Bóg na urlopie - Tomasz Kołbus - ebook
Opis

Prawdziwa gratka dla miłośników prozy Terry`ego Pratchetta i Douglasa Adamsa!

Bóg wyjechał gdzieś na urlop i nie odbiera telefonów. Piekło szykuje całej ludzkości potępienie, a Marcin, trzydziestoletni nauczyciel historii w prowincjonalnym gimnazjum, desperacko szuka dziewczyny. W zasadzie dzień jak co dzień, gdyby nie to, że Marcinowi ukazują się Archanioł Rafał oraz demon Mammon, namaszczając go na wybrańca, a przybysze z planety Bellatrix właśnie postanowili zniszczyć Ziemię…

Bóg na urlopie to napisana ze swadą, skrząca się humorem i ociekająca ironią powieść, pełna błyskotliwych dialogów i nietuzinkowych bohaterów. Autor w krzywym zwierciadle pokazuje otaczającą nas rzeczywistość, przemycając w zabawny sposób mnóstwo celnych spostrzeżeń dotyczących współczesności.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 451

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


 

 

 

Prolog

Hall Johnson drobił niezdarnie w górę krętymi schodami z za małymi stopniami. Zaprojektowano je specjalnie tak, aby były za małe na chodzenie stopień po stopniu i za duże na pokonywanie dwóch stopni na raz. Doskonale jednak spełniały swoje główne zadanie, którym było wysysanie pewności siebie i wywoływanie poczucia śmieszności korzystających z nich osób. Funkcja komunikacyjna była zupełnie drugorzędna. Schody wiły się dziesięć pięter w górę wokół szybu bardzo wygodnej windy, na której od zawsze wisiała tabliczka „Winda nieczynna”. Nieczynna winda służyła pognębieniu frustracji osób korzystających ze schodów. Tym bardziej, że zawsze jak już ktoś zaczął się wspinać po schodach, to niestrudzenie jeździła w górę i w dół, co jakiś czas zatrzymując się tuż poza zasięgiem wzroku wspinającego się oraz wydając dźwięk „ping” i odgłos rozsuwanych drzwi. Gdy osoba wspinająca zaczynała biec w górę na złamanie karku, żeby zdążyć do niej wsiąść, winda zawsze zdołała w porę się zamknąć i odjechać. Winda była nie tylko bardzo wygodna, ale i bardzo nowoczesna. W piekle od zawsze starali się iść z duchem czasu.

Hall Johnson normalnie mógłby co krok pokonywać dwa stopnie i wyglądałby tylko niezgrabnie i jakby się gdzieś śpieszył, ale wolał to od skojarzeń z koniem idącym stępa. Lecz teraz musiał iść stępa, bo był objuczony aktami, które trzymał na opuszczonych rękach i które sięgały mu powyżej nosa. Oczywiście w piekle były również komputery, pendrajwy i przenośne dyski twarde, ale nie byłoby z nich żadnego pożytku, gdyby nie to, że świadomość ich istnienia mogła wywoływać dodatkowe rozgoryczenie w osobie, która musi wnieść trzydzieści kilo akt na dziesiąte piętro. Pomniejsze demony nie mogły się nadziwić pomysłowości, dbałości o szczegóły i diaboliczności swojego władcy. Szatan kąpał się w ich admiracji, jednak większość pomysłów nie była jego. Na ziemi podobne rozwiązania już dawno wprowadziła administracja publiczna. Szatan podziwiał urzędników państwowych. Zawsze myślał o nich z rozrzewnieniem i dumą, która zwykle rozpiera rodziców obserwujących swoje dorosłe już dzieci, gdy te odnoszą w życiu sukcesy, znacznie przekraczające ich własne. A to, że administracja publiczna niby miała służyć innym ludziom pomocą, to był prawdziwy majstersztyk. Już dawno by się wypalił zawodowo, gdyby nie miał w ludziach takiej wspaniałej inspiracji.

Ktoś mógłby sobie pomyśleć, że życie po śmierci ma swoje plusy. W końcu dalej „żyje” tylko dusza, co w ogromnym stopniu upraszcza egzystencję. Odchodzą wszystkie problemy, których codziennym źródłem jest ciało. Nie pożąda się żony bliźniego swego, nie cudzołoży, nie obżera i nie męczy. Dusza sobie lata szczęśliwa we wszystkie strony, niezmordowanie przenikając materię niczym neutrina ziemię. Nie ma mowy o żadnym zmęczeniu, a myśl jest jednoznaczna z działaniem. Hall Johnson właśnie w taki sposób wyobrażał sobie życie po śmierci. To jest do czasu, aż umarł i trafił do Piekła. Ku swojemu zdziwieniu wcale nie pozbył się po śmierci ciała. Okazało się, że dusze w ciałach są znacznie łatwiejsze do opanowania, manipulacji i tortur. Żądze cielesne nigdy nie znikają, po prostu w Piekle nie da się ich zaspokoić. No i ciało męczy się fizycznie tak samo jak na ziemi. Jak Piekło, to Piekło, nikt nie mówił, że będzie lekko.

Na ósmym piętrze Hall Johnson przykucnął, położył akta na stopniu i usiadł ciężko obok. Akta niebezpiecznie zachwiały się na za wąskim schodku, szybko przytrzymał je prawą ręką, lewą wyjął z kieszeni marynarki chustkę, którą przetarł mokre, czerwone z wysiłku czoło, i zrobił trzy głębsze oddechy. Hall Johnson był za życia popularnym nowojorskim adwokatem, który uwielbiał dobrze i dużo jeść i pić. Efekt tego był taki, że lekarze często ostrzegali go, że jeśli nie schudnie i nie weźmie się za siebie, to prędzej czy później umrze na zawał. Hall nie bardzo wierzył lekarzom, do momentu aż nie umarł na zawał.

– No popatrz, mieli rację – przyznał, gdy unosił się w stronę, jak wtedy myślał, niebiańskiego światła. Po śmierci zostało mu ciało zawałowca, z wszystkimi jego niedogodnościami, z tym tylko, że nie mógł już drugi raz umrzeć na zawał. Ale sam zawał mógł mieć i miewał go regularnie. Nic przyjemnego, nawet jeśli się wie, że człowieka po wszystkim diabli nie wezmą. Zrobili to już jeden raz na tyle skutecznie, że nie muszą się powtarzać.

Hall Johnson chciał uniknąć kolejnego zawału i planował posiedzieć na schodach co najmniej pięć minut, żeby uspokoić swoje słabe, nieśmiertelne serce.

– Hall, sugeruję, żebyś ruszył swój tłusty tyłek, bo Szef się niecierpliwi. Zawał, widzisz, nie wyczerpuje repertuaru mąk piekielnych – potężny basowy głos rozległ się na klatce schodowej. Hall rozpoznał głos jako należący do jego osobistego demona stróża. To ktoś taki jak trener osobisty na siłowni, który pilnuje diety, krzyczy, żeby zrobić jeszcze jeden przysiad, gdy już na pewno wiemy, że nie damy rady, i w końcu sugeruje, w niewybrednych słowach, że jesteśmy homoseksualistą, gdy rzeczywiście nie daliśmy rady zrobić tego cholernego, dodatkowego przysiadu. Każdy w Piekle miał takiego mentora, ponieważ Piekło stawiało na kontakt indywidualny i zbliżenie z klientem.

– Już, już… idę – wysapał Hall Johnson, kucając przed stertą akt, żeby je bez zbędnego wysiłku podnieść.

– Raz, dwa, raz, dwa, ruszaj się Johnson, ty tłusta cioto! – Każdy demon stróż miał egzemplarz podręcznika instruktażowego dla trenerów osobistych z pewnej dużej ziemskiej sieci siłowni. Musieli nauczyć się go na pamięć i gorliwie wdrażać w życie przy każdej okazji.

Johnson kontynuował swoją niezgrabną wspinaczkę po wężowatych schodach przy akompaniamencie ciepłych zachęt demona stróża. Zachęty były na tyle skuteczne, że kolejny przystanek Hall zrobił sobie dopiero przed ogromnymi, ciemnobrązowymi, dębowymi drzwiami, które wieńczyły krętą klatkę schodową niczym ogromny łeb węża. Na drzwiach z ogromną dbałością o detale były wyrzeźbione różnorakie scenki, które stanowiły dla Piekła odpowiednik półki z pucharami ustawionej w pobliżu sali gimnastycznej przeciętnego liceum. Można tam zatem było znaleźć Kaina mordującego Abla, Ewę wgryzającą się w jabłko, Hitlera podpalającego Reichstag, powstanie ruchu ekologicznego, zamontowanie pierwszego fotoradaru i wiele, wiele innych wyjątków z historii ludzkości utrzymanych w tym samym duchu. Hall Johnson przystanął pod drzwiami. Drzwi, nieświadome oczekującego Halla, pozostawały nadal w najlepsze zamknięte. Hall wiedział, że powinien zapukać, ale nie miał wolnych rąk. Wiedział też, że zarówno jego demon stróż, jak i Szatan wiedzieli, że czeka pod drzwiami, i z rozbawieniem czekali na dalszy ciąg wypadków. Hall odwrócił się tyłem do drzwi, pochylił i położył akta na podłodze. Szwy na jego spodniach niepokojąco zaśpiewały. W tym samym czasie drzwi otworzyły się bezgłośnie. Znaczące, zniesmaczone chrząknięcie dobiegło do uszu Halla w momencie, gdy był zgięty pod kątem dziewięćdziesięciu stopni. Chrząknięcie mogło oznaczać wiele rzeczy, ale Hall miał nieodparte przeczucie, że było czystą esencją myśli, którą trzeba tylko rozpuścić w słowach, a która przybrałaby ostatecznie mniej więcej postać wykrzyknienia: „Co za wielkie, tłuste dupsko!”.

