Aż do rzeki. Opowieść o miłości, stracie i wyzwoleniu - Elizabeth Gilbert - ebook + audiobook + książka

Aż do rzeki. Opowieść o miłości, stracie i wyzwoleniu ebook i audiobook

Elizabeth Gilbert

0,0
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł

TYLKO U NAS!
Synchrobook® - 2 formaty w cenie 1

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym. Zamów dostęp do 2 formatów, by naprzemiennie czytać i słuchać.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Wstrząsająca historia miłosna i bolesna prawda o człowieku i uzależnieniach - nowa książka autorki bestsellerowego Jedz, módl się, kochaj.

Głębokie i intymne spojrzenie na proces uzdrawiania i akceptacji utraty.

Elizabeth Gilbert, powraca z nową książką. Autorka bestsellerów Jedz, módl się, kochaj i Wielka Magia, która pokazała milionom czytelniczek, jak żyć autentycznie i twórczo, tym razem dzieli się dramatyczną i brutalną historią swojej miłości.

W 2000 roku Gilbert poznała Rayyę. Zaprzyjaźniły się, zbliżyły do siebie, aż w końcu stały nierozłączne. Diagnoza o chorobie odsłania szokującą prawdę: łączy je miłość. Zostało im kilka miesięcy, ale okazuje się to jednak dopiero początkiem koszmaru.

Śmiertelna choroba i morfina podawana uzależnionej wcześniej od opiodiów Rayyi otwiera drzwi do piekła.

Aż do rzeki to wstrząsające wspomnienia, które poruszą każdego, kto kiedykolwiek był pochłonięty przez miłość, namiętność, substancję czy pragnienie – i kto marzy o tym, by wreszcie się od tego uzależnienia wyzwolić.

„Kto raz przeczyta tę książkę, nigdy już jej nie zapomni” – Meg Mason, autorka Smutku i rozkoszy.

„Absolutnie mistrzowski popis szczerości. Myślę, że ta książka wielu osobom otworzy oczy” – Emma Gannon, autorka książek Table for one i Olive.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 415

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 11 godz. 27 min

Lektor: Paulina Holtz

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Dedykacja

Moim sio­strom i bra­ciom z sal mityn­go­wych

INWOKACJA

INWO­KA­CJA

Ja.

Zaczę­łam.

Zaczę­łam wie­rzyć.

Zaczę­łam wie­rzyć, że siła więk­sza niż ja sama może mnie ura­to­wać.

Zaczę­łam wie­rzyć, że siła więk­sza niż ja sama może ura­to­wać mnie od sza­leń­stwa.

* * *

WIZYTA

W dniu moich pięć­dzie­sią­tych czwar­tych uro­dzin obu­dzi­łam się o świ­cie i natych­miast zda­łam sobie sprawę, że w sypialni jest moja part­nerka Rayya.

Było to impo­nu­jące osią­gnię­cie z jej strony, ponie­waż wtedy nie żyła już od ponad pię­ciu lat.

A jed­nak była przy mnie – wiru­jący, ener­ge­tyczny nurt czy­stej ray­y­ano­ści, kłę­biący się w moim maleń­kim nowo­jor­skim miesz­ka­niu, napły­wa­jący fala za falą.

Nie byłam tym ani zanie­po­ko­jona, ani prze­stra­szona (roz­po­zna­ła­bym ją wszę­dzie, kocha­ła­bym ją wszę­dzie), ale byłam zasko­czona, ponie­waż minęło tro­chę czasu, odkąd po raz ostatni poja­wiła się w taki spo­sób. I och, jakże za nią tęsk­ni­łam! Zwy­kła odwie­dzać mnie tak w bez­li­to­snych i dez­orien­tu­ją­cych mie­sią­cach bez­po­śred­nio po jej śmierci. Była wtedy tak nie­wia­ry­god­nie obecna, tak stale dostępna, tak zabawna, kocha­jąca i wyma­ga­jąca, że nie­raz żar­to­wa­łam sobie, iż Rayya jest bar­dziej żywa po śmierci niż więk­szość ludzi za życia.

