35,90 zł
Fascynująca biografia kobiety, która wyprzedzała swoją epokę i odważnie podążała własną drogą.
Iwona Kienzler z rozmachem i dbałością o detale odtwarza świat dworów, politycznych intryg i religijnych sporów przełomu XVI i XVII wieku. Historia Anny Wazówny – królewny, siostry Zygmunta III Wazy – to opowieść o kobiecie niezależnej, wykształconej, odważnej w swoich wyborach – protestantki na katolickim dworze, pasjonatki nauki, botaniki i medycyny, mecenaski sztuki i opiekunki ubogich.
Autorka odsłania kulisy życia w cieniu tronu, pokazując, jak wiele znaczyła siła charakteru w czasach, gdy o losach kobiet decydowali inni. To biografia pełna emocji, napięć i zaskakujących zwrotów – opowieść o lojalności, wierze i cenie niezależności.
„Anna Wazówna” to książka dla tych, którzy kochają historię pisaną z pasją – i chcą odkryć postać, która zasługuje na należne jej miejsce w dziejach.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Projekt okładki i stron tytułowych: Izabela Surdykowska-Jurek Redaktor prowadzący: Agata Paszkowska-Pogorzelska Konsultacja merytoryczna: Sylwia Łapka-Gołębiowska Redakcja językowa, korekta: Joanna Kłos, Agnieszka Dudek Redaktor techniczny: Agnieszka Matusiak
Copyright © for this edition by Dressler Dublin sp. z o.o., Ożarów Mazowiecki 2026 Copyright © by Iwona Kienzler 2026
Wydawnictwo Bellona ul. Hankiewicza 2, 02-103 Warszawa tel. +48 22 457 04 02 www.bellona.pl www.facebook.com/Wydawnictwo.Bellona
Księgarnie internetowe: www.swiatksiazki.pl www.ksiazki.pl
Dystrybucja Dressler Dublin sp. z o.o. ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Mazowiecki tel. (+ 48 22) 733 50 31/32 e-mail: dystrybucja@dressler.com.pl www.dressler.com.pl
ISBN 978-83-11-18875-4
Wersję elektroniczną w systemie Zecer przygotowała Róża Rozaxa
Wstęp
Szwedzki historyk Herman Lindqvist w swojej sztandarowej publikacji Wazowie. Historia burzliwa i brutalna uznał Annę Wazównę za najinteligentniejszą kobietę Rzeczypospolitej czasów Zygmunta III Wazy. Trochę przesadził, bo inteligentnych kobiet w ówczesnym państwie nie brakowało, ale z całą pewnością bohaterka tej publikacji błyszczała na tym tle najjaśniejszym blaskiem. Od reszty odróżniała się bowiem gruntownym wykształceniem, biegłą znajomością sześciu języków i naukowymi zainteresowaniami, pod tym względem przewyższała wielu mężczyzn, nawet tych, którzy mogli się poszczycić ukończeniem znamienitych zagranicznych uczelni. Z relacji z epoki wynika, że zarówno jej ojciec Jan III Waza, jak i starszy brat Zygmunt III Waza często zasięgali u niej opinii i ufali jej w takim samym stopniu jak doświadczonym doradcom i politykom płci męskiej. Jako starosta brodnicki i golubski dowiodła, że białogłowa może być równie dobrym zarządcą dóbr jak mężczyzna. Mało tego, prowadziła aptekę, w której można było nabyć wytwarzane przez nią ziołowe leki. Można przypuszczać, że gdyby żyła w innym kraju, byłaby bardziej znana, być może stałaby się bohaterką wielu utworów literackich, a współcześnie jej biografia mogłaby posłużyć za kanwę filmu. Kto wie, może nawet uznano by ją za ikonę feminizmu, skoro w czasach, w których o losie kobiet decydowali mężczyźni, ich ojcowie, mężowie i bracia, Anna odważyła się iść własną drogą i żyć na własnych zasadach.
Jak na ironię w Polsce, gdzie przecież spędziła większość życia, jest mało znana. Pamięć o Annie Wazównie pielęgnowana jest w zasadzie tylko w Brodnicy i Golubiu-Dobrzyniu, miastach, które tak wiele jej zawdzięczały – przed brodnicką biblioteką, mieszczącą się w niegdysiejszej rezydencji królewny, wzniesiono jej pomnik, a na ścianie kamienicy przy ulicy Paderewskiego 2 można oglądać mural z jej wizerunkiem. W Golubiu-Dobrzyniu zaś, którego starostą z woli swego królewskiego brata została w 1611 roku, można podobno zobaczyć królewnę, której duch regularnie nawiedza jej tamtejsze włości. Ale tej zjawy nie trzeba się bać, bo Wazówna nikomu nigdy nie zaszkodziła, a spotkanie z nią uchodzi za dobry omen. Świadczy o tym legenda o uratowaniu przez ducha królewny Polaków uwięzionych podczas potopu przez Szwedów, których Anna miała wyprowadzić korytarzem wydrążonym pod rzeką Drwęcą. Gdy tylko uciekinierzy wyszli na zewnątrz, korytarz się zawalił, grzebiąc ścigających prześladowców. Co roku podczas organizowanego na terenie zamku balu sylwestrowego można spotkać Wazównę, w której postać wciela się zawsze aktualna Miss Polski. Jest to jednak drobna nieścisłość, bo akurat uroda nie była mocnym atutem królewny.
Anna Wazówna została zapamiętana jako siostra królewskiego brata, którego pomnik, górujący nad Starym Miastem w Warszawie, zna każdy mieszkaniec stolicy Polski i każdy turysta, który przyjeżdża do tego miasta. Zarówno Zygmunt III Waza, jak i jego młodsza siostra, której jest poświęcona ta publikacja, byli członkami dwóch dynastii – Wazów i Jagiellonów, notabene to właśnie pokrewieństwo z dynastią władającą przez dwa wieki Rzeczpospolitą było głównym argumentem decydującym o wybraniu Zygmunta na krakowski tron. Pewną ciekawostką jest fakt, że ani współcześni królowi, ani późniejsi historycy nie uważali za stosowne używać wobec Zygmunta III i jego synów, a zarazem następców, królów Władysława IV i Jana Kazimierza, nazwiska Waza. Jako pierwszy uczynił to dopiero profesor Henryk Wisner (1936–2025). I chociaż w zamyśle uczonego nie leżało dyskredytowanie tych władców, to w oczach wielu Polaków królowie ci, podobnie jak sascy Wettinowie, są przedstawicielami obcej, szwedzkiej dynastii. A przecież ciotka Zygmunta i Anny, a zarazem główna architektka osadzenia siostrzeńca na tronie Rzeczypospolitej, przekonując szlachtę do jego kandydatury, nazywała go „ostatnią latoroślą krwi zacnych Jagiellonów”.
Inna sprawa, że Zygmunt nigdy nie wyrzekł się praw do korony szwedzkiej i całą politykę zagraniczną podporządkował jej odzyskaniu. Co więcej, wszystko wskazuje na to, że nosił się z zamiarem przekazania, a nawet odsprzedaży praw do polskiego tronu jednemu z arcyksiążąt habsburskich, zostawiając swoim poddanym na osłodę inną „latorośl krwi zacnej Jagiellonów”, swoją siostrę, królewnę Annę, którą planował wydać za Habsburga. Wielu historyków jest zdania, że Rzeczpospolita mogłaby na tym skorzystać, królewna bowiem przewyższała brata intelektualnie i była całkiem niezłym politykiem. Tak się jednak nie stało, Anna zaś nigdy nie wyszła za mąż, poświęcając się swojej największej naukowej pasji – botanice i farmacji.
