Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 267 Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 8 godz. 9 min Lektor: Krzysztof Plewako-Szczerbiński

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 8 godz. 9 min Lektor: Krzysztof Plewako-Szczerbiński

Opis ebooka Bardo - Agnieszka Szpila

Kapitalna powieść o Polsce i Polakach w krzywym zwierciadle.

Do Barda Śląskiego, gdzie znajduje się Matka Boska Płacząca, udaje się autokarem niezwykła pielgrzymka. Patrioci, narodowcy, męczennicy, emeryci, narzeczeni, single szukający szczęścia na portalach randkowych, a nawet adepci wiedzy ezoterycznej wszyscy jadą do Bardo w nadziei na cud, który odmieni ich dotychczasowe życie. Na czele grupy stoi pilotka-przewodniczka charyzmatyczna matka Małgorzata, siostra przeorysza.

A to, co wydarzy się podczas nietypowej podróży przypominać będzie momentami sceny z pełnych absurdalnego humoru filmów Quentina Tarantino.

Zimna furia, wściekłość i wrzask, mowa nienawiści i przemysł pogardy – czyli Agnieszka Szpila powraca z powieścią, w której przystawia Polsce lustro do twarzy. Nie jest to twarz bardzo sympatyczna, choć wielu bohaterów książki uważałoby pewnie, że jest inaczej.
Anna Dziewit-Meller

– Kto sprawę spierdolił? – spytał Jezus dość bezpośrednio, choć i do takiego dyskursu Bożego była Małgorzata przyzwyczajona, wiedziała bowiem, że kto jak kto, ale Jezus na pewno w tańcu się nie pierdoli, tylko mówi, co i jak, i popycha sprawy do przodu, choćby miał skończyć na krzyżu.
– Biskup na żaden mój list nie odpowiedział. Papież także. Milczą, milczą i milczą. Sto listów do nich wysłałam. A wszystkie bez odpowiedzi. Do Torunia też napisałam z prośbą o odczytanie Lucky Seven na antenie – może to błąd PR-owy, ale duża grupa docelowa.
I do kardynała Znicza. I nic.
Nawet Znicz nic.
(fragment)

Opinie o ebooku Bardo - Agnieszka Szpila

Fragment ebooka Bardo - Agnieszka Szpila

Agnieszka Szpila

BARDO

Copyright © by Agnieszka Szpila, MMXVIII

Wydanie I

Warszawa, MMXVIII

***

1. Proszę mi powiedzieć, jak wysoka jest Matka Boża, którą widzicie?

– Około 165 cm. Tak jak ja. (Vicka)

2. Jest szczupła, zgrabna czy…?

– Raczej szczupła.

3. Ile mogłaby ważyć?

– Około 60 kilogramów.

4. Czy wygląda starzej, kiedy jest z Dzieciątkiem?

– Wygląda normalnie – tak samo.

5. Kiedy Matka Boża jest z wami, zawsze stoi czy…?

– Zawsze stoi!

6. Na czym stoi?

– Na obłoczku.

7. Jakiego koloru jest ten obłoczek?

– Obłoczek jest białawy.

8. Czy Matka Boża ma dołeczki na twarzy, tak jak to mają niektórzy ludzie?

– Zwykle nie ma. Może troszkę, kiedy się śmieje. (Mirjana)

9. Jakiego koloru są oczy Matki Bożej?

– Oczy są cudowne! Wyraźnie niebieskie (wszyscy). 

10. Jaki kształt nosa ma Matka Boża: wąski czy…?

– Ładny, mały nosek (Mirjana) – normalny, harmonizujący z twarzą. (Marija)

11. A brwi Matki Bożej?

– Brwi są cieniutkie – normalne – czarne.

12. Co ma na sobie Matka Boska?

– Suknię.

13. Dokąd sięga suknia?

– Do obłoczka, na którym stoi – spada w obłoczek.

14. Czy Matka Boża poza suknią nosi coś jeszcze?

– Ma welon na głowie.

15. Dokąd sięga?

– Sięga do obłoczka, tak jak i suknia.

16. Porusza rękoma, gestykuluje podczas objawienia?

– Nie gestykuluje, chyba że na coś wskazuje.

17. Czy widać paznokcie?

– Widać częściowo.

18. Jakie są – jakiego koloru?

– Normalnego koloru – białe jak śnieg. 

Na podstawie książki Janko Bubalo 1000 spotkań z Matką Bożą, tłum. Maria Balewiczowa

Prolog

Gdy na pasku wiadomości nadawanych w porannym paśmie TVN24 ukazała się informacja o katastrofie drogowej, w której zginęło ni mniej, ni więcej, tylko czterdziestu czterech pielgrzymów jadących do sanktuarium Matki Boskiej w Bardzie Śląskim, Rafał i Olaf szykowali się do szybkiego numerku w błękitnej niczym niebiosa atłasowej pościeli ze sklepu Almi Decor w podwarszawskich Jankach. Plazma zwieszona z sufitu, przypominająca (na siłę) plackowaty zegar na ciut szmirowatych – pewnie przyznacie – obrazach Salvadora Dalego, miała wprowadzić tych chłopcomężczyzn w gorący nastrój dzięki filmowi, który jeden z nich (Olaf) odkrył ostatnio na youporn.com, choć w sumie zgrabniejsza byłaby tu końcówka „come”. I’m coming, Ich komme, ruf mich an. Null, null, zwei und zwanzig, acht und sieben i tak dalej. W krótkim utworze filmowym wątpliwej proweniencji i treści (a takie przecież kręcą najbardziej!) dwóch białych mężczyzn w pseudokolonialnym outficie: w opiętych szortach w kolorze pustyni, obcisłej podkoszulce o barwie czekoladowego brązu (jeden), drugi zaś w bermudach białych jak śnieg z alpejskich szczytów oraz w imitującym skórę lamparta T-shircie, w kapeluszach typu panama, opierając się o skałę (co chwilę spryskiwaną przez morze), przyjmowało pieszczoty od trzeciego mężczyzny, którego odcień skóry, jak również kruczoczarna barwa włosów przykryta finezyjnym różowym jak pianka marshmallow turbanem wskazywały na kraj pochodzenia (Indie!).

