Biblia dla moich parafian. Jak czytać, aby rozumieć. Tom I - ks Marcel Debyser - ebook

Biblia dla moich parafian. Jak czytać, aby rozumieć. Tom I ebook

ks Marcel Debyser

0,0
44,90 zł

lub
Opis

Biblia dla moich parafian to mądre, a zarazem głębokie wprowadzenie w lekturę Pisma Świętego – ksiąg starotestamentowych.

Autor umiejętnie łączy rzetelną wiedzę biblijną z dużą dawką życiowego doświadczenia. Dba przy tym, by zawsze oddawać pierwszeństwo Słowu Bożemu, pomóc czytelnikowi poznawać je i zaprzyjaźniać się z nim.

Każdy rozdział podzielony jest na trzy części: Marcel Debyser najpierw odkrywa przed czytelnikami konkretną księgę biblijną, opowiadając, w jakich okolicznościach i dla kogo została spisana; następnie przybliża przesłanie tej księgi – wyjaśnia, co Bóg mówi w niej o swej miłości do nas – by na koniec pokazać, jakie znaczenie ma ona dla nas dzisiaj. Autor w przekonujący sposób przywołuje doświadczenia własne, jak i swoich parafian, umiejętnie przekładając wiedzę o Biblii na „konkret” codzienności. Dobrze zna i rozumie trudności, z jakimi zmaga się człowiek.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 541




Przed­mo­wa do wy­da­nia pol­skie­go

Bi­blia jest książ­ką o naj­wyż­szych, i to sprze­da­nych, na­kła­dach w hi­sto­rii dru­kar­stwa. Moż­na by za­tem są­dzić, że zna­jo­mość tre­ści Bi­blii i jej ogól­nych oraz kon­kret­nych zna­czeń jest w świe­cie roz­po­wszech­nio­na i od po­ko­leń ugrun­to­wa­na. Rze­czy­wi­stość jed­nak­że temu prze­czy, tak­że w kra­jach, w któ­rych chrze­ści­jań­stwo wy­da­je się moc­no roz­wi­nię­te. Czy to zna­czy, że Bóg po­niósł wiel­ką po­raż­kę, sko­ro nie może miesz­kać po­śród swych stwo­rzeń? Sko­ro Jego sło­wo oka­zu­je się tak czę­sto bez­owoc­ne? To po­raż­ka nie Boga, lecz czło­wie­ka: nie ro­zu­mie­jąc Bo­że­go sło­wa, gubi sens wła­snych słów, a w kon­se­kwen­cji – sens ży­cia.

Bóg, stwa­rza­jąc czło­wie­ka jako swe­go wol­ne­go wy­znaw­cę i part­ne­ra, dał mu za­ra­zem moż­li­wość peł­ni ży­cia, ob­ja­wia­jąc mu swą mi­łość. Dzię­ki ży­dow­skie­mu lu­do­wi wy­bra­ne­mu mo­że­my so­bie uświa­da­miać, że je­ste­śmy od­bior­ni­kiem sło­wa Bo­że­go, że zo­sta­li­śmy wy­po­sa­że­ni tak­że w „an­te­nę”, nie­zbęd­ną, aby od­bie­rać, ro­zu­mieć i przyj­mo­wać Sło­wo do swe­go ży­cia.

„Nasi oj­co­wie w wie­rze”, jak na­zwał Ży­dów pa­pież Be­ne­dykt XVI[1], otrzy­ma­li naj­waż­niej­sze i dla nas Sło­wo, któ­rym jest he­braj­skie Sz’ma Isra­el, Słu­chaj Izra­elu. Wia­ra bo­wiem bie­rze się ze słu­cha­nia Boga. W ten spo­sób dla Żyda i chrze­ści­ja­ni­na wszyst­kie wy­da­rze­nia na­bie­ra­ją sen­su, zy­sku­ją kon­kret­ne, nie ogól­ni­ko­we, wy­łącz­nie teo­lo­gicz­ne czy mo­ra­li­stycz­ne zna­cze­nie. Po­rzu­ce­nie sło­wa Sz’ma, czy­libał­wo­chwal­stwo, po­wo­du­je uwiąd świa­do­mo­ści sanc­tum, a w efek­cie zu­peł­ne odej­ście od Boga; nie ro­zu­mie­my już sa­mych sie­bie – wła­snej i cu­dzej toż­sa­mo­ści, pro­ble­mów, cier­pie­nia, krót­ko mó­wiąc: ży­cia i śmier­ci. Skąd przy­cho­dzi­my na zie­mię, jak prze­bie­ga dro­ga i do­kąd zmie­rza­my? Je­ste­śmy za­gu­bie­ni.

Tym, co moim zda­niem, poza sa­mym Bo­giem, sta­no­wi naj­cen­niej­sze dzie­dzic­two, ja­kie za­wdzię­cza­my na­ro­do­wi wy­bra­ne­mu Pierw­sze­go Te­sta­men­tu, jest spo­sób lek­tu­ry Bi­blii. Na­zwał­bym ją lek­tu­rą ak­tu­ali­za­cyj­ną. Jej isto­tą jest od­no­sze­nie prze­sła­nia za­war­te­go w da­nej księ­dze, frag­men­cie czy wer­se­cie do mo­je­go oso­bi­ste­go ży­cia. Jak się od­naj­du­ję w kon­kret­nych oso­bach, wy­da­rze­niach? W sło­wach i po­sta­wach pa­triar­chów oraz pro­ro­ków Izra­ela, w ży­ciu po­szcze­gól­nych po­sta­ci obec­nych na stro­nach Bi­blii? Wszyst­kie one zo­sta­ły umiesz­czo­ne w Księ­dze dla na­sze­go dzi­siej­sze­go po­żyt­ku. Sko­ro bo­wiem Bóg mówi o so­bie, że jest Bo­giem Abra­ha­ma, Iza­aka i Ja­ku­ba, i za­ra­zem Bo­giem ży­wych, a nie umar­łych, to zna­czy, że nie są oni po­sta­cia­mi z za­mierz­chłej prze­szło­ści, któ­re umar­ły i zo­sta­ły umiesz­czo­ne w Bi­blii tyl­ko po to, aby­śmy mo­gli po­znać prze­szłość. Całe Pi­smo Świę­te ma żyć w każ­dym po­ko­le­niu, tak­że w obec­nym. Ła­ciń­skie re­li­ga­re, skąd po­cho­dzi sło­wo „re­li­gia”, ozna­cza wią­zać coś z czymś, czło­wie­ka z Bo­giem, Boga z czło­wie­kiem.

Je­śli Bi­blia speł­nia swą ak­tu­ali­za­cyj­ną funk­cję, to od­gry­wa ży­cio­daj­ną rolę; jest nie tyl­ko bu­so­lą, nie tyl­ko pod­ręcz­ni­kiem „jak żyć?” – kreu­je też prze­strzeń moż­li­we­go spo­tka­nia z sa­mym Stwór­cą i Jego mi­ło­ścią. Wszyst­ko w ży­ciu na­bie­ra sen­su, nie tyl­ko to, co wy­da­je się nam do­bre, lecz rów­nież cier­pie­nia, po­raż­ki, kon­flik­ty, na­wet grze­chy wła­sne i cu­dze. Cała hi­sto­ria jawi się jako do­bra.

Bi­blia dla mo­ich pa­ra­fian fran­cu­skie­go księ­dza Mar­ce­la De­by­se­ra sta­no­wi po­zy­cję cen­ną, bo nie­zwy­kle przy­dat­ną dla tego, kto pró­bu­je szu­kać Boga i iść dro­gą wia­ry w Je­zu­sa Chry­stu­sa. Au­tor przy­bli­ża nam sens ko­lej­nych ksiąg Pierw­sze­go Te­sta­men­tu, nie kon­cen­tru­jąc się na tra­dy­cyj­nej eg­ze­ge­zie, ale śmia­ło za­pusz­cza­jąc się w praw­dzi­we, głęb­sze zna­cze­nie, ja­kie te księ­gi mają dla nas dzi­siaj. Świat chęt­nie za­po­mi­na o obu woj­nach świa­to­wych, obu to­ta­li­ta­ry­zmach, a przede wszyst­kim o im­ma­nent­nej skłon­no­ści czło­wie­ka do czy­nie­nia zła oraz o skłon­no­ści Boga do oka­zy­wa­nia mu swej mi­ło­ści. Dla­te­go ta for­ma przy­bli­że­nia Pi­sma Świę­te­go, jaką daje nam ks. De­by­ser za po­śred­nic­twem wy­daw­nic­twa Świę­te­go Woj­cie­cha, war­ta jest wy­sił­ku za­rów­no wy­daw­cy, jak i czy­tel­ni­ków.

Książ­ka ks. Mar­ce­la De­by­se­ra ma dwie naj­istot­niej­sze za­le­ty. Po pierw­sze, na­pi­sa­na jest ję­zy­kiem pro­stym, zro­zu­mia­łym dla każ­de­go; po dru­gie, nie jest ja­kąś in­te­lek­tu­al­ną pre­zen­ta­cją tre­ści bi­blij­nych, lecz uka­za­niem ich w świe­tle ów­cze­snych oraz – co rów­nie, a może i bar­dziej istot­ne – nam współ­cze­snych pro­ble­mów ży­cia, z ja­ki­mi mie­rzą się oso­by i całe spo­łecz­no­ści. Ten „eg­zy­sten­cjal­ny” cha­rak­ter książ­ki świad­czy o jej wy­so­kiej przy­dat­no­ści tak­że dla ce­lów ewan­ge­li­za­cyj­nych. Dla­te­go dzie­ło to bę­dzie nie­zwy­kle przy­dat­ne nie tyl­ko w pry­wat­nej lek­tu­rze bądź w pra­cy krę­gów i szkół bi­blij­nych, lecz tak­że w ka­te­chi­za­cji mło­dzie­ży i do­ro­słych, sta­no­wi bo­wiem po­most do ży­cia dla wszyst­kich szu­ka­ją­cych jego sen­su. Od­bior­cą książ­ki mogą być rów­nież śro­do­wi­ska tzw. ru­chów od­no­wy, tych rze­czy­wi­sto­ści po­so­bo­ro­wych, któ­re po­wra­ca­jąc do źró­deł chrze­ści­jań­stwa, od­naj­du­ją w Bi­blii źró­dło ży­cia i na­wró­ce­nia.

Bi­blia dla mo­ich pa­ra­fian jest do­brym przy­kła­dem speł­nia­nia się słów Chry­stu­sa: „Ba­da­cie Pi­sma, po­nie­waż są­dzi­cie, że w nich za­war­te jest ży­cie wiecz­ne”(J 5,39). Mar­cel De­by­ser po­ma­ga nam od­kryć ten skarb na nowo.

Jan Gros­feld

[1] Be­ne­dykt XVI, Świa­tłość świa­ta. Pa­pież, Ko­ściół i zna­ki cza­su. Roz­mo­wa z Pe­te­rem Se­ewal­dem, Kra­ków 2011, s. 200.

Sło­wo wstęp­ne

Sto­sun­ko­wo nie­daw­ne na­ro­dzi­ny eg­ze­ge­zy na­uko­wej – mia­ło to miej­sce w po­cząt­kach XX stu­le­cia – po­ru­szy­ły licz­ne su­mie­nia w Ko­ście­le i wy­wo­ła­ły wie­le nie­po­ko­ju. Był to naj­pierw nie­po­kój pro­fe­so­ra teo­lo­gii, przy­zwy­cza­jo­ne­go do czer­pa­nia cy­ta­tów z Pi­sma dla po­par­cia swych wy­po­wie­dzi w kwe­stiach wia­ry. Uj­rzał on na­gle, jak cy­ta­ty te, wło­żo­ne w swój hi­sto­rycz­ny kon­tekst, nie na­da­ją się już do tego celu. Był to tak­że rów­nie wiel­ki nie­po­kój stu­den­ta eg­ze­ge­zy, stwier­dza­ją­ce­go – w mia­rę czy­nie­nia wła­snych po­stę­pów w eg­ze­ge­zie – swe stop­nio­we znie­chę­ce­nie do me­dy­ta­cji i mo­dli­twy. Czyż hi­sto­rycz­ny sens tek­stów nie jest czę­sto znacz­nie uboż­szy od nie­zwy­kłe­go ha­ftu, utka­ne­go w cią­gu stu­le­ci przez Ko­ściół dok­to­rów, świę­tych i wier­nych wo­kół każ­de­go cy­ta­tu z Pi­sma? Czy nie na­le­ża­ło jed­nak po­waż­nie po­trak­to­wać spo­so­bów, w jaki Bóg ob­ja­wił się w hi­sto­rii, aż po przy­bra­nie cia­ła i ję­zy­ka czło­wie­ka?

