Bez Ciebie - Agata Przybyłek - ebook
Opis

W kamienicy syna Lucy znajduje jego pobitą żonę. Orientuje się, że to mąż zgotował Katarzynie piekło. Pod wpływem impulsu Lucy decyduje się pomóc synowej. Razem z młodym lekarzem, Alanem, zabierają dziewczynę do Toronto, gdzie przechodzi długą rekonwalescencję i powoli staje na nogi. Katarzyna zaczyna nowe życie, a między nią a lekarzem rodzi się nić porozumienia. Właśnie wtedy widmo jej bolesnej przeszłości dotkliwie daje o sobie znać…

Wzruszająca opowieść o tym, że czasem najlepsze, co można zrobić dla drugiej osoby, to pozwolić jej odejść.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 297

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


 

 

 

 

 

Copyright © Agata Przybyłek, 2016

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2016

 

 

Redaktor prowadząca: Klaudia Bryła

Redakcja: Sylwia Sandowska-Dobija

Korekta: Alicja Wojciechowska / panbook.pl

Projekt typograficzny i łamanie: Stanisław Tuchołka / panbook.pl

Projekt okładki: Izabella Marcinowska

 

 

Fotografia na okładce: Marie Sacha / fotolia.com

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

 

 

Wydanie elektroniczne 2016

 

eISBN 978-83-7976-438-9

 

 

 

Czwarta strona

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

redakcja@czwartastrona.pl

www.czwartastrona.pl

 

 

 

 

 

 

 

Zuzi – za to, że od pewnego momentu

stała się dobrym duchem tej książki –

i mojej wspaniałej rodzinie.

 

 

 

To, że tęsknisz za kimś, kto mocno cię skrzywdził,

wcale nie świadczy o twojej ogromnej miłości,

a jedynie o tym, jak bardzo ten ktoś zakorzenił się

w twojej głowie, wmawiając ci, że bez niego

nie przedstawiasz sobą żadnej wartości.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Prolog

 

 

W dniu 18 marca lecący z Toronto Boeing 787-10 Dreamliner spadł do Atlantyku w okolicach południka 30W. Wiele wskazuje na to, że przyczyną tragedii była awaria silnika, lecz szczegóły poznamy dopiero, gdy czarne skrzynki samolotu zostaną odnalezione. Na miejsce przybyły już ekipy ratownicze. Według pierwszych informacji, jakie otrzymaliśmy, nie przeżył nikt z dwustu siedemdziesięciu ośmiu pasażerów. Na pokładzie samolotu znajdowali się Kanadyjczycy, Polacy, Amerykanie, Niemcy i obywatele innych krajów, których jeszcze nie znamy. Społeczność międzynarodowa jest wstrząśnięta tym wydarzeniem…

 

 

 

 

 

 

 

 

 

CZĘŚĆ PIERWSZA

Cykl miesiąca miodowego

 

 

Robiło się ciemno, a wiatr miarowo szarpał gałęziami drzew. Ciężkie, ciemne chmury zasnuwały niebo. Zanosiło się na deszcz. Słabe światło latarni ulicznych odbijało się w szybach mijanych przez Katarzynę bloków mieszkalnych, które wydawały się dziś wyjątkowo szare. W jej cienkich kozaczkach na obcasach chlupała woda, a torby z zakupami zaczynały coraz bardziej ciążyć jej w dłoniach. Wisząca na ramieniu nieduża torebka majtała się bezwładnie wokół jej ciała. Ciemne okulary, choć niestosowne do dzisiejszej pogody, dawały nikłe poczucie bezpieczeństwa.

Katarzyna miała bowiem wrażenie, że chociaż minimalnie chronią jej tajemnicę, a niczego na świecie nie pragnęła bardziej w tamtym momencie. Chodziło jej tylko i wyłącznie o anonimowość.

Były godziny szczytu. Idąc coraz szybciej wzdłuż zakorkowanego pasa jezdni, czuła, jak jej serce bije mocno, a oddech staje się płytszy na każdy dźwięk klaksonu albo trzasku drzwi samochodowych.

— To przecież zupełna paranoja — mówiła szeptem sama do siebie, wtulając zmarznięte policzki w gruby wełniany szalik. Temperatura oscylowała dzisiaj wokół zera stopni. Narażone na mróz ręce Katarzyny robiły się coraz bardziej czerwone.

W głowie kręciło jej się od gwałtownych wdechów. Od dawna wiedziała, że to najlepsza droga do tego, by najzwyczajniej w świecie zemdleć — mózg nie cierpi nadmiaru tlenu — a mimo to raz za razem wciągała mocno powietrze w płuca. Nie umiała opanować emocji.

— Jest jeszcze w pracy. Pewnie siedzi teraz za biurkiem nad jakąś papierkową robotą albo rozmawia z klientem o sprawach, które nie powinny mnie wcale interesować. Poza tym… — przerwała na moment, mijając starszą panią prowadzącą na smyczy małego pieska — poza tym byłam tylko na zakupach. To nic złego wyjść z domu do sklepu spożywczego — uspokajała sama siebie. Zerkając na zegarek, przyspieszyła kroku jeszcze bardziej.

— Przepraszam, mówiła pani coś? — zaczepił ją stojący na przystanku mężczyzna.

Katarzyna niemal podskoczyła w górę, słysząc obcy głos.

— Słucham? — Spojrzała na niego, nie zwalniając kroku.