O życiu Wazówny w zasadzie niewiele wiemy, poza podstawowymi informacjami biograficznymi, które możemy znaleźć w każdym jej encyklopedycznym czy internetowym biogramie. Pisanie jej biografii przypomina składanie puzzli, czy jak kto woli, jakiegoś zabytkowego przedmiotu, z którego na skutek zawirowań dziejowych zostały jedynie skorupy. Wazówna zostawiła po sobie całkiem sporą korespondencję – jak dotąd odnaleziono kilkaset listów jej autorstwa – w przeważającej większości dotyczą one jednak spraw oficjalnych, związanych z pełnionym przez nią urzędem starosty brodnickiego i golubskiego. A korespondencja o bardziej prywatnym charakterze, którą prowadziła z zaprzyjaźnioną szarą eminencją dworu Wazów Urszulą Meierin, dotyczy głównie chorób i samopoczucia Anny w ostatnim okresie jej życia.
Niewiele także da się wywnioskować ze szwedzkiego utworu o dość miernej wartości artystycznej, o którego autorstwo podejrzewany jest jej stryj, Karol Sudermański, i który prawdopodobnie powstał w latach 1604–1620, a więc za życia Wazówny. Jest to bowiem zwyczajny paszkwil, przedstawiający królewnę w bardzo niekorzystnym świetle, przypisując jej rozwiązłość seksualną i paranie się czarami. Tam też pojawiają się nazwiska dwóch mężczyzn, z którymi Annę miało łączyć silne uczucie, a nawet intymne relacje. O ile w przypadku jej ukochanego z lat młodzieńczych Gustawa Brahego, wydaje się to dość prawdopodobne, to nie wiadomo, jak sprawa przedstawiała się w przypadku drugiego z jej domniemanych kochanków, o nie do końca zidentyfikowanej tożsamości. Część historyków uważa to za wysoce prawdopodobne, ale większość tezę o romansie nawiązanym przez mocno schorowaną księżniczkę kładzie między bajki.
Jeżeli jednak Rymowana kronika króla Karola IX faktycznie była dziełem szwedzkiego monarchy, to dowodzi ona jednego – Karol obawiał się Anny znacznie bardziej niż jej brata. Ta de facto słaba i cierpiąca na wiele problemów zdrowotnych kobieta była dla niego znacznie bardziej niebezpieczna niż król Zygmunt, dysponujący przecież całą siłą zbrojną Rzeczypospolitej. Nie dość, że Anna była córką króla Jana III Wazy, który bardzo dobrze zapisał się pamięci poddanych, to była także luteranką, w dodatku mądrą i niebywale inteligentną. Gdyby zatem, co spędzało sen z oczu Karola, poślubiła jakiegoś szwedzkiego szlachcica i protestanta, to z łatwością mogłaby sięgnąć po koronę Szwecji, odsuwając swojego stryja w polityczny niebyt. Należało ją zatem oczernić w oczach potencjalnych poddanych, ukazując ją jako „szpetną czarownicę”, na dodatek rozwiązłą.
Wiele informacji dotyczących życia Anny i cech jej osobowości możemy za to pozyskać z panegiryku na jej cześć napisanego przez Martina Opitza na zamówienie jej bratanka, króla Władysława IV, z okazji ceremonii pogrzebowej Wazówny w Toruniu. Wprawdzie jest to typowy utwór funeralny, a jego zasadniczym zadaniem jest opiewanie cnót zmarłej osoby, której jest poświęcony, ale talent literacki jego autora sprawił, że udało mu się odmalować bardzo sympatyczny portret Wazówny. Poeta nawet przemycił informację o jej słabościach, w tym o zamiłowaniu do strojnych sukien, bogato zdobionych klejnotami. Anna była zresztą właścicielką jednej z najwspanialszych kolekcji klejnotów i biżuterii, która jednak nie przetrwała do naszych czasów i nikt nie wie, co się z nią stało. Zapewne została rozkradziona albo, co jest znacznie mniej prawdopodobne, została po śmierci królewny zmyślnie ukryta w podziemiach brodnickiego zamku, gdzie wciąż czeka na znalazcę.
Z całą pewnością Anna doradzała swojemu bratu w kwestiach politycznych, była też urodzoną dyplomatką, czego dowodem jest powierzenie jej dyskretnego nadzoru nad sprawami państwowymi Szwecji, kiedy Zygmunt przebywał na terenie Rzeczypospolitej. Pomimo starań królewny unia Rzeczypospolitej i Szwecji okazała się jednak oparta na zbyt słabych podstawach, by przetrwać. Ostatecznie Zygmunt przegrał rywalizację o władzę ze swoim stryjem Karolem Sudermańskim, a jego siostra wraz z nim wyjechała do Polski, gdzie oboje spędzili resztę życia.
Anna w Rzeczypospolitej nie miała łatwego życia, głównie z powodu swojego wyznania, bo jak wcześniej wspomniano, pomimo że jej brat był tak gorliwym katolikiem, że jego pobożność ocierała się wręcz o dewocję, ona do końca życia trwała przy luteranizmie. Wprawdzie zarówno Zygmunt, jak i jego siostra byli wychowani w katolicyzmie, a na dworze ich rodziców nie brakowało jezuitów, ale dociekliwa, lubująca się w uczonych księgach Wazówna uznała, że nauki Lutra są bliższe jej pojmowaniu Boga i wiary, dlatego jako nastolatka zdecydowała się na konwersję na luteranizm. Mało tego, po przyjeździe do Polski nie zmieniła zdania, pomimo że większość poddanych jej brata była katolikami, podobnie jak jego dwie kolejne żony, a od dnia, w którym postawiła stopę na polskiej ziemi, była namawiana do powrotu na łono Kościoła katolickiego. I to nie tylko przez swoją drugą bratową, wielką zwolenniczkę kontrreformacji, królową Konstancję, ale nawet przez papieskich nuncjuszy: po przyjeździe nad Wisłę każdy z nich prędzej czy później zjawiał się u królewskiej siostry ze szlachetną misją przekonania jej o wyższości katolickiego wyznania nad „kacerską herezją”, za jaką uważano protestantyzm. Ale ona była nieugięta. Ten upór w końcu tak zaostrzył sytuację między nią a królową, że konieczne okazało się odseparowanie od siebie obu bliskich sercu monarchy kobiet. Idealnym rozwiązaniem okazało się przydzielenie Annie przez króla starostwa brodnickiego, a z czasem także golubskiego, co pozwoliło królewnie na sporą niezależność finansową. Wazówna tym samym przetarła nowy szlak dla kobiet, była bowiem pierwszą przedstawicielką płci pięknej piastującą to stanowisko.
W Brodnicy Anna stworzyła prawdziwy azyl dla swoich współwyznawców, ale nie tylko, bo prowadziła również aptekę, w której badała rośliny lecznicze i samodzielnie produkowała rozmaite leki, by potem udostępniać je okolicznej ludności. Niemal do końca życia uczyła się i systematycznie poszerzała swoją wiedzę, ale także sponsorowała uczonych, finansując chociażby wydanie ilustrowanego Zielnika Szymona Syreniusza, monumentalnego dzieła z zakresu botaniki.
Anna zmarła 6 lutego 1625 roku w Brodnicy, pozostawiając po sobie wdzięczną pamięć mieszkańców podległych jej starostw, a ta publikacja jest próbą odtworzenia losów oraz osobowości tej niezwykłej damy o naukowych aspiracjach, która poważyła się żyć na własnych warunkach, do końca życia zachowując niezależność.