Wy­star­czy przyj­rzeć się ży­ciu Ko­ścio­ła, by stwier­dzić, że zna on dwa ro­dza­je lek­tu­ry Bi­blii: lek­tu­rę, któ­rą mo­gli­by­śmy na­zwać „bez­po­śred­nią”, „mo­dli­tew­ną”, czy też „es­te­tycz­ną”, oraz inną lek­tu­rę, zwa­ną „hi­sto­rycz­ną”.

Ce­lem pierw­szej for­my jest swe­go ro­dza­ju bez­po­śred­nia ko­mu­ni­ka­cja mię­dzy czy­tel­ni­kiem a tek­stem, po­dob­nie jak pa­trzy się na dzie­ło sztu­ki bez obo­wiąz­ku stu­dio­wa­nia epo­ki, w któ­rej po­wsta­ło. Na tym po­zio­mie każ­dy wi­dzi w dzie­le sztu­ki lub w Bi­blii od­bi­cie pod­sta­wo­wych ar­che­ty­pów epo­ki, któ­re in­stynk­tow­nie prze­kła­da się na ka­te­go­rie swej wła­snej kul­tu­ry i wraż­li­wo­ści. Dla przy­kła­du, nie mu­szę być Mek­sy­ka­ni­nem, aby lu­bić sztu­kę az­tec­ką. To ten wła­śnie spo­sób ko­mu­ni­ka­cji dzia­ła naj­le­piej, gdy od­da­je­my się mo­dli­tew­nej lub es­te­tycz­nej lek­tu­rze Bi­blii. Tym sil­niej czu­je­my łącz­ność z Księ­gą, im le­piej przy­swo­ili­śmy ją do po­zio­mu głów­nych ar­che­ty­pów i po­now­nie prze­ło­ży­li­śmy na na­szą chrze­ści­jań­ską kul­tu­rę.

Bi­blia jest prze­to w ca­ło­ści sło­wem Boga Je­zu­sa Chry­stu­sa, a je­śli nie­któ­re ustę­py wy­da­ją się nam trud­ne do po­go­dze­nia z prze­sła­niem No­we­go Te­sta­men­tu, in­stynk­tow­nie je za­cie­ra­my, by wszyst­ko har­mo­nij­nie współ­brz­mia­ło z chrze­ści­jań­skim mi­ło­sier­dziem. Sła­ba stro­na tego za­bie­gu ujaw­nia się wów­czas, gdy dla uspra­wie­dli­wie­nia swe­go okru­cień­stwa in­kwi­zy­to­rzy czy dyk­ta­to­rzy wszel­kie­go ro­dza­ju i każ­dej epo­ki uza­sad­nia­ją swe prak­ty­ki, pod­pie­ra­jąc się wła­śnie tymi za­po­mnia­ny­mi ustę­pa­mi Bi­blii, wsty­dli­wie wło­żo­ny­mi w na­wias dla ce­lów lek­tu­ry li­tur­gicz­nej, a któ­re – jak Psalm 139 – nie wa­ha­ją się mó­wić o nie­na­wi­ści nie­przy­ja­ciół. Po­szu­ku­je się prze­to in­nej lek­tu­ry Bi­blii, któ­ra mo­gła­by sko­ry­go­wać bra­ki po­przed­niej, jak­że jed­nak pięk­nej i sku­tecz­nej w pro­wa­dze­niu chrze­ści­jań­skie­go ludu ku świę­to­ści.

Mo­dli­tew­na lek­tu­ra Bi­blii, tak bo­ga­ta w stycz­ność bez­po­śred­nią na po­zio­mie głów­nych ar­che­ty­pów ludz­kie­go ser­ca, nie może obejść się bez in­ne­go po­dej­ścia, a mia­no­wi­cie bez po­dej­ścia hi­sto­rycz­ne­go. Sta­no­wi ono de­cy­du­ją­cy czyn­nik róż­nią­cy Bi­blię od mi­to­lo­gii.

Przy tym dru­gim spo­so­bie lek­tu­ry Bi­blia ujaw­nia swój wy­miar pe­da­go­gicz­ny – Bóg stop­nio­wo wy­cho­wu­je swój lud. Po­strze­ga­my Księ­gę już nie tyl­ko jako na­tchnio­ne sło­wo Boże, dane bez żad­nych wa­run­ków czło­wie­ko­wi wie­rzą­ce­mu, któ­ry je so­bie przy­swa­ja w lek­tu­rze, ale jako zło­żo­ny pro­ces, gdzie cały ze­spół ele­men­tów ma cha­rak­ter na­tchnio­ny, co po­wo­du­je, iż dzie­ło to w ca­ło­ści jest sło­wem Bo­żym. Skła­da­ją się nań przede wszyst­kim wy­da­rze­nia, w któ­rych roz­po­zna­je­my znak Boga; na­stęp­nie pro­rok, któ­ry je opie­wa pod tchnie­niem Du­cha; z ko­lei lud jest na­tchnio­ny, by mógł roz­po­znać pro­ro­ka, i on to ogła­sza swe pro­roc­two jako sło­wo Boże. Wresz­cie sam tekst prze­ka­zy­wa­ny jest jako na­tchnio­ny z po­ko­le­nia na po­ko­le­nie.

Książ­ka ta, na­pi­sa­na przez dusz­pa­ste­rza, pra­gnę­ła­by w jego za­mie­rze­niu stać się choć kil­ko­ma nu­ta­mi tej no­wej har­mo­nii. Au­tor świa­do­my jest owe­go nie­po­ko­ju, mimo że pra­cu­je w jed­nej z pa­ra­fii, o któ­rych moż­na mnie­mać, iż znaj­du­je się z dala od wiel­kich spo­rów na te­mat Bi­blii. Wie­my wszy­scy, że nie­po­kój ten prze­nik­nął nie­ste­ty tak­że do na­szych pa­ra­fii, dzie­ląc czę­sto wier­nych na tych, któ­rzy tę­sk­nią za lek­tu­rą nie­gdy­siej­szą, oraz na zwo­len­ni­ków ab­so­lut­nej no­wo­ści, tak jak­by Ko­ściół miał ro­dzić się na nowo w wy­ni­ku roz­wo­ju na­uki.

Au­tor wie tak­że, iż dzię­ki Bogu lu­dzie świec­cy, wi­dząc prze­rze­dza­ją­ce się sze­re­gi dusz­pa­ste­rzy, czu­ją, że ich obo­wiąz­kiem jest wła­sny spo­sób nie­sie­nia ewan­ge­licz­ne­go prze­sła­nia i Bi­blii.

Dla­te­go pil­nym wy­da­wa­ło się opu­bli­ko­wa­nie tego szki­cu znaj­du­ją­ce­go się w po­ło­wie dro­gi mię­dzy eg­ze­ge­zą a teo­lo­gią, czy ści­ślej mó­wiąc, tej dusz­pa­ster­skiej pró­by przy­wró­ce­nia hi­sto­rii Bi­blii w wiel­kiej syn­te­zie wia­ry, któ­rej źró­dłem jest św. Pa­weł.

Jest to dzie­ło dusz­pa­ste­rza i od pierw­szych stro­nic czy­tel­ni­ka za­dzi­wi nie­zwy­kły dar kon­tak­tu z ludź­mi i do­sto­so­wa­nie się do ich spo­so­bu my­śle­nia. Książ­ka ta zro­dzi­ła się w krę­gach bi­blij­nych, któ­re od lat gro­ma­dzą licz­nych wier­nych.

Jest to szkic bi­blij­ny, któ­re­go au­tor, or­ga­ni­zu­ją­cy piel­grzym­ki do Zie­mi Świę­tej, za­po­znał się z wie­lo­ma pra­ca­mi eg­ze­ge­tycz­ny­mi, zwłasz­cza ży­dow­ski­mi. Jego za­mia­rem jest przede wszyst­kim przy­wró­ce­nie lek­tu­ry Bi­blii w ra­mach wiel­kiej chrze­ści­jań­skiej syn­te­zy, jaka na­dal sta­no­wi du­cho­we dzie­dzic­two wier­nych.

Za­wo­do­we­go eg­ze­ge­tę może cza­sem za­kło­po­tać ten kie­ru­nek re­lek­tu­ry, a tro­ska o hi­sto­rię może zda­wać mu się nie za­wsze wy­star­cza­ją­ca. Jed­nak­że wie on rów­nie do­brze, iż hi­sto­ria wy­da­rzeń jest nie­ustan­nie na nowo od­czy­ty­wa­na przez hi­sto­rię wia­ry. Ona to, znaj­du­jąc swe speł­nie­nie w Je­zu­sie Chry­stu­sie, po­win­na sta­no­wić po­ży­wie­nie dzi­siej­sze­go Ko­ścio­ła i jego wier­nych.

Niech bę­dzie mi wol­no na ko­niec zwró­cić się ku au­to­ro­wi, a nie tyl­ko ku jego książ­ce. Są lu­dzie szczę­śli­wi z fak­tu by­cia dusz­pa­ste­rzem i są lu­dzie szczę­śli­wi, czy­ta­jąc Bi­blię, tak jak czy­ta się ulu­bio­ną książ­kę, któ­ra w dłu­gim cza­sie tka nić na­sze­go ist­nie­nia. Są lu­dzie, dla któ­rych wi­zja św. Paw­ła nie­sio­na przez Ko­ściół ukształ­to­wa­ła całą wia­rę i całe apo­stol­stwo. Ową ra­dość i wia­rę z całą siłą ich ko­mu­ni­ka­tyw­no­ści znaj­dzie­cie w każ­dym zda­niu tej książ­ki jak ów znak „po­nadziem­sko­ści”, któ­ry twarz chrze­ści­ja­ni­na czy­ni wia­ry­god­ną dla jego bra­ci.

Ja­cqu­es Ber­nard

„Po­wód do śmie­chu dał mi Bóg. Każ­dy, kto się o tym do­wie, śmiać się bę­dzie z mej przy­czy­ny” (Rdz 21,5)[2].

Nie mam nic do do­da­nia do przed­mo­wy ojca Ber­nar­da. Chy­ba tyl­ko wy­ra­zy głę­bo­kiej wdzięcz­no­ści za bra­ter­ską przy­jaźń, któ­ra łącz­nie z kom­pe­ten­cją po­zwo­li­ła mu w ta­kim stop­niu od­sło­nić mój za­miar.

Jako ksiądz od nie­mal trzy­dzie­stu trzech lat mam jed­no tyl­ko pra­wo do przed­sta­wie­nia tego szki­cu: rze­czy­wi­ste prze­ży­cie go przez tych wszyst­kich, do któ­rych zo­sta­łem po­sła­ny we wszel­kich dzia­ła­niach swej dusz­pa­ster­skiej po­słu­gi, a więc w ka­za­niach, krę­gach bi­blij­nych, roz­ma­itych spo­tka­niach z mymi pa­ra­fia­na­mi. Z za­dzi­wie­niem mo­głem stwier­dzić, jak bar­dzo Sło­wo od­kry­te w cza­sach se­mi­na­ryj­nych jest „sło­wem ży­wym”. Za każ­dym wier­szem tej książ­ki roz­po­zna­ję twarz, na któ­rej pew­ne­go dnia sło­wo to przy­wró­ci­ło uśmiech.

Im wszyst­kim de­dy­ku­ję tę pra­cę.

Wiem, że Sło­wo da wam ży­cie, je­śli zgo­dzi­cie się otwo­rzyć drzwi wa­sze­go ser­ca. Mówi to wam ksiądz bez żad­nych in­nych za­mia­rów: Je­steś uko­cha­nym Je­zu­sa, któ­ry uczy­ni z cie­bie isto­tę szczę­śli­wą bez wzglę­du na trud­no­ści na twej dro­dze i twe naj­bar­dziej sza­lo­ne pra­gnie­nia.

Uzna­cie to może za prze­sad­nie skrom­ne twier­dze­nie, że nie mam żad­nej in­nej za­słu­gi poza prze­ka­za­niem wam tego, co Pan ob­ja­wił mi w swej przy­chyl­no­ści. Nie ma tu żad­nej skrom­no­ści. Ci, któ­rzy mnie zna­ją, wie­dzą do­brze, iż na po­do­bień­stwo swe­go mi­strza, św. Paw­ła, wca­le nie je­stem skrom­ny. Ko­men­tarz, jaki wam pro­po­nu­ję, w prze­wa­ża­ją­cej czę­ści nie po­cho­dzi ode mnie. Ze­bra­ny zo­stał u licz­nych au­to­rów, któ­rych ni­g­dy nie mie­li­ście oka­zji spo­tkać bądź cier­pli­wo­ści prze­czy­tać.