— Zdawało mi się, że pani coś mówiła.

— Jak widać, zdawało się panu. Do widzenia. — Z bijącym szybko sercem wyminęła mężczyznę.

— Może pomóc z zakupami? Widać, że ciężkie! — krzyknął jeszcze za nią, ale Katarzyna była już myślami daleko i nie odwróciła się nawet w jego kierunku.

Ostatnio coraz częściej zdarzało jej się mówić do siebie.

Kiedy tak pędziła, starała się nie myśleć o tym, co właśnie zrobiła, lecz skupić się na fakcie, że jest jej zimno. Na domiar złego z każdą sekundą rosło prawdopodobieństwo, że ogromne krople deszczu zaczną z pluskiem roztrzaskiwać się na odbijającej samochodowe światła jezdni.

Z bijącym coraz szybciej sercem skręciła w jedną z bocznych uliczek. Widząc w oddali znajomą furtkę, trochę się uspokoiła, ale uczucie lęku nie zniknęło całkowicie. Już dawno nauczyła się, że w życiu nie da się niczego przewidzieć. Tym bardziej będąc tak bardzo blisko celu.

— Jeszcze tylko kilka kroków — szepnęła, starając się iść jak najbardziej naturalnie. Mroźne powietrze, wypełniające jej płuca przy każdym wdechu, szczypało niemiłosiernie, a wydychane obłoki pary przepełnione były strachem.

W końcu dopadła do znajomej furtki i sięgnęła dłonią do mosiężnej klamki. Weszła na podwórko starej kamienicy, w której mieszkała z mężem od ponad trzech lat. Mimo ciemności Katarzyna widziała w oddali starą, pochylającą się ku podjazdowi wierzbę, na którą tak bardzo lubiła patrzeć z okna; zawsze wyobrażała sobie wtedy, że leży pod nią rozciągnięta na puszystym kocu.

Marzenie ściętej głowy.

— Dobry wieczór! — Jak na złość wypatrzyła ją stojąca na swoim podwórku sąsiadka, która majstrowała coś niezdarnie przy lampie ogrodowej.

— Dobry wieczór — odparła i skinęła w jej stronę.

— Miło panią widzieć. Dawno pani nie wychodziła.

— Źle się ostatnio czułam — skłamała bez zastanowienia.

— Z tymi zarazkami to tak właśnie jest. Ale to nic poważnego?

— Nie, dziękuję. A teraz przepraszam, bo się spieszę.

— Zajrzyj do nas kiedyś, kochana! — Sąsiadka pomachała jej jeszcze i wróciła do swojego zajęcia, dając Katarzynie upragniony spokój.

Nikomu nie powinna się pokazywać, a tym bardziej z nikim rozmawiać.

Zawiasy furtki zaskrzypiały cicho, gdy ją zamykała. Postać Katarzyny na moment pogrążyła się w ciemności. Postawiła torby z zakupami na chodniku i drżącymi ze strachu dłońmi zaczęła szukać w torebce kluczy. Jakieś dokumenty, portfel i chusteczki plątały się między jej palcami; czuła, że ogarnia ją panika.

— Cholera jasna! Przecież te klucze muszą tu być!

Po kilku sekundach, które wydawały się trwać niemalże wieczność, udało jej się dostrzec to, czego szukała. Podnosząc torby z zakupami, włożyła klucz do zamka i przekręcając go, gwałtownie pchnęła ciężkie drzwi. Od razu poczuła zapach suszonej lawendy wiszącej na ścianach przedpokoju.

Sięgając dłonią na lewo od drzwi, zapaliła światło. Nikły blask kilku jarzeniówek oświetlił pomieszczenie pełne niesamowitego uroku zabytkowego budynku. Na beżowych ścianach wisiały portrety oprawione w grube drewniane ramy, a na starej komodzie w rogu stał porcelanowy serwis do kawy — prezent od rodziców jej męża. Dookoła komody poustawiane były mosiężne świeczniki, a magii dodawała pomieszczeniu prawdziwa drewniana podłoga, którą tuż przy drzwiach zakrywał bordowy dywanik. Jego również dostali w prezencie od rodziców męża.

Katarzyna podeszła do wieszaka na ubrania i powiesiła płaszcz dokładnie w ten sam sposób, w jaki wisiał, nim zdjęła go zaledwie pół godziny temu. Modliła się w duchu, aby jej mąż niczego nie zauważył. Rozcierając nerwowo zmarznięte palce, uspokajała rozszalałe serce i oddech. Na moment oparła się o ścianę i zamknęła oczy. Gdy po chwili je otworzyła, zmusiła się do uśmiechu i chwyciła stojące tuż przy drzwiach torby z zakupami. Wolną ręką przekręciła jeszcze zamek w drzwiach i ruszyła do kuchni.

Zapaliła światło, postawiła zakupy na blacie i mijając hebanowy stolik, przy którym razem z mężem jadała posiłki, podeszła do okna i lekko przysłoniła zasłonki. W pomieszczeniu od razu zrobiło się ciemniej.

Nastawiając wodę na herbatę, myślała już o tym, co zrobi dziś na kolację.

