Wydawca: Insignis Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 343 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Będzie bolało - Adam Kay

Witaj w świecie 97-godzinnych tygodni pracy. W świecie decyzji, od których zależy życie. W świecie nieustannego tsunami płynów ustrojowych. W świecie, w którym dziennie zarabiasz mniej niż szpitalny parkometr. Pożegnaj się więc z bliskimi i przyjaciółmi…

…i witaj w świecie lekarza stażysty!

Spisywana potajemnie po niekończących się dyżurach, bezsennych nocach i przepracowanych weekendach książka komika i byłego lekarza Adama Kaya Będzie bolało to szczery do bólu opis jego walki na pierwszej linii frontu brytyjskiej służby zdrowia. Z zabawnych, przerażających i wzruszających zapisków Kaya dowiecie się wszystkiego, co chcieliście wiedzieć (i czego wolelibyście nie wiedzieć) o życiu lekarzy na oddziale i poza nim.

Uwaga! Lektura tej książki może pozostawić blizny!

Kupcie, ukradnijcie lub wyżebrajcie od kogoś egzemplarz tej książki. Kay ma poczucie humoru ostre jak skalpel, a jego diagnozy są wyjątkowo gorzkie – Lorraine Kelly

Nie jestem lekarzem, ale przepisałbym tę książkę każdemu. Jest niesłychanie zabawna i rozdzierająco smutna. (…) Doskonała lektura – Jonathan Ross

Jako hipochondryk trochę bałem się przeczytać książkę Adama Kaya. Na szczęście jest wyjątkowo zabawna – tak zabawna, że ze śmiechu nabawiłem się przepukliny – Joe Lycett

Opinie o ebooku Będzie bolało - Adam Kay

Fragment ebooka Będzie bolało - Adam Kay

Tytuł ‌oryginałuThis is Going to ‌Hurt. Secret Diaries ‌of a Junior ‌Doctor

Copyright © ‌Adam Kay ‌2017

First published 2017 by ‌Picador, ‌an imprint ‌of ‌Pan ‌Macmillan20 New ‌Wharf ‌Road, ‌London N1 9RRAssociated companies ‌throughout the worldwww.panmacmillan.com

PrzekładKatarzyna ‌Dudzik

RedakcjaDominika ‌Rychel, Justyna Charęza

KorektaMaria Brzozowska, ‌Julia Diduch

SkładTomasz ‌Brzozowski

Konwersja do wersji ‌elektronicznejAleksandra Pieńkosz

Copyright ‌© for ‌this ‌edition ‌Insignis Media, ‌Kraków 2018Wszelkie prawa ‌zastrzeżone.

ISBN 978-83-66071-09-4

Insignis Mediaul. Lubicz ‌17D/21–22, 31-503 ‌Krakówtel. ‌+48 (12) ‌636 01 ‌90biuro@insignis.pl, www.insignis.pl

facebook.com/Wydawnictwo.Insignis

twitter.com/insignis_media(@insignis_media)

instagram.com/insignis_media(@insignis_media)

Snapchat: ‌insignis_media

Dla Jamesa

za jego ‌nieco chwiejne wsparcie

I dla ‌mnie samego,

bo ‌gdyby nie ja, ta ‌książka ‌nigdy by ‌nie powstała

Aby ‌uszanować prywatność ‌tych spośród ‌moich przyjaciół i kolegów, którzy ‌nie chcą, ‌aby rozpoznano ‌ich ‌wśród bohaterów ‌tej książki, zmieniłem ‌wiele dotyczących ‌ich szczegółów. ‌Aby uszanować prawo ‌pacjentów do tajemnicy lekarskiej, ‌zmieniłem wszystkie dane kliniczne, ‌które umożliwiłby ‌ich identyfikację, ‌a także wszystkie daty[1]oraz ‌imiona[2].

W sumie nie wiem, po ‌jakiego grzyba to ‌zrobiłem. I tak ‌nikt już ‌nie może ‌mi ‌wygrażać, że pozbawi mnie ‌prawa ‌do wykonywania zawodu.

1Pracowałem ‌na ‌oddziale położniczym, ‌a ludzie zazwyczaj pamiętają ‌daty narodzin ‌swoich dzieci. ‌
2Większość ‌imion zastąpiłem imionami trzecioplanowych ‌postaci z Harry’ego Pottera, ‌co chyba wcale nie ‌zmniejszyło ryzyka, ‌że ktoś mnie ‌w końcu pozwie.

Wstęp

W 2010 ‌roku, po sześciu latach ‌studiów i kolejnych sześciu latach pracy w szpitalu, zrezygnowałem z kariery medycznej. Moi rodzice do tej pory mi tego nie wybaczyli. W zeszłym roku otrzymałem od Naczelnej Izby Lekarskiej list z informacją, że wykreślono mnie z rejestru lekarzy. Nie mogę powiedzieć, że mnie to zaskoczyło, w końcu nie praktykowałem medycyny niemal przez połowę dekady[1], ale trudno było mi przejść do porządku dziennego nad takim definitywnym zamknięciem pewnego rozdziału w moim życiu.

Miało to jednak swoje zalety, ponieważ w końcu mogłem pozbyć się z pokoju gościnnego całej masy pudeł pełnych różnych papierów; wpychałem do niszczarki kolejne dokumenty szybciej, niż robi to księgowy Jimmy’ego Carra. Jedyną rzeczą, której nie rzuciłem w otchłań nicości, było moje portfolio szkoleniowe. Lekarzom zaleca się, żeby prowadzili dziennik, w którym w ramach tak zwanej autorefleksji opisują przypadki wszystkich swoich pacjentów. Przeglądając to portfolio po tylu latach, doszedłem do wniosku, że cała moja autorefleksja sprowadzała się do pośpiesznego zapisywania w dyżurce, co średnio interesującego przydarzyło mi się danego dnia. Zupełnie jakbym był jakąś szpitalną Anne Frank (chociaż spałem w gorszych warunkach niż ona).

Szara proza życia ubarwiona od czasu do czasu zabawnym wydarzeniem, niezliczone przypadki, gdy jakiś przedmiot utknął w czyimś otworze ciała, bezduszna biurokracja – czytając moje portfolio, przypomniałem sobie te wszystkie straszne godziny. Przypomniałem sobie, jak ogromny wpływ na moje życie miała ta praca. Pomyślałem, że wymagano ode mnie rzeczy zupełnie nieprawdopodobnych, choć wtedy uznawałem to za coś zupełnie naturalnego. Nie zdziwiłbym się wcale, gdybym w swoich zapiskach znalazł takie fragmenty jak: „popłynąłem wpław do Islandii, żeby odwiedzić jedną z poradni ginekologiczno-położniczych” albo „musiałem dziś zjeść helikopter”.

Kiedy ja przeżywałem na nowo wydarzenia opisane w moim dzienniku, młodzi lekarze znaleźli się nagle pod ostrzałem polityków. Odniosłem wrażenie, że moi koledzy po dawnym fachu nie potrafią dotrzeć do opinii publicznej ze swoją wersją wydarzeń (prawdopodobnie dlatego, że cały czas siedzą w pracy). Uświadomiłem sobie, że ludzie nie wiedzą, co to tak naprawdę znaczy być lekarzem. Zamiast wzruszyć ramionami i wrzucić dowód rzeczowy do niszczarki, postanowiłem, że muszę zrobić coś, co zmieni panujący obecnie układ sił.

Tak więc oto on – mój dziennik. Pisałem go w trudnych czasach pracy w państwowym szpitalu, czasach kurzajek i innych paskudztw. Dowiecie się z tych zapisków, jak to jest pracować na pierwszej linii frontu publicznej służby zdrowia, jaki to miało wpływ na moje życie osobiste i jak to się stało, że pewnego dnia uznałem, iż mam już tego dosyć (przepraszam za spoilery, ale oglądaliście przecież Titanica, wiedząc z grubsza, jak to się skończy).

Oczywiście będę wyjaśniał trudniejsze terminy medyczne i opiszę, na czym dokładnie polega praca na poszczególnych stanowiskach. Nie potraktuję was jak młodych lekarzy i nie rzucę was na głęboką wodę w przekonaniu, że sami sobie ze wszystkim poradzicie.