– Johnson, na litość boską, jesteś obrzydliwy! Zero manier! Zero! – Demon stróż pośpieszył purpurowemu Hallowi z pomocną reprymendą.

– Ja niespecjalnie… chciałem zapukać, dlatego tak… nie przez brak szacunku… – jąkał się Hall Johnson.

„Dlaczego właściwie tak się daję upokarzać? Przecież ja nigdy w życiu nikomu się nie tłumaczyłem” – mówiąc w myślach „w życiu”, Hall miał na myśli życie przed śmiercią, bo od czasu pierwszego zawału wielokrotnie już zdarzyło mu się znaleźć w bardzo niezręcznej sytuacji, w której czuł olbrzymi przymus wewnętrzny do infantylnego usprawiedliwiania się. Hall Johnson był święcie przekonany o tym, że wszystkie te sytuacje są ustawione i ich jedynym celem jest ośmieszenie go i pozbawienie pewności siebie. Żadnych prymitywnych i wulgarnych wideł ani przypalania w kotle ze smołą. Tylko wyrafinowane i finezyjne gierki psychologiczne służyły obecnie do torturowania potępionych. Dokładnie od czasu gdy Szatan wprowadził w Firmie (słowo „Piekło” budziło wiele niemodnych i niepożądanych konotacji) ład korporacyjny, a potępieni stali się szeregowymi pracownikami. Szatan widząc pierwsze efekty, kolejny raz rozpłakał się ze wzruszenia i z niedowierzaniem kręcił głową nad pomysłowością ludzi.

– Korporacje, no pewnie! Teraz to się wydaje takie oczywiste, ale czemu sam na to nie wpadłem?!

Hall Johnson zebrał się w sobie, podszedł do stosu akt z drugiej strony, żeby tym razem stać twarzą w stronę drzwi, podniósł akta i przekroczył próg. Stanął obok swojego demona stróża w czymś na kształt ogromnej poczekalni urządzonej z bizantyjskim rozmachem. Ze ścian patrzyły na niego złote płaskorzeźby, pod ścianami stały marmurowe fontanny z sikającymi diabełkami, a na suficie wisiał pokaźnych rozmiarów stiuk, który upodobniał sufit do koszmaru cukiernika. W głębi za ladą z napisem „Recepcja” siedziała zniewalająca blondynka.

– Jesteśmy przed remontem – powiedziała do rozglądającego się Halla. – Szef ma dosyć tego baroku. Teraz będzie tutaj panował minimalizm i niedopowiedzenie. – Dwa ostatnie słowa powiedziała z widoczną dumą, jakby minimalizm i niedopowiedzenie były czymś, o co od zawsze zabiegała i w końcu Szef poszedł po rozum do głowy i jej posłuchał.

– Szef jest wolny czy zajęty? – spytał demon stróż recepcjonistki z niezwykłą u niego pokorą.

– Szef jest zawsze zajęty. W końcu ma na głowie cały świat. – Recepcjonistka podniosła słuchawkę telefonu. – Szefie, mam tutaj specjalistę od HR, Melechiasza z jego podopiecznym, tym adwokatem – powiedziała do słuchawki i odczekała chwilkę, słuchając głosu po drugiej stronie. – Tak jest, natychmiast – dodała, po czym zwróciła się do Melechiasza i Halla Johnsona: – Możecie wejść. Szef na was czeka.

Hall Johnson i Melechiasz otwarli drzwi obok recepcji. Weszli do pomieszczenia z przyciemnionym światłem, gdzie po ścianach leniwie ganiały się złowrogie cienie z ciepłymi refleksami, rzucanymi przez rozpalony kominek. W głębi stało ciężkie, przytłaczające dębowe biurko z włączoną zieloną lampką. Lampka ukazywała stosy papierzysk rozrzuconych w ogromnym nieładzie, jednym z tych nieładów, które były nieładem tylko dla postronnych obserwatorów, niewtajemniczonych w bardziej skomplikowane arkana sztuki organizacji. Twórca nieładu niezmiennie wolał myśleć o nim jak o nowatorskim i skomplikowanym systemie segregacji, który z powodu swojej złożoności nie jest w pełni rozumiany przez współpracowników, współmałżonków, a w szczególności przez personel sprzątający.

Spośród papierów wyłaniała się nad biurkiem głowa Szatana. Miała tłuste, nieumyte, złote włosy i przekrwione, ale szczęśliwe oczy. Widać było, że jej właściciel ostatnio ją zaniedbał, zajęty czymś daleko ważniejszym niż higieniczny tryb życia.

– Panowie, nie chciałbym zapeszać, ale wygląda na to, że w końcu wygraliśmy – powiedział Szatan na powitanie swoich gości, nie odrywając wzroku od dokumentu, który trzymał w ręce. – A najśmieszniejsze jest to, że obyło się bez apokalipsy, wielkiej bitwy, ognia piekielnego, zastępów demonów i Antychrysta. – Szatan szczególnie cieszył się, że cokolwiek się odbyło, odbyło się bez Antychrysta, bo od dawna nie czuł się komfortowo z tym, że ktoś inny niż on będzie grał pierwsze skrzypce w ostatecznej rozgrywce. Nie po całej wieczności oczekiwania, gdy on przez cały czas odwalał czarną robotę, o nie! A tu jakiś gówniarz przychodzi sobie nagle na gotowe. Antychrystowi stanowczo dziękujemy!

– Wygraliśmy? – spytał nieśmiało Melechiasz, po czym przypomniał sobie rozdział podręcznika dla instruktorów fitness poświęcony optymizmowi, pozytywnemu wzmocnieniu i dopingowaniu do jeszcze lepszych wyników. – Hurra! Juhu! Wygraliśmy! Piątka, Szefie! – Melechiasz nachylił się nad biurkiem Szatana z otwartą dłonią uniesioną do góry w pozycji do przybicia piątki. Szatan uniósł wzrok znad papierów i przeniósł go na wiszącą w oczekiwaniu rękę Melechiasza. Po chwili, jakby uświadamiając sobie, że ręka nie jest samodzielnym bytem, znalazł wzrokiem resztę Melachiasza, żeby ostatecznie skoncentrować się na oczach. Melachiasz opuścił powoli oczy, potem rękę, wsadził ją sobie do kieszeni i żeby pokryć zmieszanie, coś nerwowo na wpół zagwizdał, na wpół zanucił i usuwając się na bok, zaczął z ogromnym zainteresowaniem przyglądać się paznokciom swojej lewej ręki. Szatan przeniósł wzrok na uginającego się pod ciężarem akt Halla Johnsona.

– Hall Johnson, prawdopodobnie najlepszy adwokat, jaki kiedykolwiek chodził po ziemi. Bez skrupułów i bez uczuć wyższych, sprytny, przebiegły i przekonywający. Tyle talentów w jednej osobie, rzecz niecodzienna. Gdzie to się wszystko mieści? Nawet jeśli ta osoba jest, hmmm… – Szatan uniósł lekko brwi – twojej postury.

Hall Johnson zastanawiał się, czy to, co powiedział Szatan, było pomyślane jako komplement, czy złośliwość w pozornym przebraniu komplementu. Nie mogąc się zdecydować, postanowił dla bezpieczeństwa zmienić temat.

– Przyniosłem te dokumenty, o które pan prosił…

– Jaki pan, jaki pan? Przecież w firmie jesteśmy wszyscy jak jedna rodzina. Mów mi po imieniu. – Szatan wprowadził ten zwyczaj mniej więcej w tym samym czasie co dżinsowe piątki.

– Więc przyniosłem te dokumenty, o które prosiłeś – nieśmiało kontynuował Hall Johnson – najokropniejsze masowe zbrodnie popełnione przez ludzkość w dwudziestym wieku. Było tego tyle, że wybrałem tylko te najkrwawsze, a i tak miałem problem z wejściem po schodach i wniesieniem ich tutaj.

– Wcale mnie to nie dziwi – powiedział z grymasem uśmiechu Szatan. Hall nie był pewien, czy go nie dziwi ludzka żądza krwi, czy to, że miał problemy z wejściem po schodach. Na wszelki wypadek postanowił bardziej uważać na to, co mówi w towarzystwie Szatana.

– Pewnie zastanawiasz się, po co mi to wszystko? Powiem ci. – Szatan usiadł wyprostowany, położył łokcie na biurku i zrobił z dłoni piramidkę. – Ale od początku. Kluczem do wszystkiego jest wolna wola. Melechiaszu, bądź tak miły i przypomnij naszemu sympatycznemu słudze Temidy koncept wolnej woli.

Melechiasz, który tylko udawał przygarbione zainteresowanie swoimi paznokciami, a naprawdę uważnie przysłuchiwał się temu, co mówi Szatan, natychmiast wyprostował się i zaczął recytować:

– Wolna wola, czyli inaczej hipotetyczna cecha świadomości, z powodu której miałoby się wybór przy podejmowaniu działania. Zagadnienie wolnej woli jest jednym z odwiecznych pytań, będących między innymi częścią etykioraz teorii bytu. Pogląd, że wolna wola nie istnieje, nazywamy determinizmem, a pogląd, że istnieje, to indeterminizm, inaczej woluntaryzm. Według pozytywizmu logicznego istnienie wolnej woli jest względne.

– Wikipedia? – spytał Szatan.

– Wikipedia – przyznał Melechiasz.

