Baśnie kaszubskie - Franciszek Sędzicki - ebook

Baśnie kaszubskie ebook

Franciszek Sędzicki

0,0

Opis

Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej! 

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. 
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.  

 

 

 

Książka dostępna w zasobach: 

Biblioteka Publiczna Gminy Pruszcz Gdański
Powiatowa i Miejska Biblioteka Publiczna w Kole

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 200

Rok wydania: 1987

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



 

BAŚNIE KASZUBSKIE

 

 

FRANCISZEK SĘDZICKI

BAŚNIE KASZUBSKIE

Ilustrował Zbigniew Jujka

Gdańsk 1987

 

Wybór i układ:

Leona Roppla

Redakcja:

Izabelli Trojanowskiej

Korekta:

Maji Szrajberowei

ISBN 83-85011-15-3

Wydawca:

Zrzeszenie Kaszubsko-Pomorskle Oddział Miejski w Gdańsku

Druk: Zakłady Graficzne w Gdańsku Zam. nr 1255/87

Nakład: 30 000 egz. P-4 Cena: 250. -

NA POCZĄTEK

Stary Daczyk, siwy i pochylony, podobnie jak jego stara, drewniana checz słomianym dachem pokryta, z której zwykł przez maleńkie okienka spoglądać na piaszczyste wydmy nadbrzeżne i morze, wyszedł jak co rano popatrzeć na siny obłok i zmaganie się spienionych fal, przypominających białe kwiecie na zielonej łące.

Wypatrywał, czy jakiś okręt nie kołysał się na modrej tafli wód i nie borykał się z żywiołem. Ale naprawdę nie interesowały go ani losy, ani bieg okrętów. Od chwili gdy jako wysłużony marynarz po latach służby osiadł w rodzinnej wiosce, już tylko z daleka spoglądał na przepływające okręty. Przyniósł z sobą trochę grosza uciułanego przez lata swej służby marynarskiej - bo jako Kaszuba był oszczędny i bezmyślnie pieniędzy nie trwonił — kupił opuszczoną chatę, cokolwiek ją wyreperował i zwerbował do siebie swoją piętnastoletnią siostrzenicę Barbarę, która mu załatwiała nieliczne jego „obrządki domowe”.

Było to już późną jesienią, wiatry burzliwe wiały po morzu i po pobliskim lesie. Naraz wicher zadął z innej strony i, wionąwszy lodowym podmuchem, przyniósł pałą chmurę płatków śniegu.

Prawie równocześnie ukazał się jakiś obszarpaniec, dość niskiego wzrostu, z długą brodą i salutując po wojskowemu rzekł po kaszubsku:

- Jem Jakusz, powstaniec z południowych stron, Kaszuba. Włócziłżem sę po różnych krajach, prze ostatku, cziej powstanie sę nie wiodło, udało mnie sę przedrzeć bez granicę i szukóm tero bezpiecznego miejsca, gdzebem przenómni bez czas groźny zeme mógł sę jakoś schronie. Gbur Owsnica, pewnie wóm znóny, przesłôł mnie do was, uwóżając, że tu bełobe nósposobniesze miesce.

— Miescô u mnie je dosc — odrzekł Daczyk. — Barbara napôli w piecku i ugotuje strawę. Tec ma jesma wszesce jedny wiarę polsczi jako Kaszubi. Ale co me bez ten dłudzi czas zemowi będzema robiła?
— Ech, o to ju je nômniejszi kłopot. Owsnica mnie po-wiodôł, że żesce jezdżeli po różnych daleczich krajach i chętnie opowiódóce o różnych dzejach, jóżem też w moji włóczędze z niejdnego pieca chleb jôdł, jeżeli bił, i tej żem też nazbierôł sporo różnych gôdk. To starczi nama,
— No, to może jo! Jô rôd opowiôdôm, le no ni ma kogo, cobe mnie chcôł słuchac, bo moja Barbara ju je z inny mase, jak ma starzi i stare powiôstczi, chtórnych moji włóczędze z niejednego pieca chleb jôdł, jeżeli bił, żesma słucheli chętnie całimi dniami i wieczorami jaż do późny noce, czekawich bôjk i opowiôstk. Woli za to jisc, jak młodzeż dzisejszô, na szpreche i tarache. Ale za to tu przińdze czasem staro Jula ze wse, a też mój znajômk Owsnica, a czasem też zwali sę cało wieś, abe cos czekowego posłuchac. A trochę niejeden także cos od sebie dorzucy... Jo, to nôm na jednę zemę starczi.