Rzuciwszy okiem na wiszący naprzeciw niej zegar z kukułką, stwierdziła, że ma jeszcze około godziny, zanim zadzwoni telefon i usłyszy niski głos męża oznajmiający, że właśnie wychodzi z pracy i za moment będzie w domu. A ona, jak gdyby nigdy nic, zaraz po odłożeniu słuchawki na miejsce podejdzie do jednej z przeszklonych szafek. Wyjmie z niej talerze, po czym nałoży na nie jedzenie. Postawi je na stoliku, na białym obrusie, i zapali świeczki na świeczniku stojącym między nakryciami. Jej mąż przecież tak bardzo lubi, gdy przy jedzeniu panuje odpowiedni nastrój.

„Brakuje mi takiego ciebie. Ostatnio coraz bardziej…” — pomyślała.

W mieszkaniu było zimno. Stąpając po kuchennej podłodze, czuła, jak marzną jej stopy. Wiele razy prosiła męża, by podniósł trochę temperaturę w piecu, ale za każdym razem słyszała tylko, że nie mają pieniędzy na urządzanie w domu sauny i nie stać ich na takie luksusy. Każda rozmowa na ten temat kończyła się zawsze trzaśnięciem drzwi przez wybiegającego z kamienicy Colina.

Zwykle po takich kłótniach spędzała wieczory na kanapie w salonie i zamartwiała się, co się z nim wtedy dzieje. Nie pomagała świadomość, że przecież siedzi w jakimś zatłoczonym pubie i pije. Mimo wszystko martwiła się o niego, chociaż sama myśl, że przechyla właśnie kieliszek za kieliszkiem, napawała ją obrzydzeniem.

Kiedy Katarzyna była w domu sama, zawsze zakładała na stopy grube wełniane skarpety, a ramiona okrywała ciepłym szalem, ale gdy wiedziała, że Colin zaraz wróci, szybko zdejmowała te rzeczy i chowała gdzieś w głębi szafy. On przecież tak bardzo lubił, gdy ubierała się dla niego w ładne, dopasowane sukienki. Ciężko pracował, ona natomiast całe dnie siedziała w domu i poza sprzątaniem, gotowaniem i praniem nie robiła zupełnie nic. To on ją utrzymywał, miał więc prawo wymagać od niej chociaż miłej atmosfery w domu. Katarzyna doskonale to rozumiała.

Te rozważania przerwał podwójny dzwonek do drzwi, na którego dźwięk Katarzyna aż się wzdrygnęła. Z twarzy odpłynęła jej krew, a wzdłuż kręgosłupa przebiegł nieprzyjemny dreszcz. Colin nie życzył sobie, by ktokolwiek przychodził do nich podczas jego nieobecności, a nawet wtedy, gdy był w domu. Ludzie mu przeszkadzali, a Katarzyna od lat bardzo to szanowała.

Stąpając po cichu, aby nieproszony gość jej nie usłyszał, podeszła do drzwi. Jedno spojrzenie przez wizjer wystarczyło, by dostrzegła, że za drzwiami stoi sąsiadka i trzyma w ręce koszyk.

Katarzyna westchnęła i osunęła się wzdłuż drzwi na podłogę. Co miała teraz zrobić?! Sąsiadka doskonale wiedziała, że jest w domu, bo spotkały się przecież przy furtce. Dramat.

Dzwonek nie przestawał dzwonić i Katarzyna musiała w końcu otworzyć mimo zakazu męża. Drżącymi, lodowatymi dłońmi przekręciła więc zamek, nie zdejmując jednak łańcuszka. Tak na wszelki wypadek.

— Wie pani, narobiłam tej jesieni za dużo słoików z dynią i pomyślałam, że kilka pani podrzucę. Wzięłaby pani? — zapytała natychmiast sąsiadka.

Katarzyna spojrzała na kobietę zdezorientowana i przymknęła drzwi, by zdjąć łańcuszek.

— Ja… — Zawahała się, patrząc na wypełniony słoiczkami kosz.

— Sami ich z mężem nie zjemy, a dzieciaki nie chcą brać na studia takich rzeczy. Mówią, że to staromodne.

— No cóż — westchnęła w końcu. — Ile się należy?

— A nie! — Sąsiadka machnęła ręką. — Jak dla pani to za darmo, nie ma żadnego problemu.

— Będę się jednak upierać. — Katarzyna wyjęła z torebki portfel, a z niego kilka banknotów. — Tak będzie dobrze? — spytała i wyciągnęła pieniądze w stronę sąsiadki.

— A pewnie, że dobrze. Nie przelewa się u nas ostatnio, więc każdy pieniądz się przyda. Bóg zapłać. Po koszyk wpadnę jutro. Albo może pani by mi odniosła, co?

Katarzyna aż się wzdrygnęła, słysząc te słowa. Colin chyba by ją zabił za coś takiego.

— Niech pani w takim razie przerzuci przez płot. Ktoś na pewno go znajdzie. — Widząc jej minę, sąsiadka uśmiechnęła się wyrozumiale i odwróciła na pięcie, by zniknąć w ciemności.

Katarzyna wróciła natomiast do kuchni i poustawiała przetwory w spiżarce, zachodząc w głowę, czym też zasłużyła sobie na ten miły gest ze strony sąsiadki.

Rozcierając zmarznięte stopy, zabrała się do rozkładania w szafkach kupionych dzisiaj produktów. Stawiała je za tymi, które należało zużyć w pierwszej kolejności. Nie lubiła marnować jedzenia. Zawsze twierdziła, że nie powinno się go wyrzucać, gdy ludzie w Afryce umierają z głodu, dlatego kupowała jedynie rzeczy, co do których miała pewność, że wykorzysta je w najbliższym czasie do przygotowania posiłków. Gotowała też w pierwszej kolejności to, co miało najkrótszą datę ważności na etykiecie. Nie można było jej odmówić świetnego zorganizowania i myślenia zadaniowego.

