Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł
Wstrząsająca historia miłosna i bolesna prawda o człowieku i uzależnieniach - nowa książka autorki bestsellerowego Jedz, módl się, kochaj.
Głębokie i intymne spojrzenie na proces uzdrawiania i akceptacji utraty.
Elizabeth Gilbert, powraca z nową książką. Autorka bestsellerów Jedz, módl się, kochaj i Wielka Magia, która pokazała milionom czytelniczek, jak żyć autentycznie i twórczo, tym razem dzieli się dramatyczną i brutalną historią swojej miłości.
W 2000 roku Gilbert poznała Rayyę. Zaprzyjaźniły się, zbliżyły do siebie, aż w końcu stały nierozłączne. Diagnoza o chorobie odsłania szokującą prawdę: łączy je miłość. Zostało im kilka miesięcy, ale okazuje się to jednak dopiero początkiem koszmaru.
Śmiertelna choroba i morfina podawana uzależnionej wcześniej od opiodiów Rayyi otwiera drzwi do piekła.
Aż do rzeki to wstrząsające wspomnienia, które poruszą każdego, kto kiedykolwiek był pochłonięty przez miłość, namiętność, substancję czy pragnienie – i kto marzy o tym, by wreszcie się od tego uzależnienia wyzwolić.
„Kto raz przeczyta tę książkę, nigdy już jej nie zapomni” – Meg Mason, autorka Smutku i rozkoszy.
„Absolutnie mistrzowski popis szczerości. Myślę, że ta książka wielu osobom otworzy oczy” – Emma Gannon, autorka książek Table for one i Olive.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 415
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Czas: 11 godz. 27 min
Lektor: Paulina Holtz
Moim siostrom i braciom z sal mityngowych
INWOKACJA
Ja.
Zaczęłam.
Zaczęłam wierzyć.
Zaczęłam wierzyć, że siła większa niż ja sama może mnie uratować.
Zaczęłam wierzyć, że siła większa niż ja sama może uratować mnie od szaleństwa.
W dniu moich pięćdziesiątych czwartych urodzin obudziłam się o świcie i natychmiast zdałam sobie sprawę, że w sypialni jest moja partnerka Rayya.
Było to imponujące osiągnięcie z jej strony, ponieważ wtedy nie żyła już od ponad pięciu lat.
A jednak była przy mnie – wirujący, energetyczny nurt czystej rayyaności, kłębiący się w moim maleńkim nowojorskim mieszkaniu, napływający fala za falą.
Nie byłam tym ani zaniepokojona, ani przestraszona (rozpoznałabym ją wszędzie, kochałabym ją wszędzie), ale byłam zaskoczona, ponieważ minęło trochę czasu, odkąd po raz ostatni pojawiła się w taki sposób. I och, jakże za nią tęskniłam! Zwykła odwiedzać mnie tak w bezlitosnych i dezorientujących miesiącach bezpośrednio po jej śmierci. Była wtedy tak niewiarygodnie obecna, tak stale dostępna, tak zabawna, kochająca i wymagająca, że nieraz żartowałam sobie, iż Rayya jest bardziej żywa po śmierci niż większość ludzi za życia.
Kiedy przedtem do mnie przychodziła, nie widziałam jej oczywiście – nie była jakimś nawiedzającym mnie duchem wiktoriańskiej panny młodej – ale czułam jej obecność i wyraźnie słyszałam głos mówiący prosto do mojej świadomości. Jasność komunikacji między nami była wtedy, zaraz po jej śmierci, nadzwyczajna. Zupełnie jakby zbudowała zdumiewająco skuteczny nadprzyrodzony system telefoniczny z kubków, przez który mogła rozmawiać ze mną poprzez cały kosmos, używając długiej, długiej nitki. Efekt był tak intymny, że wręcz zmysłowy. Czasami prowadziło to nawet do różnych zabawnych sytuacji. Na przykład gdy przebywałam wśród ludzi, kiwałam głową i próbowałam zachowywać się jak normalna osoba, a tymczasem w duchu przez cały czas prowadziłam rozmowę z Rayyą.