1 Z badań przeprowadzonych przez brytyjskie Ministerstwo Zdrowia w 2006 roku wynika, że większość ankietowanych była przekonana (i nie ma w takim przekonaniu niczego dziwnego), że lekarze co roku poddawani są okresowej ocenie. Jednak prawda jest taka, że w tamtym czasie lekarz od dnia uzyskania dyplomu do dnia przejścia na emeryturę mógł leczyć ludzi nie niepokojony żadnymi kontrolami. Nikt nie zadawał sobie nawet trudu, żeby sprawdzić, czy wciąż pamiętamy, którą stronę strzykawki należy wetknąć w żyłę pacjenta. Skutkiem śledztwa w sprawie Harolda Shipmana, czyli niesławnego „doktora Śmierć”, było wprowadzenie w 2012 roku konieczności przedłużania prawa do wykonywania zawodu. Od tamtej pory lekarze co pięć lat poddawani są ocenie. Prawdopodobnie bylibyście nieco zaniepokojeni, gdyby po drogach mogły poruszać się samochody, które ostatni przegląd techniczny przeszły pięć lat temu, ale i tak lepsze to niż nic.

1

Stażysta

Decyzja o wyborze zawodu lekarza przypomina decyzję o wyborze potraw, które zjecie na firmowej wigilii, podejmowaną na początku października po otrzymaniu ponaglającego e-maila od organizatorów. Nie ryzykujecie i wybieracie kurczaka. I jest więcej niż prawdopodobne, że to dobry wybór. Co jednak, jeśli któryś z waszych znajomych dzień przed przyjęciem zamieści na Facebooku wstrząsający filmik pokazujący okropieństwa przemysłowej hodowli zwierząt i chcąc nie chcąc, staniecie się świadkami skracania kurom dziobów? Co, jeśli w październiku umrze Morrissey i z szacunku dla niego odrzucicie swój dotychczasowy styl życia, który sprowadzał się głównie do konsumowania mięsa? Co, jeśli rozwinie się u was zagrażająca życiu alergia na eskalopki? No i przecież nikt nie wie, na co będzie miał apetyt za dwa miesiące.

Każdy lekarz dokonuje wyboru zawodu w wieku szesnastu lat, dwa lata wcześniej, niż zgodnie z prawem będzie mógł wysłać komuś zdjęcie własnych genitaliów. Przystępując do egzaminów maturalnych, wkraczacie na ścieżkę, na końcu której czeka was emerytura lub śmierć. I – inaczej niż na firmowej wigilii, kiedy w końcu przekonaliście Janet z zaopatrzenia, żeby oddała wam swoje szaszłyki z sera halloumi w zamian za waszą porcję kurczaka – będziecie musieli ponieść konsekwencje swojej decyzji.

W wieku szesnastu lat, wybierając zawód lekarza, kierujecie się mniej więcej takim pobudkami: „Moja mama / mój tata jest lekarzem”, „Szpital Holby City to świetny serial” lub „Chcę znaleźć lek na raka”. Pobudki numer jeden i dwa są zupełnie idiotyczne, natomiast pobudka numer trzy – jeśli szczera – jest szlachetna i całkowicie racjonalna, tyle tylko, że takimi sprawami zajmują się nie lekarze, a naukowcy. Poza tym uznawanie deklaracji szesnastolatka odnośnie do jego zawodowej przyszłości za ostateczne i nieodwołalne wydaje się trochę niesprawiedliwe – to trochę tak, jakby potraktować wykonany w wieku pięciu lat rysunek pod tytułem „Chcę zostać astronautą” za dokument o wiążącej mocy prawnej.

Jeśli o mnie chodzi to, szczerze mówiąc, nie pamiętam, żebym „wybrał” zawód lekarza. Medycyna była po prostu zapisana w domyślnych ustawieniach mojego życia – niczym dzwonek marimba w telefonie czy zdjęcie górskich szczytów na pulpicie komputera. Wychowałem się w żydowskiej rodzinie (chociaż mam wrażenie, że moi bliscy trwali przy tej religii głównie ze względu na jej bogate tradycje kulinarne), chodziłem do szkoły, która była fabryką lekarzy, prawników i członków rządu, w dodatku mój tata był lekarzem. Mane, tekel, fares.

Ponieważ o jedno miejsce w szkole medycznej ubiega się dziesięciu kandydatów, wszyscy muszą przejść rozmowę kwalifikacyjną i tylko ci, którzy najlepiej poradzą sobie w krzyżowym ogniu pytań, zostaną wynagrodzeni przyjęciem w poczet studentów. Wszyscy kandydaci mają same piątki z egzaminów maturalnych, więc komisja rekrutacyjna podejmuje decyzję na podstawie tak zwanych kryteriów „pozaakademickich”. Ma to, oczywiście, sens. Praca lekarza wymaga pewnych szczególnych predyspozycji psychicznych – lekarze muszą posiadać umiejętność działania pod ogromną presją czasu, delikatnego i empatycznego przekazywania złych wieści zapłakanej rodzinie, a także radzenia sobie na co dzień ze śmiercią. Nie nauczycie się tego z podręcznika. Dobry lekarz musi mieć ogromne serce i szeroką aortę, którą płynie cała rzeka współczucia i ludzkiej dobroci.

Tak wam się pewnie wydaje. Tymczasem członków komisji rekrutacyjnych gówno to obchodzi. Nie pytają was nawet, jak reagujecie na widok krwi. Zamiast tego mają jakąś obsesję na punkcie pozaszkolnych aktywności. Ich zdaniem idealny student medycyny to kapitan dwóch drużyn sportowych, zwycięzca zawodów pływackich co najmniej na poziomie hrabstwa, dyrygent młodzieżowej orkiestry i redaktor szkolnej gazetki jednocześnie. Przypomina to wybory Miss Wszechstronności, tyle tylko, że nikt nie wręcza wam szarf. Przeczytajcie sobie biogramy słynnych lekarzy na Wikipedii. Znajdziecie tam na przykład coś takiego: „utalentowany zawodnik rugby w lidze młodzieżowej, wyróżniał się także w biegach na długie dystanse, w ostatniej klasie liceum został zastępcą kapitana szkolnej drużyny lekkoatletycznej”. Ten konkretny opis dotyczy Harolda Shipmana, więc chyba nie jest to system, który dobrze się sprawdza.

Według komisji rekrutacyjnej Imperial College w Londynie moje osiągnięcia w grze na pianinie i saksofonie, a także marne recenzje teatralne publikowane w szkolnej gazetce stanowiły gwarancję, że jestem doskonałym materiałem na lekarza. I tak oto w 1998 roku spakowałem walizki i wyruszyłem w ekscytującą i niebezpieczną prawie dziesięciokilometrową podróż z Dulwich do South Kensington.

Jak nietrudno się domyślić, poznanie każdego szczegółu anatomii i fizjologii ludzkiego ciała, a także każdej możliwej nieprawidłowości w jego funkcjonowaniu, to gargantuiczne przedsięwzięcie. Jednak podekscytowanie wywołane wizją, że pewnego dnia zostanę lekarzem – a to przecież na tyle poważna sprawa, że gdy już uzyskacie tytuł, ludzie zwracają się do was inaczej, właściwie to zyskujecie nowe imię, niczym jakiś superbohater czy przestępca o międzynarodowej sławie – napędzało mnie przez te sześć długich lat.

W końcu zostałem tak zwanym „młodszym lekarzem”[1]. Mógłbym wystąpić w programie Mastermind i zadeklarować, że będę odpowiadał na pytania z kategorii „ciało człowieka”. Widzowie przed telewizorami pewnie wrzeszczeliby, że wybrałem zbyt szeroką dziedzinę wiedzy, że powinienem zdecydować się na coś bardziej specjalistycznego, jak na przykład „miażdżyca naczyń krwionośnych” albo „haluksy”, ale nie mieliby racji. Odpowiedziałbym poprawnie na każde pytanie.