I nawet jeśli zachodnioeuropejski „blow job” odbywał się tu w pozycji kolonialnej – biali jak zwykle górą, beżowi na kolanach. Film ukazywał jądro perwersyjnej radości ofiary z bycia ofiarą (beżowy), a kata z bycia katem. Hindus, dzierżąc w brudnych, lepkich, złodziejskich z dziada pradziada dłoniach berła swych białych najeźdźców, zdawał sobie świetnie sprawę z tego, że to dzięki jego sprytowi i oralno-manualnym talentom biali za moment osiągną szczyt.

Filmik dość szybko podniecił chłopcomężczyzn i sprawił, że już po chwili zaczęli obdarzać się pocałunkami i pieścić nieśpiesznie swe czułe miejsca – te zakątki, przylądki i wyspy na mapie ciała, które podbija się zawsze jako pierwsze ze względu na ich strategiczne dla przyjemności znaczenie. Dla Rafała, który jeszcze całkiem niedawno stał – dosłownie i żargonalnie – po przeciwnej stronie seksualnej barykady (miał za sobą wyłącznie związki hetero), ów podbój terytorium wyznaczonego przez ciało kochanka przebiegał teraz według zupełni innej osi, dla Olafa zaś była to „normalka”. Olaf od pierwszej kropelki żelu, nałożonej na włosy zawsze ścięte podług najnowszych trendów światowego fryzjerstwa, wytyczanych przez Londyn i Nowy Jork, przeczuwał, a nawet wiedział, że bliżej mu do pozbawionych tłuszczu na biodrach i udach męskich, szorstkich ciał niż do żeńskich, które zachodziły w ciążę i brzydły, które pachniały – jak mawiał ojciec Olafa – bałtycką flądrą i śmiercią, a w dodatku produkowały coś tak potwornego jak mleko.

Film z piętnastym już chyba rozbryzgiem morza o skałę, na której spoczywały ciała mężczyzn w panamach, nabrał wreszcie właściwego tempa. W grande finale biali strzelali do Hindusa ze swoich różowych, nabrzmiałych pistoletów, a Hindus zamiast śmierci przyjmował w siebie, w rozmaitych konfiguracjach, ciała (zakładających jednakże dominację białych) bielsze od szczytu Kanczendzongi (8586 m n.p.m.) nasienie potomków królowej Wiktorii, a zatem nasienie swojego najeźdźcy, by rzec nawet górnolotnie, swojego „pana”.

Koniec filmiku zaskoczył Olafa i Rafała, a do finiszu zabrakło im może dwóch, trzech minut. Olaf dał znak Rafałowi, że już włącza następny po to, by jednak skończyć razem z tymi, których podglądali od początku zbliżenia, by było im raźniej, bardziej wspólnotowo i – co tu kryć – bardziej podniecająco. I w tym momencie stało się coś, co nie zdarzyło się nigdy wcześniej: gdy z komputera podłączonego kabelkiem do plazmy już miał polecieć kolejny film, komputer odmówił posłuszeństwa i się wyłączył, pozostawiając Olafa i Rafała nabuzowanych poprzednim pornodziełem na pastwę telewizji kablowej, z włączającymi się jako pierwsze, zgodnie z zaprogramowaniem, wiadomościami. Chłopcomężczyzna Olaf dopiero teraz spostrzegł to, co mógł zobaczyć już wcześniej, tuż przed podłączeniem komputera z porno do plazmy: pokazywane od ponad kwadransa zdjęcia z wypadku autokaru pielgrzymkowego, opatrzone czarnym paskiem u dołu ekranu, z rozmaitymi napisami. Widząc zdjęcia oraz czytając komentarze, Olaf zaniechał kontynuacji oralnych pieszczot i koncentrując się na jednym z powtarzających się zdjęć, powiedział:

– Patrz, Rafał, what the fuck? – co w polskim tłumaczeniu oznacza ni mniej, ni więcej, tylko: ożeż kurwa!?! – Ta laska wygląda jak twoja eks, prawda?!

Rafał, próbujący osiągnąć szczyt już tylko dzięki własnemu zaangażowaniu i ciężkiej pracy rąk, przerwał masturbację i utkwił na moment wzrok w plazmie.

Jak to?! Teri?! Teresa?! Jego była dziewczyna, a właściwie eksnarzeczona, którą zostawił pół roku temu dla Olafa, pięknego recepcjonisty z sopockiego Grand Hotelu?!