Eg­ze­ge­ci ła­two roz­po­zna­ją, że nie­mal pod każ­dym wzglę­dem jest to kom­pi­la­cja… Za wy­jąt­kiem tego, co po­zwo­li­ło mi od­kryć czę­ste ob­co­wa­nie z Je­zu­sem i co wam od nie­go ofia­ru­ję. Jest bo­wiem praw­dą, że Pan uka­zał się mnie, „ostat­nie­mu z naj­mar­niej­szych”, i jak Ma­ria Mag­da­le­na w wiel­ka­noc­ny po­ra­nek śmiem oznaj­mić: Wi­dzia­łem Pana i to mi po­wie­dział (por. J 20,18).

Zmie­rza­łem tak­że do in­ne­go celu, a mia­no­wi­cie pra­gną­łem umoż­li­wić wam lek­tu­rę tych ksiąg z ocza­mi utkwio­ny­mi w Je­zu­sie Zmar­twych­wsta­łym, do któ­re­go są one wspa­nia­łym wpro­wa­dze­niem. Jak w pal­mo­wy po­ra­nek na pro­gu zło­tych wrót świą­ty­ni ży­dow­skie dzie­ci wo­ła­ły na Jego cześć: „Ho­san­na Sy­no­wi Da­wi­da” (Mt 21,9). Jak rów­nież sam Je­zus w wiel­ka­noc­ny wie­czór po­cie­szał uczniów z Emaus i „za­czy­na­jąc od Moj­że­sza, po­przez wszyst­kich pro­ro­ków, wy­kła­dał im, co we wszyst­kich Pi­smach od­no­si­ło się do Nie­go” (Łk 24,27).

Bez­po­śred­nim ce­lem tej książ­ki jest umoż­li­wić wam po­zna­nie za­sad­ni­czych ustę­pów Sta­re­go Te­sta­men­tu, bez ko­niecz­no­ści od­sy­ła­nia was do przy­pi­sów za­war­tych w róż­nych wy­da­niach Bi­blii, bar­dzo po­ucza­ją­cych, ale za­kłó­ca­ją­cych urok har­mo­nii.

Jed­nak­że mu­szę uznać cu­dow­ny dar, jaki otrzy­ma­łem od Pana dla do­bra Jego Ko­ścio­ła: dar gło­sze­nia Jego prze­sła­nia, a co wię­cej, po­strze­ga­nia go w ka­te­go­riach dnia dzi­siej­sze­go. Je­stem pe­wien, że pra­ca ta od­po­wie na py­ta­nia, któ­re obec­nie so­bie sta­wia­cie. Jak pi­sze św. Pa­weł do Ko­ryn­tian: „Nie przy­pi­suj­my so­bie stąd chwa­ły, ale od­daj­my się na służ­bę Sło­wu”.

Każ­dy roz­dział po­dzie­lo­ny jest prze­to na trzy czę­ści:

– od­kry­cie da­nej księ­gi,

– za­war­te w niej prze­sła­nie,

– jego zna­cze­nie w na­szym dzi­siej­szym ży­ciu.

Oj­ciec Ber­nard przy­po­mi­na o na­ro­dzi­nach na­uko­wej eg­ze­ge­zy i o de­kla­ra­cji So­bo­ru Wa­ty­kań­skie­go II, ze­zwa­la­ją­cej na jej uży­cie w prze­po­wia­da­niu. Od­po­wia­da­jąc na to ży­cze­nie So­bo­ru, pra­ca ta wy­ko­na­na zo­sta­ła w opar­ciu o teo­rię ga­tun­ku li­te­rac­kie­go, o czym mó­wię w roz­dzia­le pierw­szym.

Dla Ko­ścio­ła, po­wta­rza­jąc sło­wa ojca Ber­nar­da, pil­ną rze­czą jest wy­kształ­ce­nie ka­te­chi­stów, zdol­nych wpro­wa­dzać mło­dych chrze­ści­jan w cuda na­szej wia­ry. Pan ze­chciał, by od sa­me­go po­cząt­ku znacz­na część mej po­słu­gi po­le­ga­ła na wy­cho­wa­niu tych no­wych apo­sto­łów Do­brej No­wi­ny. Wy­ty­cza­nie no­wych dróg ka­te­che­zy, zwłasz­cza do­ty­czą­cych twier­dze­nia o „ży­wych ka­mie­niach” (por. 1 P 2,5), do­wo­dzi, że dla ka­te­che­ty nie wy­star­czy „do­brze mó­wić”, ale przede wszyst­kim do­kład­nie wie­dzieć, „co mó­wić na­le­ży”. „Słu­chaj, Izra­elu (…). Po­zo­sta­ną w twym ser­cu te sło­wa, któ­re ja ci dziś na­ka­zu­ję. Wpo­isz je two­im sy­nom, bę­dziesz o nich mó­wił” (Pwt 6,4.6–7). Im tak­że, w imie­niu Pana, de­dy­ku­ję tę pra­cę, któ­ra jest dzie­łem ko­goś, kto ni­g­dy nie za­prze­stał wta­jem­ni­czać dzie­ci w przy­mie­rze z ich Wiel­kim Przy­mie­rzem. A one za­wsze przyj­mo­wa­ły to prze­sła­nie z en­tu­zja­zmem.

W za­mian wie­le mi one dały, za co je­stem im wdzięcz­ny. Nic w tym dziw­ne­go, bo­wiem już Je­zus po­dzi­wia Ojca, któ­ry ob­ja­wił to ma­lucz­kim („Wy­sła­wiam Cię, Oj­cze, Pa­nie nie­ba i zie­mi, że za­kry­łeś te rze­czy przed mą­dry­mi i roz­trop­ny­mi, a ob­ja­wi­łeś je pro­stacz­kom”, Mt 11,25).

Po­zo­sta­je mi po­dzię­ko­wać tym wszyst­kim, któ­rzy przy­czy­ni­li się do uka­za­nia tej książ­ki, a szcze­gól­nie Tej, któ­ra to­wa­rzy­szy­ła mi przez cały czas jej po­wsta­wa­nia. Bez nich dzie­ło to ni­g­dy by nie po­wsta­ło. Im to przede wszyst­kim de­dy­ku­ję tę pra­cę jako cu­dow­ne po­dzię­ko­wa­nie od Je­zu­sa. Niech On sam bę­dzie ich na­gro­dą.

Przy­ja­cie­lu-Czy­tel­ni­ku, ży­czę Ci do­brej lek­tu­ry. Na po­do­bień­stwo pro­wa­dzą­ce­go dział ogło­szeń w sztu­kach Clau­de­la już czas, bym się wy­co­fał… i po­zo­sta­wił Cię twa­rzą w twarz z Tym, któ­ry Cię wzy­wa. Cie­bie tak­że, Two­im imie­niem. Roz­po­znasz Go, jak Ma­ria Mag­da­le­na, na je­dy­ny, wy­po­wie­dzia­ny przez Nie­go spo­sób: w przy­pły­wie czu­ło­ści.

Przyjdź, Pa­nie Jezu. Tak, przyjdź szyb­ko.

Mar­cel De­by­ser

[2] Frag­men­ty Pi­sma Świę­te­go cy­to­wa­ne za: Pi­smo Świę­te Sta­re­go i No­we­go Te­sta­men­tu. Bi­blia Ty­siąc­le­cia, wyd. 5 na nowo opra­co­wa­ne i po­pra­wio­ne, Pal­lot­ti­num, Po­znań 2003.

Roz­dział pierw­szy

Stwo­rze­nie

„A Bóg wi­dział, że wszyst­ko, co uczy­nił, było bar­dzo do­bre”

O Pa­nie, nasz Boże,

jak prze­dziw­ne Twe imię po wszyst­kiej zie­mi!

Tyś swój ma­je­stat wy­niósł nad nie­bio­sa.

Spra­wi­łeś, że [na­wet] usta dzie­ci i nie­mow­ląt od­da­ją Ci chwa­łę,

na prze­kór Twym prze­ciw­ni­kom,

aby po­skro­mić nie­przy­ja­cie­la i wro­ga.

Gdy pa­trzę na Twe nie­bo, dzie­ło Twych pal­ców,

księ­życ i gwiaz­dy, któ­ryś Ty utwier­dził:

czym jest czło­wiek, że o nim pa­mię­tasz,

i czym syn czło­wie­czy, że się nim zaj­mu­jesz?

Uczy­ni­łeś go nie­wie­le mniej­szym od istot nie­bie­skich,

chwa­łą i czcią go uwień­czy­łeś.

Ob­da­rzy­łeś go wła­dzą nad dzie­ła­mi rąk Two­ich;

Zło­ży­łeś wszyst­ko pod jego sto­py:

owce i by­dło wsze­la­kie,

a nad­to i po­lne sta­da,

ptac­two po­wietrz­ne oraz ryby mor­skie,

wszyst­ko, co szla­ki mórz prze­mie­rza.

O Pa­nie, nasz Pa­nie,

jak prze­dziw­ne Twe imię po wszyst­kiej zie­mi! (Ps 8)

„Po­znaj sa­me­go sie­bie”. Oto ta­jem­ni­ca szczę­ścia pro­po­no­wa­ne­go przez So­kra­te­sa. Ten, kto nie chce pod­dać swe­go ist­nie­nia, ale po­sta­na­wia prze­żyć swe ży­cie, musi pod­jąć się po­zna­nia sa­me­go sie­bie. A con­tra­rio, jak wie­le nie­po­wo­dzeń wy­ra­ża to zwy­kłe zda­nie: „Źle się czu­ję w mo­jej skó­rze”. Wszel­kie wy­sił­ki, aby „być le­piej”, „być bar­dziej”, nie­uchron­nie za­czy­na­ją się od od­po­wie­dzi na pod­sta­wo­we py­ta­nia: „Kim je­stem?”, „Co ozna­cza roz­dź­więk mię­dzy moim pra­gnie­niem a tym, co urze­czy­wist­ni­łem?”, „Do­kąd zdą­żam?”.

Bóg zna te py­ta­nia i nie chciał się od nich uchy­lić. Jego od­po­wie­dzią jest Bi­blia. Szcze­gól­nie w pierw­szej księ­dze pro­blem ten jest wy­raź­nie po­sta­wio­ny.

Gdy­byś po­trze­bo­wał dru­gie­go…

„Nie jest do­brze, żeby męż­czy­zna był sam” (Rdz 1,18). Otóż jest tak dla­te­go, że zo­sta­li­śmy stwo­rze­ni w wy­mia­rze „re­la­tyw­nym”. Po­myśl­ność czło­wie­ka to by­cie w har­mo­nii z sobą sa­mym, z in­ny­mi, z przy­ro­dą, z Bo­giem.

Kry­zys cy­wi­li­za­cyj­ny, ja­kie­go obec­nie do­zna­je­my, znaj­du­je wy­raz w po­szu­ki­wa­niu no­wej od­po­wie­dzi na to py­ta­nie: „Kim je­stem?”. Szczę­śli­wy, kto umie słu­chać dru­gie­go, kto ośmie­la się słu­chać Boga, kto daje Mu czas na wy­ja­śnie­nie. Jego ży­cie ule­ga bo­wiem cał­ko­wi­tej prze­mia­nie, tak jak prze­kształ­ca się wszel­ka ludz­ka hi­sto­ria, w któ­rą wkra­cza mi­łość.

Bi­blia nie jest ni­czym in­nym, jak wła­śnie hi­sto­rią pew­nej mi­ło­ści. Jak wszyst­kie mi­ło­ści, za­zna­ła ona oczy­wi­ście nie­po­wo­dzeń i za­zna­je ich na­dal, ale w koń­cu wszyst­kie trud­no­ści zo­sta­ną roz­wią­za­ne: „Będę wam Bo­giem, wy zaś bę­dzie­cie Mi na­ro­dem” (Jr 7,23). Przed­tem jed­nak ko­niecz­ne jest wza­jem­ne roz­po­zna­nie. Cho­dzi nie tyl­ko o to, by czło­wiek wie­dział, kim jest na­praw­dę, ale też by osta­tecz­nie po­znał, czy Bóg jest „z nami, czy prze­ciw nam”. Wów­czas bę­dzie­my w sta­nie za­de­cy­do­wać, czy na­dal po­zo­sta­nie­my Mu obcy, czy też otwo­rzy­my Mu drzwi, aby mógł usiąść koło nas i zjeść z nami po­si­łek.

Nic le­piej nie oświe­ci na­szych po­szu­ki­wań niż hi­sto­ria sto­sun­ków mię­dzy Bo­giem a Jego lu­dem, praw­dzi­wa hi­sto­ria ostat­nich trzech ty­się­cy ośmiu­set lat. Bóg po­sta­rał się za­tem opo­wia­dać nam ją na róż­ne spo­so­by. Cza­sem po­przez jej zwy­kły opis, cza­sem uży­wa­jąc po­rów­nań, pa­ra­bo­li, cza­sem z mi­ło­ścią opie­wa­jąc mo­ment, któ­ry, jak są­dzi, zdol­ny jest wy­ra­zić Jego mi­łość…

„Pa­nie, mój przy­ja­cie­lu, gwiaz­do mo­je­go ży­cia, pro­szę Cię, już czas, byś przy­szedł mi z po­mo­cą”.