– Pozwól, Hall, że dodam coś od siebie… – Szatan zwrócił się do Halla Johnsona, który cały czas trzymał w rękach stertę akt i czuł, że za chwilę zesztywniałe palce odmówią mu posłuszeństwa.

– Czy mógłbym to tylko gdzieś postawić? Boję się, że to zaraz upuszczę i zniszczę… – Hall czuł się jak gimnazjalista, który tłumaczy nauczycielowi, dlaczego nie mógł odrobić pracy domowej.

– No pewnie, Hall! Cały czas się właśnie zastanawiałem, dlaczego uparłeś się, żeby to wszystko trzymać w rękach? – Szatan wydawał się szczerze rozbawiony zapominalstwem i roztargnieniem Halla.

„Raczej zastanawiałeś się, czy to mi wyleci z rąk, czy może jednak odważę się tobie przerwać, Szefie” – pomyślał Hall, kładąc akta koło biurka. Szatan uśmiechnął się niewinnie.

– Wolna wola, Hall, każdy człowiek ma wolną wolę i sam podejmuje decyzje. To jest wasza siła i nasze ograniczenie. Nasze, czyli moje i Boga. Taaak, nie rób takich min. Moc wszechmocnego kończy się tam, gdzie zaczyna się wolna wola. Ani Bóg, ani ja nie możemy narzucić wam, ludziom, swojej woli. Oczywiście możemy namawiać, kusić, pokazywać konsekwencje waszych decyzji, ale ostatecznie człowiek sam jest panem swojego losu. – Szatan wstał zza biurka i zaczął przechadzać się po gabinecie z rękami złączonymi z tyłu pod skrzydłami. Hall pomyślał, że dzięki skrzydłom wyglądał na wyższego, niż był w rzeczywistości.

– Widzisz, Hall, Boski Plan wydaje się być odporny na różne wariacje powstałe na skutek wolnej woli. Wydawać by się mogło, że Bóg przewidział wszystko. Zdecydujesz, że zjesz śniadanie, a będzie to miało taki sam skutek w ostatecznym rozrachunku, jakbyś zdecydował, że nie zjesz. Powiesz pewnie, że to niemożliwe, bo każda decyzja uruchamia lawinę konsekwencji, które w okamgnieniu kształtują przyszłość. Hall, całkowicie się z tobą zgadzam – to jest niemożliwe, żeby zapanować nad tyloma zmiennymi. Efekt końcowy nie może być taki sam. No chyba że oszukujesz i na bieżąco dostosowujesz rzeczywistość do wymogów Boskiego Planu. – W tym momencie Szatan uśmiechnął się i puścił Hallowi oko.

– Bóg oszukuje? – zapytał zdziwiony Melechiasz. – Myślałem, że to my jesteśmy od oszukiwania.

– Technicznie nie, bo do czasu, gdy rządzi On a nie my i On ustala zasady, to według jego zasad, czyli Boskiego Planu, to oszukiwanie jest częścią planu i zasadą. Wszystko zależy od tego, kto ustanawia reguły gry. – Szatan zwrócił się z powrotem do Melechiasza. – Jak widzisz, trudno jest nam wygrać, gdy autor przepisów, sędzia i nasz przeciwnik to jedna i ta sama osoba.

Melechiaszowi przypomniał się w tym momencie rozdział z poradnika dla trenera osobistego, który był poświęcony pesymizmowi, poddawaniu się przeciwnościom, czarnowidztwu, defetyzmowi i przygnębieniu. Rozdział ten ukazywał, jak takie przypadłości mogą szkodzić rozwojowi krzepy fizycznej wśród klientów, doprowadzać do depresji i w efekcie odbierać im chęć do ćwiczeń i wykupienia karnetu na kolejne sześć miesięcy. Rolą trenera osobistego było ostre przeciwdziałanie wszystkim tym katastrofalnym skutkom, służenie klientowi radą, pomocą, zwizualizowanie ostatecznego sukcesu, a jak to wszystko nie pomagało, to w grę wchodziło nawet ostre potrząśnięcie klientem. Można było nań nakrzyczeć, wyzywać go od „płaczków” i „cieniasów”, spytać się, czy myśli, że Pudzianowski też tak narzekał i marudził zamiast ćwiczyć i czy chce być jak Maruda ze Smerfów czy jak Pudzianowski. Jeśli to wszystko nie pomagało, dopuszczalne było wymierzenie mu siarczystego policzka, który miałby za zadanie obudzić go i przywrócić do pionu. Oczywiście tylko wtedy, jeśli trener osobisty uznał, że jest to uzasadnione i w żaden sposób nie wpłynie negatywnie na wspomniany już sześciomiesięczny abonament.

Kilka neuronów nieśmiało uaktywniło się w mózgu Melechiasza i przez głowę przebiegły mu myśli sugerujące, że Szatan jest pesymistą. Sąsiednie neurony, zazdroszcząc tym aktywnym świetnej zabawy, postanowiły się przyłączyć do imprezy.

Melechiaszowi zaświtała myśl, że w zasadzie to mógłby potrząsnąć trochę Szefem, bo nie ma chyba nic gorszego niż defetyzm idący z samej góry. „Hmmm, mógłbym go nawet spoliczkować, żeby był bardziej entuzjastyczny”.

Neuronalne party rozkręciło się na całego i każdy neuron wewnątrz czaszki Melechiasza śmigał z prędkością światła w tę i z powrotem. Jego mózg pracował teraz na pełnych obrotach i Melechiasz zdał sobie sprawę z poważnego zagrożenia dla swojej dalszej egzystencji. Zawyła syrena, włączyło się czerwone migające światło, z zakamarków świadomości wyjechała śmieciarka, podjechała szybko pod myśl o spoliczkowaniu Szatana, dwóch śmieciarzy załadowało ją na przyczepę i śmieciarka zniknęła tak samo szybko, jak się pojawiła. Melechiasz głośno przełknął ślinę i otarł kropelki potu z czoła.

– Ale tym razem sytuacja wydaje się być inna – kontynuował Szatan. – Z naszych obserwacji wynika, że w ciągu całego dwudziestego wieku nikt nie poprawiał na bieżąco rzeczywistości. Całe zło, które ludzkość popełniła, wszystkie te wasze niezależne decyzje podjęte pod wpływem wolnej woli zniszczyły totalnie Boski Plan. No, prawie totalnie. Musiałby zaistnieć bardzo nieprawdopodobny splot okoliczności, żeby go uratować.

Melechiasz stwierdził, że to jest odpowiednia chwila, żeby pomóc swojej karierze i zwiększyć szanse na awans.

– Ale, Szefie, dlaczego Bóg się nie wtrącał w dwudziesty wiek?

– Bardzo dobre pytanie, Melechiaszu – odpowiedział Szatan Melechiaszowi, którego rysy w tej chwili rozpłynęły się w błogości i samozadowoleniu. – Wszystkie nasze źródła wskazują na to, że Boga nie ma.

– Jak to nie ma? A cała bitwa z zastępami niebieskimi i strącenie nas do piekieł, a potem nieustające zmaganie się dobra ze złem i tym podobne? To z kim my właściwie walczymy? – Pewna myśl w głowie Melechiasza wygrzebała się ze śmieci i zaczęła otrzepywać ubranie.

– Nie to że w ogóle nie istnieje – Szatan wydawał się przez chwilę jakby zakłopotany – po prostu chyba wziął urlop.

– Urlop, Bóg? – Hall Johnson był pewien, że to jest jedna z tych rozmów, kiedy ktoś (w piekle najczęściej tym kimś był Melechiasz) prezentuje jakąś niedorzeczną teorię, podaje bardzo racjonalne argumenty na jej poparcie, po czym jak już Hall w końcu zaczyna przechodzić na jego stronę i zgadzać się z nim, on przyznaje, że tylko żartował, że jak można być tak głupim i łatwowiernym, żeby w coś takiego uwierzyć, i że właśnie ze śmiechu zmoczył sobie bieliznę i to jest wina Halla. No i jeszcze, że to wszystko zostało nagrane na ukrytą kamerę i że nie może się doczekać, aż spotka się z kumplami i przy piwie sobie to obejrzą. Będzie musiał wyłożyć kanapę celofanem, żeby mu kumple nie pozostawiali żółtych plam.

Hall odruchowo omiótł wzrokiem miejsca, w których mogła być ukryta kamera. Co prawda wydawało mu się mało prawdopodobne, żeby Melechiasz zaangażował samego Szatana do jednego ze swoich głupich żartów, ale na wszelki wypadek postanowił, że będzie bardzo ostrożny i wyważony w swoich sądach na temat Boga na urlopie wypoczynkowym.

– Urlop. Postanowił widocznie odpocząć od tego wszystkiego. Spakował się i wyjechał na Karaiby. Lub też raczej zrobił coś, co jest boskim odpowiednikiem spakowania, i udał w miejsce, które jest boskim odpowiednikiem Karaibów. Skąd ja mam wiedzieć, w końcu jestem tylko upadłym aniołem, nie Bogiem. – W ostatnich słowach Szatana nie było ani krzty frustracji, pobrzmiewał w nich tylko sarkazm i tryumfalizm. – W każdym razie nie ma go. Dyrektorem tego cyrku jest teraz Michał, archanioł. – Tutaj Szatan przerwał na chwilę, przystanął i przez oblicze przebiegły mu wściekłe ognie piekielne. – Ten, który mnie upokorzył wieczność temu, strącając mnie tutaj. – Szatan wyglądał na kogoś, kto sobie z tym faktem prawie już poradził i prawie przeszedł nad nim do porządku dziennego. – Cóż, do tej pory udawało im się to wszystko ukryć. Pewnie nadal byśmy nic nie wiedzieli, gdyby nie to, co się działo na Ziemi. Zaczęliśmy bliżej badać sprawę i prawda wyszła na jaw. Wygląda na to, że Michałkowi się wszystko posypało. – Szatan nie mógł odmówić sobie w tym miejscu uśmiechu.

