Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł
Gdy rozum widzi przeszkody, serce znajduje mosty
Gabriel po przeprowadzce do Grzybowa prowadzi spokojne, poukładane życie. Wszystko zmienia się pewnego dnia, gdy podczas spaceru z psem znajduje na plaży różowy notatnik. Okazuje się, że należy on do Laury, nauczycielki z Mazowsza, która co roku przyjeżdża tu, by choć na chwilę odpocząć od obowiązków związanych z opieką nad chorą siostrzenicą i młodszą siostrą. Zaintrygowany zapiskami Laury, Gabriel odkrywa, że mają ze sobą więcej wspólnego, niż przypuszczał. Niewinna korespondencja między nimi przeradza się w coś głębszego, a spotkania, mimo dzielącej ich odległości, stają się coraz częstsze. Budują więź, której nie sposób zignorować. Wydaje się, że nic nie stoi na przeszkodzie, aby mogli być razem.
Kiedy Laura decyduje się wreszcie pójść za głosem serca, stan zdrowia jej siostrzenicy nagle się pogarsza. Rozdarta między miłością a obowiązkami wobec rodziny zrywa kontakt z ukochanym. Mijają lata, ale zakochani nie potrafią o sobie zapomnieć. Czy ich drogi jeszcze się skrzyżują? Czy los da im kolejną szansę, a może ich uczucie pozostanie jedynie wspomnieniem?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 377
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Czas: 8 godz. 55 min
Lektor: Agata Góral
Opieka redakcyjna: DOROTA WIERZBICKA
Redakcja: MAGDALENA WOŁOSZYN-CĘPA
Korekta: MAŁGORZATA SZEWCZYK, BARBARA SZYMANEK, KRYSTYNA ZALESKA
Projekt okładki i stron tytułowych oraz ilustracje: PAWEŁ PANCZAKIEWICZ
Redaktor techniczny: ROBERT GĘBUŚ
© Copyright by Agata Przybyłek © Copyright for this edition by Wydawnictwo Literackie, 2026
Wydanie pierwsze
ISBN 978-83-08-09332-0
Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o. ul. Długa 1, 31-147 Kraków bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40 księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl e-mail: [email protected] tel. (+48 12) 619 27 70
Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.
Ten e-book jest zgodny z wymogami Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA).
Wydawca zakazuje eksploatacji tekstów i danych (TDM), szkolenia technologii lub systemów sztucznej inteligencji w odniesieniu do wszelkich materiałów znajdujących się w niniejszej publikacji, w całości i w częściach, niezależnie od formy jej udostępnienia (art. 26 [3] ust. 1 i 2 ustawy z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych [tj. Dz.U. z 2025 r. poz. 24 z późn. zm.]).
Moim córkom
Życie polega na tym, by spędzać razem czas, by mieć ten czas na wspólne spacery, trzymanie się za rękę, cichą rozmowę i przyglądanie się zachodowi słońca.
NICHOLAS SPARKS, Prawdziwy cud
Kiedy Gabriel Pawłowski znalazł na plaży notatnik z różową okładką, nie spodziewał się, jak wyraźne piętno to z pozoru niewiele znaczące zdarzenie odciśnie na jego historii.
To miał być zwykły spacer z psem. Gabriel kupił Seweryna w oddalonej o kilkanaście kilometrów od domu hodowli po powrocie w rodzinne strony parę lat temu i od tamtej pory niemal co dzień chodzili razem na plażę. Seweryn był owczarkiem niemieckim – czarnym, podpalanym, o dostojnym chodzie i ufnym spojrzeniu. Od początku tworzyli zgrany duet.
Choć Gabriel wiedział, że Seweryn budzi respekt u obcych – ludzie zwykle bali się dużych psów, a owczarki niemieckie dodatkowo przywoływały niekiedy nieprzyjemne wspomnienia – sam ciągle widział w nim nieco zagubionego, spragnionego towarzystwa i dobrej zabawy szczeniaka, którym zwierzak był przez pierwsze dni w nowym domu. Nie mówił o tym nikomu, ale wziął go do łóżka podczas ich pierwszej wspólnej nocy, kiedy psiak skomlał żałośnie na położonym pod ścianą posłaniu, i chyba właśnie to wydarzenie było początkiem tej pięknej przyjaźni. Do tej pory czasem zdarzało mu się budzić obok zwierzaka, choć teraz spanie we dwójkę w pojedynczym łóżku nie było już niczym przyjemnym. Seweryn ważył prawie czterdzieści kilo i Gabriel nieraz z trudem łapał oddech, gdy pies układał się na jego piersi, jakby nie był świadomy swojej masy. A może rzeczywiście nie był? Gabriel przywykł do traktowania Seweryna jak człowieka, ale nie miał pojęcia, co tak naprawdę myślą i czują zwierzęta.