1
Rodzinne dramaty
Mało brakowało, a nie mielibyśmy o kim pisać, bo bohaterka naszej opowieści mogła się nigdy nie urodzić. Matka Anny Wazówny Katarzyna Jagiellonka, córka Bony Sforzy i Zygmunta Starego, mogłaby skończyć na szafocie albo zostać skrytobójczo zamordowana przez własnego szwagra, ewentualnie zakończyć życie jako żona słynącego z okrucieństwa rosyjskiego władcy Iwana IV Groźnego. A los jego małżonek był nie do pozazdroszczenia…
Na szczęście do tragedii nie doszło, chociaż, jak się przekonamy, niewiele brakowało. Gdyby tak się stało, to brzemię winy spadłoby na barki starszego brata Katarzyny króla Zygmunta Augusta, ostatniego przedstawiciela dumnej dynastii Jagiellonów na tronie Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Doprawdy dziwny był to król i człowiek pełen sprzeczności, do dziś wymykający się jednoznacznej ocenie. Bez wątpienia monarchę opromieniał blask „złotego wieku”, jak potomni nazwali okres największej świetności Polski, w którym nasza ojczyzna cieszyła się statusem niekwestionowanego mocarstwa. Rzeczpospolita, pozostająca we władaniu ostatniego Jagiellona, chwalebnie odstawała od wielu europejskich krajów, w których codziennością był widok heretyków płonących na stosach, gdyż państwo Zygmunta Augusta było prawdziwym azylem dla innowierców. To właśnie nad Wisłą, w państwie, którego władca mawiał: „Nie jestem królem waszych sumień”, znajdowali schronienie przed prześladowaniami i mogli swobodnie praktykować swoją wiarę. Ale stworzenie najbardziej tolerancyjnego państwa w Europie i uchronienie swoich poddanych od widma wojen religijnych nie było jedyną zasługą tego ostatniego Jagiellona. Zygmunt August przeprowadził też gruntowne reformy państwa, a przede wszystkim zawarł unię lubelską, doprowadzając do powstania Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Bez wątpienia Zygmunt August był pierwszym, a zarazem ostatnim polskim władcą, który prowadził konsekwentną politykę bałtycką, organizując m.in. flotę kaperską.
Nie wszyscy współcześni historycy rozpływają się w zachwytach nad dokonaniami monarchy. Wielu, jak chociażby doktor habilitowany Marek Ferenc, ma mu sporo do zarzucenia. „Mówiono o nim «król dojutrek», według mnie trafnie, bo ciągle odkładał ważne sprawy, dlatego wielu nie załatwił. To świadczy o krótkowzroczności i braku konsekwencji”1. Znacznie gorszą kwestią niż wspomniane przez historyka „dojutrkowanie” okazało się jednak zaniedbanie przez władcę sprawy sukcesji tronu, ponieważ z żadnego z trzech małżeństw nie doczekał się potomstwa, chociaż do końca życia łudził się, iż spłodzi dziecko z którąś ze swoich licznych kochanek, nie zastanawiając się, jak zapewni swojemu bastardowi koronę. Trudno nie zgodzić się z doktorem Ferencem, że Zygmunt August nie przygotował państwa na swoje odejście. Nie zadbał o właściwe przygotowanie zasad, a dokładniej mówiąc, regulaminu wolnej elekcji. W ówczesnej Rzeczypospolitej obowiązywała wprawdzie zasada elekcji viritim, tj. wybór króla z udziałem całej szlachty, zagwarantowana jeszcze przez jego ojca Zygmunta Starego, ale pozostałe, bardziej konkretne przepisy sformułowano dopiero po śmierci ostatniego Jagiellona, pod dyktando magnatów i w wielkim pośpiechu, przez co nie były one wolne od wad.
Na usprawiedliwienie władcy można dodać, że pomimo trapiących go rozmaitych schorzeń, ufny w przepowiednię astrologa, który oznajmił mu, iż umrze w siedemdziesiątym drugim roku życia, sądził, że dożyje właśnie takiego wieku. A jako że jego ojciec powitał syna, a zarazem następcę tronu jako pięćdziesięciotrzylatek, potem zaś spłodził jeszcze czwórkę dzieci, ostatnie w wieku sześćdziesięciu lat, Zygmunt August był pewien, że jeszcze doczeka się sukcesora. Tymczasem albo gwiazdy oszukały monarchę, albo astrolog błędnie zinterpretował ich wskazania, król zmarł bowiem jako niespełna pięćdziesięciodwuletni mężczyzna, 7 lipca 1572 roku.
Zygmunta Augusta można różnie oceniać jako władcę, ale trzeba przyznać, że był beznadziejnym, żeby nie powiedzieć wyrodnym, bratem dla swoich młodszych sióstr. A miał ich trzy: urodzoną w 1522 roku Zofię, młodszą od niej o rok Annę i najmłodszą Katarzynę, która przyszła na świat 1 listopada 1526 roku. „Przez te dziesięć lat inaczem nie znała, jeno jakoby mi bratem nie był”2 – pisała w 1572 roku Katarzyna do swej średniej siostry Anny, w reakcji na wieść o śmierci brata, dodając jeszcze: „Jego Królewska Mość przeciwko nam, siostrom swoim, był srogiego umysłu”3. Pod tą surową oceną króla mogła się podpisać właściwie każda z jego sióstr, gdyż z żadną z nich nie łączyły go bliższe relacje i śmiało można twierdzić, iż egocentryczny z natury Zygmunt chyba nawet nie zauważał ich istnienia. Bliższą więź udało mu się zawiązać jedynie ze swoją starszą siostrą, najstarszym dzieckiem Zygmunta Starego i Bony, królewną Izabelą, jeżeli nie najładniejszą, to z pewnością najinteligentniejszą z królewskich córek.
Izabela była też jedyną z sióstr Zygmunta Augusta, której małżeństwo obchodziło obojga rodziców. Bona widziała w roli zięcia jakiegoś francuskiego lub włoskiego księcia, jej mąż natomiast opowiadał się za kimś ze znienawidzonego przez królową rodu Habsburgów. Ostatecznie królewna poślubiła Jana Zapolyę, obranego w 1526 roku królem Węgier przez partię narodową. Małżeństwo z córą potężnego rodu Jagiellonów miało umocnić jego pozycję na tronie, bo poważnie zagrażali mu Habsburgowie, którzy rościli sobie prawo do węgierskiej korony. Władca był starszy od swojej małżonki o przeszło trzydzieści lat, a na dodatek był bratem pierwszej żony swojego teścia, Barbary Zapolyi. Mając na uwadze interesy polskie i monarchii Jagiellonów, wydanie najstarszej córki Zygmunta Starego za Jana Zapolyę nie było dobrym posunięciem, co dostrzegł nawet agent Mikołaj Lipszyc, który pisał w jednym ze swoich listów, że małżeństwo owo „można by jeszcze przeboleć, gdyby królewnie Izabeli oddano w ten sposób dobrą przysługę”4. Dalej donosił swemu chlebodawcy, że: „nasza Izabela otrzyma bardzo niespokojne królestwo i do tego poczciwego starego króla, równego mi prawie wiekiem, gdyż poznałem J.K. Mość jako chłopiec”5. Co więcej, nawet Stańczyk, królewski trefniś, słynący z ciętego języka i niebywałej przenikliwości politycznej, nie wierzył w sens tego mariażu, odważył się zażartować, pytając przewrotnie władcę: „Królu, po cóż ty tam tę córkę twą do Węgier dajesz? Być ci jej zaś u ciebie: a przeto zbuduj w czas jej kamienicę tu w Krakowie, żeby miała gdzie mieszkać”6.