Cóż uczy­ni­łem Panu Bogu?

Myśl ta jest do­brze za­ko­twi­czo­na w na­szej grec­ko-ła­ciń­skiej świa­do­mo­ści: zło po­cho­dzi od Boga, a je­śli tak, to spra­wa jest zro­zu­mia­ła. Nie bę­dąc ma­so­chi­stą, nie mogę chcieć za przy­ja­cie­la ko­goś, kto „pra­gnie dla mnie zła”. Co naj­wy­żej mogę mu być po­słusz­ny, zrzę­dząc i tro­chę oszu­ku­jąc.

Z tego prze­ko­na­nia ro­dzi się teo­lo­gia śmier­ci Boga, a my ra­du­je­my się z Jego śmier­ci, bo­wiem Bóg ten nie jest na­szym Bo­giem. Trze­ba nie­ja­kiej od­wa­gi, by pod­wa­żyć tę wznie­sio­ną w cią­gu wie­ków bu­dow­lę. Przy­wi­le­jem jest być w mło­dym wie­ku wpro­wa­dzo­nym w wia­rę chrze­ści­jań­ską, ale za­ra­zem sta­no­wi to pew­ną prze­szko­dę, je­śli w owym cza­sie ini­cja­cji Bi­blia była dla ka­to­li­ków księ­gą szczel­nie za­mknię­tą, za­pie­czę­to­wa­ną, a na­wet nie­bez­piecz­ną – do tego stop­nia, że nie było jej dal­szych wy­dań.

So­bór Wa­ty­kań­ski II roz­bły­snął w Ko­ście­le jak cu­dow­na ju­trzen­ka, a jego pierw­szą kon­se­kwen­cją była od­no­wa bi­blij­na, któ­ra wszę­dzie wy­pu­ści­ła wspa­nia­łe kwia­ty i… bu­dzi u chrze­ści­jan pra­gnie­nie, by ją obej­rzeć.

Go­spo­da mi­ło­sier­ne­go Sa­ma­ry­ta­ni­na

„Na dro­dze z Je­ro­zo­li­my do Je­ry­cha” (Łk 10,30) znaj­du­je się go­spo­da mi­ło­sier­ne­go Sa­ma­ry­ta­ni­na. Raz jesz­cze prze­wod­nik cze­ka na po ty­siąc­kroć po­wta­rza­ne py­ta­nie: „Czy to jest ta praw­dzi­wa?”. To tak, jak­by w le­sie Fon­ta­ine­ble­au za­wzię­cie sta­rać się od­szu­kać drze­wo z baj­ki La Fon­ta­ine’a o kru­ku i li­sie. Ni­g­dy nie było kru­ka trzy­ma­ją­ce­go w dzio­bie ser, ale czę­sto zda­rza się, że po­chleb­ca żyje kosz­tem tego, kto go słu­cha. Po­dob­nie jest w przy­pad­ku mi­ło­sier­ne­go Sa­ma­ry­ta­ni­na: trze­ba umieć czy­tać.

Po­rów­na­nie to po­zwa­la nam oce­nić praw­dzi­wie ko­per­ni­kań­ską re­wo­lu­cję, któ­ra do­ko­na­ła się w Ko­ście­le, gdy wresz­cie za­de­cy­do­wał o uży­ciu me­to­dy li­te­rac­kiej dla in­ter­pre­ta­cji Bi­blii. On­giś za praw­dzi­we i bez­dy­sku­syj­ne uwa­ża­no to wszyst­ko, co jest na­pi­sa­ne w Bi­blii w spo­sób do­słow­ny: niech umrze Ga­li­le­usz, je­śli do­wo­dzi, że to Zie­mia ob­ra­ca się wo­kół Słoń­ca, po­nie­waż oko­ło trzy­dzie­stu dwóch wie­ków wcze­śniej Moj­żesz, po­słu­gu­jąc się ów­cze­sną wie­dzą, uka­zał nam od­mien­ną rze­czy­wi­stość. Tak, jak­by Moj­żesz i Bóg sta­li się na­gle astro­no­ma­mi bądź geo­gra­fa­mi! Tak, jak­by zre­zy­gno­wa­li z po­wie­dze­nia nam cze­goś waż­ne­go po okre­sie re­ne­san­su, po od­kry­ciu ko­smo­su i tego wszyst­kie­go, co jesz­cze od­kry­je­my!

Bóg szep­ce nam o swo­jej mi­ło­ści, ale trze­ba Go słu­chać w Jego ję­zy­ku. W ten spo­sób po­wsta­je go­to­wość do uwzględ­nie­nia pew­nej ilo­ści da­nych:

1. O co w Bi­blii cho­dzi? O praw­dę re­li­gij­ną nade wszyst­ko. Wie­rzą­cy, któ­ry za­czy­na słu­chać sło­wa, musi wie­dzieć, że w „księ­dze” nie znaj­dzie ni­cze­go in­ne­go, Bóg bo­wiem ni­cze­go in­ne­go nie pra­gnął w niej umie­ścić.

2. Kim jest pi­sarz, któ­re­mu Bóg po­wie­rzył swe orę­dzie? Duch tchnie nań, ale Bóg re­spek­tu­je oso­bo­wość swe­go rzecz­ni­ka i wy­ma­ga od nie­go, by na swój spo­sób wy­ra­żał bo­skie po­sła­nie. Iza­jasz, praw­dzi­wy eru­dy­ta, wy­ra­ża się ina­czej niż eko­no­mi­sta Amos. Po­mi­ja­nie tego fak­tu ozna­cza ska­za­nie się na nie­zro­zu­mie­nie ni­cze­go. Po­dob­nie je­śli za­po­mi­na się, że na­tchnie­ni pi­sa­rze są miesz­kań­ca­mi Wscho­du (bar­dziej niż ob­sza­ru śród­ziem­no­mor­skie­go) i że obce jest im na­sze my­śle­nie na mo­dłę Kar­te­zju­sza, jak moż­na z nich co­kol­wiek po­jąć?

3. Dla kogo au­tor ten pi­sał? Sy­tu­acja hi­sto­rycz­na ludu Bo­że­go była prze­cież po­dob­na do sy­tu­acji wszyst­kich lu­dów. Jak moż­na zro­zu­mieć dany tekst, je­śli nie uwzględ­nia się, czy jest on prze­zna­czo­ny dla nie­wol­ni­ków, czy dla lu­dzi wol­nych, pro­stych czy wy­kształ­co­nych, a w tym ostat­nim przy­pad­ku bez uwzględ­nie­nia przy­naj­mniej pod­staw kształ­tu­ją­cej ich kul­tu­ry? Zresz­tą to prze­cież lud roz­po­zna­je pro­ro­ka.

Pa­ra­le­lizm sta­no­wi za­sad­ni­czą ce­chę kul­tu­ry ży­dow­skiej i orien­tal­nej. Jak moż­na zro­zu­mieć i uchwy­cić praw­dzi­we zna­cze­nie tek­stu bez roz­po­zna­nia za­war­tych w nim pa­ra­le­li (po­rów­nań)? Stąd pły­nie pew­ność, że Pi­smo samo so­bie nie prze­czy, ale wprost prze­ciw­nie, jego roz­ma­ite ustę­py wza­jem­nie się ob­ja­śnia­ją.

4. Nie­zbęd­ne jest wresz­cie roz­po­zna­nie ga­tun­ku li­te­rac­kie­go za­sto­so­wa­ne­go przez au­to­ra. Za­po­mi­na­jąc o tym, nasi piel­grzy­mi sta­ją za­kło­po­ta­ni przed go­spo­dą mi­ło­sier­ne­go Sa­ma­ry­ta­ni­na i sta­wia­ją so­bie po­zor­ne py­ta­nia. Ten sam fakt może być prze­ka­za­ny przez tra­dy­cję ust­ną, przez hi­sto­ry­ka, au­to­ra epic­kie­go czy przez po­etę. Wszy­scy oni będą mie­li ra­cję, ale bia­da czy­tel­ni­ko­wi, któ­ry nie od­róż­ni ga­tun­ku, w ja­kim się wy­po­wia­da­ją.

Wy­pro­wa­dza­my stąd po­dwój­ny wnio­sek:

– Przede wszyst­kim wej­ście w Pi­smo nie jest moż­li­we bez po­mo­cy Ko­ścio­ła, któ­re­mu zo­sta­ło po­wie­rzo­ne i któ­ry jest skar­bem wie­dzy na­by­tej.

– Do­ty­czy to zwłasz­cza Księ­gi Ro­dza­ju, pierw­szej księ­gi Bi­blii, bę­dą­cej wpro­wa­dze­niem do har­mo­nii, jaka obej­mu­je wszyst­kie te­ma­ty roz­po­zna­ne dzię­ki ko­lej­nym lek­tu­rom.

Raz jesz­cze ry­zy­ku­jąc od­wo­ła­nie się do La Fon­ta­ine’a oraz baj­ki Mał­pa i orzech, moż­na orzec, iż za­war­te w Bi­blii prze­sła­nie jest tym sma­ko­wi­tym owo­cem, któ­re­go nie moż­na skosz­to­wać, za­nim nie zdej­mie się zie­lo­nej łu­pi­ny i twar­dej sko­ru­py. Za­po­mi­na­jąc o tym, wie­lu wie­rzą­cych po­ła­ma­ło so­bie zęby bądź też stra­ci­ło upodo­ba­nie do otwie­ra­nia Bi­blii.

Z tych przy­czyn każ­dy roz­dział książ­ki skła­da się z trzech czę­ści:

1. Od­kry­cie księ­gi: Kto pi­sze? Dla kogo? W ja­kich oko­licz­no­ściach? W jaki spo­sób?

2. Prze­sła­nie dane nam w księ­dze: Co mówi w niej Bóg o swej mi­ło­ści do nas?

3. Dzi­siej­sze zna­cze­nie księ­gi dla ca­łe­go ludu Bo­że­go oraz dla mnie oso­bi­ście.

Ten, któ­ry wy­pro­wa­dził cię z domu nie­wo­li

W imie­niu Boga Moj­żesz ma prze­ka­zać lu­do­wi ko­deks szczę­ścia, któ­ry po­zwo­li mu żyć w przy­mie­rzu. Bóg jed­nak nie chce „po­kło­nu nie­wol­ni­ków”. Pra­gnie więc, by lud miał mo­ty­wa­cję, za­nim po­dej­mie zo­bo­wią­za­nie. W tym celu Moj­żesz przy­po­mni wpierw lu­do­wi, jak prze­bie­ga­ła hi­sto­ria jego sto­sun­ków z Bo­giem, i ob­wie­ści, dla­cze­go Bóg daje dziś swe­mu lu­do­wi Torę.

Księ­ga Ro­dza­ju, pierw­sza z pię­ciu ksiąg Tory, roz­po­czy­na więc opo­wieść kon­ty­nu­owa­ną w Księ­dze Wyj­ścia, aby do­pro­wa­dzić lud do przy­ję­cia za­le­ceń za­war­tych w Księ­dze Ka­płań­skiej, Księ­dze Liczb i Księ­dze Po­wtó­rzo­ne­go Pra­wa.

Po­win­ni­śmy od­zwy­cza­ić się od pa­trze­nia na pra­wo jak na zbiór nud­nych prze­pi­sów. Dla Żyda Tora jest ko­dek­sem szczę­ścia – ko­cha­nym dla­te­go wła­śnie, że sa­mo­dziel­nie wy­bra­nym. Aby Żyd mógł ko­deks ten wy­brać w wol­no­ści, Moj­żesz wy­ja­śnia, dla­cze­go Bóg żąda ta­kie­go spo­so­bu ży­cia. Cen­tral­nym punk­tem pra­wa jest nie­wąt­pli­wie sza­bat. Dla ju­da­izmu ist­nie­ją dwa ro­dza­je lu­dzi: jed­ni przez sie­dem dni w ty­go­dniu przy­ku­ci są do swej pra­cy, dru­dzy na po­do­bień­stwo Boga zga­dza­ją się od­po­czy­wać dnia siód­me­go. Po to wła­śnie, by skło­nić lu­dzi do ta­kie­go spo­so­bu ży­cia, Moj­żesz ujaw­nia im, że Bóg siód­me­go dnia od­po­czy­wał i że czło­wiek szczę­śli­wy bę­dzie czy­nił po­dob­nie.

Sło­wa Moj­że­sza pły­ną­ce od Boga moż­na więc stre­ścić na­stę­pu­ją­co: Je­śli daję ci to za­le­ce­nie, to dla­te­go, że mia­ły miej­sce stwo­rze­nie, Adam i Ewa, grzech, Abra­ham, Ja­kub, Egipt i uwol­nie­nie. Pierw­szy opis z Księ­gi Ro­dza­ju jest póź­niej­szy od Księ­gi Wyj­ścia.