– Czyli to znaczy, że możemy ich teraz zaatakować i będą bezbronni? – Melechiasz cały czas pracował nad swoim awansem.

– Bezbronni? Teraz są mocniejsi i czujniejsi niż kiedykolwiek. Co jak co, ale Michałowi nie można odmówić biegłości w sztuce wojskowej. Może być tępym osiłkiem, gdy trzeba być politykiem, ale na ziemi miał od wieków status boga wojny i był znany pod takimi imionami jak Trygłów, Teutates, Ares czy Mars.

– To co my z tego mamy, że Boga nie ma? – Melechiasz niechętnie musiał przyznać się do ignorancji.

– Mamy bezkrwawą rewolucję. – Szatan uśmiechnął się szeroko. – Ludzkość dokonała wyboru w dwudziestym wieku. Niebo musi uszanować jej wolną wolę. Panowie, ludzkość należy do nas. Ten fakt odwraca wszystko do góry nogami. W końcu przestaniemy być w opozycji i zaczniemy rządzić. Lud tak zdecydował. Kocham demokrację!

– Tak po prostu oddadzą nam władzę? Wrócimy do Nieba?

– Czy wrócimy do Nieba, to się jeszcze zobaczy. Możemy zrobić sobie tutaj Niebo. – Szatan miał lekko zamglony wzrok, jakby patrzył w przyszłość i opisywał co widzi. – Piekło może stać się centrum wszelkiego istnienia. A władzy to niestety tak po prostu nam nie oddadzą. Potrzebujemy armii prawników, żeby zwyciężyć. – Tutaj Szatan odwrócił się do Halla Johnsona i uśmiechnął się niemal z czułością. – Tych na szczęście mamy u nas pod dostatkiem. I to najlepszych.

Rozdział 1

– Co ja, kurwa, czytam? – powiedział Marcin do siebie, rzucając o ścianę książką, z okładki której wylewały się smoki, wróżki, jednorożce i magiczne miecze. Książka odbiła się od ściany i niewinnie upadła na półkę obok innych, z tego lub innego powodu rzuconych i nieprzeczytanych książek. Powody nieprzeczytania książek były różnorakie. Na przykład wystarczyło, że okładka była jakaś nie taka i skutecznie odstręczała Marcina, który nie mógł jej wtedy czytać na tej samej zasadzie, jak nie mógł pokazać się znajomym w skrajnie obciachowym podkoszulku z napisem typu „sex instruktor” albo „ćwiczę tylko mięsień piwny”. Nie, nie mógł czytać książek, które wprawiały go w zażenowanie swoimi brakami estetycznymi na obwolucie. Patrzył na takie książki przez długie minuty z grymasem niesmaku, co jakiś czas prychając jak niezadowolony kot. Trzymał je w ręce z malującym się wstrętem na ustach, jakby trzymał łyżkę zupy w pół drogi do ust i zauważył, że w łyżce pływa tłusta, zielonkawo połyskująca mucha. W stosunku do książek z głupimi okładkami był bezlitosny i nie odpuszczał im nigdy. Potrafił wracać do takiej książki co miesiąc, odprawić cały swój rytuał i kolejny raz zadać sobie pytanie o to, co nim kierowało przy zakupie. Były też oczywiście inne powody nieczytania książek, nierzadko nawet takie, które ocierały się o racjonalność. Niektóre książki nie były czytane, bo wydawały się mniej atrakcyjne niż inne kupione w tym samym czasie, a gdy minął odpowiedni moment na ich przeczytanie, straciły cały swój urok i świeżość i pozostawały obciążone wstydliwym wspomnieniem jak pijacki flirt z dziewczyną, na którą po trzeźwemu nie zwrócilibyśmy nawet uwagi. No i były też książki, które nie były czytane, bo według Marcina po prostu były do dupy.

– Ha, ha, ha, oczywiście nie w sensie, że do dupy jak w seksie analnym. – Marcin powtarzał znajomym regularnie ten dowcip i w myślach gratulował sobie poczucia humoru. Ale do dupy czy nie do dupy, książki tłoczyły się odrzucone na półkach i patrzyły błagalnie na Marcina, powodując u niego poważne wyrzuty sumienia.

– Spierdalać, i tak was nie przeczytam – odgrażał się książkom Marcin, udając, że jest twardzielem i nie ma wyrzutów sumienia. Ale miał wyrzuty sumienia, bo wiedział, że jeśli nie zabierze się za czytanie tego, co zalega mu na półkach, to znowu czeka go wycieczka do księgarni i godziny spędzone w niepewności na próbie kupienia czegoś, co by strawił. Wiedział też, że statystycznie szanse na to, że uda mu się kupić książkę, która mu się spodoba, są bardzo małe i że pewnie i tak po kilku godzinach okupionych bólem niezdecydowania i cierpieniem wywołanym koniecznością podjęcia jakiejś, jakiejkolwiek decyzji poniesie znowu klęskę, wróci do domu i po kilku minutach oszukiwania się i tak rzuci książkę na półkę. Książka tym samym dołączy do zgodnego chóru swoich koleżanek, które błagalnie zawodząc, będą próbowały nakłonić Marcina do przeczytania ich, tym samym powodując u niego jeszcze większe wyrzuty sumienia, które skończą się kolejną wyprawą do księgarni, kolejną kupioną książką, kolejnym lądowaniem książki na półce i ostatecznie powiększeniem chóru płaczków. Marcin zdawał sobie sprawę, że jego zachowanie nie do końca mieści się w zakresie ludzkich zachowań, które przyjęło się nazywać normalnymi. Z niepokojem sięgał trochę dalej w przyszłość, gdzie majaczyła mu już postać poważnego człowieka w okularach w stalowych oprawkach, ze spiczastą bródką w trójkąt, który dużo kiwał potakująco głową i wypytywał Marcina o jego dzieciństwo i stosunek do rodziców. Człowiek ten był ubrany w biały kitel. Człowiek ten siedział za biurkiem i był otoczony ciepłą poświatą popołudniowego słońca, które wpadało do pokoju przez okno znajdujące się za plecami rzeczonego człowieka, zatrzymując się tylko na kratach w oknach. Kraty w oknach nie podobały się Marcinowi. Znacznie zmniejszały możliwy margines ruchu przy interpretacji tej wizji. Marcin miał poważne podejrzenia, że ten człowiek może być psychiatrą pracującym w jakiejś zamkniętej i dobrze strzeżonej instytucji zdrowia psychicznego.

– Ale jak by do czegoś takiego niby miało dojść? – dociekał Marcin, idąc ulicą z księgarni z kolejną książką pod pachą. – Musiałbym najpierw kupić sobie anakondę, karmić ją moimi rodzicami, a samemu uszyć sobie strój z szyszek.

– Fajna anakonda – pomyślał sobie, mijając po chwili wystawę sklepu zoologicznego. – Ale jeszcze nie dzisiaj. Dzisiaj dam ci szansę – powiedział w kierunku swojej pachy, która namiętnie tuliła w tym momencie książkę. Odczekał chwilę, jakby się spodziewał, że książka coś odpowie, przytaknie, że tak, że dobrze robi, że nie pożałuje, że ona jest tą jedyną, że otworzy przed nim cały wszechświat nowych, stymulujących, intelektualnych bodźców, że wciągnie go w niezapomnianą przygodę i że będzie znowu tak, jakby był dzieckiem. Przystanął na chwilę, patrząc na książkę wyczekująco.

– No, dziwko, dalej, obiecuj!

Książka uparcie milczała, co zaniepokoiło Marcina, gdyż pomyślał, że skoro nic nie obiecuje, to może nie ma wiele do zaoferowania? A może to lepiej, że nie obiecuje, bo taka niby skromna a bardzo dobra i nie pyszni się zawczasu? Może chce mnie zaskoczyć? A może to już czas? Może jednak się wrócę i kupię tę anakondę?