Na miejscu wypadku oprócz tłumu gapiów była straż pożarna, policja i prokurator. Kamera robiła najazd na szwadron okutanych w dziwne szmaty postaci, z głowami ogolonymi na łyso. To buddyści – jak podaje reporter na podstawie pomruków miejscowych – z buddyjskiego ośrodka oddalonego od miejsca wypadku o kilkaset metrów. Skąd się tu wzięli? Po co przybyli? – zapytuje prowadzący materiał na żywo dziennikarz. Mówią coś o buddyjskiej sandze oraz Święcie Ofiarowania Tysiąca Lampek. Kamera robi zbliżenie na dziesiątki tealightów, które te łyse pały zapalają teraz w miejscu zderzenia autokaru z tirem. Mówią do kamery, że to w intencji pokoju dusz, które zdaniem ich Mistrza – stuletniego mężczyzny o twarzy przypominającej klif morski skrzyżowany z siedzącą na nim rybitwą (nazwisko nie do powtórzenia, więc reporter poddaje się po trzeciej próbie) – znajdują się teraz na granicy życia i śmierci, a raczej śmierci i ponownego zejścia w kanał rodny, czyli narodzin. Przysłuchujący się temu tubylcy popatrują na pomarańczowych okutańców spod byka. Niektórzy nie kryją się przed kamerą z ostrzejszymi reakcjami i spluwają na ich widok przez lewe ramię, czyniąc pośpiesznie i trochę „na odpierdol się” znak krzyża. Ktoś z tłumu chwyta kamień, by „utłuc diabła”, jednak szczęśliwie nie trafia, bo gdyby trafił, to już by do nieba nie poszedł, bo z pewnością by zabił. Buddyści z pobłażliwym uśmiechem i duchową wyższością zwracają się do miejscowych, prosząc o powstrzymanie się od zwierzęcych instynktów i o udział we wspólnej modlitwie i medytacji, co powoduje tylko narastanie agresji, bąbelkowanie hejtu i przyspieszoną fermentację uczuć religijnych o podłożu patriotycznym.

Kamera upodobała sobie Mistrza. Operator daje zbliżenie na książkę, którą Jego Świątobliwość Kliforybitwa wyciąga ze szmacianego tobołka na kiju. Ho, ho, ho! Eno, eno, eno! Zasiadający przed telewizorami widzowie koncentrują uwagę na tytule książeczki: Tybetańska Księga Umarłych. Dźwiękowiec wchodzi w kadr, bo ucieka mu głos Mistrza czytającego na głos fragmenty. Czytane frazy zakłóca pieśń żałobna będąca katolicką mantrą: „Dobry Jezu, a nasz Panie, daj im wieczne spoczywanie”. Na to wszystko – na tę kakofonię złożoną z żałobizmu i żałosności – nakłada się głos reportera rozmawiającego to z tym, to z tamtym, próbującego stuningować katastrofizm tej katastrofy i melodramatyzm tego dramatu. Widzimy, jak krążąc nad ludzką padliną, dziennikarzyna rozdrapuje słowami szponami (kolejna katastrofa w niekończącym się cyklu katastrof narodowych: Las Kabacki, Gdańsk-Kokoszki, Vizille, Katyń, Smoleńsk) te rany, które nigdy nie zabliźniły się w polskim narodzie. Rany sączące się z kart polskiej historii. Kłapie i kłapie, dziobie i dziobie, sam nie wierzy w te swoje teorie, ale robi to tak, że nagle wierzy mu cała Polska siedząca teraz przed telewizorem i posilająca się tą katastrofą niczym chlebem z pasztetem lub mortadelą.

Dla dziennikarza taka katastrofa to odlot. Wreszcie jest temat, na którym może wypłynąć. Do takich okazji jest trenowany od lat. Chwytając „takiego newsa”, natychmiast dokleja sobie sztuczne łzy, a zęby pociera specjalnym węglem, by zdążyły się wybielić jeszcze przed wejściem na wizję. Teraz rzut oka na kodeks postępowania w sytuacjach szczególnych: śmierć celebrytów i narodowe żałoby. Reporter przeżywa katastrofę w takim wymiarze, w jakim zezwalają mu na to określone w kodeksie paragrafy.

Tymczasem na czarnym pasku informacyjnym u dołu ekranu pojawia się nowa informacja: „Według rzecznika episkopatu w autokarze znajdowali się pielgrzymi jadący do Barda, do Sanktuarium Matki Boskiej Strażniczki Wiary. Jechali modlić się o cud. Każdy o własny, bo – jak dodaje rzecznik – Bardzka Madonna już w średniowieczu słynęła z rozlicznych cudów na tych ziemiach, a w jej ręce powierzali swe troski pielgrzymi z całego świata”.

Rafał nie może oddychać, bo faktycznie dostrzega wśród ofiar Teresę. Wszystko się zgadza, niestety. Rafał zamyka oczy, do których powoli napływają łzy znad Bałtyku, nad którym perfidnie zostawił ją, udając się pierwszy raz w życiu na jawną gejowską schadzkę na plaży. Już nie ma dzikich plaż, już nie ma jego dawnej dziewczyny Teresy, z którą mógł wszystko… prócz seksu. Są teraz tylko rozwrzeszczane, oszalałe mewy, bursztyny z pradawnymi szczątkami istnienia, tyle że zrobione z plastiku, oraz Irena Santor. Lecz mimo że wszystko się zgadza – czyli podpis pod zdjęciem identyfikujący ofiarę – tak naprawdę nie zgadza się nic!

– To niemożliwe! Ona by nie pojechała na pielgrzymkę! Ona kasza jaglana nawet w lecie, ona joga, pilates, ona zazen! Ona zamiast różańca czerwoną wełenkę na rękę! Ona buddystka! Ona tradycyjna chińska medycyna! Ona zazen! A tu jakaś Matka Boska Bardzka, autokar śmierdzący paprykarzem i piwem. Co to ma być? To pomyłka, rozumiesz, stary ?! To jakaś straszna pomyłka!

