Wydawca: Siedmioróg Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2016

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 489 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Ania z Zielonego Wzgórza - Lucy Maud Montgomery

Maryla i Mateusz Cuthbertowie postanowili zaadoptować sierotę. Myśleli o chłopcu, który z czasem pomoże w pracach na gospodarstwie. Sierociniec jednak wysłał im dziewczynkę. W pierwszej chwili rodzeństwo uznało, że szczupła, by nie powiedzieć wątła, dziecina o rudych włosach na nic się na ich farmie nie zda. Od kiedy jednak Ania przekroczyła próg domu Cuthbertów, życie na Zielonym Wzgórzu zaczęło się przecudownie zmieniać. Mijały dni, a Maryli i Mateuszowi coraz trudniej było sobie wyobrazić Zielone Wzgórze bez Ani.

Opinie o ebooku Ania z Zielonego Wzgórza - Lucy Maud Montgomery

Fragment ebooka Ania z Zielonego Wzgórza - Lucy Maud Montgomery

Tytuł oryginału:

Anne of Green Gables

Ilustracja na okładce:

Artur Lobus

LEKTURA DLA KLASY VI

© Copyright by Siedmioróg

ISBN 978-83-7791-508-0

Wydawnictwo Siedmioróg

ul. Krakowska 90, 50-427 Wrocław

Księgarnia wysyłkowa Wydawnictwa Siedmioróg

www.siedmioróg.com

Wrocław 2016

Przygotowanie wydania elektronicznego: Magdalena Wojtas, 88em

Dobre gwiazdy, które cię prowadzą

Stworzyły cię z ducha, i ognia, i rosy…

Robert Browning

PANI MAŁGORZATA LINDE SIĘ DZIWI

Dom pani Małgorzaty Linde stał w miejscu, gdzie biegnący przez Avonlea gościniec opadał ku ocienionej olchami, porośniętej drobnym kwieciem płytkiej dolince, którą przecinał strumyk, mający swe źródło daleko, w lasach graniczących z posiadłością starego Cuthberta. U swych początków strumyk ów wił się swawolnie wśród drzew, to skrząc się kaskadami, to znów rozlewając się w tajemnicze, mroczne jeziorka, kiedy jednak docierał do doliny Linde’ów, zamieniał się w spokojny, grzeczny potoczek, albowiem nic, co przemykało pod drzwiami domu pani Małgorzaty, nawet zwykły strumyk, nie mogło lekceważyć zasad dobrego wychowania. Był z pewnością świadom tego, że pani Małgorzata siedzi przy oknie, bacznie przyglądając się wszystkiemu, co się naokoło dzieje, od strumyków i dzieci począwszy, a jeśli dostrzeże coś dziwnego czy niezwykłego, nie spocznie, dopóki nie wyniucha, dlaczego takie coś się wydarzyło.

Zarówno w Avonlea, jak i poza tą miejscowością wiele jest osób, które wścibiają nos we wszystkie sprawy sąsiadów kosztem zaniedbywania swoich własnych. Ale pani Małgorzata Linde należała do tych dzielnych istot, którym udaje się pogodzić z najlepszym skutkiem żywe zainteresowanie sprawami bliźnich ze swoimi własnymi. Będąc wzorową gospodynią, dopełniała domowych obowiązków zawsze na czas i z wielką starannością. Ponadto była duszą żeńskiego kółka krawieckiego, pomagała w prowadzeniu szkółki niedzielnej i stanowiła główną podporę Kościelnego Towarzystwa Dobroczynności i Stowarzyszenia na rzecz działalności misyjnej za granicą. I miała jeszcze dość czasu, aby godzinami pikować przy kuchennym oknie bawełniane kołdry – a zrobiła ich już szesnaście, jak pełnym nabożnego lęku głosem opowiadały sobie miejscowe kumoszki – i bacznie obserwować gościniec, który schodził w dolinę, potem zaś piął się zakosami na strome, czerwonawe wzgórze po drugiej stronie. A ponieważ Avonlea rozciąga się na niewielkim, trójkątnym półwyspie, którego dwa boki wcinają się w Zatokę Świętego Wawrzyńca, każdy, kto dokądś się wybierał lub skądś powracał, musiał podążać owym gościńcem, pod wszystkowidzącym okiem pani Małgorzaty.