Gdy skończyła, wyjęła z szafki dwie torebki ryżu i wysypała je na blachę do pieczenia. Włączyła piekarnik, aby się nagrzał, i kątem oka znów spojrzała na zegar. Miała jeszcze czas.

Zimnymi dłońmi wyjęła z innej szafki potrzebne przyprawy i posypała nimi ryż. Wzięła cebulę ze stojącej pod zlewozmywakiem skrzynki i pokroiła ją w piórka, które rozrzuciła następnie na blasze. Potem sięgnęła do lodówki po kupione dwa dni temu trzy udka z kurczaka i po odpowiednim przyprawieniu ułożyła je na ryżu. Całość polała jeszcze oliwą i wstawiła do nagrzanego już piekarnika. Po otworzeniu drzwiczek rozkoszowała się przez chwilę płynącym z wnętrza kuchenki ciepłem, które muskało jej policzki i ramiona. Zapach jedzenia przypominał jej dzieciństwo i rodzinny dom.

Tę chwilę przyjemności przerwał jej sygnał telefonu stojącego w przedpokoju. Gwałtownie zamknęła więc piekarnik i szybkim krokiem podeszła do aparatu. Kładąc rękę na słuchawce, wzięła głęboki wdech, żeby jej głos zabrzmiał jak najbardziej beztrosko i naturalnie. Jak głos najszczęśliwszej kobiety na świecie.

— Słucham? — zapytała.

— Cześć, kochanie. Chciałem cię tylko uprzedzić, że właśnie wychodzę z pracy. Będę w domu za jakieś dwadzieścia minut. Mam nadzieję, że obiad już prawie gotowy, bo umieram z głodu. Kupić coś po drodze?

— Nie, wszystko mam. Cieszę się, że już skończyłeś. Bardzo za tobą tęsknię — powiedziała ze sztucznym entuzjazmem, tylko dlatego, że wiedziała, iż właśnie to jej mąż chce usłyszeć.

— Ja też za tobą tęsknię. Nie masz nawet pojęcia, jak męczące jest dla mnie siedzenie za biurkiem i szlajanie się po mieście z jakimiś pajacami, gdy mam świadomość, że mógłbym siedzieć z tobą na kanapie i czuć twój oddech na policzku…

— Kocham cię, Colinie — weszła mu w słowo. — Proszę, wracaj szybko. Zrobiłam na kolację twoje ulubione danie, mam nadzieję, że będzie ci smakowało. A do tego świece i jakieś dobre wino. Prawda, że będzie romantycznie?

— Też cię kocham. W takim razie ubierz się w coś ładnego, a ja już idę do samochodu. Zobaczymy się za dwadzieścia minut. Bądź grzeczna — dodał jeszcze i się rozłączył.

W jego głosie nie wyczuła nic dziwnego.

„Jest nadzieja, że dziś będzie spokojnie. Wrócisz do domu, zjemy kolację, usiądziemy razem na kanapie przed telewizorem i wszystko będzie jak dawniej. Będziemy posyłali sobie pełne czułości spojrzenia i delikatnie gładzili się po dłoniach. Oprzesz głowę na moim ramieniu i szepniesz cicho, że już nikomu mnie nie oddasz. Moje serce zmięknie i wtulę się w ciebie całym ciałem. Nasze dusze odmłodzą się o kilka lat, a spojrzenia rozbłysną. Pokochamy się na nowo, a może to wcale nie będzie potrzebne, bo nasza miłość przecież nadal istnieje…” — pomyślała, odkładając słuchawkę, choć tak naprawdę sama w to nie wierzyła.

Zaglądając do piekarnika, Katarzyna myślała już o tym, co dziś na siebie włoży, żeby przypodobać się mężowi. Każdego dnia w jej sercu tliła się iskra nadziei na to, że Colin tak zachwyci się jej wyglądem, że chociaż raz jej nie skrzywdzi.

Powoli ruszyła w stronę drewnianych schodów prowadzących na poddasze, na którym znajdowała się ich sypialnia, garderoba, łazienka i gabinet Colina. Często pracował w nim do późna, wypełniając jakieś sądowe dokumenty. Jej mąż był znanym w całym mieście prokuratorem. Powinna być z niego taka dumna!

Wchodząc po schodach, czuła w krzyżu lekki ból spowodowany wczorajszym zachowaniem męża. Przy każdym kolejnym podniesieniu nogi coś blokowało jej ruchy. Pomimo bólu starała się jednak iść naturalnie. To przecież nic takiego, a ona nie jest typem kobiety, która się nad sobą rozczula. Przecież ludzie mają dużo gorzej.

„To normalne” — pomyślała. — „On po prostu ciężko pracuje. Każdy ma prawo czasem się zdenerwować i wyładować swoje emocje” — uspokajała się w myślach, obracając palcami złotą obrączkę mieniącą się na jej palcu. Wtedy jeszcze nie miała pojęcia, że jest to typowe zachowanie kobiet przychodzących na terapię. Mówią o swoich problemach, obracając uporczywie obrączkę, która nieraz była jedynym świadkiem tego, co działo się w ich pełnych przemocy domach. I jedyną rzeczą, jaka nadal łączyła je z mężami.

