Opis

Dwudziestosiedmioletnia Lalka Zamojska w dzień świetnie odnajduje się w korporacyjnej rzeczywistości, a wieczorami ostro imprezuje i od niechcenia łamie męskie serca. Tylko nieliczni wiedzą, że pod maską przebojowej, wyzwolonej dziewczyny młoda kobieta skrywa osobisty dramat.

Marta Wiktoria Kaszubowska (ur. w 1987 roku) mieszka w Szczecinie, który czyni miejscem akcji swoich powieści. Pracę doktorską poświęciła filozofii indyjskiej, czego echem jest jej debiutancka książka „Zapach tytoniu” oraz obecna „Brakujące ogniwo”. Jej największą pasją jest twórczość literacka i publicystyczna.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 305

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Moim Kochanym Rodzicom

PROLOG

Otumaniona głowa pulsowała od nadmiaru myśli. Powinna postąpić inaczej. Jakoś mu pomóc, pocieszyć ją, wesprzeć. Strach go jednak sparaliżował, stała w kącie pokoju i patrzyła na mężczyznę, który rozdzierająco płakał. Chociaż bardzo go kochała, nie potrafiła dokładnie określić tego, co się w niej działo. Żal mieszał się z rozczarowaniem, smutek rywalizował ze… szczęściem. Nie mogła się pozbyć emocji, która do złudzenia przypominała radość. Kiedy jednak uświadomiła sobie, że nic już nie będzie takie samo, ekscytacja ustąpiła miejsca przerażeniu. Spoglądała na powolny upadek mężczyzny tak dla niej ważnego, na jego zaczerwienioną, zbolałą twarz, słuchała zwierzęcych jęków, które wydawał, i wiedziała, że jedynym ratunkiem jest opuszczenie tego mieszkania. Przygładziła mokre od potu włosy, poprawiła podartą sukienkę i włożyła rozrzucone rzeczy do torebki.

W milczeniu opuściła mieszkanie, zostawiając tam płaszcz. Szła, potykając się o nierówny chodnik. Było późno, ciemno i pusto, taka pogoda raczej nie zachęcała do spacerów. Zbyt lekko ubrana, ze strugami tuszu na policzkach i splątanymi włosami wyglądała jak wariatka albo lunatyczka. Każdy krok sprawiał jej ból, nie wiedziała, dokąd idzie. Czuła się nieznośnie bezsilna. Wszystkie niedawne dylematy wydawały się teraz nieistotne. Nie miała już siły. Wszystko się skończyło. Wiedziała, że nie jest tu bezpieczna, dostrzegła przed chwilą paru podejrzanych typów kulących się w bramach. Wszystko jedno. Mogą ją napaść, zgwałcić, obrabować. I tak została dziś przecież ograbiona ze swojego życia.

Rozdział PIERWSZY

Znów pojawiła się w pracy jako pierwsza z teamu. Zamknęła za sobą ciężkie szklane drzwi i założyła identyfikator na szyję. Podążyła do swojego stanowiska, wymieniając przyjazne „cześć” i „hello” z mijanymi ludźmi. Czuła się dobrze w korporacji. Wcześniej słyszała wiele negatywnych opinii na temat takiej pracy: „Człowiek jak trybik w maszynie!” – grzmiały wpisy na forach internetowych, „Liczy się wynik, a nie człowiek!”, „Presja wyniku!” – dopowiadały artykuły w poważnych czasopismach. Nie zniechęciło jej to jednak do wysłania CV do szczecińskiej korporacji, która funkcjonowała w mieście od czterech lat. Skończyła historię, podczas studiów spędziła rok w Austrii, gdzie uzyskała dwa certyfikaty językowe, była szefową samorządu studenckiego. Dobra znajomość niemieckiego sprawiła, że zadzwoniono do niej dzień po wysłaniu aplikacji. Rozpoczęły się wielotygodniowe, żmudne etapy rekrutacji. Na końcu musiała zaprezentować umiejętności interpersonalne przed Szwajcarem, który plasował się bardzo wysoko w firmowej hierarchii. Sztywna z początku rozmowa w krótkim czasie przekształciła się w luźną, sympatyczną dyskusję, której pozytywnego wyniku była niemal pewna. Gdy poinformowano ją o przyjęciu do Discover Your Potential (DYP), nie okazała zdziwienia. Zawsze dostawała to, czego pragnęła. Była kobietą sukcesu, dojrzałym winogronem wśród rodzynków, dorodnym jabłkiem wśród papierówek. Zaprogramowała się na sukces.

– Lalka, skończyłaś w piątek tego case’a? – Władczy i nieco za wysoki głos Ulki wyrwał ją z zamyślenia.

– Została mi jeszcze ostatnia prosta. Mogłabyś mi przeforłardować tego maila, żebym sprawdziła, czy w niczym się nie pomyliłam?

– Dobra – sapnęła Ulka ze zniecierpliwieniem. – Pamiętaj tylko, musisz to zrobić ASAP.

Ula, dziewczyna, która szkoliła nowych pracowników, była od niej parę lat młodsza. Często przybierała protekcjonalny, pouczający ton, który doprowadzał do irytacji. Miała tendencję do rozstawiania ludzi po kątach, a team leaderka dawała na to milczące przyzwolenie. Ulka nadzorowała także postępy osób dłużej pracujących.

Lalka. Dziwne, rzadko spotykane zdrobnienie, kojarzące się ze starymi, czarno-białymi filmami czy z kobietami o pretensjonalnych manierach. Wielokrotnie dziwiła się rodzicom. Byli nowoczesnymi, racjonalnymi ludźmi. Mogli mieć w domu Kasię, Olę, Asię. Ale nie, oni woleli Eulalię. Eulalią była prababcia, kobieta postępowa i niezależna. „Taka powinna być nasza córka!” – pomyśleli w uniesieniu te dwadzieścia siedem lat temu. Pięć minut po Lalce na świat przyszedł chłopczyk, obdarzony prostym, klasycznym imieniem Konrad. Czułaby się znacznie lepiej, gdyby nazywał się równie dziwacznie jak ona. Spoglądałaby na takiego, powiedzmy, Dionizego, Ksawiera czy Teofila, wiedząc, że brat również został skrzywdzony przez rodziców.

Szybko uporała się z zadaniem i po godzinie wysłała je do klienta. Liczyła na spory bonus w tym miesiącu. Team leaderka z pewnością będzie z niej zadowolona, jak zwykle zresztą. Koło jedenastej zrobiła sobie kawę (drugą tego dnia), wyjęła z szafki przyrządzoną poprzedniego wieczoru sałatkę z pomidorów i mozzarelli i wróciła do komputera. Prawda była taka, że rzadko mogła sobie pozwolić na luksus przerwy śniadaniowej. Obowiązków ciągle przybywało, a team leaderka na każdą dłuższą pauzę reagowała alergicznie. Lalka siedziała więc przy komputerze, w pośpiechu zaspokajając głód. Przebywała w dużym pomieszczeniu zwanym open space, gdzie na jednej powierzchni funkcjonowały dwa różne teamy.