Nadszedł czas, kiedy wkroczyłem wreszcie na oddział uzbrojony w rozległą wiedzę medyczną. Teraz mogłem przekuć teorię w praktykę. Wprost nie mogłem się doczekać. Byłem niczym nakręcona do oporu sprężyna zegarka. Przeżyłem wstrząs, kiedy okazało się, że chociaż spędziłem na uczelni medycznej jedną czwartą swojego życia, to nawet w najmniejszym stopniu nie przygotowało mnie to na – przypominającą przygody doktora Jekylla i pana Hyde’a – egzystencję lekarza stażysty[2].

Pracę na dziennej zmianie dało się jeszcze ogarnąć, chociaż pożerała mnóstwo czasu i sprawiała, że czułem się otępiały. Każdego ranka razem z resztą lekarzy ruszałem na „obchód oddziału”. Snułem się za nimi niczym zahipnotyzowane kaczątko z głową przekrzywioną na bok w geście wyrażającym współczucie dla pacjentów, zapisując każde słowo, jakie padło z ust bardziej doświadczonego ode mnie lekarza: „umówić pacjenta na rezonans magnetyczny, zadzwonić na reumatologię, załatwić EKG”. Resztę dnia pracy (a na ogół także cztery niepłatne nadgodziny) spędzałem na wykonywaniu tych dziesiątek, a czasami nawet setek zadań – wypełniałem formularze, wykonywałem telefony itp., itd. Prawdę mówiąc, byłem nie tyle lekarzem, ile sekretarką z turbodoładowaniem. Nie po to studiowałem przez wiele długich lat, ale kto by się tym przejmował.

Jednak nocne dyżury były czymś, co sprawiło, że opisy piekła u Dantego wydały mi się przyjemne niczym kreskówki Disneya. To był niekończący się koszmar. I pomyśleć, że kiedyś tak rwałem się do wykorzystania w praktyce zdobytej na studiach wiedzy. W nocy dostajecie urządzonko nazywane, jakże czule, pagerem, i bierzecie na siebie odpowiedzialność za każdego pacjenta w szpitalu. A jest ich cholernie wielu. Starszy stażysta i rezydent schodzą na izbę przyjęć. Tam badają pacjentów i albo przyjmują ich na oddział, albo odsyłają do domu. Tymczasem wy zostajecie sami na mostku kapitańskim. Żeglujecie statkiem, który jest ogromny. I stoi w płomieniach. I tak naprawdę nikt nigdy nie powiedział wam, co robić w takiej sytuacji. Wiecie, jak sprawdzić stan układu krążenia pacjenta, wiecie, w jaki sposób działają naczynia wieńcowe, potraficie też rozpoznać każdy objaw ataku serca, to wszystko nie oznacza jednak, że zareagujecie właściwie, kiedy pierwszy raz w życiu będziecie musieli zająć się pacjentem po ataku serca.

Wciąż słyszycie sygnał pagera. Biegacie niczym w transie: z oddziału na oddział, od pielęgniarki do pielęgniarki, od jednego pilnego przypadku do drugiego. Wasi starsi koledzy pracujący na izbie przyjęć udzielają pomocy pacjentom, którzy zgłosili się do nich z konkretnymi problemami, na przykład z zapaleniem płuc albo złamaną nogą. Stan waszych pacjentów również jest poważny, ale ponieważ zostali przyjęci do szpitala, oznacza to, że już wcześniej było z nimi coś nie tak. Objawy różnych chorób nakładają się na siebie niczym kolejne warstwy w big macu: zajmujecie się pacjentem z zapaleniem płuc, który został przyjęty do szpitala z powodu niewydolności wątroby, albo pacjentem ze złamaną nogą, który spadł z łóżka z powodu napadu padaczkowego. Jesteście jednoosobową mobilną izbą przyjęć zalewaną płynami ustrojowymi (i to wcale nie tymi fajnymi). Wciąż trafiają do was pacjenci, których stan zdrowia budzi poważne obawy i którymi zaledwie dwanaście godzin wcześniej zajmował się cały zespół lekarzy. Właściwie trudno nazwać was wykwalifikowaną siłą roboczą, bo nie przeszliście odpowiedniego szkolenia. Nagle zaczynacie marzyć o papierkowej robocie, niechby nawet miała trwać szesnaście godzin (albo, jeśli bardzo się rozmarzycie, fantazjujecie o pracy, która nie byłaby ani powyżej, ani poniżej waszych kwalifikacji).

Wrzucają was na głęboką wodę i sami musicie nauczyć się pływać. Jeśli utoniecie, razem z wami utoną setki pacjentów.

Na swój perwersyjny sposób było to wyzwalające doświadczenie. Oczywiście praca była bardzo ciężka, liczba godzin, jakie musiałem w niej spędzić – nieludzka. Poznałem granice własnej wytrzymałości i widziałem rzeczy, na których wspomnienie nawet teraz mój żołądek się kurczy, ale liczyło się tylko jedno: wreszcie byłem lekarzem.

3 sierpnia 2004, wtorek

Dzień pierwszy. H.[3] zrobił mi kanapki do pracy. Mam nowy stetoskop[4], nową koszulę i nowy adres e-mail: atom.kay@nhs.net. Dobrze wiedzieć, że niezależnie od tego, jak pójdzie mi dziś w pracy, i tak nie grozi mi tytuł najbardziej niekompetentnego pracownika szpitala. Nawet gdybym zasłużył na to miano, wina spadnie na Atoma.

Cieszę się, że będę miał fajną historyjkę do opowiedzenia, która pomoże mi przełamać pierwsze lody z kolegami i koleżankami z pracy, ale później, w pubie, okazuje się, że moja anegdota zostaje przyćmiona przez opowieść Amandy. Amanda nosi dwuczłonowe nazwisko połączone dywizem: Saunders-Vest. Szpitalny informatyk założył jej skrzynkę o adresie amanda.saundersminusvest@nhs.net.

18 sierpnia 2004, środa

Pacjent M.O. to siedemdziesięcioletni emerytowany monter instalacji grzewczych ze Stoke-on-Trent. Ale dzisiejszej nocy Matthew jest ekscentrycznym niemieckim profesorem z niepschekonujoncy akzent. Co gorsza, nie tylko dzisiejszej nocy, ale też dzisiejszego poranka, popołudnia i każdego innego dnia jego pobytu w szpitalu. Wszystko przez demencję, która jeszcze nasiliła się w trakcie infekcji dróg moczowych[5].

Ulubionym zajęciem profesora M.O. jest podążanie za grupą lekarzy w trakcie obchodu. M.O. zakłada swoją szpitalną koszulę tyłem na przód, niczym biały kitel (czasem ma na sobie bieliznę, a czasem serwuje nam na śniadanie widok swojego wurstu) i snuje się za nami, wołając: „Jawohl!”, „Gut!” i okazjonalnie: „Genialne!”, kiedy tylko któryś z nas coś powie.

W trakcie obchodu z rezydentami i lekarzami specjalistami odholowuję go do jego łóżka i upewniam się, że pielęgniarki przetrzymają go tam przez kilka godzin. Kiedy obchodzę oddział sam, pozwalam mu się trochę powłóczyć po szpitalu. Właściwie nie do końca wiem, co robię, i brakuje mi pewności siebie przy podejmowaniu decyzji, więc podstarzała niemiecka cheerleaderka wrzeszcząca co chwilę za moimi plecami „Sehr gut!” poprawia mi nastrój.

Dzisiaj M.O. wypróżnił się na podłogę tuż obok mnie, więc z żalem musiałem zwolnić go ze służby.