Czas pokazał, że były to prorocze słowa, bo zawarte w 1539 roku małżeństwo trwało wyjątkowo krótko, gdyż Zapolya zmarł 22 lipca 1540 roku, doznawszy rozległego wylewu. Zaledwie piętnaście dni wcześniej jego królewska małżonka powiła syna i następcę tronu, Jana Zygmunta. W ten sposób siostra Zygmunta Augusta została królową regentką, panującą w imieniu małoletniego syna. Niestety w 1551 roku stało się tak, jak przepowiedział Stańczyk – Jagiellonka straciła prawa do tronu na rzecz Habsburgów i zmuszona była do powrotu do ojczystego kraju, pod opiekuńcze skrzydła rodziców. Wróciła po pięciu latach, by z woli opozycji habsburskiej władać Siedmiogrodem jako regentka. Zmarła, stanowczo przedwcześnie, 15 września 1559 roku, nie zdążywszy się wykazać w świecie polityki.
Przyglądając się losom młodszych sióstr Zygmunta Augusta, można odnieść wrażenie, że ich rodzicom zupełnie nie zależało na wydaniu ich za mąż. Przedsiębiorcza Bona była tak bardzo zaangażowana w próby odzyskania korony Węgier dla córki i wnuka i zafrasowana małżeńskimi perypetiami swojego jedynego syna, że nie miała ani czasu, ani tym bardziej serca dla swoich młodszych córek. O relacjach królowej z Zofią, Anną i Katarzyną świadczy dobitnie fakt, że królewny nie doczekały się własnego dworu, co było ewenementem na skalę europejską. W rodzinach królewskich dzieci władców zawsze miały większe lub mniejsze, ale własne dwory, ze służbą, dwórkami i wszystkimi należnymi atrybutami, bo to świadczyło o ich wysokiej pozycji i dodawało im prestiżu. Tymczasem Zofia, Anna i Katarzyna były obsługiwane przez dworzan i dwórki Bony, mieszkały wspólnie, niewykluczone nawet, że dzieliły jedną komnatę. Nie znaczy to oczywiście, że cierpiały niedostatek, wręcz przeciwnie: z zachowanych rachunków wynika, że niczego im nie brakowało. Wszystkie nosiły bogato zdobione stroje, na wystrój zajmowanych przez nich komnat, bądź komnaty, nie szczędzono pieniędzy. Zadbano również o ich należyte wykształcenie – królewny władały biegle językiem włoskim, znały podstawy niemieckiego oraz posługiwały się łaciną, a ich ojciec mawiał, że jego córki „z mowy i obyczaju” są na równi Polkami, jak i Włoszkami. Bona była tak wielką indywidualnością i cieszyła się u córek takim autorytetem, że dziewczęta zapewne nawet oddychały pod dyktando matki. Kiedy królowa kogoś darzyła sympatią, mógł też liczyć na przychylność jej córek, kiedy kogoś nie lubiła, także i one były wobec niego nieżyczliwe. Ich opinie, o ile w ogóle miały okazje je wyrazić, zawsze były tożsame ze zdaniem matki.
Ale Bona żadnej z nich nie kochała tak bardzo jak Izabeli i Zygmunta. Zdaniem niektórych przyczyny tej matczynej obojętności wobec najmłodszych córek należy upatrywać w rozczarowaniu królowej brakiem urody dziewcząt, gdyż żadna nie wdała się w matkę, która w młodości była blondwłosą pięknością, olśniewającą nie tylko urodą, ale także intelektem. Żadnej z królewien nie można było uznać ani za wybitnie urodziwą, ani za intelektualistkę, może poza najstarszą z całej trójki Zofią, która inteligencją przyćmiewała dwie najmłodsze Jagiellonki.
Królewny zaniedbywane przez matkę stanowiły nierozłączne trio, a postronni i niezorientowani w rodzinnych relacjach rodziny królewskiej mogli odnieść wrażenie, że królowa uwielbia swoje córki i nie potrafi bez nich egzystować, bo towarzyszyły jej zawsze i wszędzie. Kiedy siedziała na tronie, one zawsze stały za nią, pięknie wystrojone i wyniośle milczące. W dodatku nosiły identyczne suknie i taką samą biżuterię, Bona bowiem traktowała je jak trojaczki. Pewnym usprawiedliwieniem zaniedbania kwestii zamęścia córek była choroba króla, który na starość popadł w demencję, i związane z tym zaangażowanie monarchini w opiekę nad schorowanym małżonkiem oraz przejęcie przez nią obowiązków władcy. Bona nie miała po prostu czasu, by szukać odpowiednich kandydatów na mężów na obcych dworach.
A można było to zrobić wcześniej, kiedy Zygmunt Stary był jeszcze w dobrej kondycji. Wszak kiedy najstarsza z jego córek opuszczała rodzinny dom, Zofia, druga pod względem starszeństwa, miała już siedemnaście lat, a więc była w wieku, w którym mogła, a nawet powinna iść w ślady starszej siostry i założyć własną rodzinę. Jej rodzice wprawdzie nie poczynili żadnych kroków w tym kierunku, ale o krewną zatroszczył się jej kuzyn ze strony ojca, książę pruski Albrecht Hohenzollern, który chciał ją wyswatać z królem Anglii Henrykiem VIII. Czterdziestoośmioletni monarcha był wówczas wdowcem, bo jego trzecia żona, matka następcy tronu, Jane Seymour, od trzech lat spoczywała w grobie, podobnie jak jej poprzedniczki w życiu i łożu króla. Zabiegi matrymonialne pruskiego władcy zakończyły się jednak niepowodzeniem, co chyba wyszło na dobre polskiej królewnie.
Zofia straciła kolejną szansę na małżeństwo osiem lat później, kiedy o jej rękę ubiegał się niedoszły architekt jej mariażu z Henrykiem VIII, owdowiały Albrecht Hohenzollern. Prawdę mówiąc, Zofia była jego drugim wyborem, bo książę pragnął poślubić Katarzynę, najmłodszą, a zarazem najładniejszą córkę swojego wuja Zygmunta Starego, ale ponieważ strona polska nie chciała wydać młodszej siostry przed starszymi, Albrecht ostatecznie poprosił o rękę Zofii. Mariaż ten byłby korzystny zarówno dla Polski, jak i dla księcia. Cesarz Karol V nie uznał bowiem ani sekularyzacji Zakonu, ani Albrechta jako władcy Prus, które były wszak lennem Rzeczypospolitej. Obawiając się wypowiedzenia wojny przez Habsburgów, Albrecht chciał związać się małżeństwem z Jagiellonami i mieć w nich sojuszników.
Zalotnik Zofii miał już wprawdzie pięćdziesiąt osiem lat, ale królewna nie wybrzydzała, bo jako dwudziestosześciolatka była już według tamtejszych standardów uważana za starą pannę posuniętą w latach. Dziadek Zygmunta Augusta ze strony ojca, Kazimierz Jagiellończyk, obdarzony sporą gromadką dzieci, wydał za mąż swoją najstarszą córkę, królewnę Jadwigę, kiedy miała lat osiemnaście, jej młodsze siostry, Zofia i Anna, zmieniły stan cywilny jako piętnastolatki. Wyjątkiem była księżniczka Elżbieta, najmłodsza, a zarazem ukochana córka władcy i jego żony Elżbiety Rakuszanki, którą wydał za mąż jako bez mała trzydziestotrzyletnią kobietę. Zygmunt Stary, który zanim związał się z Boną Sforzą, miał już dwie córki z poprzedniego małżeństwa z Barbarą Zapolyą, Jadwigę i Annę – pierwszą wyswatał w dwudziestej drugiej wiośnie życia, drugiej nie było dane dożyć dojrzałego wieku, bo zmarła jako niespełna pięcioletnia dziewczynka.
