Biały Kafka - Grzegorz Kozera - ebook
Opis

Gorzka i ironiczna opowieść o alkoholowym uzależnieniu zdegradowanego dziennikarza. Jedyną wartością, która może ocalić bohatera z pijackiego piekła, jest miłość. Tylko czy w alkoholowym zatraceniu, wśród wielu spotykanych przypadkowo kobiet, bohater potrafi odnaleźć tę jedną, którą naprawdę pokocha?

 

"Niektórzy tego doświadczyli, mało kto miał odwagę opisać z taką szczerością. Przejmujący i błyskotliwy zarazem zapis walki z nałogiem, odarty z otoczki przyjemności doznań i fałszywego mistycyzmu. Abstynenci powinni przeczytać ku przestrodze, uzależnieni – jako ostatnie ostrzeżenie".

Jakub Porada, dziennikarz telewizyjny

 

"Chociaż 'Biały Kafka' jest przesycony alkoholem i papierosowym dymem, to autorowi daleko do pochwały nałogu. Wódka, wino, kobieta, przypadkowy seks – do pewnego momentu jest miło, nawet zabawnie, ale rano zawsze czeka kac. Ta przewrotna książka to lustro, w którym powinien się przejrzeć każdy, kto pije 'tylko dla zabawy', a potem zapytać samego siebie: mnie to nie dotyczy? Na pewno?"

Marcin Wikło, publicysta

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 185

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Co­py­ri­ght © by Grze­gorz Ko­ze­ra

Co­py­ri­ght © by Wy­daw­nic­two Do­bra Li­te­ra­tu­ra, 2014

Wszel­kie pra­wa za­strzeżone

All ri­ghts re­se­rved

Książka ani żadna jej część nie mogą być pu­bli­ko­wa­ne ani w ja­ki­kol­wiek inny sposób po­wie­la­ne w for­mie elek­tro­nicz­nej oraz me­cha­nicz­nej bez zgo­dy wy­daw­cy.

Re­dak­cja i ko­rek­ta: Ju­sty­na Ja­kub­czyk

Skład gra­ficz­ny książki: Ma­rek Zin­kie­wicz

Pro­jekt okładki: Ilo­na Go­styńska-Rym­kie­wicz

Zdjęcie Au­to­ra: Rafał Sa­bat

ISBN: 978-83-64184-14-7

Wy­daw­nic­two Do­bra Li­te­ra­tu­ra

wy­daw­nic­[email protected]­bra­li­te­ra­tu­ra.pl

www.do­bra­li­te­ra­tu­ra.pl

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Przed­mo­wa

Po raz pierw­szy „Biały Kaf­ka” uka­zał się w 2004 roku, w skrom­nym nakładzie. To był mój de­biut po­wieścio­wy i byłem tym fak­tem tak przejęty, że nie zwra­całem uwa­gi na ta­kie rze­czy, jak licz­ba wy­dru­ko­wa­nych eg­zem­pla­rzy. Cie­szyłem się, że jest wy­daw­ca i są pie­niądze na pu­bli­kację, nie myślałem o tym, że książka może kogoś za­in­te­re­so­wać za kil­ka lat. Eks­cy­ta­cja no­wi­cju­sza.

Dość szyb­ko oka­zało się, że nakład pierw­sze­go wy­da­nia jest zbyt ni­ski, a mnie py­ta­no, gdzie można kupić „Białego Kafkę”. Jesz­cze częściej słyszałem py­ta­nia, dla­cze­go książki nig­dzie nie można do­stać i czy będzie wzno­wio­na? Nie­ste­ty, mogłem je­dy­nie szcze­rze od­po­wia­dać: „Nie wiem”. Co cie­ka­we, a ra­czej – co gor­sza, nikt nie był za­in­te­re­so­wa­ny dru­gim wy­da­niem czy choćby do­dru­kiem. Ja zresztą też się o to nie sta­rałem, zajęty pracą i pi­sa­niem ko­lej­nych książek. Pi­sa­rze rzad­ko spraw­dzają się w roli swo­ich agentów.