„Co ja mogę wiedzieć o pracy i stresie” — rozmyślała dalej.

Tylko że wcale nie było jej od tych myśli lepiej.

Wchodząc do garderoby, od razu zapaliła światło. To pomieszczenie jako jedyne w całym domu wydawało jej się ciepłe i przytulne. Może dlatego, że stojąca w rogu biała toaletka pomalowana była w różowe różyczki, a lustro odbijało światło w taki sposób, że pokoik wydawał się trochę jaśniejszy. Małe okno w dachu nie wpuszczało zbyt dużo światła, ale i tak najbardziej ze wszystkich pomieszczeń w domu lubiła przebywać właśnie tutaj.

Cała ich kamienica urządzona była przytulnie, ale staromodnie. Ciężkie hebanowe meble i drewniane podłogi nadawały jej rustykalnego charakteru. Zawsze była zadbana, czysta i schludna. Mebli nie pokrywała warstwa kurzu, a podłogi zawsze były wyszorowane i wypastowane.

W pierwszych latach małżeństwa Katarzyna uwielbiała chodzić na zakupy do sklepów z antykami i wyszukiwać w nich różne przedmioty, które jeszcze bardziej podkreślałyby charakter ich domu. Pamiętała, jak bardzo cieszyła się, gdy udało jej się dostać wiekowe lustro w mosiężnej ramie, które zdobiło teraz mały przedpokoik na pierwszym piętrze. Parter ich domu pełnił funkcję schowka, czy też może piwnicy, a pierwsze i drugie piętro stanowiło część mieszkalną. Colin zastanawiał się nawet kiedyś nad tym, czy nie wynająć komuś parteru, ale w końcu zrezygnował z tego pomysłu. Może ze względu na koszty remontu, a może dlatego, że cenił sobie prywatność. Szczególnie wtedy, gdy wieczorami przesiadywał w domu zmęczony po pracy. Nie życzył sobie, aby jacyś hałaśliwi sąsiedzi z jeszcze bardziej hałaśliwymi dziećmi zakłócali mu spokój.

Albo z psami! Colin wprost nie znosił wieczornego psiego wycia. I wcale nie interesowało go to, że Katarzyna bardzo chciałaby mieć jakieś zwierzę. Od tak, dla towarzystwa. Żeby nie musiała mówić sama do siebie.

Zasuwając suwak w krótkiej czarnej sukience, Katarzyna czuła, jak na jej przedramionach pojawia się gęsia skórka. Sukienka miała krótki rękaw i może nawet za bardzo opinała jej ciało, ale Colin zawsze powtarzał, że wygląda w niej niesamowicie kobieco. A o to przecież chodziło.

Usiadła na stołeczku przed toaletką i powoli zaczęła rozczesywać długie, proste ciemnobrązowe włosy. Na policzki nałożyła trochę pudru, a rzęsy podkreśliła lekkimi muśnięciami tuszu. Nie lubiła przesadzać z makijażem. Na początku ich małżeństwa wcale się nie malowała, gdyż nie było takiej potrzeby, ale teraz, gdy w kącikach jej zmęczonych oczu zaczęły tworzyć się pierwsze zmarszczki, kosmetyki stały się jej nieodłącznymi przyjaciółmi.

Wstając, zerknęła jeszcze w lustro, aby upewnić się, że wygląda dobrze.

— Żeby tylko mu się podobało — szepnęła, gasząc światło w garderobie i zamykając drzwi. Garderoba była jedynym miejscem w domu, do którego Colin nigdy nie wchodził. Ta „świątynia dumania” była jej schronieniem podczas jego napadów furii, które niestety ostatnio zdarzały się zdecydowanie zbyt często.

Schodząc po schodach, starała się nie myśleć o bólu w krzyżu, lecz o tym, że musi jeszcze zapalić świeczki, nałożyć na talerze kurczaka z ryżem i lekko przygasić światło, pozostawiając zapalone jedynie małe halogeny umieszczone po bokach mebli kuchennych. Może powinna postawić na stoliku jeszcze jakiś mały wazonik z kwiatami dla wzmocnienia efektu? Zerkając na zegarek, stwierdziła, że do powrotu męża zostało jeszcze jakieś dziesięć minut. Powinna zdążyć ze wszystkim.

Serce zaczęło jej bić coraz szybciej, gdy skończyła i przeczesywała włosy palcami, opierając się o blat. Wydawało jej się, że zegar bije coraz wolniej.

I właśnie wtedy zadzwonił dzwonek do drzwi.

Szybko ruszyła do przedpokoju, obciągając w biegu sukienkę. Stanąwszy przed drzwiami, wzięłą głęboki oddech i uśmiechnęła się szeroko.

— Witaj, kochanie — powiedziała, gdy stanęła twarzą w twarz ze swoim mężem.

— Dobrze cię widzieć — szepnął, podając jej bukiet czerwonych róż, po czym pocałował ją w policzek. Poczuła, że przez jej ciało przepływają tysiące iskier pobudzających zmysły.

Zrobił to tak delikatnie jak zawsze, gdy był w dobrym humorze.

— Ładnie wyglądasz — dodał z uśmiechem, lustrując jej ciało.

Katarzyna mogła dać głowę, że już obmyśla scenariusz namiętnego wieczoru, na który ona sama nie miała ochoty.

— Dziękuję, nie musiałeś… — powiedziała jednak, uśmiechając się i zerkając to na róże, to na jego twarz.