Część I. Kiedy ranne wstają zorze

Berta Brandt

Dnia szóstego czerwca Roku Pańskiego 1884 żona znanego na Śląsku cieśli Walentego Brandta, Berta Brandt, wstała jak zwykle na moment przed świtem. Zanim rozdzwoniły się dzwony w kościele parafialnym pod wezwaniem Nawiedzenia Najświętszej Marii Panny, zanim rozdudniły się podkute przez sąsiada kowala końskie kopyta przydrożnych kupców ciągnących na targ do Kłodzka, zanim rozdarł się kogut i zanim jutrzenka, czyli Gwiazda Poranna, rozpłatała nieboskłon swym światłem. Ten brzask poprzedzający prawdziwy świt od zawsze zastanawiał Bertę. Jakże to – myślała – czy słońce do swoich codziennych narodzin potrzebuje aż takich zapowiedzi? Nie wiedziała wtedy, bo skąd mogła wiedzieć, że zorza poranna to Wenus widoczna na niebie tuż przed wschodem. Jednak ten bezruch, cisza i czerń spowijające świat swym całunem, rozrywane ostrym cięciem jutrzenki po to, by z płatów materii i atmosfery wyłuskać słońce i zmusić świat do pobudki jego jaskrawym jestestwem, ukazywały się Bercie co dzień jako prawdziwy cud natury, jako jej poród.

O tak wczesnej porze chłód daje się we znaki nawet w lecie. Popijając wywar z arcydzięgla, który gotowała zawsze na wieczór, tak by w ciągu dnia ordynować to ziele odwiedzającym ją najczęściej ciężarnym kobietom, drugą ręką głaskała kotkę, która nie dalej jak wczoraj wydała na świat drugi swój miot i grzała się z nim przy ciepłym kuchennym piecu. Pity z rana arcydzięgiel sączył w nią spokój i pewność, których potrzebowała, by dalej, w tajemnicy przed swoim mężem i innymi mężami w całej okolicy, a przede wszystkim przed takim czy innym Bogiem, móc robić dalej to, co robiła od lat, obok odbierania porodów, tak jak jej matka i babka, a kto wie – może i także prababka, w każdym razie od zawsze i po kres czasów jej linia żeńska.

Tego dnia, wyprawiając męża do pracy, dała mu jeszcze w drzwiach, przytulając się do niego mocno całym ciałem, poczuć ciepło płynące z jej bioder i brzucha, tak by myślał o niej przez cały dzień, a w nocy zapragnął jej znowu. Może księżyc wiszący bezczelnie nad sadem i odbijający się w rzece płynącej zaraz koło ich domu, a zatem dwa pełne księżyce pomogą tym razem w zasianiu w brzuchu Berty potomka, co nie udało się im jak dotąd przez cztery lata nieustających starań.

Zjadła na śniadanie ciasto wiśniowe, które przywiozła jej wczoraj znajoma Czeszka Eliszka w podzięce za spędzenie płodu w tajemnicy przed mężem Bohuszkiem, którego duszę i ciało zamieszkują wiecznie chcące żreć i mnożyć się głodne demony, choć Eliszce nie starcza już sił na zajmowanie się z roku na rok powiększającą się gromadą. Dojadając okruszki, Berta usłyszała, jak ktoś załomotał do drzwi. Kiedy je otworzyła, ujrzała rzezaka Guttmanna w zakrwawionym fartuchu, z nożem szechickim w ręce:

– Esterka rodzi!

Berta pobiegła za nim na rynek, gdzie pod numerem siedemnastym mieścił się jego sklep koszerny, na którego tyłach, w podwórzu, Guttmann rzezał ptactwo i bydło zgodnie z zasadami szechity.

Na skąpanym słońcem podwórzu wykrwawiała się krowa, której szajchet Guttmann poderżnął przełyk i aortę dokładnie w tym momencie, w którym młodziutkiej Esterce odeszły wody i zaczęła rodzić. Zdążyła zejść po schodach do części sklepowej, by powiedzieć ojcu o wodzie, która wylała się z niej jak z wiadra, gdy nie znalazłszy go za sklepową ladą, udała się w głąb sklepu, gdzie było wyjście na podwórze. Podejrzewała, że właśnie tam znajdzie ojca. Zobaczyła go pochylonego nad krową, która z poderżniętym gardłem wykrwawiała się w potężnych konwulsjach nad trzymanym przez Guttmanna wiadrem. W tym momencie zaczęły się skurcze.

Gdy Berta stanęła na podwórzu ubojni, ujrzała Esterkę leżącą na zbryzganej zwierzęcą krwią ziemi i aż krzyknęła z przerażenia. Nakazawszy rzezakowi, by pomógł jej przenieść Esterkę do izby na piętrze lub chociaż do sklepu, usłyszała, że to niemożliwe, bo w Esterkę wstąpiła jakaś nadludzka siła, która szarpie nią tak, że nie można jej nijak uchwycić, a nawet dotknąć, bo kopie, gryzie, przeklina i jest silna jak diabeł.

Głupi Izaak – pomyślała Berta – ma teraz za swoje! Jak można było oddać niespełna trzynastoletnie dziecko takiemu capowi na splugawienie i zbrukanie, wierząc w opowiadane przez niego bzdury o jakimś tam Bożym Królestwie!? Stary cap przyszedł tu nie wiadomo skąd i podaje się za potomka jakiegoś Mesjasza ze Smyrny, siejąc tym starym kudłatym Żydom tylko mętlik w głowie i spustoszenie w kieszeni. Szarlatan jeden, zamiast się za robotę jaką brać, bierze się tylko za młode dziewki, by „płodzić” – jak powiada „nowe plemię Izraela”. W niecałe trzy lata dwadzieścioro troje dzieci narobił, nie licząc tych, które na prośbę żydowskich kobiet spędziła w tajemnicy przed nim i radą żydowską we wsi. Topiły potem te płody w rzece. Nieraz się zdarzało, że topielcy dopływali Nysą do Kłodzka, gdzie patrzyli na nie z postumentów wszyscy święci, w tym i Nepomuk. Szemrany potomek Mesjasza pierwej brał się za żony swych uczniów, a ostatnio i za ich córki, także takie młodziutkie jak Esterka Guttmannówna, której matka – Rebeka – trzynastego porodu już nie przeżyła, bo miała od tych porodów ruchomą miednicę. I choć Berta jej śmierć z ułożenia płodu przepowiedziała, namawiając do pozbycia się dziecka, jeszcze póki nie było za późno, Rebeka przestraszyła się gniewu Guttmanna. Dostał on kręćka na punkcie tego szarlatana i oddawszy mu w posiadanie ciało swej żony, zaczął przeznaczać mu także i dzieci. Stary Guttmann nie chciał słyszeć o spędzeniu płodu, skazując tym samym Rebekę na śmierć, a własnym dzieciom odbierając ukochaną matkę.