I tak Jakusz zamieszkał w starej chacie u Daczyka i obaj, przy udziale nieraz też innych mieszkańców wioski opowiadali najrozmaitsze baśnie, gadki i opowiastki, których na Kaszubach tak wiele.

LIS I WILK

Wilk i lis byli dawniej przyjaciôłmi. Raz lis udał nieżywego i położył się nad drogą, którędy przejeżdżał rybak z niewodem i rybami. Rybak myśląc, że lis jest nieżywy, położył go obok ryb na wóz. Gdy przyjechał do domu, zauważył, że na wozie nie ma ani lisa, ani ryb. Podczas jazdy lis zrzucił ryby z wozu, o czym świadczyły ich małe gromadki, które rybak, cofnąwszy się kawał drogi, odnalazł. Kiedy lis zajadał ryby, przyszedł do niego wilk

— Skąd te môsz tile rib? — pytał się lisa.
— Ułowiłem sobie w stawie.
— A jak to sę robi? — zapytał wilk.
— Chodź leno ze mną, to cy pokôżę.

Szli zatem do jeziora, gdzie jeszcze były przeręble wycięte od niewodu.

— Tu leno włóż ogon w tę durę i czekôj jaż rebe go chwecą, a jo timczasem pudę zazdrzec do moji jame, a potem przindę nazód pomoc cy rebe wecągac.

Wilk czekał i czekał, a że był srogi mróz, więc naokoło ogona utworzył się lód. Wilk ciągnął i ciągnął, ale wydobyć go nie mógł. Lis tymczasem przybył z powrotem. Widząc, jak wilk się męczy, śmiał się.

— A widzysz, ile tich rib sę nagromadzeło, ale czekôj no, jo cy pomogę je wecągnąc.

Ujrzał w pobliżu psa i wabiąc go zaprowadził do wilka. Sam zbiegł, a wilk, zaatakowany przez psa, szarpnął, aż urwał ogon. Wskutek szczekania psa zbiegli się ludzie i Wilka ubili.

Tak się skończyła ta przyjaźń.

WILK I BARAN

Kaszuby są bogate w tradycję „wilczą”. Powiadają, że wilk był najsilniejszym zwierzem i żaden inny zwierz nie mógł go pokonać. Było nawet tak źle, iż światu groziło, że wszystkie zwierzęta zostaną przez wilki wytępione. Na skutek skargi stwórca sparaliżował mu grzbiet tak że nie może się wykręcić.

Zewsząd napływały skargi na wilka i jego żarłoczność. Zwierzęta więc pod przewodnictwem ich króla, Iwa, zebrały się na wielki wiec, aby sprawę wilka poddać pod sąd. Wystąpiły najrozmaitsze zwierzęta i ptaki, jak kury, kaczki, gęsi, zające, króliki, bażanty i inne, aż nareszcie postanowili wydać wyrok.

Król lew oraz ławnicy prosili o wnioski.

— Wszesce domagale sę kare smierce. A kto je przecyw karze smierce? — zapytał się lew.

Sprzeciwił się tylko baran, bo mu się ta kara wydała za okrutna. Ponieważ podług kodeksu zwierzęcego wyrok śmierci wymagał jednomyślności, musiała więc być nałożona łagodniejsza kara i skazano wilka na wyłączenie ze społeczności zwierzęcej. Wszystkie zwierzęta zgodne były z tym, że z nim żadne nie miało trzymać towarzystwa. Wilk opuścił zgromadzenie a za nim podążył baran. Poszli więc razem, przy czym wilk dziękował baranowi za obronę. Jakiś czas szli zgodnie przez pola i las, baran po drodze uszczypnął tu i ówdzie trochę trawki, gdy wilk na próżno oglądał się za pożywieniem. Popróbował także po trochu uszczypnąć trawy, ale jego żołądek przyzwyczajony do mięsa trawy nie przyjmował. Ostatecznie rzucił się wilk na skubiącego trawę barana.

- Co te na mnie sę rzucôsz, com cę webawił od smierce? Czemu to robisz?
— Bos baran! — odpowiedział wilk i schrupał całego barana.