Mężczyźni w korporacji nie mogli się oprzeć jej kręconym rudym włosom, zielonym oczom i kobiecej figurze. Zadziwiające, ale to, co dawniej było jej największym kompleksem, stało się później atutem. Kiedyś nie cierpiała swojej rudości. W podstawówce dokuczano Lalce przy każdej okazji, co w niczym nie przypominało uroczych zalotów Gilberta Blythe’a do Ani Shirley. Z nadzieją patrzyła na czuprynę ojca, która z czasem zrobiła się kasztanowa. Była zahukanym, cichym dzieckiem, które miało dodatkowo problemy z dysleksją. Długo nie spotykała się z chłopakami. Wszystkich interesowały eteryczne blondynki i temperamentne brunetki, kościste rudzielce nie wpisywały się raczej w ich kanony piękna.

Zmiana nastąpiła dopiero w klasie maturalnej. Włosy ściemniały, zaczęła wyraźniej podkreślać urodę, a jej ciało nabrało bardziej krągłych kształtów. Nagle ci, którzy jeszcze parę miesięcy wcześniej ledwie obrzucali Lalkę spojrzeniem, otwarcie zaczęli okazywać jej zainteresowanie. Obiecała sobie wtedy, że nigdy już nie będzie nieśmiałą, nieopierzoną kurką – postanowienia dotrzymała. Okres przedmaturalny oraz studencki wypełniony był imprezami i ludźmi. Tak pozostało do dziś.

– Leila, can you help me, please? – nieśmiała Węgierka, która niedawno dołączyła do zespołu, miała problem z opanowaniem podstaw Excela.

– Sure. – Uśmiechnęła się do drobnej brunetki.

Nie wiedziała dlaczego, ale polskie zdrobnienie jej imienia z trudem przechodziło obcokrajowcom przez gardło. Wszyscy więc zwracali się do Lalki „Leila”. Nie pamiętała, kto pierwszy zapoczątkował tę modę, grunt że się przyjęła.

Pod koniec pracy team leaderka poprosiła wszystkich o uwagę.

– Guys, I have an announcement to make. – Usiadła na skraju biurka Ulki. – Nie chciałam wam o tym mówić wcześniej, bo nie byłam pewna, czy wszystko wypali – kontynuowała po angielsku. – W niedzielę wylatuję do Zurychu. Przenoszę się tam na stałe.

Rozległ się podekscytowany szmer.

– Why didn’t you tell us? Zawsze mówisz nam o wszystkim – zapytała z wyraźnym wyrzutem Cristina, Bułgarka z najdłuższym stażem w firmie.

– Nie chciałam zapeszać – wyjaśniła spokojnie Grażyna. – Od poniedziałku stery w grupie przejmie nowy team leader. Jest to osoba z zewnątrz, spoza firmy. Mam nadzieję, że przygotujecie mu miłe powitanie.

Decyzja Grażyny wywołała duże poruszenie. Był group hug, parę osób uroniło łzy, były też ciastka. Lalka oczywiście przyłączyła się do gorzkich żali, jęków i lamentów. Zawsze elastyczna, wiedziała, jak się zachować w tej sytuacji. Tak naprawdę jednak nigdy nie przepadała za szefową. Nienaturalna, nerwowa i apodyktyczna, wytwarzała niepotrzebne napięcie. Prawdopodobnie miała też niezdiagnozowaną manię czystości, bo bardzo często smarowała dłonie żelem dezynfekującym.

Był piątek i Grażyna zaprosiła wszystkich na imprezę do Hormona. Lalka po wyjściu z pracy prędko zjadła kebab z budki nieopodal biura i podążyła do lokalu. Hormon, zwany przez niektórych „Szmatą”, był w czasach studenckich miejscem cotygodniowych spotkań. Dobra muzyka i liczne towarzystwo wprawiały zawsze w szampański nastrój.

Część teamu zajęła już miejsca przy sześciu złączonych stolikach, a Lalka zahaczyła o toaletę. Spojrzała uważnie w lustro i raz jeszcze pociągnęła rzęsy tuszem, policzki różem, dodała błyszczyk i użyła perfum. Zwichrzyła włosy tak, że zmieniły się w pokaźne afro.

– Jesteś niezłą laską – powiedziała sama do siebie, szczerząc zęby w triumfalnym uśmiechu.

Zamówiła białe martini i wróciła do stolika, kołysząc biodrami do taktu rozbrzmiewającej z głośników piosenki.

– Słyszałam, że Grażynę ma zastąpić jakiś facet. – Natalia skorzystała z nieobecności team leaderki, by pogadać o nowej sytuacji.

– Naprawdę? – Oczy Lalki zaiskrzyły. – Mam nadzieję, że będzie z niego niezła dupeczka!

– Ale ty jesteś! – zachichotała koleżanka.

– Give me fresh meat, baby! – żartowała Lalka, rozbawiając przy tym coraz większą liczbę słuchaczy.

– Give it to me, baby! – zaczęła któraś z dziewczyn.

– Aha! Aha! – odpowiedziało parę kolejnych.

Ogólny wybuch wesołości przerwało pojawienie się Grażyny.

– Z czego tak pękacie? Chciałabym się przyłączyć! – krzyknęła z przesadnym entuzjazmem.

– Ja jestem pogrążona w smutku! – zawyła Ulka, teatralnie ocierając palcem niewidzialną łzę.

– Och, ty jedna mnie rozumiesz! – Utonęły w uścisku. – Wybacz, Karol, zapomniałam o tobie!

Grupa zauważyła wysokiego mężczyznę przyglądającemu się tej scenie miłosnej. Był wyraźnie zdegustowany zbiorową egzaltacją.

– Everyone, meet Karol Mankiewicz, your new team leader! – Wskazała dłonią przybysza. – Karol, to najlepsza, najbardziej zgrana grupa, z jaką kiedykolwiek pracowałam! Zajmij się nimi troskliwie.

– Zrobię, co w mojej mocy – odparł bez cienia uśmiechu. – Nice to meet you all – westchnął i zajął miejsce przy jednym z ostatnich stolików.

Nie wyglądał na osobę cieszącą się życiem. Obejmował dłońmi butelkę piwa, wodząc dookoła ponurym wzrokiem. Nie tak Lalka wyobrażała sobie nowego team leadera. Sądziła, że będzie to człowiek pełen zapału, energicznie uściśnie wszystkim dłonie i zapewni, jak bardzo się cieszy z tej „wspólnej przygody”. Karol wyglądał natomiast jak skazaniec w izolatce. Oczywiście, pierwsze wrażenie bywa mylne, choć coś jej podpowiadało, że szykuje się niełatwy rozdział w DYP.