Tego typu myśli kotłowały się Marcinowi po głowie, gdy szedł powoli chodnikiem, potykając się co chwila o nierówno ułożoną kostkę brukową. Tak go te rozważania zajmowały, że zupełnie nie zauważył zniebozstąpienia. Być może zniebozstąpienie wydaje się być słowem, które tak naprawdę nie istnieje i budzi obrzydzenie u osób po polonistyce, ale doskonale oddaje sens zstępowania z Nieba, jest zgrabnym rzeczownikiem, który zawsze można odmienić przez przypadki, jest całkowicie zrozumiały poprzez analogię do „wniebowstąpienia” i niesie w sobie odpowiedni pierwiastek sacrum. Ale do rzeczy. Oto, czego Marcin zupełnie nie zauważył, uwięziony w swoim prywatnym trójkącie bermudzkim, który akurat w tym czasie składał się z kąta numer jeden, czyli anakondy w zoologu miniętym minutę temu, kąta numer dwa, czyli jego pachy, w której mościła się niewiele po sobie obiecująca książka, która na pewno, „teraz to już na sto procent i nie mam co do tego żadnych kurwa wątpliwości” go rozczaruje, „no chyba że może, mooooże jednak nie”, i kąta numer trzy, niejako wierzchołka tej całej figury i jej wspaniałego zwieńczenia, czyli mózgu Marcina. Niebiosa rozbłysły nagle bardzo jasnym światłem, ale nie takim jasnym, jakiego by się można spodziewać, gdyby na przykład słońce zaświeciło na chwilę dziesięć razy jaśniej lub wybuchła bomba wodorowa, gdzie światło jest wypalającą oczy białością. Światło, którego świadkiem nie był Marcin zagrzebany w swoich prywatnych paranojach, było bardziej tradycyjne, żółte, jakby pochodziło z latarki z bardzo słabymi bateriami i rozchodziło się w wyraźnych, prostopadłych i promienistych liniach od swojego epicentrum. Jeśli Marcin by je zobaczył, mógłby pomyśleć, że coś mu to przypomina. Po chwili zastanowienia zorientowałby się, że takie światło widział na obrazie, który wisiał u jego babci nad łóżkiem. W epicentrum tego światła był Jezus na chmurce z sercem na wierzchu, jakby mu je dopiero co wyjął kapłan z Indiany Jonesa i Świątyni Zapomnienia. Pod Jezusem jacyś rybacy zasłaniali oczy, światło wyraźnie ich raziło. Marcin zawsze był ciekawy, czy zobaczyli Jezusa z dziwnym sercem, czy tylko zastanawiali się, co to za cholerne światło ich razi i kiedy to minie. Już jako dziecko doszedł do wniosku, że nawet Bóg nie ma lekko, gdy chce się popisać jakąś zgrabną sztuczką kardiochirurgiczną. Dodało mu to otuchy. Następnego dnia na lekcji religii Marcin powiedział księdzu, że Jezus dodaje mu otuchy. Ksiądz był bardzo zadowolony z głębokiej religijności Marcina, dał mu święty obrazek, na którym Jezus, już bez żadnych świateł, niesie małą zbłąkaną owieczkę, i powiedział mu, że jak tak dalej pójdzie, to Marcin może zostanie nawet kapłanem. Marcin wyobraził sobie znowu kapłana z Indiany Jonesa i Świątyni Zapomnienia, jak wyciąga na żywo serce z klatki piersiowej przerażonego Hindusa, uznał, że chciałby coś takiego umieć, uśmiechnął się i powiedział księdzu, że bardzo chciałby zostać kapłanem. Przez dwa kolejne lata dostawał z religii same piątki i ksiądz nie mógł się nachwalić w pokoju nauczycielskim, jaki to z niego jest dojrzały, inteligentny i rozumny chłopiec. Po dwóch latach księdza przeniesiono na inną parafię, gdzie żadne dziecko nie deklarowało, że chce zostać kapłanem, co sprawiało, że z biegiem czasu ksiądz z coraz większym rozrzewnieniem i szacunkiem wypowiadał się o swojej wcześniejszej parafii i każdemu powtarzał, gdy trochę popił, że w Miraklowicach to są bardzo dobrzy katolicy i jak on będzie szedł na emeryturę, to nie do jakiegoś domu księży emerytów, ale przyjedzie do Miraklowic i jego serdeczni przyjaciele zaoferują mu dach nad głową i godziwą strawę.

– Katolicy z Miraklowic – prawił – nie dadzą zginąć swojemu księdzu Grzegorzowi.

Katolicy z Miraklowic nic o tym nie wiedzieli, a zapamiętali księdza Grzegorza głównie jako „tego grubasa, który przeciąga w nieskończoność ogłoszenia po sumie”.

Ale wracając do zniebozstąpienia, którego świadkiem prawie że a zostałby Marcin, to oprócz niezwykłej światłości towarzyszył mu grzmot i nagły podmuch wiatru. Te dwa ostatnie zjawiska, zresztą podobnie jak i pierwsze, zarejestrowała podświadomość Marcina i bardzo się nimi przejęła. Samo światło mogła jeszcze ignorować, ale nie takie natężenie bodźców. Postanowiła zwrócić na siebie uwagę świadomości, ale zauważyła, że ta jest całkowicie pochłonięta jakąś idiotyczną książką, która i tak będzie do dupy. Podświadomość wie takie rzeczy i jakby tylko Marcin jej zaufał, gdy sięgał po książkę w księgarni, to byłby teraz w stanie zobaczyć promienie, usłyszeć grzmot i poczuć podmuch wiatru. Ale nie, on postanowił być logiczny i racjonalny przy wyborze. Teraz jednak mu już nie odpuści. Musi się do niego jakoś przebić. W umyśle Marcina zaczęły pojawić się nagle potężne tropikalne tajfuny uderzające w okno jego mieszkania. Potężne pioruny trzęsły jego domem.

– Czy ja zamknąłem okno w pokoju? – Mniej więcej tak sformułowana myśl przepchnęła się do pierwszego szeregu, po drodze kopiąc w krocze myśli typu: „słaba pierwsza strona nie oznacza, że cała książka jest do niczego” i „jakbym od razu nie wyrzucił paragonu, to mógłbym ją jeszcze oddać”. Myśl „czy ja zamknąłem okno w pokoju?” zaczęła podskakiwać, machać rękami i wykrzykiwać. Marcin nie mógł jej dalej ignorować i przystanął , żeby się jej lepiej przyjrzeć.

– Dziwne – pomyślał – dlaczego martwię się tropikalnymi tajfunami, żyjąc w do bólu umiarkowanym klimacie północnoeuropejskiego kraju?

– Co za kretyn – pomyślała podświadomość, zadowolona z dobrze wykonanej pracy i poszła sobie zrobić herbaty.

– Umiarkowany klimat północnoeuropejskiego kraju, umiarkowany klimat północnoeuropejskiego kraju… czyli tu i teraz. – Marcin z zaciekawieniem rozejrzał się dookoła siebie, jakby nigdy jeszcze nie doświadczył na własnej skórze całej gamy dobrodziejstw umiarkowanego klimatu północnoeuropejskiego kraju. Kontemplację tę w zasadzie od razu przerwał mu wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna o włosach koloru dojrzałego żyta.

– Żyto – pomyślał Marcin – bardzo dobrze rośnie w umiarkowanym klimacie północnoeuropejskiego kraju.

Mężczyzna oprócz jasnozłotych włosów miał na sobie jasnozłoty pancerz okalający tułów i coś, co na pierwszy rzut oka wydawało się Marcinowi ogromnymi, białymi skrzydłami. Co gorsza, skrzydła wyglądały jak integralna część mężczyzny w złotej zbroi i w żaden sposób nie pasowało do nich słowo „doczepiane”. Zdawały się poruszać. O ile Marcin nie miał żadnego problemu ze złotą zbroją, bo wiadomo, że rycerze, zamki oraz pola usiane gęsto trupami i przez to złota zbroja pasuje do umiarkowanego klimatu północnoeuropejskiego kraju, to skrzydła stanowiły dla niego poważne wyzwanie intelektualne.

– Husaria? – pomyślał.

Mężczyzna rozłożył skrzydła, które osiągnęły mniej więcej cztery metry rozpiętości, i zatrzepotał nimi dwa razy od niechcenia, jakby chciał je tylko rozciągnąć. Mężczyzna złożył skrzydła, przyglądając się Marcinowi jasnozłotymi oczami, w których malowało się zaciekawienie.

– Raczej nie husaria – pomyślał Marcin, odrzucając ostatni argument przemawiający za umiarkowanym klimatem północnoeuropejskiego kraju.

Mężczyzna w złotej zbroi uniósł lekko prawą brew i uśmiechnął się, zupełnie jakby umiał czytać w myślach.

– Blisko. Ale odpowiedni termin to, jak mniemam, „kawaleria” – powiedział mężczyzna w złotej zbroi. W tej samej chwili podświadomość Marcina upuściła kubek herbaty, którą się właśnie delektowała.

– Czyta w myślach! – krzyknęła. Do Marcina, który ostatnimi czasy kultywował bycie logicznym, rozsądnym i sceptycznym i dlatego udawał, że takich bzdur jak podświadomość nie posiada, a jeśli już nawet posiada, to na pewno nie będzie jej słuchał, doszły jedynie echa tego krzyku. Wystarczyły one jednak, żeby poczuł się nieswojo.

– Co? – wykrztusił, gdy jego podejrzenia przybierały coraz to bardziej złowieszczą formę.

– Powinienem był się przedstawić. Jestem Rafał. Archanioł Rafał. Musimy pogadać.

Marcin tęsknie spojrzał na anakondę w sklepie zoologicznym, która leniwie wygrzewała się w oknie wystawy.

– Najpierw musimy sobie parę spraw wyjaśnić – powiedział Archanioł Rafał profesjonalnym tonem przedstawiciela firmy ubezpieczeniowej, który wygłasza takie formułki parę razy dziennie z doskonale wystudiowaną intonacją i przyjaznym, pełnym ciepła i chęci niesienia pomocy spojrzeniem. – Po pierwsze nie jestem kolędnikiem. Takie przypuszczenia są co najmniej niepoważne. Mamy październik i nikt nie będzie wystawiał żadnych jasełek przez przynajmniej dwa miesiące. No i popatrz na to. – Archanioł Rafał zaczął machać skrzydłami i uniósł się nad ziemię. – Nie są ani doklejane, ani ze styropianu.

Myśl, że facet, który unosi się przed nim, należy do jakiejś trupy aktorskiej, była pierwszą racjonalną myślą, która przybyła na pomoc nadwyrężonej psychice Marcina. W tej chwili Marcin patrzył na nią lekko zniesmaczony, jak podkula ogon pod siebie i ze skomleniem wchodzi do budy. Archanioł Rafał delikatnie opadł na ziemię, złożył skrzydła i kontynuował.

