BestJa. Jak pokonać 7 wad głównych i stać się sobą - ks. Krzysztof Porosło - ebook

BestJa. Jak pokonać 7 wad głównych i stać się sobą ebook

ks. Krzysztof Porosło

0,0

Opis

Przestań uciekać przed własnym cieniem i zacznij żyć pełnią możliwości.

„BestJa” to duchowy przewodnik po tym, co w Tobie najgorsze i najlepsze.
Dzięki tej książce oswoisz własne słabości i przekujesz je w Twoje największe atuty – cnoty, które uczynią Cię „the best”.

Pójdą za Tobą, gdziekolwiek będziesz próbował się przed nimi schować... Nie uciekniesz przed nimi, bo masz je w sobie.

Każdy je ma!

Chcesz wypowiedzieć im wojnę? Wyjść na ring? – Przegrasz. Nieważne, jakie masz IQ, ile zarabiasz i jaki zawód wykonujesz – i tak poniesiesz porażkę. One są inteligentniejsze od Ciebie.
PYCHA – CHCIWOŚĆ – NIECZYSTOŚĆ – ZAZDROŚĆ – OBŻARSTWO – GNIEW – ACEDIA. Z tymi „bestiami" można wygrać tylko w jeden sposób – wzmacniając w sobie to, co najlepsze.

Dla kogo jest ta książka?
Ta lektura będzie szczególnie wartościowa dla:
- Osób pragnących głębokiego rozwoju duchowego, które szukają konkretnych narzędzi do pracy nad swoim charakterem.
- Zmagających się z powracającymi wadami, którzy potrzebują nowej perspektywy i skutecznej strategii walki.
- Szukających prawdy o sobie, gotowych stanąć twarzą w twarz ze swoimi grzechami, by je ostatecznie pokonać.
- Wszystkich, którzy czują się przytłoczeni opiniami innych i chcą uwolnić się od dyktatury „co ludzie powiedzą”.
- Zainteresowanych teologią i duchowością, którzy cenią mądrość Ojców Pustyni podaną w nowoczesny, przystępny sposób.

KS. KRZYSZTOF POROSŁO
Doktor teologii dogmatycznej, wykładowca UPJPII w Krakowie i ceniony duszpasterz akademicki. Pomysłodawca rekolekcji Mysterium fascinans oraz autor ponad 40 książek, w których z pasją przybliża piękno liturgii i głębię wiary. Znany z umiejętności łączenia surowej mądrości tradycji z wyzwaniami, przed którymi staje współczesny człowiek w świecie mediów społecznościowych i ciągłej presji sukcesu.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 236

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Spis treści

Wstęp

KIM SĄ BESTIE?

BestJa 1

PRÓŻNA CHWAŁA I PYCHA vs POKORA

BestJa 2

CHCIWOŚĆ vs HOJNOŚĆ

BestJa 3

NIECZYSTOŚĆ vs CZYSTOŚĆ

BestJa 4

ZAZDROŚĆ vs MIŁOSIERDZIE

BestJa 5

OBŻARSTWO vs UMIARKOWANIE

BestJa 6

GNIEW vs ŁAGODNOŚĆ

BestJa 7

ACEDIA vs CIERPLIWOŚĆ

Bibliografia

O Autorze

WSTĘP

KIM SĄ BESTIE?

Dawno, dawno temu…

Dawno, dawno temu, w średniowieczu, popularne były tzw. bestiariusze. Ich pierwowzorem było dzieło nieznanego aleksandryjskiego autora z II w. naszej ery pt. Fizjologus. Dla ludzi wieków średnich bestiariusze pełniły funkcję czegoś w rodzaju encyklopedii. Można było w nich znaleźć – na co wskazuje sama nazwa – ryciny i opisy bestii, czyli… po prostu zwierząt: rzeczywistych, jak np. lew, orzeł albo koń, oraz fantastycznych, typu bazyliszek, jednorożec czy feniks (warto dodać, że oprócz zwierząt bestiariusze zawierały opisy także roślin i kamieni szlachetnych).

Każde zwierzę wymienione w bestiariuszu miało, oprócz krótkiej notki gatunkowej, a często też etymologicznej, przypisane znaczenie moralne, symboliczne i religijne. Zobaczmy to na przykładzie orła:

Podaje się, że nazwa orzeł pochodzi od bystrości oczu. Mówi się, że taką ma zdolność widzenia, że gdy wzniesie się aż pod niebiosa, dostrzega ryby pływające w morzu lub rzece. Dlatego wznosząc się wysoko, porywa ryby i unosi na brzeg. Gdy zaś leci ku słońcu, nie odwraca oczu od jego promieni. […] Fizjolog powiada, że orzeł ma taką naturę: kiedy się zestarzeje, wtenczas jego skrzydła stają się ociężałe, a oczy zachodzą ciemnością. Szuka wtedy źródła wody i wznosi się wysoko ponad nim aż do ethereum słońca, i tam spala swoje skrzydła, a słońce wypala mu ciemność z oczu. Wówczas dopiero spada w źródło, w nim trzykrotnie się zanurza i natychmiast cały się odradza, tak że chyżość jego skrzydeł i blask oczu stają się jeszcze bardziej odświeżone. Zatem i ty, człowiecze […], który jesteś odziany w starą szatę i mgłą zachodzą ci oczy serca, szukaj duchowego źródła Pańskiego, który powiedział: „Jeśli się kto nie odrodzi z wody i z Ducha Świętego, nie może wejść do Królestwa niebieskiego”(J 3,5). Zatem jeśli nie ochrzcisz się tu w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego (Mt 28,19) i nie skierujesz oczu twego serca ku Panu, który jest Słońcem sprawiedliwości, nie odnowi się twoja młodość, jak u orła.