Z mariażu Zofii z pruskim władcą ostatecznie nic nie wyszło, o co w zasadzie można by obwinić jej brata, był to bowiem czas, kiedy Zygmunt August walczył o uznanie małżeństwa z miłością swego życia, Barbarą Radziwiłłówną. Stary król, z niepokojem obserwujący rozwój sytuacji, obawiał się, że wydając córkę za pruskiego księcia, zachęci skonfliktowaną z jego synem szlachtę do ofiarowania korony Albrechtowi, przez matkę spokrewnionemu z Jagiellonami. W sukurs władcy przyszedł polski Kościół, którego hierarchowie ostro zaprotestowali przeciwko małżeństwu katolickiej królewny z protestanckim księciem. Odtrącony Albrecht, już po śmierci swego wuja i niedoszłego teścia, ożenił się z księżną brunszwicką Anną Marią, a Zofia nadal pozostawała w panieństwie.
Córki Bony i Zygmunta, trzymane z dala od zagadnień państwowych, niewiele wiedziały o sprawach, które zaprzątały głowę ich matki. Głównymi zajęciami królewien były robótki ręczne oraz modlitwy, a modliły się długo i często, bo wiedziały, że innowiercy w Polsce coraz głośniej upominają się o swoje prawa, dlatego starały się bronić katolicyzmu, wznosząc modły do Boga. W efekcie bywało, że w kościelnych ławach przesiadywały tak długo, że w końcu odbiło się to negatywnie na ich zdrowiu i popadły w chorobę. A kiedy urażona poczynaniami syna Bona wyniosła się na Mazowsze, zabrała całą trójkę ze sobą. Przeprowadzka królowej zdecydowanie wyszła na dobre tej dzielnicy, ale niekoniecznie było to korzystne dla królewien, które oddaliły się jeszcze bardziej od brata.
Na domiar złego Bona, skłócona z synem, postanowiła wyjechać z Polski i osiąść w rodzinnym księstwie Bari. Jej córki miały zostać w kraju, poza Zofią, którą w lutym 1556 roku wydała za księcia brunszwickiego Henryka II. Księstwo brunszwickie nie było potężnym i liczącym się w Europie państwem, lecz jednym z pomniejszych księstw Rzeszy. Niemiecki władca liczył, że przez małżeństwo z Jagiellonką zbliży się do Rzeczypospolitej i w przypadku ewentualnego konfliktu z Hohenzollernami, bądź innymi książętami protestanckimi, będzie mógł liczyć na wsparcie wojskowe. Nie był to zatem mariaż godny córy Jagiellonów, w dodatku kobiety tej miary co Zofia, bo wychodząc za pomniejszego księcia Rzeszy Niemieckiej, nie miała nawet cienia szansy, by odegrać jakąś poważniejszą rolę w historii. A szkoda, bo gdyby znaleziono jej godniejszego małżonka, z pewnością mówilibyśmy o niej jako o jednej z najwybitniejszych postaci swoich czasów.
Co ciekawe, mimo że była żoną udzielnego księcia Rzeszy Niemieckiej, Zofię do końca życia w listach z ojczystego kraju tytułowano „Miłościwą Królewną”. Jak wyjaśnia Paweł Jasienica: „Godność najwyższa nie mogła ustąpić miejsca niższej. Nawet ślub kościelny dokonać tego nie był władny. […] Córkę pomazańca dożywotnio opromieniał blask berła. Mogła tylko pójść w górę, sama zostając monarchinią, nigdy w dół. Kwestia tytulatury feudalnej, to jakby klucz do jednego z szyfrów historii”7. Przy okazji warto dodać, że tytuły „królewna” i „królewicz” istnieją wyłącznie w nomenklaturze polskiej i nie mają odpowiednika w innych językach, w których zarówno córki i synów książąt, jak i koronowanych królów nazywa się po prostu „księżniczkami” i „książętami”. Bywa również, że wobec tych ostatnich używa się określenia „księżniczki i książęta krwi”, zaś córki cesarskich władców z dynastii habsburskiej nazywane są „arcyksiężniczkami”, a ich synowie „arcyksiążętami”.
Wydawszy Zofię za mąż, Bona wyjechała do Bari. Być może nawet chciała zabrać dwie młodsze córki ze sobą, ale po pierwsze nie wiedziała, jaką sytuację zastanie w swoim rodzinnym Bari, a po drugie wyjazd królewien generowałby dodatkowe koszty. Poza tym na wyjazd Katarzyny i Anny zapewne nie zgodziłby się Zygmunt, i to bynajmniej nie dlatego, że nagle obudziłyby się w nim braterskie uczucia, lecz byłaby to kolejna okazja, by dokuczyć matce, z którą był od dawna skonfliktowany. Bona opuściła Rzeczpospolitą, zabierając ze sobą cały swój ruchomy majątek, a przedtem wysłała do Włoch część klejnotów i pieniędzy. Podobno jej syn planował nawet napad na transport matczynych skarbów, ale ostatecznie nic z tego nie wyszło. Bona swój wyjazd tłumaczyła koniecznością kuracji chorych oczu, zapewniając, że wróci, kiedy tylko jej się polepszy, ale nikt w to nie wierzył. Nigdy już nie zobaczyła ani swojego ukochanego Mazowsza, ani Wawelu, ani córek, o wyrodnym synu nie wspominając. Zmarła 19 listopada 1557 roku, otruta przez dworzanina Jana Wawrzyńca Pappacodę, działającego z polecenia Habsburgów.
Kiedy ich matka wyruszała w podróż do Bari, a Zofia, świeżo upieczona mężatka, wyjeżdżała do księstwa brunszwickiego, Anna i Katarzyna były już w dość zaawansowanym wieku: Anna skończyła dwadzieścia dziewięć lat, a najmłodsza Katarzyna dwadzieścia sześć. I żadna nie była pięknością, chociaż młodsza z królewien uchodziła za ładniejszą, a dodatkowym atutem była figura, według ówczesnych przekonań sugerowała łatwość zajścia w ciążę i dawała nadzieję na liczne potomstwo. Urok królewny zadziałał na arcyksięcia Ferdynanda, brata cesarza Maksymiliana i Katarzyny Habsburżanki, trzeciej żony Zygmunta Augusta, który w 1553 roku uczestniczył w trwających aż dziesięć dni uroczystościach ślubnych Katarzyny i polskiego monarchy. Wówczas, jak zauważyli dworzanie, książę najwyraźniej „był serce przysłonił”8 ku najmłodszej siostrze królewskiej. Nie tylko otwarcie ją adorował, ale nawet ostentacyjnie składał jej dary. Jego zabiegi nie uszły uwadze królowej Katarzyny, która całym sercem poparła projekt mariażu polskiej królewny ze swoim bratem. Tymczasem jej mąż stanowczo oświadczył, że nie wyda młodszej z sióstr przed starszą Anną, którą akurat w tym czasie nikt nie był zainteresowany. Plany matrymonialne spaliły zatem na panewce.
Po śmierci Zygmunta Starego, która nastąpiła 1 kwietnia 1548 roku, obowiązek wydania młodszych sióstr za mąż spadł na jego następcę, króla Zygmunta Augusta, który się jakoś do tego nie palił. Królewny wciąż mieszkały w Warszawie, otoczone stosunkowo niewielkim dworem, a monarcha nie utrzymywał z nimi żadnego kontaktu. Był wówczas bardzo nieszczęśliwy i przeraźliwie samotny, w dodatku pogrążał się w rozpuście. Jego małżeństwo z Katarzyną okazało się nieudane, bo chora na epilepsję królowa nie mogła mu dać potomka i z czasem budziła w nim jedynie wstręt. Monarcha nie odwiedzał już jej alkowy, spędzając noce w otoczeniu kochanek. To, co było słabością króla, paradoksalnie okazało się korzystne dla jego sióstr, których wartość na rynku matrymonialnym znacznie wzrosła pomimo ich zaawansowanego, przynajmniej jak na ówczesne standardy, wieku. Unieważnienie małżeństwa z Habsburżanką, o co usilnie zabiegał Zygmunt August, graniczyło z cudem, a to oznaczało, że nie doczeka się dziecka z legalnego związku i nie będzie miał następcy. To z kolei generowało realne szanse na koronę dla męża którejś z jego sióstr, bo chociaż w Rzeczypospolitej króla obierała szlachta, to wszyscy wiedzieli o jej przywiązaniu do dynastii Jagiellonów.