Po­wieść tym­cza­sem żyła swo­im życiem. Naj­większe wzięcie miała wśród lu­dzi, którzy ze­rwa­li z al­ko­ho­lem, ale także wśród tych, którzy w gro­nie bli­skich mają oso­by uza­leżnio­ne. Nie wiem, czy spra­wiła, że kto­kol­wiek prze­stał pić, w końcu to tyl­ko po­wieść, a nie fa­cho­wy po­rad­nik. Łatwiej mi przy­pusz­czać, że nie­pijący al­ko­ho­li­cy po lek­tu­rze utwier­dzi­li się w prze­ko­na­niu, iż do­brze zro­bi­li, de­cy­dując się na le­cze­nie. Całkiem nie­daw­no do­wie­działem się, że niektórzy te­ra­peu­ci powołują się na nią w cza­sie spo­tkań z uza­leżnio­ny­mi. Prze­czy­tałem też, że „Biały Kaf­ka” uczy­nił więcej w te­ra­pii al­ko­ho­lików niż nie­jed­na gru­pa AA. Moc­no wątpię, żeby to była praw­da, lecz były to jed­ne z naj­bar­dziej nie­zwykłych słów uzna­nia, ja­kie otrzy­małem jako au­tor.

Właści­wie przy­zwy­czaiłem się już do myśli, że książka nie zo­sta­nie wzno­wio­na, a te nie­licz­ne eg­zem­pla­rze będą krążyć między za­in­te­re­so­wa­ny­mi nią czy­tel­ni­ka­mi. I nie­spo­dzie­wa­nie otrzy­małem pro­po­zycję z Do­brej Li­te­ra­tu­ry, gdzie pu­bli­kuję od trzech lat. Agniesz­ka Brze­zińska, sze­fo­wa DL, oznaj­miła, że możemy zro­bić dru­gie wy­da­nie! Trochę było to jak sen, więc oba­wiając się, że za­raz się obudzę, zgo­dziłem się na­tych­miast.

Tekst dru­gie­go wy­da­nia nie różni się od tego z 2004 roku, jeśli nie li­czyć nie­wiel­kich po­pra­wek re­dak­cyj­nych i ko­rek­tor­skich. Uznałem, że wpro­wa­dze­nie ja­ki­kol­wiek zmian fa­bu­lar­nych byłoby nie­uczci­we wo­bec czy­tel­ników pierw­szej wer­sji. Po­nad­to na­uczyłem się, że książka raz wy­da­na jest utwo­rem za­mkniętym i skończo­nym, na­wet jeśli au­tor do­strze­ga jej nie­do­sko­nałość. Gdy­bym chciał co­kol­wiek zmie­niać, po­wi­nie­nem „Białego Kafkę” na­pi­sać od początku. Ta­kiej po­trze­by jed­nak nie od­czu­wam.

Grze­gorz Ko­ze­ra

Tym, którzy po­tra­fią, i in­nym pięknym lu­dziom

Kar­ta dań

Dwie rze­czy uda­wały mi się życiu na­prawdę: zdo­by­wa­nie ko­biet i chla­nie. Od jed­ne­go i dru­gie­go byłem i je­stem uza­leżnio­ny, jed­no i dru­gie robiłem nałogo­wo. Mogę to dzi­siaj wy­znać bez skrępo­wa­nia i prze­chwa­la­nia się, bez posądze­nia sa­me­go sie­bie o mi­to­ma­nię, miz­drze­nie się do ko­go­kol­wiek i za­bie­ga­nie o czy­je­kol­wiek względy. Mogę to wszyst­ko opo­wie­dzieć, bo pod­niosłem się z upad­ku, choć całko­wi­tej pew­ności prze­cież nie mam, że się z upad­ku dźwignąłem. Może nadal je­stem na dnie swe­go pijaństwa, lecz tego nie wiem. Może leżę z roz­rzu­co­ny­mi ra­mio­na­mi w po­nu­rej, ob­skur­nej bra­mie, a to, że o tym piszę, jest tyl­ko ro­je­niem me­ne­la, któremu wy­da­je się, że wresz­cie nad­szedł znie­na­wi­dzo­ny i upragnio­ny dla każdego długo­tr­wałego pi­ja­ka mo­ment osta­tecz­ne­go wy­trzeźwie­nia. I który w nagłym przebłysku ma na­dzieję, że na­chy­lająca się nad nim ko­bieta jest kimś więcej niż siostrą miłosier­dzia, że jest właśnie tą jedną je­dyną, którą ko­cha, do bólu i szcze­rze. Ko­bietą, która go więcej razy nie opuści.