PIES I KOT

Gdy człowiek nastał na ziemi, nie miał żadnych przyjaciôł wśród zwierząt, ale zaczął ich szukać. Wybór padł na psa. Pies okazał się wierny i nie wymagający. Zadowalał się lada budą skleconą z byle desek, podprószonych trochę barłogiem; zaś za pożywienie służyły mu odpadki i obgryzione kości. Ale kości te stawały się dlań coraz mniej pożywne, ponieważ dzieci, łakome na mięso, wszelkie resztki mięsa obgryzały, tak że psu dostawały się tylko całkiem gołe gnaty. Pies wskutek tego chudł i stawał się coraz bardziej niezadowolony.

Aż ostatecznie oburzył się nie na żarty i groził zerwaniem przyjaźni. Zatrwożył się człowiek i wszczął z psem układy. Stanęło więc na tym, że pies nie tylko gołe kości, ale także z resztkami mięsa na nich dostanie. Pies jednak, znając ludzką naturę, nie zadowolił się samą obietnicą, lecz wymógł na człowieku, że ugoda ta zawarta zostanie na piśmie. Podczas tej ugody siedział kot na drzewie i przez otwarte okno słyszał i widział wszystko, co w pokoju się działo. Gdy przyszło więc do ugody, przyłączył się także jako strona i uzyskał to, iż jemu się miały dostać płynne zupy i inne podobne potrawy.

Teraz dla psa i kota nastał nowy kłopot; gdzie schować cyrograf, aby go mieć w razie potrzeby pod ręką.

— He — powiada pies — jo jem często zajęti, nie tilko na podwórzu, ale też za podwórzem prze paseniu bedła, a czasem prze polowaniu, a te tu jes wiedno i nadto możesz sę letko wdrapać na balci, to wez le ten cyrograf, wdrap sę pod dach stodołę i tam go umieszcz.

Kot to przyrzekł uczynić i sprawę uważano za załatwioną. Wszystko było w porządku, dopóki żył ów człowiek, który zawarł ugodę z psem. Gdy zmarł, jego syn, który po nim nastąpił, o owej ugodzie nic nie wiedział i też warunków w niej zawartych nie dotrzymywał. Długi czas pies znosił to cierpliwie, ale ostatecznie upomniał się o swe prawa zapisane w ugodzie.

— Jaci? — zapytał się jego nowy pan. — Jô o żôdnych nie wiem.
— Zarozku je pokôżę — odpowiedział pies i zwrócił się do kota po cyrograf.

Kot przypomniał sobie, że go schował pod dachem stodoły, wdrapał się tam, ale... cyrografu nie było, były tam jedynie świstki - ogryzki pozostawione przez myszy Smutny zszedł kot, a pies zaraz się pyta, gdzie cyrograf. Kot odpowiedział:

— Miau, miau. Ale go nie ma.

A pies pytał się:

— Hau, hau, gdzie on je?

I przyskoczył do kota. Kot wyciągnął pazury i psa strasznie pokiereszował, o potem uciekł. A cyrografu jak nie ma, tak nie ma.

Od tego czasu datuje się nieprzyjaźń psa do kota. Kot zaś ze swej strony uwziął się na myszy i gdzie je dopadnie, tam pożera.

CZEMU BOCIAN MA CZARNE PLAMY

Bocian, coroczny gość w lecie w naszych wioskach, a ulubieniec szczególnie dzieci wiejskich, które go zwykle witają okrzykiem: „Bocónie, co te môsz w ogonie, malowane dzewczęta, a usmôrkane chłopięta” — stanowi jednak dla ludu pewną zagadkę. Zagadkę tę stanowi pytanie, dlaczego bocian ma na skrzydłach czarne „szplachce”, czyli plamy. Tę okoliczność tłumaczą sobie następującą opowiastką.

Za pogańskich czasów służył jeden chłop u pewnego bôżka. Ten bôżek nazewôł się Bogdin, a ten chłop sę nazewôł Bociek. Bôżek miôł pozebrane w dużim miechu wszesce robactwa: żabe, wędzebôci, ponarwe, szczipôwci, kowôlôw, ceslôw, żmije, wieszczôrci i wszistko robactwo, jacie leno dô i on kôzôł temu Boćkowi ten miech z tim robactwem zabrać i wrzucec we wodę. Ale on ni miôł zaglądać, co w tim hriiechu beło. Ten chłop mu to prziobiecôł i wzął ten miech, i poszedł. Ale w drodze wzęła go cekawosc, co w tim miechu beło, i on ten miech otworził. Skorno on ale ten otworził, tędeto robactwo hurmem z tego miecha weprisło. Tak ten chłop sę strasznie werzasł i zaczął brzedalstwo chwitac, ale czim barżi on 90 chwitôł, tim barżi ono sę rozchodzeło, tak że nie wiedzôł sobie w kuńcu rade Tak bôżek sedzôł tede prawie kole swojego ogniska głownią w ogniu szturôł. Jak ten chłop jemu to powiedzoł, co z tim miechem zrobił i co to robactwo zrobiło, tej bôżek sę strasznie na niego oburził, chlapnął go tą głownią i mu rzekł: — Zeli te to robactwo rozpuscył, to jic go zbierôj!