– Why is he so depressed? – zastanawiała się Marta, Węgierka.

– Też się nad tym zastanawiam – podjęła Karolina. – W ogóle się z nami nie przywitał. He’s freaky.

– Cicha woda – zanuciła Natalia.

Grażyna, nieco zdesperowana singielka, ewidentnie próbowała go oczarować. Odpowiadał półsłówkami, obrzucając ją jedynie przelotnym spojrzeniem. Lalka wychyliła dwa wściekłe psy dla kurażu i ruszyła w stronę Karola.

– Pozwolisz, że się przedstawię: jestem Eulalia, ale wszyscy mówią na mnie Lalka – wyparowała, przerywając rozmowę (a raczej monolog) szefowej.

Nie zrobiła jednak na mężczyźnie żadnego wrażenia. Odchrząknął, podając jej rękę.

– Cóż, miło mi cię poznać.

– Zawsze jesteś taki spięty? – nakreśliła cudzysłów w powietrzu. Nie zamierzała odpuścić. Martini i wódka krążące w żyłach kibicowały tej decyzji.

– A ty zawsze masz taki tupet? – odparował, opróżniając dużym haustem butelkę piwa. Skierował się do baru, zostawiając ją.

„Co za bezczelny gnojek. Myśli, że pozjadał wszystkie rozumy! – wygładziła bluzkę zdecydowanym ruchem. – Pokażę mu jeszcze, gdzie raki zimują!”.

Zabawa trwała w najlepsze i Lalka podążyła na parkiet. Cudownie było odprężyć się po tygodniu ciężkiej pracy. Tomek, jeden z największych przystojniaków w teamie, nie pozostał obojętny na jej kocie ruchy i wkrótce wirowali w tańcu. Wiedziała jednak, że nie pójdzie z nim do domu. Była frywolna, pewna siebie i odważna, ale partnerów dobierała zawsze bardzo ostrożnie. Nie przyznałaby się do tego przed wyzwolonymi dziewczynami z korporacji, ale seks bez miłości dla niej nie istniał. Życie erotyczne Lalki bardzo cierpiało przez takie poglądy – ostatniego chłopaka miała półtora roku temu.

Gdy Grażyna dołączyła do grupy, szaleństwo sięgnęło zenitu. Team leaderka najpierw wcieliła się w nieśmiało pląsającą małą dziewczynkę, by później odegrać rolę rasowej femme fatale, która jednym ruchem i spojrzeniem łamie męskie serca. Wszyscy entuzjastycznie klaskali, wydawali zachęcające okrzyki, a ona czuła się jak królowa balu. Lalka zastanawiała się, na ile te reakcje są szczere, ale również płynęła na fali zbiorowej euforii.

Karol kilka minut po północy wstał z miejsca, wygładził elegancki garnitur, strój wybitnie „imprezowy”, pożegnał wszystkich krótkim: „Cześć, do poniedziałku”. Z Grażyną rozmawiał nieco dłużej, być może dogrywali ostatnie szczegóły nadchodzących zmian.

Lalka wróciła do mieszkania o czwartej rano. Już w progu poczuła słabość i mdłości. Czym prędzej pognała do łazienki. Wiedziała przecież, czym się kończy mieszanie alkoholu. Imprezowała często, zawsze potem dopadał ją ogromny, paskudny kac, połączony z dolegliwościami żołądkowymi. Uwielbiała jednak kojący, cudowny szum w głowie, gdy wlewała w siebie kolejne drinki. Szmer, który pozwalał nie myśleć o tym wszystkim. Piła więc ostro i regularnie, mimo świadomości konsekwencji.

Kiedy wyszła z toalety, zaczęło powoli świtać. Jęknęła żałośnie i położyła się na kanapie, nie zdejmując ubrania.

*

W tym miesiącu mijają dwa lata. Jak ten czas szybko leci! Siedemnastego września 2012 roku Konrad opuścił ich wspólne mieszkanie i rozpłynął się w powietrzu. Na początku Lalka nie niepokoiła się – brat był nieposkromioną duszą, człowiekiem buntującym się przeciw rzeczywistości, potrzebował przestrzeni. Wielokrotnie wyjeżdżał gdzieś na kilka tygodni, nie informując o tym rodziny. Zawsze jednak wracał, bogatszy o nowe przygody i doświadczenia. Wziął nawet kiedyś dziekankę, poświęcając rok na zwiedzanie Europy. Miał duży apetyt. Pragnął poznawać nowe miejsca, ludzi. Gdy nasycił głód, pojawiał się w domu i kontynuował przerwane podróżą życie. Oczywiście taki tryb życia odbił się na jego wynikach na studiach. Dwa razy powtarzał drugi rok, raz trzeci, do czwartego nie dobrnął. Non scholae, sed vitae discimus – mawiał.

Rodzina zaczęła się martwić o Konrada miesiąc po jego zniknięciu – tak długie milczenie było zastanawiające, nawet jak na niego. Policja podjęła szeroko zakrojone poszukiwania. Przesłuchano bliskich zaginionego, przeczesano szczecińskie lasy i zbiorniki wodne, próbowano namierzyć komórkę chłopaka. Sprawą zainteresowały się media, dzwoniły osoby, które rzekomo widziały Konrada w dniu zniknięcia lub później. Za każdym razem jednak trop był fałszywy. Nie znaleziono żadnego śladu brata Lalki.

Nie miała z nim dobrych relacji. Jeśli ktoś myślał, że wszystkie bliźniaki żyją w zgodzie i wzajemnym szacunku, szybko zmieniłby zdanie, obserwując wiecznie skonfliktowane rodzeństwo. Każdy pretekst był dobry do kłótni. Od najmłodszych lat rywalizowali o względy rodziców. Skarżyli na siebie, wytykali sobie wszystkie potknięcia i błędy. Matka i ojciec myśleli, że porywczość minie im z wiekiem. Nic bardziej mylnego. Wspólna egzystencja był dla bliźniaków katorgą – Lalka świętowała, gdy Konrad opuszczał lokum na dłużej. Dzielili przestronne mieszkanie odziedziczone po dziadku. Rodzice po wysłaniu dzieci na studia przenieśli się do niewielkiego domku pod Szczecinem.