Choćby wtedy, gdy około sześciu miesięcy po jej śmierci na przyjęciu w Los Angeles podeszła do mnie kobieta, której nigdy wcześniej nie spotkałam, położyła mi rękę na ramieniu i powiedziała:
– Rozumiem, że twoja ukochana niedawno opuściła ciało. Wyrazy współczucia. Ale muszę ci powiedzieć coś ważnego. Ostatnio przychodzi do mnie we śnie. Jestem profesjonalną intuicjonistką i wyczuwam takie rzeczy. Rayya poleciła mi, żebym ci przekazała, że bardzo za tobą tęskni i pragnie się z tobą porozumieć.
Powiedz tej suce, żeby spierdalała, syknęła na to Rayya w mojej głowie.
– Dziękuję za życzliwość – odparłam nieznajomej.
Kobieta wcisnęła mi w rękę wizytówkę.
– Tu jest mój numer, gdybyś kiedyś chciała porozmawiać z Rayyą bezpośrednio.
Powiedz tej idiotce, że może mnie pocałować w mój martwy tyłek, kurwa, rzekła Rayya.
To wszystko było takie dzikie i wspaniałe: czułam, że moja Rayya wciąż dominuje w każdym pomieszczeniu, nawet zza grobu!
Z upływem lat jej wizyty stawały się jednak coraz rzadsze.
Minęły dwa lata.
Potem trzy lata.
Cztery.
Życie toczy się dalej. Czy nie tak właśnie mówią ludzie?
Głos Rayyi zanikał.
Minęło ponad pięć lat.
W tym czasie zmienił się świat i zmieniłam się ja. Nadeszła globalna pandemia. Wybuchły nowe wojny, nastąpiły nowe sytuacje kryzysowe, zmarli kolejni ludzie. Urodziły się dzieci, których Rayya nigdy już nie spotka. Napisałam książki, których Rayya nigdy nie przeczyta. Wszyscy rozmawiali o nowych serialach, których Rayya nigdy nie obejrzy. W desperackiej próbie zastąpienia smutku zauroczeniem spotykałam się nawet z kimś przez jakiś czas po jej śmierci (a raczej „zdetonowałam się” na tej osobie, jeśli chodzi o ścisłość), ale związek ten zakończył się szybkim, miażdżącym i przewidywalnym złamaniem serca.
Od tamtej pory nikogo już nie szukałam.
Zamiast tego spędziłam te lata, pracując nad sobą.
Wytrzeźwiałam – nie tylko odstawiłam alkohol i narkotyki, ale także wszelkie seksualne zapomnienia i romantyczne uwikłania. Wypuściłam z mojego życia każdą substancję i osobę, która mnie upajała, odurzała, przejmowała nade mną kontrolę bądź w jakikolwiek sposób zmieniała mój nastrój lub umysł. Uczyłam się, jak odczuwać emocje i przeżywać swoje uczucia bez sięgania po cokolwiek lub kogokolwiek łagodzącego ich intensywność. Używałam własnego głosu, ustalałam nowe zasady i granice oraz żyłam w zgodzie ze sobą prowadzona przez własną Siłę Wyższą. Dzień po dniu porządkowałam swój wewnętrzny dom. I znalazłam nowych przyjaciół – zdrowych przyjaciół z sal programu dwunastu kroków. Przyjaciół, którzy nigdy nie poznają Rayyi.
Przez cały ten czas obecność Rayyi migotała i przygasała, aż nadszedł dzień, kiedy w ogóle już jej nie słyszałam – nawet gdy przywoływałam ją po imieniu, nawet gdy prosiłam o bezpośrednie wskazówki lub miłość. Tam, gdzie niegdyś rozbrzmiewał jej mocny głos, pojawiła się wielka, bezkresna cisza. Było to dla mnie druzgoczące i dezorientujące. To było niemal jak druga śmierć.