Fizjolog łaciński, wersja BIs, VIII

Nie trzeba być specjalistą, by się zorientować, że ze średniowiecznych bestiariuszy biologii raczej się dziś nie nauczymy. Owszem, pewne cechy orła się zgadzają, rzeczywiście zwierzęta te mają np. wyjątkowo dobry wzrok, ale generalnie tego typu opis współczesnemu człowiekowi może się jawić jako naiwny i nie warty uwagi. Warte uwagi są natomiast komentarze teologiczne dołączane do opisów bestii. I to one staną się inspiracją dla dalszych naszych rozważań.

Przepiękne są te średniowieczne bestiariusze. Bogato ilustrowane i starannie zdobione stają się prawdziwymi skarbnicami estetyki i wiedzy dawnych wieków. Stanowią też niewyczerpane źródło natchnienia dla artystów późniejszych stuleci, od rzeźbiarzy, malarzy i architektów, aż po kultowych pisarzy powieści fantasy, takich jak np. J.K. Rowling, która z bestiariuszy czerpie pełnymi garściami, choć naturalnie swoim bohaterom nadaje nowe cechy i osadza we własnym magicznym świecie. Dzięki tym zabiegom świat Harry’ego Pottera zaludniają intrygujące, a równocześnie bliskie nam kulturowo bazyliszki, hipogryfy, jednorożce, smoki i inne bestie.

Wyobrażenia rozmaitych bestii od wieków pojawiają się także w kulturze sakralnej. Możemy je podziwiać jako elementy kościelnej architektury, ze zdumieniem odkrywamy zwierzęce motywy na średniowiecznych ołtarzach albo w dekoracyjnych elementach stalli. Ryciny bestii są nawet w księgach liturgicznych! Ktoś zapyta: Skąd w przestrzeni sakralnej tak wielkie upodobanie do wizerunków zwierząt, także fantastycznych, jak feniks czy gryf? – One wszystkie, deptane przez nas na kościelnych posadzkach, patrzące z płaskorzeźb i miniatur albo wyłaniające się z ksiąg, mają przypomnieć chrześcijaninowi jedno: że świat duchowy istnieje.

Bestie mają swoją chrystologiczną symbolikę, innymi słowy można je na płaszczyźnie duchowej odnosić albo do samego Chrystusa, albo rozumieć w kontekście Jego zwycięstwa nad szatanem. I tak np. bazyliszek jako istota wężopodobna symbolizuje zło, które zostało pokonane przez Chrystusa, motyw feniksa odradzającego się z popiołów jest starochrześcijańskim znakiem zmartwychwstania, a gryf ze swoją hybrydyczną naturą lwa i orła przybliża wiernym prawdę o podwójnej naturze Chrystusa (lew to znak Jego człowieczeństwa, a orzeł – boskiej natury).

„Żył tam wśród zwierząt…”

W myśleniu o świecie duchowym kryje się pewna pokusa. Otóż wielu ludziom wydaje się, że ten świat owszem istnieje, ale gdzieś… obok. Myślimy: Idziemy sobie ulicą, a wokół nas krążą różne istoty niewidzialne. Kiedy nachodzą nas złe myśli, wyobrażamy sobie, że pewnie właśnie baśniowy diabełek usiadł nam na ramieniu i szeptem namawia do złego. Mówimy potem: „No, stało się, posłuchałem podszeptu złego ducha… Wcale nie chciałem! To on mnie namówił, żebym spróbował…”. A średniowiecze było niesamowicie mądre. Średniowiecze mówiło: Nie jest wcale tak, że o świat duchowy potykasz się na ulicy. Bądź czujny na niego, bo on jest… w tobie. To wszystko dzieje się w tobie. Bestia to zwierz ukryty, którego nie zobaczysz tak łatwo. Ten zwierz jest… w tobie.

Żeby zrozumieć duchowy wymiar bestiariusza i należycie zająć się bestiami, musimy cofnąć się o krok i zobaczyć, jak przez wieki ewoluowało łacińskie pojęcie bestia.

Szukając etymologicznego znaczenia tego słowa, wpierw odkryjemy w słownikach informację, że bestia to po prostu „zwierzę”. Następnie słowniki wskażą, że w okresie klasycznym pojęcie to odnosiło się do każdego rodzaju żywej istoty z wyjątkiem człowieka, a łaciński termin bestia („istota żywa pozbawiona rozumu”) przeciwstawiany był pojęciu animal („istota żywa, w tym człowiek”). To wyjaśnia, dlaczego w literaturze starożytnej bestiami są nazwane zarówno krokodyle, słonie, jak i psy, osły czy gąsienice.

Z czasem termin bestia zaczęto jednoznacznie łączyć ze zwierzętami dużymi i posiadającymi cztery nogi (łac. bestia quadrupes). W tym sensie bestią mógł być lew, ale równie dobrze koń czy krowa. Natomiast trochę później, zwłaszcza gdy w rzymskich amfiteatrach powszechne stały się walki ze zwierzętami, słowo bestia coraz częściej odnoszono do zwierząt dzikich. W ten sposób dochodzimy do momentu, w którym bestiamisą nazywane zwierzęta agresywne i niebezpieczne, a terminem animal – zwierzęta łagodne i udomowione. To pejoratywne zabarwienie pojęcia bestia wpłynie na to, że zacznie ono być również odnoszone – poprzez analogię ze zwierzętami – do człowieka zdeprawowanego lub okrutnego.