Pomimo upływu czasu Colin nadal wyglądał młodo. Podczas gdy na swojej twarzy zauważała pogłębiające się kurze łapki, on zdawał się wciąż wyglądać dokładnie tak, jak wtedy, gdy się poznali. Czyż to nie wspaniałe, że po kilku latach małżeństwa ten mężczyzna fascynował ją tak bardzo, jak przed ślubem?

Oczy Colina błyszczały dziś niezwykle mocno, a usta unosiły się w lekkim uśmiechu. Tak jak zawsze bił od niego spokój. Wyuczony spokój, którego potrzebował w pracy i na sali sądowej. Katarzyna musiała przyznać, że to właśnie ten spokój zaimponował jej w młodości. Dostrzegła również, że trochę już przydługie włosy męża układają się nad czołem w charakterystyczny sposób. Uwielbiała zanurzać palce w tej jego bujnej czuprynie, gdy tulił ją do siebie. Kochała tego człowieka. Mimo wszystko go kochała.

— Przestań, co to znaczy dwanaście róż. Należy ci się ich znacznie więcej. Jesteś taka wspaniała — powiedział Colin, wieszając płaszcz na wieszaku. — Kolacja gotowa? Ta praca mnie wykańcza. Jestem potwornie głodny.

— Oczywiście. Kolacja czeka na stole — odpowiedziała, nie odrywając spojrzenia od jego ciała.

Poczuła na biodrze rękę męża. Lekko zadrżała pod wpływem tego dotyku, który był teraz tak czuły i delikatny. Zupełnie inny niż ten, który zdążył tak dokładnie wryć jej się w pamięć.

Kładąc dłoń na jego ręce, odwróciła się w stronę kuchni, a on, popychając ją lekko, ruszył za nią. W jej głowie natychmiast zaczęły pojawiać się te wszystkie straszne obrazy, od których ostatnio nie mogła się opędzić. Niemal czuła, jak gwałtownie szarpie ją za to biodro do tyłu…

Stop. Jest zdecydowanie za wcześnie. Poza tym może dziś nic się nie wydarzy.

— Ładnie pachnie — szepnął jej do ucha Colin, gdy weszli do kuchni.

Kątem oka zauważyła, że uśmiecha się na widok palących się na stole świeczek i ładnie posprzątanej kuchni.

— Może otworzymy wino, co ty na to? — zapytał, gładząc ją po plecach.

— Też o tym pomyślałam — powiedziała, uśmiechając się do niego.

„Dobrze, że ustawiłam na stole kieliszki” — pomyślała, oddychając z ulgą, po czym sięgnęła do szafki po butelkę wina. Podając mu ją do rąk, by otworzył, przypomniała sobie, dlaczego tak naprawdę za niego wyszła. Zrobiła to właśnie dla takich chwil. Zrobiła to z miłości, bo przecież go kochała. A on kochał ją.

— No, możemy siadać — powiedział, podchodząc do stolika, i nalał do kieliszków trochę wina.

W miejscu na plecach, na którym trzymał rękę, Katarzyna jeszcze przez chwilę czuła odrobinę ciepła, ale uleciała ona równie szybko, jak się pojawiła. Ku jej rozczarowaniu nie pozostawiła po sobie żadnego trwałego śladu.

Podchodząc do stolika, Katarzyna patrzyła Colinowi prosto w oczy. Uśmiechali się do siebie dokładnie tak, jak podczas pierwszej wspólnej kolacji, na którą ją zaprosił. Pamiętała doskonale, jak zachwycała się wtedy chochlikami w jego oczach. Wydawały jej się naprawdę niesamowite.

— Jak ci minął dzień? — zapytał, gdy usiadła i sięgnęła po widelec.

— Wiesz, nic nadzwyczajnego. Było trochę prania, posprzątałam łazienkę na piętrze, bo aż się o to prosiła, zmieniłam pościel… Poza tym czytałam książkę.

— Tę, którą ci ostatnio kupiłem?

— Tak, właśnie tę — odpowiedziała mu z uśmiechem. — Masz świetny gust, ta historia jest naprawdę rewelacyjna — dodała, zachwycając się grą cieni na jego twarzy.

— Ekspedientka w księgarni bardzo ją zachwalała. O czym jest?

— Młoda, samotna kobieta kupuje nowy dom i zaczyna życie na własny rachunek. Poznaje przystojnego mężczyznę, zdobywa grono przyjaciół i z dnia na dzień staje się coraz bardziej szczęśliwa.

— Kolejne babskie czytadło.

— Być może, ale napisane naprawdę dobrze.

— Muszę zacząć kupować ci bardziej ambitne książki.

— Nie mam problemu z typowo kobiecą literaturą. Czytam ją dla relaksu, a nie po to, by wyciągnąć z niej coś więcej.

— Może światowej klasy kryminały?

Katarzyna przełknęła ślinę.

— To bardziej twoje klimaty. Mnie czytanie o śmierci i przemocy nie bawi.

Colin popatrzył na nią uważnie.

— Może i masz rację. To nie był dobry pomysł. — Upił łyk wina. — Daj znać, jak już skończysz tę powieść, to poszukam czegoś w księgarni.

— Może lepiej w bibliotece?

— Nie lubię używanych książek, wydają mi się okropnie brudne. To tak, jakby zwoziło się do domu antykwariat. Książka to książka. Musi być nowa i twoja. Przepojona tylko twoimi emocjami.