Kiedy przed­tem do mnie przy­cho­dziła, nie widzia­łam jej oczy­wi­ście – nie była jakimś nawie­dza­ją­cym mnie duchem wik­to­riań­skiej panny mło­dej – ale czu­łam jej obec­ność i wyraź­nie sły­sza­łam głos mówiący pro­sto do mojej świa­do­mo­ści. Jasność komu­ni­ka­cji mię­dzy nami była wtedy, zaraz po jej śmierci, nad­zwy­czajna. Zupeł­nie jakby zbu­do­wała zdu­mie­wa­jąco sku­teczny nad­przy­ro­dzony sys­tem tele­fo­niczny z kub­ków, przez który mogła roz­ma­wiać ze mną poprzez cały kosmos, uży­wa­jąc dłu­giej, dłu­giej nitki. Efekt był tak intymny, że wręcz zmy­słowy. Cza­sami pro­wa­dziło to nawet do róż­nych zabaw­nych sytu­acji. Na przy­kład gdy prze­by­wa­łam wśród ludzi, kiwa­łam głową i pró­bo­wa­łam zacho­wy­wać się jak nor­malna osoba, a tym­cza­sem w duchu przez cały czas pro­wa­dzi­łam roz­mowę z Rayyą.

Choćby wtedy, gdy około sze­ściu mie­sięcy po jej śmierci na przy­ję­ciu w Los Ange­les pode­szła do mnie kobieta, któ­rej ni­gdy wcze­śniej nie spo­tka­łam, poło­żyła mi rękę na ramie­niu i powie­działa:

– Rozu­miem, że twoja uko­chana nie­dawno opu­ściła ciało. Wyrazy współ­czu­cia. Ale muszę ci powie­dzieć coś waż­nego. Ostat­nio przy­cho­dzi do mnie we śnie. Jestem pro­fe­sjo­nalną intu­icjo­nistką i wyczu­wam takie rze­czy. Rayya pole­ciła mi, żebym ci prze­ka­zała, że bar­dzo za tobą tęskni i pra­gnie się z tobą poro­zu­mieć.

Powiedz tej suce, żeby spier­da­lała, syk­nęła na to Rayya w mojej gło­wie.

– Dzię­kuję za życz­li­wość – odpar­łam nie­zna­jo­mej.

Kobieta wci­snęła mi w rękę wizy­tówkę.

– Tu jest mój numer, gdy­byś kie­dyś chciała poroz­ma­wiać z Rayyą bez­po­śred­nio.

Powiedz tej idiotce, że może mnie poca­ło­wać w mój mar­twy tyłek, kurwa, rze­kła Rayya.

To wszystko było takie dzi­kie i wspa­niałe: czu­łam, że moja Rayya wciąż domi­nuje w każ­dym pomiesz­cze­niu, nawet zza grobu!

Z upły­wem lat jej wizyty sta­wały się jed­nak coraz rzad­sze.

Minęły dwa lata.

Potem trzy lata.

Cztery.

Życie toczy się dalej. Czy nie tak wła­śnie mówią ludzie?

Głos Rayyi zani­kał.

Minęło ponad pięć lat.

W tym cza­sie zmie­nił się świat i zmie­niłam się ja. Nade­szła glo­balna pan­de­mia. Wybu­chły nowe wojny, nastą­piły nowe sytu­acje kry­zy­sowe, zmarli kolejni ludzie. Uro­dziły się dzieci, któ­rych Rayya ni­gdy już nie spo­tka. Napi­sa­łam książki, któ­rych Rayya ni­gdy nie prze­czyta. Wszy­scy roz­ma­wiali o nowych seria­lach, któ­rych Rayya ni­gdy nie obej­rzy. W despe­rac­kiej pró­bie zastą­pie­nia smutku zauro­cze­niem spo­ty­ka­łam się nawet z kimś przez jakiś czas po jej śmierci (a raczej „zde­to­no­wa­łam się” na tej oso­bie, jeśli cho­dzi o ści­słość), ale zwią­zek ten zakoń­czył się szyb­kim, miaż­dżą­cym i prze­wi­dy­wal­nym zła­ma­niem serca.

Od tam­tej pory nikogo już nie szu­ka­łam.

Zamiast tego spę­dzi­łam te lata, pra­cu­jąc nad sobą.