 

 

Ten chłop ale sę umkł i, ta głownio go leno zdebło chwecęła ze stronę. W ti chwili on sę ale zmienił w ptôcha, a gdze go ta głownio chweceła, tam on ten ptôch otrzimôł côrny szplachc.

I od tego czasu to powstôł bocôn i chwitô to robactwo laż do dzys dnia.

POCHODZENIE GRYFA

Dziwaczne to stworzenie ten Gryf! Z postaci ni to ptak. ni to zwierz, albo jedno i drugie razem. Z przodu orzeł... z tyłu lew. A przy tym ma niby ośle uszy. Może się wydawać, że Pan Bóg w trakcie tworzenia świata pomylił się, albo też kończąc swe dzieło spostrzegł, iż pozostały mu dwie różne części — ptaka i zwierza, a nie chcąc nic uronić z materiału złączył je razem i na ziemię wysłał.

Różni mądrale wiejscy rozmaicie sobie to dziwne zjawisko tłumaczyli i ciekawym słuchaczom obrazowali. I tak Jan Cierzaniec z Kornego, bardzo żywy i zawsze gotowy do odpowiedzi wytłumaczył tę okoliczność bardzo prostą przypowieścią.

Kiedy Pan Bóg zajęty był mozolnym trudem tworzenia życia na ziemi, zły duch — Przegrzecha — czaił się jak lis około kurnika i Stwórcy zawsze się psocił, a z utworzonego dzieła się wyśmiewał. Aż raz, gdy tego było już perzyneczkę za wiele, a bies zanadto się zbliżył, Pan Bóg kawał grudy, jaką akurat trzymał w ręce, rzucił i uderzył nią opętańca prosto w nos, a przy okazji przetrącił mu kudłatą nogę, od czego do dziś kuleje.

Czart — pokuśnik ugodzony boleśnie zawył, chwycił się za osmolony ogon, zaczął się wywijać jak oszalały i robić takie pocieszne koziołki, że aż aniołowi, który Panu Bogu pomagał w pracy, śmiesznie się stało i oglądając się na ornońca, przez zmyłkę zamiast cielska do orlego łba, jaki Stwórca w tej chwili formował, podał obok leżące już gotowe cielsko Iwa, Spostrzegłszy to diabeł pomimo bólu zaczął się śmiać, na co Pan Bóg, aby pokazać, jak te wybryki szatańskieocenia, przysądził Gryfowi jeszcze coś w rodzaju oślich uszu.

Tak tę sprawę przedstawił zawsze zwinny w wymowie Cierzaniec z Kornego. Ale stateczny i „chłop przy sobie” Piotr Rokita spod Tuszków, gdzie zawsze bywali najwięksi mądrale (choć z nich się w okolicy jeno głupio wyśmiewają i o nich różne cudaczne historie opowiadają), wyjaśnił tę rzecz inaczej.

Kiedy Pan Bóg stworzył świat, wtedy miał niemałe łamanie głowy, żeby to wszystko za czymś wyglądało, a nie zdradzało żadnej fuszerki. Trzeba było to jakoś planowo rozłożyć i uporządkować pomysłowo: skały, gliny, piaski, góry i wądoły, lasy, jeziora i rzeki, morza i pustynie, a także stworzenia żywe — ptaki, zwierzęta, owady i ryby. A szczególnie ludzi trzeba było odpowiednio uposażyć i osiedlić.

Ponadto zaś, zanim się ludzie między sobą ułożą i zasiedzą, należało przeznaczyć jakiegoś opiekuna dla każdej z okolic, który by miał nad nią pieczę, osobliwie póki się ludzi dostatecznie nie namnoży.