Wielokrotnie odtwarzała w pamięci dzień zaginięcia Konrada. Rankiem poczuła charakterystyczny, słodkawy zapach wydobywający się z pokoju brata. Nie mogąc opanować narastającego gniewu, otworzyła drzwi i zobaczyła, jak chłopak leży na łóżku, paląc jointa. Już wcześniej mu się to zdarzało – za każdym razem zbywał narzekania siostry stwierdzeniem: „Daj spokój, człowiek musi się przecież czasem wyluzować”. Z „czasem” zrobiło się „często” i Lalka była poważnie zmartwiona. Słyszała, że marihuana nie jest szkodliwa, ale bądź co bądź klasyfikowano ją jako narkotyk.

– Wiedziałam, że nie uczysz się do kampanii wrześniowej! – wycedziła. – Jeśli nie masz do tego głowy, znajdź sobie jakąś pracę, ty leniu. No już, wstawaj, wyrzuć to świństwo i pomóż mi sprzątnąć chlew, który zrobiłeś wczoraj w kuchni! – Szarpnęła bratem, który nie zamierzał się ruszyć. Zarechotał złośliwie i przymknął oczy.

– Odwal się – mruknął. – Wynocha.

Lalka stanęła przed nim, trzymając ręce na biodrach. Miała ochotę rozszarpać bliźniaka.

– Piorę twoje łachy, doprowadzam mieszkanie do ładu, a ty leżysz do góry dupą i w ogóle mi nie pomagasz!

– O, wściekamy się! – zachichotał. – Mamy okres?

– Przegiąłeś! Nie chcę cię widzieć!

– Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem, siostrzyczko.

Wzięła torebkę i wyszła z mieszkania, trzaskając drzwiami. Spędziła poza domem cały dzień – wzięła w DYP wolne za nadgodziny. Spotkała się z ówczesnym chłopakiem, zrobiła zakupy ciuchowe w Galaxy, zjadła chińszczyznę w China Town, a na koniec poszła na siłownię. Wróciła późnym wieczorem, z ulgą stwierdzając, że Konrada nie ma w domu.

Z perspektywy tych dwóch lat uświadomiła sobie, że wszystkie kłótnie, które czasem urastały do rangi „konfliktu na śmierć i życie”, były w rzeczywistości małymi sprzeczkami. Pamięć wypiera złe chwile i gdy myślała o bracie, do głowy przychodziły czasem pozytywne wspomnienia. Wiele razy obronił przecież Lalkę przed szkolnymi oprawcami, pomagał w matematyce, która była dla siostry czarną magią. Parę dni przed studniówką zerwała z chłopakiem i Konrad poszedł z nią na bal, mimo że umówił się z kimś innym. Czy tak postępuje skończony egoista, pozbawiony skrupułów drań?

Nigdy nie powiedziała rodzicom o ich ostatniej rozmowie, nie potrafiła sobie poradzić z poczuciem winy. Oddałaby wszystko, by móc przytulić brata, powiedzieć, jak bardzo go kocha, przeprosić za ostatnią kłótnię przed rozstaniem. Nigdy nie straci wiary, że kiedyś będzie to możliwe. Ta wiara sprawiała, że codziennie rano wstawała z łóżka, chodziła do pracy i normalnie funkcjonowała. Co wieczór wyobrażała sobie Konrada wygrzewającego się w słońcu Goa lub surfującego gdzieś w Miami. Jego śmierci nie brała pod uwagę. Rodzice nie podzielali optymizmu Lalki. Matka i ojciec byli przekonani, że syn nie żyje, tym bardziej że policja odnalazła w jego laptopie zastanawiającą korespondencję z internautką o pseudonimie „TheSecretKey89”. Pisali o „kruchości bytu”, „wkroczeniu w inny wymiar świadomości”, „odcięciu się od tego wszystkiego”. Niestety, nie można było namierzyć tej kobiety – korzystała z kafejek internetowych rozsianych po całej Polsce.

Lalka była przekonana, że Konrad żyje, nigdy nie wykazywał skłonności samobójczych. Uciekł pewnie dokądś, by rozpocząć nowy, ciekawszy rozdział z dala od problemów i swoich bliskich. Przekonanie to nie umniejszało jednak wyrzutów sumienia. By sobie z nimi poradzić, każdą sobotę lub niedzielę poświęcała na poszukiwania brata. Dodawała uaktualnienia na stronie poświęconej jego zaginięciu, dzwoniła na policję, by zapytać o nowe tropy, przemierzała samochodem cały Szczecin, uważnie obserwując każdego samotnie błąkającego się młodego mężczyznę. Gdy miała więcej wolnego, wyjeżdżała do Warszawy, w której Konrad często bywał, i spotykała się z jego licznymi znajomymi. Denerwowała ją rezygnacja rodziców. Ojciec się załamał, matka była w stosunku do córki przytłaczająco opiekuńcza, reagowała paniką na każdą przerwę w kontaktach. Nigdy nie rozmawiali o Konradzie. Każda wzmianka o nim działała jak płachta na byka i Lalka wiedziała, że jeśli chce utrzymać poprawne relacje z rodzicami, nie powinna wspominać o bracie.

Dzisiejszy dzień również planowała poświęcić poszukiwaniom. Wstała o pierwszej, zaparzyła mocną kawę i sięgnęła po telefon.

– Dzień dobry, mówi Eulalia Zajmoska. Dzwonię w sprawie mojego brata Konrada, który zaginął siedemnastego września 2012 roku, czy…

– Dzień dobry, pani Eulalio – przerwał jej policjant. – Nic się niestety nie zmieniło w ciągu minionego tygodnia, obiecuję, że gdy wpadniemy na jakiś nowy trop, niezwłocznie panią o tym poinformujemy.

– Nikt do was nie dzwonił? Na facebookowej stronie, którą założyłam, zapisanych jest wiele osób. Nikt do was nie dzwonił? – powtórzyła pytanie.

– Tak jak mówiłem: żadnych nowości – odparł spokojnie funkcjonariusz.

Zawiedziona zakończyła połączenie. Włączyła laptopa i opublikowała wpis na Facebooku:

 

 

Jest wrzesień. Dwa lata temu ten czas nie wyróżniał się niczym szczególnym. Sytuacja uległa zmianie dopiero siedemnastego dnia miesiąca – mój brat wyszedł z naszego wspólnego mieszkania i nie widziałam go do dziś. Początkowo cieszyłam się, że nie ma ze mną tego lekkoducha. Sądziłam, że niedługo wróci albo przynajmniej się odezwie i będziemy mogli dalej drzeć koty;) Tak się jednak nie stało. Apeluję do Was: jeśli ktokolwiek go spotkał, niech da znać. Każde zgłoszenie będzie cenne dla mnie i mojej rodziny. Przypominam:

imię i nazwisko: Konrad Zamojski

wiek: 25 lat w chwili zaginięcia

zajęcie: student informatyki

data zaginięcia: 17 września 2012 roku

godzina: nieznana

miasto: Szczecin

widziany po raz ostatni: mieszkanie przy ulicy Legnickiej

wzrost: 190 cm

kolor oczu: zielone

włosy: jasny blond wpadający w rudy

znaki szczególne: sporej wielkości blizna przecinająca prawy policzek; lekko sepleniące „sz” i „cz”

ubiór: ciemnogranatowe dżinsy i szara bluza z kapturem (prawdopodobnie).