Jaki to Bóg i jaki czło­wiek za­wrą przy­mie­rze? Ja­kie są, poza mo­imi pra­gnie­nia­mi, moje praw­dzi­we po­trze­by? Ja­kie jest moje prze­zna­cze­nie, poza cier­pie­nia­mi pły­ną­cy­mi z ziem­skich pe­ry­pe­tii? Czy mogę spo­dzie­wać się praw­dzi­we­go, osta­tecz­ne­go szczę­ścia w ży­ciu wiecz­nym? Tyle py­tań, na któ­re każ­dy musi od­po­wie­dzieć.

Bi­blia jest od­po­wie­dzią Boga, dla mnie tą praw­dzi­wą i je­dy­ną pew­ną rze­czy­wi­sto­ścią.

„Przyj­miesz ją lub od­rzu­cisz (czym­że by­ła­by mi­łość przy­mu­szo­na?), ale dla twe­go szczę­ścia użycz mi cza­su na roz­mo­wę i do­łóż sta­rań, by zro­zu­mieć moje sło­wa”.

Tora Moj­że­sza

Pro­blem au­tor­stwa pię­ciu ksiąg Tory nie zo­stał sfor­mu­ło­wa­ny aż do XVII wie­ku. Póź­niej czy­nio­no to na róż­ne spo­so­by, a dla do­cie­kli­we­go umy­słu jest to oczy­wi­ście zna­ko­mi­ty obiekt za­in­te­re­so­wa­nia. Na­szym wszak­że za­mia­rem jest pójść da­lej. Do­sko­na­łą od­po­wiedź na to py­ta­nie daje zresz­tą eku­me­nicz­ne tłu­ma­cze­nie Bi­blii.

Moj­żesz jest więc w sze­ro­kim zna­cze­niu tego sło­wa au­to­rem ksiąg, któ­re zo­sta­ły wzbo­ga­co­ne przez tra­dy­cję. Były po­pra­wia­ne aż po wer­sję osta­tecz­ną, zwa­ną deu­te­ro­no­micz­ną (dru­gie pra­wo). Moj­żesz wy­zwo­lił swój na­ród z nie­wo­li egip­skiej i na Sy­na­ju dał mu pra­wo od Boga. Księ­ga Ro­dza­ju po­dej­mu­je od sa­mych po­cząt­ków za­gad­nie­nie przy­czy­ny tego pra­wa oraz uka­zu­je, dla­cze­go moż­na mu za­ufać. Za­miar ten ma więc wy­miar re­li­gij­ny.

Moj­żesz wy­cho­wa­ny zo­stał na dwo­rze egip­skim i zwra­ca się do lu­dzi, któ­rzy wy­ro­śli w egip­skiej cy­wi­li­za­cji. Nic więc dziw­ne­go, że prze­sła­nie na­zna­czo­ne jest przez ów­cze­sną kul­tu­rę egip­ską. Co wię­cej, po­cho­dzi on z ple­mie­nia Le­wi­tów, sty­ka­ją­ce­go się z ko­czow­ni­czym ple­mie­niem Ma­dia­ni­tów.

Pro­sty przy­kład po­zwa­la nam zro­zu­mieć tę praw­dę. Ewan­ge­licz­na za­sa­da „kto tra­ci, ten zy­sku­je”, jest świet­nie uka­za­na przez La Fon­ta­ine’a w baj­ce Zło­to­no­śna kura. Chcąc zy­skać, trze­ba wszyst­ko stra­cić. Je­zus mówi jak La Fon­ta­ine, któ­re­go zna­cie, i dla­te­go po­da­ję ten przy­kład. Czy wy­ni­ka stąd, że Je­zus nie po­wie­dział nic wię­cej niż La Fon­ta­ine? Że nie za­chę­cam was w Jego imie­niu, by pójść da­lej? To oczy­wi­ste. Po­dob­nie po­stę­pu­je Moj­żesz z ów­cze­sny­mi po­da­nia­mi i za­sa­da­mi Wscho­du, roz­po­czy­na­jąc od tego, co jest zna­ne, by po­tem pójść da­lej, aż do za­pro­sze­nia ludu, by za­warł przy­mie­rze z Bo­giem… W tym bo­wiem tkwi praw­dzi­we szczę­ście.

Źró­dła Księ­gi Ro­dza­ju

Źró­dła­mi pierw­szej księ­gi Bi­blii są przede wszyst­kim tra­dy­cje ro­dzin­ne, bar­dziej do­kład­ne i umiej­sco­wio­ne, opi­sy prze­ka­zy­wa­ne przez lud Abra­ha­ma He­braj­czy­ka, epo­pe­ja Abra­ha­ma, Iza­aka, Ja­ku­ba i Jó­ze­fa; na­stęp­nie tra­dy­cje roz­po­wszech­nio­ne wów­czas w świe­cie śród­ziem­no­mor­skim: asy­ryj­sko-chal­dej­skim i egip­skim. Nie wszyst­kie te opi­sy są tak samo do­kład­ne czy rów­nie istot­ne dla od­kry­cia prze­sła­nia, tym bar­dziej, że za­pi­sa­no je w ta­kim czy in­nym ga­tun­ku li­te­rac­kim (przy­po­wie­ści lub po­rów­na­nia). Opi­sy po­wta­rza­ją się bądź to we­dług tra­dy­cji hi­sto­rycz­nej, bądź ze wzglę­dów mo­ra­li­za­tor­skich (dwa opi­sy stwo­rze­nia), moż­na bo­wiem wyjść od Boga, by dojść do czło­wie­ka, lub od czło­wie­ka, by wznieść się aż do Bo­żej od­po­wie­dzi.

Je­de­na­ście pierw­szych roz­dzia­łów Księ­gi Ro­dza­ju opi­su­je głów­nie fak­ty, dla któ­rych brak jest do­ku­men­tów pi­sa­nych. Wszyst­kie one opie­ra­ją się na tra­dy­cji ust­nej, któ­ra zo­sta­nie uści­ślo­na dzię­ki Abra­ha­mo­wi. Opi­sy te są od­zwier­cie­dle­niem ów­cze­snej wie­dzy: zie­mia jest krąż­kiem; pła­ską po­wierzch­nią; spo­czy­wa­ją­cym na fi­la­rze i okry­tym klo­szem „fir­ma­men­tem”. Zie­mia sta­no­wi cen­trum ko­smo­su, wo­kół któ­re­go krą­żą gwiaz­dy stwo­rzo­ne dla niej i w związ­ku z ży­ciem na zie­mi.

Taki jest kon­tekst kul­tu­ro­wy, w ja­kim Moj­żesz ob­ja­wi lu­do­wi we­zwa­nie Boga, Jego plan mi­ło­ści. Prze­sła­nie to na­le­ży po­strze­gać, je­dy­nie wy­cho­dząc od pod­sta­wy. Księ­ga Ro­dza­ju wła­śnie dla­te­go sta­ła się nie­zro­zu­mia­ła, że o za­sa­dzie tej zbyt czę­sto za­po­mi­na­no. Gdy­by jesz­cze pa­mię­tać, że aby mó­wić o mi­ło­ści i przy­jąć prze­sła­nie, na­le­ży czy­tać bar­dziej ser­cem niż gło­wą: taki jest cel bi­blij­ne­go wta­jem­ni­cze­nia. Za­ra­zem jed­nak trze­ba uznać, że nie­zbęd­ne jest pew­ne mi­ni­mum wie­dzy, któ­rej sa­me­mu od­kryć nie moż­na. Na przy­kład trze­ba wie­dzieć, w jaki spo­sób mę­dr­cy na dwo­rze Da­wi­da i Sa­lo­mo­na, czy ka­pła­ni na wy­gna­niu, księ­gę tę prze­ro­bi­li.

Sym­fo­nia pa­sto­ral­na o po­cząt­ku świa­ta

„Na po­cząt­ku Bóg…” (Rdz 1,1). Praw­dą jest więc, że przede mną, przed wszyst­ki­mi ludź­mi, był On i tyl­ko On. Czy­tel­nik nie może po­su­nąć się da­lej, je­śli nie uzna, że Bóg był przed nim. Mó­wiąc ko­lo­kwial­nie, uzna­nie tej wcze­śniej­szo­ści „nie jest ta­kie oczy­wi­ste”. Czło­wiek nie jest pierw­szą za­sa­dą, jest od­nie­sie­niem do ko­goś, kto ist­niał przed nim i kto go uczy­nił. Jak mó­wią nasi bra­cia Ży­dzi: „Bóg wy­rzeź­bił w ni­czym”.

„(…) Bóg stwo­rzył nie­bo i zie­mię” (Rdz 1,1). Rzekł i tak się sta­ło. Sło­wo Boga po­wo­łu­je do ży­cia to, co wy­ra­ża: „Na po­cząt­ku było sło­wo (…) i Bo­giem było sło­wo” (J 1,1). Zie­mia była cha­osem, a Duch Boga uno­sił się nad wo­da­mi. Spójrz, po­dzi­wiaj, jak tchnie­nie Boga na­da­je kształt cha­oso­wi i ro­dzi w nim ży­cie. Z owe­go bo­skie­go tchnie­nia, wy­da­ne­go w przy­pły­wie mi­ło­ści (ro­uah), roz­kwi­ta ży­cie: to jest do­bre, bar­dzo do­bre!

„A po­tem Bóg rzekł: »Nie­chaj się sta­nie świa­tłość«. I sta­ła się świa­tłość”. I Bóg od­dzie­lił świa­tłość od ciem­no­ści, na­zwał świa­tłość „dniem”, a ciem­ność „nocą”, póź­niej bo­wiem czło­wie­ko­wi po­trzeb­ny bę­dzie od­po­czy­nek. „I tak upły­nął wie­czór i po­ra­nek – dzień pierw­szy” (Rdz 1,5). Po­dzi­wiaj­cie dzień i noc, i niech się wa­sze ser­ce za­chwy­ca! I niech się przy­go­tu­je do mi­ło­ści…

„A po­tem Bóg rzekł: »Nie­chaj po­wsta­nie skle­pie­nie w środ­ku wód i nie­chaj od­dzie­li ono jed­ne wody od dru­gich«” (Rdz 1,6). I tak się sta­ło. Bóg uczy­nił skle­pie­nie, któ­re od­dzie­la wody pod skle­pie­niem od wód po­nad skle­pie­niem, i na­zwał skle­pie­nie „nie­bem”. „I tak upły­nął wie­czór i po­ra­nek – dzień dru­gi” (Rdz 1,8).

„A po­tem Bóg rzekł: »Nie­chaj zbio­rą się wody spod nie­ba w jed­no miej­sce i niech się uka­że po­wierzch­nia su­cha!«. A gdy tak się sta­ło, Bóg na­zwał tę su­chą po­wierzch­nię zie­mią, a zbio­ro­wi­sko wód na­zwał mo­rzem” (Rdz 1,9–10). I zo­ba­czył Bóg, że były do­bre.

„Bóg (…) rzekł: »Nie­chaj zie­mia wyda ro­śli­ny zie­lo­ne: tra­wy da­ją­ce na­sio­na, drze­wa owo­co­we ro­dzą­ce na zie­mi (…) owo­ce, w któ­rych są na­sio­na«. A Bóg wi­dział, że były do­bre. I tak upły­nął wie­czór i po­ra­nek – dzień trze­ci” (Rdz 1,11–13).

„A po­tem Bóg rzekł: »Nie­chaj po­wsta­ną cia­ła nie­bie­skie«” (Rdz 1,11–13). Niech na skle­pie­niu nie­ba od­dzie­la­ją dzień od nocy, wy­zna­cza­ją pory roku, dni i lata. Czło­wiek bę­dzie po­trze­bo­wał ka­len­da­rza, bę­dzie mu­siał wie­dzieć, kie­dy nad­cho­dzi świę­to, któ­re jest mu nie­zbęd­ne dla od­po­czyn­ku. „»Aby były cia­ła­mi ja­śnie­ją­cy­mi na skle­pie­niu nie­ba i aby świe­ci­ły nad zie­mią«. I tak się sta­ło. Bóg uczy­nił dwa duże cia­ła ja­śnie­ją­ce: więk­sze, aby rzą­dzi­ło dniem, i mniej­sze, aby rzą­dzi­ło nocą, oraz gwiaz­dy. I umie­ścił je Bóg na skle­pie­niu nie­ba, aby świe­ci­ły nad zie­mią: aby rzą­dzi­ły dniem i nocą i od­dzie­la­ły świa­tłość od ciem­no­ści. A wi­dział Bóg, że były do­bre. I tak upły­nął wie­czór i po­ra­nek – dzień czwar­ty” (Rdz 1,14–19). Upro­wa­dzo­nym do Ba­bi­lo­nu ustęp ten przy­po­mi­na, że słoń­ce i księ­życ nie są bó­stwa­mi.

