..., dz. cyt., s. 133–145. ↩
134 J.A. Szczepański, Przygody ze skałą..., dz. cyt., s. 81. ↩
135 E. Olchowik, Dziewczęta..., dz. cyt. ↩
136 A. Wala, Taternicy współcześni, „Taternik” 1958, nr 2. ↩
137Skalnolodowe myśli alpinistów, taterników i ludzi, „Taterniczek” 1961, nr 11. ↩
138 Tamże. ↩
139 Tamże. ↩
140 A. Kamińska, Halina..., dz. cyt., s. 87. ↩
141Skalnolodowe myśli alpinistów, taterników i ludzi, dz. cyt. ↩
142 J. Kolbuszewski, Halina. Nota w trzydziestą piątą rocznicę śmierci Haliny Krüger-Syrokomskiej, „Góry, Literatura, Kultura” 2018, nr 11. ↩
143 E. Olchowik, Dziewczęta..., dz. cyt. ↩
144 Pismo Prezesa Zarządu KW z 10 lutego 1959 roku, archiwum PZA. ↩
145 A. Paczkowski, Od Łomnicy do Mont Blanc [w:] W skałach i lodach świata, t. 3, red. K. Saysse-Tobiczyk, Warszawa 1969, s. 28. ↩
146 Tamże. ↩
147 Z. Jurkowski, Letni sezon taternicki 1960, „Taternik” 1961, nr 1. ↩
148 J. Kolbuszewski, Halina..., dz. cyt., s. 471. ↩
149 Tamże. ↩
1 J. Hunt, Zdobycie Mount Everestu, przeł. J.J. Szczepański, Warszawa 1956, s. 6. ↩
2 Tamże, s. 221. ↩
3 M. Gugglberger, Granice we wspinaniu. Góry jako przestrzenie transgresji granic płci, „Góry, Literatura, Kultura” 2018, nr 11. ↩
4 T. Wirz, Gipfelstürmerinnen. Eine Geschlechtergeschichte des Alpinismus in der Schweiz 1840–1940, Baden 2007. ↩
5 J. Rak, Social Climbing on Annapurna: Gender in High-altitude Mountaineering Narratives, „English Studies in Canada” 2007, nr 1–2, s. 112f. ↩
6 A. Blum, Annapurna – góra kobiet, przeł. H. Urbańska, Warszawa 2014 (wyd. elektroniczne). ↩
7 Tamże. ↩
8 A.C. Colley, Victorians in the Mountains: Sinking the Sublime, Ashgate Publishing Limited, Wielka Brytania, Farnham 2010, s. 44. ↩
9 A.S. Peck, A Search for the Apex of America, Nowy Jork 1911. ↩
10 C.A. Osborne, Le Blond, Elizabeth („Lizzie”) Alice Frances (née Hawkins-Whitshed; other married names Burnaby, Main), The Dictionary of Irish Biography, https://www.dib.ie/biography/le-blond-elizabeth-lizzie-alice-frances-nee-hawkins-whitshed-other-married-names-burnaby (dostęp: 10 marca 2023). ↩
11 Tamże. ↩
12 A.C. Colley, Victorians..., dz. cyt., s. 114. ↩
13 E. Whymper, Women as Alpine Climbers, „Evening News”, 20 sierpnia 1898, nr 199. ↩
14 A.C. Colley, Victorians..., dz. cyt., s. 145. ↩
15Women Mountaineers, „STAR”, 5 września 1908, nr 9333. ↩
16 A.C. Colley, Victorians..., dz. cyt., s. 145. ↩
17 H. Jones, The Answer to a Maiden’s Prayer, „Pinnacle Club Journal” 2009–2011, nr 28. ↩
18 Tamże. ↩
8* Kurnik – niewielka szopa na podwórzu schroniska nieopodal Morskiego Oka, wykorzystywana przez mniej majętnych taterników jako miejsce noclegowe. Kiedyś były tam stajenka i drewutnia oraz inne pomieszczenia gospodarcze. ↩
9* Załoić – od słowa „łoić”, co w slangu wspinaczkowym oznacza wspinanie. Iść łoić – iść się wspinać. ↩
10* W książce z premedytacją używam określeń „wspinanie/alpinizm/taternictwo kobiet”, nie zaś „taternictwo kobiece”, które to określenie jest nielogiczne – wymagałoby używania również określenia „taternictwo męskie”. Tę formułę zaczerpnąłem od Jacka Kolbuszewskiego (1938–2022), profesora w Instytucie Filologii Polskiej Uniwersytetu Wrocławskiego, ale przede wszystkim taternika i największego w kraju znawcy literatury górskiej. ↩
11* Mit „haków Birkenmajera” to jedna z najbardziej znanych opowieści z historii polskiego taternictwa, sięgająca okresu międzywojennego. Dotyczy ona rzekomego używania, m.in. przez profesora Aleksandra Birkenmajera (historyka nauki, filozofa, ale także taternika), stalowych haków, które miały ułatwiać mu wspinaczkę w Tatrach. Opowieść ta funkcjonowała w środowisku taterników jako zarzut lub anegdota, sugerująca, że Birkenmajer osiągał niektóre cele górskie w sposób „nieczysty” – przy użyciu sztucznych środków asekuracyjnych, co w tamtym czasie było uznawane za sprzeczne z etosem wspinaczki klasycznej. Haki stały się symbolem przesady i nieuczciwości w taternictwie – próbą pójścia na skróty. ↩
12* Halina Krüger pokonała środek północnej ściany Kazalnicy, Żabią Turnię z Danutą Topczewską, „kant hakowy” Mnicha z Janiną Zygadlewicz i w końcu Płyty Wrześniaków na Zamarłej Turni – z Janiną – i drogę klasyczną na tejże turni z Danutą – ta ostatnia była symboliczna, bo przełamała mit, legendę sióstr Skotnicówien, „niesprzyjającą podejmowaniu podobnych prób”. Halina wspinała się w tym sezonie – prócz Toczki i Zygadlewicz – z Małgorzatą Surdel. ↩
13* Wyczyn kobiet przyćmiły też wydarzenia, które za chwilę miały zyskać wymiar symboliczny, stać się trampoliną polskiego taternictwa w góry wysokie. W czerwcu 1960 roku w afgański Hindukusz ruszyła złożona wyłącznie z mężczyzn polska wyprawa na dziewiczy Noszak (7492 m). Na szczycie stanęli 27 sierpnia, bijąc dotychczasowy polski rekord wysokości z Nanda Devi East z 1939 roku, ale jednocześnie dając się o dziesięć dni wyprzedzić Japończykom. Sukces w Hindukuszu skomentował Witold H. Paryski krótką konstatacją: to rozkwit polskiego alpinizmu odkrywczego. I zaznaczył, że „jakie kadry wychowa Klub Wysokogórski w Tatrach, taki będzie polski alpinizm” (zob. W.H. Paryski, Polska wyprawa w Hindukusz, „Taternik” 1960, nr 3–4). ↩