 

 

Zamknęła klapę laptopa i odetchnęła ciężko. Żołądek zaburczał, dopominając się o jedzenie. Błyskawicznie pochłonęła dwie kanapki z serem i pomidorem, na nic innego nie miała apetytu. Najchętniej nie wychodziłaby dziś z mieszkania. Chodziła smętnie w szlafroku, próbując jakoś zapełnić czas. Westchnąwszy ciężko, stanęła w drzwiach pokoju Konrada. Cieszyła się, że jej brat był takim bałaganiarzem. Dzięki temu miała wrażenie, że opuścił mieszkanie tylko na chwilę. Na podłodze walały się płyty CD, na dywanie leżała gitara, a duży fotel pełnił funkcję składowiska starych czasopism komputerowych. Przekaz był jednoznaczny – „niedługo wracam”.

Melancholię przerwało miłosne wyznanie Shakiry „Can’t remember to forget you”.

– Halo? – pociągnęła nosem.

– Well, hello, hello! – usłyszała dziarski głos Natalii.

– O, hej.

– Coś brzmisz niewyraźnie. Przeziębiona?

– Nie, nie. – Wzięła się w garść. – Skacowana.

– Witam w klubie, baby. Suszy mnie tak, jakbym przemierzyła całą pustynię. Dzwonię, żeby zapytać, czy wybierasz się na tandemy do Piwnicy Kany.

– Chętnie – rozchmurzyła się trochę. – Zupełnie o nich zapomniałam.

– Widzisz? Zawsze możesz na mnie polegać. Chciałabym, by przyszedł jakiś hot latino.

– Był taki jeden tydzień temu, a że na brak zainteresowania nie narzekał, pewnie dzisiaj też zajrzy.

– Osiemnasta, Piwnica Kany?

– Jak nie, jak tak!

– Bis dann, Schatz!

 

 

Tandemy organizowano już kilka lat. Na spotkania przychodzili Polacy i obcokrajowcy chcący porozmawiać w różnych językach. Lalka regularnie odwiedzała klimatyczny szczeciński pub, zawarła nawet kilka ciekawych znajomości. Czasami dołączała do niej Natalia.

Zaraz po Natalii zadzwoniła matka. Wyrzucała z siebie setki pytań: „O której wczoraj wróciłaś do domu?”, „Czy znowu przesadziłaś z zabawą?”, „Przyjechałaś do domu taksówką czy przyszłaś pieszo?”, „Masz dość pieniędzy na czynsz w tym miesiącu? Jeśli nie, możemy ci pożyczyć”, „Przyjdziesz jutro na obiad? Zrobię twoje ulubione lasagne!”. Lalka odrzuciła propozycję, wiedziała jednak, że mama nie da za wygraną. W końcu skapitulowała. Wizyty w domu rodziców nie należały do najprzyjemniejszych. Nie mogła znieść widoku posępnego, milczącego ojca, patrzącego na nią tak, jakby była winna zniknięciu brata, mamy siedzącej zwykle w kuchni i unikającej szczerej rozmowy. Chociaż nigdy by się do tego nie przyznali, to Konrada kochali bardziej. Mimo że nie miał głowy do nauki, obracał się w szemranym gronie hipisów i dekadentów, a jego postawa życiowa pozostawiała wiele do życzenia. Lalka nie mogła w dzieciństwie liczyć na taryfę ulgową. Zawsze więcej od niej wymagali, krytycznie oceniali podejmowane przez nią decyzje. Jeśli nastąpi kiedyś ten dzień i Konrad wróci, matka w jednej chwili przeniesie na niego całą uwagę i ciepło. Częste telefony, zabieganie o kontakt, nerwowe uściski denerwowały ją tak bardzo dlatego, że czuła się jedynie produktem zastępczym.

Rozpoczęła przygotowania do nadchodzącego wieczoru. Wzięła prysznic, mocno szorując ciało, by poprawić krążenie. Po kąpieli wyjęła z szafy brązową bluzkę odważnie eksponującą dekolt, dżinsy opinające nogi, włosy przewiązała kolorową czerwoną chustką. Jeszcze staranny makijaż i była gotowa. Zdołowana dziewczyna zniknęła, a na jej miejscu pojawiła się pełna energii imprezowiczka. Sporo ten entuzjazm Lalkę kosztował, ale cóż… nikt przecież nie chce spędzać czasu ze smutasem.

O szóstej Piwnica Kany świeciła jeszcze pustkami. Z głośników sączył się leniwie jazz, a przygaszone światła wprawiały w senny nastrój. Podeszła do barmana i razem z Natalią zamówiły słodkie, ciemne piwo, po czym zajęły miejsce przy długim stole opatrzonym etykietą „Language Tandem Meetings”.

– Ludzie zaczną się schodzić dopiero koło ósmej – westchnęła Lalka, rozglądając się dookoła.

– Spójrz na tego przystojniaka! – pisnęła nagle koleżanka.

Po krętych schodkach prowadzących do lokalu schodził właśnie młody mężczyzna o śniadej karnacji.

– Jest cały twój – wywróciła oczami, śmiejąc się w duchu.

Nieznajomy zbliżył się do nich.

– Are you here for Language Tandem Meeting?

– Yes – odpowiedziała krótko Lalka, rejestrując jednocześnie rosnący zachwyt na twarzy towarzyszki.

– Great. – Uśmiech nie schodził mu z twarzy. – I’m Vijay from India.

– Very nice to meet you! – zaszczebiotała Natalia.

Cała trójka przedstawiła się sobie i zapadło milczenie. Lalka już dawno zauważyła, że koleżanka ma inny gust. Pociągali ją ciemnowłosi, opaleni mężczyźni, pragnęła poznać jakiegoś ognistego amanta i zamieszkać w otoczonej palmami hacjendzie. Vijay to nie Latynos, ale nie można mu było odmówić egzotyki.

– So girls – rozpoczął rozmowę Hindus. – Często tu bywacie? – kontynuował po angielsku.

– Leila przychodzi tu regularnie. Ja ze zmiennym szczęściem – pospieszyła z odpowiedzią Natalia.

– Really? – wyraźnie się ucieszył. – Nice! Zaczekajcie tu, skoczę po kieliszek wina. Któraś z was ma na coś ochotę? – zapytał uprzejmie.