— Jak wolisz — skwitowała jego słowa i nabrała jedzenie na widelec. Elokwencja Colina, typowa dla ludzi pracujących w sądzie, zawsze ją zadziwiała.

— Wychodziłaś gdzieś dzisiaj? — zapytał niespodziewanie, obrzucając ją przenikliwym spojrzeniem.

— Nie, nie wychodziłam — odpowiedziała pewnie, patrząc mu w oczy. Nienawidziła kłamać, ale zdawała sobie sprawę z tego, że jedynie taka odpowiedź pozwoli jej odwlec to, co zbliża się nieuchronnie coraz większymi krokami.

Colin nic nie powiedział.

— Wszystko, czego mi potrzeba, mam przecież tutaj… — szepnęła więc i uśmiechając się do niego, wyciągnęła rękę, by pogłaskać go po dłoni. — A tobie jak minął dzień? — zapytała, by zmienić temat. — Słyszałam w radiu, że rozprawa będzie już za tydzień. Masz teraz pewnie dużo pracy?

— Wiesz, jak to jest. Głównie papierki. Ale jak się wszystko dokładnie przygotuje, nie ma szans, żeby go nie skazali. Takich ludzi nie powinno się trzymać na wolności. Przemoc jest okrutna i należy ją tępić za wszelką cenę.

— Masz rację — potaknęła, czując w sercu lekkie ukłucie smutku.

— Tylko wiesz, cholernie mnie wkurza cały ten szum wokół tej sprawy. Pod biurem ciągle kręcą się jacyś rozgadani dziennikarze czekający na sensację. Dziś, jak wychodziłem do domu, mało co mnie nie rozdeptali.

— Musi ci być ciężko…

— Nawet nie wiesz, jak bardzo to działa na psychikę. No — dodał z uśmiechem, głaszcząc ją po wyciągniętej na stoliku dłoni — ale na szczęście mam ciebie. Mam przystań, do której mogę wracać — szepnął niskim głosem, odkładając widelec.

Katarzyna wiedziała, co ma teraz zrobić. Kładąc sztućce na talerzu, powoli podniosła się z krzesła i zbliżyła do niego. Stanęła za nim i pochyliła się, kładąc mu głowę na ramieniu. Ręce oparła na jego klatce piersiowej i zaczęła lekko ją głaskać.

— Też się cieszę, że cię mam — szepnęła mu prosto do ucha i poczuła, jak odchyla głowę do tyłu, rozluźnia się.

— Kocham cię — powiedział.

Uśmiechnęła się, czując na policzku jego oddech, a jej zmysły wypełniły się jego zapachem. Uwielbiała ten zapach. Czasem, gdy siedziała sama w domu, zakładała jego swetry i rozkoszowała się nim.

— Dobrze, że już jesteś w domu. Bez ciebie strasznie tu pusto — szepnęła, muskając ustami jego policzek.

— Wiem — odpowiedział, podniósł się powoli i stanął naprzeciw niej. Położył jej dłoń na biodrze, a drugą pogłaskał po policzku. Był przy tym tak delikatny, że mogłaby porównać jego dotyk z muśnięciami skrzydeł motyla, którymi zachwycała się, gdy w dzieciństwie razem z najlepszą przyjaciółką wylegiwały się na łące, niemalże tonąc w gęstej trawie.

— Naprawdę wiem, że się cieszysz — szeptał, gładząc jej delikatną skórę.

Pod wpływem tego dotyku Katarzyna zadrżała. Jej serce zaczęło bić mocniej, a umysł wypełniła świadomość, że doskonale wie, co się zaraz stanie. Nie przestawała jednak patrzeć mu w oczy. Przecież tak naprawdę go kochała. Pomimo wszystko. Mimo że tak bardzo ją ranił. Pomimo tego, że nie rozumiała jego zachowania…

Nie umiała przestać go kochać i tak naprawdę to bolało ją najbardziej. Z tej ślepej miłości zgadzała się na wszystko. Byle tylko czuć jego bliskość i mieć pewność, że on też ją kocha.

Wtedy jeszcze nie wiedziała, że każdy akt okrucieństwa, jakiego się wobec niej dopuszczał, nabierał dla niej wartości nagradzającej. Kara była lepsza od obojętności.

Teraz też, mimo że drżała ze strachu, wiedziała, że jej serce należy do jego serca, a jej dusza do jego duszy.

— Wiem, że się cieszysz. — Na twarzy Colina pojawił się okrutny uśmiech. — Nie rozumiem tylko, jak możesz mi tego nie okazywać! — Jego wrzask sprawił, że ugięły się pod nią nogi.

Dłoń mężczyzny zatrzymała się na jej policzku, a oczy rozbłysły gniewem. Twarz przybrała bezlitosny wyraz oprawcy, który za chwilę zacznie pastwić się nad swoją ofiarą.

— Ja dla ciebie tyle robię, a ty, do cholery, nie potrafisz mi za to nawet podziękować! — wrzeszczał, a po jej policzkach płynęły łzy.

— Przepraszam — szepnęła drżącym głosem, zaciskając z całej siły powieki. Wiedziała, że zaraz ją uderzy. Miał nad nią zdecydowaną przewagę. Był dobrze zbudowany, a ona drobna i mizerna.