Jak to się stało, że stary cap Chaim, podający się za potomka jakiegoś Mesjasza, uzyskał zgodę niektórych Żydów na plugawienie swoim nasieniem ich żon, a potem potomstwa – to się Bercie zupełnie nie mieściło w głowie. Podejrzała go raz o zmroku w Domu Modlitwy przez okno, jak modląc się żarliwie i przeżuwając coś jakby gałązki z igliwiem, zaczął poruszać dziwnie biodrami, zataczając nimi koła – po siedem w każdą stronę: siedem jak siedem dni pełnego stworzenia świata, siedem jak siedem boleści Maryi Panny, siedem jak siedem ostatnich słów Jezusa na Krzyżu, siedem jak siedem pieczęci w Apokalipsie, siedem jak siedem lat, w których Salomon budował świątynię, siedem jak siedem czar boskiego gniewu i siedem jak siedem głów apokaliptycznej bestii – po czym sięgnął do spodni i wyjął z nich nabrzmiały członek, i zaczął okładać go gałązkami, po czym pocierać dłońmi i modlić się jeszcze bardziej żarliwie po to, by w końcu zbezcześcić Torę.

Wówczas pobiegła do kłodzkiego rabina, który właśnie przemawiał na bardzkim rynku do zgromadzonych tu Żydów, by przekonać ich do dołożenia pieniędzy na pokrycie dachem kłodzkiej synagogi, i zaczęła mu opowiadać o tym, co widziała. Ten zaś przegonił ją kijem, którym podpierał się podczas chodzenia ze względu na przykrótką nogę, krzycząc za nią, że ma się od spraw żydowskich trzymać z daleka i zainteresować swoim Mesjaszem, bo z tego, co wie, to przez półgłówków, których sobie wybrał na uczniów, skończył jak zwykły bandyta, na krzyżu!

Ale szczekaty! – pomyślała Berta. – Oby mu się na tej kłodzkiej ziemi, na którą dopiero co mógł ze swoimi żydowskimi braćmi powrócić, ta przykrótka nóżka za szybko nie powinęła. Ludzie tu szybkie są. Zapalają się szybko jak drewno, a lasów dookoła nie brak.

Od tamtej pory Berta patrzyła z ukosa na Żydów, zwłaszcza tych, którzy przyłączyli się do Chaima Zbawcy, co to przybył tu ponoć ze Wschodu ze swoją kilkuosobową trupą i osiedlił się w jej rodzinnym miasteczku, odległym od Kłodzka zaledwie o godzinę drogi końmi. Dzięki pieniądzom, które nie wiadomo skąd posiadali, nie popadli w niełaskę gminy żydowskiej w Kłodzku, finansując w dużej mierze budowę kłodzkiej bożnicy. A że mnożyli się jak króliki, zaczynali swą liczebnością niepokoić zamieszkujących Bardo i okolice chrześcijan.

Jako że Berta była w miasteczku jedyną akuszerką, Żydzi musieli nauczyć się z nią obchodzić, co wcale nie było łatwe. Berta była już wówczas znana w miasteczku z ciętego języka i ścierających wszelką tradycję na proch poglądów. Dlatego prócz odbierania porodów zajmowała się także, nieoficjalnie, spędzaniem płodów. Troszczyła się o to, by jakość życia okolicznych kobiet nie obniżyła się do poziomu bardzkich bezpańskich suk rodzących szczenięta głównie na ulicy.

Nawet ta pokraczna wspólnota założona przez potomka Mesjasza – Chaima – potrzebowała jej do leczenia rozmaitych dolegliwości ziołami i przy trudniejszych porodach, których nie brakowało, bo Chaim, chcąc założyć nowe plemię Izraela, zapładniał coraz to młodsze dziewki. Ten stary cap – jak nazywała go Berta – wydrążył już wszystkie Żydówki w Bardzie, najpierw te zamężne, a potem także ich dzieci, w których rozkochał się nade wszystko. Jak dobrze pójdzie – za dwadzieścia, trzydzieści lat zmiecie wszystkich chrześcijan z powierzchni śląskiej ziemi. Szarlatan Chaim rozpowiadał bowiem, że właśnie Śląsk będzie nowym Królestwem Jehowy, Nową Jerozolimą. To Królestwo zamieszka zaś jego plemię zrodzone ze świętej, bo mesjańskiej po przodku – słynnym Sabbataju Cwi – krwi.