Ko­bie­ty i al­ko­hol. Po­wi­nie­nem jesz­cze dodać li­te­ra­turę, gdyż to­wa­rzy­szyła mi przez wie­le lat, czy ra­czej od­wrot­nie: ja jej to­wa­rzy­szyłem przez wie­le lat, byłem jej ki­bi­cem, ale ona jest dla życia te­ma­tem obocz­nym, w każdym ra­zie w moim przy­pad­ku. Li­te­ra­tu­ra nig­dy nie będzie praw­dzi­wym życiem i od­wrot­nie, cho­ciaż nie da się ukryć – pierw­sza żywi się zwy­kle tym dru­gim, wy­sy­sa z nie­go krew i ob­gry­za jego mięso do kości. Li­te­ra­tu­ra żyje cu­dzym kosz­tem. No i nig­dy nie odpłaciła mi się za wier­ne ki­bi­co­wa­nie, dla­te­go, przy­najm­niej na ra­zie, po­minę ją, zwy­czaj­nie udam, że nie ist­nie­je.

Tak więc ko­bie­ty i al­ko­hol, a gdy­bym chciał być try­wial­ny i wul­gar­ny, co zda­rza mi się w końcu nie­rzad­ko, po­wie­działbym bez skru­pułów – dupy i go­rzała. Ko­bie­ty i al­ko­hol, dupy i go­rzała, oto one, „te dwie są miłości i dwie śmier­ci moje”. To Le­choń, za­cy­to­wałem jed­ne­go z mo­ich młodzieńczych mistrzów, budzącego mój po­dziw nie tyle swoją nie­modną po­ezją, ile tym, że z tęskno­ty i sa­mot­ności ów oku­lar­nik w gar­ni­tur­ku sku­tecz­nie sko­czył z okna wieżowca w No­wym Jor­ku. Po­dob­nych ido­li sa­mobójców, nie­ko­niecz­nie w gar­ni­tu­rach i oku­la­rach, miałem w młodości więcej, i traf chciał, że wszy­scy byli pi­sa­rza­mi. Jana hra­bie­go Po­toc­kie­go, któremu mózg roz­bry­zgała srebr­na kula. Edwar­da Sta­churę, który naj­pierw zwa­rio­wał, a po­tem zgod­nie z sa­mobójczą lo­giką po­wie­sił się. Rafała Wo­jacz­ka, który skończył tak samo. Ser­giu­sza Je­sie­ni­na, który skończył po­dob­nie. Panią Sy­lvię Plath, co zwieńczyła swój żywot z głową w pie­kar­ni­ku. I Anne Se­xton, która z bu­telką wódki w ręce zeszła do garażu, włączyła sil­nik czer­wo­ne­go co­uga­ra i zaczęła głęboko od­dy­chać. (Jeśli nie wy­mie­niam Sa­rah Kane, w której sztu­kach bo­ha­te­ro­wie ka­stro­wa­li się i zja­da­li na­wza­jem, to dla­te­go, że była młod­sza ode mnie; kie­dy po­wie­siła się na sznu­ro­wa­dle w szpi­tal­nej łazien­ce, moja fa­scy­na­cja sa­mobójca­mi nie była już tak sil­na co kie­dyś, poza tym wca­le nie je­stem pe­wien, czy Kane zasłużyła so­bie na by­cie moją idolką). I wresz­cie He­in­ri­cha von Kle­ista. Jego sa­mobójcza śmierć, je­stem o tym prze­ko­na­ny, a po­znałem trochę sa­mobójczych przy­padków, była jedną z piękniej­szych w hi­sto­rii, godną epo­ki, w ja­kiej żył. I może dla­te­go była tak piękna, że Kle­isto­wi w ostat­nich go­dzi­nach, za­nim nad je­zio­rem Wan­n­see strze­lił so­bie w głowę przez usta, to­wa­rzy­szyła ko­bie­ta, żona, ale nie jego, Hen­riet­ta Vo­gel, której chwilę wcześniej, za jej zgodą, był uprzej­my przestrze­lić ser­ce.

Fa­scy­no­wała mnie więc ta mrocz­na nie­zba­da­na siła, która ich wszyst­kich pchnęła do sa­mobójczej śmier­ci. Fa­scy­no­wała do tego stop­nia, że kil­ka razy po pi­ja­ne­mu dla po­zo­ru próbowałem pod­ciąć so­bie żyły, otruć się ga­zem i środ­ka­mi na­sen­ny­mi, sko­czyć w prze­paść, ukręcić so­bie sznur, za każdym ra­zem nie­sku­tecz­nie, na ko­niec bo­wiem za­wsze tchórzyłem i z ulgą i roz­koszą od­da­wałem się życiu w ra­mio­na. Nig­dy też nie próbowałem palnąć so­bie w łeb, ale też nig­dy nie byłem po­sia­da­czem bro­ni pal­nej, żad­nej, jeśli nie li­czyć pi­sto­le­tu star­to­we­go, naj­lep­sze­go do płosze­nia gołębi z dachów bloków na moim osie­dlu, co chętnie czy­niłem.