Takimi opiekunami były u nas wielkoludy, czyli po kaszubsku stolimi, istoty o kształtach i charakterze ludzkim, ale ogromnego wzrostu i siły. Przechadzając się po kraju stąpali z wierzchołka jednego wzgórza na wierzchołek drugiego, przez lasy przechodzili jakby szli po łączce z wysoką metlicą, drzewa, kiedy im zawadzały, wyrywali z korzeniami, a kamienie rozbijali pięściami jakby orzechy, stąd to teraz natrafia się na Kaszubach na tyle kar mieni leżących na ziemi. Gdy ich zaś porwał gniew albo swawola wtedy rzucali olbrzymi głazami.

Na Kaszubach takim stolimem był Gryf. Miał postać ludzką, brodę tak dużą, że mógłby nią całe miasto jak mgłą przykryć. Brnął przez jeziora, bagna i rzeki, a nawet przez morza, jak bocian przez płytkie pluty. Wchodząc też do wody łapał ryby całymi garściami jak rybacy śledzie, gdy płyną całymi ławami; chmury na obłokach zwijał jak płachty, zbijał je lub odsuwał, gdy mu zaciemniały albo zasłaniały słońce; dmuchając wywracał drzewa, gdy chciał sobie torować ścieżkę przez bory i lasy. A kiedy mu obmierzło wanożenie po kraju siadał na wysokich grzępach i dmuchając zmieniał kierunek wichrów albo też ptaki wytrącał z lotu. Na Jastrzębiej Górze pod Dolną Brodnicą do dziś leży ogromny głaz, jaki tu przywlókł, aby na nim usiąść, a płaski i udeptany szczyt Łysej Góry , pod Gostomiem świadczy wymownie o jego tu pobycie.

Tak Gryf żył tu już długie czasy, aż zdarzyło się pewnego razu, że Stwórca świata postanowił wybrać się na inspekcję, aby zbadać na miejscu, czy dzieło stworzenia funkcjonuje w poszczególnych krajach według jego planu i woli.

Przyszedł wtedy i na Kaszuby — drogą wedle Wisły, przez Bory Tucholskie, Ziemię Pierszczewską i Mączewską, przez dzisiejszą Kalwarię Wejherowską aż do morza. Rzeki mu się usuwały z drogi albo zatrzymywały nurt wodny, by nie zmaczał stóp, kamienie odskakiwały, drzewa się kłaniały, zwierzęta się kłaniały, a ptaki gromadząc się całymi stadami, wspaniałymi hymnami czciły Stwórcę i Pana.

Tak zetknął się pan świata i z Gryfem, który akurat siedział zamyślony na wzgórzu przy Krążynie, zwanym z kaszubska Krzeszna, stopy maczał w Jeziorze Potulskim. Zapytał Pan Bóg Gryfa, jak się czuje, jak sprawują się w tym kraju stworzenia, a szczególnie korona stworzeń — człowiek. A przy tym też tak mimochodem pytał go, co sądzi o dziele stworzenia w ogólności.

A na to Gryf:

— Pomysł je wspaniali, wykonanie niezłe. Ale co do człowieka, to będąc jemu z postaci podobny, wypowiem pewne ubolewanie. Bo procymko jinnych tworów jest on perznę mizerny. Gdy stoi, to on jest wprawdzie tak duży, ale nie ma siły ani tura, ani lwa albo nawet wołu, ani też jak ptôch w powietrze uniesc sę nie może, a przytim tak zymą jak latem w chłodzę po tutejszej zemi dwunożnie ćzołgac sę muszi. Jo chocóż z ksztôłtu do niego podobny, jakoś sobie radzę. Ale to mnie nierôz mierzy, że tu ni ma jaciegos skalistego szczitu,.na jaci bem sobie wigodnie sadnąc i nodżi mógł wecągnąc swobodnie, le brodzyc muszę po głazach, aż do drudzi strony zatoci, bo tutejsze piaszcziste wzgórza pod ciężarem sę usuwają. A ni môm skrzideł i szlapac muszę w zemny wodze morsci, be sobie przetrekac jaci głaz — z wielką cemięgą i trudem.

Zachmurzyło się oblicze Stwórcy.

— Tak ty rozumujesz — odrzekł gniewny. — Skorno sobie żiczisz, będziesz odtąd lôtôł i staniesz sę podobny do ptôcha i Iwa. A zarazem, że bredzysz tak niedorzecznie, temu otrzimôsz na dobitkę osie usze..

Figura Gryfa zaczęła się zmieniać, aż przybrała taki kształt, jaki widzimy na obrazkach i tarczach.