30 sierpnia 2004, poniedziałek

Może nie mamy zbyt wiele wolnego czasu, ale za to mamy mnóstwo świetnych anegdotek o pacjentach. Dzisiaj, jedząc lunch w naszym pokoju socjalnym, wyposażonym w powycierane sofy i rozpadający się stół bilardowy[6], dzielimy się opowiastkami o najbardziej nonsensownych objawach zgłaszanych przez pacjentów. Jak się okazało, przychodzili do nas pacjenci ze swędzącymi zębami, z nagłą poprawą słuchu i z bólem ramienia w trakcie oddawania moczu. Każda historia kwitowana jest niezbyt głośnymi, uprzejmymi chichotami, niczym przemowa lokalnego polityka na uroczystości rozdania dyplomów w jakiejś szkole wyższej. Wszystkie siedzące przy stole osoby, jedna po drugiej, zabierają głos, tak jakbyśmy siedzieli przy obozowym ognisku i opowiadali sobie historie o duchach. W końcu przychodzi kolej na Seamusa, który oznajmia, że dzisiaj rano na izbie przyjęć rozmawiał z pacjentem twierdzącym, że poci się tylko jedna strona jego twarzy.

Odchyla się na krześle w oczekiwaniu na wybuch aplauzu, ale odpowiada mu cisza. Po chwili każdy z nas wysuwa to samo przypuszczenie: „To chyba zespół Hornera?”. Seamus nigdy o nim nie słyszał. Ani o tym, że taki syndrom wskazuje na nowotwór płuc. Podrywa się na równe nogi, odsuwa z okropnym piskiem swoje krzesło i biegnie zadzwonić do pacjenta, by sprowadzić go z powrotem do szpitala. Dojadam jego twixa.

10 września 2004, piątek

Moje podejrzenia wzbudza fakt, że każdemu pacjentowi na oddziale w rubryce „tętno” w karcie obserwacji klinicznej wpisano liczbę 60. Ukradkiem przyglądam się, w jaki sposób asystent opieki zdrowotnej mierzy tętno swoim podopiecznym: najpierw wyczuwa ich puls, a potem patrzy na zegarek i skrupulatnie liczy liczbę sekund na minutę.

17 października 2007, niedziela

Muszę się pochwalić, że zdołałem jakoś opanować panikę, kiedy z ust pacjenta, którego właśnie badałem, zaczęły wydobywać się ogromne ilości krwi. Cała moja koszula została obryzgana. Z drugiej strony, chyba jednak nie nadaję się na lekarza, bo zupełnie nie wiedziałem, co zrobić. Poprosiłem pielęgniarkę, żeby przyprowadziła Hugo, przydzielonego mi rezydenta, który przebywał wtedy na sąsiednim oddziale. Czekając na niego, założyłem pacjentowi wenflon[7] i podałem mu dożylnie płyny. Chwilę później przyszedł Hugo. Ucieszyłem się na jego widok, bo zupełnie skończyły mi się pomysły. Co właściwie mógłbym teraz zrobić? Poszukać kurka, który da się zakręcić, żeby krew przestała wypływać? Wepchnąć pacjentowi do gardła rolkę ręcznika papierowego? Wrzucić do czerwonej kałuży kilka listków bazylii i udawać, że to gazpacho?

Hugo zdiagnozował u mężczyzny żylaki przełyku[8] – w sumie było dość oczywiste, że przyczyną złego stanu pacjenta jest jakiś problem z wątrobą, bo facet wyglądał jak Homer Simpson w pierwszych sezonach serialu, kiedy twórcy kreskówki stawiali jeszcze na mocny kontrast barwny, przez co każda postać wyglądała niczym naskalne malowidło – i spróbował opanować krwawienie za pomocą zgłębnika Sengstakena[9].

Pacjent rzucał się niczym wyciągnięta z wody ryba, próbując nie dopuścić do tego, żebyśmy włożyli mu do gardła tę okropną rzecz. Krew była dosłownie wszędzie: na mnie, na Hugo, na ścianach, na zasłonach, na suficie, zupełnie jakbyśmy brali udział w wyjątkowo awangardowym odcinku programu o metamorfozie wyglądu mieszkania. Jednak to, co słyszeliśmy, przerażało nas jeszcze bardziej niż to, co widzieliśmy. Przy każdym oddechu, który zdołał zaczerpnąć pacjent, słychać było, jak krew ścieka w głąb jego płuc i jak ten biedak się nią dławi.

Zanim udało nam się włożyć zgłębnik, krwawienie ustało. Krwawienie zawsze w końcu ustaje. Tym razem ustało z tej najsmutniejszej przyczyny. Hugo stwierdził zgon pacjenta, wypełnił odpowiednie dokumenty i poprosił pielęgniarkę, żeby poinformowała rodzinę. Zdjęliśmy nasiąknięte krwią ubrania i w milczeniu przebraliśmy się w stroje chirurgów, w których spędziliśmy resztę naszej zmiany. A więc miałem to już za sobą. Po raz pierwszy byłem świadkiem czyjejś śmierci i było to tak straszne, jak tylko mogło być. Nie dostrzegłem w tym żadnego piękna ani romantyzmu. I jeszcze te odgłosy. Hugo wyciągnął mnie na papierosa. Obaj po prostu musieliśmy zaciągnąć się dymem tytoniowym. To był mój pierwszy papieros w życiu.

9 listopada 2004, wtorek

O trzeciej nad ranem moją pierwszą półgodzinną drzemkę po pracy na trzech zmianach z rzędu przerywa dźwięk pagera. Mam zejść na oddział i przepisać pigułkę nasenną pacjentowi, którego nocny wypoczynek jest, jak widać, ważniejszy niż mój. Po dotarciu na miejsce okazuje się, że mam moce potężniejsze, niż sądziłem – pacjent już śpi.

12 listopada 2004, piątek

Wyniki badań krwi pacjentki pokazują, że ma problem ze zbyt dużą krzepliwością, i nie wiemy, jaka jest tego przyczyna. W końcu Hugo to rozgryza. Kobieta, chcąc ukoić nerwy, regularnie przyjmuje tabletki z wyciągiem z dziurawca, które kupiła w sklepie zielarskim. Hugo tłumaczy jej (szczerze mówiąc, ja też słyszę o tym po raz pierwszy), że dziurawiec wchodzi w interakcję z warfaryną i że krzepliwość wróci do normy, jeśli odstawi tabletki. Kobieta jest zdumiona. „Myślałam, że to zwykłe ziółka. Nie wiedziałam, że mogą szkodzić”.

Kiedy pacjentka wypowiada słowa „zwykłe ziółka”, temperatura w pokoju obniża się o kilka stopni, a Hugo z trudem powstrzymuje się przed znużonym westchnięciem. Jest oczywiste, że nie pierwszy raz słyszy coś takiego.

„Pestka moreli zawiera cyjanek – odpowiada oschle. – Spożycie muchomora sromotnikowego w pięćdziesięciu procentach przypadków kończy się śmiercią. To, że coś jest naturalne, nie oznacza, że jest bezpieczne. W moim własnym ogródku rośnie pewna roślina. Wystarczyłoby, że posiedziałaby pani pod nią przez dziesięć minut, a pożegnałaby się pani z życiem”.

Misja zakończona sukcesem. Kobieta wyrzuca tabletki do kubła.

Chwilę później, podczas kolonoskopii, pytam go o tę roślinę z jego ogrodu.

„To lilia wodna”.

6 grudnia 2004, poniedziałek

Wszyscy młodzi lekarze zostali poproszeni o podpisanie klauzuli wyłączającej nas spod obowiązywania europejskiej dyrektywy w sprawie czasu pracy[10], ponieważ umowy, które zawarliśmy ze szpitalem, nie spełniają wymagań, o jakich mowa we wzmiankowanym akcie prawnym. W tym tygodniu spędziłem z H. mniej niż dwie godziny, za to pracowałem przez dziewięćdziesiąt siedem godzin. Powiedzieć, że moja umowa „nie spełnia wymagań” dyrektywy, to nic nie powiedzieć. Moja umowa wywlekła tę dyrektywę z łóżka w środku nocy, zaciągnęła ją – wrzeszczącą wniebogłosy – do łazienki i zaczęła podtapiać w umywalce.