– Do tego sam fakt, że nie musiałeś swoich wątpliwości wyrażać na głos, a ja je znam, dowodzi, jak zresztą dobrze o tym wiesz, że potrafię czytać w myślach.

Marcin nie mógł temu zaprzeczyć. Mimo że przez chwilę przypomniał sobie takiego gościa z Discovery Channel, który robił podobne triki z czytaniem myśli, to nie pamiętał, żeby tamten latał albo chociaż lewitował. Jego uwaga w poszukiwaniu racjonalności skierowała się na studiowanie najbliższego otoczenia. Stał na środku miejskiego deptaku, a obok niego przelewała się fala przechodniów. Nikt nie wydawał się zwracać uwagi na dziwnego faceta w złotej zbroi, z parą zmutowanych łabędzich skrzydeł na plecach, który unosił się w powietrzu. Jako zagorzałemu fanowi Sherlocka Holmesa natychmiast przyszły z pomocą logika i trzeźwa dedukcja. Logika skonstatowała, że niemożliwe jest, żeby miał przed sobą archanioła, bo nikt dotychczas nie udowodnił naukowo istnienia takowych. Archanioły są częścią mitologii chrześcijańskiej, żydowskiej i muzułmańskiej. Funkcjonują w naszej świadomości jako personifikacja niezwykłej potęgi boskiej i jako takie nie istnieją. A dowodem na to, że ten tutaj konkretny nie istnieje, jest to, że nikt go oprócz Marcina nie widzi. Trzeźwa dedukcja podziękowała logice za ten pomocny wstęp i zaczęła dowodzić, że skoro jest tak, jak dowiodła przed chwilą logika, to Archanioł Rafał, z którym Marcin rozmawia od kilku minut, rzeczywiście nie istnieje i jest tylko wytworem jego wyobraźni. Czyli jest częścią Marcina. Stąd też pewnie zna Marcina myśli. A żeby naprawić ten problem w Marcina głowie, wystarczy poradnia psychiatryczna i odpowiednia farmakologia. Prawdopodobnie w bardzo dużych dawkach. Dedukcja uśmiechnęła się tryumfalnie po skończonym wywodzie. Marcin też się uśmiechnął, bo z dwojga rzeczy wolał się poddać leczeniu niż zamieszkać w szałasie w lesie, jeść korę brzozową i zostać prorokiem.

Nieistniejący w świecie fizycznym wytwór wyobraźni Marcina, który przedstawił się jako Archanioł Rafał, wymierzył Marcinowi siarczysty policzek. Marcin upadł na tyłek. Kilku przechodniów z zainteresowaniem spojrzało na Marcina, który siedział na środku deptaku, trzymając się za lewy policzek.

– Co jest, kurwa? – powiedział Marcin głosem, który byłby płaczliwy, gdyby nie to, że ze zdziwienia i zaskoczenia zapomniał o tym.

– Przepraszam, ale to było konieczne. Teraz już wiesz, że jestem prawdziwy, a jakbyś za jakiś czas znowu w to wątpił, to opuchlizna na policzku ci o tym przypomni.

– Dlaczego w takim razie nikt cię widzi?! – To pytanie miało zabrzmieć, jakby było asem w rękawie, argumentem ostatecznie pogrążającym interlokutora, czyli trzecią torpedą wysłaną w kierunku Gustloffa przez sowiecki S-13. Głos Marcina jednak chciał się zrehabilitować za swoją wcześniejszą wpadkę i wbrew wyraźnym poleceniom mózgu tym razem postanowił zabrzmieć tak płaczliwie, jak to tylko możliwe. Udało mu się to wspaniale. Wysokich tonów, które Marcin z siebie wydobył, mógłby pozazdrościć niejeden kastrat. Przechodzący obok ludzie rzucili ukradkowe spojrzenie i przyśpieszyli kroku, bojąc się, że to jakiś żebrak, który poprosi ich zaraz o pieniądze, a oni będą musieli poczuć się niekomfortowo, udając, że nie słyszą albo – co gorsza – odmawiając mu.

Archanioł Rafał ujął Marcina za ramię i uniósł go w powietrze tak, że ten nie miał innego wyjścia, jak tylko stanąć na własnych nogach.

– No, już dobrze, już dobrze, przepraszam, jeśli było za mocno. – Archanioł popatrzył troskliwym wzrokiem na Marcina.

– Wcale nie za mocno, nawet nie poczułem, tylko coś mi w gardle zaschło.

– Wracając do twojego pytania, nikt inny mnie nie widzi, bo nie chcę, żeby mnie ktoś inny zobaczył. Masz mnie widzieć tylko ty. Chyba nie myślisz, że taki drobiazg to dla anioła jakiś problem? – Marcin nie myślał, że dla anioła to jest jakiś problem. Raczej ciągle zapominał, że ma do czynienia z aniołem, i myślał, że dla zwykłego człowieka mógłby to być problem.

– Cieszę się, że początkowy szok poznawczy mamy już za sobą. Teraz, gdy już zaakceptowałeś rzeczywistość taką, jaka jest, możemy spokojnie porozmawiać – powiedział Archanioł Rafał i sprezentował Marcinowi uśmiech pod tytułem „teraz już wszystko będzie dobrze”.

– Rzeczywistość taką, jaka jest, phi, chyba w głowie szaleńca – pomyślał Marcin, zanim się zorientował, że równie dobrze mógł to powiedzieć na głos.

– Naprawdę ten sarkazm jest zbędny. Ale do rzeczy. Nie będziemy rozmawiali na środku ulicy. Może u ciebie w domu?

– W domu. Dobrze, w domu. Na przystanek najszybciej dojdziemy tą ulicą, a za piętnaście minut powinno jechać 45. – To wypowiedziane przez Marcina zdanie z pozoru było zwykłym zdaniem, jakich padają codziennie setki z jego ust. Takie też było jego zamierzenie, żeby przejść nad czytającym w myślach archaniołem do porządku dziennego i zakotwiczyć się mocno w normalności. Robić zwykłe, codzienne, rutynowe rzeczy. Na przykład mówić o dogodnych trasach na przystanek autobusowy i podawać rozkłady jazdy linii numer 45. W zanadrzu, na drogę na przystanek, miał jeszcze kilka komentarzy na temat pogody. A pogoda była ostatnio bardzo typowa dla wczesnej jesieni, więc żadne osobliwości i odstępstwa od normy w takiej rozmowie nie miały prawa się zdarzyć. Jeśli chodzi o samą jazdę autobusem, to tutaj Marcin wolał unikać rozmowy z niewidzialnym Archaniołem Rafałem. Obawiał się, że ktoś znajomy może go zauważyć i pomyśleć sobie, że tak żywo gestykuluje i rozmawia z kasownikiem i jego życie towarzyskie osiągnie wtedy nowe dno.

Te wszystkie myśli przemknęły przez głowę Marcina, gdy zaczynał wypowiadać ostatnie zdanie, i dały mu prawdziwe poczucie kontroli nad własnym losem i pewność siebie. Przez dwie sekundy i osiemdziesiąt osiem setnych. Dokładnie tyle czasu zajęło Marcinowi wypowiedzenie pierwszej połowy zdania. Drugą połowę wypowiadał już w swoim pokoju i niejako z rozpędu, bo głupio by brzmiało, gdyby skończył zdanie na słowie „za”.

– Teleportacja, no tak, oczywiście… – powiedział zrezygnowany Marcin, rozglądając się po swoim pokoju.

– Teleportacja? – Uśmiechnął się rozbawiony Archanioł Rafał. – To nie Star Trek, Marcin. My się tak przemieszczamy.

– Akurat tam, skąd ja pochodzę, taki sposób przemieszczania zwykło się nazywać teleportacją. – Marcin zrobił się przemądrzały, bo bycie przemądrzałym było dla niego solidnym, znajomym gruntem.

– Czyli gdzie dokładnie, na tej wsi? – spytał niewinnie Archanioł Rafał.

Marcin posłał mu piorunujące spojrzenie, próbując doszukać się na jego twarzy śladu kpiny. To, co zobaczył, było uosobieniem niewinności i dobroci niezdolnej do takich rzeczy jak szyderstwo czy drwina.

– Na Ziemi, nie na wsi. Ale na wsi też. Na Ziemi, w przeciwieństwie do Nieba czy tam jego muzułmańskiego czy buddyjskiego odpowiednika. Skądkolwiek jesteś.

– Ok, ok, wyluzuj. Widzę, że potrzebujesz trochę więcej czasu, zanim oswoisz się całkowicie z sytuacją.

– Zanim się oswoję z sytuacją… – powiedział Marcin i pokiwał głową. Wyjrzał przez okno. Sąsiad pucował niestrudzenie swoje audi. Robił to kilka razy w tygodniu, bo był jednym z tych zmotoryzowanych zapaleńców, dla których dbanie o samochód było sensem życia. Wiaderko ciepłej wody z szamponem samochodowym. Duża gąbka, bo jest miękka, a szczotki w myjniach rysują karoserię. Powłóczyste, pełne czułości ruchy gąbką po masce. W drugim wiaderku czysta deszczówka. Deszczówka, bo miękka i nie zostawi białych plam na lakierze, nie jak ten kamienisty syf z kranu. Chlup deszczówką na namydlony fragment, żeby piana nie zaschła, bo nie spłucze się całego brudu wtedy. Znowu gąbka i pieszczotliwy petting. Znowu deszczówka.