Od cze­go, od kogo po­wi­nie­nem zacząć? Nie spi­sy­wałem imion i na­zwisk, nie robiłem no­ta­tek, a fo­to­gra­fie dam mego ser­ca i mego ciała ostały się w śla­do­wych ilościach. Co nie­co jed­nak pamiętam, mój mózg nie uległ całko­wi­te­mu wyjałowie­niu i roz­miękcze­niu, jesz­cze jako tako pra­cu­je. Jeśli więc miałbym sporządzić listę ko­biet, z którymi byłem w związkach krótszych i dłuższych, prze­ry­wa­nych i trwałych, przy­pad­ko­wych i za­pla­no­wa­nych, z którymi przeżywałem przy­go­dy, ro­man­se, namiętności i roz­cza­ro­wa­nia, to po­win­ny się na niej zna­leźć: stu­dent­ka, dwie albo ze trzy dzien­ni­kar­ki, go­spo­dy­ni do­mo­wa, sprze­daw­czy­ni w skle­pie mo­no­po­lo­wym, działacz­ka kul­tu­ral­na, urzędnicz­ka ban­ko­wa, in­struk­tor­ka ae­ro­bi­ku. To li­sta nie­pełna, aku­rat te­raz je­stem w sta­nie so­bie przy­po­mnieć tyl­ko tyle ko­biet z pry­wat­ne­go, naj­zu­pełniej oso­bi­ste­go pocz­tu pa­nien, mężatek, wdów i rozwódek, a nie­obec­ne tu­taj niech mi wy­baczą amnezję, cho­ciaż sądzę, że będą mi ra­czej za tę nie­obec­ność wdzięczne. Zresztą – opo­wiem je­dy­nie o niektórych.

Tu muszę wyjaśnić pewną kwe­stię. Nie je­stem i nie uważam się za żad­ne­go cho­ler­ne­go Gia­co­mo Ca­sa­novę, Don Ju­ana, Mic­ka Jag­ge­ra czy ja­kie­go­kol­wiek in­ne­go play­boya, za­li­czającego dla spor­tu, przy­jem­ności bądź czy­stej roz­ryw­ki ko­lej­ne pa­nien­ki (gdy­by zresztą przyjąć fil­mową in­ter­pre­tację Fel­li­nie­go, to Ca­sa­nova zdo­był nie więcej ko­biet niż prze­ciętny mężczy­zna). Nie, z całą pew­nością nie było moim za­mia­rem by­cie aman­tem lub uda­wa­nie go, a jeśli ktoś od­czy­ta moje postępo­wa­nie w ten sposób, będzie to wbrew moim in­ten­cjom. Wygląd mój zresztą nie pre­dys­po­nu­je mnie do ta­ko­wej roli, do roli i mia­na zdo­bywcy. W ni­czym nie przy­po­mi­nam Ro­ber­ta Red­for­da czy Bra­da Pit­ta, na­wet do Bo­gusława Lin­dy mi da­le­ko. Mam od­stające uszy i na do­da­tek mój duży nos jest krzy­wy od cza­su, gdy w tech­ni­kum pod­czas nie­win­nej sprzecz­ki otrzy­małem pro­sty cios od naj­większej le­bie­gi w kla­sie. Bolało krótko, ale skrzy­wie­nie nosa po­zo­stało na za­wsze. Ja wiem, że zadźwięczy to fałszywą skrom­nością, lecz sam się często dzi­wiłem i dzi­wię, że w ogóle wzbu­dzałem w ko­bietach za­in­te­re­so­wa­nie.

Co in­ne­go go­rzała – żeby ją pić, nie po­trze­ba się wyróżniać na ko­rzyść. Można być przy­stoj­nym lub odrażającym, nosić schlud­ne ubra­nie albo łach­ma­ny, być biz­nes­me­nem lub bez­ro­bot­nym – nie ma różnicy. Jeśli po­ko­chasz go­rzałę, chętnie odpłaci ci się tym sa­mym z nawiązką, bez względu na to, kim je­steś i jaki je­steś. Pod tym względem al­ko­hol każdemu daje równe szan­se, ko­bie­ty by­wają o wie­le bar­dziej wy­ma­gające, ka­pryśne, a zdo­by­wa­nie ich wy­ma­ga więcej za­cho­du niż kup­no pro­stej flasz­ki.