20 stycznia 2005, wtorek

Szanowny handlujący dragami kutasie,

w ciągu ostatnich kilku dni przyjęliśmy na oddział kilkoro młodych kobiet i mężczyzn – wszyscy byli odwodnieni, nieprzytomni z powodu hipotensji i mieli spieprzony poziom elektrolitów[11]. Łączyło ich to, że niedawno zażywali kokainę. Chociaż kokaina zakłóca pracę serca i niszczy tkankę przegrody nosowej, to nie wywołuje takich efektów jak powyższe. Jestem niemal stuprocentowo pewny, że znaleźli się w tym stanie, bo – i chcę nagrodę Nobla albo chociaż Pride of Britain Award, jeśli moje przypuszczenia się potwierdzą – domieszałeś do towaru trochę furosemidu[12] swojej babci. Nie dość, że przez Ciebie na moim oddziale nie ma wolnych miejsc, a ja sam nie mam wolnych wieczorów, to jeszcze posyłasz do szpitala swoich własnych klientów. To godna potępienia praktyka biznesowa. Uprzejmie proszę, abyś używał kredy jak wszyscy inni dilerzy.

Z poważaniem dr Adam Kay

31 stycznia 2005, poniedziałek

Dzisiaj uratowałem komuś życie. Pager wezwał mnie do sześćdziesięcioletniego pacjenta, który był tak blisko przejścia na drugą stronę, jak to tylko możliwe. Położył już palec na dzwonku i zaglądał przez szybę w drzwiach do domu Ponurego Żniwiarza. Poziom saturacji[13] tego mężczyzny wynosił 73 procent. Gdyby maszyna z batonikami się nie zepsuła i gdybym kupił, tak jak planowałem, swojego snickersa, byłoby za późno.

Nie miałem nawet sekundy, żeby stworzyć w myślach plan działania. Po prostu wykonywałem czynność za czynnością. Leciałem na autopilocie: tlen, kaniulacja, badania krwi, gazometria, diuretyki, cewnik. Nie miałem pojęcia, że zainstalowano takie oprogramowanie w moim mózgu. Pacjent szybko odzyskał przytomność, lina bungee, do której był przywiązany, skróciła się, gdy zaledwie milimetr dzielił jego głowę od betonu. Przykro mi, Ponury Żniwiarzu, dzisiejszej nocy na twoim przyjęciu będzie o jednego gościa mniej. Czekając na Hugo, czułem się niczym Superman.

Uświadomiłem sobie także coś dziwnego: pracuję jako lekarz od pięciu miesięcy i dopiero teraz uratowałem komuś życie. Ludzie pewnie wyobrażają sobie, że codziennie dokonujemy aktów bohaterstwa. Nawet ja tak myślałem pierwszego dnia pracy. Tymczasem prawda jest taka, że w szpitalu ratujemy życie dziesiątków, a może nawet setek ludzi, ale dokonujemy tego w dużo mniej widowiskowy sposób, wspólnym wysiłkiem całego zespołu. Nie chodzi o decyzję jednego lekarza, ale o opracowanie sensownego planu realizowanego później przez wielu ludzi, którzy na każdym etapie leczenia sprawdzają, czy pacjent miewa się lepiej, a jeśli nie, modyfikują plan.

Jednak czasami ciężar odpowiedzialności spoczywa na barkach jednej osoby. Dzisiaj, po raz pierwszy, były to moje barki. Hugo wydaje się zadowolony, przynajmniej na tyle, na ile potrafi odczuwać zadowolenie:

„No cóż, kupiłeś mu kilka tygodni życia” – powiedział.

Ejże, Hugo, doceń superbohatera.

7 lutego 2005

Ledwo co przeniosłem się na chirurgię[14], a już trafiło mi się pierwsze urazowe oskalpowanie[15].

Osiemnastoletni pacjent W.M. ostro imprezował ze swoimi znajomymi. Po zamknięciu wszystkich knajp postanowił kontynuować zabawę na dachu przystanku. Potańczył tam przez chwilę, a potem stwierdził, że zamiast zeskoczyć z dachu na ziemię, ześlizgnie się po słupku sąsiedniej latarni niczym strażak, który zjeżdża po rurze, śpiesząc się do pożaru. Skoczył na słupek, obłapiając go jak miś koala drzewo, i zjechał na dół. Niestety, błędnie ocenił powierzchnię słupka. Zamiast gładko sunąć w dół, doświadczył bolesnej udręki szorowania ciałem o chropowaty beton. Wkrótce potem pojawił się na izbie przyjęć z odartymi ze skóry dłońmi i całkowicie oskalpowanym prąciem.

Widziałem wiele członków w trakcie mojego krótkiego pobytu na oddziale urologicznym (i nie tylko wtedy), ale ten był najstraszniejszy ze wszystkich. Gdyby tylko dało się to zrobić, należałoby przypiąć do niego jakąś odznakę. Jak wyglądał? Kilka centymetrów cewki moczowej owinięte było cienką – mniej więcej półcentymetrową – warstwą mięsnej pulpy. To, co pozostało z tego narządu, przypominało utaplaną w zasychającym sosie pomidorowym nitkę makaronu spaghetti, jaka czasem przykleja się do dna miski. Pacjent W.M., jak można się było spodziewać, był trochę zdenerwowany. Jego niepokój wzrósł jeszcze bardziej, kiedy zapytał, czy możemy z powrotem owinąć jego penis „skalpem”, a doktor Binns, lekarz specjalista, wyjaśnił mu łagodnym tonem, że jego „skalp” został rozsmarowany równiutko na dwuipółmetrowej latarni oświetlającej ulicę w jednej z dzielnic zachodniego Londynu.

21 lutego 2005, poniedziałek

Odsyłając pacjentkę do domu po zabiegu laparoskopii[16], wypisuję jej zwolnienie z pracy na dwa tygodnie. Kobieta chce dać mi dziesięć funtów w zamian za miesięczne zwolnienie. Wybucham śmiechem, ale okazuje się, że to poważna propozycja. Pacjentka podbija stawkę do piętnastu funtów. Radzę jej, żeby poszła do swojego internisty, jeśli za dwa tygodnie nie będzie się czuła na tyle dobrze, żeby wrócić do pracy.

Muszę chyba zacząć się lepiej ubierać, skoro pacjenci oferują mi tak niskie łapówki. Wracając do domu, zastanawiam się, ile musiałaby mi zaproponować, żebym się zgodził. To smutne, ale dochodzę do wniosku, że wystarczyłoby pięćdziesiąt funtów.

14 marca 2005, poniedziałek

Wieczorem wychodzę coś zjeść razem z H. i kilkoma kumplami. Lądujemy w pizzerii z nieotynkowanymi ceglanymi ścianami, zbyt dużą ilością neonów i z przesadnie skomplikowanym systemem składania zamówień. Karty dań leżą na podkładkach z klipsami, w lokalu prawie w ogóle nie ma obsługi, dostajecie za to do ręki ustrojstwo, które brzęczy i wibruje, kiedy wasze zamówienie jest już gotowe. Żeby odebrać pizzę, musicie powlec się po artystycznie niedopasowanych do siebie płytkach podłogowych do znudzonego kelnera, który dobrze wie, że goście nie poproszą o odjęcie od rachunku przeszło dwunastu procent naliczanych za obsługę, nawet jeśli nie kiwnął palcem.

Kiedy urządzenie zaczyna brzęczeć, wołam: „O mój Boże!”, i zrywam się na równe nogi. Nie żeby perspektywa zjedzenia fiorentiny tak mnie podekscytowała. Chodzi o sam dźwięk, który do złudzenia przypomina dźwięk mojego szpitalnego pagera. H. mierzy mi tętno – 95 uderzeń na minutę. Praca przyprawiła mnie o zespół stresu pourazowego.

20 marca 2005, niedziela

Złe wieści przekazywane przez lekarzy nie ograniczają się do: „Obawiam się, że to nowotwór” albo „Zrobiliśmy wszystko, co w naszej mocy”. Nikt nie przygotował mnie na to, że będę musiał kiedyś usiąść obok córki pacjenta i wyjaśnić jej, że coś bardzo nieprzyjemnego przydarzyło się jej starszemu, wątłemu ojcu kilkanaście godzin wcześniej.

Musiałem jej powiedzieć, że pacjent, z którym jej ojciec dzielił salę, był bardzo pobudzony i zdezorientowany zeszłej nocy. Tak bardzo, że mężczyznę leżącego na sąsiednim łóżku uznał za własną żonę. I, niestety, zanim pielęgniarki usłyszały, że coś się dzieje, i przybiegły na miejsce, było już za późno. Pacjent usiadł okrakiem na jej ojcu i ejakulował na jego twarz.