Wytrzeź­wia­łam – nie tylko odsta­wi­łam alko­hol i nar­ko­tyki, ale także wszel­kie sek­su­alne zapo­mnie­nia i roman­tyczne uwi­kła­nia. Wypu­ści­łam z mojego życia każdą sub­stan­cję i osobę, która mnie upa­jała, odu­rzała, przej­mo­wała nade mną kon­trolę bądź w jaki­kol­wiek spo­sób zmie­niała mój nastrój lub umysł. Uczy­łam się, jak odczu­wać emo­cje i prze­ży­wać swoje uczu­cia bez się­ga­nia po cokol­wiek lub kogo­kol­wiek łago­dzą­cego ich inten­syw­ność. Uży­wa­łam wła­snego głosu, usta­la­łam nowe zasady i gra­nice oraz żyłam w zgo­dzie ze sobą pro­wa­dzona przez wła­sną Siłę Wyż­szą. Dzień po dniu porząd­ko­wa­łam swój wewnętrzny dom. I zna­la­złam nowych przy­ja­ciół – zdro­wych przy­ja­ciół z sal pro­gramu dwu­na­stu kro­ków. Przy­ja­ciół, któ­rzy ni­gdy nie poznają Rayyi.

Przez cały ten czas obec­ność Rayyi migo­tała i przy­ga­sała, aż nad­szedł dzień, kiedy w ogóle już jej nie sły­sza­łam – nawet gdy przy­wo­ły­wa­łam ją po imie­niu, nawet gdy pro­si­łam o bez­po­śred­nie wska­zówki lub miłość. Tam, gdzie nie­gdyś roz­brzmie­wał jej mocny głos, poja­wiła się wielka, bez­kre­sna cisza. Było to dla mnie dru­zgo­czące i dez­orien­tu­jące. To było nie­mal jak druga śmierć.

Dokąd ode­szła?

Ona poszła dalej czy to ja ją zosta­wi­łam?

Nie mogłam tego pojąć.

Zupeł­nie jakby wysko­czyła z tego świata po papie­rosy i już ni­gdy nie wró­ciła.

A teraz – w dniu moich pięć­dzie­sią­tych czwar­tych uro­dzin – nagle znów tu była.

I to naprawdę była.

Pokój aż drżał od wiel­kiej ener­gii Rayyi, a mnie prze­szły ciarki. Zaczę­łam jed­no­cze­śnie śmiać się i pła­kać.

– Kocha­nie! – zawo­ła­łam. – Przy­szłaś mnie odwie­dzić!

Chcia­łam od razu zacząć świę­to­wać, ale czu­łam, że jest coś, co chce mi powie­dzieć – coś, co wymaga całej mojej uwagi. Mia­łam wra­że­nie, jakby ktoś chwy­cił mnie za koł­nierz i mocno mną potrzą­snął. Zro­zu­mia­łam, że Rayya nie prze­była całej tej drogi, żeby mi zło­żyć zwy­kłą wizytę – przy­szła prze­ka­zać wia­do­mość naj­wyż­szej wagi. Słowa i infor­ma­cje wyle­wały się z niej i wpa­dały pro­sto do mojej głowy, nie­mal zbyt szybko, żebym zdo­łała je uchwy­cić. Wnę­trze mojego umy­słu huczało jak salon gier. Chwy­ci­łam dzien­nik, który zawsze trzy­mam przy łóżku, i zaczę­łam zapi­sy­wać wszystko, co mówiła – wszystko, co udało mi się wychwy­cić.

A oto co miała mi do prze­ka­za­nia Rayya:

Wszyst­kiego naj­lep­szego z oka­zji uro­dzin, stara!

Jestem tu przy tobie i kocham cię! KOCHAM CIĘ!

Ja pier­dolę, jestem z cie­bie taka dumna!

Nie martw się, że mnie zosta­wiasz – będę na cie­bie cze­kać nad rzeką, kiedy to się skoń­czy, i wtedy wszystko nabie­rze sensu!

Wiem, że cza­sem wciąż jesteś na mnie wku­rzona za to, co się wyda­rzyło mię­dzy nami na końcu, ale to w porządku. Złość się, jeśli musisz się zło­ścić, kocha­nie. Po pro­stu bądź w tym szczera i prze­pra­cuj to pisa­niem. Trzy­maj się swo­jego pro­gramu i nie martw się tym, jak ja robi­łam różne rze­czy ani co bym pomy­ślała o tym, jak ty je robisz. Kocham cię i chcę dla cie­bie tej wol­no­ści! Jestem taka dumna z two­jej trzeź­wo­ści – naprawdę, kurwa, dajesz radę! Wymia­tasz, stara! Jesteś super, tak trzy­maj! Nie pozwól, żebym ja albo kto­kol­wiek inny cię powstrzy­my­wał!