Istniał jeszcze jeden aspekt, który przyciągał kolejnych adoratorów: obie królewny odziedziczyły sporą część majątku Bony, którą mogły wnieść w posagu, a to znacznie podnosiło ich wartość w oczach potencjalnych adoratorów. Król musiał zdawać sobie z tego sprawę, dlatego ściągnął obie siostry na wileński dwór, bo Wilno było jego ukochanym miejscem na ziemi i przebywał tam znacznie częściej niż w nielubianym Krakowie.
Wieści o dwóch królewnach tkwiących w staropanieństwie, a w zasadzie o ich potencjalnym posagu, dotarły do cara Rosji Iwana IV Groźnego. W 1560 roku wysłał w charakterze swatów dwóch posłów, Sukina i Fiodora, przy czym polecił im wybrać ładniejszą z sióstr, bo władca był czuły na kobiece wdzięki. W tym celu należało oczywiście dokonać oględzin królewskich sióstr, ale nikt nie zamierzał wystawiać Jagiellonek na pokaz niczym rasowych klaczy. Istnieją dwie wersje mówiące o tym, w jaki sposób wysłannicy cara mogli obejrzeć kandydatki na żonę swego chlebodawcy – według jednej z nich pozwolono im zajrzeć przez niewielkie okienko do komnaty, w której obie królewny przędły kądziel, w dodatku przy dość słabym oświetleniu. Był to oczywiście zabieg celowy, bo w takim mdłym świetle starsza z nich wyglądała młodziej i korzystniej. Ksiądz Piotr Myszkowski, ówczesny kanonik krakowski i gnieźnieński, uznawany za trzeciego człowieka w Rzeczypospolitej, twierdził natomiast, że widział obu posłów obserwujących Annę i Katarzynę modlące się w kaplicy św. Kazimierza.
Niezależnie od tego, kiedy i gdzie oglądali królewskie siostry, to Katarzyna bardziej im się spodobała i to o jej rękę poprosili w imieniu cara, co nie wywołało niczyjej radości. Co więcej, na samą myśl o wysłaniu którejkolwiek z królewien do Moskwy wielu jeżyły się włosy na głowie. Iwan słynął bowiem z niebywałego okrucieństwa, a w Rzeczypospolitej krążyły o nim straszliwe opowieści: mówiono, że swoim wrogom każe jeść mięso ich dzieci, a mięsem niewolników karmi niedźwiedzie w swojej menażerii. Niewiele w tym było przesady, bo car dopuszczał się naprawdę straszliwych zbrodni, a o jego okrucieństwie przekonały się również jego żony, z których trzy zostały otrute, jedna odesłana do klasztoru, inna zaś zabita z rozkazu cara i wrzucona do wody. Na szczęście dla Katarzyny posłowie zostali odprawieni z kwitkiem, ale rosyjski władca potraktował to jak zniewagę i nigdy nie zrezygnował z planów poślubienia Jagiellonki.
W końcu jednak pojawili się kandydaci, na których Zygmunt August spojrzał bardziej przychylnym okiem: Jan i Magnus, książęta ze szwedzkiej dynastii Wazów, przyrodni bracia ówczesnego króla Szwecji Eryka XIV. Z woli poprzedniego monarchy i ojca książąt, Gustawa I Wazy, wszyscy jego synowie otrzymali we władanie dziedziczne księstwa. I tak najstarszemu, Erykowi, przypadło księstwo w południowej części kraju, ze stolicą w Kalmarze, Janowi – Åbo, Kumogård oraz Raseborg w Finlandii, jak również Wyspy Alandzkie, Magnusowi – Dalsland Östergötland oraz Västergötland w południowo-zachodniej Szwecji, a najmłodszemu, Karolowi – Södermanland, Närke i Värmland w środkowej Szwecji. Drugi pod względem starszeństwa syn Gustawa objął we władanie nadane mu przez ojca księstwo jeszcze za życia króla, w stosunkowo młodym wieku, bo jako osiemnastoletni młodzieniec, ale okazał się nadspodziewanie dobrym gospodarzem. Finlandia wprawdzie nie była w pełni niezależnym państwem, formalnie stanowiła bowiem część Szwecji, a władający nią książę nie mógł samodzielnie prowadzić polityki zagranicznej, za to nosił książęcy tytuł i dysponował własnym wojskiem. Niewątpliwym sukcesem młodego księcia było stworzenie administracji wzorowanej na szwedzkiej, jak również ustanowienie rady, pełniącej funkcję czegoś na kształt współczesnego rządu, w której skład weszli członkowie najznamienitszych rodów fińskich. Bezpośrednio po objęciu władzy książę objechał swoje włości, odwiedzając tereny, do których wcześniej nie dotarł żaden szwedzki monarcha.
Trzeba przyznać, że Jan otrzymał staranne wykształcenie i został wychowany na renesansowego władcę z prawdziwego zdarzenia. Zarówno on, jak i jego bracia uczyli się już od szóstego roku życia pod czujnym okiem najlepszych pedagogów sprowadzonych na szwedzki dwór z Niemiec, a program ich edukacji nie odbiegał od programu kształcenia wszystkich synów ówczesnych władców europejskich: chłopcy uczyli się zatem łaciny, jak również poznawali zagadnienia z dziedziny przyrody, ziołolecznictwa, a nawet astrologii, którą interesował się zwłaszcza starszy brat Jana Eryk. Nawiasem mówiąc, z woli króla obaj książęta, których różnica wieku wynosiła cztery lata, mieszkali w jednej komnacie, co w zamiarach ojca miało zagwarantować wytworzenie między nimi silnej, braterskiej więzi. Jak się przekonamy, ten szczytny zamysł jednak się nie powiódł, chociaż chłopcy rzeczywiście spędzali wiele czasu razem. O ile jednak starszy z braci bardzo lubił ćwiczenia fizyczne, począwszy od strzelania z kuszy, a na fechtunku kończąc, a także grę w piłkę, młodszy przesiadywał głównie nad książką, co bardzo martwiło jego ojca. Król obawiał się, że lektury i brak ruchu wpędzą go w końcu w melancholię, jak w owych czasach nazywano depresję. Obaj książęta biegle władali łaciną, niemieckim i francuskim, a Jan mówił również po angielsku, gdyż we wczesnej młodości przez pewien czas przebywał w Londynie. Ale o angielskiej wyprawie księcia opowiemy szerzej nieco później.
Król Gustaw troszczył się również o dobry ożenek swoich synów – w jego mniemaniu najbardziej godną małżonką dla Eryka byłaby jakaś niemiecka księżniczka, ze wskazaniem na córkę Filipa Heskiego lub bratanicę księcia Saksonii, w roli żony dla Jana widział zaś którąś z sióstr Zygmunta Augusta, władającego wciąż potężną Rzeczpospolitą. Tymczasem Jan ulokował uczucia w swojej metresie Karin Hansdotter, niegdysiejszej damie dworu królowej Katarzyny Stenbock, trzeciej żony Gustawa I. Para nawiązała romans jeszcze w Sztokholmie, a książę ściągnął ukochaną, która w tym czasie urodziła ich córkę, do Åbo. Kiedy dziewczynka przyszła na świat, jej ojciec był jeszcze bardzo młody, miał bowiem dopiero dziewiętnaście lat. Karin, z woli kochanka otoczona własnym dworem niczym udzielna księżna, pełniła tam de facto funkcję nieformalnej małżonki władcy i pani na włościach. Urodziła swojemu kochankowi jeszcze troje dzieci – dwóch synów i córkę.