Biorąc pod uwagę fakt, że dzikie zwierzęta, drapieżniki, w ewolucyjnym rozwoju wypracowały niesamowite zdolności do kamuflażu (musiały nauczyć się skradać do potencjalnej ofiary, by jak najdłużej pozostać niezauważonym), z czasem bestiariusze zaczęły podkreślać te właśnie ich zdolności: do ukrywania się, a wręcz bycia niewidzialnymi.

Pamiętajmy o tym, że ludzie starożytności czy średniowiecza nie mogli pójść do zoo, by pooglądać nieznane sobie gatunki zwierząt z innych kontynentów, ani nie byli w stanie wyguglować interesującego ich gatunku. Musieli wierzyć na słowo tym, którzy zapewniali, że w dalekich krainach żyją różne niezwykłe stworzenia (my dzisiaj nazywamy je fantastycznymi). Tak narodziła się wiara w istnienie feniksów, gryfów czy jednorożców, chociaż nikt nigdy na własne oczy ich nie widział i nie mógł potwierdzić, że je kiedykolwiek spotkał. Te zwierzęta pozostawały niejako w ukryciu. A zatem bestia to także „zwierz ukryty bądź niewidzialny”.

No i tym sposobem dochodzimy do warstwy duchowej średniowiecznych bestiariuszy. Ludzie średniowiecza zaczęli bowiem dostrzegać symboliczne znaczenie różnych zwierząt i wiązać pewne ich cechy z ludzkimi zachowaniami. Ich bestiariusze stały się podręcznikami moralności i właściwego postępowania dlatego właśnie, że człowiek mógł się odnaleźć w opisywanym zwierzęciu: albo widząc swoje wady, albo wręcz przeciwnie – cnoty.

Tak więc bestia to zwierz ukryty, którego nie zobaczysz tak łatwo. Bestia to taki zwierz, który odzywa się w tobie tylko od czasu do czasu, ale jak już się odezwie, mówisz: „Nie poznaję sam siebie. Nie mam pojęcia, skąd się to we mnie wzięło”. Sam się dziwisz swoim myślom, słowom, czynom. Bo trzeba naprawdę dużej wrażliwości duchowej, żeby zacząć widzieć bestie.

W Ewangelii św. Marka czytamy, że „Duch wyprowadził Jezusa na pustynię”1, gdzie Jezus przebywał przez czterdzieści dni, kuszony przez szatana. Dalej ewangelista podaje, że Jezus „żył tam wśród zwierząt, aniołowie zaś usługiwali Mu” (zob. Mk 1,13).

Jak sobie wyobrażamy tę scenę? Jeśli chodzi o anioły, to zapewne od razu widzimy je jako istoty w bieli ze skrzydłami. Zaś co do zwierząt, w pierwszym odruchu powiemy zapewne, że mogły to być pantery albo lwy, albo jeszcze inne animalia typowe dla pustynnego klimatu Ziemi Świętej. Nasze wyobrażenia powinny ulec zmianie, gdy zrozumiemy, że w tej scenie nie ma mowy o żadnym animal. Po łacinie ten werset brzmi: „…eratque cum bestiis, et angeli ministrabant illi”.

Na pustyni Jezus był w towarzystwie bestii i aniołów. Jasne, że w pierwszej kolejności będzie chodziło o bestie jako dzikie zwierzęta. Ale może warto poszerzyć wyobraźnię i otworzyć się na niewidzialny świat duchowy? Skoro byli tam aniołowie, to możemy domyślać się, że mógł tam być obecny cały świat duchowy: i dobre, i złe duchy. Jedne i drugie próbowały mieć dostęp do Jezusa. Ale walka duchowa nie toczyła się obok Niego, tylko… w Nim.

Niezwykle ważne jest, powtarzam, by uzmysłowić sobie, że kuszenie (czy też wystawianie na próbę) nie dokonuje się obok nas, tylko dzieje się w naszej głowie, na poziomie myśli. W tę walkę zaangażowane są władze umysłu: rozum i wola, dzięki którym poznajemy rzeczywistość, podejmujemy decyzje i działamy.

Jezus mówi: „Nic nie wchodzi z zewnątrz w człowieka, co mogłoby uczynić go nieczystym; lecz co wychodzi z człowieka, to czyni człowieka nieczystym” (Mk 7,15), a gdy uczniowie dopytują, co ma na myśli, wyrzuca im: „I wy tak niepojętni jesteście? Nie rozumiecie, że nic z tego, co z zewnątrz wchodzi do człowieka, nie może uczynić go nieczystym; bo nie wchodzi do jego serca, lecz do żołądka i na zewnątrz się wydala”, a następnie dodaje: „Co wychodzi z człowieka, to czyni go nieczystym. Z wnętrza bowiem, z serca ludzkiego pochodzą złe myśli, nierząd, kradzieże, zabójstwa, cudzołóstwa, chciwość, przewrotność, podstęp, wyuzdanie, zazdrość, obelgi, pycha, głupota. Całe to zło z wnętrza pochodzi i czyni człowieka nieczystym” (Mk 7,18-19a.20-23).