Dokąd odeszła?
Ona poszła dalej czy to ja ją zostawiłam?
Nie mogłam tego pojąć.
Zupełnie jakby wyskoczyła z tego świata po papierosy i już nigdy nie wróciła.
A teraz – w dniu moich pięćdziesiątych czwartych urodzin – nagle znów tu była.
I to naprawdę była.
Pokój aż drżał od wielkiej energii Rayyi, a mnie przeszły ciarki. Zaczęłam jednocześnie śmiać się i płakać.
– Kochanie! – zawołałam. – Przyszłaś mnie odwiedzić!
Chciałam od razu zacząć świętować, ale czułam, że jest coś, co chce mi powiedzieć – coś, co wymaga całej mojej uwagi. Miałam wrażenie, jakby ktoś chwycił mnie za kołnierz i mocno mną potrząsnął. Zrozumiałam, że Rayya nie przebyła całej tej drogi, żeby mi złożyć zwykłą wizytę – przyszła przekazać wiadomość najwyższej wagi. Słowa i informacje wylewały się z niej i wpadały prosto do mojej głowy, niemal zbyt szybko, żebym zdołała je uchwycić. Wnętrze mojego umysłu huczało jak salon gier. Chwyciłam dziennik, który zawsze trzymam przy łóżku, i zaczęłam zapisywać wszystko, co mówiła – wszystko, co udało mi się wychwycić.
A oto co miała mi do przekazania Rayya:
Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin, stara!
Jestem tu przy tobie i kocham cię! KOCHAM CIĘ!
Ja pierdolę, jestem z ciebie taka dumna!
Nie martw się, że mnie zostawiasz – będę na ciebie czekać nad rzeką, kiedy to się skończy, i wtedy wszystko nabierze sensu!
Wiem, że czasem wciąż jesteś na mnie wkurzona za to, co się wydarzyło między nami na końcu, ale to w porządku. Złość się, jeśli musisz się złościć, kochanie. Po prostu bądź w tym szczera i przepracuj to pisaniem. Trzymaj się swojego programu i nie martw się tym, jak ja robiłam różne rzeczy ani co bym pomyślała o tym, jak ty je robisz. Kocham cię i chcę dla ciebie tej wolności! Jestem taka dumna z twojej trzeźwości – naprawdę, kurwa, dajesz radę! Wymiatasz, stara! Jesteś super, tak trzymaj! Nie pozwól, żebym ja albo ktokolwiek inny cię powstrzymywał!
I przestań się tak ciągle zamartwiać innymi ludźmi, dobra? Za bardzo, kurwa, myślisz o innych! Nigdy więcej nie bądź niczyją opiekunką! Nie pozwól nikomu wciskać ci kitu, wciągać cię w swoje dramaty ani zmuszać do zajmowania się nimi. Niech każdy znajdzie własną drogę – to dobre dla nich i dobre dla ciebie. Masz teraz takich wspaniałych przyjaciół, oni nie potrzebują, żebyś ich nosiła na własnych barkach!
Oddychaj, kochanie, oddychaj…
Jestem tuż przy tobie. Nie znikam…
Oddychaj, kochanie, oddychaj…
Niech sobie przez chwilę na ciebie popatrzę. Na te twoje małe tęczowe oczy! Na te skrzące się łzy! Jesteś taka piękna!
Jest coś, co musisz zrozumieć, kochanie. Już ci wyjaśniam, więc słuchaj: powód, dla którego już nie przychodzę, jest taki, że obie chcemy, żebyś miała własną drogę – i właśnie to musi się teraz wydarzyć. Wiem, że chcesz, żebym powiedziała, że zawsze przy tobie będę, jeśli tylko będziesz mnie potrzebować, ale prawda jest taka, że już mnie nie potrzebujesz – i to jest zajebiście dobra wiadomość. Dlaczego miałabym się z tego nie cieszyć? Kiedyś potrzebowałam być potrzebna, ale już nie potrzebuję – i ty też nie. Chcę, żebyś była wolna od wszelkiej potrzeby – i wreszcie się do tego zbliżasz!