Tymczasem Eryk, mając w głębokim poważaniu ojcowskie plany matrymonialne dotyczące jego osoby, zdecydował się ubiegać o rękę… młodszej córki niesławnego Henryka VIII, królowej Elżbiety, zasiadającej na tronie Anglii od 1559 roku i cieszącej się opinią najpiękniejszej kobiety Europy. W dodatku, co w przypadku księcia lubującego się w rudowłosych damach było nie do przecenienia, po swoim ojcu władczyni odziedziczyła właśnie taki płomienny kolor włosów. Ambitne plany Eryka nie spotkały się z przychylnością jego królewskiego ojca, który uznał pomysł małżeństwa z angielską królową za zupełnie niedorzeczny i co ważniejsze, stanowczo zbyt kosztowny, ale uparty książę postawił na swoim. Gustaw ostatecznie skapitulował i wysłał do Londynu poselstwo, na którego czele stanął książę Jan. Prawdę mówiąc, zarówno monarcha, jak i Eryk nie mogli wybrać lepszego kandydata na posła w tej delikatnej sprawie, bo młodszy z książąt nadawał się jak nikt inny do reprezentowania potencjalnego narzeczonego władczyni. Był przystojny, miał 176 centymetrów wzrostu, co w dobie renesansu wystarczyło, by uchodzić za wysokiego, inteligentny oraz elokwentny, świetnie tańczył i był muzykalny.
Był jednak pewien, dość poważny problem – wyprawa na Wyspy oznaczała duże wydatki, co przyprawiało o ból głowy króla Gustawa, którego oszczędność graniczyła ze skąpstwem. W dodatku musiał sięgnąć po swoje żelazne zapasy, które od lat gromadził w tzw. srebrnej komnacie, znajdującej się w północnej części zamku Gripsholm, rezydencji królów szwedzkich, znajdującego się nad jeziorem Melar. 8 lipca 1599 roku książę Jan osobiście pofatygował się do wspomnianej komnaty i pokwitował odbiór przeszło dwudziestu sześciu tysięcy talarów, zaś 5 sierpnia otrzymał kolejne osiemnaście tysięcy. Ale to nie wszystko, bo 2 sierpnia odebrał wyroby futrzarskie, a dzięki zachowanym zapisom jednego z królewskich urzędników wiemy, że ojciec przeznaczył „na angielską podróż” swojego syna „4 futra z rysia, 36 futer z lisa i osiem białych futer z lisa górskiego”9. Jan i jego świta otrzymali później dodatkowo 7 futer ze żbika, jak również „czerwone i czarne futra sobolowe, a także kilka »odpowiednich« futer z kuny, kilka futer z wilka i futra bobrowe, jak również trochę innych futer o łącznej wartości 2210 talarów”10. Ale to nie wszystkie wydatki, bo przecież trzeba było wyposażyć grupę okrętów wojennych, na których Jego Książęca Mość oraz jego dwustuosobowa świta mieli wyruszyć na morze, a to też dużo kosztowało. W dodatku Jan w Londynie miał działać na własną rękę i prosząc o rękę księżniczki dla brata, musiał pamiętać, że reprezentuje Szwecję, a więc dbać także o żywotne interesy swojej ojczyzny. Jego ojciec niemal do dnia wyjazdu zamęczał go instrukcjami i zaleceniami, polecając mu, aby pod żadnym pozorem nie podpisywał żadnych umów i porozumień, które naruszałyby ustawę o dziedziczeniu tronu z 1544 roku, jak również inne obowiązujące w Szwecji prawa, a przede wszystkim – żeby nie zgadzał się na dziedziczenie tronu przez kobietę. Król zalecił także synowi, aby ostrożnie wydawał pieniądze, i na wszelki wypadek wysłał z nim swojego zaufanego człowieka, a zarazem wuja księcia, Stena Erikssona Leijonhufvuda.
Zgodnie z obyczajem dyplomatycznym w lipcu do Anglii wysłano kilkuosobową delegację z zadaniem przygotowania wizyty, w której skład weszło nie tylko kilku dostojników szwedzkich, ale także jeden francuski dyplomata, umiejętnie poruszający się na europejskich dworach, Charles de Mornay, który już kiedyś odwiedził Elżbietę. 11 września, kiedy wszystkie formalności pomyślnie załatwiono, flotylla statków z Janem na pokładzie wyruszyła w rejs, by po pięciu dniach dobić do portu w Harwich. Zanim książę i jego świta udali się do Londynu, Jan wysłał swojego dworzanina do Ipswich z zadaniem kupna odpowiednich strojów dla siebie i towarzyszącej mu świty, co kosztowało 69 talarów. Wydatek się opłacił, bo kiedy 4 października Jan wraz z towarzyszącymi mu dostojnikami wkroczył do Londynu, zrobił naprawdę oszałamiające wrażenie. Chcąc zachować się z klasą, hojną ręką rozdawał datki zgromadzonym tam ubogim. Gdyby jego ojciec widział taką rozrzutność, z pewnością wyrywałby włosy z głowy.
A czas pokazał, że to nie były wszystkie wydatki księcia. Jan wraz z towarzyszącą mu świtą zamieszkał w pałacu biskupa Winchesteru, na południowym brzegu Tamizy, gdzie czterdzieści lat później powstanie słynny szekspirowski Globe Theatre. Swoją drogą Anglicy mieli dość osobliwe pojęcie o gościnności, skoro stan lokum, w którym zakwaterowano dostojnych gości, wołał o pomstę do nieba. Na polecenie Jana szklarze wstawili szyby w oknach pałacu, a po przyjeździe książę musiał zatrudnić dwie kobiety do mycia podłóg i wypożyczyć, oczywiście odpłatnie, aż trzydzieści pięć łóżek. Musiał również zatrudnić praczki do prania ubrań i nie szczędził pieniędzy na kosztowne prezenty dla angielskich urzędników.
Ale młody książę wiedział, co robi, bo dbając o swój image, dbał jednocześnie o wizerunek kraju, który reprezentował, jak również o wizerunek swego brata. Młody władca rzeczywiście wywarł na Anglikach wyjątkowo dobre wrażenie. „Jest tu teraz książę Finlandii, który w imieniu swojego brata zabiega na drodze dyplomatycznej, aby wspomóc jego starania o rękę królowej – pisał sekretarz Elżbiety, a zarazem jej zaufany doradca William Cecil. – Jest bardzo grzeczny, a jednocześnie szczodry, jak na władcę przystało, choć bywa też oszczędny, jeśli zachodzi taka potrzeba. Mówi dobrze po łacinie. I tylko Bóg jeden wie, jak mu się powiedzie”11. Inny dworzanin odnotował natomiast, że szwedzki książę „sprawia wrażenie osoby obdarzonej darem wysławiania się. Bije od niego pewien majestat, bo trzyma się prosto, jest wysokiego wzrostu i ma jasną cerę, jego ruchy i gesty są eleganckie; jeśli zaś chodzi o twarz, widać na niej powszechny dla tego ludu defekt, a mianowicie, że nos jest zbyt krótki, a górne zęby trochę za długie”12.