MUZALF I GRYF

Szła dziewczyna po wodę do studni obok wioski,a że jej było wesoło, nuciła sobie piosenkę:

Poszła panna po wodę

miała dziwną przygodę...

Spojrzała przypadkiem na ziemię i zauważyła strąk bobu. PPodniosła go, a ponieważ był jeszcze świeży, zjadła. Ale jakże się zdziwiła, gdy po pewnym czasie porodziła dorodnego chłopca. Wychowała go i nadała mu imię Muzalf. Bieda u niej była straszna, ludzie się z niej pośmiewali i gdy się nadarzało, dokuczali jej. Ale chłopiec szybko rósł i pocieszał matkę:

— Nie będzeme miec biede. Niech no jô uroscę.

A kiedy dorósł, rzekł do swej matki:

— Nenko, dójce le mnie zrobić żelazny cijôk, bo jô pudę w świat.

Matka poszła do kowala, a ten zrobił tęgi i gruby kij. Ale Muzlaf zgiął go jak trzcinę.

— Ten je za słabi, dójce mnie zrobić mocniejszi.

Nie mógł się nadziwować kowal, gdy usłyszał słowa roatki Muzalfa, że syn jej zgiął tak grube żelazo, ale zrobił drugi, wprost pałkę żelazną.

Tę wypróbowawszy Muzalf uznał za dobrą, wziął do ręki i zabrawszy trochę pożywienia wyruszył w drogę.

Szedł niezbyt daleko. W gęstym lesie, do którego się niebawem dostał, posłyszał głośny trzask i wkrótce dojrzał olbrzymiego człowieka, który wyrywał drzewa z korzeniami i rzucał je na gromadę.

— Co te tu westwôrzôsz? — zapytał młodzieniec.
— Ni môm co robic — odrzekł ów — więc marchewkę sobie weriwôm. Może sę przedô komu. Pój, możesz też sobie jaką werwac.
— Te głupie żarte możesz powiedzec taciemu jak te Ielekowi — odciął się Muzalf i chciał iść dalej, ale olbrzym mu się przeciwstawił, złapał go za ramię, aby go obalić. Muzalf ani drgnął, jeno podniósł swą żelazną laskę.
— Nazywôm sę Werwidąb i biada temu, co ze mną zaczinô! — zaryczał olbrzymi chłop.
— A jo Muzalf i możema sę spróbować.

Zaczęli się mocować, aż po kolana stanęli w twardej ziemi, ale żaden nie zdołał swego przeciwnika pokonać. Widząc ostatecznie, że dalsze zapasy są bezskuteczne, postanowili się pogodzić i iść razem szukać przygód w świecie.

Nie uszli jeszcze zbyt daleko, gdy się na nich posypał grad drobnych kamieni, a powiew wiatru zasypał prawie całkiem oczy, że ledwie przed się spojrzeć mogli. Oglądają się, co się dzieje, aż wtem spostrzegli, że potężny jakiś człowiek stał na skraju lasu, zrywał górę po górze i zasypywał nimi doły. Muzalf przyskoczył do niego i zawołał gromkim głosem:

— Co te lôntrusu, so pozwôlôsz statecznym ludzom piôsciem zasepiwac ślepia?
— Jô jem Waligóra, rôwnôm górę z dołami, a jeżeli komu to sę nie widzy, niech jidze ze mną w zapasę!

Muzalf odłożył czyni prędzej swój kij i zaczęli się zmagać. Zmagali się tak, aż ziemia jęczała, a tumany kurzu jak chmury potężne unosiły się w górę, ale żaden zwycięstwa nie odniósł. Tak ostatecznie ugodzili się, że pójdą razem w świat, szukać jakiejś nowej przygody. Wędrowali dość długo we trójkę i przyszli do jakiejś chaty w głębokim lesie, gdzie zastali wszelkie umeblowanie i naczynia na stole, ale nikogo, co by tam gospodarzył Byli głodni, więc postanowili, że dwaj pójdą na zwiady, a jeden z nich zostanie w chacie i przysposobi jadło. Ułożyli rzecz tak, że kolejno zajmą się przysposobieniem jadła, gdy dwaj pójdą do lasu, aby wypatrywać gospodarza chaty, a przy tym jakąś zwierzynę upolować.

Najpierw przyszła kolej na Wyrwidęba, który miał zostać w chacie i przygotować jedzenie, a skoro by było gotowe, wyjść z chaty i dać strzał z ich strzelby na znak, żeby ci dwaj przyszli na posiłek.