Serce, o którym wspomina Pan Jezus, w języku biblijnym oznacza właśnie ośrodek intelektualno-wolitywny, czyli odpowiada poznaniu i decyzji. Tu, w sercu, wszystko się zaczyna. Tu pojawia się pomysł, tu rodzi się idea, tu rozbudza się pragnienie i chęć, by za czymś iść albo coś zrobić. Gdy człowiek to sobie uświadomi, zupełnie inaczej zaczyna patrzeć na to, co nazywamy zagrożeniem duchowym. Okazuje się bowiem, że największym dla nas zagrożeniem duchowym jest to, co osłabia naszą zdolność poznania i decydowania – to, co zaczyna nam zaprzątać myśli i dominować w naszym wewnętrznym świecie; co sprawia, że jesteśmy skłonni nieco inaczej o czymś myśleć i coraz bardziej czegoś chcieć. – To właśnie są nasze bestie.

Strategia zła

Gdybym cię zapytał, które zwierzę najmocniej kojarzy ci się ze złem, jestem niemal pewien, że pomyślisz o wężu. Rzeczywiście, wąż to jedna z tych bestii, która w języku biblijnym jednoznacznie kojarzona jest z grzechem i szatanem.

Księga Rodzaju mówi, że wąż jest „bardziej przebiegły niż wszystkie zwierzęta” (por. Rdz 3,1). Na czym polega wyjątkowa inteligencja tej bestii? Nie pojmiemy tego, jeśli pozostaniemy na disnejowskich wyobrażeniach kolorowych syczących stworzonek machających języczkami albo będziemy wyobrażać sobie gigantyczne boa dusiciele rodem z amazońskiej dżungli. Owszem, to także są węże, ale nie takie gatunki węży można spotkać w Ziemi Świętej. Izraelskie węże nie są wcale ani kolorowe, ani duże. Są małe i niepozorne, a jednak bardzo jadowite. Ich podstawowym sposobem działania jest kamuflaż. Ukrywają się w piasku i takąż barwę przybierają, przez co są trudne do wyśledzenia. O istnieniu węża dowiaduje się dopiero ten nieszczęśnik, który straci czujność i nadepnie na gada. Tylko że wtedy jest już dla niego zwykle za późno.

Pięknie opowiada o takiej sytuacji Księga Amosa:

Biada oczekującym dnia Pańskiego. Cóż wam po dniu Pańskim? On jest ciemnością a nie światłem. Jakby uciekał człowiek przed lwem, a trafił na niedźwiedzia; jakby skrył się do domu i oparł się ręką o ścianę, a ukąsił go wąż.

Am 5,18-19

Wyobraź sobie tę scenę. Wychodzisz na ulicę, patrzysz, z przeciwka biegnie lew. Skręcasz w przecznicę, a tam niedźwiedź. Wbiegasz więc do domu. Myślisz, że najgorsze już za tobą i w końcu możesz odetchnąć. Zmęczony opierasz rękę o ścianę, a tam… wąż. Przegrałeś. Dlaczego? Bo straciłeś czujność. Taki byłeś z siebie zadowolony, że udało ci się uciec przed lwem i przed niedźwiedziem, że uznałeś, iż nic ci już nie grozi.

Strategia zła jest następująca:

1. Przychodzi z pokusą, gdy jesteśmy osłabieni.

Zauważmy, że w ewangelicznej scenie kuszenia Jezusa na pustyni bestie nie wyłoniły się od razu, tylko zaczęły działać dopiero po czterdziestu dniach, gdy Jezus – jak podaje Ewangelista – poczuł głód. Pamiętajmy, że Jezus przyszedł na pustynię prosto znad Jordanu, bezpośrednio po Janowym chrzcie, na którym usłyszał od Ojca, że jest Jego umiłowanym synem. Przyszedł na pustkowie, a pod nosem nucił sobie być może: „Tata mnie kocha, jest super…”. Potem przez czterdzieści dni nie miał nic w ustach. I dopiero wtedy, kiedy był już mocno osłabiony fizycznie i psychicznie, pojawiają się bestie z wątpliwościami: „A może ten twój Tata wcale cię nie kocha? Przecież gdyby cię kochał, to by ci dał jeść, prawda? No, ale my możemy ci dać jeść. To kto cię kocha: Bóg czy my?”.

2. Przychodzi, kiedy się nie spodziewamy i kiedy w naszym życiu dzieje się dobro.

Druga zasada jest taka, że bestia przychodzi najchętniej wtedy, gdy w naszym życiu jest flow. To także widać w scenie kuszenia Pana Jezusa. Pobyt na pustyni wyznacza przecież początek Jego publicznej działalności. Przyjął chrzest, ma żywe doświadczenie miłości Ojca, historia zbawienia się zaczyna, wszystko zmierza w dobrym kierunku… I wtedy następuje atak.

Kiedy jest w naszym życiu źle, jesteśmy czujni. Ale jak jest flow, gdy czujemy się błogosławieni przez Boga („wszystko na Jego chwałę”), wtedy łatwo o utratę czujności. „Co nam może zagrażać!” – myślimy.

3. Kusi do czegoś, co wydaje się być dobre.

Szatan nigdy nie przychodzi z ofertą: „Bądź zły. Zrób jeszcze więcej zła. Będziesz się wtedy fatalnie czuł, ludzie cię nie będą lubić, a w ogóle to za niektóre złe rzeczy trafisz do więzienia i generalnie będziesz miał przerąbane…”. Nie! On zawsze próbuje nam przedstawić zło jako pewną formę dobra.

Każdy z nas ma zaszczepioną przez Pana Boga taką właściwość, że chcemy dobra. My naprawdę chcemy dobra! Zawsze wszystko tłumaczymy dobrymi intencjami, ale tak właśnie jest: nigdy raczej nie mamy złych intencji, tylko… tak jakoś samo wychodzi. Ano właśnie – dzieje się tak dlatego, że dajemy się nabrać na strategię zła i zapominamy, że bestia pokazuje nam zło jako coś dobrego.