Berta śmiała się zawsze, gdy napełnione według niej szatańskim nasieniem Chaima kobiety, które przychodziły do niej głównie po mieszanki ziołowe mające umożliwić im lżejszy poród, opowiadały jej o tym nadchodzącym na śląskie ziemie królestwie, ale też o swoim lęku, którym prócz nasienia napawał je Chaim. Były przerażone, bezbronne i całkowicie zdane na swoich mężów i ojców podporządkowujących się coraz bardziej woli potomka Mesjasza. Czasem miast mieszanki porodowej decydowały się na to, co sugerowała Berta, gdy tylko wyczuwała takową intencję. Wtedy klęczała nad nimi, między ich rozłożystymi (mężatki) bądź wąziutkimi jak wstążeczka leśnej dróżeczki biodrami (jeszcze dzieci), wprowadzając w ich łona swoje świeżo wyparzone narzędzia – szydełko, szczypice i dylator. Wówczas, wnikając w ich centra świata, likwidowała co do milimetra wszelkie ślady działalności tego szarlatana. Czasem, gdy płód był jeszcze maleńki, wystarczało zaordynować im zioła.

Tym razem jednak, gdy tak stała na podwórzu koszernej rzeźni, Berta, widząc maleńką, wąską w biodrach Esterkę, wiedziała, że może być ciężko, niespełna bowiem miesiąc temu, gdy spotkała ją sprzedającą mięso na targu, dotknęła jej brzucha i – po pierwsze – zauważyła na nim dziwne znamię, po drugie zaś – wyczuła w nim więcej niż jeden płód, o czym nie powiedziała i tak przerażonej swym stanem Esterce.

Jedno i drugie – znamię i ciąża mnoga – było z perspektywy zarówno chrześcijan, jak i Żydów anomalią, w której Berta zobaczyła już wtedy zapowiedź nieszczęścia. Przeczuwała bowiem, że w Chaimowym plemieniu na żadne anomalie nie ma raczej miejsca, że Chaimowe dzieci muszą być od urodzenia więcej niż zdrowe. To zuchwale głosił Chaim, nie kryjąc się ze swoimi poglądami w miasteczku. A i chrześcijanie nie przyjęliby pewnie duszyczek zrodzonych podług nich z wielkiego grzechu z bluźniercą Chaimem w swój poczet.

Całe podwórze zalane było słońcem. Kiedy Berta ponownie zbliżyła się do Esterki, ta opluła jej twarz i podrapała do krwi pazurami. Wtedy właśnie pojawił się wysłany przez nią po pomoc Guttmann, z przeklętym Chaimem i jego świtą. Miast podnieść rodzącą dziewkę, zaczęli krążyć wokół niej niczym czarne ptaszyska czyhające na żer i odprawiać modły nad jej głową. Podskakiwali przy tym to w prawo, to w lewo, przytupując w jakimś oszalałym rytmie butami, tuż nad młodoródką.

Guttmann wytłumaczył Bercie, że Chaim upatrywał w rodzącym się dziecku Tego, który przyjdzie, gdy wypełni się Czas, by dokończyć dzieła, które rozpoczął ponoć jego przodek ze Smyrny.

Kiedy więc Esterka leżała z rozłożonymi nogami przed pochylającą się nad nią akuszerującą Bertą, mężczyźni w czarnych wysokich kapeluszach, poprzeplatanych gdzieniegdzie wielkimi lisimi czapami, kręcili się wokół Esterki i wokół własnej osi, w odwrotnym kierunku niż wskazówki zegara, po to by – jak wytłumaczył jej rzezak Guttmann – odwrócić czas i nałożyć jego kres na sam początek, tak by ostatni dzień świata był początkiem nowego, a dziecko Esterki Bożym pomazańcem, ich Królem. Złowrogo rozbrzmiewające pieśni i tupot nóg wystukujących szaleńczy rytm na podwórzu Guttmannów, sprawiały, że Esterka, miast się otwierać i rozwierać, zamykała się coraz bardziej, przeciwnie do tego, co było od wieków wpisane w naturę, bojąc się, że zaraz ją i dziecko pożrą rozszalałe, przybrane w chałaty i lisie czapy kruki.

Gdy wreszcie Bercie udało się wsunąć rękę między nogi dziewczyny, wyczuła, zgodnie z wcześniejszym przypuszczeniem, dwie główki. Poczęła ugniatać brzuch Esterki i naciskać na niego w taki sposób, by sprowokować płód do wyjścia na świat. Ródka zaczynała już tracić siły, a po chwili wydała z siebie ostatni krzyk, który popamiętają nie tylko mieszkańcy miasteczka, ale też pobliskie lasy, góry i doliny, następnie straciła przytomność i spoczęła w Wieczności. Wtedy, dokładnie w tamtej minucie, która nastała po rozdzierającym niebo krzyku Esterki, potężna ciemna chmura przysłoniła słońce, oblekając Bardo ciemnością. Wyglądało to tak, jakby niebo nie mogło znieść tego widoku i zasłoniło własne oblicze. Chaim uznał to z miejsca za znak zapowiadający nadejście końca Czasów, a kiedy słońce z powrotem wyszło zza chmury, objaśnił to zgromadzonym jako cud: „Bóg się jednak rozmyślił i ponownie odsłania nam własne oblicze”.

I mimo lamentu starego Guttmanna, który niedawno straciwszy żonę, stracił teraz najukochańszą córkę, Chaim podszedł do Berty i wsuwając jej w kieszeń spory trzos monet, nakazał rozciąć brzuch Esterki i wydostać z niego Mesjasza. Skinął tym samym na szojcheta Guttmanna i polecił mu przynieść – na żądanie akuszerki – wiadro wrzątku i czysty chalaf – by Berta mogła dokonać nacięcia na brzuchu i wyjąć z niego dziecko.

Kiedy rozcięła brzuch i zanurzyła swe dłonie w dziecięcej jeszcze macicy dziewczyny, wyczuła dwa ciałka. Oba martwe, choć ciepłe ciepłotą ciała ich matki. Powiedziała, patrząc w bystre i chytre oczy Chaima:

– Nie żyją. Pochowacie u siebie czy – tu spojrzała na znamiona, które bliźnięta miały po jednym na lewym policzku, i aż wzdrygnąwszy się na ich widok, wskazała je Chaimowi – ze względu na te czarcie znaki mam zakopać u nas, pod osłoną nocy, tak żeby mnie pastor nie przeklął?