I prze­stań się tak cią­gle zamar­twiać innymi ludźmi, dobra? Za bar­dzo, kurwa, myślisz o innych! Ni­gdy wię­cej nie bądź niczyją opie­kunką! Nie pozwól nikomu wci­skać ci kitu, wcią­gać cię w swoje dra­maty ani zmu­szać do zaj­mo­wa­nia się nimi. Niech każdy znaj­dzie wła­sną drogę – to dobre dla nich i dobre dla cie­bie. Masz teraz takich wspa­nia­łych przy­ja­ciół, oni nie potrze­bują, żebyś ich nosiła na wła­snych bar­kach!

Oddy­chaj, kocha­nie, oddy­chaj…

Jestem tuż przy tobie. Nie zni­kam…

Oddy­chaj, kocha­nie, oddy­chaj…

Niech sobie przez chwilę na cie­bie popa­trzę. Na te twoje małe tęczowe oczy! Na te skrzące się łzy! Jesteś taka piękna!

Jest coś, co musisz zro­zu­mieć, kocha­nie. Już ci wyja­śniam, więc słu­chaj: powód, dla któ­rego już nie przy­cho­dzę, jest taki, że obie chcemy, żebyś miała wła­sną drogę – i wła­śnie to musi się teraz wyda­rzyć. Wiem, że chcesz, żebym powie­działa, że zawsze przy tobie będę, jeśli tylko będziesz mnie potrze­bo­wać, ale prawda jest taka, że już mnie nie potrze­bu­jesz – i to jest zaje­bi­ście dobra wia­do­mość. Dla­czego mia­ła­bym się z tego nie cie­szyć? Kie­dyś potrze­bo­wa­łam być potrzebna, ale już nie potrze­buję – i ty też nie. Chcę, żebyś była wolna od wszel­kiej potrzeby – i wresz­cie się do tego zbli­żasz!

Oddy­chaj, kocha­nie, oddy­chaj…

Masz już wszystko, czego potrze­bu­jesz. Trzy­maj się swo­jej drogi. Jesteś na wła­ści­wym torze. Zna­la­złaś swo­jego Boga – a twój Bóg jest, kurwa, nie­sa­mo­wity. Twój Bóg jest total­nie zaje­bi­sty! Twoja wspól­nota cię wspiera i nie musisz już ni­gdy wię­cej prze­ży­wać upo­ko­rzeń żad­nego uza­leż­nie­nia. Teraz naprawdę będziesz olśnie­wać! Nad­szedł twój czas!

A tak przy oka­zji, moja mama cię pozdra­wia i dzię­kuje za wszystko, co dla mnie zro­bi­łaś. Wie o wszyst­kim i chce, żebym ci powie­działa, że cię kocha!

Ale kocha­nie, posłu­chaj: mię­dzy nami i wokół nas wszystko się na końcu nie­źle spie­przyło – i to nie była ani twoja, ani moja wina. To nawet nie było złe, że tak się sprawy poto­czyły. Tak po pro­stu musiało być. To była robota, którą musia­ły­śmy odwa­lić w swo­ich histo­riach – i wyko­na­ły­śmy ją dokład­nie tak, jak trzeba. Wszystko wyda­rzyło się aku­rat tak, jak miało się wyda­rzyć – nawet całe to gówno i cała ta szajba. A pod wszyst­kimi tymi histo­riami kryła się ta jedna ważna prawda: bar­dzo się kocha­ły­śmy. Po pro­stu się kocha­ły­śmy. Kocha­ły­śmy się. Kocha­ły­śmy się. Kocha­ły­śmy się.

TAK BAR­DZO SIĘ KOCHA­ŁY­ŚMY!