– …hmmm, świat kręci się nadal jak dotychczas. Wszystko jest w normie, nic nadzwyczajnego się nie dzieje. Tylko ja cię widzę, to muszą być te grzybki, które miałem na obiad. Pewnie ktoś wymieszał halucynogeny z pieczarkami – pomyślał Marcin i znowu wyjrzał przez okno. Sąsiad, gąbka, piana, chlup deszczówką.

– Dotknij swojego policzka – powiedział Archanioł Rafał, wyciągnął gazetę „Wędkarz Niestrudzony” spod sterty odręcznych notatek, przypomnień, rachunków, płyt CD, płyt DVD, instrukcji obsługi różnorakich urządzeń i wydruków stron internetowych, które leżały na biurku, częściowo zasłaniając ekran komputera. Marcin spojrzał na Archanioła, jakby ten go obudził z bardzo przyjemnej drzemki i nie do końca jeszcze wiedział, co się dookoła niego dzieje.

– Policzka?

– Policzka. No, śmiało. – Archanioł Rafał usiadł na wersalce, oparł się wygodnie i zaczął kartkować „Wędkarza Niestrudzonego”. Marcin dotknął swojego policzka. Wzruszył ramionami.

– Dotknąłem i co?

– Nie ten. Drugi policzek. – Archanioł Rafał nie odrywał wzroku od „Wędkarza Niestrudzonego”.

– Au, boli! – powiedział Marcin z wyrzutem.

– Tak jak mówiłem parę minut temu, ma ci to służyć za potwierdzenie mojej realności. Prywatnie uważam, że macie w tych swoich móżdżkach za dużo systemów bezpieczeństwa wypierających wszystkie fragmenty rzeczywistości, które wam z jakichś powodów nie pasują. Hej! Patrz, jaka mocna żyłka! – Archanioł Rafał odwrócił w stronę Marcina „Wędkarza Niestrudzonego” otwartego na reklamie żyłki.

„Ultra-cienka, ultra-wytrzymała plecionka teraz już dostępna w twoim sklepie wędkarskim, dwadzieścia procent taniej!” – krzyczała czerwonymi literami reklama na rozkładówce magazynu.

– No i co z tego?

– Dobra żyłka to podstawa.

– Co z tego, że jesteś prawdziwy? Co mnie to obchodzi? Przylatujesz i bijesz mnie po twarzy, a ja nawet wierzący nie jestem.

– „Nie byłem”, chciałeś raczej powiedzieć. Z chwilą jak zaakceptowałeś moje istnienie, musisz też zaakceptować Boga, Niebo, Piekło i całą resztę. Logiczne.

– Jeszcze gorzej. Bijesz mnie po twarzy i wywracasz mój system wartości do góry nogami. Dawaj tę gazetę! – Ręka Marcina wystrzeliła w kierunku „Wędkarza Niestrudzonego”. Zacisnęła się na próżni, ponieważ Archanioł Rafał przesunął gazetę o dziesięć centymetrów w prawo. Marcin spróbował jeszcze raz, tym razem wydłużając swój zasięg poprzez pochylenie się. Na darmo, gazeta powędrowała tym razem w lewo. Wyprostował się z godnością, zaczął odwracać się do Archanioła Rafała plecami, jakby chciał odejść, po czym w akcie desperacji błyskawicznie odwrócił się raz jeszcze, wyprężył jak struna, wyciągnął przed siebie rozcapierzone dłonie i zaatakował niczym jastrząb gołębia. Znowu próżnia. Marcin stracił równowagę, zamachał rękami jak już wspomniany jastrząb skrzydłami, wygiął tułów raz do przodu, raz do tyłu i znowu do przodu, odzyskał równowagę, stwierdził, że to jest głupie, wyprostował się i westchnął. Archanioł Rafał, z łagodnym uśmiechem i zrozumieniem malującym mu się na twarzy, patrzył się na niego pytająco.

– Już?

– Już.

Marcin usiadł w fotelu obrotowym stojącym przed biurkiem, przekręcił się w stronę wersalki i Archanioła Rafała, wyciągnął nogi, zakładając prawą stopę na lewą, zaplecione dłonie położył na brzuchu, przekrzywił głowę w prawą stronę i zmarszczył czoło, unosząc brwi.

– Dobrze. Załóżmy, że grę wstępną mamy za sobą i przyjmuję do wiadomości, że ty to ty – powiedział Marcin, by za chwilę się poprawić. – Ty to anioł. To archanioł. Rafał.

– Powinieneś używać więcej czasowników. To tak na marginesie tylko, kontynuuj proszę swoją myśl – powiedział niby szeptem Archanioł Rafał, jakby w pokoju było więcej ludzi, a informacja była skierowana tylko do uszu Marcina. Marcin odruchowo się rozejrzał, nikogo innego nie dostrzegł i kontynuował swoją myśl.

– Co chciałem powiedzieć, to to, że raczej codziennie takie rzeczy się nie zdarzają. To znaczy, aniołowie nie nawiedzają ludzi regularnie. Czy się mylę? – Marcina nagle tknęły wątpliwości, bo przypomniał sobie swojego nauczyciela matematyki z liceum, pana profesora Skrzynkę. Ten zacny pedagog miał zwyczaj w trakcie tłumaczenia jakiegoś zawiłego zagadnienia matematycznego, którego mózg Marcina i jego kolegów żadną miarą pojąć nie mógł, przerwać wywód, zastygnąć w nienaturalnej pozie, jaką przyjął uprzednio, żywo gestykulując, uśmiechnąć się błogo i trwać w takim stanie przez minutę z lekko przeszklonymi oczyma. Zawsze po tym omiatał klasę nienawistnym spojrzeniem, siadał zrezygnowany za biurkiem, opierał czoło na dłoniach i powtarzał w kółko: „Dlaczego Bóg i aniołowie pańscy mnie tak pokarali?”. Do końca lekcji nie było już mowy o matematyce. Marcin zawsze myślał, że profesor Skrzynka nie był do końca szczęśliwy w swojej pracy, ale w tej chwili nabrał zgoła innych podejrzeń.

– Nie, nie mylisz się. Nie nawiedzamy ludzi regularnie. Profesor Skrzynka też nie był przez nas nawiedzany. To raczej, że tak powiem, efekt długoletniego uprawiania ugoru intelektualnego i pewna forma rozczarowania społeczeństwem w ogóle, a młodymi ludźmi, takimi jak ty wtedy, w szczególności.

– Aha – powiedział Marcin nie do końca przekonany, że wszystko właściwie zrozumiał. Dla pewności dodał: – Czyli nie nawiedzacie?

Archanioł pokręcił przecząco głową.

– No właśnie, to skąd to wyróżnienie? Dlaczego ja? Co ja mam takiego wyjątkowego, że mnie to spotkało?

Marcin od zawsze podejrzewał, że ma w sobie coś wyjątkowego i los przeznaczył mu rzeczy wielkie. Problem polegał na tym, że los o tym nic nie wiedział i jak dotychczas przeznaczał mu rzeczy bardzo zwykłe i przyziemne. Według Marcina los nie miał racji. Teraz ogarnęło go swoiste uczucie samozadowolenia i był gotowy przyjąć od Archanioła Rafała afirmację swojej wyjątkowości, jak artysta gotowy na zasłużone brawa po udanym występie.

– Nie masz w sobie nic wyjątkowego, Marcin. Dlatego cię to spotkało.

Przyglądający się wszystkiemu los pomyślał sobie, że jak zwykle miał rację i ktoś znowu wyszedł na głupka.

Marcin pomyślał sobie, że los jednak miał rację i on znowu wyszedł na głupka.

– Albo jeszcze inaczej – kontynuował Archanioł Rafał – zostałeś wybrany, bo jesteś całkiem przeciętny. Twoja wyjątkowość polega na tym, że twoja osobowość jest wspólnym mianownikiem osobowości całej ludzkości. Jeśli wrzucimy do wspólnego wora tych bardzo złych i tych bardzo dobrych, tych totalnie chorych psychicznie i tych zdrowych, tych tchórzliwych i tych odważnych, zamieszamy mocno i wyciągniemy z ich cech charakteru jedną, uśrednioną wartość, to otrzymamy twoją naturę.

Marcin w ciszy trawił słowa archanioła. Nie mógł się zdecydować, czy to dobrze, że jest wyjątkowo niewyjątkowy, czy też nie. W zasadzie zawsze to coś, w czym się wyróżnia. Od kiedy pamiętał, chciał się w czymś wyróżniać i być najlepszy. No i w końcu się opłaciło. Lata zaniechań, braku wysiłku i systematyczności, jakichkolwiek czynności kształtujących charakter i nieobecność własnej inicjatywy jednak wydały słodkie, soczyste owoce sukcesu. Ma to swoje „naj”, na które czekał od chwili zdobycia samoświadomości. Stwierdził, że nie ma na co narzekać. Szklanka do połowy pełna. Mogło być gorzej, znacznie gorzej. Nie musiał być przecież najprzeciętniejszy. Mogli go na przykład wylosować.

– Oczywiście musisz zdawać sobie sprawę z tego, że zostałeś wylosowany. – Archanioł Rafał jednym zdaniem znokautował Marcina. – Na Ziemi żyje siedem miliardów ludzi i nie było żadnego problemu, żeby znaleźć więcej takich jak ty. Uzbierało się was kilka tysięcy. Musieliśmy jakoś wybrać tego jedynego. Głowa do góry. Los się do ciebie uśmiechnął. – Archanioł Rafał też się w tej chwili uśmiechnął, ale nie powiedział całej prawdy co do losu, bo ten z kolei tak naprawdę się nie uśmiechnął, ale raczej szyderczo skrzywił. Archanioł Rafał stwierdził, że nie ma co tak dokładnie informować Marcina o jego losie i powinien mu wystarczyć jego bardzo ogólny zarys. W końcu żaden przeciętny człowiek tak naprawdę nie chce poznać swojego losu.