Wyrwidąb zostawszy sam w izbie rozniecił ogień na kominku i zaczął gotować. Nagle ogień buchnął i zjawił się jakiś stary, siwy dziad z długą brodą i niby tak zziębnięty, że trząsł się jak liść osikowy.

— Patrz, jak jem przemarzłi — ozwał się drżącym głosem. — Pozwól, że wlezę na kominek i sę cokolwiek rozgrzeję.
— Tej le właź — odrzekł Wyrwidąb i pomógł jeszcze dziadowi wygramolić się na kominek, gdzie usadowił się za kociołkiem trąc zesztywniałe palce. Wyrwidąb dorzucił jeszcze drzewa, tak że płomienie buchały, a dziad od siebie ogień odpędzał i się grzał. Jak już jedzenie było gotowe Wyrwidąb nalał na misy i zaczął jeść, udzielił także dziadowi część. Ale starcowi, gdy zaczął jeść, palce trzęsły się tak, że mu łyżka wypadła z ręki, i poprosił Wyrwidęba, ażeby ten pochylił się po nią i podniósł. Skoro siłacz się schylił, jak zwinny kot skoczył na niego ów stary dziad, schwycił za kark i zaczął dusić. Jak go ostatecznie wyczerpał, powiesił w kominie nogami do góry.

Dwaj towarzysze Wyrwidęba czekali i czekali, podsłuchując raz po raz na wiadomy znak, czy nie mają spieszyć do stołu. Ale czekali daremnie, aż w końcu znudzeni i głodni wyruszyli do chaty.

Jakież było ich zdumienie, gdy zastali siłacza powieszonego do góry nogami w kominie, puste misy i talerze, a nikogo w chacie. Wywlekli Wyrwidęba z komina i gdy przyszedł do siebie, zaczęli się wypytywać, co się stało. Siłacz jednak się wstydził, że tak dał się oszukać i pokonać, i nic nie powiedział.

Przyszła zatem kolej na Waligórę, któremu polecono, ażeby przygotował jadło, a po przygotowaniu Muzalfa i Wyrwidęba wystrzałem przywołał.

Waligóra jak jego poprzednik zniecił ogień na kominku, nastawi rondle, gdy nagle pojawił się ów brodaty i niby zziębnięty dziad i poprosił o to, aby mógł się ogrzać. Waligóra uczynił to samo, co jego poprzednik. I wszystko stało się jak przedtem.

A towarzysze czekali. Kiedy im się nareszcie znudziło poszli do chaty, gdzie Waligórę zastali powieszonego nogami do góry w kominku. Zdjęli go czym prędzej, ocucili, ale i on wstydził się coś powiedzieć.

— Tero je na mnie kolej — rzekł Muzalf. — Jô tu terôzku spenetruję, co tu sę za cuda dzeją i jedzenie warna sporządzę.

I tak jak jego poprzednicy wszystko przygotował i miał też tę samą przygodę z siwym dziadem. Ale w chwili, gdy się schylał po łyżkę, którą dziad pozornie upuścił z niemocy na ziemię, miał go trochę na oku i kiedy dziad na niego zamierzał się rzucić, uprzedził go, złapał i po ciężkich zmaganiach ostatecznie zwyciężył, zbił strasznie, a potem długą brodę dziada wkleszczył w ogromny kloc, który znajdował się w izbie.

— To tak sę dzało z mojima towarzyszami i te to weprawiôł te brewerije. Ale czekôj le. Wezwię tu terôz mojich towarziszi, ażebe oni poradzeli jak cebie osądzec.

To powiedziawszy wyszedł w las ażeby towarzyszy przy pomocy umówionego znaku przywołać do stołu. Gdy jednak wszyscy wrócili do chaty, nikogo już tam nie zastali, tylko ślad, którym ów dziad powlókł za sobą ciężki kloc. Poszli tym śladem i dotarli do pewnego otworu w ziemi, w którym się dziad ukrył. Było to bowiem miejsce, zaklęte i na tym miejscu stał dawniej wspaniały zamek, który się zapadł.

Domyślił się tego Muzalf i polecił swym towarzyszom, ażeby sklecili jakiś mocny kosz i przygotowali długi powróz z korzeni, po czym wlazł w ten kosz i kazał się spuścić w otwór. Jechał długo, aż gdy powróz się już prawie kończył, otwarła się przed wspaniała sala, pełna drogich, rzadko spotykanych kamieni, które świeciły tak jasno, że cała sala tonęła jakby w rzęsistym świetle dnia. A pośrodku tej sali siedział ów dziad z brodą wkleszczoną w kloc, błagający Muzalfa, by brodę z kloca wyzwolił, czego jednak młodzieniec zrazu nie uczynił.