Dzień był słoneczny, niebo bezchmurne, a powietrze wilgotne, przesiąknięte typowym dla Bałtyku zapachem morskiej bakterii. Gabriel wiedział, że ludzie zwykle przypisują tę nadmorską woń jodowi, ale odkąd jeszcze jako mały chłopiec przeczytał, czym tak naprawdę pachnie morze, namiętnie poprawiał w tej kwestii najbliższych. Teraz już oczywiście tego nie robił, ale mimo wszystko nadal starał się trzymać w życiu faktów i wiara w zabobony albo czyjeś domysły zupełnie nie leżała w jego naturze. „Ty jesteś zawsze taki chłodno myślący i pragmatyczny” – mawiali o nim członkowie najbliższej rodziny.
Czy naprawdę był? Do końca nie wiedział. Gdy opisywał siebie, podawał raczej cechy wyglądu: wysoki brunet o niebieskich oczach i szczupłej posturze – łatwiej mówiło mu się o tym, co widać w lustrze, niż o swoim wnętrzu. Nie znaczyło to jednak, że przesadnie skupiał się na wyglądzie, wręcz przeciwnie; poza tym, że starał się zawsze wyglądać schludnie, raczej nie przykładał zbyt wiele wagi do stanu swojej skóry czy do układania włosów, jak wielu jego kumpli z Warszawy, w której mieszkał przez kilka lat. Pochodził z dość konserwatywnej rodziny i chyba do tej pory dźwięczały mu w uszach słowa ojca, który mówił, że kosmetyki, modne ubrania czy buty to domena kobiet i jego syn nie powinien przywiązywać się do tego bardziej, niż to konieczne. Gabriel wiedział, że świat się zmienił, odkąd ojciec był młody, i pewne jego zasady czy rządzące niegdyś nim reguły przestały być aktualne, ale nigdy nie powiedział o tym Janowi, bo nie chciał się z nim kłócić. Ojciec zdecydowanie był typem człowieka, który zawsze musiał mieć rację, w dodatku nie należał do osób o zbyt dużej otwartości na nowe doświadczenia czy zmiany. Czasami dochodziło między nimi z tego powodu do drobnych starć czy konfliktów.
Seweryn jak zawsze kroczył obok Gabriela na smyczy przypiętej do szelek. Gabriel nie miał w zwyczaju puszczać go luzem w miejscach publicznych. To, że w jego oczach Seweryn uchodził za łagodnego psa, nie musiało przecież oznaczać, że nie mógł kogoś nie polubić, a Gabriel bardzo nie chciał kłopotów. Zresztą aż za dobrze pamiętał sytuację z dzieciństwa, kiedy podczas plażowania z mamą podbiegł do nich obcy pies i złapał go zębami za nogę. Niby nic poważnego mu się wtedy nie stało, ale od tamtej pory hołdował zasadzie, że właściciel ma obowiązek pilnować swojego psa, i nieraz upominał innych, żeby również jej przestrzegali.
Seweryn pociągnął go w stronę wody, więc podeszli razem do brzegu, żeby zwierzę mogło zanurzyć łapy i trochę się ochłodzić. Dzień był ciepły, choć nie nadeszły jeszcze upały. Fale leniwie obmywały brzeg. Gabriel wyjął z kieszeni szortów okulary przeciwsłoneczne i wsunął je na nos; obserwował, jak jego pupil beztrosko wskakuje do wody i próbuje coś z niej wyłowić. Chyba patyk? Tak. Seweryn zajął się na dłuższą chwilę podpływającym i odpływającym kawałkiem gałęzi, choć bez trudu wyłowiłby go już za pierwszym razem, gdyby tylko chciał.