„Po­tem Bóg rzekł: »Nie­chaj się za­ro­ją wody od roju istot ży­wych, a ptac­two nie­chaj lata nad zie­mią, pod skle­pie­niem nie­ba!«. Tak stwo­rzył Bóg wiel­kie po­two­ry mor­skie i wszel­kie­go ro­dza­ju pły­wa­ją­ce isto­ty żywe, któ­ry­mi za­ro­iły się wody, oraz wszel­kie ptac­two skrzy­dla­te róż­ne­go ro­dza­ju. Bóg, wi­dząc, że były do­bre, po­bło­go­sła­wił je tymi sło­wa­mi: »Bądź­cie płod­ne i mnóż­cie się, aby­ście za­peł­nia­ły wody mor­skie, a ptac­two nie­chaj się roz­mna­ża na zie­mi«. I tak upły­nął wie­czór i po­ra­nek – dzień pią­ty” (Rdz 1,20–23).

„Po­tem Bóg rzekł: »Nie­chaj zie­mia wyda isto­ty żywe róż­ne­go ro­dza­ju: by­dło, zwie­rzę­ta peł­za­ją­ce i dzi­kie zwie­rzę­ta (…)«. I wi­dział Bóg, że były do­bre. A wresz­cie rzekł Bóg: »Uczyń­my czło­wie­ka na Nasz ob­raz, po­dob­ne­go Nam. Niech pa­nu­je nad ry­ba­mi mor­ski­mi, nad ptac­twem po­wietrz­nym, nad by­dłem, nad zie­mią i nad wszyst­ki­mi zwie­rzę­ta­mi peł­za­ją­cy­mi po zie­mi!«” (Rdz 1,24–26).

W tym miej­scu prze­cho­dzi­my do dru­gie­go opi­su stwo­rze­nia (Rdz 2, 7): „Pan Bóg ule­pił czło­wie­ka z pro­chu zie­mi i tchnął w jego noz­drza tchnie­nie ży­cia, wsku­tek cze­go stał się czło­wiek isto­tą żywą”.

Je­stem tchnie­niem mi­ło­ści Boga w świe­cie; to tchnie­nie mi­ło­ści zo­sta­ło prze­ka­za­ne w po­ca­łun­ku mo­ich ro­dzi­ców, któ­ry mnie zro­dził. Stąd tak­że po­wsta­nie dok­try­na Du­cha Świę­te­go, któ­ry jest ową roz­le­wa­ją­cą się mi­ło­ścią, tym roz­prze­strze­nia­ją­cym się tchnie­niem.

Pan ule­pił czło­wie­ka z pro­chu zie­mi. Bóg uczy­nił „Ada­ma”, Zie­mia­ni­na, uni­wer­sal­ną isto­tą z tego świa­ta: ta­kie jest zna­cze­nie czło­wie­ka wy­do­by­te­go z zie­mi.

„Na roz­kaz Pana Boga wy­ro­sły z gle­by wszel­kie drze­wa” (Rdz 2,9). Drze­wa miłe dla oka i ro­dzą­ce smacz­ny owoc oraz drze­wo ży­cia po­środ­ku ogro­du i drze­wo po­zna­nia do­bra i zła. Zna­cze­nie tego drze­wa (wol­ny wy­bór ży­cia po­do­ba­ją­ce­go się Bogu) wy­ja­śni­my so­bie w roz­dzia­le na­stęp­nym, opi­su­ją­cym ku­sze­nie.

„Z Ede­nu zaś wy­pły­wa­ła rze­ka, aby na­wad­niać ów ogród, i stam­tąd się roz­dzie­la­ła, da­jąc po­czą­tek czte­rem rze­kom. Na­zwa pierw­szej – Pi­szon; jest to ta, któ­ra okrą­ża cały kraj Cha­wi­la, gdzie się znaj­du­je zło­to. A zło­to owej kra­iny jest zna­ko­mi­te; tam jest tak­że won­na ży­wi­ca i ka­mień czer­wo­ny. Na­zwa dru­giej rze­ki – Gi­chon; okrą­ża ona cały kraj Kusz. Na­zwa rze­ki trze­ciej – Chid­de­kel; pły­nie ona na wschód od Aszu­ru. Rze­ka czwar­ta – to Per­at” (Rdz 2,10–12).

Dwie z tych rzek ist­nie­ją rze­czy­wi­ście, a dwie pierw­sze są wy­my­ślo­ne. Jest to wy­raź­ne stwier­dze­nie, że zbęd­na i da­rem­na jest pró­ba umiej­sco­wie­nia raju na zie­mi: ist­nie­je on wszę­dzie tam, gdzie czło­wiek jest szczę­śli­wy ta­kim, ja­kim uczy­ni­ła go ręka Boga, za­nim za­ist­nia­ło zło.

„Pan Bóg rzekł: »Nie jest do­brze, żeby męż­czy­zna był sam; uczy­nię mu za­tem od­po­wied­nią dla nie­go po­moc. Ule­piw­szy z gle­by wszyst­kie zwie­rzę­ta lą­do­we i wszel­kie pta­ki po­wietrz­ne, Pan Bóg przy­pro­wa­dził je do męż­czy­zny, aby prze­ko­nać się, jaką on je na­zwie. (…) I tak męż­czy­zna dał na­zwy wszel­kie­mu by­dłu, pta­kom pod­nieb­nym i wszel­kie­mu zwie­rzę­ciu dzi­kie­mu, ale nie zna­la­zła się po­moc od­po­wied­nia dla męż­czy­zny” (Rdz 2,18–20).

Trze­ba wie­dzieć, ja­kie zna­cze­nie mia­ła dla Ży­dów na­zwa, okre­śla­ją­ca samą isto­tę, a tak­że i to, że ten, kto na­da­je na­zwę, jest wła­ści­cie­lem. I oto wszel­kie stwo­rze­nie sta­je przed Ada­mem, a on nie jest w peł­ni szczę­śli­wy. Dzie­ci za­dzi­wio­ne tym ob­fi­tym wy­la­niem się mi­ło­ści, tej czu­ło­ści prze­wi­du­ją­cej wszyst­ko, cze­go bę­dzie­my po­trze­bo­wać, znaj­du­ją traf­ne sło­wa. Jak owa mała dziew­czyn­ka, któ­ra pew­ne­go dnia na py­ta­nie: „Cze­go brak Ada­mo­wi?”, od­po­wie­dzia­ła: „Ko­bie­ty”. Dla­cze­go? „Żeby grać wie­czo­rem w kar­ty”… Po­mi­mo do­sko­na­ło­ści stwo­rze­nia czło­wiek nie miał przy so­bie isto­ty, z któ­rą mógł­by roz­ma­wiać, dzie­lić się... By­cie „stwo­rzo­nym na ob­raz i po­do­bień­stwo Boga” nie po­le­ga na po­zo­sta­wa­niu w sta­nie ka­wa­ler­skim.

„Bóg stwo­rzył ich”: ish i isha. Sło­wa te w ję­zy­ku fran­cu­skim sła­bo od­da­ją po­ję­cia „mąż” i „żona”. We­dług eg­ze­ge­zy ży­dow­skiej je­ste­śmy isto­ta­mi sy­jam­ski­mi, a wszel­kie na­sze usi­ło­wa­nia zmie­rza­ją do zmia­ny tego fak­tu do­ko­na­ne­go. Nie ist­nie­je fran­cu­ski ter­min na okre­śle­nie tej rze­czy­wi­sto­ści. „Sta­ją się jed­nym cia­łem” (Rdz 2,24).

„Bóg im bło­go­sła­wił” (Rdz 1,28). To bło­go­sła­wień­stwo czy­ni ich płod­ny­mi. Bło­go­sła­wień­stwo daje isto­cie ży­wej nową ce­chę: płod­ność. Po­dob­nie jak od wiecz­no­ści Bóg od­da­je się Sy­no­wi i jak z ich po­ca­łun­ku po­cho­dzi Duch Świę­ty, tak­że i dar męż­czy­zny dla ko­bie­ty za­płod­nio­ny bło­go­sła­wień­stwem Boga ma moc prze­ka­zy­wa­nia Bo­że­go ruah: ży­cia. Na ob­raz i po­do­bień­stwo Boga czło­wiek bę­dzie więc po­trój­ny, bę­dzie jed­nym w troj­gu: ojcu, mat­ce, dziec­ku.

„Wte­dy Bóg po­bło­go­sła­wił siód­my dzień i uczy­nił go świę­tym” (Rdz 2,3). Bóg skoń­czył swe dzie­ło cza­sem kon­tem­pla­cji (sza­bat). Moj­żesz pra­gnął udo­wod­nić, że siód­me­go dnia Bóg nie pra­co­wał i czło­wiek na jego po­do­bień­stwo ma prze­strze­gać sza­ba­tu. Uzna­nie sza­ba­tu jest zna­kiem, że czło­wiek przyj­mu­je to wszyst­ko, co jest od nie­go wcze­śniej­sze. Ma wte­dy czas, by po­wstrzy­mać się od dzia­ła­nia, od pra­cy; by żyć, ist­nieć w re­la­cji z Bo­giem, czło­wiek nie może być za­ję­ty przez sie­dem dni w ty­go­dniu.

Oto dla­cze­go prak­ty­ka sza­ba­tu jest kon­kret­nym zna­kiem uzna­nia Tory. Wy­kra­cza­my tu znacz­nie poza for­mal­ne po­słu­szeń­stwo nie­zro­zu­mia­łe­mu za­le­ce­niu… „Na po­cząt­ku Bóg…”

Znaj­du­je­my się już w okre­sie po­wy­gna­nio­wym, w któ­rym na­stą­pi­ło osta­tecz­ne wy­kry­sta­li­zo­wa­nie się ju­da­izmu.

Tra­dy­cja Ko­ścio­ła wno­si inne zna­cze­nie siód­me­go dnia. W swej de­li­kat­no­ści i sza­cun­ku dla czło­wie­ka Bóg nie ze­chciał do­koń­czyć swe­go dzie­ła. Czło­wiek ma być Jego wspól­ni­kiem i wy­peł­nić swą część w dzie­le stwo­rze­nia. Bóg za­trzy­mał się wie­czo­rem dnia szó­ste­go, by umoż­li­wić swe­mu sy­no­wi ra­dość ze speł­nie­nia jego dzie­ła. Mię­dzy wia­rą a na­uką nie tyl­ko nie ma sprzecz­no­ści, ale jest ona w czło­wie­ku pie­śnią stwo­rze­nia. Od­kry­cie to wy­ma­ga wszak­że cza­su. Jak­że czę­sto my­śli­my, że go nie mamy. Bóg chce, aby­śmy mie­li czas na kon­tem­pla­cję na­szych prze­żyć, na mo­dli­twę… Sza­bat Sza­lom!

Prze­sła­nie dwóch pierw­szych roz­dzia­łów

„Na po­cząt­ku Bóg…”. Przede wszyst­kim cho­dzi o to, aby wie­rzą­cy uznał, że Bóg był przed nim, że jest źró­dłem wszel­kie­go ist­nie­nia i że tyl­ko On może wy­ja­wić ta­jem­ni­cę szczę­śli­we­go ży­cia we wszel­kich re­la­cjach. Je­śli Go słu­cham, będę w do­brym sto­sun­ku z Bo­giem, z przy­ro­dą, z sobą sa­mym i z in­ny­mi, będę szczę­śli­wy.

Przy­ro­da i wszyst­ko, co ist­nie­je, stwo­rzo­ne jest w związ­ku z czło­wie­kiem. Czło­wiek jest uko­ro­no­wa­niem i kró­lem wszel­kie­go ist­nie­nia. Cóż za zna­cze­nie ma dla Moj­że­sza to, czy po­rzą­dek, w ja­kim opi­su­je stwo­rze­nie wszech­świa­ta, jest zgod­ny z na­uką w po­rząd­ku chro­no­lo­gicz­nym; waż­ne jest po­ka­za­nie nam, że Bóg stwo­rzył wszyst­ko w związ­ku ze swym dziec­kiem, dla któ­re­go pra­gnął szczę­ścia na tej zie­mi. Oczy­wi­ście, wcie­le­nie Je­zu­sa w kon­kret­nym cza­sie zo­bo­wią­zu­je nas do re­spek­to­wa­nia hi­sto­rii.

Oto pod­sta­wo­wa praw­da ob­ja­wio­na: czło­wiek ma być pa­nem ma­te­rii, pa­no­wać nad nią, a nie od­wrot­nie; ze wszyst­ki­mi pły­ną­cy­mi stąd kon­se­kwen­cja­mi. W poj­mo­wa­niu eko­no­mii, chrze­ści­jań­skich wa­run­ków pra­cy, roz­wo­ju na­ro­dów, ni­g­dy nie bę­dzie in­nej na­czel­nej za­sa­dy.