Po chwili zjawiły się trzy panny, całkiem czarne. Były to trzy siostry, które w tym zamku przebywały zaklęte wraz z nim. A ów dziad zaczął prosić Muzalfa aby go uwolnił od kloca.

— Żeli te mnie uwolnisz — błagał — spełnię wszesci twoje żiczenia i ju cę przestrzegôm, że twoji towarzisze planują cę oszukać i cę zgubie.

To zdawało się Muzalfowi możliwe i z większym już zaufaniem spytał się go, jak zamek ten i panny wybawić może.

— Żeli sę przekonôm, że mnie nie jidzesz zdradą, to uwolnię cę z kloca.
— Wsadź te pannę kolejno do kosza, w którim żes sę tu spuscył i dój polecenie twojim towarziszom, żebe go wecągnęli — oświadczył dziad.

Muzalf uczynił według polecenia. Wyrwidąb i Waligóra byli niemało zdziwieni, gdy w koszu wyciągnęli zamiast swego trzeciego towarzysza urodziwą pannę, która natychmiast, stanąwszy na ziômi, stała się białą i zapowiedziała, iż znajdują się w dole dwie jej siostry, które jeszcze czekają wyzwolenia Zarazem pierwsza część zamku wyszła z ziemi. To samo stało się gdy druga i trzecia siostra stanęły u góry, aż cały zamek ukazał się na powierzchni ziemi.

Gdy jednak po wybawieniu sióstr towarzysze Muzalfa spuścili kosz na dôł, dziad ostrzegł Muzalfa, aby nie wsiadał do kosza, bo jego towarzysze zamierzają przeciąć linę przed wydobyciem kosza, tak aby spadła i się zabił.

Gdy Muzalf, zamiast wsiąść do kosza nakładł do niego kamieni, po niedługim czasie kosz z kamieniami runął na dôł. Poznał wtedy młodzieniec, że dziad myślał rzetelnie, uwolnił go więc z kloca, po czym dziad natychmiast znikł.

Ale co miał począć Muzalf? Jak miał się wydostać z lochu. Siadł na kamieniu, który tam po wybawieniu sióstr i zamku jedynie został, i zaczął rozmyślać nad swoją dolą. Ale na szczęście przybiegł nagle wielki kozioł z dużymi rogami. Muzalf uczepił się rogu, wsiadł na kozła i pojechał na nim. Kozioł zaniósł go aż gdzieś daleko w pustynną całkiem okolicę i tam zwalił na ziemię Nie wiedział Muzalf, co począć i jak się dostać do siedzib ludzkich. Ale zauważył niebawem, że w pobliżu stał ogromny dąb, a na tym dębie olbrzymie gniazdo, w którym kwiliły młode gryfy. Nadciągnęła właśnie burza gradowa, przy czym padał grad wielkości dużych orzechów i młode gryfy zaczęły mocno skrzeczeć, bo grad groził im zabiciem, a starego gryfa nie było, który by je osłonił. Muzalfowi żal się stało młodych piskląt. Wdrapał się na drzewo i starannie je przykrył. Stary gryf przyleciał dopiero gdy przestało padać, wielce uradowany, że młode żywe i starannie osłonięte. Był mocno zdziwiony tym kto się młodymi tak zaopiekował, przy czym niebawem spostrzegł Muzalfa.

— Cze to te tak sę zaopiekowôł mojimi dzecami? — zapytał.
— Stało mnie sę żôl niebożąt - odrzekł Muzalf - wdrapôł żem sę na dąb i przekrił biedactwa.
— Tos te zrobił bardzo chwalebnie i zasłużiłes na nagrodę. Powiedz mnie, co cy tero potrzeba.
— Webawiłem zaklęti zamek z trzema pannami, ale tam mnie zdradzeli moji koledze i tero tam gospodarzą tam jo chcôłbem sę ród dostać. Te jes potężny ptôch, może be te mnie tam dotąd zawlókł.
— To je barzo daleko, a te jes też walnie cężci. Ale dobrze, jô spróbuję. Leno przegotuj dużo mięsa, żebem miôł w drodze czim sę pożewic.