Spis tego, co wle­wałem w sie­bie przez dwa­dzieścia lat, również mógłbym sporządzić, nie wy­si­lając się przy tym nad­mier­nie. Proszę bar­dzo: żyt­nia, wy­bo­ro­wa, bałtyc­ka, stołowa, czy­sta, so­pli­ca, żubrówka, myśliw­ska, be­he­ro­vka, wiśniówka, jałowcówka, śli­wo­wi­ca, gorz­ka żołądko­wa, cy­mes, fin­lan­dia, stock, smir­noff, gor­bat­chow, bols, so­bie­ski, pan ta­de­usz, kwiat jabłoni, wino mar­ki wino, al­pa­ga, ma­la­ga, by­cza krew, bim­ber, sto­licz­na­ja, san­gria, cho­pin, żywiec, oko­cim, john­ny wal­ker, na­po­le­on, szkoc­ka, eb, ty­skie, spi­ry­tus, ad­vo­cat, jarzębiak, to­kaj, sake, te­qu­il­la, gin z to­ni­kiem, mar­ti­ni bez oli­wek, cin cin, cin­za­no, pie­nia­wa, szam-pan­sko­je, war­ka, jędrzejów, strze­lec, bel­gia, carls­berg, tu­borg, bu­der­we­iser, por­ter, bor­de­aux. I jesz­cze: any-żówka, ra­ta­fia, rum ja­maj­ski, po­ma­rańczo­wa słodka, cy­try­no­wa, ka­wo­wa, cher­ry bran­dy, kru­szon, orze­cho­wa, piołunówka, ra­ki­ja, krem ka­ka­owy, poncz, krup­nik. Wszyst­ko to wlałem w sie­bie w większych lub mniej­szych daw­kach, prze­tra­wiłem, przy­swoiłem, a nie­kie­dy wy­rzy­gałem. Z powyższe­go al­ko­ho­lo­we­go menu pierw­szeństwo dawałem czy­stym wódkom, po­tem winu i piwu, na końcu sta­wiając ko­nia­ki i wszel­kie ko­lo­ro­we niby-szla­chet­ne świństwa, po których najczęściej bolała mnie głowa i było mi nie­do­brze. Ko­niak czy ra­ki­ja to już była osta­tecz­ność i de­spe­ra­cja, gdy za­brakło czy­stej w bu­tel­kach i kie­lisz­kach, gdy na sto­le usłanym pe­ta­mi, reszt­ka­mi ki­szo­nych ogórków, ja­jek w ma­jo­ne­zie lub ma­ry­no­wa­nych śle­dzi nie było już kro­pli piwa i ta­nie­go wina. Wte­dy, z musu po­wo­do­wa­nym bra­kiem wy­bo­ru, przy­cho­dziła pora na wie­lo­barw­ne ohydz­two, którego je­dyną i naj­istot­niejszą war­tość sta­no­wiły pro­cen­ty. Bo prze­cież wszyst­ko, co piłem, piłem nie dla sma­ku, de­lek­to­wa­nia się i roz­ko­szy pod­nie­bie­nia, tyl­ko dla mocy ude­rze­nio­wej, potęgi rażenia i tej nie­wi­dzial­nej siły od­rzu­tu, dzięki którym mogłem wejść na or­bitę i od­le­cieć w ko­smos.

O tym, pa­nie i pa­no­wie, o ko­bie­tach i al­ko­ho­lu chcę wam opo­wie­dzieć. Możliwe, że moja hi­sto­ria was nie za­in­te­re­su­je, znu­dzi i znie­sma­czy. Możliwe. Ja jed­nak muszę, sam dla sie­bie, przez to wszyst­ko przejść jesz­cze raz i po­now­nie upaść, aby po­czuć, że ciągle żyję. I żeby złago­dzić ból du­szy mo­jej. Mam się na kim wzo­ro­wać. W końcu naj­więksi z naj­większych pi­sa­niem próbo­wa­li zabić własną me­lan­cho­lię: Kaf­ka, Bau­de­la­ire, Low­ry, Je­sie­nin, Ril­ke. Me­lan­cho­lia była wspólna im wszyst­kim, choć brała się z cze­go in­ne­go: gruźlicy, schi­zo­fre­nii, al­ko­ho­li­zmu lub po­dob­ne­go obłąka­nia. Dla mnie ból du­szy jest wy­star­czającym uspra­wie­dli­wie­niem.

Dziew­czyn­ka z NRD

Od kogo, od cze­go zacząć? Tak na­prawdę po­wi­nie­nem zacząć od tej, której naj­piękniej­szy za­pach świa­ta prze­niknął mą skórę tak moc­no, że gdzie­kol­wiek je­stem, czuję jej bli­skość. Ja wiem, że po­wi­nie­nem dać jej pierw­szeństwo, lecz zaręczam, jesz­cze się po­ja­wi nie raz i zaj­mie należne jej miej­sce.