4. Nie chodzi o to, byśmy upadli raz.

Zły duch zwykle nie prowadzi nas do jednorazowego upadku. To nie jest jego największy sukces, jeśli raz upadniemy, choć tak właśnie jesteśmy skłonni myśleć: upadłem, to znaczy, że przegrałem.

Strategia bestii jest długofalowa. Jej celem jest podważyć w nas wiarę w miłość Pana Boga i zasiać wątpliwości, że Bóg jest po naszej stronie. Niemiecki filozof Robert Spaemann nazywa to odwieczną pogłoską. W ogrodzie rajskim dialog szatana z człowiekiem zaczął się od pytania: „Czy rzeczywiście Bóg powiedział: Nie jedzcie owoców ze wszystkich drzew tego ogrodu?” (por. Rdz 3,1). Tak, jakby mówił: „Czy to prawda, że Bóg was kocha? Przecież gdyby kochał, to byście mogli jeść, co chcecie. A jednak jest drzewo, z którego nie możecie jeść owoców. A tak w ogóle, to zobaczcie, jakie fajne są na nim owoce… Wyglądają najfajniej w całym ogrodzie. Ten Bóg nie jest chyba taki cool, jak mówią, co? On nie jest wcale taki spoko? Mógłbym znaleźć kilka argumentów za tym, że On tak naprawdę to nie bardzo was lubi”.

No i zaczyna się dramat. Wątpliwość zaczyna pracować w człowieku, a po pierwszym upadku pojawiają się myśli: „On mi już nie wybaczy. Z tego nie da się podnieść”. Serce wypełnia beznadzieja, a brak nadziei to najkrótsza droga do tego, by całkowicie przestać ufać i przestać kochać. No bo jak ufać, skoro nie ma nadziei na zmianę? Jak kochać, gdy nikt nas nie kocha?

Temat strategii działania Złego porusza również papież Franciszek w swojej adhortacji Gaudete et exsultate poświęconej tematyce świętości budowanej w codziennym życiu. Mimo że jest to długi fragment, wydaje mi się, że warto przytoczyć go w całości. Ojciec święty w takich słowach opisuje taktykę stosowaną przez króla bestii:

To właśnie przekonanie, że owa zła moc jest pośród nas, pozwala nam zrozumieć, dlaczego czasami zło ma tak wielką siłę niszczącą. […]. W istocie, kiedy Jezus zostawił nam Modlitwę Pańską, chciał, abyśmy na końcu prosili Ojca, by uwolnił nas od Złego. Użyte tam wyrażenie nie odnosi się do zła abstrakcyjnego, a jego dokładniejsze tłumaczenie to „Zły”. Wskazuje ono na istotę osobową, która nas dręczy. Jezus nauczył nas, abyśmy codziennie prosili o to wyzwolenie, aby jego moc nie panowała nad nami.

Nie myślmy więc, jakoby był to jakiś mit, wyobrażenie, symbol, postać czy pojęcie. To oszustwo, które prowadzi nas do osłabienia czujności, do braku troski o siebie i do bycia bardziej narażonymi. On nie musi nas opętać. Zatruwa nas nienawiścią, smutkiem, zazdrością, wadami. I tak, gdy ograniczamy obronę, on to wykorzystuje, aby zniszczyć nasze życie, rodziny i wspólnoty, bo „jak lew ryczący krąży, szukając kogo pożreć” (1P 5,8). […]

Osoby, które nie czują, aby dopuszczały się poważnych uchybień przeciwko Prawu Bożemu, mogą postępować w swego rodzaju ogłuszeniu lub odrętwieniu. Ponieważ nie znajdują one w sobie nic poważnego, co mogłyby sobie wyrzucać, nie zauważają tej letniości, która stopniowo opanowuje ich życie duchowe, a ostatecznie marnują się i ulegają zepsuciu.

Zepsucie duchowe jest gorsze niż upadek grzesznika, ponieważ polega ono na ślepocie wygodnej i samowystarczalnej, przy której w końcu wszystko zdaje się być dopuszczalne: oszustwa, oszczerstwa, egoizm i wiele subtelnych form skoncentrowania na sobie samym, „sam bowiem szatan podaje się za anioła światłości” (2 Kor 11,14). Tak zakończył swe dni Salomon, podczas gdy wielki grzesznik Dawid potrafił przezwyciężyć swoją nędzę. W pewnym fragmencie Jezus przestrzegł przed tą zwodniczą pokusą, która sprawia, że popadamy w zepsucie: mówi o człowieku uwolnionym od diabła, który myśląc, że jego życie jest już czyste, w końcu został opętany przez siedem złych duchów (por. Łk 11,24-26).

Franciszek, Gaudete et exsultate, 160-161; 164-165

Dla papieża będącego jezuitą niezwykle ważny był temat rozeznawania duchów, czyli umiejętności rozróżniania i badania wewnętrznych impulsów, motywacji i myśli, aby odróżnić działanie Ducha Świętego od podszeptów złego ducha lub własnych namiętności. Franciszek przestrzega nas przed różnymi formami zepsucia duchowego: przed osłabieniem czujności, letniością, pokusą wygodnictwa i samowystarczalności. Powołując się na fragment Ewangelii św. Łukasza, przypomina o smutnym losie człowieka uwolnionego przez Pana Jezusa, który nie wypełnił swojego życia dobrem i popadł w postawę nieuważności. Skrupulatnie wykorzystał to przeciwnik, który natychmiast przyszedł z oddziałem siedmiu złych duchów, aby go opętać.