— Nic nie robisz! — krzyczał, potrząsając jej ramionami. — Masz tylko siedzieć w tym domu i czekać, aż wrócę, a jak wracam, nawet nie umiesz się ze mną przywitać! Jesteś taka beznadziejna! — Z całej siły wymierzył jej policzek. Zakręciło jej się w głowie i poleciała na ścianę. Łzy płynęły z jej oczu, a serce biło niemiłosiernie szybko. Osunęła się na ziemię, nie mogąc złapać oddechu.

Czuła, jak stoi nad nią i patrzy z satysfakcją na to, co się dzieje. Z potwornym wyrazem twarzy złapał ją za włosy i pociągnął ku górze. Wrzasnęła z bólu i spróbowała dźwignąć się na nogi. Plecy bolały ją niemiłosiernie i ledwo co mogła stać.

Colin złapał ją za ramiona i ścisnął mocno, wyładowując w ten sposób cały stres związany z dzisiejszym dniem. Stali teraz twarzą w twarz. On uśmiechał się z poczuciem satysfakcji, jej usta wykrzywiały się z bólu, a oczy były pełne łez. Bała się go. Jej ciało drżało na samą myśl, co może się jeszcze stać…

Na szczęście nic więcej już się nie wydarzyło. Colin zaśmiał się jeszcze z wyższością i popychając ją na ścianę, rzucił jej pogardliwe spojrzenie. Kątem oka widziała, jak odsuwa się od niej, a po chwili usłyszała jego kroki na drewnianej podłodze i dźwięk włączanego w salonie telewizora. Odchylając głowę do tyłu, położyła rękę na policzku i starała się nie myśleć o bólu w krzyżu, który nasilił się po uderzeniu o ścianę. Oddychała ciężko. Czuła się bezradna i przegrana. I tak bardzo wzgardzona…

Jak wtedy, gdy pierwszy raz podniósł na nią rękę…

 

 

Zdarzyło się to kilka miesięcy po ich ślubie, gdy któregoś dnia odwiedziła ją przyjaciółka. Katarzyna dokładnie pamiętała, jak ucieszyła się z tej wizyty, bo nie widziały się z Magdą od czasów liceum. Właściwie po przeprowadzce do Stanów Katarzyna nie miała kontaktu z nikim z dawnych znajomych, choć jej przyjaciółki zapewniały, że będą pisać, dzwonić i odwiedzać ją, gdy tylko nadarzy się ku temu okazja. Wszystkie te słowa okazały się jednak tylko pustymi frazesami.

Jedynie Magda szczerze interesowała się życiem Katarzyny i nie zmienił tego nawet jej wyjazd za granicę. Może dlatego, że Magda bywała w Bostonie kilka razy do roku, ponieważ mieszkał tu jej brat z rodziną, a ostatnio także matka. A może dlatego, że od zawsze przyjaźniły się z Katarzyną i nie wyobrażały sobie, że mogłoby być inaczej. Właściwie powodów znalazłaby się pewnie cała masa, liczył się jednak fakt, że pewnego popołudnia Magda odwiedziła Katarzynę.

Posiedziały wtedy trochę w mieszkaniu, obgadały znajomych i Katarzyna oprowadziła przyjaciółkę po wszystkich kątach starej kamienicy.

Kiedy Magda skomentowała już wszystko, co tylko można było, postanowiły przejść się do kawiarni, bo w domu tradycyjnie nie było nic słodkiego. Colin nie przepadał za łakociami, a Katarzyna, przejmując się wtedy swoimi wyimaginowanymi skłonnościami do tycia, ograniczała jedzenie słodyczy i pozwalała sobie na tę przyjemność jedynie podczas specjalnych okazji.

Wybrały małą kawiarenkę znajdującą się zaledwie dwie przecznice od ulicy, przy której stała kamienica.

— Masz taki piękny dom, że można by pisać o nim w czasopismach o wystroju wnętrz. — Magda uśmiechnęła się, siadając przy stoliku. — To wszystko musiało sporo kosztować.

— Colina stać na to, by urządzić dom tak, jak mu się tylko podoba.

— Prawdziwa z ciebie szczęściara. Nie dość, że twój mąż to prawdziwe ciacho, to jeszcze mieszkasz w willi, żyjesz jak królewna i nie musisz pracować. Czy Colin nie ma może brata bliźniaka? — zaśmiała się Magda.

— Nic o tym nie wiem.

— Ukradnij mu w nocy jeden włos. Niedługo zaczną klonować ludzi, to będę miała swój własny ideał.

— Chciałabyś! — roześmiała się Katarzyna.

— A co u ciebie w domu? Masz jakiś kontakt z Bartkiem lub Ulką? — Magda zmieniła temat i wbiła w Katarzynę pytające spojrzenie.

— Sporadycznie. Każde z nich ma swoje życie, a ja nie chcę im się narzucać.

— No tak. — Magda odchrząknęła; wiedziała, że trafiła na bolesny temat, i nie zamierzała go dłużej drążyć. Zaczęła więc rozpływać się nad przystojnym brunetem, którego poznała, zmieniając pracę, i rozmowa potoczyła się dalej.

Tak jak za dawnych lat.

Katarzyna i Magda spędziły w przytulnej kawiarence może ze dwie godziny, po czym pożegnały się i każda ruszyła w swoją stronę. Katarzyna dokładnie pamiętała, jaka była szczęśliwa z powodu tego spotkania. Z uśmiechem na ustach wracała do domu, w którym czekał na nią Colin.

Wtedy