Gabriel zaczął się rozglądać po plaży. Znał ją od dzieciństwa, wychował się tutaj. Spędził w Grzybowie wszystkie szkolne lata i dopiero po maturze zapragnął spróbować innego życia, choć ostatecznie nie do końca odnalazł się w stolicy. To ta nieduża wieś położona tuż przy Kołobrzegu okazała się dla niego prawdziwym domem, co uświadomił sobie, kiedy kilka lat temu wrócił w rodzinne strony, i od tamtej pory ani myślał o wyprowadzce. Okej, może Grzybowo nie było duże, znajdowało się w nim zaledwie kilka sklepów i punktów gastronomicznych, a gdy musiał coś załatwić, zwykle wiązało się to z wyjazdem do Kołobrzegu albo i dalej, ale ta wioska naprawdę miała swój urok i odnajdywał się w takim prowincjonalnym życiu. Grzybowo nie było tak popularne wśród turystów jak wiele innych miejscowości na polskim wybrzeżu, więc nawet w wakacje nie przyjeżdżały tu tłumy, a poza sezonem było wręcz przyjemnie spokojnie. Wieś broniła się jeszcze przed czysto komercyjnym podejściem do osób przyjezdnych. To też mu się podobało, bo kiedy widział, co dzieje się latem przy molo w Kołobrzegu i w okolicach portu, unikał tych rejonów miasta jak ognia. Te tony plastiku sprzedawane na straganach, dobiegająca ze wszystkich stron muzyka, woń smażonego jedzenia mieszająca się z zapachem przejeżdżających obok samochodów... Czasem aż się dziwił, że ludzie wybierają właśnie takie miejsca na urlop. On sam zazwyczaj celował w o wiele spokojniejsze, wręcz odludne, zakątki w górach czy za granicą. Skoro dostęp do morza miał na co dzień, zwykle nie rezerwował wczasów nad wodą, lubił mało uczęszczane szlaki, niezbyt popularne kempingi, a nieraz spał po prostu na dziko w namiocie w pięknych miejscach, bo uwielbiał pojawiające się po takich porankach uczucie: kiedy tuż po przebudzeniu mógł cieszyć oczy zapierającym dech w piersiach widokiem i uważać się za najszczęśliwszego człowieka na świecie.
Seweryn wreszcie złapał patyk, a Gabriel pociągnął go w stronę piasku, by trochę podsechł, zanim ruszą w drogę powrotną do domu. Pies położył się i zaczął obgryzać korę ze swojej zdobyczy. Gabriel już miał usiąść obok niego, kiedy jego wzrok padł na leżący obok notes z różową okładką, który ktoś musiał tutaj przypadkowo zostawić. Złoty napis umieszczony na środku połyskiwał w słońcu.
Gabriel rozejrzał się, ale na plaży nie było zbyt wielu ludzi, a na pewno nikt nie wyglądał na osobę, która szukała swojej zguby. Dwie starsze panie spacerowały pod ramię przy linii wody, w stronę słońca, które powoli chyliło się ku zachodowi. Mężczyzna w średnim wieku z kilkuletnim chłopcem puszczali latawca kilkadziesiąt metrów dalej, a jakaś kobieta – pewnie żona (albo partnerka) i mama – robiła im zdjęcia, kucając na piasku. Grupka młodzieży z puszkami coli siedziała na kocu przy wyjściu z plaży, ale intuicja podpowiadała Gabrielowi, że ten przysypany lekko piaskiem notes nie należy do nikogo z nich.
Pochylił się i go podniósł. Jeszcze raz odruchowo rozejrzał się po okolicy, ale nadal nie dostrzegł nikogo zaaferowanego. Dziwne.
Otrzepał notatnik z piasku, a potem obejrzał z zewnątrz. Założona na okładkę różowa gumka chroniła znajdującą się w środku zawartość, choć bez problemu mógł ją zdjąć i po prostu zajrzeć do środka. Ten notes przypomniał mu trochę szkolne lata, kiedy to dziewczyny z podstawówki podsuwały mu podobne pamiętniki, żeby napisał im coś miłego, zostawił jakiś swój ślad.
Choć nie uważał się za osobę sentymentalną, uśmiechnął się lekko na to wspomnienie z beztroskich lat. Pamiętał, że jednej z dziewczyn, która mu się wtedy podobała, Kai Szatkowskiej, specjalnie napisał w pamiętniku złośliwy wierszyk i nawet użył w nim słowa „tyłek”, co dla ośmio- czy dziewięciolatka w tamtych czasach równało się niemal zapisaniu wulgaryzmu. Wzdychał do Kai chyba do końca podstawówki. Miała piękne, długie blond włosy i zawsze była najlepsza w klasie, ale nigdy nie zdecydował się jej powiedzieć o tym, co czuje. Podkochiwanie się w koleżance z pierwszej ławki wydawało mu się wtedy tak samo pociągające, jak i żałosne. Wśród jego kumpli królowała zasada, że dziewczyny są fe i chłopacy powinni się trzymać z innymi chłopakami, więc skończyło się na platonicznej miłości, a Kaja, z tego, co wiedział, miała teraz dwójkę czy nawet trójkę dzieci i męża, z którym była w związku od lat.
Usiadł na piasku z notesem w dłoni i zaczął rozważać, co zrobić z tym fantem. Czy właścicielka – ze względu na kolor założył, że pamiętnik należy do osoby płci żeńskiej – zorientowała się już, że go nie ma? Zostawić go tutaj czy wziąć ze sobą?
Spojrzał na tarczę swojego zegarka. Było po dwudziestej, miał jeszcze kilka rzeczy do zrobienia, więc najpóźniej za kwadrans chciał zabrać Seweryna do domu. Odkąd kilka lat temu Jan Pawłowski, jego ojciec, ciężko zachorował, Gabriel miał zawsze ręce pełne roboty, ponieważ jego rodzice posiadali kilka domków, które przez cały rok wynajmowali turystom, i teraz też dwa z nich były zajęte, a dodatkowo byli właścicielami znajdującej się za wioską stadniny koni. Zatrudniali kilka osób, a Gabriel nie wypełnił jeszcze comiesięcznych deklaracji do ZUS-u, czym zamierzał się zająć właśnie tego i kolejnego wieczoru. Nie lubił tej papierkowej roboty, ale matka i ojciec nie mieli już do tego głowy, ze względu na swój wiek. Gabriel urodził się, kiedy Hanna Pawłowska zbliżała się do czterdziestki, a jej mąż był o kilka lat starszy od niej. Więcej dzieci w rodzinie nie było, dlatego też to Gabriel musiał im pomóc, kiedy zaczęły się problemy ze zdrowiem Jana, zresztą i tak w przyszłości to w jego ręce miały trafić rodzinne biznesy, do których przejęcia ojciec przygotowywał go powoli już od wielu, wielu lat.
Temperatura zaczęła spadać, słońce chyliło się coraz niżej ku wodzie, właścicielka notesu wciąż się nie znalazła. Gabriel musiał wracać, więc podniósł się z piasku, otrzepał ubranie i pociągnął Seweryna ku wyjściu z plaży. Zwierzak zdążył już pogryźć wyciągniętą z wody gałązkę na drobne kawałki, a teraz dumnie niósł jeden z nich w zębach, co trochę bawiło jego właściciela – taki duży pies wyglądał naprawdę zabawnie z takim małym patyczkiem, ale widocznie Seweryn miał własne zdanie w tej kwestii.
Opuścili plażę. Gabriel wytrzepał piasek z butów i ruszyli już po utwardzonej nawierzchni, wdychając zapach igliwia dominujący w pasie nadmorskiej zieleni. Wreszcie dotarli do celu. Słońce odbijało się od okien rodzinnego domu Gabriela i od pokrywającej dach bordowej dachówki. Budynek wzniesiony był na planie prostokąta i miał jasną elewację. Oddzielały go od chodnika spawany osobiście przez Jana płot z licznymi ozdobnikami na górze, a także pielęgnowana przez Hannę rabatka, której piękna dopełniały czerwone pelargonie, zwisające z donic ustawionych na parapetach okien. Matka co roku kupowała te same kwiaty i choć zdarzało się, że Gabriel sam musiał je potem podlewać – Hanna kiepsko znosiła upały i gdy temperatura przekraczała trzydzieści stopni, właściwie nie wychodziła z domu – jakoś nie umiał jej tego zabronić. Pielęgnowanie tych roślin dawało jej tyle radości...
Wszedł na podwórze, a zawiasy furtki zaskrzypiały delikatnie, gdy ją zamykał. Puścił wreszcie luzem Seweryna. Psiak od razu pobiegł się napić. Chłeptał łapczywie z miski ustawionej przy budzie, a Gabriel postanowił zanotować w pamięci, żeby następnego dnia zabrać na spacer butelkę wody dla niego. Potem skręcił za róg domu, bo sam też odczuwał pragnienie, lecz zamiast udać się od razu do kuchni, zatrzymał się na chwilę przy Hannie, która odpoczywała na drewnianej ławce przy wejściu.
Gabriel uśmiechnął się na jej widok. Wyglądała łagodnie, jak zwykle. Zachodzące słońce oświetlało jej gdzieniegdzie pomarszczoną twarz i całą sylwetkę, lecz dla niego nadal była jedną z najpiękniejszych kobiet na świecie, tak jak w dzieciństwie. Hanna miała spokojne, błękitne spojrzenie. Podmuchy wiatru rozwiewały brzegi jej czerwonej sukienki w kwiatki, którą od lat nosiła w ciepłe miesiące, a obok, na ławce, leżała jej ulubiona kotka Luna. Hanna głaskała płynnymi ruchami futro ulubienicy, co ewidentnie podobało się zwierzakowi, bo mruczał przy tym z zadowoleniem.
– Cześć, mamo – przywitał się.
– Cześć. Spacer się udał?
Pawłowski zerknął przez ramię na Seweryna, który odpoczywał teraz w cieniu, przy swojej misce.
– Jak widzisz – mruknął. – Wieczorna dawka ruchu zaliczona.
– Chyba naprawdę go wymęczyłeś.
– Ja jego? – Gabriel się zaśmiał. – Bardzo zabawne. Ale może przynajmniej będzie dziś lepiej spał w nocy, a nie szczekał mi do północy pod oknem. W te ciepłe noce nie za bardzo chce spać w domu.
– Ja tam nic nie słyszałam.
– W takim razie zazdroszczę ci twardego snu. – Przysiadł się do niej. – Ja budziłem się niemal po każdym jego szczeknięciu.
– Ciekawe, czemu tak ujadał. Może jakiś kot?
– On w ciepłe miesiące chyba po prostu chętnie spałby ze mną w domu.
Hanna się uśmiechnęła.
– A tata gdzie? – Gabriel zmienił temat.
– Odpoczywa przed telewizorem.
– Nie próbowałaś go namówić, żeby zamiast tego pooddychał trochę świeżym, nadmorskim powietrzem przed snem?
– Wiesz, jaki on jest, kiedy coś sobie postanowi. Żadna siła nie odwiedzie go od jego pomysłu.
Gabriel westchnął. Niestety wiedział.
– No tak. Może faktycznie szkoda sobie strzępić język, skoro to i tak na nic.
Nagle spojrzenie Hanny padło na różowy notatnik, który ciągle miał w dłoni, odkąd znalazł go na plaży.
– A to co?
Gabriel też popatrzył na notes.
– Znalazłem go dzisiaj na plaży.
– O!
– Chyba ktoś go zgubił...
– Piękna okładka. Zaglądałeś do środka? Może ktoś zapisał swoje dane.
– Jeszcze nie miałem odwagi. Prawdę mówiąc, pomyślałem, że na razie wrzucę jego zdjęcie na lokalną grupę z ogłoszeniami na Facebooku i poczekam, aż ktoś się odezwie.
– Te współczesne technologie – mruknęła Hanna. – Kiedyś takie znaleziska odnosiło się do najbliższego sklepu albo na komisariat policji, a teraz jakieś Facebooki i grupy.
Gabriel się zaśmiał.
– Świat się zmienia, mamo. Taka jest kolej rzeczy.
– Tylko czy te wszystkie zmiany są na lepsze? Ja jakoś jestem sceptycznie nastawiona do tych nowych technologii. Jak patrzę na tę młodzież z nosami utkwionymi w ekranach, to aż mi żal biednych dzieci. Życie ucieka im między palcami, a one nawet tego nie widzą.
– E tam. Gdybyś nie była taka oporna, to bez trudu nauczyłbym cię korzystać z Facebooka i na pewno miałabyś z tego mnóstwo frajdy.
– No nie wiem. Naprawdę nie wiem.
Gabriel uśmiechnął się do niej i wstał.
– Jadłaś już kolację? Idę zrobić sobie jakieś kanapki, mogę też przy okazji zmajstrować coś dla ciebie i taty.
– Nie, nie kłopocz się. Jak cię nie było, ugotowałam jajka i jesteśmy już po kolacji.
– No dobra. W takim razie może skusisz się chociaż na herbatę?
– Nie trzeba, naprawdę. Zrób coś tylko dla siebie. Ja tu jeszcze chwilę odpocznę z Lunusią.
– W porządku, ale gdybyś jednak zmieniła zdanie w tej kwestii, to będę w kuchni.
Hanna skinęła głową, a Gabriel udał się do domu.
W środku było nieco chłodniej niż na zewnątrz. Prawdę mówiąc, miał ogromną nadzieję, że wnętrza nie nagrzeją się w te ciepłe dni zbyt szybko, bo nie zamontował jeszcze w środku klimatyzacji, choć miał to w planach od kilku lat, tylko ciągle brakowało mu środków. Za to dwie czy trzy wiosny temu wydał trochę pieniędzy na docieplenie zewnętrznych ścian budynku dodatkową warstwą styropianu, bo poprzednia była zdecydowanie zbyt cienka. W ogóle wiele tu zmienił i ulepszył, odkąd wrócił z Warszawy. Jeszcze do niedawna dach domu pokryty był eternitem. Rodzice nie widzieli w tym nic szkodliwego, więc pewnie gdyby nie Gabriel i jego upór, jeszcze długo zwlekaliby z remontem i sami z siebie nie wymieniliby go na dachówkę. Syn odnowił im także kuchnię, włącznie z podłogą. Bardzo raził go widok kilku pękniętych płytek przy lodówce i starego, pordzewiałego kaloryfera pod parapetem. Rodzice oczywiście początkowo protestowali – mama lamentowała, że szkoda na takie rzeczy ciężko zarobionych pieniędzy, i powtarzała, że kuchnia wcale nie wygląda tak źle – ale on wiedział swoje, a zachwyt i niedowierzanie w jej oczach, kiedy pierwszy raz weszła do odnowionego pomieszczenia, były dla niego najlepszą nagrodą za wszystkie utarczki słowne z ekipą remontową, wycieczki do sklepów i targanie kolejnych materiałów budowlanych.
Zresztą i jemu podobał się efekt, jaki osiągnął. Białe szafki z frontami na wysoki połysk idealnie pasowały do jasnych płytek na ścianach. Dębowe blaty świetnie współgrały z drewnopodobną podłogą. Dzięki zamontowanym nad nimi listwom ledowym człowiek doskonale widział, co robi, a wisząca nad stołem lampa kojarzyła się Gabrielowi z mieszkaniem, które przez moment wynajmował w stolicy – to właśnie nim się zainspirował, projektując z elektrykiem kuchenne oświetlenie. Wcześniej pod sufitem wisiał tylko jeden stary żyrandol, z niezbyt mocną żarówką i gdy Gabriel odwiedzał rodziców, nieraz wściekał się, że nic nie widzi, kiedy gotuje.
Powoli planował już kolejne remonty. Wszystkiego nie był w stanie zrobić od razu, ale w planach miał odświeżenie staromodnej łazienki, salonu, a potem także wiatrołapu. Swój pokój i sypialnię rodziców już odmalował i wstawił tam nowe meble, choć ojciec trochę się na niego wściekł, kiedy Gabriel wyniósł na śmietnik jego wiekowy fotel, w którym Jan zwykle przesiadywał, oglądając ulubione programy telewizyjne.
Na szczęście poparła go wtedy Hanna:
– Weź przestań, Jasiu. Tapicerka w niektórych miejscach jest tak poprzecierana, że aż wstyd, a poza tym ten fotel już śmierdzi i Gabriel ma rację, pora zastąpić go nowym.
– Jak nie podoba wam się jego zapach, to go wypierzcie, ale stanowczo zakazuję wyrzucania mojego fotela do śmieci.
– Jasiu, nie wygłupiaj się. Gabriel pokazywał mi już ten nowy fotel dla ciebie i wiesz co? On ma nawet dodatkowo podnóżek!
Jan przez kilka dni kręcił nosem, ale wreszcie dał się namówić na zmianę. Gabriel z satysfakcją patrzył potem, jak ojciec wyleguje się z wyciągniętymi przed siebie nogami. Tego dnia, gdy już zrobił sobie kolację i ugasił wreszcie pragnienie po spacerze z Sewerynem, też zastał go właśnie w fotelu.
– Wieczorne pasmo informacyjne? – Wskazał na telewizor, wsuwając głowę do salonu, ale nie wszedł do środka, tylko zatrzymał się w drzwiach, dojadając kanapkę.
Starszy Pawłowski otaksował go wzrokiem.
– Trzeba wiedzieć, co dzieje się na świecie.
– Pewnie. Mówią coś ciekawego?
– Że w Bałtyku utonęły już trzy osoby, chociaż sezon się jeszcze nawet nie zaczął, i że od lipca znowu mają wzrosnąć opłaty za prąd.
Gabriel skinął głową. Choć dzień był ciepły, Jan miał na sobie flanelową koszulę w kratę i spodnie w stalowym kolorze, pasującym do pokrywającej jego głowę siwizny. Włosy Jana w ostatnich latach bardzo się przerzedziły, zniknęła jego bujna czupryna. Także jego energia życiowa i witalność, które Gabriel pamiętał z dzieciństwa, ustąpiły miejsca powolnym ruchom, apatii i wzmożonej senności, do czego mógł się przyczynić udar, który Jan przeszedł kilka lat temu. Nie odzyskał dawnej sprawności i właśnie z tego powodu Gabriel przeniósł się tutaj z Warszawy. Mama sama nie dawała rady zajmować się ojcem, domem, przyjezdnymi oraz stadniną. Gabriel natomiast chyba nigdy do końca nie odnalazł się w pędzie stolicy, więc po prostu złożył wymówienie w pracy, rozwiązał wcześniej umowę najmu mieszkania, spakował walizki i wrócił do Grzybowa. Jako jedyne dziecko swoich rodziców czuł się za nich odpowiedzialny, wychował się w poczuciu lojalności wobec najbliższych.
O dziwo, choć znajomi pytali go czasem, czy nie żałuje tej decyzji, on w ogóle nie tęsknił za Warszawą i pracą w korporacji, wręcz przeciwnie – kiedy wrócił w rodzinne strony, czuł, że wreszcie znów może oddychać pełną piersią i żyć tak, jak lubi, nawet jeżeli niekoniecznie we wszystkim zgadzał się z rodzicami. Zdecydowanie to tu był jego dom i tu był jego świat, chociaż chwilę trwało, zanim to odkrył.
Porozmawiali chwilę z Janem o bieżących sprawach w kraju, ale potem nadszedł czas, by Gabriel zajął się wypełnianiem deklaracji do ZUS-u i całą resztą papierkowej roboty, więc zamknął się w swoim pokoju i kolejne dwie godziny spędził pochylony nad biurkiem. Nie znosił tej papierologii. Kiedy przejął rodzinne interesy, właśnie ta część pracy przerażała go najbardziej, choć z czasem wszystkiego się nauczył. Nadal zdecydowanie wolał jednak obcować z turystami i planować rozwój stadniny, niż wypełniać dokumenty. Sęk w tym, że nie miał kogo oddelegować do tego zadania. Szczerze wątpił, że pani Renia, która sprzątała domki przed wizytami gości i po nich, albo Ania ze stadniny, która uczyła dzieci jeździć, chciałyby za niego to robić.
Nie udało mu się dokończyć, bo po dziesiątej zrobił się senny, więc postanowił zająć się resztą formalnych spraw następnego dnia. Zgasił lampkę na biurku i poszedł do kuchni, żeby się czegoś napić.
W pokoju rodziców i w salonie było już ciemno. Nie zdziwiło go to. Mama zawsze kładła się wcześnie, bo była rannym ptaszkiem, i odkąd pamiętał, wstawała z kurami, a ojciec po udarze przejął jej zwyczaje, więc teraz w okolicach dwudziestej drugiej w domu zwykle panowała już cisza. Gabriel nie chciał ich budzić, więc poszedł do kuchni na palcach i zamiast hałasować szklankami, pociągnął kilka łyków wody z gwinta. Zakręcił butelkę i już miał ją odstawić, gdy nagle jego wzrok padł na notatnik, który znalazł na plaży. Położył go na blacie, kiedy robił sobie kolację, a potem o nim zapomniał.
Znowu jednak odżyła w nim chęć, żeby odnaleźć właścicielkę. Zabrał notes do swojego pokoju i zrobił mu zdjęcie smartfonem. Wciąż nie miał odwagi zajrzeć do środka, więc odłożył go obok dokumentów i zajął się tworzeniem ogłoszenia na lokalnej grupie jednoczącej mieszkańców Grzybowa oraz letników.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