Oddychaj, kochanie, oddychaj…
Masz już wszystko, czego potrzebujesz. Trzymaj się swojej drogi. Jesteś na właściwym torze. Znalazłaś swojego Boga – a twój Bóg jest, kurwa, niesamowity. Twój Bóg jest totalnie zajebisty! Twoja wspólnota cię wspiera i nie musisz już nigdy więcej przeżywać upokorzeń żadnego uzależnienia. Teraz naprawdę będziesz olśniewać! Nadszedł twój czas!
A tak przy okazji, moja mama cię pozdrawia i dziękuje za wszystko, co dla mnie zrobiłaś. Wie o wszystkim i chce, żebym ci powiedziała, że cię kocha!
Ale kochanie, posłuchaj: między nami i wokół nas wszystko się na końcu nieźle spieprzyło – i to nie była ani twoja, ani moja wina. To nawet nie było złe, że tak się sprawy potoczyły. Tak po prostu musiało być. To była robota, którą musiałyśmy odwalić w swoich historiach – i wykonałyśmy ją dokładnie tak, jak trzeba. Wszystko wydarzyło się akurat tak, jak miało się wydarzyć – nawet całe to gówno i cała ta szajba. A pod wszystkimi tymi historiami kryła się ta jedna ważna prawda: bardzo się kochałyśmy. Po prostu się kochałyśmy. Kochałyśmy się. Kochałyśmy się. Kochałyśmy się.
TAK BARDZO SIĘ KOCHAŁYŚMY!
A kiedy nadejdzie dzień, gdy pożegnasz się z tym życiem, przyjdę po ciebie, tak? Rozumiesz? Będę czekała na ciebie nad rzeką i rozpoznasz moją twarz. Kiedy powiem ci, żebyś wzięła mnie za rękę, po prostu to zrób. Przeprowadzę cię na drugą stronę i pokażę ci, co i jak. Taka jest teraz moja rola w twoim życiu, kochanie, i jest ona święta. Wypełnię ją z siłą, honorem i współczuciem – czy to były nasze słowa? Zapomniałam. Pieprzyć to, po prostu wiedz, że tam będę…
Ale to jeszcze długo nie nastąpi, a przedtem nie szukaj mnie po całym wszechświecie jak szalona! Po prostu idź i żyj swoim życiem, spraw, aby było w pełni twoje. To jedna z tych rzeczy, ta najważniejsza, którą w ogóle masz tu do zrobienia – nauczyć się żyć własnym życiem, bez łamania sobie głowy tym, co myślą inni. To jest twoja ścieżka i jesteś na niej – a nie możesz jednocześnie iść swoją ścieżką i ganiać wokół w poszukiwaniu mnie.
A co do książki, po prostu się nie opierdalaj, tylko pisz!!! Opowiedz ludziom dokładnie, co się działo! Powiedz im o każdej jednej rzeczy, która się wydarzyła! Nie martw się o ochronę mojej czy twojej godności – idź na całość. Obnaż prawdę. Jaki użytek miałabym teraz z godności? I ty też nie potrzebujesz godności, tak że chrzanić to. Czas, żebyś napisała bezgranicznie szczerą książkę o uzależnieniu – twoim i moim. Niektórym ludziom to pomoże – więc niczego nie ukrywaj!
Mnie osobiście podoba się tytuł „Aż do rzeki” – ale co ja tam wiem? I tak już jestem martwa! Powinnaś chyba zapytać kogoś, kto jeszcze żyje! HA!
Nie martw się, kochanie – nie przeszkadza mi to, że nie żyję. Nawet mi się podoba.
Ale tęsknię za grillowaniem.