„Przynajmniej go nie… Przynajmniej nie doszło do niczego więcej” – powiedziała córka, demonstrując godną podziwu umiejętność znalezienia pozytywnych aspektów każdej sytuacji.

11 kwietnia 2005, poniedziałek

Szykujemy się, żeby przenieść dziesięciolatka z pękniętym wyrostkiem robaczkowym z izby przyjęć na salę operacyjną.

Colin, czarujący rezydent, prowadzi właśnie zajęcia mistrzowskie z radzenia sobie z zaniepokojoną mamą. Wyjaśnia jej, co stało się w brzuszku jej synka, tłumaczy, co zrobimy, żeby to naprawić, ile to potrwa i kiedy wypiszemy go do domu. Próbuję przyswoić sobie jego metodę. Chodzi o to, żeby przekazać tyle informacji, ile to konieczne – wytłumaczyć procedurę, ale nie przytłoczyć szczegółami – i żeby posługiwać się właściwym językiem – nie używać zbyt wiele medycznego żargonu, ale też nie traktować rozmówcy protekcjonalnie. Summa summarum polega to na tym, żeby być profesjonalnym i uprzejmym.

Twarz matki od razu się wypogadza, niemal czuję, jak lęk opuszcza jej ciało – niczym dżin ulatujący z butelki albo pierdnięcie, którego nie trzeba już dłużej powstrzymywać. Najwyższa pora przewieźć dziecko na górę, więc Colin spogląda na matkę i pyta: „Szybki całus, zanim zabierzemy go na salę operacyjną?”.

Matka chłopca cmoka Colina w policzek. Chwilę później jej ukochany synek zostaje zawieziony na blok operacyjny; policzek chłopca jest zasmucająco suchy.

31 maja 2005, wtorek

Trzy noce temu przyjęliśmy do szpitala pacjenta M.J., pięćdziesięcioparoletniego bezdomnego z ostrym zapaleniem trzustki. To był jego trzeci pobyt w szpitalu, odkąd zacząłem tu pracę. Za każdym razem powodem przyjęcia było właśnie ostre zapalenie trzustki. Cierpiał, więc podaliśmy mu środki przeciwbólowe i podłączyliśmy kroplówkę z płynami.

„Przynajmniej spędzi pan kilka nocy w ciepłym łóżku” – powiedziałem.

„Żartuje pan? – odpowiedział. – Złapię tu jakiegoś cholernego gronkowca”.

Myślę, że to rzecz warta odnotowania, że ulice wokół szpitala uważane są za czystsze niż szpitalne korytarze.

Nie lubię prawić nikomu kazań, ale jestem lekarzem i podejmowanie starań, żeby pacjenci nie umarli, to mój obowiązek. Przypomniałem mu więc, że znalazł się tutaj z powodu nadmiernego spożycia alkoholu[17]. Powiedziałem, że nie mogę, niestety, namówić go do porzucenia nałogu (bo nie mogę), ale poprosiłem, aby postarał się mu nie ulegać podczas pobytu w szpitalu, bo bardzo ułatwiłoby to nam pracę. Dodałem też, że byłoby naprawdę wspaniale, gdyby trzymał się z dala od dozowników z żelem odkażającym.

Spojrzał na mnie zdegustowany, jakbym oskarżył go o miłosne igraszki z własnym bratem bliźniakiem, i stwierdził, że nigdy nie zrobiłby czegoś takiego. Gwoli wyjaśnienia dodał, że producent zmienił ostatnio recepturę i żel jest teraz gorzki jak piołun. Po chwili przyciągnął mnie do siebie i wyszeptał mi do ucha, że najlepsze, co ten szpital ma do zaoferowania, to mokre chusteczki dezynfekujące. Potem poklepał mnie porozumiewawczo po ramieniu i dodał: „Tym razem ja stawiam”. Dzisiejszej nocy pacjent sam wypisał się do domu, ale z pewnością wróci do nas za kilka tygodni.

Jak zwykle po zakończeniu serii nocnych dyżurów ja i starszy stażysta wybieramy się na wystawne śniadanie i butelkę białego wina do Vingt-Quatre. Pracując na nocną zmianę, żyje się w zupełnie innej strefie czasowej niż reszta społeczeństwa. Chociaż jest już dziewiąta rano, nie możemy tego nazwać kieliszkiem na dzień dobry. Dla nas jest to raczej kieliszek przed snem. Kiedy dolewam nam wina, słyszę pukanie w szybę. To M.J. Śmieje się na całe gardło, a potem posyła mi wymowne spojrzenie. „Wiedziałem!” – mówi jego wzrok. Postanawiam, że następnym razem usiądziemy dalej od okna. Albo possiemy przez chwilę w szatni chusteczkę nasączoną alkoholem.

5 czerwca 2005, niedziela

To niesprawiedliwe przypinać każdemu chirurgowi ortopedzie łatkę miażdżącego kości neandertalczyka tylko dlatego, że 99 procent z nich doskonale pasuje do tego opisu, ale moje serce wpada w gwałtowny trzepot za każdym razem, kiedy pager wzywa mnie na ich oddział.

W ten weekend skonsultowałem dwóch pacjentów ortopedycznych. Wczoraj był to mężczyzna z migotaniem przedsionków[18] oczekujący na operację z powodu #SKU[19]. Z elektrokardiogramu, który wykonano mu przy przyjęciu do szpitala, wyczytałem, że już wtedy cierpiał na migotanie przedsionków. Nikt z zespołu lekarzy, którzy przyjmowali go do szpitala, tego nie zauważył. A to przecież doskonale tłumaczyłoby, dlaczego rozciągnął się jak długi na podłodze w centrum handlowym. Czułem się, jakbym prowadził wykład dla oddziału ortopedii zatytułowany „Czasami ludzie przewracają się z jakiegoś konkretnego powodu”.

Dzisiaj poproszono mnie o przebadanie dwudziestoletniego pacjenta, ponieważ wyniki badań krwi wskazywały, że jego nerki nie funkcjonują prawidłowo. Wchodząc do jego sali, widzę, że obie ręce ma włożone w pełny gips niczym złoczyńca ze Scooby Doo. Nie podłączono mu żadnej kroplówki z płynami. Na stoliku obok łóżka stoi nietknięta szklanka wody, której, mimo najszczerszych chęci, nie był w stanie podnieść do ust przez kilka ostatnich dni z tak oczywistego powodu jak prawa fizyki. Przepisuję mu kroplówkę, ale dochodzę do wniosku, że dużo skuteczniejszym rozwiązaniem byłoby przepisanie odrobiny zdrowego rozsądku niektórym z moich kolegów.

7 czerwca 2005, wtorek

Dzisiaj asystowałem przy operacji usuwania z odbytnicy „ciała obcego”. Pracuję jako lekarz mniej niż rok, a już wyciągnąłem z odbytów cztery ciała obce (i to tylko na niwie zawodowej!).

Moim pierwszym przypadkiem był młody przystojny Włoch, który przybył do szpitala ze szczotką do czyszczenia toalet niemal w całości wepchniętą do jelita grubego (szczotkę włożono włosiem do przodu). Do domu wrócił z założonym workiem do kolostomii. Jego tęga włoska matka okazywała nam wdzięczność w bardzo widowiskowy sposób; brytyjskie matki nie bywają tak wylewne. Żadnemu członkowi szpitalnego personelu nie szczędziła pochwał i podziękowań za uratowanie synowi życia. Stwierdziła nawet: „Chwała Bogu, że przyjaciel syna, Philip, nocował wtedy w pokoju dla gości i mógł od razu wezwać karetkę!”.