Pokręciły odmownie głowami. Trzeba przyznać, że był przystojny. Lalka pracowała z paroma Hindusami podczas wakacji w Anglii, ale żaden z nich nie dorównywał urodą jej nowemu znajomemu. Przyzwyczaiła się do okrągłych, pucołowatych twarzy, dużych oczu i krępych sylwetek. Vijay stanowił dla nich przyjemną przeciwwagę – smukły, wysoki i wyraźnie wysportowany, mógłby z powodzeniem występować w produkcjach bollywoodzkich.

Kana wypełniła się ludźmi dopiero o ósmej. Większość osób była w wieku studenckim; Lalka i Natalia zawyżały średnią. Na dzisiejsze spotkanie, prócz Polaków, przybył jeden Portugalczyk, dwóch Niemców, Rosjanka, cztery Francuzki, a także Hiszpan niestrudzenie szukający słowiańskiej żony. Przychodził na tandemy od wielu miesięcy i zaliczył parę krótkich romansów. Z Natalią też.

Vijay był w Polsce od paru tygodni, pracował w jednej z większych firm informatycznych w Szczecinie. Rok temu natknął się na artykuł o pewnym indyjskim biznesmenie, który rozkręcał właśnie filie swojej firmy w Europie. Działał we Francji, w Niemczech, Anglii i w Polsce. Tym ostatnim krajem Vijay szczególnie się zainteresował. O Polsce słyszał niewiele, a że lubił wyzwania, postanowił wysłać CV do oddziału firmy w mieście, którego nazwy do dziś nie potrafił poprawnie wymówić.

– How do you say it correctly?

– Hmm… Jak to wytłumaczyć…? – zastanawiała się Lalka. – You say „sz” like „Shisha”, „cz” like „Charlie” and „ci” like…

– Choli! – wykrzyknął Hindus z satysfakcją.

– What? – Natalia zrobiła zdezorientowaną minę.

Wyjaśnił, że choli to indyjska bluzka noszona pod sari.

– Shukriya. – Spojrzał na Lalkę z wdzięcznością. – Means „thank you”. – A więc… – zaczerpnął powietrza – Sz-cz-e-ci-n… – wydukał ostrożnie.

– Well done, Indian prince! – Lalka klasnęła w dłonie. – Przyznaj się: przyszedłeś tu dziś, bo szukasz żony, co? – zmieniła temat, dając mężczyźnie kuksańca.

– Skąd ten pomysł? – Rozmasował sobie bok.

– Natalia jest wolna, jakby co – wyszeptała, mrugając żartobliwie do Vijaya.

– Good to know – uśmiechnął się, bębniąc palcami w stół. – A ty?

– Patrzcie państwo! Ledwie poznał, już wyrywa! – zachichotała. – Nie lekceważ zalet mojej koleżanki. Taki maharadża jak ty od razu wpadł jej w oko.

Natalia spojrzała kokieteryjnie na Hindusa, ale on nie spuszczał wzroku z Lalki. Był rozbawiony i wyraźnie zaintrygowany. Zapytał, czy zawsze się tak zgrywa. Odparowała, że Europejki są inne niż Hinduski. Nie powinien ich postrzegać przez pryzmat indyjskiej kultury – słyszała, że tam ceni się przede wszystkim skromność, a tu jedynie przebojowe dziewczyny mają szansę na sukces. Vijay był jednak uparty, wiedział swoje.

– Jest w tobie ból. To on sprawia, że tworzysz mur wokół siebie.

Podniosła się gwałtownie.

– No… wystarczy tych psychologicznych gadek. Dopiero się poznaliśmy i sądzisz, że zdołałeś wejść mi do głowy? Ten numer ci się nie udał, hinduski królewiczu. Dość psychoanalizy na dziś.

Wyszła z Piwnicy Kany, zostawiając zdziwione jej reakcją towarzystwo.

Rozdział DRUGI

Lalka następny dzień rozpoczęła bardzo wcześnie. Była to sytuacja wyjątkowa, bo niedziele zazwyczaj spędzała w szlafroku, kursując między łazienką a łóżkiem. Ponieważ jednak wczorajszy wieczór zakończył się raptownie, alkohol nie uderzył do głowy. Czy ktokolwiek zdołałby się upić dwiema butelkami piwa?

Czuła się dziwnie. Rześka, trzeźwo myśląca, bez łomotania w głowie. Zastanawiała się, jak Natalia ocenia spotkanie z przystojnym Hindusem. Czy wróciła z nim do domu? Znając jej umiejętności uwodzenia, uważała to za prawdopodobne. Lalka westchnęła cicho. Ona była swobodna jedynie na pokaz, podczas gdy Natalia naprawdę nic sobie nie robiła z konwenansów.

O dziewiątej siedziała już w samochodzie i ruszyła w dobrze znaną trasę. Jeden z rzekomych świadków zeznał, że widział Konrada siedemnastego września, dwa lata temu, wieczorem na rogu Lindego i Traugutta.

Niezależnie od pogody, stanu zdrowia czy samopoczucia w niemal każdą sobotę lub niedzielę przemierzała ulice i czekała. Na co? Na cudowny zbieg okoliczności. Wielokrotnie wyobrażała sobie podbiegającego do niej brata. Rzucali się sobie w ramiona, przepraszali za wszystkie okropne słowa. Wciąż nosił tę starą, wytartą bluzę z kapturem, którą Lalka tak często krytykowała, a przez ramię przerzucony miał ciemnozielony, znoszony plecak.

Dziś również czekała. Na dworze było szaro i jesiennie, deszcz zacinał jak wściekły. Czasem myślała, że to nie ma sensu, ale za każdym razem, gdy widziała wysokiego szczupłego chłopaka zmierzającego w stronę Traugutta, rodziła się w niej nadzieja. Nadzieja, dzięki której mogła jakoś funkcjonować.

Wysiadła z samochodu i wyprostowała się. Kręgosłup dał o sobie znać. „Powinnam częściej korzystać z tego MultiSporta” – przemknęło jej przez głowę. Wyciągnęła z bagażnika grubą teczkę, kierując się w stronę latarni. Porozwieszała na nich uśmiechnięte zdjęcia Konrada, podobizny brata zawisły również na dwóch przystankach tramwajowych na Wojska Polskiego. Powtarzała ten rytuał regularnie i wciąż wierzyła, że w końcu dostanie jakąś istotną informację.

– Poratujesz? – usłyszała za sobą bełkotliwy głos. Należał do zaniedbanego młodego mężczyzny, który zionął alkoholem. Poczuła przebiegający przez plecy dreszcz i przez chwilę wydawało jej się, że… Zaraz jednak przyjrzała się mu dokładniej, dostrzegając, że pod brudnym granatowym kapturem kryją się czarne włosy, a zmrużone, wpółprzytomne oczy są brązowe.