I wiesz, co jeszcze, kochanie? Jak tak teraz na ciebie patrzę, to marzę o tym, żeby się wziąć do twoich włosów, bo masz totalnie zjebane odrosty!!! Następnym razem, jak będziesz robiła zabieg keratynowy, upewnij się, że to ten prawdziwy, oldskulowy brazylijski z formaldehydem, bo to jedyna rzecz, która działa na te twoje puszące się włosiska i sprawia, że są lśniące. Nie martw się, że dostaniesz raka wątroby od formaldehydu – rak wątroby to moja specjalność, nie twoja. HA!
Twój świat jest taki, kurwa, piękny! POPATRZ NA NIEGO! Nie, naprawdę – popatrz na niego! Jest taki piękny, że złamie ci serce – ale tak właśnie ma być. Pozwól, żeby łamał ci serce. Wiesz, zawsze uważałam, że nie ma to jak porządnie złamane serce.
Słońce ty moje, zawsze byłaś moim maleństwem, ale nie pozostawaj dzieckiem. Pamiętaj, że kochałam cię też jako kobietę – piękną, elegancką, silną, kreatywną kobietę z niesamowitą mocą. Nie masz sobie równych, jeśli chodzi o duchowy płomień. Dalej odgryzaj sobie nogi, żeby wydostać się z każdej pułapki, która dzieli cię od wolności.
Bądź wolna, moja kochana. Bądź wolna, bądź wolna! Trzymaj się obranej przez siebie ścieżki i pozostań trzeźwa!
Dasz radę! Nie jesteś aż tak popierdolona, jak ci się wydaje! Uda ci się! Teraz jest twój moment, żeby stanąć na własnych nogach. Nie przestawaj dbać o siebie. Pozwól wszystkim wokół zajmować się własnym życiem, a ty zajmij się swoim. Takie jest twoje zadanie.
Kocham cię i wiem, że ty kochasz mnie, ale nie trzymaj się mnie – nie trzymaj się już nigdy nikogo ani niczego. Skup się na sobie. Żyj własnym życiem! Podążaj swoją drogą, kochanie.
Podążaj swoją drogą. Tym razem dotrzesz absolutnie do końca – aż do oświecenia, czy jakkolwiek to kiedyś nazywałaś. Masz wszystko, czego potrzebujesz. Twoi przyjaciele są spoko, twój program jest spoko, twoje serce jest silne, a twój Bóg – po prostu zajebisty. Nigdy więcej nie rezygnuj z siebie. Dasz radę. Jesteś piękna. Nie szukaj mnie. Podążaj swoją drogą. Skup się. Kocham cię. Kocham cię. Kocham cię…
Potem długopis się uspokoił, a Rayya zniknęła – jakby wyssana przez drzwi samolotu przy prędkości sześciuset mil na godzinę.
Zawsze wiedziała, jak zrobić dramatyczne wyjście.
W nagłej ciszy po wizycie Rayyi moje serce najpierw przyspieszyło, po czym się uspokoiło.
Łzy napłynęły, potem obeschły. A później zabrałam się do pracy.
Ta książka – wraz ze wszystkimi zawartymi w niej opowieściami, modlitwami, wierszami, zapiskami z dziennika, zdjęciami i rysunkami – jest z mojej strony próbą przedstawienia prawdy o tym, co wydarzyło się między mną a Rayyą Elias. To książka o naszej przyjaźni, o naszym romansie, o całym tym pięknie, wściekłości i bólu. Opowiada historię uzależnienia Rayyi, jej powrotu do nałogu oraz śmierci. Opowiada też historię mojego własnego uzależnienia i ostatecznego poddania się procesowi zdrowienia.
Książka ta nie jest jednak przeznaczona wyłącznie dla ludzi, których życie zostało negatywnie naznaczone przez ich własne uzależnienia lub przez uzależnienia innych – choć obawiam się, że prędzej czy później właściwie każdy z nas trafi do którejś z tych dwóch kategorii. Ta książka jest także o tym, jak często ludzie – mimo najszczerszych starań, by prowadzić rozsądne i stabilne życie – dają się porwać dramatom i wysokooktanowym traumom, przez które lądują na krawędzi, daleko od swojej prawdziwej natury.