W ta­kim ra­zie od kogo zacząć, żeby za­cho­wać porządek i jako taką chro­no­lo­gię tej opo­wieści? Prze­cież nie od dwu­na­sto­let­niej Do­ris Klem, pio­nier­ki z NRD, po­zna­nej na między­na­ro­do­wym obo­zie przy­jaźni gdzieś całkiem bli­sko Bu­chen­wal­du w pamiętnym roku 1974, gdy pol­scy piłka­rze zajęli trze­cie miej­sce na mi­strzo­stwach świa­ta w Niem­czech Za­chod­nich, na­zy­wa­nych wówczas NRF? I wca­le mnie nie ob­cho­dziło, że Do­ris mogła być wnuczką ja­kie­goś es­es­ma­na albo członka NSDAP, tak jak nie in­te­re­so­wał mnie za­mie­nio­ny w mu­zeum obóz kon­cen­tra­cyj­ny w Bu­chen­wal­dzie, o którym praw­dziwą wiedzę zy­skałem dwa­dzieścia pięć lat później, po prze­czy­ta­niu „Losu utra­co­ne­go” Imre Ker­te­sza. Byłem je­de­na­sto­let­nim gównia­rzem, który umiał kil­ka słów po ro­syj­sku, i to wy­star­czyło, by za­wrzeć czułą zna­jo­mość z ostrzyżoną na pa­zia, ciem­nowłosą dziew­czynką, która wte­dy wy­da­wała mi się doj­rzałą ko­bietą. Ja tie­bia liu­bl­ju – w języku Le­ni­na wy­zna­wałem jej miłość i dość szyb­ko na­uczyłem się to robić w języku Mark­sa, szwar­gocząc kil­ka­naście razy dzien­nie Ich lie­be dich. A wie­czo­ra­mi, pod­czas se­ansów fil­mo­wych na świeżym po­wie­trzu, gdy wyświe­tla­no we­ster­ny nakręcone w NRD z ju­gosłowiański­mi In­dia­na­mi w ro­lach głównych, wie­czo­ra­mi, siedząc tuż obok niej, trzy­małem ją za rękę, i dzi­siaj wiem, że było to do­zna­nie równe spo­tka­niu trze­cie­go stop­nia między dwoj­giem do­rosłych płci prze­ciw­nej. Po czte­rech ty­go­dniach roz­sta­liśmy się wbrew na­szej woli, gdyż moja gru­pa mu­siała wrócić do Pol­ski. Mała Do­ris na­wet płakała, kie­dy wsia­dałem do pociągu na dwor­cu w Mag­de­bur­gu i mnie też było smut­no, po­nie­waż nie­trud­no było zgadnąć, że więcej jej nie spo­tkam. Za to kil­ka ty­go­dni później, gdy już pra­wie o niej za­po­mniałem, otrzy­małem list – oczy­wiście, w języku Paw­ki Mo­ro­zo­wa – w którym zachęcała mnie do podtrzy­mania ko­re­spon­den­cyj­nej zna­jo­mości. Możliwe, że jej pio­nier­skim obo­wiązkiem było na­pi­sa­nie li­stu do ko­le­gi z Pol­ski, lecz być może zro­biła to również z dzie­cięcej miłości. Bar­dziej ode mnie z li­stu od Do­ris ucie­szył się mój tatuś, dum­ny, że syn po­znał małą dziew­czynkę ro­dem z kra­ju to­wa­rzy­sza Eri­cha. Mój tatuś za­wsze wie­rzył w ja­kichś to­wa­rzy­szy: Józefa, Bo­lesława, Ni­kitę, Władysława, Edwar­da, Le­oni­da, Ju­ri­ja, Kon­stan­ti­na, Mi­chaiła, Woj­cie­cha. W to­wa­rzy­sza Eri­cha też wie­rzył, nie dla­te­go, żeby mu na­prawdę ufał, ale że tak ka­za­li to­wa­rzysz Edward i par­tia. Więc od­pi­sałem Do­ris koślawą cy­ry­licą i tatuś był bar­dzo za­do­wo­lo­ny, że umac­nia się przy­jaźń między na­ro­da­mi, pol­skim i ener­dow­skim. Jed­nak nie na długo. Następne­go li­stu bo­wiem już nie na­pi­sałem, po­nie­waż gdy się ma je­de­naście lat, nie można ko­chać wiecz­nie, tym bar­dziej na od­ległość, z czym z pew­nym tru­dem, lecz w końcu mój tatuś się po­go­dził.

Ale prze­cież od Do­ris nie mogę zacząć, to była le­d­wie wa­ka­cyj­na i szcze­nięca miłość, krótko­tr­wała, tak jak nie mogę zacząć od wa­ka­cyj­nych i młodzieńczych miłości, ja­ki­mi były Bułgar­ka Mar­ga­ri­ta i Ukra­in­ka Nina. Dzi­siaj, gdy ktoś mówi Bułgar­ka albo Ukra­in­ka, to oczy­wiście sko­ja­rze­nia są jed­no­znacz­ne, ale tam­te dwie dziew­czy­ny, je­stem tego pe­wien, były czy­ste i nie­ska­la­ne – i ta­ki­mi je za­pa­miętałem z kil­ku­na­sto­dnio­wej zna­jo­mości, każdą z osob­na. Mar­ga­ritę o cygańskiej uro­dzie po­znałem pierwszą – w epo­ce późnego Edwar­da, na obo­zie nad Ba­la­to­nem – i mimo że upier­dli­wy wy­cho­waw­ca jej gru­py za­cho­wy­wał czuj­ność, zdołaliśmy kil­ka razy się wy­mknąć i całować namiętnie. Ninę, której oczy za­wsze były smut­ne, spo­tkałem rok później na in­nym in­ter­na­cjo­na­li­stycz­nym obo­zie w la­sach pod Win­nicą. Była po­tulną i czułą istotą, która z uwagą słuchała, gdy w języku Bułha­ko­wa opo­wia­dałem jej o Pol­sce, pa­pieżu i Czer­wo­nych Gi­ta­rach, naj­po­pu­lar­niej­szym pol­skim ze­spo­le w So­ju­zie.

Dzi­siaj nie mam pojęcia, co się dzie­je z Do­ris, Mar­ga­ritą i Niną i pew­nie już się tego nie do­wiem. Nie wiem także, co się stało z po­zo­stałymi mo­imi wa­ka­cyj­ny­mi miłościa­mi, tym ra­zem pol­ski­mi, a też było ich kil­ka. Wspo­mniałem aku­rat o tych trzech, po­nie­waż one były pierw­sze, w czym jest nie­mała zasługa mego ta­tu­sia, który dzięki par­tyj­nym ko­nek­sjom załatwiał mi wy­jaz­dy na obo­zy do de­mo­ludów. To w brat­nich kra­jach de­mo­kra­cji lu­do­wej po­zna­wałem smak miłości. Sma­ku go­rzały wte­dy jesz­cze nie znałem.

Ale tak na­prawdę nie od nich i nie od tego chciałem zacząć. Za­cznę od Ani Bla­dej Twa­rzy.

Ania Bla­da Twarz

Za­cznę więc od Ani Bla­dej Twa­rzy, której prze­cież nig­dy nie po­ko­chałem, ale która dużo dla mnie zna­czyła, po­nie­waż wy­ty­czyła mi drogę przy­najm­niej na dzie­sięć lat.

Po­znałem ją dwa lata wcześniej niż moją przyszłą, a po­tem już eksżonę. Na­zwałem Bladą Twarzą nie tyl­ko dla­te­go, że miała ho­pla na tle ja­snej kar­na­cji i raz w ty­go­dniu cho­dziła do so­la­rium, żeby po­pra­wić opa­le­niznę, która per­ma­nent­nie wy­da­wała jej się zbyt słaba, aby po­ka­zy­wać się w to­wa­rzy­stwie. Ania nie była ani brzyd­ka, ani ładna, ale gdy­bym mu­siał wy­brać jed­no z dwóch określeń, po­wie­działbym, że była ładna. Pocho­dziła z małego mia­stecz­ka w Górach Święto­krzy­skich, co było po­wo­dem jej skry­wa­nych kom­pleksów, a Kiel­ce wy­da­wały jej się dużym mia­stem i pępkiem świa­ta Przy­najm­niej początko­wo, gdy roz­poczęła stu­dia na bi­blio­te­ko­znaw­stwie, na którym to kie­run­ku po­zna­wała taj­ni­ki pra­widłowe­go usta­wia­nia książek na półkach oraz równie przy­dat­ne w co­dzien­nym życiu za­sa­dy sporządza­nia bi­blio­gra­fii. Była am­bitną dziew­czyną. Chciała naj­pierw zo­stać panią bi­blio­te­karką w szko­le albo miej­skiej bi­blio­te­ce, a po­tem awan­so­wać i pra­co­wać w bi­blio­te­ce wo­jewódzkiej.