Ce­lem sza­ba­tu jest wła­śnie przy­po­mnie­nie tej kró­lew­skiej god­no­ści czło­wie­ka. Jest to dzień, w któ­rym czło­wiek nie może być przy­wią­za­ny do pro­duk­cji, do swej pra­cy; tego dnia żyje dla sie­bie sa­me­go, dla swo­ich, dla Boga.

Nasz Bóg pra­gnie na­sze­go peł­ne­go szczę­ścia. Opis stwo­rze­nia nie jest ni­czym in­nym, jak kró­lew­skim da­rem Boga dla swe­go dziec­ka z oka­zji jego na­ro­dzin: zie­mia, słoń­ce, gwiaz­dy, ro­śli­ny, kwia­ty, dni dla pra­cy i noce dla od­po­czyn­ku. Nie za­po­mi­naj­my o świę­tach: na­szą epo­kę ce­chu­je kult świę­ta, ale świę­to stwo­rzo­ne jest od po­cząt­ku świa­ta. Jest to być może je­den z naj­waż­niej­szych aspek­tów, ja­kie na­le­ży uka­zy­wać dzi­siej­sze­mu świa­tu. Czło­wiek nie jest stwo­rzo­ny po to, by „za­ra­biać na ży­cie”, ale by ży­cia do­świad­czać. Prze­to wszyst­ko, co unie­moż­li­wia mu praw­dzi­we ży­cie, nie może być zgod­ne z wolą Bożą.

Be­re­szit, „na po­cząt­ku”, rze­czy tak się mają i każ­dy bę­dzie mu­siał usto­sun­ko­wać się do tego pod­sta­wo­we­go py­ta­nia: „Czy zga­dzam się do­sto­so­wać do pier­wot­ne­go pla­nu, któ­ry kie­ro­wał wszyst­kim w chwi­li mo­je­go za­ist­nie­nia?”. Nie po to, żeby być w po­rząd­ku, słu­cha­jąc przy­ka­za­nia, ale przede wszyst­kim po to, by od­na­leźć jego sens – do­sko­na­le­nie mego szczę­śli­we­go ist­nie­nia – uśmie­cha­jąc się w słoń­cu ży­cia.

Na ob­raz Boży ich stwo­rzył

Świę­ty Pa­weł stwier­dza: „W Nim bo­wiem ży­je­my, po­ru­sza­my się i je­ste­śmy” (Dz 17,28). Taka jest pod­sta­wo­wa praw­da, któ­ra za­de­cy­du­je o na­szym wy­bo­rze szczę­ścia. Albo uzna­je­my, że zo­sta­li­śmy stwo­rze­ni przez Boga na Jego po­do­bień­stwo: wów­czas przyj­mu­je­my też, że On wie, co „jest w czło­wie­ku”, i zga­dza­my się re­ali­zo­wać plan na­sze­go Stwór­cy – albo też od­rzu­ca­my ten punkt wyj­ścia i bu­du­je­my wła­sne szczę­ście po swo­je­mu.

Stwo­rze­nie nie jest bo­wiem dzie­łem chwi­li: jest ono „cią­głe”, nie­usta­ją­ce. Bóg pod­trzy­mu­je nas w ist­nie­niu i im bar­dziej Go zna­my, tym bar­dziej na­śla­du­je­my nasz wzór, tym bar­dziej uda­nym two­rem je­ste­śmy. Aż po dzień, gdy „[uj­rzy­my Go] twa­rzą w twarz” (1 Kor 13,12) i gdy bę­dzie­my do Nie­go po­dob­ni na wie­ki. Moj­żesz, za­nim przed­sta­wił lu­do­wi Torę, sta­rał się, by lud wie­dział, że jest to dla czło­wie­ka je­dy­na pew­na dro­ga uda­ne­go ży­cia: nie pro­po­no­wał mu pra­wa, lecz dro­gę szczę­ścia.

Bóg czy­ni czło­wie­ka ro­zum­nym i wol­nym, by mógł on pra­gnąć tego, co naj­lep­sze, tego, co ofia­ro­wał Stwór­ca. Mi­łość, któ­ra jest ce­lem na­sze­go ist­nie­nia, osta­tecz­nie wy­ma­ga wol­no­ści de­cy­zji, wy­bo­ru. Poza per­spek­ty­wą bi­blij­ną są­dzi się czę­sto, że by­cie wol­nym ozna­cza moż­li­wość po­wie­dze­nia „nie”. W per­spek­ty­wie Bi­blii wol­ność po­le­ga na moż­li­wo­ści stop­nio­we­go uwal­nia­nia się od tego wszyst­kie­go, co utrud­nia nam po­wie­dze­nie „tak”.

Bóg uczy­nił czło­wie­ka mi­ło­ścią na ob­raz „Boga-mi­ło­ści” i dla­te­go isto­tą czło­wie­ka jest „sto­sun­ko­wość”; jest on szczę­śli­wy wów­czas, gdy jego sto­su­nek do sie­bie sa­me­go, do Boga, do na­tu­ry i do in­nych jest „do­stro­jo­ny” i gdy nie na­stę­pu­je żad­ne „prze­grza­nie”.

Bóg jest Trój­cą: na Jego ob­raz i po­do­bień­stwo czło­wiek re­ali­zu­je się w peł­ni tyl­ko w owej po­trój­nej re­la­cji. Błę­dem jest twier­dzić, że męż­czy­zna i ko­bie­ta zre­ali­zu­ją się w peł­ni bez tego trze­cie­go skład­ni­ka. Mó­wi­my tu więc o za­sad­ni­czym wy­zwo­le­niu, któ­re ludz­kiej isto­cie po­zwa­la czuć się do­brze we wła­snej skó­rze; jest to „praw­dzi­we po­ję­cie sek­su­al­no­ści”.

Zbyt czę­sto my­śli­my je­dy­nie o sek­su­al­no­ści ciał, a tym­cza­sem cała na­sza isto­ta jest „sek­su­al­na”, nasz umysł, du­sza, ser­ce i… na­sze cia­ło. Sek­su­al­na, czy­li od­cię­ta, am­pu­to­wa­na. Po­twier­dza się tu zda­nie Clau­de­la: „Ta cząst­ka mnie, któ­ra jest w to­bie i któ­rej nie prze­sta­ję po­szu­ki­wać”, tak cu­dow­nie wy­ra­żo­ne w Bi­blii (Rdz 2,22): „Pan Bóg z że­bra, któ­re wy­jął z męż­czy­zny, zbu­do­wał nie­wia­stę” (isha). Gdy tyl­ko się roz­po­zna­li, Bóg po­wie­rzył im mi­sję speł­nie­nia po­trój­no­ści ich ist­nie­nia, w po­ca­łun­ku prze­ka­zu­jąc ruah, po­cząt­ko­we tchnie­nie Boga, któ­re roz­sie­wa ży­cie po­wie­rzo­ne na po­cząt­ku ish i isha.

Kto raz na za­wsze po­jął tę wiel­ką praw­dę, wy­zwa­la się od wszel­kich złu­dzeń i w peł­ni do­świad­czy owej cu­dow­nej, śpie­wa­ją­cej w nim siły mi­ło­ści. Bóg nie na­rzu­ca swe­go za­mia­ru, ale nie moż­na go wziąć tyl­ko w po­ło­wie, a resz­tę po­zo­sta­wić. Trze­ba wie­dzieć, że poza tym okre­śle­niem wszel­kie po­ję­cie za­sad­ni­cze­go sto­sun­ku sek­su­al­no­ści pro­wa­dzi w śle­py za­ułek. Nie jest to przede wszyst­kim kwe­stia pra­wa, ar­bi­tral­nej de­cy­zji Boga, ale ra­czej skład­nik na­szej isto­ty, stwo­rzo­nej na ob­raz i po­do­bień­stwo Boga, „jed­ne­go w troj­gu”.

„A Bóg wi­dział, że wszyst­ko, co uczy­nił, było bar­dzo do­bre” (Rdz 1,31)

Wszyst­ko było ta­kie do­bre, że zie­mia jest ra­jem. Czło­wiek, któ­ry wy­szedł z rąk Boga, jest szczę­śli­wy, bo­wiem Bóg mógł uczy­nić tyl­ko do­bro. Za­nim po­sta­no­wi­my za­ak­cep­to­wać na­sze przy­mie­rze z Pa­nem, na­le­ży wie­dzieć, czy – i dla­cze­go – „Bóg jest z nami” , czy też nie.

Je­śli praw­dą by­ło­by, że zło po­cho­dzi od Nie­go, tak jak cier­pie­nie i śmierć, trze­ba by być ma­so­chi­stą lub ostat­nim głup­cem, aby ca­ło­wać rękę, któ­ra nas uci­ska. Księ­ga Ro­dza­ju mówi wy­raź­nie: wszyst­ko, co Bóg stwo­rzył, jest do­bre, a na­wet bar­dzo do­bre. „Jak to więc jest ze złem?”, spy­ta­cie mnie. Cier­pli­wo­ści! Roz­dział trze­ci od­po­wie na to py­ta­nie i za­pro­po­nu­je inne roz­wią­za­nie niż po­gląd sto­ików, któ­rzy w na­szej grec­ko-rzym­skiej cy­wi­li­za­cji mó­wią, iż „nic się nie dzie­je bez woli lub przy­zwo­le­nia Boga”.

„Na po­cząt­ku” żąda się od nas, by­śmy w wie­rze uzna­li tę ele­men­tar­ną praw­dę: „Zło nie po­cho­dzi od Boga”. Oceń­my prze­to ogrom­ną dro­gę, jaką mu­si­my prze­być, by od­na­leźć myśl Boga, o któ­rej wie­ki nie­zna­jo­mo­ści Bi­blii ka­za­ły nam za­po­mnieć. Aby­śmy ni­g­dy wię­cej nie po­wtó­rzy­li tego zda­nia, ja­kie pro­boszcz, do­bry i świę­ty ka­płan, wy­po­wie­dział do mo­jej mat­ki, kie­dy stra­ci­ła dzie­się­cio­let­nie dziec­ko: „To do­bry Bóg je wziął, pro­szę pani, żeby zro­bić je anio­łem”.

Do­brze ro­zu­miem więc, dla­cze­go za­nim otrzy­ma­łem pierw­sze świę­ce­nia ka­płań­skie, mat­ka ka­za­ła mi przy­rzec, że ni­g­dy słów tych nie wy­po­wiem: po pro­stu dla­te­go, że jest to nie­praw­da! Nie za­wie­ra się przy­mie­rza z dzie­cio­bój­cą. „Bóg jest śmier­cią” – utrzy­mu­ją nie­któ­rzy. Je­śli ta­ko­wy ist­nie­je – niech spo­czy­wa w spo­ko­ju… Nie jest on na­szym Bo­giem.

Prze­ciw­nie, nasz Bóg nie usta­je w przy­wra­ca­niu świa­tu jego pier­wot­ne­go szczę­ścia. I osią­gnie to u kre­su swe­go dzie­ła, na nowo uzna, że świat jest do­bry, „że nie ma już ani łez, ani ża­ło­by… „Prze­mi­ja bo­wiem po­stać tego świa­ta” (1 Kor 7,31). Czy­ta­nie Bi­blii jest zgo­dą na pój­ście z Nim tą dro­gą, któ­ra pro­wa­dzi nas do raju ży­cia. Za­war­cie z Nim przy­mie­rza jest przy­spie­sze­niem w so­bie i w świe­cie po­wro­tu tego pier­wot­ne­go szczę­ścia, dla któ­re­go je­ste­śmy stwo­rze­ni, gdyż Bóg z sza­cun­kiem cze­ka, aż czło­wiek tego za­pra­gnie.

A Bóg spoj­rzał… Było to bar­dzo do­bre… Szczę­śli­wy i wol­ny czło­wiek, któ­ry ra­du­je się w świa­tło­ści.

Czy w XX wie­ku moż­na jesz­cze po­waż­nie mó­wić o tych spra­wach?

Tak, moż­na, i to bar­dziej niż kie­dy­kol­wiek w tej epo­ce nie­zwy­kłych od­kryć na­uko­wych. Za­nim pój­dzie­my da­lej w przed­sta­wia­niu orę­dzia Bo­że­go, pil­ne jest, by raz na za­wsze roz­strzy­gnąć spra­wę „kon­kor­dy­zmu”. Dok­try­nę kon­kor­dy­zmu moż­na sche­ma­tycz­nie wy­ra­zić na­stę­pu­ją­co: „Tak jest na­pi­sa­ne w Bi­blii, a więc jest to praw­da”. Wa­run­kiem jest umie­jęt­ność od­czy­ta­nia tego, co na­pi­sa­ne. Tu­taj po raz pierw­szy po­ja­wia się zna­cze­nie lek­tu­ry Bi­blii we­dług klu­cza „ga­tun­ku li­te­rac­kie­go”.