A kiedy nadej­dzie dzień, gdy poże­gnasz się z tym życiem, przyjdę po cie­bie, tak? Rozu­miesz? Będę cze­kała na cie­bie nad rzeką i roz­po­znasz moją twarz. Kiedy powiem ci, żebyś wzięła mnie za rękę, po pro­stu to zrób. Prze­pro­wa­dzę cię na drugą stronę i pokażę ci, co i jak. Taka jest teraz moja rola w twoim życiu, kocha­nie, i jest ona święta. Wypeł­nię ją z siłą, hono­rem i współ­czu­ciem – czy to były nasze słowa? Zapo­mnia­łam. Pie­przyć to, po pro­stu wiedz, że tam będę…

Ale to jesz­cze długo nie nastąpi, a przed­tem nie szu­kaj mnie po całym wszech­świe­cie jak sza­lona! Po pro­stu idź i żyj swoim życiem, spraw, aby było w pełni twoje. To jedna z tych rze­czy, ta naj­waż­niej­sza, którą w ogóle masz tu do zro­bie­nia – nauczyć się żyć wła­snym życiem, bez łama­nia sobie głowy tym, co myślą inni. To jest twoja ścieżka i jesteś na niej – a nie możesz jed­no­cze­śnie iść swoją ścieżką i ganiać wokół w poszu­ki­wa­niu mnie.

A co do książki, po pro­stu się nie opier­da­laj, tylko pisz!!! Opo­wiedz ludziom dokład­nie, co się działo! Powiedz im o każ­dej jed­nej rze­czy, która się wyda­rzyła! Nie martw się o ochronę mojej czy two­jej god­no­ści – idź na całość. Obnaż prawdę. Jaki uży­tek mia­ła­bym teraz z god­no­ści? I ty też nie potrze­bu­jesz god­no­ści, tak że chrza­nić to. Czas, żebyś napi­sała bez­gra­nicz­nie szczerą książkę o uza­leż­nie­niu – twoim i moim. Nie­któ­rym ludziom to pomoże – więc niczego nie ukry­waj!

Mnie oso­bi­ście podoba się tytuł „Aż do rzeki” – ale co ja tam wiem? I tak już jestem mar­twa! Powin­naś chyba zapy­tać kogoś, kto jesz­cze żyje! HA!

Nie martw się, kocha­nie – nie prze­szka­dza mi to, że nie żyję. Nawet mi się podoba.

Ale tęsk­nię za gril­lo­wa­niem.

I wiesz, co jesz­cze, kocha­nie? Jak tak teraz na cie­bie patrzę, to marzę o tym, żeby się wziąć do two­ich wło­sów, bo masz total­nie zje­bane odro­sty!!! Następ­nym razem, jak będziesz robiła zabieg kera­ty­nowy, upew­nij się, że to ten praw­dziwy, old­sku­lowy bra­zy­lij­ski z for­mal­de­hy­dem, bo to jedyna rzecz, która działa na te twoje puszące się wło­si­ska i spra­wia, że są lśniące. Nie martw się, że dosta­niesz raka wątroby od for­mal­de­hydu – rak wątroby to moja spe­cjal­ność, nie twoja. HA!

Twój świat jest taki, kurwa, piękny! POPATRZ NA NIEGO! Nie, naprawdę – popatrz na niego! Jest taki piękny, że zła­mie ci serce – ale tak wła­śnie ma być. Pozwól, żeby łamał ci serce. Wiesz, zawsze uwa­ża­łam, że nie ma to jak porząd­nie zła­mane serce.

Słońce ty moje, zawsze byłaś moim maleń­stwem, ale nie pozo­sta­waj dziec­kiem. Pamię­taj, że kocha­łam cię też jako kobietę – piękną, ele­gancką, silną, kre­atywną kobietę z nie­sa­mo­witą mocą. Nie masz sobie rów­nych, jeśli cho­dzi o duchowy pło­mień. Dalej odgry­zaj sobie nogi, żeby wydo­stać się z każ­dej pułapki, która dzieli cię od wol­no­ści.

Bądź wolna, moja kochana. Bądź wolna, bądź wolna! Trzy­maj się obra­nej przez sie­bie ścieżki i pozo­stań trzeźwa!

Dasz radę! Nie jesteś aż tak popier­do­lona, jak ci się wydaje! Uda ci się! Teraz jest twój moment, żeby sta­nąć na wła­snych nogach. Nie prze­sta­waj dbać o sie­bie. Pozwól wszyst­kim wokół zaj­mo­wać się wła­snym życiem, a ty zaj­mij się swoim. Takie jest twoje zada­nie.