– Nie… nie mam… ja… – wyjąkała i uciekła, zabierając z sobą teczkę.

Wsiadła do auta i spróbowała się uspokoić. Było tak od dłuższego czasu – gorączkowo spoglądała w twarze szczecińskich kloszardów, a oni czasem częstowali Lalkę przekleństwami. Schowała głowę w dłoniach. Czuła się strasznie samotna, nie znała nikogo, kto mógłby ją wesprzeć.

Dotarła na Legnicką w kiepskim stanie psychicznym. Miała ochotę na kieliszek wina – wprawdzie rzadko piła o tak wczesnej porze, musiała jednak dodać sobie animuszu przed spotkaniem z rodzicami.

Nie od razu go zobaczyła.

– Leila! – Siedział na murku i machał do niej.

– Oh, hey – powiedziała bez entuzjazmu, szukając kluczy w torebce. – Skąd wiesz, gdzie mieszkam?

– Natalia – odparł tylko Vijay.

No tak. Będzie próbował ją uwieść. Widziała kiedyś pewien dokument w HBO. Wystąpiły w nim Polki, które wyjeżdżały na wakacje do Egiptu i zakochiwały się w Arabach sprzedających im tanie komplementy. Hindusi to nie Arabowie, ale… słowiańska uroda działała na nich równie pobudzająco. Vijay miał na sobie brązową skórzaną kurtkę, ciemne dżinsy i rzemyki na nadgarstkach. Był rześki, świeży, miło pachnący.

– Przespacerujesz się ze mną? – zaproponował.

– No dobra…

Lalka zapytała o wczorajszy wieczór. Hindus udawał świętoszka, ale wiedziała, że żaden facet nie potrafił pozostać obojętny na powaby Natalii. Apetyczne krągłości, które eksponowała w umiejętny sposób, spojrzenie niewiniątka, wydęte usta, zmysłowy głos – wszystko to sprawiało, że faceci lgnęli do niej jak pszczoły do miodu. Utrzymywał, że zakończyli spotkanie o pierwszej i nie miało ono kontynuacji. Chciał wiedzieć, gdzie była rano.

– Miałam do załatwienia pewną sprawę – powiedziała wymijająco.

Zapadło milczenie. Wdzięki Vijaya w ogóle na Lalkę nie działały, a charakterystyczne kiwanie głową wydawało jej się karykaturalne i śmieszne. Czuła na sobie jego wzrok. Gdyby mógł, przewierciłby ją na wskroś.

– Więc… – Odetchnął głębiej. – I was thinking… może chciałabyś wpaść do mnie któregoś dnia i skosztować indyjskiej kuchni? Świetnie gotuję.

Roześmiała się, wciskając dłonie w kieszenie błękitnego płaszcza.

– Vijay… wyjaśnijmy sobie jedno: nie jestem zainteresowana, nie trać na mnie czasu. Nie warto.

Wyraźnie się speszył. Przez chwilę nic nie mówił, aż wreszcie przystanął i złapał Lalkę za ramię.

– Lubię wyzwania – oznajmił. – Zobaczysz, wkrótce zmienisz zdanie. I promise. – Pogładził ją po policzku. – Trzymaj się.

O piątej stała przed niewielkim domem rodziców. Matka otworzyła po pierwszym dzwonku.

– Córeczko! – Objęła Lalkę tak, jakby nie widziały się pół roku. – Wchodź, wchodź!

Ponieważ Aleksandra była wielbicielką wszystkiego, co buddyjskie, ściany pokryte były podobiznami dziwnych stworów, a na każdej półce stał posążek Buddy w różnych odsłonach. Twierdziła, że znajduje w tej filozofii ukojenie, regularnie medytowała, a wieczorami czytała motywujące książki napisane przez różnych mistrzów i mistrzynie.

– Nowe? – Lalka spojrzała na dużą, jasnobrązową misę tybetańską.

– Tak! – podjęła. – Kupiłam ostatnio w Trzęsaczu.

– I co? Już używałaś? – Spoglądała sceptycznie na matkę ubraną w barwną tunikę.

– Nie, ale zamierzam.

Mama organizowała w swoim gabinecie masaż misami przywiezionymi z Tybetu. Była psychologiem, ale dla relaksu i z chęci dorobienia zapraszała pacjentki również na ten rodzaj terapii. Sesje cieszyły się dużym powodzeniem.

– Przygotowałam dla ciebie wino z colą. – Pospieszyła do kuchni.

– Przyjechałam samochodem, przecież wiesz – odparła Lalka, siląc się na uśmiech.

– A, tak, tak. Wobec tego dam ci wodę z imbirem i cytryną.

Lalka patrzyła na jej sztywne ruchy, słuchała potoku słów, które z siebie wylewała. Od dwóch lat matka nienawidziła ciszy.

– Tata jest? – zapytała, czując gulę w gardle.

– Tak. – Matka odwróciła się do niej. – Tylko… nie czuje się najlepiej.

– Jak zawsze, kiedy przychodzę – mruknęła pod nosem i podążyła do jego pokoju.

Zapukała delikatnie.

– Mogę wejść? – wydała pisk pasujący bardziej do pięcioletniej dziewczynki niż do dorosłej kobiety.

– Tak – odparł krótko.

Ojciec siedział w fotelu i spoglądał w okno. Jego lekko przyprószone siwizną kasztanowe włosy były w nieładzie, a błękitna koszula dobrej marki wygnieciona. Zwrócił na Lalkę beznamiętny wzrok.

– Cześć, tato – mówiła nieswoim głosem. – Jak… jak tam? Przyszłam na obiad.

– Nijak. – Obdarzył córkę zrezygnowanym uśmiechem. – A u ciebie? – zapytał z grzeczności.

– Zjedzmy razem, to ci opowiem.

Podniósł się ciężko z siedzenia. Gdy przechodził obok, przez chwilę myślała, że ją przytuli, ale tego nie zrobił. Matka nakrywała do stołu, głośno brzękając naczyniami. Entuzjastycznie zareagowała na ich przyjście, powtarzając trzy razy, że lasagne zaraz będzie gotowa.

– Przestań gadać! Usiądźmy wreszcie! – zagrzmiał ojciec.

Rozpoczął się teatr pozorów. Lalka opowiadała o pracy, nowym team leaderze i odejściu Grażyny, matka wspomniała o wczorajszym spotkaniu w świątyni buddyjskiej na Deptaku Bogusława. Chodziła tam od dłuższego czasu, szukając odskoczni od codzienności. Nawiązała parę ciekawych znajomości i poważnie się zastanawiała nad „przyjęciem schronienia w Buddzie”.