Księ­ga Ro­dza­ju jest ob­ja­wie­niem ta­jem­ni­cy mi­ło­ści, nie zaś pod­ręcz­ni­kiem ar­che­olo­gii. Nic za­tem dziw­ne­go, że dla wy­ra­że­nia pla­nu Bo­że­go au­tor przed trze­ma ty­sią­ca­mi lat po­słu­żył się ów­cze­sny­mi po­ję­cia­mi. W Bi­blii praw­dzi­wy, wiecz­nie praw­dzi­wy jest fakt, że Bóg stwo­rzył nas przez mi­łość i dla na­sze­go szczę­ścia. Co do szcze­gó­łów tech­nicz­nych owe­go stwo­rze­nia, za­chę­ca się nas, by­śmy od­wo­ły­wa­li się do uczo­nych i ich nie­zwy­kłych od­kryć. Gdy każ­dy bę­dzie wy­ko­ny­wał swój za­wód, na­uki będą roz­wi­ja­ły się w spo­sób bar­dziej pre­cy­zyj­ny i do­sko­na­ły, każ­da w swo­jej dzie­dzi­nie.

Niech eg­ze­ge­ta gło­si uro­czy­ście praw­dę o tchnie­niu Boga, któ­re zro­dzi­ło w czło­wie­ku umie­jęt­ność ko­cha­nia: to jego za­da­nie. Na­to­miast gdy sta­ra się on okre­ślić do­kład­ny mo­ment hi­sto­rycz­ny, w któ­rym to się do­ko­na­ło – wy­kra­cza wów­czas poza swe upraw­nie­nia, ry­zy­ku­jąc, że po­wie wie­le głupstw.

Bóg tchnął ży­cie w „Ada­ma”, uczy­nio­ne­go z ada­ma – zie­mi. Tym le­piej, je­śli ucze­ni mó­wią nam, że do­ko­na­ło się to w wy­ni­ku dłu­giej dro­gi, wio­dą­cej przez ga­lak­ty­ki, mi­ne­ra­ły, ro­śli­ny, ame­by, ryby, zwie­rzę­ta, wiel­kie mał­py: jest to rze­czy­wi­ście ich do­me­na i przy­kla­sku­je­my ich od­kry­ciom. I niech raz na za­wsze skoń­czy się rze­ko­ma sprzecz­ność mię­dzy na­uką a wia­rą. Tak, jak gdy­by sta­jąc się bar­dziej uczo­nym, czło­wiek osła­biał swą wia­rę. Tak na­ro­dzi­ły się wszel­kie nur­ty an­ty­re­li­gij­ne XIX wie­ku aż po mark­sizm, Kan­ta i eg­zy­sten­cja­lizm Sar­tre’a.

Niech skoń­czy się wiel­ki strach przed sek­su­al­no­ścią, któ­ry pro­wa­dzi na zmia­nę do prze­pły­wów le­ga­li­zmu i mo­ral­ne­go roz­luź­nie­nia, dwóch rów­nie szko­dli­wych zja­wisk dla psy­cho­lo­gicz­nej rów­no­wa­gi czło­wie­ka bę­dą­ce­go na swo­im miej­scu… Na po­cząt­ku wszyst­ko było bar­dzo do­bre. Do nas na­le­ży tyl­ko po­now­ne od­kry­cie, po­nad Freu­dem i psy­cho­ana­li­zą, a może i dzię­ki nim, zna­cze­nia tego uprzy­wi­le­jo­wa­ne­go sto­sun­ku, po­przez któ­ry isto­ta ludz­ka może wy­ra­żać się naj­głę­biej, o ile…

Nasz wiek XX, bar­dziej niż ja­ka­kol­wiek inna epo­ka, tę­sk­nie wy­cze­ku­je prze­sła­nia, któ­re opi­su­je wy­zwo­le­nie od tego wszyst­kie­go, co za­wa­dza czło­wie­ko­wi na jego dro­dze ku szczę­ściu. „Bądź­cie płod­ni i roz­mna­żaj­cie się, aby­ście za­lud­ni­li zie­mię i uczy­ni­li ją so­bie pod­da­ną” (Rdz 1,28). Jak­że wspa­nia­ła per­spek­ty­wa i jak bar­dzo ak­tu­al­na! To po­chwal­na pieśń na­uki, czło­wie­ka od­kry­wa­ją­ce­go we­wnętrz­ną har­mo­nię przy­ro­dy i liczb, pieśń, któ­ra gło­si nam, jak bar­dzo Bóg nas ko­cha!

Jak­że da­le­ka jest wów­czas alie­na­cja, któ­rą nam ty­le­kroć wy­po­mi­na­no, i jak bar­dzo – wprost prze­ciw­nie – czło­wiek jest jed­no­ścią umy­słu i du­szy: to tak­że jest źró­dłem szczę­ścia. I za­pra­sza­nie, by pójść da­lej, by na dłu­żej pod­dać się szko­le Boga, któ­ry ujaw­nia nam, jak owa wspa­nia­ła rów­no­wa­ga zo­sta­ła na pe­wien czas na­ru­szo­na w wy­ni­ku od­rzu­ce­nia przez czło­wie­ka przy­mie­rza ze swym Stwór­cą, a tak­że jak ta tym­cza­so­wa ska­za może zo­stać do­sta­tecz­nie zwy­cię­żo­na Jego wolą osią­gnię­cia osta­tecz­ne­go szczę­ścia, do któ­re­go je­ste­śmy we­zwa­ni przez Jego wszech­moc­ną czu­łość.

„Nie jest do­brze, żeby męż­czy­zna był sam” (Rdz 1,18)

Re­la­cje mię­dzy męż­czy­zną a ko­bie­tą są obec­nie przed­mio­tem in­ten­syw­nych ba­dań. Z po­wo­du odej­ścia od bi­blij­nej kon­cep­cji czło­wie­ka wszyst­ko zo­sta­ło roz­re­gu­lo­wa­ne. Cia­ło nie idzie już w ryt­mie ser­ca i du­szy. A cóż po­wie­dzieć o miej­scu dru­giej oso­by; part­ne­ra, któ­re­go w nie­okieł­zna­nym ero­ty­zmie czy­ni się przed­mio­tem, a da­lej – o dziec­ku? Co są­dzić więc o rów­no­ści trzech ele­men­tów? Dziś bar­dziej niż kie­dy­kol­wiek trze­ba mó­wić o wiel­kim bi­blij­nym do­peł­nie­niu się męż­czy­zny i ko­bie­ty. Już czas wy­do­być się z tej pry­mi­tyw­nej cy­wi­li­za­cji, w któ­rej o wszyst­kim de­cy­du­ją męż­czyź­ni i dla męż­czyzn, z na­ra­że­niem zdro­wia ko­bie­ty; czas, by nie­ustan­nie mó­wić o wznio­słej god­no­ści każ­dej oso­by ludz­kiej od pierw­szej chwi­li jej ist­nie­nia, jest ona bo­wiem stwo­rzo­na na ob­raz Boga.

Nie cho­dzi oczy­wi­ście o to, by drę­czyć czło­wie­ka, lecz prze­ciw­nie, by go wy­sła­wiać, a mia­no­wi­cie „od­ba­na­li­zo­wać” jego pod­sta­wo­wą re­la­cję z dru­gą oso­bą w ob­co­wa­niu cie­le­snym.

Za­rzu­ca się nie­kie­dy Ko­ścio­ło­wi, że pra­gnie na­rzu­cić swą kon­cep­cję wy­wo­dzą­cą się z mi­nio­nej cy­wi­li­za­cji. Nic po­dob­ne­go: dziś bar­dziej niż do­tych­czas trze­ba gło­sić ab­so­lut­ną wol­ność każ­dej isto­ty ludz­kiej wo­bec pod­sta­wo­we­go wy­bo­ru, od któ­re­go za­le­żeć bę­dzie jej szczę­ście. Tym bar­dziej nie ma po­trzeb przy­wo­ły­wać ar­gu­men­tu „na­tu­ry”, by uza­sad­nić na­sze od­rzu­ce­nie wol­ne­go związ­ku męż­czy­zny i ko­bie­ty, roz­wo­du czy prze­ry­wa­nia cią­ży.

Ską­d­inąd w peł­ni uzna­je­my we­zwa­nie Pana, któ­re w głę­bi na­szej isto­ty za­ko­rze­nia trzy­czło­no­we uję­cie, mo­no­ga­mię i nie­ro­ze­rwal­ność mał­żeń­stwa, ro­zu­mie­jąc za­ra­zem, że inni tego uzna­nia nie po­dzie­la­ją. Sło­wo Boże ni­g­dy nie bę­dzie inne.

„Je­śli zga­dzasz się za­wrzeć ze Mną przy­mie­rze, nie mo­żesz ko­chać do­wol­nie ani też uzna­wać się za chrze­ści­ja­ni­na, od­rzu­ca­jąc tę dro­gę”.

Każ­dy czło­wiek jest współ­od­po­wie­dzial­ny za całą ludz­kość

Za­nim po­sta­wio­ne zo­sta­ło Ada­mo­wi za­sad­ni­cze py­ta­nie, a mia­no­wi­cie czy zga­dza się, czy od­ma­wia prze­ży­wać wszel­kie re­la­cje z in­ny­mi w przy­mie­rzu z Bo­giem, dla za­chod­nie­go czy­tel­ni­ka istot­ne jest, by od­kryć ostat­ni skład­nik tej pro­po­zy­cji: je­ste­śmy współ­od­po­wie­dzial­ni za całą ludz­kość, a na­wet za całą na­tu­rę.

Wła­śnie dla­te­go, że na­sza isto­ta ma wy­miar „sto­sun­ko­wy”, nie mo­że­my za­nie­dbać ca­łe­go ga­tun­ku ludz­kie­go. „Każ­da du­sza, któ­ra się pod­no­si, pod­no­si świat”. Ta pięk­na mak­sy­ma sta­ła się slo­ga­nem, nie­mniej jest ona głę­bo­ko osa­dzo­na w Bi­blii.

Cała dro­ga, uka­za­na na­szej wol­no­ści, po­le­ga na wol­nym przy­ję­ciu tej od­po­wie­dzial­no­ści. Ta pod­sta­wo­wa prze­słan­ka po­zwa­la nam przede wszyst­kim przy­bli­żyć się do bi­blij­nej po­sta­wy w kwe­stii zła, któ­rą zaj­mie­my się w roz­dzia­le na­stęp­nym.

Od­tąd je­ste­śmy świa­do­mi zna­cze­nia pierw­szych roz­dzia­łów „po­cząt­ku” (Księ­gi Ro­dza­ju). Ca­łość Bi­blii zda­je się kry­sta­li­zo­wać wo­kół wy­ra­żo­nych w nich za­sad pod­sta­wo­wych. Zdać so­bie z tego spra­wę, to zli­kwi­do­wać ry­zy­ko za­gu­bie­nia się w la­bi­ryn­cie. Przed wy­ru­sze­niem w dal­szą dro­gę na­le­ży za­wsze po­wra­cać do punk­tu wyj­ścia.

Be­ra­szit… Na po­cząt­ku… Bóg stwo­rzył męż­czy­znę i ko­bie­tę na swój ob­raz i po­do­bień­stwo. Było to na­praw­dę bar­dzo do­bre… Wkrót­ce zno­wu ta­kim się sta­nie… I tym ra­zem na za­wsze.

Niech żyje Bóg!

Ty­tuł ory­gi­na­łu: La Bi­ble pour mes pa­ro­is­siens

Re­dak­cja: Agniesz­ka Czap­czyk

Skład: Krzysz­tof Krzy­wa­nia

Pro­jekt okład­ki: Adam Pia­sek

Re­pro­duk­cja na okład­ce: Gio­van­ni di Pa­olo, Stwo­rze­nie świa­ta i wy­gna­nie z raju (1445), frag­ment, tem­pe­ra i zło­to na drew­nie, Me­tro­po­li­tan Mu­seum of Art, pu­blic do­ma­in

© Li­bra­irie Ar­thème Fay­ard, Pa­ris 1983

© for the Po­lish edi­tion by Świę­ty Woj­ciech Dom Me­dial­ny sp. z o.o., Po­znań 2019

ISBN 978-83-8065-308-5

Wy­daw­ca:

Świę­ty Woj­ciech Dom Me­dial­ny sp. z o.o.

Wy­daw­nic­two

ul. Char­to­wo 5, 61-245 Po­znań

tel. 61 659 37 13

wy­daw­nic­[email protected]­ty­woj­ciech.pl

Za­mó­wie­nia:

Dział Sprze­da­ży i Lo­gi­sty­ki

ul. Char­to­wo 5, 61-245 Po­znań

tel. 61 659 37 57 (-58, -59), faks 61 659 37 51

sprze­[email protected]­ty­woj­ciech.pl

www.swie­ty­woj­ciech.pl