– U was. U nas takich nie wolno. Mesyjasz nie przyszedłby na świat pod dwiema postaciami (Chaim dojrzał, że jeden trupek to chłopak, zaś drugi – dziewczynka), w dodatku z takimi ognistymi purchlami na gębie. Rabin nam tego nie pochowa.

– Dorzućcie jeszcze pieniędzy na kwiaty, to na grobki kwiaty przynosić będę – rzekła Berta, patrząc bezczelnie w oczy Chaima, a potem i ojca Esterki, Izaaka Guttmanna.

A gdy dostała jeszcze złotą monetę, odezwała się do Chaima:

– A ten wasz rabbi z Kłodzka to kuternoga. To przecie też do Królestwa Bożego nie wejdzie, bo i nie dojdzie.

Chaim splunął Bercie pod nogi i nakazał się zamknąć, po czym poklepał starego Guttmanna po plecach i wraz ze swoją świtą odszedł w kierunku rzeki, by obmyć się z nieczystości – jak zapowiedział.

Berta za to splunęła w twarz Guttmannowi i rzuciła mu na odejście:

– Stary ty, durny ty. Przyjdzie ci kiedyś za to wszystko zapłacić. Capowi najpierw żonę, teraz dziecko oddałeś. Obyś gówno jadł i gówno z życia miał. Zdechnij, jako i bliscy ci zdechli za życia. – Po czym uniosła wiadro z bydlęcą krwią i wylała ją prosto na Guttmanna, nakazując mu sprawdzić, czy się kiedykolwiek domyje z tej śmierci.

Patrzyła mu przy tym w oczy ze szczerą nienawiścią. Esterka bywała u niej wiele razy, zwłaszcza po śmierci Rebeki, swojej matki, z którą Berta żyła w bardzo dobrych stosunkach. Do pustego wiadra włożyła dwa trupki, przykryła je zdjętym ze sklepowej lady obrusem, po czym przemaszerowała gniewnym krokiem przez całe miasteczko na jego obrzeża, gdzie wraz z mężem Walentym prowadziła gospodarstwo.

Idąc przez miasto z trupkami, cała się roztrzęsła, nie rozumiejąc, dlaczego mimo najszczerszych starań nie może z Walentym zajść w ciążę. Wymyśliła po drodze, że pochowa bliźnięta wcale nie na protestanckim cmentarzu, ale u siebie w ogrodzie, po to by się nie narazić nowemu pastorowi, który już raz ją na nocnym pochówku nakrył i surowo obgadał na nabożeństwie niedzielnym, tak że tego dnia ktoś jej szyby w oknach powybijał i psa w rzece utopił. Może nawet nie wspomni o tym Walentemu, bo mógłby się na nią rozgniewać, miał bowiem Walenty na bakier z Chaimem i jego sektą. Nie podobało mu się wielożeństwo Chaimowego plemienia i branie się tego parcha za coraz młodsze dzieci, by w nich posiać swoje diabelskie nasienie.

A że pieniądze od Żydów wzięła, to wzięła. Nie zmarnują się. Nakupi w Kłodzku w aptece Pod Murzynem nowych składników na receptury i wszystkim Żydówkom da duży upust na maści i pachnidła. A i po butelczynie balsamu jerozolimskiego, który tak lubią, dorzuci. Zima idzie, to pewnie się przyda.

Wróciła do domu, postawiła wiadro z trupami w ogrodzie, poszła nakarmić krowy i kozę, podmuchała im przy tym w nozdrza, by uspokoić je, bo jakby wyczuwały, że na terenie zagrody ma się wydarzyć coś, co zburzy jej dotychczasowy porządek.

Potem poszła po łopatę i zaczęła kopać dół pod czeremchą na tyle duży, by zmieściły się w nim dwa ciałka, które teraz postanowiła owinąć w płótno, bo nie miała serca tych truchełek czarną zimną ziemią zarzucać. Gdy pochowała już pierwsze zawiniątko i wzięła się do owijania drugiego – dziewczynki – poczuła rączkę zaciskającą się na jej palcu, który włożyła dziecku do buzi, by ją leciutko rozchylić i umożliwić wyjście duszy.

Berta wzięła to za pośmiertne drgnienie, o którym słyszała, że zdarza się właśnie wtedy, gdy dusza opuszcza ciało, i zaczęła zawijać ciałko w płótno.

Jednak tym razem poczuła znacznie wyraźniej poruszenie się dziecka, a po chwili usłyszała jego płacz. Przerażona pobiegła z dzieckiem na ręku do domu i położyła je na podłodze w kuchni, na której rozścieliła skórę niedźwiedzia, by grzała noworodka. Nie wiedząc, co począć, szybko nalała do miski mleko i zamoczyła w nim palec, po czym podała go do ssania dziewczynce. Gdy maleństwo zaczęło płakać jeszcze głośniej, a skaza na policzku wskutek pobudzenia płaczem zdawała się niemal płonąć, Berta nasączyła w mleku szmatkę, z której ugniotła gałganek, i podała ją niemowlęciu do ssania. Dziecina powoli przestawała płakać, pozwalając tym samym Bercie zebrać myśli.