Kocham cię i wiem, że ty kochasz mnie, ale nie trzy­maj się mnie – nie trzy­maj się już ni­gdy nikogo ani niczego. Skup się na sobie. Żyj wła­snym życiem! Podą­żaj swoją drogą, kocha­nie.

Podą­żaj swoją drogą. Tym razem dotrzesz abso­lut­nie do końca – aż do oświe­ce­nia, czy jak­kol­wiek to kie­dyś nazy­wa­łaś. Masz wszystko, czego potrze­bu­jesz. Twoi przy­ja­ciele są spoko, twój pro­gram jest spoko, twoje serce jest silne, a twój Bóg – po pro­stu zaje­bi­sty. Ni­gdy wię­cej nie rezy­gnuj z sie­bie. Dasz radę. Jesteś piękna. Nie szu­kaj mnie. Podą­żaj swoją drogą. Skup się. Kocham cię. Kocham cię. Kocham cię…

Potem dłu­go­pis się uspo­koił, a Rayya znik­nęła – jakby wyssana przez drzwi samo­lotu przy pręd­ko­ści sze­ściu­set mil na godzinę.

Zawsze wie­działa, jak zro­bić dra­ma­tyczne wyj­ście.

W nagłej ciszy po wizy­cie Rayyi moje serce naj­pierw przy­spie­szyło, po czym się uspo­ko­iło.

Łzy napły­nęły, potem obe­schły. A póź­niej zabra­łam się do pracy.

Ta książka – wraz ze wszyst­kimi zawar­tymi w niej opo­wie­ściami, modli­twami, wier­szami, zapi­skami z dzien­nika, zdję­ciami i rysun­kami – jest z mojej strony próbą przed­sta­wie­nia prawdy o tym, co wyda­rzyło się mię­dzy mną a Rayyą Elias. To książka o naszej przy­jaźni, o naszym roman­sie, o całym tym pięk­nie, wście­kło­ści i bólu. Opo­wiada histo­rię uza­leż­nie­nia Rayyi, jej powrotu do nałogu oraz śmierci. Opo­wiada też histo­rię mojego wła­snego uza­leż­nie­nia i osta­tecz­nego pod­da­nia się pro­ce­sowi zdro­wie­nia.

Książka ta nie jest jed­nak prze­zna­czona wyłącz­nie dla ludzi, któ­rych życie zostało nega­tyw­nie nazna­czone przez ich wła­sne uza­leż­nie­nia lub przez uza­leż­nie­nia innych – choć oba­wiam się, że prę­dzej czy póź­niej wła­ści­wie każdy z nas trafi do któ­rejś z tych dwóch kate­go­rii. Ta książka jest także o tym, jak czę­sto ludzie – mimo naj­szczer­szych sta­rań, by pro­wa­dzić roz­sądne i sta­bilne życie – dają się porwać dra­ma­tom i wyso­ko­ok­ta­no­wym trau­mom, przez które lądują na kra­wę­dzi, daleko od swo­jej praw­dzi­wej natury.

Jakim cudem w ogóle jestem w tym miej­scu? – to pyta­nie, z któ­rym pew­nie każdy z nas będzie musiał się kie­dyś zmie­rzyć. Może nawet wiele razy. Bo któż ni­gdy się, ku wła­snemu zaże­no­wa­niu, nie zagu­bił? Kto ni­gdy nie zna­lazł się w sytu­acji, która była prze­ra­ża­jąca, obca i upo­ka­rza­jąca? Kto ni­gdy nie stra­cił ducha? Kto nie skry­wał sekre­tów, nie został zdra­dzony albo nie pró­bo­wał kon­tro­lo­wać zacho­wa­nia innych? Kto nie pra­gnął uciec od cier­pie­nia? I kto nie się­gał po sub­stan­cje, ludzi, zacho­wa­nia czy inne spo­soby na odwró­ce­nie uwagi, by zapew­nić sobie choć chwilę ulgi od dys­kom­fortu wpi­sa­nego w samo nasze ist­nie­nie?