– Oni wszyscy są tak otwarci! – kontynuowała. – Bije od nich takie światło! Chcesz jeszcze trochę wody? – zwróciła się do Lalki, ale ta pokręciła głową. – Odnalazłam prawdziwą inspirację.

– To… – szukała w głowie odpowiedniego słowa – …fajnie.

Kiedyś matka zachowywała się inaczej. Zawsze spontanicznie, ale nie tak męcząco. Spojrzała na ojca, który konsekwentnie unikał kontaktu wzrokowego. Tyle chciała mu powiedzieć. Wiedziała jednak, że nigdy się na to nie odważy. Ten doświadczony superwizor, autor kilkudziesięciu książek motywacyjnych, organizator seminariów, stracił wolę życia.

Rodzice poznali się trzydzieści lat temu, gdy mama, jako maturzystka przeżywająca kryzys osobowościowy, przychodziła do niego na terapię. Pod wpływem przyszłego męża Aleksandra zaczęła studiować psychologię, którą ukończyła z wyróżnieniem. Długo musieli ukrywać rosnącą zażyłość. Ojciec próbował racjonalizować jej zaangażowanie, a sam siebie przekonywał, że doszło do tak znanego w psychologii zjawiska przeniesienia. W końcu jednak poddali się uczuciu.

– Pracujesz nad nową książką? – zagadnęła Lalka ojca.

– Hm, tak, tak… – odparł, myślami przebywając gdzie indziej.

– O czym jest?

– O… – westchnął. – Utracie – dokończył posępnie.

Wszędzie było pełno Konrada. W każdym niewypowiedzianym słowie kryło się jego imię, szeroki uśmiech chłopaka ozdabiał fotografie wiszące w salonie, stojące na regale w sypialni rodziców. Wiedziała, że cierpieliby znacznie mniej, gdyby to ona zniknęła. Ta świadomość blokowała ją i usztywniała podczas wizyt w ich domu. Pomogła matce pozmywać, po czym usiedli przy telewizorze. Gapili się zgodnie w ekran, chichocząc czasem pod nosem. Lalka oddałaby wiele za kilka minut szczerej rozmowy, ale wyrósł między nimi mur.

– No… – Podniosła się. – Muszę już iść. Jutro do pracy.

– Zapakuję ci trochę lasagne – zaoferowała matka, przechodząc do kuchni. – Tylko żadnych „ale” – uprzedziła słowa córki. – Przecież i tak nic sobie nie ugotujesz.

Będąc już w mieszkaniu, poczuła, że całe jej ciało przeszywają dreszcze. Sięgnęła po stary rodzinny album z czasów, gdy brat był jeszcze z nimi. Nie poznawała tych roześmianych, szczęśliwych ludzi. Oczywiście, mieli wtedy różne problemy, ale… trzymali się razem.

Wiedziała, że ta więź już się nie odnowi.

*

Przed pracą wstąpiła do McDonalda po darmową poranną kawę. Promocja potrwa jeszcze tylko kilka dni, chciała więc z niej skorzystać. W miarę jak zbliżała się do błękitnego gmachu firmy, czuła narastające podniecenie. Ciekawe, czy ten nowy sobie poradzi? Pewnie nie spał całą noc i rozmyślał nad swoim życiem, z którego najwyraźniej nie jest zadowolony.

„Leszczyk” – pomyślała pogardliwie, popychając z impetem szklane drzwi open space’a. Przypadał dziś Sweet Monday, sięgnęła więc po jeden z czekoladowych batonów leżących w dużym wiklinowym koszu przy wejściu.

– Hallo, Leila! – W jej kierunku zmierzała Anna, Niemka o kościstej, bladej twarzy.

– Hallo, Anna – uśmiechnęła się Lalka. – Was hast du gemacht am Wochenende?

– Co robiłam podczas weekendu? Pojechałam do Berlina, na koncert Stinga! – pisnęła podekscytowana.

– Wirklich? Opowiadaj!

Rozmowę przerwało pojawienie się Karola.

– Hallo. – W lewej ręce trzymał parasol, a w prawej teczkę. – Du bist Anna, nicht wahr? – zwrócił się do Niemki.

– Tak jest! – zasalutowała żartobliwie.

– Und ich bin…

– Wiem. Lalka – przerwał w pół zdania, mierząc ją nieprzyjaznym wzrokiem.

– W rzeczy samej. – Strzeliła do Karola z palca wskazującego i kciuka, nie pokazując, że dotknęła ją niechęć mężczyzny.

Karol podążył w kierunku szafy, która pełniła funkcję szatni. Gdy zdejmował płaszcz, całe pomieszczenie wypełniło się dźwiękami Freelove Depeche Mode. Wyjął komórkę z kieszeni spodni i odrzucił połączenie.

– Dochodzi ósma. Gdzie wszyscy? – zapytał, odwieszając okrycie.

– Za chwilę przyjdą. Spokojna głowa – mruknęła Lalka, parząc kawę.

Rzeczywiście, punktualnie o ósmej napłynęła fala pracowników. Wszyscy łypali ciekawie na poważnego mężczyznę siedzącego w głębi sali. Przeglądał różne segregatory i przed rozpoczęciem pracy zdążył wykonać dwa calle: jeden do głównej siedziby firmy w Zurychu, drugi do Grażyny. Pięknie mówił po niemiecku. Płynnie, bez zająknięcia i z pewnością profesjonalisty. W pewnej chwili wstał z miejsca, prosząc pracowników o zgromadzenie się w oddzielnej sali, która często służyła do przeprowadzania team huddle. Jeszcze raz przedstawił się grupie, wyraził „zadowolenie oraz satysfakcję” z szansy objęcia dowodzenia i podkreślił, że ma nadzieję na efektywne współdziałanie.

Lalka miała dziś sporo spraw, jak to przy poniedziałku. Z klientami, z którymi nawiązała stałą współpracę, nie było żadnych problemów – znali jej fachowość i nigdy nie zawiedli się na wynikach. Kłopoty powstawały podczas pracy z nowymi firmami. Potrzebowały czasu, by zaufać młodej Polce. W dużej mierze pokutowały stereotypy, znikające zwykle po paru skutecznie rozstrzygniętych sprawach.

– Laaalka! – usłyszała wysoki, irytujący głos.

– Tak? – Odwróciła się do Ulki z przyklejonym uśmiechem.

– Pamiętasz o tym zaległym teście? Tym, który wszyscy pisali, gdy ty wzięłaś wolne? – Dla podkreślenia wagi słów stukała tipsem w blat biurka. Lalka wielokrotnie wyobrażała sobie, że łapie rękę trenerki i łamie jej palce. Z tipsami włącznie.

– Ależ oczywiście, you got it, babe! – Mrugnęła porozumiewawczo.

– Super. Mogłabyś go dzisiaj napisać?