Wiedziała, że chcąc zachować dziecko Esterki – nawet jeśli zostało naznaczone przez czarta, choć rozum podpowiadał jej, że to ludowe dyrdymały i brednie – i wychować je jako swoje, musi nakłonić męża do ucieczki z rodzinnego miasteczka, by nie padły na nią zaraz podejrzenia Żydów, i że mąż na pewno nie zechce od razu na to przystać. Przeczuwała, że będzie potrzebował trochę czasu, by dokończyć roboty, które pozaczynał, i zebrać trochę grosza, by rozpocząć z nią i przybranym dzieckiem zupełnie nowe życie.

Po powrocie do domu Walenty zastał Bertę śpiącą przy kuchni na niedźwiedziej derce z dzieckiem przy piersi i wiedział już, bo znał swoją żonę, że postanowiła już sama o wszystkim. Że będzie musiał tylko znaleźć sposób, by wypełnić jej wolę. Za to ją kochał, choć śmiali się z niego w okolicy, że taki uległy i z babą silniejszą od siebie żyje.

Pochylił się i pocałował żonę w czoło. Berta poruszyła się, a dziecina wybudziła się ze snu i zaczęła cichutko kwilić. Walenty położył się obok nich i objął Bertę i wtuloną w nią dziewuszkę ramieniem. Berta obudziła się i utkwiwszy przenikliwy wzrok w oczach Walentego, rzekła:

– Zawieź nas pod osłoną nocy do Hradca do Bohuszka i Eliszki. Oni nam pomogą. Pobędziemy tam, dopóki gospodarstwa nie sprzedasz i czegoś lepszego nie wymyślisz. Tu mnie za to dziecko żywcem zatłuką. I jeszcze ciebie mi skrzywdzą. Chałupę spalą. Powiedzą, że dziecko od diabła pochodzi, bo ma narośl na gębie, i że z pomocą piekła zmartwychwstało. Muszę z nim uciec daleko od Barda.

Walenty pokiwał głową i na wszystko przystał. Wiedział, że nie ma dla niego życia poza Bertą, a teraz i dzieckiem. Pod osłoną nocy opuścili więc wieś i nad ranem dotarli do Hradca.

Po kilku tygodniach Walenty przyjechał po Bertę i dziecko wozem, na który spakował cały ich dobytek. Sprzedał dom za duże pieniądze komuś z Kłodzka, jak powiedział Bercie, co cztery lata później okazało się nieprawdą. Dowiedziała się o tym na targu w Wałbrzychu, w którym zamieszkali we troje i mieszkali do śmierci, gdy spotkała tam swoją dawną bardzką sąsiadkę. Sąsiadka powiedziała jej, że sprzedany przez Walentego Chaimowi dom spalił się właśnie trzy noce temu, a sam koniec Chaima był straszny. Tak straszny, że i sam Bóg by tego nie wymyślił.

Ponoć przyszedł do niego w nocy stary rzezak Guttmann, który się rozpił w żałobie po żonie i córce Esterce, i zaszlachtował go szechickim nożem jak wołu. Najpierw poderżnął mu gardło, a potem aortę, a dopiero gdy Żyd się wykrwawił, dokonał dalszego rozbioru mięsa. Wszystkie członki Chaima rozrzucił po ogrodzie Berty, tak by sprosić kruki i wrony na żer. Krzyczał, że w ten sposób Chaim nigdy nie zmartwychwstanie, bo dusza bez ciała zostanie, dusza ciała wszak nigdy nie odnajdzie, chyba że w ptasim gównie.

Opowiadając o tym, sąsiadka gratulowała Bercie dziecięcia, które wysłuchawszy opowieści wraz z matką, chwyciło Bertę za palec dokładnie tak jak wtedy, gdy miała zakopać je cztery lata temu pod ziemią.

1. Ojczyznomat i John Player Blue, czyli Jeremi Knot i święte relikwie księdza Jerzego Popiełuszki

SM wcale nie musi oznaczać sado-maso. Choć w pewnym sensie jest to swoiste sado-maso, które funduje właścicielowi powłoki cielesnej – kilkudziesięciu kilogramów mięśni, stawów, tłuszczu i kości oraz, być może, ważącej zaledwie dwadzieścia jeden gramów duszy – jego własny organizm. Jest to zatem zniszczenie, które ciało człowieka robi samemu sobie, wiodąc właściciela do momentu samozagłady, pozbawiając go władzy w ciele, a po trosze także i rozumu. Jakże bowiem nie stracić rozumu w sytuacji, gdy traci się to, co najbardziej moje? Gdy ręka, noga, pośladki czy brzuch niby wciąż jeszcze do człowieka należą, a są jednocześnie już poza nim, kompletnie niekompatybilne z rozkazami wydawanymi przez mózg? Kapral ciało odmawia nagle wykonywania wszelkich rozkazów swojego dowódcy. Czy nie jest to rodzaj sado-maso? Z tą jedną różnicą, że w tym akcie nie ma nic z perwersyjnej przyjemności, która można odczuwać wtedy, gdy sado-maso jest wyborem, gdy się w nie wyrusza niczym w podróż za alpejską szarotką.

Jeremi Knot nie miał z wyprawy po szarotkę żadnej przyjemności. Jedynie ból, wstyd i trwogę. I nie wyruszył na nią z własnego wyboru. Po prostu kilka lat temu obudził się, prawie nie czując lewej nogi, wkrótce także i prawej. Po roku mrowienie, które odczuwał w kończynach, całkowicie ustało i od jakiegoś czasu w nogach nie czuł już nic. Oto SM w nieperwersyjno-małoprzyjemnościowym wydaniu. Oto nie sado-maso, ale stwardnienie rozsiane (sclerosis multiplex), które z przyjemnością nie ma nic wspólnego. Ani też ze stwardnieniem, bo niejako na przekór nazwie kończyny, zamiast twardnieć, wiotczeją, pozostając zbędnym bagażem dla korpusu i głowy.