Marcin jak każdy przeciętny człowiek posiadał mechanizm obronny pozwalający mu zaadaptować się do pogarszających warunków i wytłumaczyć sobie, że nie jest najgorzej. Marcin miał jednak ten problem, że logika często wtrącała się w działanie mechanizmu obronnego i pozbawiała go tak potrzebnych w danej chwili złudzeń. Wszystko to zadziałało i tym razem, a wyglądało to mniej więcej tak:

– Co prawda nie jestem „naj”, ale trzeba przyznać, że zostałem wybrańcem losu. Wybrańcem. Jak Neo z Matrixa. Albo Jezus. Z Biblii. Marcin Malinowski, wybraniec. Hmm, ciekawe, czy mam dobrą passę. Muszę kupić totolotka. I uderzyć do Anety. Uuuuh, Aneta… Wybrańcowi przecież nie odmówi. Po raz kolejny. Randki przynajmniej. Ciekawe, czy da się z tego żyć? Pani dyrektor, zwalniam się! Dlaczego, pani pyta? Zostałem wybrańcem. Chyba nie spodziewa się pani, że wybraniec będzie pracował za połowę średniej krajowej i jadł na długiej przerwie kluski z serem w szkolnej stołówce? Ja jestem ponad to, mnie dotyczą teraz sprawy fundamentalne, ja, proszę pani, rozmawiam z archaniołami! Jakimi? Archaniołem Rafałem na przykład. Gdzie on jest? Tutaj, obok mnie. Wiedziałem, że pani to powie, ale on jest akurat niewidzialny. Nie, to nie jest żaden dogodny zbieg okoliczności. Tak się składa, że ja go widzę, bo jestem wybrańcem, a pani nie jest. Nie będę brał żadnego urlopu zdrowotnego, bo czuję się świetnie!

– Muszę się napić. – Marcin spojrzał zbolałym wzrokiem na Archanioła Rafała.

– Oczywiście. Przy piwie lepiej się rozmawia – odparł Archanioł Rafał i w tej samej chwili znaleźli się w ulubionym pubie Marcina. A właściwie pizzerii, która serwowała również piwo. Piwo i kebaby. Pizzeria nazywała się „Świniarnia”, bo mieściła się w dawnym budynku spółdzielni rolniczej, w którym hodowano świnie. Właściciel nie silił się na oryginalność, wymyślając nazwę.

– Dwa Mocne poproszę – Archanioł Rafał zwrócił się do kelnerki stojącej za barem. Kelnerka bez słowa otworzyła dwie butelki Mocnego, wlała do kufli i postawiła przed Archaniołem Rafałem.

– Osiem złotych.

– Masz może jakieś pieniądze? – zapytał Archanioł Rafał Marcina, po czym dodał do kelnerki: – Znowu zapomniałem portfela. Ale ze mnie gamoń.

Kelnerka uśmiechnęła się wyrozumiale do Archanioła Rafała i zaczęła wyczekująco patrzeć na Marcina. Ten z nieszczęśliwą miną sięgnął po portfel i odliczył należność za piwo.

– To by było na tyle, jeśli chodzi o to, czy da się żyć z bycia wybrańcem – pomyślał, chowając portfel do kieszeni. Archanioł Rafał przyłożył kufel do ust i pociągnął głęboki haust bursztynowo złocistego płynu. Kelnerka uśmiechnęła się z aprobatą i powróciła do własnych zajęć, przestając zwracać uwagę na nowych gości.

– Kelnerka cię widzi – powiedział Marcin z wyrzutem, bo miał ogólne poczucie niesprawiedliwości.

– Widzi, ale nie jako archanioła, tylko zwyczajnego człowieka. Tak będzie nam łatwiej rozmawiać, bo nikt ci nie będzie mówił, żebyś ściszył głos, przestał gestykulować i nie straszył już innych klientów, rozmawiając ze swoim niewidzialnym przyjacielem i tak w ogóle to już wystarczająco dużo wypiłeś i może czas, żebyś poszedł do domu się przespać.

Scenariusz, który przedstawił Archanioł Rafał, nie różnił się bardzo od scenariusza typowego sobotniego wieczoru i Marcin nie dostrzegał minusów takiego biegu zdarzeń, mimo że miał świadomość, iż jego rozmówca takowe widzi. Nie chcąc brnąć dalej w ten temat, kiwnął przytakująco głową i napił się piwa. Archanioł Rafał podszedł do pierwszego wolnego stolika, usiadł przy nim i kiwnął na Marcina, żeby ten do niego dołączył. Marcin posłusznie skierował swoje zrezygnowane kroki w kierunku stolika.

– No więc do rzeczy. Oto, co powinieneś wiedzieć. Boga nie ma. Bóg odpuścił sobie na jakiś czas ten wszechświat. Może na zawsze, może na trochę. Nikt nic nie wie na pewno. Nikt też nie wie dlaczego. Jedni twierdzą, że uznał, iż jego dzieło jest już kompletne i doskonałe. Inni, że miał już wszystkiego dosyć i stwierdził, że tego bagna, jakie widzisz dookoła, nic już nie uratuje. Do mnie nie przemawia ani pierwsze wytłumaczenie, bo bez jaj, kto jak kto, ale Bóg widzi jaki tutaj jest burdel – Marcin z zainteresowaniem rozejrzał się po „Świniarni”, bo słowo „burdel” było jednym ze słów kluczy, które wyostrzały jego uwagę i zmysły; nie znalazłszy nic, co tradycyjnie kojarzyło mu się z tym słowem, z powrotem przykuł wzrok do Archanioła Rafała. W końcu skąd by nagle w „Świniarni” miała się niby znaleźć goła dziwka? – ani drugie, bo jak wszyscy wiedzą, Szef jest wszechmocny i może zrobić z rzeczywistością co tylko zechce. A nawet jakby tak nie było, to jeszcze nie widziałem Szefa w depresji. – Archanioł Rafał podniósł kufel do ust, napił się trzy łyki i cicho beknął.

– Rozumiem, że jest jeszcze jakaś inna ewentualność? – Marcin wiedział, że Archanioł Rafał powie mu o jeszcze jakiejś innej ewentualności prędzej czy później, ale jako dobrze wychowany człowiek postanowił przenieść część ciężaru konwersacji na siebie.

– Jest. Ja i większość moich kolegów jesteśmy przekonani, że ta ewentualność jest najbardziej prawdopodobna. Wierzymy, że to jest celowe zagranie Boga, kolejna próba, następny rozdział w Wielkim Boskim Planie.

– Że Bóg tak udaje tylko, że go nie ma, ale tak naprawdę gdzieś tam zanosi się ze śmiechu, widząc, jakie głupie teorie wymyślacie z kolegami?

– Coś w tym stylu. Ale nie chodzi mu tylko o zrobienie kawału. Jeśli wyobrazisz sobie zmagania dobra ze złem jako regularną wojnę w wydaniu dziewiętnastowiecznym, to jest to pozorowana ucieczka, która ma wpędzić wroga w pułapkę i sprawdzić lojalność twoich sprzymierzeńców. Taki wybieg taktyczny.

– Rozumiem, ale co z tego wynika dla mnie? – powiedział zaniepokojony Marcin, gdyż każda wojna interesowała Marcina tylko o tyle, o ile mogła zagrozić jego egzystencji i dobrostanowi.

– A dla ciebie, jak i dla całej ludzkości, wynika z tego to, że przez ostatni wiek nikt nie naprawiał waszych błędów i nie starał się nakierować was na właściwą ścieżkę. Jednym słowem, oddaliście ogromną przysługę Szatanowi, który teraz uważa, że w swojej naturze macie zło a nie dobro, jesteście tak naprawdę bandą zezwierzęconych morderców i Bóg się co do was pomylił. Ale on, Szatan, jest gotowy was przygarnąć jako te dziatki marnotrawne. – Archanioł Rafał dopijał resztki piwa z kufla i coraz bardziej widać było, że nie ma ono na niego obojętnego wpływu.

– Idę po drugie piwo. Też ci wziąć? – Archanioł Rafał wstał z pustym kuflem w dłoni. Marcin pokręcił przecząco głową, unosząc lekko swój nieopróżniony kufel. Archanioł zrobił dwa kroki w kierunku baru, ale nagle zatrzymał się, jakby czegoś zapomniał, odwrócił się na pięcie i rzucił Marcinowi: – Cztery złote potrzebuję.

Marcin niechętnie wyjął portfel, odliczył cztery złote drobniakami, zgarnął malutki kopczyk monet ze stołu na prawą rękę i podał je lekko wstawionemu archaniołowi.

– Jak tak dalej pójdzie, to już więcej pieniędzy dziś wieczorem na niego nie stracę. Po drugim piwie będzie leżał pod stołem – pomyślał Marcin, przesypując drobniaki do ręki archanioła.

– Słyszałem to. Jestem pijany, bo chcę być pijany. W każdej chwili mogę być trzeźwy. Jeden z plusów bycia archaniołem – powiedział Archanioł Rafał i po raz drugi skierował się w stronę baru. Po chwili wrócił ze zroszonym kuflem Mocnego, usiadł, wziął kolejny głęboki haust, postawił kufel na stole, ciągle trzymając na nim rękę, spojrzał na Marcina i zmarszczył brwi jak wstawiona osoba, która traci ostrość widzenia i chce w ten sposób to naprawić.