Wie­rzę głę­boko, że czło­wiek, któ­rego zwy­kle nazy­wamy „nało­gow­cem”, to jedy­nie prze­ry­so­wana wer­sja każ­dego z nas – po pro­stu ktoś tak roz­pacz­li­wie pra­gnący ulgi od bólu ist­nie­nia, że jest gotów użyć cze­go­kol­wiek (albo kogo­kol­wiek), by go uśmie­rzyć.

Ta książka jest opo­wie­ścią o takim poszu­ki­wa­niu ulgi – i o tym, jak w tym pro­ce­sie zda­rza nam się zdzi­czeć i wyna­tu­rzyć.

Nawet naj­sil­niej­szym.

Nawet naj­od­waż­niej­szym.

Mam nadzieję, że ni­gdy nie upa­dli­ście tak nisko, jak upa­da­ły­śmy my na pew­nych eta­pach naszej wspól­nej drogi. Ale nawet jeśli nie prze­ży­li­ście ni­gdy takiej jazdy bez trzy­manki, to podej­rze­wam, że na jakimś pozio­mie jeste­śmy podobni. Ja mogę być wami, wy może­cie być mną, a wszy­scy możemy być Rayyą.

Oddaję tę książkę z miło­ścią i sza­cun­kiem każ­demu, komu może być potrzebna.

Ta część mnie, która wciąż zmaga się ze współ­uza­leż­nie­niem, chcia­łaby powie­dzieć, że Rayya i ja napi­sa­ły­śmy ją razem, ale prawda jest taka, że Rayya chciała, abym uczy­niła to cał­kiem sama – i tak wła­śnie zro­bi­łam.

Jak mawiamy w salach mityn­go­wych: Weź to, co ci pasuje, a resztę zostaw.

Jeśli mogę się ule­czyć, pokaż mi jak. Jeśli mogę im pomóc, pokaż mi jak. Jeśli oni mogą mnie pod­trzy­mać, pokaż im jak. Zostań ze mną. / $ Nagroda za zna­le­zie­nie $ / Nie bijesz wła­snym ser­cem.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Tytuł ory­gi­nału: All the Way to the River

Copy­ri­ght © 2025, Eli­za­beth Gil­bert

All rights rese­rved

Copy­ri­ght © for the Polish e‑book edi­tion by REBIS Publi­shing House Ltd., Poznań 2025

Infor­ma­cja o zabez­pie­cze­niach

W celu ochrony autor­skich praw mająt­ko­wych przed praw­nie nie­do­zwo­lo­nym utrwa­la­niem, zwie­lo­krot­nia­niem i roz­po­wszech­nia­niem każdy egzem­plarz książki został cyfrowo zabez­pie­czony. Usu­wa­nie lub zmiana zabez­pie­czeń sta­nowi naru­sze­nie prawa.

Redak­cja: Agnieszka Horzow­ska

Nie­które imiona i szcze­góły doty­czące osób zostały zmie­nione, aby zacho­wać ich ano­ni­mo­wość.

Rysunki i foto­gra­fie pocho­dzą z oso­bi­stej kolek­cji autorki, jeżeli nie zazna­czono ina­czej.

Zdję­cie Rayyi Elia­son autor­stwa Jose­pha Spo­sity zamiesz­czono za zgodą spad­ko­bier­ców foto­grafa.

Pro­jekt okładki ory­gi­nal­nej: Lynn Buc­kley

Opra­co­wa­nie gra­ficzne pol­skiej wer­sji okładki: Sła­wo­mir Folk­man

Ilu­stra­cja na okładce

dzięki uprzej­mo­ści Iana Daven­porta i Cri­stea Roberts Gal­lery, Lon­don

© Ian Daven­port

Wyda­nie I e‑book (opra­co­wane na pod­sta­wie wyda­nia książ­ko­wego: Aż do rzeki. Opo­wieść o miło­ści, stra­cie i wyzwo­le­niu, wyd. I, Poznań 2026)

ISBN 978-83-8338-683-6

WYDAWCA

Dom Wydaw­ni­czy REBIS Sp. z o.o.

ul. Żmi­grodzka 41/49, 60-171 Poznań, Pol­ska

tel. +48 61 867 47 08, +48 61 867 81 40

e-mail: [email protected]

www.rebis.com.pl

Kon­wer­sję do wer­sji elek­tro­nicz­nej wyko­nano w sys­te­mie Zecer