Trzeba przyznać, że Jan miał dość trudne zadanie, gdyż w owym czasie na angielski dwór przyjechali również posłowie Habsburgów zabiegający o rękę królowej w imieniu austriackiego arcyksięcia Karola. A jednak Szwedzi mieli asa w rękawie – Eryk bowiem starał się o względy Elżbiety, zanim jeszcze zasiadła na tronie, a jej los był niepewny, gdyż podejrzana o knucie przeciwko siostrze przebywała w więzieniu. Królowa przyznała, że brat Jana wyraźnie dał jej do zrozumienia, że chodzi mu o nią, a nie o tron Anglii, co dawało mu przewagę nad innymi konkurentami.
Mając nadzieję na pozytywny rezultat swojej misji, Jan postanowił kuć żelazo póki gorące i złożył propozycję uregulowania relacji między Szwecją a Anglią, gdyby mariaż Elżbiety i Eryka doszedł do skutku. Oba państwa miały zawrzeć unię personalną, przy czym Jan przyrzekł, że zanim jego brat postawi stopę na angielskiej ziemi, zostanie koronowany na króla Szwecji, dzięki czemu zrówna się statusem ze swoją przyszłą żoną. Obiecał ponadto, że po przyjeździe Eryk wręczy Elżbiecie dar w wysokości czterdziestu tysięcy talarów, a potem będzie łożył na utrzymanie swojego angielskiego dworu i bez zgody królowej nie opuści Anglii. Przyrzekł również, że oba państwa zachowają wprawdzie niezależność polityczną, ale zwiążą się sojuszem obronnym. Na mocy jego postanowień, w przypadku gdyby jedno z państw znalazło się w konflikcie zbrojnym z innym państwem, drugie wesprze je wojskiem liczącym od sześciu do ośmiu tysięcy ludzi oraz dostarczy okręty, które dowiozą tę armię na miejsce. Trzeba przyznać, że młody Waza poczynał sobie całkiem śmiało, bo jego ojciec z całą pewnością nie przystałby na takie porozumienie. Ale książę mógł sobie na to pozwolić, ponieważ wuj, którego wysłał szwedzki monarcha, aby pilnował jego poczynań, na początku listopada wyjechał do Szwecji, by zdać raport królowi z dotychczasowego przebiegu misji. Jan miał zatem wolną rękę i był przekonany, że wszystkie zawarte przez niego porozumienia służą dobru Szwecji; nawet nie przypuszczał, iż w przyszłości odbiją się mu czkawką, a wręcz zagrożą jego życiu i życiu jego bliskich.
Jan nad Tamizą zrobił bardzo dobre wrażenie na dworze i na monarchini, która po latach przyznała, że wobec szwedzkiego gościa zachowywała się w sposób przekraczający przyjęte wówczas dyplomatyczne konwenanse. I trudno jej się dziwić, bo wprawdzie Elżbieta nigdy nie wyszła za mąż, ale miała słabość do przystojnych młodzieńców, a do takich niewątpliwie zaliczał się Waza. W dodatku młody książę błyskawicznie opanował mowę Szekspira i nauczył się grać w tenisa, który był ulubionym sportem angielskiej arystokracji, jak również ulubioną grą poprzedniego władcy, ojca Elżbiety, Henryka VIII. Popisał się także sztuką dyplomacji, omawiając przed angielskimi dostojnikami projekt unii personalnej i naświetlając korzyści, które przyniesie Anglii potencjalne małżeństwo jego brata z Elżbietą. Niestety nawet osobisty urok Jana nie przekonał królowej do przyjęcia oświadczyn Eryka, gdyż monarchini nie zamierzała wychodzić ani za Eryka, ani za nikogo innego. Swoich poglądów nie wyjawiła Janowi, dyplomatycznie oświadczając księciu, że nie może poślubić człowieka, którego nigdy nie widziała.
Mimo że misja się nie udała, książę wrócił do domu zadowolony, zwłaszcza że nie zjawiał się z pustymi rękoma: przywiózł bowiem kufry wypełnione po brzegi rozmaitymi modnymi ubraniami, których w Szwecji nigdy nie widziano, jak również dmuchane piłki do gry, rakiety i piłeczki do tenisa. Do Skandynawii trafił też w jego bagażu nieznany tam wcześniej rodzaj broni białej – rapiery – oraz… widelce. Ojciec Jana całkiem słusznie uznał jego misję za fiasko, ale Eryk nie stracił nadziei na poślubienie angielskiej władczyni – był przekonany, że gdy pokaże się w Londynie osobiście, Elżbieta zakocha się w nim bez pamięci. Na razie jednak za morze się nie wybierał, znajdując radość i pocieszenie się w ramionach licznych kochanek.
Gustaw I Waza zmarł 29 września 1560 roku, przeżywszy sześćdziesiąt cztery lata, ale nie doczekał się ślubu żadnego ze swoich synów. 29 czerwca następnego roku jego najstarszy syn Eryk koronował się na króla w katedrze w Uppsali, urządzając z tej okazji najwspanialszą ceremonię koronacyjną w dotychczasowych dziejach swojej ojczyzny. I wkrótce potem, w celu umocnienia swojej władzy, przeforsował w Riksdagu, szwedzkim parlamencie, ustawę ustalającą jego zwierzchnictwo nad wszystkimi księstwami wchodzącymi w skład monarchii. Władający nimi książęta, z księciem Finlandii Janem na czele, złożyli na dokumencie podpisy. Wprawdzie Janowi od jakiegoś czasu marzyła się niezależność, ale nie chciał wchodzić w konflikty ze swoim królewskim bratem, zwłaszcza że planował ożenek, który mógł mu pomóc tę niezależność osiągnąć. Wciąż kochał swoją Karin, ale obowiązki władcy przeważyły w nim nad uczuciami i Jan nie zamierzał jej poślubić. Wiedział, że jako książę musi ożenić się z księżniczką krwi, a nawet miał już upatrzoną kandydatkę na żonę, była to Katarzyna, najmłodsza siostra Zygmunta Augusta. Zawczasu wysłał na dwór Jagiellonów swoich posłów, od których dowiedział się, że młodsza z królewien przewyższa urodą starszą. Fakt, że Jagiellonki były od niego znacznie starsze (różnica wieku między nim a Anną wynosiła czternaście, zaś między nim a Katarzyną jedenaście lat), nie miał w tym przypadku żadnego znaczenia. Ważne było jedynie, że obie były jeszcze w wieku, w którym mogły zajść w ciążę i urodzić dziecko.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1. M. Ferenc, Zygmunt II August. „Dworzanie go nie lubili, nikomu na nim nie zależało, nawet licznym kochankom. Był zupełnie samotny”, wywiad przeprowadził Mirosław Maciorowski [online], https://weekend.gazeta.pl/weekend/7,177342,24217998,zygmunt-ii-august-dworzanie-go-nie-lubili-nikomu-na-nim-nie.html [wróć]
2. Za: P. Jasienica, Ostatnia z rodu, Warszawa 2009, s. 107. [wróć]
3. Za: tamże. [wróć]
4. Za: M. Duczmal, Jagiellonowie. Leksykon biograficzny, Warszawa 1996, s. 266. [wróć]
5. Za: tamże. [wróć]
6. Za: M. Bogucka, Bona Sforza, Wrocław 1998, s. 187. [wróć]
7. Za: P. Jasienica, Ostatnia…, dz. cyt., s. 15. [wróć]
8. Za: tamże, s. 97. [wróć]
9. J.E. Wolke, Jan III Waza władca renesansowy, tłum. Wojciech Łygaś, Gdańsk 2024, s. 56. [wróć]
10. Tamże. [wróć]
11. Za: J.E. Wolke, Jan III Waza…, dz. cyt., s. 59. [wróć]
12. Za: tamże, s. 64. [wróć]