Większość osób przyjętych do szpitala z podobnych powodów cierpi na syndrom pacjenta upadłego: „Upadłem, panie doktorze. Upadłem!”. Historie o tym, jak dana rzecz znalazła się tam, gdzie się znalazła, z reguły są piramidalnie głupie (nawiasem mówiąc, myślę, że to tylko kwestia czasu, kiedy usłyszę, że ktoś próbował wepchnąć sobie do tyłka piramidę), ale dzisiaj po raz pierwszy uwierzyłem w opowieść pacjenta. Była to bardzo wiarygodna relacja o bolesnym wypadku związanym z sofą i pilotem do telewizora. Usłyszawszy ją, zmarszczyłem jedynie brwi i pomyślałem sobie: „Cóż, to mogło się zdarzyć”. Jednak na sali operacyjnej z odbytnicy pacjenta wydobyliśmy pilota obciągniętego prezerwatywą. Przypadek? Nie sądzę.

16 czerwca 2005, czwartek

Powiedziałem pacjentowi, że będzie miał rezonans magnetyczny dopiero w następnym tygodniu. Pacjent zrewanżował się groźbą, że połamie mi nogi. Moją pierwszą myślą było: „Dostałbym kilka tygodni zwolnienia”. Niewiele brakowało, a zaproponowałbym mu, że poszukam kija baseballowego.

25 czerwca 2005, sobota

Wzywają mnie, abym stwierdził zgon[20] starszego pacjenta. To nie była niespodziewana śmierć – ten mężczyzna był bardzo chory, w jego przypadku podejmowanie resuscytacji nie miało żadnego sensu. Pielęgniarka zabiera mnie do wydzielonej parawanem części sali i wskazuje na naszego byłego pacjenta, który obecnie przybrał barwę sinoniebieską. Przedstawia mnie też jego żonie, która – technicznie rzecz biorąc – nie jest wdową, dopóki nie stwierdzę śmierci jej męża. Natura może sama odwalić najcięższą robotę, ale wciąż potrzebujecie mojego podpisu na formularzu.

Składam kondolencje żonie i mówię, że kiedy ja będę dopełniał niezbędnych formalności, ona może zaczekać na zewnątrz. Oświadcza, że woli zostać. Nie wiem czemu. Być może ona również nie wie. Być może każda chwila z mężem jest dla niej cenna pomimo tego, że przecież nie ma go już z nami. A może chce sprawdzić, czy nie jestem jednym z tych lekarzy, o których czytała w „Daily Mail”, wyczyniających z ciałami zmarłych okropne rzeczy. Jakiekolwiek są jej pobudki, zajmuje teraz swoje miejsce w pierwszym rzędzie, czy mi się to podoba czy nie.

W czasie mojej krótkiej kariery zawodowej trzykrotnie stwierdzałem zgon, jednak nigdy wcześniej nie towarzyszyła mi publiczność. Zaczynam zastanawiać się, czy nie powinienem teraz zaserwować przekąsek. Kobieta z całą pewnością nie zdaje sobie sprawy jak ciche, długie i jak bardzo przepełnione napięciem będzie to przedstawienie – nic w stylu Priscilli, królowej pustyni, raczej coś przypominającego jeden z dramatów Harolda Pintera.

Odczytuję dane pacjenta z opaski na jego nadgarstku. Sprawdzam, czy klatka piersiowa się porusza. Sprawdzam, czy mężczyzna reaguje na bodźce werbalne lub fizyczne. Sprawdzam tętno. Świecę mu latarką w oczy i stwierdzam, że źrenice są rozszerzone i nieruchome. Sprawdzam na zegarku, która godzina, i przez dwie minuty osłuchuję stetoskopem jego serce. Potem, przez kolejne trzy minuty, osłuchuję jego płuca. Lekka przesada, prawda? Być może przesada to niewłaściwe słowo, ale pięć minut to naprawdę długo, jeśli musicie stać nieruchomo ze stetoskopem przyciśniętym do piersi z całą pewnością martwego mężczyzny, pod jaskrawym światłem jarzeniówek i ostrzałem spojrzeń zrozpaczonej żony. To właśnie dlatego prosimy członków rodziny zmarłego, żeby poczekali za drzwiami.

Rozumiem, dlaczego pośpiech jest niewskazany w wypadku stwierdzania zgonu – nie można się spieszyć w obliczu śmierci[21]. Niemal wdowa pyta co chwila, czy dobrze się czuję. Może uważa, że jestem tak przytłoczony tą sytuacją, że nawet nie mogę się poruszyć. A może myśli, że po prostu nie wiem, co dalej robić. Za każdym razem, kiedy się odzywa, podskakuję jak… No cóż, jak lekarz, który usłyszał jakiś hałas w trakcie uważnego osłuchiwania klatki piersiowej denata.

Kiedy udaje mi się uspokoić oddech, zwracam się do kobiety, oficjalnie potwierdzając smutną wiadomość, po czym wypełniam odpowiednie dokumenty. To było straszne pięć minut, ale dzięki temu doświadczeniu wiem, że jeśli nie pójdzie mi z medycyną, to kariera żywego posągu w Covent Garden stoi przede mną otworem. Wystarczy, że kupię puszkę srebrnego duluxa i znajdę sobie jakąś starą skrzynkę.

5 lipca 2005, wtorek

Próbuję dowiedzieć się, ile alkoholu konsumuje pewna starsza pani, żeby wpisać to do jej karty. Ustaliłem już, że jej ulubionym napitkiem jest wino.

Ja: Jaką ilość wina wypija pani w ciągu jednego dnia?

Pacjentka: Jak mam dobry dzień, to tak ze trzy butelki.

Ja: Mhm, rozumiem… A jak ma pani zły dzień?

Pacjentka: O, jak mam zły dzień, to ledwo jedną.

7 lipca 2005, czwartek

Zamachy terrorystyczne w Londynie. Ogłoszono stan zagrożenia, wszyscy lekarze muszą zgłosić się na izby przyjęć.

Musiałem odwiedzić każdy oddział chirurgiczny w szpitalu i wypisać do domu tych pacjentów, których życie lub zdrowie nie było bezpośrednio zagrożone, aby zwolnić miejsca dla ofiar zamachów bombowych. Byłem niczym pług śnieżny ze stetoskopem. Wyrzuciłem precz każdego, kto był w stanie wypowiedzieć dwie pierwsze sylaby słowa „symulant”, nie tracąc przy tym przytomności ani nie zaczynając kasłać krwią. Pozbyłem się kilkuset blokujących łóżka złamasów.

13 lipca 2005, środa

Do mojego szpitala nie trafiła żadna ofiara zamachów. Nie było pacjentów, więc przez tydzień nie miałem nic do roboty.

23 lipca 2005, sobota

W ten weekend mój przyjaciel Ron urządza swój wieczór kawalerski, a ja – zaledwie cztery godziny przed rozpoczęciem zabawy – musiałem oznajmić mu, że nie przyjdę. Jest to wkurzające z miliona powodów. Chociażby dlatego, że z szerokiego grona swoich przyjaciół Ron wybrał zaledwie ośmiu facetów, którzy zasłużyli na spersonalizowane T-shirty. I dlatego, że drużyny, które zetrą się ze sobą w trakcie planowanej sesji paintballu, nie będą równoliczne. A także dlatego, że zorganizowanie tego wszystkiego kosztowało mnie czterysta cholernych funtów.

Miałem tego wieczora pracować, ale załatwiłem sobie zastępstwo – w dość skomplikowany sposób (A miał pracować na mojej zmianie, B miał pracować na zmianie A, C miała wziąć zmianę B, a ja zmianę C). Zdawałem sobie sprawę, że w wypadku tego typu podmianek zawsze istnieje ryzyko. To sytuacja podobna do tej, gdy chcecie kupić nowy dom, ale musicie najpierw sprzedać swój stary dom komuś, kto będzie mógł go kupić dopiero wtedy, gdy sprzeda swój poprzedni dom. I właśnie teraz C (którą znam tylko z widzenia) ma rzeczywisty lub wymyślony problem z opiekunką zajmującą się jednym z jej rzeczywistych lub wymyślonych dzieci, więc siedzę na oddziale, zamiast nawalony tequilą zażywać uroków zorbingu.