Jakim cudem w ogóle jestem w tym miejscu? – to pytanie, z którym pewnie każdy z nas będzie musiał się kiedyś zmierzyć. Może nawet wiele razy. Bo któż nigdy się, ku własnemu zażenowaniu, nie zagubił? Kto nigdy nie znalazł się w sytuacji, która była przerażająca, obca i upokarzająca? Kto nigdy nie stracił ducha? Kto nie skrywał sekretów, nie został zdradzony albo nie próbował kontrolować zachowania innych? Kto nie pragnął uciec od cierpienia? I kto nie sięgał po substancje, ludzi, zachowania czy inne sposoby na odwrócenie uwagi, by zapewnić sobie choć chwilę ulgi od dyskomfortu wpisanego w samo nasze istnienie?
Wierzę głęboko, że człowiek, którego zwykle nazywamy „nałogowcem”, to jedynie przerysowana wersja każdego z nas – po prostu ktoś tak rozpaczliwie pragnący ulgi od bólu istnienia, że jest gotów użyć czegokolwiek (albo kogokolwiek), by go uśmierzyć.
Ta książka jest opowieścią o takim poszukiwaniu ulgi – i o tym, jak w tym procesie zdarza nam się zdziczeć i wynaturzyć.
Nawet najsilniejszym.
Nawet najodważniejszym.
Mam nadzieję, że nigdy nie upadliście tak nisko, jak upadałyśmy my na pewnych etapach naszej wspólnej drogi. Ale nawet jeśli nie przeżyliście nigdy takiej jazdy bez trzymanki, to podejrzewam, że na jakimś poziomie jesteśmy podobni. Ja mogę być wami, wy możecie być mną, a wszyscy możemy być Rayyą.
Oddaję tę książkę z miłością i szacunkiem każdemu, komu może być potrzebna.
Ta część mnie, która wciąż zmaga się ze współuzależnieniem, chciałaby powiedzieć, że Rayya i ja napisałyśmy ją razem, ale prawda jest taka, że Rayya chciała, abym uczyniła to całkiem sama – i tak właśnie zrobiłam.
Jak mawiamy w salach mityngowych: Weź to, co ci pasuje, a resztę zostaw.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Tytuł oryginału: All the Way to the River
Copyright © 2025, Elizabeth Gilbert
All rights reserved
Copyright © for the Polish e‑book edition by REBIS Publishing House Ltd., Poznań 2025
Informacja o zabezpieczeniach
W celu ochrony autorskich praw majątkowych przed prawnie niedozwolonym utrwalaniem, zwielokrotnianiem i rozpowszechnianiem każdy egzemplarz książki został cyfrowo zabezpieczony. Usuwanie lub zmiana zabezpieczeń stanowi naruszenie prawa.
Redakcja: Agnieszka Horzowska
Niektóre imiona i szczegóły dotyczące osób zostały zmienione, aby zachować ich anonimowość.
Rysunki i fotografie pochodzą z osobistej kolekcji autorki, jeżeli nie zaznaczono inaczej.
Zdjęcie Rayyi Eliason autorstwa Josepha Sposity zamieszczono za zgodą spadkobierców fotografa.
Projekt okładki oryginalnej: Lynn Buckley
Opracowanie graficzne polskiej wersji okładki: Sławomir Folkman
Ilustracja na okładce
dzięki uprzejmości Iana Davenporta i Cristea Roberts Gallery, London
© Ian Davenport
Wydanie I e‑book (opracowane na podstawie wydania książkowego: Aż do rzeki. Opowieść o miłości, stracie i wyzwoleniu, wyd. I, Poznań 2026)
ISBN 978-83-8338-683-6
WYDAWCA
Dom Wydawniczy REBIS Sp. z o.o.
ul. Żmigrodzka 41/49, 60-171 Poznań, Polska
tel. +48 61 867 47 08, +48 61 867 81 40
e-mail: [email protected]
www.rebis.com.pl
Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer
