ASML. Chipy, wojna technologiczna i najważniejsza maszyna świata - Hijink Marc - ebook + książka

ASML. Chipy, wojna technologiczna i najważniejsza maszyna świata ebook

Hijink Marc

0,0
89,90 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Fascynując podróż do świata technologii, innowacjioraz walki ogospodarczą i militarną dominację

Bez ASML świat wyglądałby zupełnie inaczej. Ta firma, wywodząca się z Philips Electronics i mająca siedzibę w spokojnym holenderskim Veldhoven, projektuje gigantyczne, niezwykle złożone maszyny, które służą do wytwarzania najbardziej zaawansowanych chipów. To najcenniejsza firma technologiczna w Europie – 90% chipów używanych w naszych telefonach, samochodach i wspierających rozwój sztucznej inteligencji powstaje właśnie dzięki urządzeniom ASML. Przez lata działała w cieniu, lecz geopolityczne trzęsienie ziemi rzuciło ją w samo centrum globalnej wojny technologicznej i sprawiło, że Stany Zjednoczone, Chiny i Europa, które rywalizują o dominację w dziedzinie chipów, bacznie ją obserwują.

Marc Hijink podróżuje po całym świecie, od Białego Domu, przez Hagę, po Tajwan i Chiny, pokazując, jak technologia z pogranicza science fiction staje się rzeczywistością. Analizuje DNA zaawansowanych projektów technicznych, sposób myślenia pracowników ASML i determinację ich menedżerów. Rzuca nowe światło na geopolityczną grę toczącą się wokół tej wyjątkowej firmy.

To opowieść o ludziach i kulturze organizacyjnej firmy, która znalazła się w samym centrum globalnej rozgrywki o technologiczną dominację.

Produkcja półprzewodników to zdecydowanie jeden z najbardziej zaawansowanych znanych nam procesów inżynieryjnych, a jego fundamentem są systemy dostarczane przez holenderski ASML. Te wiodące, oparte na technologii EUV, są prawdopodobnie najbardziej skomplikowanymi maszynami przemysłowymi, jakie ludzkość dotąd wymyśliła. Pracujące na granicy możliwości fizyki skanery litograficzne ASML są też doskonałym przykładem międzynarodowej współpracy. Kluczowe ich elementy – każdy będący w pewnym sensie cudem mechatroniki i informatyki – powstają bowiem nie tylko w Holandii, ale choćby i w USA, Niemczech, Wielkiej Brytanii i wielu innych krajach. Bez wątpienia jest to jedno z kluczowych „aktywów” zachodniego świata. Technologia strategiczna, zwłaszcza w technologicznej rywalizacji z Chinami.

– Tomasz Smolarek, doradca inwestycyjny, ekspert ds. rynku półprzewodników

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 400

Rok wydania: 2026

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł oryginalny: Focus: The ASML way - Inside the power struggle over the most complex machine on earth

Przekład: Michał Głatki

Redakcja: Ewa Skuza

Korekta: Maria Żółcińska

Skład i łamanie: Amadeusz Targoński | targonski.pl

Opracowanie e-wydania: Karolina Kaiser |

Oryginalny projekt okładki: Bas Smidt

Adaptacja okładki polskiego wydania: Ludwika Gnyp | Studio Flow

Zdjęcia w książce: ANP, ASML, Intel, Philips, Samsung, TSMC, Trumpf, Zeiss, prywatne kolekcje Frits van Hout, Frits Klostermann i Marc Hijink.

Infografiki: Roel Venderbosch

Recenzja czytelnicza: Karol Ostrówka

Copyright © Marc Hijink

First published by Uitgeverij Balans, Amsterdam, 2024

All rights reserved.

Copyright © 2026 for this edition by Poltext Sp. z o.o.

All rights reserved.

Copyright © 2026 for the Polish translation by Poltext Sp. z o.o.

All rights reserved.

Warszawa 2026

Wydanie pierwsze

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

Poltext Sp. z o.o.

wydawnictwoprzeswity.pl

[email protected]

ISBN 978-83-8175-810-9 (epub)

ISBN 978-83-8175-811-6 (mobi)

Tacie, który cokolwiek wymyślił, umiał wyprodukować

Prolog – rozgwieżdżone niebo

Kapela prosi o przyciemnienie świateł. Za chwilę rozpocznie się najbardziej magiczny moment wieczoru.

„Czy możecie wyciągnąć telefony?”

Jasna sprawa. W mgnieniu oka latarki telefonów rozświetlają każdy zakątek sali, poruszają się tam i z powrotem w morzu niewidzialnych rąk. Powstało wielkie, rozgwieżdżone niebo.

Wyobraź sobie, jak zachwycający byłby widok wszystkich smartfonów na świecie rozświetlających się w tym samym momencie. To prawie 7 miliardów telefonów. Ma je 85 procent światowej populacji. Daje to wyobrażenie o skali działalności firmy, której dotyczy ta książka.

A teraz, niezależnie od tego, co sobie wyobraziłeś, pomyślmy o jeszcze większej skali. Możliwe jest jeszcze bardziej rozgwieżdżone niebo. Wyobraź sobie, że na prośbę zespołu rozświetla się każdy chip (układ scalony), we wszystkich urządzeniach na świecie.

„Rozświetlcie swoje urządzenia!”

Zaczynają świecić wszystkie chipy w każdym laptopie, routerze Wi-Fi i stacji bazowej telefonii komórkowej. Chipy w każdym samochodzie, ekspresie do kawy, monitorze i smartwatchu, każdej sygnalizacji świetlnej, pralce, parze słuchawek i kamerze. Chipy we wszystkich centrach danych, fabrykach, szpitalach, wieżach kontrolnych, samolotach, pociągach, elektrowniach i wiatrakach. Chipy w szukających celu pociskach manewrujących i w radarach próbujących je przechwycić. Chipy w superkomputerach badających nowego zakaźnego wirusa i w serwerach centrów danych tworzących szczepionkę do walki z nim.

Wszystkie chipy, które śledzą twoje zachowanie w internecie, realizują twoje wyszukiwania, składają zeznania podatkowe, odtwarzają ulubioną muzykę i filmy. Chipy, które przewidują pogodę i informują cię, ile zrobiłeś kroków, ile przegapiłeś wiadomości, gdzie tym razem spędza czas twoja córka.

I na koniec rozświetlają się układy pamięci. Nieskończona cyfrowa pamięć, w której znajdziesz wszystkie maile, aplikacje, zdjęcia i filmy z ostatnich dziesięciu lub dwudziestu lat. Kilobajty stały się megabajtami, megabajty stały się gigabajtami, gigabajty stały się terabajtami. Eksplozja danych.

Usunięcie zdjęć lub zrobienie porządku w skrzynce pocztowej nie ma znaczenia – świat ma wystarczająco dużo chipów, żeby przechowywać wszystkie twoje dane. Nieprawdaż?

Każdego roku producenci, tacy jak Intel, TSMC i Samsung, produkują miliardy chipów, z których każdy składa się z miliardów przełączników. To układy scalone, miniaturowe konstrukcje zbudowane na krzemowym dysku lub waflu. Na krzem w stanie nieprzetworzonym, przypominającym piasek, nie zwrócilibyśmy uwagi. Jednak po przetworzeniu ma on zdolność zmiany swoich właściwości przewodzących, co oznacza, że można go używać do włączania i wyłączania przepływu prądu elektrycznego – innymi słowy, do przekształcania „0” w „1”. Dolina Krzemowa, miejsce narodzin przemysłu układów scalonych, zawdzięcza swoją nazwę i sławę temu wyjątkowemu pierwiastkowi.

Obecnie zdecydowana większość tych chipów jest wytwarzana przy użyciu maszyn jednej firmy: ASML. Niech was to jednak nie zmyli: czterdzieści lat temu to holenderskie przedsiębiorstwo liczyło zaledwie czterdziestu pracowników. Dysponowało jednym eksperymentalnym urządzeniem i miało beznadziejny biznesplan. Nikt nie miał pojęcia, że ten wynalazek odegra kluczową rolę w branży wartej obecnie ponad 600 mld dolarów rocznie.

A popyt wciąż rośnie. Oczekuje się, że w 2030 roku obroty branży chipów wyniosą ponad bilion dolarów. Do tego czasu roczne przychody ASML również się podwoją, z 27 mld euro w 2023 roku do 40, 50 lub – według najbardziej optymistycznych prognoz – 60 mld euro.

Od 2023 roku czyni to ASML najcenniejszą firmą high-tech w Europie. Zatrudnia ona 42500 pracowników w ponad 60 miejscach w 16 krajach. Prowadzi działalność na skalę globalną. Ma tylko jeden cel – utrzymanie całkowitej dominacji na rynku urządzeń litograficznych. Te niezwykle skomplikowane maszyny są wykorzystywane do produkcji chipów, a ASML jest nie tylko odpowiedzialny za ponad 90 procent dostaw tych urządzeń, ale jest także monopolistą w zakresie najnowocześniejszych technologii. Lepiej jest myśleć o tych maszynach jako o „systemach”. By wyobrazić sobie skalę ich złożoności, należy wiedzieć, że do przetransportowania najbardziej zaawansowanych narzędzi ASML do fabryki chipów potrzeba siedmiu Boeingów 747. Poszczególne części mogą być duże, ale są niezwykle delikatne. Każda część urządzenia wymaga specjalnie zaprojektowanych metalowych inkubatorów, żeby podczas transportu utrzymywać delikatny sprzęt w dokładnie określonej temperaturze.

Czym jest ta maszyna i jak działa? Krótko mówiąc, maszyna litograficzna drukuje skomplikowane wzory na światłoczułej płytce krzemowej. Jest to w zasadzie superprecyzyjny projektor, który setki tysięcy razy z prędkością błyskawicy rzuca ten sam obraz na ten jeden krzemowy wafel, aż krok po kroku, zdjęcie po zdjęciu, zaczyna się formować płytka pełna chipów. Na koniec każdy z tych chipów będzie zawierał miliardy maleńkich układów scalonych. Ten żmudny proces może trwać miesiącami. Każdy chip składa się potencjalnie z setek różnych warstw, z których wszystkie muszą być idealnie wyrównane, jedna na drugiej. Wystarczy najmniejsze odchylenie, żeby zniszczyć całą linię chipów. W mgnieniu oka lub błysku maszyny setki tysięcy dolarów mogą zamienić się w bryłę bezwartościowego krzemu.

Im krótsza jest fala świetlna, którą może generować taka maszyna, tym więcej tranzystorów – miniaturowych przełączników prądu elektrycznego znajdujących się w chipie – zmieści się na określonej powierzchni. A im więcej tranzystorów, tym szybszy, wydajniejszy i mocniejszy jest układ scalony. W latach 60. XX wieku Gordon Moore, współzałożyciel Intela – firmy produkującej chipy – zwrócił na ten proces szczególną uwagę. Zauważył powtarzający się wzorzec: mniej więcej co dwa lata podwajała się liczba tranzystorów, które mogły zmieścić się w układzie scalonym. Z biegiem lat Moore skorygował swoje przewidywania, ale mleko się rozlało. Jego obserwacja rozpaliła wyobraźnię naukowców i inżynierów na całym świecie i stała się znana jako prawo Moore’a. Moc obliczeniowa i pamięć cyfrowa stawały się coraz tańsze i bardziej energooszczędne, a wraz z tym rosła liczba zastosowań chipów: od komputerów i serwerów, przez telefony i bezprzewodowe gadżety, po czujniki dla niemal każdego urządzenia. Niezależnie od tego, czy jest to prawo naturalne, samospełniająca się przepowiednia, czy fikcja, efekt jest taki sam.

Możesz to sam zaobserwować – telefon w twojej kieszeni kosztuje kilkaset dolarów, ale ma większą moc obliczeniową niż wszystkie komputery używane przez NASA (National Aeronautics and Space Administration) podczas pierwszego lądowania człowieka na Księżycu. W 2013 roku procesor najszybszego laptopa Apple’a zawierał nieco ponad miliard tranzystorów. Pod koniec 2023 roku liczba ta wynosiła już 92 miliardy. Gordon Moore już nie żyje, ale jego prawo wciąż obowiązuje.

W miarę zmniejszania się obwodów w chipach zwiększa się urządzenie, które je wytwarza. Nowoczesna maszyna litograficzna składa się z ponad stu tysięcy elementów, które współpracują ze sobą w ściśle skoordynowanym tańcu. „New York Times” w 2021 roku pisał: „(…) urządzenie ASML jest najbardziej skomplikowaną maszyną na świecie” i jest wielkości miejskiego autobusu.

Tak było kilka lat temu. Maszyny ASML najnowszej serii są jeszcze bardziej imponujące: mają wielkość lokomotywy parowej i potrafią wycelować jedną maleńką wiązkę niewidzialnego światła z dokładnością do jednego nanometra, czyli jednej milionowej milimetra. Najnowsza wersja nie jest jeszcze ukończona, ale pierwsze urządzenia już zostały sprzedane. Cena: prawie 400 mln euro. Jednak wszystkie opisy i specyfikacje nie są w stanie przygotować kogokolwiek na to, co można zobaczyć po wejściu do pozbawionych najdrobniejszych pyłków pomieszczeń czystych (ang. cleanrooms) ASML i spojrzeniu na jedno z tych urządzeń z bliska. Sam rozmiar poszczególnych modułów zapiera dech w piersiach. Wysokie metalowe ramy, błyszczące rurki i przewody, grube na pięść kable, ciężkie magnesy i misterna mechatronika. Można się poczuć jak na planie filmu science fiction. Jest jednak jedna zasadnicza różnica – ta maszyna naprawdę istnieje.

Mimo ogromnego wysiłku konkurentów, takich jak Nikon i Canon, żadna firma nie potrafiła nadążyć za postępem technologicznym, który dokonał się w Veldhoven, małym holenderskim miasteczku, gdzie znajduje się siedziba ASML. Dlatego branża chipów jest w dużym stopniu zależna od tej holenderskiej firmy. Maszyna litograficzna jest najważniejszym elementem wyposażenia każdej fabryki chipów i bez wątpienia największą inwestycją w obiekcie, którego budowa może kosztować 15 mld dolarów. Łatwo zrozumieć, dlaczego praca w ASML wiąże się z pewną presją.

W miarę jak świat coraz bardziej się cyfryzuje – w związku z transformacją energetyczną, dbającym o środowisko przemysłem, dążeniem do lepszej opieki medycznej czy tworzeniem skuteczniejszej broni – popyt na chipy gwałtownie wzrasta. A firma ASML musi rozwijać się w tym samym, równie szybkim tempie. Związane jest to z przyciąganiem, zatrudnianiem i integrowaniem każdego miesiąca setek nowych pracowników, a także z zarządzaniem rozrastającą się logistyką i siecią setek dostawców, którzy muszą dostarczać więcej komponentów dla coraz bardziej skomplikowanych urządzeń. ASML jako firma stał się hiperzłożoną, trudną w obsłudze i wymagającą ciągłej konserwacji maszyną. Przypomina nam to, że nawet najbardziej skomplikowana technologia wciąż opiera się na ludziach.

Przez długi czas ASML mógł działać poza zasięgiem wzroku opinii publicznej: był po prostu mało znaną firmą z branży nowoczesnych technologii zajętą tworzeniem niepojętych maszyn, balansujących na granicy niemożliwego. Aby okiełznać siły natury uwalniane w maszynie litograficznej, trzeba było wykorzystać różne dziedziny nauki: optykę, mechatronikę, fizykę, chemię – a wszystko to wspomagać skomplikowanymi algorytmami, które same wymagają ogromnej mocy obliczeniowej. To pożywka dla nerdów i naukowców, ale nie coś, co trafia na pierwsze strony gazet. Dopóki nie zaangażowali się w to politycy.

Strategiczne zainteresowanie branżą chipów jest trudne do przecenienia. Sześćdziesiąt lat po wynalezieniu mikroprocesora cały świat działa na chipach. Są one nieodzownym zasobem wszystkich aspektów współczesnego społeczeństwa. A w efekcie pandemii międzynarodowe supermocarstwa, takie jak Stany Zjednoczone, Chiny i UE, uświadomiły sobie, że w kwestii dobrobytu i bezpieczeństwa są bardzo zależne od chipów. Gdy zaczyna ich brakować, od razu można to zauważyć.

Komputery w holenderskim centrum danych Microsoftu śpiewają w idealnym unisono. Ich niesamowity szum wypełnia polder Middenmeer, odbijając się echem od szaf wypełnionych serwerami dmuchającymi w twarz ciepłym powietrzem. Gdy podchodzi się bliżej, dźwięk staje się wyraźny. To idealne, wysokie H.

„Słychać GPU-sy – mówi pracownik utrzymania ruchu. – To procesory graficzne, które wykorzystywane są do działania sztucznej inteligencji”.

W kolejnej hali, wypełnionej serwerami danych, dźwięk jest niższy. Tutaj szum jest bliższy niskiemu E. Jak okiem sięgnąć ciągnie się chór komputerów.

Microsoft tylko w tym jednym centrum danych co miesiąc wymienia 3 tysiące serwerów na nowe. To kosztowny, ale konieczny środek ostrożności – jeśli te serwery się zepsują, przestanie działać chmura. Usługa opiera się na zaufaniu użytkowników, że ta globalna sieć największych centrów danych, zwanych hiperskalerami, będzie działać dwadzieścia cztery godziny na dobę przez siedem dni w tygodniu. Nie można pozwolić, by uległy awarii.

Wbrew nazwie chmura znajduje się bliżej ziemi, niż mogłoby się wydawać. Jako użytkownik widzisz tylko małą magiczną ikonę na ekranie, którą klikasz, by rozpocząć grę, pobrać aplikacje lub zasypywać współpracowników mailami. Niewielu zdaje sobie sprawę, że w rzeczywistości kryje się ona w szarych, holenderskich polderach. Przez długi czas nikt nie musiał zastanawiać się nad tym, jak działają te usługi. Był to biznes jak każdy inny. I nic by się nie zmieniło, gdyby niewidzialny wirus nie wyłączył świata.

Na mapie zaznaczono miejsca, które odwiedziłem w trakcie pisania tej książki.

Na początku 2020 roku pandemia koronawirusa rozprzestrzeniła się po całym świecie. Mimo wprowadzenia lockdownów nie dało się jej powstrzymać. Zamknięto granice, sklepy i firmy. W czasie oczekiwania na szczepionkę noszenie maseczek i zachowywanie dystansu były jedynymi środkami zaradczymi.

Gdy życie publiczne stanęło w miejscu, cyfrowy świat nadal funkcjonował. Napotkał jednak zupełnie nowe przeszkody. Nagle wszyscy zaczęli pracować w domach i chcieli prowadzić wideokonferencje, co sprawiło, że chmura Microsoftu nieustannie ulegała awariom. W centrum uwagi znalazły się mało znane aplikacje, takie jak Zoom czy Teams, które zaczęły być powszechnie używane przez wszystkich. Ilość danych tworzonych na świecie rosła wykładniczo, zmuszając Microsoft do sprowadzenia do centrum danych w Middenmeer ciężarówek wypełnionych szafami z tysiącami dodatkowych serwerów. Był to jedyny sposób, by sesje usługi Teams działały. Dzięki dodatkowym procesorom graficznym, mocy obliczeniowej i pamięci wysokie H osiągnęło crescendo.

Nagły wzrost popytu na chipy wywołał szereg nieprzewidzianych konsekwencji. Wpłynął nie tylko na serwery dla centrów danych – laptopy, monitory, konsole do gier i routery Wi-Fi zaczęły znikać ze sklepowych półek w tempie znacznie szybszym niż możliwości uzupełniania braków. Miliardy uczniów i pracowników zostało zmuszonych do pracy w domu i – czy im się to podobało, czy nie – było zależnych od połączeń online. Lockdowny sprawiły, że świat usiadł na kanapie i zaczął oglądać Netfliksa, zmuszając serwery obsługujące gry do pracy na pełnych obrotach. A wszystkie te usługi opierają się na chmurze obliczeniowej.

Niedobory pojawiły się w innych sektorach, w których niezbędne były procesory, czujniki i układy pamięci. Najbardziej ucierpiał przemysł motoryzacyjny. Na początku 2020 roku producenci samochodów zmniejszyli zamówienia na chipy, spodziewając się, że kryzys związany z koronawirusem osłabi popyt na samochody. Okazało się to jednak ogromnym błędem. Gdy tylko rynek się ożywił, przemysł motoryzacyjny stwierdził, że potrzebuje więcej chipów, co było związane z przejściem z silników spalinowych na elektryczne. Każdy nowy samochód ma ponad sto procesorów i tysiące innych chipów. Sama elektronika stanowi aż 40 procent kosztów produkcji każdego pojazdu. To był zły moment na wciśnięcie hamulca.

Ponieważ z powodu pandemii fabryki chipów działały na pełnych obrotach, nowe zamówienia od producentów samochodów znalazły się na końcu kolejki. Niedobór chipów zaczął być odczuwalny. Pod koniec 2020 roku zabrakło chipów do cyfrowych desek rozdzielczych, asystentów jazdy czy czujników poduszek powietrznych. Stanęły pierwsze linie produkcyjne. Toyota, VW, Nissan, Renault, General Motors – wszystkie te firmy musiały wstrzymać część produkcji.

Każdy, kto zamawiał nowy samochód, musiał czekać ponad rok. Można było, co prawda, zdecydować się na model ze staromodną korbką do opuszczania szyb zamiast przycisku. Siła mięśni zamiast chipów, jak za dawnych czasów.

Na południu Holandii w ASML odbierano mnóstwo telefonów od zaniepokojonych klientów. Był koniec 2020 roku. Siedzący w swoim biurze na dwudziestym piętrze Martin van den Brink właśnie zakończył rozmowę na Teamsie ze swoim największym klientem, tajwańskim producentem chipów – firmą TSMC (Taiwan Semiconductor Manufacturing Company). Przekaz był jasny – ludzie w TSMC byli bardzo niezadowoleni.

Van den Brink pracował w ASML od samego początku działalności firmy. Był dyrektorem technicznym. Jako główny strateg i techniczny mózg ASML przez ostatnie czterdzieści lat wytyczał ścieżkę, którą firma podążała. Gdy sytuacja się pogorszyła i firmie groziła prawdziwa katastrofa, był tym, do którego należało się zwrócić – budzącym największy szacunek, najwyższym szczeblem drabiny eskalacyjnej ASML.

Jego rozmówcą był Wei-Jen Lo, wiceprezes ds. badań i rozwoju w TSMC. Pandemia postawiła go przed zadaniem niemożliwym do wykonania – jego firma wytwarzała połowę procesorów produkowanych na całym świecie, w tym około 90 procent tych najszybszych. Wszyscy zdawali sobie sprawę, jak bardzo są uzależnieni od chipów produkowanych na Tajwanie. Ich brak zaczął wywoływać tarcia.

TSMC czuł na karku oddech całego świata. Zdesperowani politycy chcieli, by ich fabryki samochodów zaczęły normalnie działać. Kanclerz Niemiec Angela Merkel zadzwoniła z prośbą o szybsze dostarczenie chipów do niemieckich fabryk samochodów, a prezydent Stanów Zjednoczonych Joe Biden domagał się, żeby chipy były wysyłane najpierw do Ameryki. Z kolei TSMC naciskał na ASML, by firma pomogła szybko zwiększyć moce produkcyjne fabryki na Tajwanie. „Martin, musimy zwiększyć wydajność. Potrzebujemy więcej maszyn, żeby produkcja była większa. W przeciwnym razie jesteśmy skończeni”.

Wściekli producenci chipów byli normą w życiu van den Brinka. Doświadczył tak wielu kryzysów w branży półprzewodników, że niewiele mogło wytrącić go z równowagi. Tym razem było jednak inaczej. Pandemia wywołała chaos w łańcuchach produkcyjnych. Brakowało nawet chipów, których ASML i jego dostawcy potrzebowali do produkcji maszyn niezbędnych do wytwarzania chipów. Braki napędzały kolejne braki.

ASML również musiał przejść na pracę zdalną. Na początku kryzysu związanego z koronawirusem holenderska firma zamówiła w Microsofcie 20 tysięcy dodatkowych licencji na usługę Teams, co pozwoliło jej wesprzeć globalną sieć własnych techników w uciążliwym zadaniu utrzymania działania pięciu tysięcy systemów litograficznych. Świat zdał sobie sprawę, jak bardzo jest uzależniony od chipów produkowanych przez te maszyny. Wszyscy potrzebowali ich do naświetlania krzemowych płytek.

Van den Brink nadal nie lubi spotkań online. „Muszę wiedzieć, jak się czujesz, czy wszystko u ciebie w porządku, jak wyglądasz i na co patrzysz. Lubię czytać ludzi”.

Naprzeciwko biura Martina znajduje się biuro Petera Wenninka. W 2013 roku, po czternastu latach pracy na stanowisku dyrektora finansowego, Peter został dyrektorem generalnym. Wraz z van den Brinkiem współprzewodniczy radzie dyrektorów ASML. Dwie skrajnie różne osobowości, zjednoczone we wspólnym przywództwie. Jeden z członków rady nadzorczej powiedział: „Są jak yin i yang. Doskonale się uzupełniają”.

Przez długi czas firma musiała mierzyć się jedynie z prawami natury. Jednak w 2018 roku znalazła się w nowej sytuacji: nieprzewidywalnym mechanizmie sił geopolitycznych. Właśnie w tym obszarze błyszczy gwiazda Wenninka. Peter jest twarzą ASML dla świata zewnętrznego. Jeśli jesteś inwestorem lub politykiem, pierwszą rzeczą, którą zapamiętasz z wizyty w Veldhoven, będzie jego przyjazny, ale stanowczy uścisk dłoni. To na nim spoczywa obowiązek utrzymania statku na powierzchni i przeprowadzenia firmy przez geopolityczne wzburzone wody. Jego praca nigdy się nie kończy: lobbing w Waszyngtonie, planowanie strategiczne w Hadze, uściski dłoni w Brukseli, ciągłe oprowadzanie po Veldhoven. W końcu ASML nie jest już jakąś „stosunkowo mało znaną” firmą (jak to kiedyś ujął dziennikarz BBC) – trafił na pierwsze strony światowych gazet.

Chiny depczą Zachodowi po piętach. Stany Zjednoczone chcą trzymać je na dystans w obszarze technologii, uniemożliwiając im rozpoczęcie niezależnej produkcji chipów przy użyciu maszyn ASML. Amerykanie postrzegają taką produkcję jako bezpośrednie zagrożenie dla swojego bezpieczeństwa narodowego; według nich każdy chip wyprodukowany przez Chiny może zostać wykorzystany do celów wojskowych. W obliczu takiego egzystencjalnego zagrożenia Stany Zjednoczone mocno angażują się w utrzymanie swojej pozycji lidera w dziedzinie sztucznej inteligencji i złożonych systemów uzbrojenia, a przemysłowi półprzewodników nie pozostaje nic innego, jak tylko pogodzić się z narzucanymi przez nie ograniczeniami.

Administracja Donalda Trumpa przygotowała przedpole, ale to prezydent Joe Biden pociągnął za spust, wprowadzając surowsze przepisy eksportowe, by utrudnić rozwój chińskich technologii. Stany Zjednoczone wiedzą jednak, że to nie wystarczy. Na te ograniczenia eksportowe potrzebują zgody sojuszników, w szczególności Holandia, czyli de facto ASML.

W erze globalizacji producent maszyn do wytwarzania chipów mógł spokojnie dojrzewać, ale ten czas już minął bezpowrotnie. Linie podziału na świecie są wyraźne, a ASML nie ma innego wyjścia, jak tylko przemyśleć, za czym się opowiada. W przypadku takich strategicznych zmian, nie ma podręcznika z gotowymi scenariuszami, na którym można by oprzeć swoje decyzje. Trzeba samemu dokonać wyboru.

Pandemia pokazała, jak wrażliwe na zakłócenia są dla Zachodu łańcuchy dostaw. Uwaga przeniosła się na Tajwan, wyspę położoną u wybrzeży Chin kontynentalnych, gdzie swoje fabryki ma TSMC. Uzależnienie od TSMC jest piętą achillesową światowego sektora technologicznego. Stany Zjednoczone i Unia Europejska są tym faktem głęboko zaniepokojone. Próbując zmniejszyć tę zależność, w ostatnich latach zainwestowały miliardy w rozwój fabryk chipów na własnym terenie.

Peter Wennink wie, że sercem tej strategii jest ASML. Tylko w 2023 roku producenci chipów zaplanowali budowę nowych fabryk o wartości ponad 300 mld dolarów. Firma pomogła przygotować europejską ustawę o chipach, a Wennink był gościem honorowym w czasie otwarcia nowej fabryki TSMC w Phoenix w Arizonie. Gdy w grudniu 2022 roku pierwsza maszyna do produkcji chipów została tam zainstalowana, to gigantyczne urządzenie zostało przyćmione przez powiewającą na fasadzie flagę z napisem „Made in America”.

Wennink umniejsza jednak swoją rolę na światowej scenie, balansując między dwoma rywalizującymi ze sobą supermocarstwami: „Nikt nie jest naprawdę ważny. Co najwyżej istnieją stanowiska, z piastowaniem których wiąże się duża odpowiedzialność”.

Gdy na arizońskiej pustyni Wennink uścisnął dłoń prezydentowi Joe Bidenowi i prezesowi Apple’a Timowi Cookowi, najważniejszemu klientowi TSMC, nie wzruszył go fakt, że na wiszącej na jego szyi plakietce z nazwiskiem widniał napis „Wennick”. „Wennick, Winnick (…) spotkałem się już z wszystkimi wariantami”.

Amerykańskie media i amerykańscy politycy również zdają się tym nie przejmować, ale z innego powodu. Nie mają pojęcia, kim on w ogóle jest. Wszyscy są zdumieni tajemniczym, wysokim mężczyzną ściskającym dłoń prezydenta. „ASML? Co to za firma?”

W tej książce przedstawiam historię ASML. Jest to opowieść o dwóch menedżerach, którzy w ciągu kilkudziesięciu lat doprowadzili swoją firmę na najwyższe szczyty. Jednym z nich jest Martin van den Brink – genialny technik projektujący najbardziej precyzyjne maszyny na świecie. Jego konfrontacyjny styl zarządzania leży gdzieś między krzyżowym przesłuchaniem a terapią szokową.

„Martin sprawia, że zaczynasz odczuwać bojaźń Bożą” – mówi Wennink. Musiało minąć kilka lat, zanim się do tego przyzwyczaił.

Drugim jest Peter Wennink. „Peter uwielbia przecinać wstęgi” – z uśmiechem mówi van den Brink, gdy Wennink podejmuje kolejną grupę polityków w siedzibie ASML. Van den Brink nie jest stworzony do takich uroczystości. Jest zbyt bezpośredni, by uprawiać dyplomację.

Peter jest nakierowany na człowieka i choć nie jest inżynierem, kieruje firmą high-techową. Udaje mu się zapanować nad nonkonformistyczną kulturą ASML, tak charakterystyczną dla branży wysokich technologii, i utrzymać wszystkich dostawców. Jest w centrum każdej sieci i dzięki temu jego słowo ma moc wpływania na cenę akcji jednej z najcenniejszych firm technologicznych na świecie. Jest również osobą, która wspólnie z producentami chipów wymyśliła plan sfinansowania największego skoku technologicznego ASML – maszyny EUV (ang. extreme ultraviolet). To właśnie dzięki niej prawo Moore’a będzie obowiązywało jeszcze przez wiele lat.

W ciągu czterdziestu lat ASML stał się dominującym liderem na rynku, przemysłową potęgą rozwijającą się tak szybko, że skromna holenderska prowincja, którą wciąż nazywa domem, ledwo może za nim nadążyć. Nie planuje jednak przeprowadzki – to inni muszą dotrzymać kroku gigantowi high-techowemu, mającemu siedzibę na ich terenie. ASML rzadko słyszy „nie”, a jeszcze rzadziej akceptuje taką odpowiedź.

ASML przygotowuje się do wejścia w nową fazę, która nadejdzie z początkiem 2024 roku. Wygasną wtedy kontrakty Wenninka i van den Brinka, a obaj sześćdziesięciosiedmiolatkowie z taką samą pensją (w 2023 roku było to 5,94 mln euro) odejdą ze stanowisk. ASML od lat poszukuje następców, jednak trudno będzie ich zastąpić[1].

Martin i Peter mają całkowicie różne charaktery. Jednak w trakcie niekończących się spotkań, negocjacji, wycieczek i spacerów po rezerwacie przyrody Kampina koło Veldhoven dobrze się poznali. Nabrali wzajemnego szacunku dla tego, co ich różni, a gdy połączyli swoje niespotykane talenty, stali się nie do zatrzymania.

Razem pomogli zbudować firmę, która pokonywała kolejne kryzysy, zawsze kierując się jedną kluczową wartością – koncentracją.

Ponieważ w świecie ASML-u skupienie jest wszystkim. Tak było od samego początku.

Część pierwszaDobry pomysł, zły plan

Kawalkada migających świateł przetacza się przez Pennsylvania Avenue. W limuzynie otoczonej przez sześć policyjnych motocykli, osiem czarnych samochodów, karetkę pogotowia i autobus z uzbrojonymi policjantami 46. prezydent Stanów Zjednoczonych Joe Biden zbiera myśli. Jest 7 lutego 2023 roku, dochodzi 20.30. Silnie zabezpieczony konwój kieruje się w stronę Kapitolu, gdzie prezydent wygłosi orędzie o stanie państwa. Zimne powietrze otacza zatrzymujące się pojazdy. Już czas.

Ku zaskoczeniu wszystkich Biden szybko zaczyna mówić o niedoborze chipów, który podczas pandemii dotknął amerykańską gospodarkę. „Podrożały samochody, podrożały lodówki i telefony” – stwierdza dobitnie, uderzając palcami w leżące przed nim papiery. Przekaz jest jasny: ręce precz od amerykańskich samochodów i lodówek, a już na pewno od naszych iPhone’ów.

„To nigdy nie może się powtórzyć. To my wynaleźliśmy układy scalone, a w ostatnich dziesięcioleciach straciliśmy przewagę. Kiedyś wytwarzaliśmy 40 procent chipów, teraz tylko 10. Zrobimy wszystko, żeby łańcuchy dostaw ponownie zaczynały się w Ameryce”.

Podniósł wzrok: „Łańcuch dostaw zaczyna się w Ameryce”.

W ambasadzie Holandii w Waszyngtonie analitycy z uwagą śledzą przemówienie prezydenta. Amerykanie są oburzeni z powodu chińskiego balonu szpiegowskiego zestrzelonego nad terytorium Stanów Zjednoczonych, ale Biden decyduje się najpierw mówić o stanie amerykańskiego przemysłu półprzewodnikowego. W Hadze tego wieczoru z niecierpliwością czekają na sprawozdanie analityków, a ci odnotowują: 10 minut i 15 sekund. Po takim czasie prezydent zaczął mówić o amerykańskiej branży chipów i jej problemach. Co oznacza, że zyskały one właśnie najwyższy priorytet.

Oklaski Republikanów i Demokratów trwały dokładnie 13,5 sekundy. Biden zna historię swojego kraju, w końcu to Ameryka była miejscem narodzin technologii półprzewodnikowej. W 1947 roku w Bell Labs został wynaleziony tranzystor, a pod koniec lat 50. XX wieku Jack Kilby i Robert Noyce stworzyli pierwszy ze swoich pionierskich układów scalonych. Były to dni chwały amerykańskiego przemysłu półprzewodnikowego wykorzystującego wyłącznie rodzimą technologię litograficzną. Taka sytuacja nie trwała jednak długo. Z pomocą jednej konkretnej firmy, która zdominowała rynek litografii, konkurenci z Dalekiego Wschodu szybko dogonili Dolinę Krzemową. Tą firmą był ASML.

Albo, jak nazywany jest na korytarzach Kapitolu: ta firma.

Jednak jeszcze czterdzieści lat temu ta firma nie istniała. Istniał zaledwie dobry pomysł ze złymi perspektywami.

1Repeater

Ma wrażenie, że pisze to po raz milionowy. Steef Wittekoek z westchnieniem kończy swój artykuł Optical aspects of the Silicon Repeater (Optyczne aspekty wzmacniacza krzemowego), który ukazał się we wrześniu 1983 roku w „Philips Technological Review”. W założonym w 1936 roku czasopiśmie można było znaleźć informacje o najnowszych wynalazkach powstałych w Nat­Labie, laboratorium Philipsa. Artykuły do niego pisali pracujący tam naukowcy.

Wittekoek pisze, że za pomocą urządzenia nazwanego Sili­con Repeater można produkować chipy ze znacznie większą precyzją i wydajnością, niż byłoby to kiedykolwiek możliwe przy użyciu konwencjonalnych maszyn litograficznych. Zasadniczo jest to duża kserokopiarka, która krok po kroku robi w kółko to samo. Po pierwsze, rzutuje obraz przez wysoce wyspecjalizowaną soczewkę na krzemowy dysk pokryty warstwą światłoczułą. Ten okrągły dysk – nazywany również waflem – porusza się tak szybko, jak to tylko możliwe, pomiędzy kolejnymi etapami naświetlania. Trwa to do momentu, aż na całej płytce zapisany zostanie obraz – w tym przypadku wzór miniaturowych tranzystorów. Regulacja i ustawianie ostrości Repeatera również były całkowicie automatyczne, dzięki czemu maszyna była szybsza i bardziej wydajna niż podobne urządzenia konkurencji. Wittekoek był przekonany, że jeśli branża układów scalonych chce zrobić kolejny krok naprzód, potrzebuje takiego właśnie narzędzia. Gdy Wittekoek, jeden z czołowych naukowców pracujących w NatLabie, ponownie przeczytał własną laurkę dla „doskonałej specyfikacji” Repeatera, poczuł przywiązanie do tej maszyny. Philips od ponad dziesięciu lat starał się przekształcić ten pomysł w dobry produkt. Pierwsze wersje Repeatera pojawiły się już 1973 roku i były oparte na przełomowych odkryciach dokonanych dwa lata wcześniej przez naukowców z NatLabu, Hermana van Heeka i Gijsa Bouwhuisa. Jednak jak dotąd urządzenie nie wzbudziło większego zainteresowania.

Gijs Bouwhuis był utalentowanym naukowcem w dziedzinie optyki i posiadaczem imponującej listy patentów – opracował między innymi technologię będącą podstawą działania odtwarzacza CD i mniej znanego urządzenia zwanego Videodyskiem. Dorastał w czasie II wojny światowej na dalekiej północy Holandii. Studia zaczął, gdy w rodzinnym gospodarstwie nie potrzebowano już jego pomocy. Jak wspominała jego córka Pien: „Mój ojciec był skromnym człowiekiem – praca w NatLabie była dla niego hobby. Gdy rozmyślał, zawsze palił fajkę, co irytowało moją matkę”. Krótko przed śmiercią w 2016 roku Bouwhuis i jego byli współpracownicy z NatLabu zostali oprowadzeni po firmie ASML, by po raz ostatni zobaczyć owoce swojego dawnego hobby.

Płyta CD stała się komercyjnym hitem Philipsa. Na długie lata zagościła w wielu salonach. Jednak maszyna litograficzna to zupełnie inna sprawa. Była znacznie bardziej skomplikowana niż odtwarzacz CD, a masowy rynek konsumencki w ogóle nie wykazywał nią zainteresowania. Dlatego pod każdym względem była nieodpowiednią inwestycją dla zagrożonego upadkiem elektronicznego giganta.

Na początku lat 70. XX wieku firma Philips zatrudniała ponad czterysta tysięcy pracowników, z czego około dziewięćdziesięciu tysięcy w Holandii. Jak przystało na staromodny konglomerat, wszystko było projektowane i produkowane we własnym zakresie, począwszy od telewizorów, radioodbiorników, sprzętu medycznego i sprzętu AGD, a skończywszy na oświetleniu. Dotyczyło to również maszyn przemysłowych potrzebnych do produkcji elektroniki, a także układów scalonych niezbędnych do sterowania nimi. W tamtym czasie Philips był drugim co do wielkości producentem układów scalonych na świecie. Jednak w jego fabrykach chipów zainstalowane były nieefektywne maszyny. Były zbyt wolne i produkowały zbyt wiele bezużytecznych chipów. Tak więc w wyniku zapotrzebowania płynącego z tych fabryk NatLab przystąpił do pracy nad tym, co stało się urządzeniem zwanym Silicon Repeater (wzmacniaczem krzemowym).

NatLab firmy Philips był ostoją dla wolnomyślicielskich naukowców i wynalazców. Przyciągał do siebie specjalistów o dużej wiedzy technicznej. Szybko stał się wylęgarnią pionierskich innowacji, porównywalną ze słynnym Bell Labs amerykańskiego giganta telekomunikacyjnego AT&T. Jednak gdy z NatLabu nieustannie płynęły nowe pomysły i patenty, organizacja, w ramach której funkcjonował, miała własny patent – na biurokrację. W Philipsie zrobienie czegoś nowego wymagało niewyobrażalnej ilości konsultacji i politycznych strategii – był to styl prowadzenia biznesu, który nie współgrał z szybkimi innowacjami, które napędzały przemysł półprzewodnikowy, gdzie liczyła się szybkość, a Philips był zbyt wolny.

2Człowiek czynu

Steef Wittekoek był samotnym głosem wołającego na puszczy. Wiedział, że Repeater (który później został przemianowany na „Wafer Stepper”) był bardziej zaawansowany niż produkty amerykańskich konkurentów. Jednak w Eindhoven Philips miał inne zmartwienia. Obroty holenderskiej firmy bazowały w dużej mierze na elektronice użytkowej, a rozwój japońskich firm, takich jak Sony, JVC i Toshiba, postawił ją w trudnej sytuacji. Gdy Sony przygotowywało się do podboju świata za pomocą walkmana, Philips był zajęty restrukturyzacją organizacji. Strategia polegała na wydzielaniu kosztownych części firmy i przeniesieniu ich do spółek joint venture, a następnie stopniowej sprzedaży własnych udziałów w tych spółkach.

Wkrótce zwrócono uwagę na maszyny litograficzne. Na początku 1978 roku Philips wpadł na pomysł, by utworzyć niezależny oddział zajmujący się tą technologią, co pozwoliłoby również na sprzedaż urządzeń klientom zewnętrznym. Entuzjazm wśród kierownictwa był jednak niewielki. Był to zaledwie niejasny pomysł bez konkretnego planu. Popierał go tylko Wim Troost, zastępca dyrektora działu nauki i przemysłu. Miał już wcześniejsze doświadczenia z produktami do zastosowań przemysłowych, dlatego dostrzegł potencjał tej technologii i miał ochotę podjąć się takiego wyzwania. Dla pozostałych szefów działów, litografia była ślepym zaułkiem i kompletną stratą czasu.

„Wim, przestań wyrzucać pieniądze w błoto” – słyszał często. Na nic się to jednak zdało. Już podjął decyzję.

Po spotkaniu z Wimem Troostem od razu czujesz, że stoisz twarzą w twarz z kimś z innej epoki. Urodzony w połowie lat 20. XX wieku, Troost wychował się w czasach, gdy na rynku pojawiły się pierwsze odbiorniki radiowe, giełda stała u progu krachu z 1929 roku, a I wojnę światową wciąż nazywano Wielką Wojną.

Na początku lat 80., u progu przejścia na emeryturę, Troost odegrał decydującą rolę w założeniu firmy wytwarzającej maszyny do produkcji chipów, która zostanie nazwana ASML. Gdyby nie Troost, Philips całkowicie zrezygnowałby z produkcji stepperów waflowych. Budżet przeznaczony na realizację tego zadania nie dawał żadnych szans na odniesienie sukcesu. Troost słowo „budget” ciągle wymawia z twardym holenderskim „g” w środku – to echo z odległej przeszłości.

Kiedy latem 2022 roku Troost otwiera drzwi swojego domu, ma prawie 97 lat. Ukryty w ogrodzie przebudowanego domu na farmie, wspomina, jak codziennie jeździł tam i z powrotem w cieniu dymów pobliskiego Eindhoven do fabryki Philipsa. Choć jest słabszy niż kiedyś, jego wspomnienia są niezwykle ostre. Równie wyraźne są jego odręczne notatki, opisujące w najdrobniejszych szczegółach wydarzenia z tamtych lat.

Troost opowiada o wizycie przedstawicieli firmy PerkinElmer, wiodącego amerykańskiego producenta systemów litograficznych, który w latach 70. opracował maszynę odnoszącą wielkie sukcesy komercyjne. Na początku lat 80. firma była zaintrygowana doniesieniami o wynalazkach powstałych w NatLabie. Do Holandii wysłano delegację złożoną z dziesięciu osób. PerkinElmer, oszołomiony tym, czego dowiedzieli się jego przedstawiciele, chciał podjąć współpracę z Philipsem. Holendrzy nie byli jednak tym zainteresowani. Philips nawet nie odpowiedział na propozycję współpracy. Ta krótkowzroczność wciąż irytuje Troosta, mimo że od tamtych zdarzeń upłynęło już czterdzieści lat. „Kierownictwo nie miało absolutnie żadnej wizji, nie miało pojęcia o tym, co jest możliwe” – ubolewa Troost.

Troost wiedział, że produkcja maszyn do wytwarzania chipów tylko dla własnych fabryk Philipsa nigdy nie będzie opłacalna. Mając to na uwadze, udał się do Azji i Stanów Zjednoczonych, próbując wzbudzić zainteresowanie modelem PAS 2000, czyli Philips Automated Stepper, pierwszą komercyjną wersją steppera waflowego. W tamtym czasie używanie liczby 2000 w Philipsie było bardzo popularne – około dwudziestu lat przed przełomem tysiącleci byli tam przekonani, że jej wykorzystywanie będzie nadawać wyraźny powiew futuryzmu każdemu produktowi, który ozdobi. Kto nie chciałby mieć komputera P2000 lub systemu Video 2000? Jednak rzeczywistość nigdy nie dogoniła brandingu i żaden z tych produktów Philipsa nie odniósł takiego sukcesu, by dotrwać do roku, który pojawiał się w jego nazwie.

Nie inaczej było z urządzeniem PAS 2000 – choć w tym wypadku było jasne, dlaczego tak się stało. Ta wersja steppera wyposażona była w „stół olejowy”, czyli silniki hydrauliczne, które poruszały powierzchnią, na której leżał krzemowy dysk. Opary oleju są jednak zabójcze dla wysoce kontrolowanego środowiska, w którym produkowane są chipy. Pomieszczenia czyste muszą być czyste. Jeśli cuchną garażem, można zapomnieć o czystości. Maszyna nie nadawała się do wypuszczenia na rynek.

Trzeba było ją ulepszyć, więc w NatLabie zaczęto opracowywać stepper z wbudowanymi silnikami elektrycznymi. Szybko można było ogłosić sukces. Stworzono silniki, które ze względu na ich ruch posuwisto-zwrotny nazwano silnikami liniowymi. Jednak koszty zakończenia prac nad tymi silnikami rosły w zawrotnym tempie. W Ministerstwie Gospodarki, które mocno dotowało rozwój technologii litograficznej Philipsa, kończyła się cierpliwość. Ministerstwo zagroziło wycofaniem wsparcia, jeśli firma nie poświęci więcej czasu i wysiłku na doprowadzenie projektu do końca. Sytuacja stawała się coraz trudniejsza, a Troostowi zaczęło brakować opcji. W końcu ministerstwo samo znalazło rozwiązanie: dlaczego nie połączyć sił z Arthurem del Prado, odnoszącym wielkie sukcesy holenderskim przedsiębiorcą? Jego firma ASM International również pracowała nad maszynami do produkcji chipów i właśnie zakończyła udaną pierwszą ofertę publiczną (IPO, Initial Public Offering) na amerykańskiej giełdzie NASDAQ. Firma była idealnym kandydatem do wyprowadzenia Philipsa na prostą.

Arthur del Prado był pionierem holenderskiego przemysłu półprzewodnikowego i handlowcem o posturze herosa. Urodzony w Batawii (dzisiejszej Dżakarcie), Del Prado jako nastolatek został internowany i zamknięty w japońskim obozie jenieckim. Przeżył i wyjechał do Holandii, żeby studiować chemię i ekonomię. W latach 50. podróżował po Dolinie Krzemowej, stając się europejskim dystrybutorem amerykańskiej technologii półprzewodnikowej. W latach 70. firma ASM International zaczęła budować piece pionowe. Maszyny te nakładają cienkie warstwy na wafle krzemowe, które są następnie naświetlane w maszynie litograficznej. Po naświetleniu wzoru chipu wytrawiarka, wykorzystując gazy i chemikalia, usuwa nadmiar materiału. Następnie wafel robi kolejną rundę po fabryce chipów, aż warstwa po warstwie powstanie chip z tranzystorami i złączami.

Gdy w 1983 roku w Hadze Del Prado został uhonorowany tytułem Holenderskiego Przedsiębiorcy Roku, ministerstwo zadbało o to, by na uroczystość zaproszony został Troost. Doszedł on do wniosku, że Del Prado jest czarującym mężczyzną z wyjątkową smykałką do interesów, ale nie był do końca przekonany do współpracy. ASM International nadal był przede wszystkim firmą handlową, a Del Prado po prostu nie miał odpowiednich kontaktów na poziomie zarządów. Zakup maszyny litograficznej, która jest sercem procesu wytwarzania chipów, jest najważniejszą decyzją strategiczną, jaką musi podjąć producent. Decyzja musi pochodzić z samej góry. Wątpliwości musi rozwiązać zarząd, a nie dział zakupów. Zwłaszcza gdy podejmuje się ryzyko związane z wprowadzaniem nowej technologii.

Philips nie chciał podjąć współpracy, ale Del Prado i ministerstwo nalegali. Del Prado dostrzegł potencjał steppera waflowego NatLabu i chciał wejść do gry. Perła w koronie Philipsa przybliżyłaby go do spełnienia marzenia o dostarczaniu producentom chipów kompletnej linii produkcyjnej – wszystkich urządzeń potrzebnych do przekształcenia dysku krzemowego w stos działających chipów, czyli zamianie piasku w złoto. Tego marzenia nigdy nie udało się w pełni zrealizować. Jednak pragnienie Del Prado, by rozpocząć wspólne przedsięwzięcie z Philipsem, wkrótce się spełniło.

Philips nie miał innej opcji na sprzedaż steppera waflowego i stało się jasne, że umowa z ASM International była jedynym sensownym rozwiązaniem. Z tego powodu Troost, wraz ze swoim ówczesnym szefem, George’em de Kruiffem, zapukał do drzwi Del Prado. Umowa dotycząca wspólnego przedsięwzięcia została zawarta w niecałą godzinę. Obie firmy wyłożyły 7,5 mln guldenów (w euro to mniej więcej połowa tej kwoty) za 50 procent udziałów we wspólnej spółce zależnej: Advanced Semiconductor Materials Lithography, w skrócie – ASM Lithography.

W pierwszych miesiącach działalności firma nazywała się ALS, dopóki nie uświadomiono sobie, że jest to również skrót poważnej choroby – stwardnienia zanikowego bocznego. Po szybkim rebrandingu na „ASM Lithography”, w 1996 roku firma oficjalnie zmieniła nazwę na ASML, której zaczęto używać na całym świecie i która będzie używana do końca tej książki.

Umowa została podpisana w Eindhoven w marcu 1984 roku. Nie było jednak czasu na świętowanie. Do wykonania była ciężka praca. Troost wyznaczył 40 osób z zespołu Philipsa, które pracowały nad stepperem waflowym, do natychmiastowego przeniesienia do nowej spółki. Czy im się to podobało, czy nie, mieli dołączyć do spółki joint venture. Wielu było niezadowolonych z tej decyzji.

Inżynierowie z Philipsa mieli wyjątkowe świadczenia pracownicze, w tym możliwość przejścia na pełną emeryturą w wieku 60 lat i dostęp do funduszu, który pomagał w finansowaniu edukacji ich dzieci. Okazało się, że muszą przenieść się do oddzielnej firmy, której wszyscy wróżyli bankructwo. Nawet Steef Wittekoek był niezdecydowany. Chciał wyrazić zgodę na przenosiny tylko wtedy, gdyby NatLab dał mu dwuletnią gwarancję powrotu do firmy. Taka klauzula została zawarta w umowie, ale nigdy nie musiał z niej skorzystać.

W zastępczym budynku usytuowanym między fabrykami Philipsa w Eindhoven zaczął się urządzać dział administracyjny ASML. W międzyczasie w przewiewnej hali pobliskiej fabryki trwały prace techniczne. Wśród pracowników znaleźli się dwaj młodzi inżynierowie, którzy mieli zadecydować o przyszłości ASML: Martin van den Brink i Frits van Hout. Chłopcy, jak ich nazywano, nie przejmowali się zbytnio swoimi nadąsanymi kolegami. Podobnie jak inni nowo zatrudnieni podjęli wyzwanie i rzucili się w wir prac nad nową technologią.

Frits był pierwszym nowym pracownikiem, który został zatrudniony pod szyldem ASML. Martin to inna historia. Pod koniec 1983 roku formalnie wciąż znajdował się na liście kandydatów do pracy w Philipsie. Minęło ponad dziesięć lat, zanim dostał oficjalny kontrakt z ASML. Wtedy była to już tylko formalność – był już fundamentem firmy.

Proces produkcyjny chipów

Dwójka młodych pracowników wydawała się dziwną parą. Martin był fizykiem specjalizującym się w odprowadzaniu ciepła, Frits zaś ukończył fizykę niskich temperatur. Niemniej jednak, zdaniem Wittekoeka, ci dwaj młodzi pracownicy stanowili dobrą kombinację. „Martin był niesamowicie uzdolniony technicznie i chociaż Frits rozumiał technologię, miał lepsze umiejętności interpersonalne. Wiedział, jak budować dobre relacje”.

Troost przeszedł na emeryturę wraz z rozpoczęciem działalności firmy, więc stanowisko dyrektora generalnego objął Gjalt Smit, jego dawny kolega z Philipsa. Smit zrobił doktorat z astronomii, zanim zaczął pracować zarówno dla NASA, jak i Europejskiej Agencji Kosmicznej. Ostatecznie objął stanowisko dyrektora holenderskiego oddziału firmy telekomunikacyjnej ITT (International Telephone & Telegraph). Gdy zrezygnował ze stałej pracy na rzecz ryzykownego projektu badawczego, jego współpracownicy uważali, że stracił rozum. Smit doskonale ich rozumie, gdy myśli o początkach swojej kadencji: „ASML od pierwszego dnia był problematycznym dzieckiem. Szczerze mówiąc, od samego początku wydawało się, że jest skazany na porażkę”.

Długotrwały związek Smita z Philipsem był mieszanką miłości i nienawiści. Chociaż był wdzięczny za to, czego nauczył się w holenderskiej firmie, a także za ich „zachwycająco dobrą” technologię, zawsze uważał, że zarządzanie jest „strasznie upolitycznione”. Gjalt nigdy nie mógł się z tym pogodzić. Chciał postępować inaczej.

Dlatego, że sam Gjalt jest inny.

[1] Martin van den Brink i Peter Wennink przeszli na emeryturę w 2024 roku (przyp. tłum.).