Siedem złych duchów – siedem bestii. O jakie duchy chodzi? Wszyscy znamy te bestie po imieniu…

Imiona bestii

Logismoi

Ewagriusz z Pontu (345-399), jeden z najwybitniejszych ojców pustyni, mnich, zwany „filozofem na pustyni” albo „pierwszym mnichem teologiem”, pisze:

Jeśliby który z mnichów chciał przez doświadczenie poznać okrutne demony i nabyć wprawy [w rozpoznawaniu] ich sztuczek, niech obserwuje myśli, niech bada uważnie ich wzmaganie się i osłabianie, ich powiązania, pory [o których się pojawiają], a zarazem – które demony to wszystko sprawiają, które demony sobie towarzyszą, a które za sobą nie postępują. I niech u Chrystusa dopytuje się o przyczyny tych zjawisk.

Ewagriusz z Pontu, O praktyce ascetycznej, 50

To właśnie w pismach Ewagriusza pojawiają się pierwsze wzmianki o tzw. logismoi (gr.), czyli złych natrętnych myślach, które mają swoje źródło w naszej głowie, kotłują się tam i nie dają nam spokoju. W dodatku są między nimi różne zależności: jedna z myśli może rodzić kolejne, nawzajem sobie towarzyszą itd.2. Trzeba być – jak poucza Ewagriusz – bardzo uważnym w życiu duchowym i wciąż zastanawiać się, kiedy i w jakich okolicznościach pojawiają się w nas natrętne myśli. W ogóle dla Ewagriusza z Pontu najważniejszą rzeczą w życiu duchowym jest nabycie umiejętności świadomego przeżywania swojego życia duchowego – tak, by widzieć mechanizmy nim rządzące i tym samym móc im się skutecznie przeciwstawiać (jak to robić, o tym za chwilę).

A jak mnich żyjący w IV w. doszedł do tak ważnych duchowych odkryć?

Zacznijmy od tego, że Ewagriusz z Pontu, który w Kościele pełnił posługę diakona, wcale nie był przykładem człowieka obdarzonego wszelakimi cnotami – a przynajmniej nie tak, jak moglibyśmy to sobie wyobrażać.

Urodził się na terenach obecnej Turcji i tak się złożyło, że od młodości „kręcił się” wokół słynnych Kapadoczyków: był związany z rodziną Bazylego Wielkiego, a także był uczniem i towarzyszem Grzegorza z Nazjanzu. No, jeśli ma się wśród swoich znajomych tak absolutnie topowe postaci, jak Bazyli Wielki i Grzegorz z Nazjanzu (bo w IV w. w Kościele Wschodnim to były takie właśnie postaci)3, nic dziwnego, że chce się coś dla siebie na tych znajomościach ugrać. Ewagriusz był wielkim karierowiczem. Robił karierę w Kościele na całego i korzystał ze swoich znajomości, jak tylko się dało – najpierw w Kapadocji, a potem w stolicy cesarstwa, w Konstantynopolu, gdzie szybko zyskał sławę wytrawnego mówcy i wielką popularność.

Przebywając w stolicy, Ewagriusz wdał się w romans z bogatą mężatką. Kiedy już nie wiedział, jak się z tego wyplątać i nie doprowadzić do skandalu, pod wpływem nawracającego snu postanowił opuścić Konstantynopol. Wsiadł na statek płynący do Jerozolimy. Tyle że szybko okazało się, że w Jerozolimie też są ważni ludzie, kontakty, znajomości i że tam też można robić karierę… oraz poznać równie piękne i bogate kobiety, co w Konstantynopolu.

Tym razem wyratował Ewagriusza nie sen, ale tajemnicza choroba. Jak relacjonuje jego uczeń Palladiusz, choroba doprowadziła Ewagriusza do decyzji o zmianie życia. Melania, bogata arystokratka, która się nim opiekowała, powiedziała mu tak: „Mój synu, Ewagriuszu, ta przewlekła choroba nie podoba mi się. Nie ukrywaj przede mną swoich myśli. Być może mogłabym ciebie uleczyć. Wyjaw odważnie swoje myśli, gdyż widzę, że ta choroba nie przyszła na ciebie bez Bożego przyzwolenia”. Ewagriusz faktycznie to zrobił – być może po raz pierwszy w życiu wyjawił wszystkie swoje myśli, a wtedy usłyszał od Melanii radę-lekarstwo na swoją chorobę: „Daj mi słowo, że nałożysz habit mnicha i […] będę prosić Boga, aby łaskawie obdarzył cię zdrowiem”4. Po tym zdarzeniu Ewagriusz prawie natychmiast wyzdrowiał. Postanowił też radykalnie zmienić swoje życie. Wyruszył do Egiptu, gdzie – po krótkim okresie swoistego „nowicjatu” w Nitrii – zamieszkał w półpustelniczej osadzie Cele (Kellia), położonej na południowy wschód od Aleksandrii.

Na pustyni Ewagriusz spędził szesnaście lat. Aż do śmierci (zmarł w uroczystość Epifanii 399 r.) prowadził życie mnisze, wypełnione medytacją Pisma Świętego, modlitwą i… walką z demonami. Bo oto okazało się, że ucieczka na pustynię niczego nie załatwia w życiu duchowym. To nie jest tak, że „spylimy” z tego świata, to nas złe myśli nie dopadną.Nie da się uciec przed demonami, gdyż one są – jak już wcześniej mówiliśmy – w nas, a nie gdzieś obok. Ewagriusz toczył na pustyni walkę z logismoi do końca swoich dni. Jego biograf zostawia dość dramatyczne świadectwo, że jeszcze na łożu śmierci Ewagriusz do tego stopnia zmagał się ze straszliwymi pokusami przeciwko czystości, iż w jego sercu zagościła myśl: „Bóg mnie opuścił”.

W którymś momencie mniszego życia Ewagriusz zaczął opisywać swoje duchowe walki z bestiami. Na podstawie obserwacji samego siebie oraz rozmów z innymi mnichami dostrzegł bowiem pewne reguły w duchowych zmaganiach. Tak powstały swoiste podręczniki do życia duchowego, w których Ewagriusz wyjaśnia pochodzenie i naturę logismoi, zgłębia zależności między nimi, pisze, jaką strategię wybrać do walki z demonami, jak przewidywać ich ruchy oraz jak najskuteczniej je pokonywać (Jak? – o tym m.in. będziemy mówić w tej książce). Bo choć przed demonami nie da się uciec (nawet gdy porzuci się ten świat i zamieszka na pustyni), to nie oznacza to, że nie mamy z nimi szans. Ewagriusz wcale nie był tu pesymistą. Wręcz przeciwnie, zostawił nam bardzo konkretne podpowiedzi, jak skutecznie stawiać czoła bestiom.

W książce O ośmiu duchach zła (dlaczego jest ich osiem, a nie siedem, zaraz się wyjaśni) Ewagriusz szereguje bestie od najbardziej cielesnych do najbardziej duchowych i wymienia: obżarstwo, nieczystość, chciwość, smutek, gniew, acedię, próżną chwałę oraz pychę5.

Saligia – bestia o siedmiu głowach

O ile w Kościele Wschodnim bestie zwano najczęściej złymi myślami, które należy zwalczać w umyśle, aby osiągnąć stan beznamiętności (gr. apatheia), czyli wolności od wszystkich namiętności, o tyle na Zachodzie ostatecznie przyjęła się inna nazwa: wady główne (łac. vitia capitalia), a z czasem zaczęto mówić także: grzechy główne.

Dzisiaj znamy ich siedem. Gdzie się podziała ósma bestia?

Żeby to zrozumieć, trzeba nam sięgnąć do Wulgaty, czyli łacińskiego tłumaczenia Pisma Świętego z IV-V w. W przekładzie św. Hieronima w Księdze Syracha czytamy, że „pycha jest początkiem każdego grzechu” (zob. Syr 10,15: initium omnis peccati est superbia). Jako ta, od której każdy inny grzech bierze początek, pycha (łac. superbia) została wyłączona z listy grzechów głównych. Była traktowana jak królowa grzechów, która ma siedem ministrów: siedem grzechów głównych.

W VI w. papież Grzegorz Wielki (540-604), który w tradycji zachodniej opisał najbardziej szczegółowo grzechy główne, w swoich Moraliach, a dokładnie w 31. Księdze, wymienia już nie osiem, a siedem grzechów głównych i przeciwstawia je siedmiu darom Ducha Świętego6. On właśnie wyciągnął pychę, jako korzeń wszelkiego zła, poza listę siedmiu grzechów, które od niej biorą swój początek. Nieco później św. Jan Klimak (ok. 579 – 649 ) w Drabinie do raju połączył pychę z próżnością, czyli próżną chwałą, uzyskując tym samym liczbę siedmiu wad odpowiadających siedmiu demonom, zaś bł. Henryk z Ostii w XIII w. jako pierwszy posłużył się akrostychem SALIGIA, powstałym z pierwszych liter łacińskich nazw wad głównych. Wtedy też ustaliła się ich ostateczna kolejność – do dzisiaj obowiązująca w katechizmowym zestawieniu.

I tak narodziła się SALIGIA – jedna bestia o siedmiu głowach:

Superbia (pycha)

Avaritia (chciwość)

Luxuria (nieczystość)

Invidia (zazdrość)

Gula (nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu)

Ira (gniew)

Acedia (lenistwo)

Dlaczego „główne”

A dlaczego o siedmiu grzechach mówimy dziś, że są „główne” (łac. vitia capitalia)? W Sumie teologicznej św. Tomasza z Akwinu znajdziemy wyjaśnienie, że wyrazem podstawowym dla łacińskiego pojęcia capitalia jest słowo caput, czyli po polsku „głowa”:

Wyraz „główny” pochodzi od „głowa”. Głowa zaś to taki członek, któremu przysługuje pierwszeństwo oraz kierownictwo całym ciałem. Dlatego w przenośni nazywamy głową to, czemu przysługuje pierwszeństwo, a więc np. człowieka, który innymi kieruje lub rządzi, zwie się naczelnikiem lub głową. […] Otóż w tym znaczeniu wadą główną jest to, z czego rodzą się inne wady, szczególnie drogą przyczynowości celowej, gdyż cel jest początkiem formalnym (istotnościowym), jak to widzieliśmy poprzednio […]. Stąd wada główna ma nie tylko pierwszeństwo w stosunku do innych, ale także dzierży kierownictwo nad innymi grzechami, niejako je prowadząc. Zawsze bowiem sztuka czy sprawność odnosząca się do celu ma pierwszeństwo i kierownictwo nad tymi rzeczami, które służą do osiągnięcia celu. Dlatego św. Grzegorz wady główne przyrównuje w tymże miejscu do dowódców wojska.

św. Tomasz z Akwinu, Suma teologiczna I-II, q. 84, a 3

W tomaszowym rozumieniu grzechy główne nie dlatego są główne, że są najważniejsze, ale dlatego, że pochodzą z głowy (są „głowne”). To zaś możemy rozumieć dwojako: po pierwsze miejscem rozwoju tych grzechów jest właśnie nasza głowa, a po drugie tak jak głowa steruje całym ciałem, tak i one sterują całym naszym działaniem.

Wytłumaczę to, odnosząc się do obrazu armii. To nie jest tak, że istnieje tylko siedem bestii. Nie. Te bestie są jak dowódcy w wojsku – mają do dyspozycji oddziały. Gdy zaczynasz „flirtować” z jednym z dowódców, on natychmiast wystawia swoich żołnierzy. Sztuka duchowego rozeznawania polega na tym, by zorientować się, kto jest dowódcą naczelnym w tej walce – gdyż nie od razu to widać. Bywa, że zaczynamy się z czymś zmagać w życiu duchowym, a nagle orientujemy się, że wcale nie te słabości są u nas główne – nie one są dowódcami. Albo wydaje nam się, że wiemy już wszystko o tym, co nam bruździ w życiu duchowym, a wtedy okazuje się, że dowódca armii, na której się koncentrujemy, jest na usługach innego dowódcy, znacznie potężniejszego niż ten pierwszy.

Posłużmy się przykładem.

Komuś może się wydawać, że jego głównym problemem jest nieczystość. Zmaga się z nią, ale co chwilę upadki, nieczyste myśli, nieczyste uczynki. Niekoniecznie jednak to nieczystość jest największą słabością tego człowieka. Ta nieczystość rodzi się w jego sercu wtedy, gdy zaczyna je opanowywać lenistwo, czyli w sytuacji, gdy ten człowiek nie ma co robić, zaczyna się nudzić, a nie bardzo chce się mu wziąć do jakiejkolwiek roboty. Miał sięgnąć po dobrą książkę albo posłuchać pobożnej konferencji, ale najpierw z tym zwlekał, „jeszcze chwilka”, potem myślami zaczął odpływać w inne rejony, potem włączył kompa i… znów upadek – strony pornograficzne. No i jak to się stało?! Przecież miał tyle dobrych chęci… Miała być książka, miała być konferencja… – nie wyszło.

No dobrze. Tylko że lenistwo, w jakie niewątpliwie popadł ten człowiek, a które pchnęło go w stronę nieczystości, znowu wcale nie musi być „głowną” przyczyną kolejnego jego upadku. Rzecz w tym, że ten człowiek stracił motywację do podejmowania jakiegokolwiek działania. Mówiąc krótko: nic mu się nie chce. Praca, do której jeszcze niedawno szedł z zapałem, nagle stała się dla niego nudna, ludzie – głupi, we wspólnocie nie widzi już sensu być, a dziewczyna, którą się interesował, jest już zajęta i ostatnio dała mu do zrozumienia, że relacja z nim jej nie interesuje… W ogóle najbardziej boli go to, że nie jest dla nikogo ważny. Nie ma nikogo, kto by go afirmował, a on potrzebuje być podziwianym. I tak okazuje się, że to pycha, czyli nieznajomość prawdy o sobie samym i o swojej wartości, pcha tego człowieka do kolejnych upadków.

Przykład, który podałem, i tak jest dość łatwy. Zwykle bowiem w tej duchowej muzyce odzywają się jeszcze bardziej subtelne tony, a proces rozeznawania właściwie nigdy się nie kończy.

Za średniowiecznymi artystami możemy wyobrazić sobie siedem wad jako drzewo, które swoje korzenie ma w głowie człowieka. Wszystkie wady są ze sobą powiązane, a każda ma na swoich usługach cały wachlarz wad i słabości.

Drzewo Wad z traktatu dydaktycznego Speculum Virginum,

Walters Art Museum Ms. W.72, fol. 25v (XIII w.)

Na swój obraz i swoje podobieństwo…

W biblijnym opisie stworzenia człowieka czytamy, że Bóg stworzył człowieka na swój obraz i podobieństwo (por. Rdz 1,26). Słowa te ogromnie inspirowały ojców Kościoła. Cała tradycja Kościoła zastanawiała się, jak interpretować ten „obraz” i to „podobieństwo”. Najczęściej, szczególnie na Wschodzie, wyjaśniano to w ten sposób, że obraz Boży jest w człowieku czymś niezbywalnym, czego nie da się zatracić, tzn. że zawsze każdy człowiek będzie miał w sobie obraz Boga, zaś podobieństwo jest rzeczywistością łaski, czyli wskutek grzechu możne je utracić, a dzięki Bożemu miłosierdziu można je następnie odzyskać, powracając do stanu łaski uświęcającej.

Zajmijmy się najpierw owym niezbywalnym „obrazem Boga”. Ojcowie Kościoła mówili, że człowiek nosi ten obraz w swojej duszy, innymi słowy, że nasza dusza odzwierciedla Boga.

Ewagriusz uważał, że duszę można podzielić na część rozumną i część nierozumną, co graficznie można by przedstawić w następujący sposób:

Części duszy według Ewagriusza

Część rozumna (gr. nous), nazywana też racjonalną, odzwierciedla najszlachetniejszą cząstkę naszej tożsamości (osobowości), a tym samym staje się swoistym sanktuarium obecności Pana Boga w nas. Ta część duszy odpowiada za poznawanie (to poznawanie odpowiada z kolei za możliwość pokochania, bo żeby móc coś pokochać, trzeba to najpierw poznać i dopiero poznając, można to kochać coraz bardziej). Część nierozumna, zwana wolitywną, odpowiada natomiast za chcenie, za decyzje i za wolę, a tym samym także za kochanie.