Ludziom niezwiązanym zawodowo z medycyną[22] pewnie trudno zrozumieć, że nie mogę załatwiać takich spraw z dużym wyprzedzeniem. Grafik w szpitalach ustala się na zaledwie dwa miesiące do przodu. Zamawiam butelkę whisky, na którą mnie nie stać – niemal słyszę głos Eltona Johna mówiącego: „Hola, spokojnie, tylko bez przesady” – i zlecam jej dostarczenie (razem z moimi uniżonymi przeprosinami) do mieszkania Rona. Umawiamy się na poprawiny tylko dla nas dwóch za dwa tygodnie – skończę wtedy cykl nocnych dyżurów i odpracuję te trzy zastępstwa, które wziąłem, żeby mieć wolne w weekend, który ostatecznie spędzam w pracy.

29 lipca 2005, piątek

Dzisiaj przez całą noc czułem się tak, jakbym siedział w łódce z dziurawym kadłubem i próbował wylewać wdzierającą się do niej wodę za pomocą soczewki kontaktowej.

Każdemu pacjentowi, do którego zostaję wezwany, muszę poświęcić co najmniej piętnaście minut, a ponieważ co pięć minut dostaję nowe wezwania, nie ma możliwości, żebym wyrobił się ze wszystkim na bieżąco. Starszy stażysta i rezydent uwijają się jak w ukropie na izbie przyjęć, więc najpierw zajmuję się tymi pacjentami, którzy – sądząc z opisu ich dolegliwości – są bardziej chorzy, i próbuję jakoś radzić sobie z oczekiwaniami pielęgniarek, u których nie mogę się od razu pojawić.

„Bardzo mi przykro, ale mam całe mnóstwo pacjentów w dużo poważniejszym stanie – mówię. – Realistycznie patrząc, będę mógł do was przyjść za około sześć godzin”. Niektóre wykazują się zrozumieniem, inne reagują tak, jakbym właśnie oświadczył: „Odpieprzcie się, mam tu do obejrzenia dwa ostatnie sezony Ally McBeal”. Przez całą noc biegam od pacjentów z bólami w klatce piersiowej do tych z sepsą, od tych z migotaniem przedsionków do tych z atakiem astmy – mam wrażenie, jakbym startował w zawodach medycznego dziesięcioboju. Jakimś cudem wszystkim moim podopiecznym udaje się dożyć poranka.

O ósmej rano jedna z pielęgniarek wysyła na mój pager wiadomość, prosząc mnie o przybycie. Okazuje się, że chciała pochwalić mnie za to, jak poradziłem sobie minionej nocy; dodaje też, że jej zdaniem jestem „cudnym doktorkiem”. Określenie „cudny doktorek” brzmi niczym żywcem wyciągnięte z powieści Enid Blyton, ale nie zwracam na to uwagi – jestem zbyt oszołomiony tym, że – po raz pierwszy odkąd ukończyłem studia – ktoś skomplementował moją pracę. Początkowo nie bardzo wiem, co odpowiedzieć, ale w końcu wystękuję podziękowanie. Mam taki mętlik w głowie, że na pożegnanie rzucam do pielęgniarki: „Kocham cię, pa”. Po części jest to wina mojego ogromnego zmęczenia. Ale mój mózg pomylił się także dlatego, że zazwyczaj jedyną osobą, która mówi mi miłe rzeczy, jest H. Swoją drogą, w tamtej chwili naprawdę kochałem tę pielęgniarkę za to, co powiedziała.

1 Termin „młodszy lekarz” odnosi się do każdego lekarza, który nie jest lekarzem specjalistą (czyli zarówno do stażysty, jak i do lekarza rezydenta). To trochę mylące pojęcie, ponieważ niektórzy z młodszych lekarzy lata młodości mają już dawno za sobą i mogą się pochwalić ogromnym doświadczeniem zawodowym – sporo z nich pracuje w zawodzie kilkanaście lat, obroniło doktorat i skończyło różne studia podyplomowe. To tak jakby każdego członka rządu oprócz premiera nazywać „młodszym politykiem”.
2 Lekarska hierarchia w Wielkiej Brytanii wygląda tak: stażysta, starszy stażysta, rezydent, starszy rezydent, specjalista. Ostatnio zmieniono nazwy kolejnych stopni i mamy teraz dwa stopnie szkolenia bazowego – (Foundation Programme) F1 i F2 oraz siedem stopni szkolenia specjalizacyjnego (Specialty Training) ST1-7. Wszyscy i tak używają dawnych nazw. Dokładnie tak jak wtedy, gdy przez pewien krótki okres płatki śniadaniowe Coco Pops sprzedawano pod nazwą Choco Krispies.
3 H. to mój chłopak, którego poznałem pół roku wcześniej. Nie martwcie się. Nie będziecie musieli zapamiętywać imion całego tabunu postaci. To nie Gra o tron.
4 Będę tłumaczył trudne terminy medyczne, ale jeśli nie wiecie, co to jest stetoskop, powinniście chyba komuś sprezentować tę książkę.
5 Infekcje dróg moczowych u pacjentów w podeszłym wieku, a także inne, nawet niezbyt poważne zakażenia, często skutkują tym, że ci pacjenci zaczynają trochę świrować.
6 Przez pierwszych kilka miesięcy mojej pracy w szpitalu pacjenci, których próbowałem leczyć, byli w równie złym stanie co te meble.
7 Wenflon, inaczej kaniula, to plastikowa rurka, którą wbija się w zgięcie łokcia lub wierzch dłoni. Można do niego podłączyć strzykawkę lub kroplówkę bez konieczności każdorazowego wkłuwania się w żyłę i podać pacjentowi płyny lub leki. Zakładanie wenflonów to jeden z głównych obowiązków lekarza stażysty. Chociaż ukończyłem studia medyczne, nigdy czegoś takiego nie robiłem. W nocy przed pierwszym dniem pracy w szpitalu jeden ze współlokatorów z naszego przyszpitalnego mieszkania ukradł z oddziału pudełko bodaj osiemdziesięciu wenflonów i przez kilka godzin ćwiczyliśmy ich zakładanie na sobie. W końcu się nauczyliśmy. Ślady po wkłuciach mieliśmy jeszcze przez wiele dni.
8 Żylaki przełyku to okropne powikłanie marskości wątroby. Powiększone żyły w przełyku w każdej chwili mogą pęknąć, czego skutkiem jest obfity krwotok.
9 Zgłębnik Sengstakena to rurka, którą wprowadza się do gardła. Można ją nadmuchać niczym balonik, dzięki czemu jej ścianki naciskają na naczynia krwionośne, co może powstrzymać krwawienie.
10 Europejską dyrektywę w sprawie czasu pracy wprowadzono, aby powstrzymać pracodawców przed zajechaniem swoich pracowników niczym łysej kobyły. Za pomocą tego aktu czas pracy ograniczono do „zaledwie” 48 godzin w ciągu tygodnia.
11 Elektrolity to substancje rozpuszczone we krwi – badając poziom elektrolitów, badamy poziom jonów chlorkowych i takich pierwiastków jak sód, potas i wapń. Jeśli jest ich za mało lub za dużo, ciało wyśle wam ostrzeżenie i wasze serce się zatrzyma albo zapadniecie w śpiączkę. Całkiem sprytne, prawda?
12 Furosemid to diuretyk – lek, dzięki któremu wydalicie z moczem nadmiar płynów zbierających się w płucach lub innych tkankach z powodu nieprawidłowego funkcjonowania nerek lub serca. Jeśli tak jak w opisywanym przypadku w waszym organizmie nie ma takiego nadmiaru, wydalicie z moczem wodę, która powinna rozrzedzać krew.
13 Chodzi o nasycenie krwi tlenem, mierzy się je niewielkim klipsem zaciskanym na opuszce palca. Im wynik bliższy jest 100 procent, tym lepiej. Na pewno powinno być to więcej niż 90 procent, a już na pewno, na pewno powinno być to więcej niż 80 procent.
14 Lekarze stażyści spędzają pół roku, poznając tajniki leczenia nieoperacyjnego, i pół roku, terminując na chirurgii. Niestety, miałem pecha i chirurgiczną część stażu odbywałem na oddziale urologicznym.
15