Kie­dy ją po­znałem, była jesz­cze stu­dentką, a ja początkującym i ciągle do­brze ro­kującym dzien­ni­ka­rzem, który właśnie zbie­rał ma­te­riał do poważnego, tak mi się wy­da­wało, ar­ty­kułu o życiu kul­tu­ral­nym młodzieży aka­de­mic­kiej. Ania Bla­da Twarz stała na ko­ry­ta­rzu, pod pachą trzy­mała ja­kieś książki, w tym swoją ulu­bioną po­wieść „Mistrz i Małgo­rza­ta”, paliła śmierdzącego pa­pie­ro­sa, a ja za­py­tałem ją, jak ona, stu­dentka, spędza wol­ny czas w pięknym mieście Kiel­ce.

– Roz­ryw­ko­wo – od­po­wie­działa, strze­pując nie­dba­le popiół do po­piel­nicz­ki. – Przyjdź wie­czo­rem do aka­de­mi­ka, to zo­ba­czysz.

Niektóre ko­bie­ty po­py­chają w nałóg, inne z nie­go wyciągają. Ania Bla­da Twarz należała do tych pierw­szych. W jej mia­stecz­ku bim­ber pędzo­no od za­wsze, nie tyl­ko za Niem­ca, i nie za­prze­sta­no tego robić na­wet wte­dy, gdy wóda stała się to­wa­rem ogólno­dostępnym, jak chleb i mle­ko w prosz­ku. Chla­nie go­rzały i wina do­mo­wej ro­bo­ty było ro­dzinną tra­dycją kul­ty­wo­waną od po­ko­leń również przez ko­bie­ty; z od­wie­dzin w ro­dzinnym domu stu­dent­ka Ania wra­cała zwy­kle na kacu i z bu­telką bim­bru w tor­bie. Cza­sa­mi z dwie­ma bu­telkami, które roz­pi­jała ze zna­jo­my­mi, gdyż była niezwy­kle to­wa­rzyską osobą.

Kie­dy przy­szedłem do aka­de­mi­ka, im­pre­za w po­ko­ju Ani Bla­dej Twa­rzy i jej dwóch koleżanek z roku trwała w naj­lep­sze. Dziew­czy­nom to­wa­rzy­szy­li dwaj stu­den­ci z po­li­tech­ni­ki, przyszły inżynier bu­dow­nic­twa i przyszły inżynier elek­tro­ni­ki. Obaj chłopcy byli już do­brze tra­fie­ni i kon­takt z nimi był utrud­nio­ny, Ania na­wet nie próbowała nas so­bie przed­sta­wić. Leżeli na tap­cza­nie obok sie­bie jak przed­szko­la­ki pod­czas po­obied­nie­go leżako­wa­nia i wszyst­ko wska­zy­wało, że mu­sie­li spożyć coś moc­niej­sze­go, za­nim zja­wi­li się w po­ko­ju Ani Bla­dej Twa­rzy, albo wykończyło ich szyb­kie tem­po, na­rzu­co­ne przez Anię. Albo jed­no i dru­gie.

– Myślałam, że odpuściłeś – po­wie­działa, po­dając mi szklankę wypełnioną do połowy czystą wódką i nie po­tra­fiłem od­gadnąć, czy jest roz­cza­ro­wa­na, czy za­do­wo­lo­na, że jed­nak przy­szedłem.

– Poczęsto­wałabym cię bim­brem, ale się skończył.

Z wy­pi­ciem kar­nia­ka nie poszło mi łatwo, nie byłem jesz­cze wte­dy za­pra­wio­ny w bo­jach. Za­my­kając oczy, szyb­ko prze­piłem wódę bu­sko­wianką, lecz i tak mnie cofnęło, z tru­dem złapałem od­dech. Ania Bla­da Twarz spoj­rzała na mnie z po­li­to­wa­niem; jej twarz rze­czy­wiście była bla­da, ale tak było za każdym ra­zem, gdy Ania spożywała al­ko­hol. W prze­ci­wieństwie do swych kra­ja­nek z Gór Święto­krzy­skich, które w cza­sie po­pi­ja­wy na­bie­rały bu­ra­cza­nych ru­mieńców, Ania w po­dob­nych sy­tu­acjach bladła i wówczas żadne so­la­rium by nie po­skut­ko­wało. I to był właśnie dru­gi powód, dla którego na­zwałem Anię tak, jak na­zwałem.

W tym sa­mym po­ko­ju w aka­de­mi­ku obu­dziłem się rano