Pewnego popołudnia na początku czerwca pani Małgorzata siedziała tam jak zwykle. Do okna zaglądało jasne i ciepłe słońce. Rosnący na pochyłości za domem sad ustroił się w weselną szatę biało-różowych kwiatów, a ponad nim unosiły się miriady brzęczących pszczół. Na pagórku za stodołą siał późną rzepę Tomasz Linde – dobrotliwy, potulny człowieczek, którego mieszkańcy Avonlea zwykli byli nazywać „mężem Małgorzaty Linde”. A to samo powinien był robić Mateusz Cuthbert na szerokim, czerwonawym polu nad potokiem za Zielonym Wzgórzem. Pani Małgorzata nie miała co do tego żadnych wątpliwości, słyszała bowiem poprzedniego popołudnia w sklepie Williama Blaira w Carmody, jak Mateusz mówił do Petera Morrisona, że zamierza siać dzisiaj rzepę. Oczywiście Peter zapytał go o to, bowiem nigdy nie słyszano, aby Mateusz Cuthbert udzielił komuś jakiejkolwiek informacji z własnej i nieprzymuszonej woli.

Mimo to on sam, o pół do czwartej po południu w zwykły, roboczy dzień zjeżdżał spokojnie w dolinkę, potem piął się pod górę, a co więcej, miał na sobie najlepsze ubranie i biały kołnierzyk, oczywisty dowód na to, że udaje się gdzieś poza Avonlea, zaś to, że powoził lekką dwukółką zaprzężoną w kasztankę, wskazywało, że czeka go ładny kawał drogi. Dokąd ten Mateusz Cuthbert się wybiera i w jakim celu?

Gdyby chodziło o kogokolwiek innego spośród mieszkańców Avonlea, pani Małgorzata bez trudu odpowiedziałaby sobie na oba pytania, kojarząc sprytnie to i owo z zasłyszanych wieści. Ale Mateusz tak rzadko wyjeżdżał z domu, że musiała go do tego zmusić tylko jakaś pilna i niezwykła sprawa. Był najbardziej nieśmiałym człowiekiem pod słońcem i nie cierpiał udawania się między obcych ludzi, z którymi być może musiałby rozmawiać. Nieczęsto więc można było ujrzeć go z białym kołnierzykiem na szyi i w kabriolecie. Na próżno pani Małgorzata dumała nad sprawą, a te rozmyślania zmąciły jej tylko przyjemne popołudnie.

„Zaraz po herbacie przejdę się po prostu na Zielone Wzgórze i wyciągnę z Maryli, dokąd on pojechał i po co” – zdecydowała w końcu zacna niewiasta. „Zwykle nie jeździ o tej porze roku do miasta, no i nigdy nie składa żadnych wizyt. Gdyby zabrakło mu nasion rzepy, nie zakładałby przecież niedzielnego ubrania i nie jechał po nie dwukółką. Nie wybrał się po lekarza, bo nie dość mu się spieszyło. A jednak musiało się u nich od wczoraj wydarzyć coś, co wygnało go z domu! Straszniem tego ciekawa, ot co, i nie zaznam spokoju, póki się nie dowiem, dlaczego Mateusz Cuthbert wyjechał dziś z Avonlea”.

Tak więc po herbacie pani Małgorzata ruszyła w drogę. Nie musiała iść daleko, bowiem duży, obrośnięty dzikim winem, otoczony sadem dom Cuthbertów oddalony był zaledwie o ćwierć mili gościńcem. Prawdę mówiąc, odległość tę mocno wydłużała długa, boczna dróżka. Budując swą siedzibę, ojciec Mateusza, który był tak samo nieśmiały i małomówny jak i on, wzniósł ją najdalej, jak tylko mógł, od sąsiednich domów, nie skrywając jej jednak całkowicie pośrodku lasu. Postawił więc dom na samym końcu swego pola i tam też stał on do dzisiaj, ledwo widoczny z gościńca, przy którym przycupnęły, jakby dla dotrzymania sobie wzajem towarzystwa, wszystkie pozostałe zagrody w Avonlea. Pani Małgorzata Linde nigdy nie mogła zrozumieć, jak można mieszkać na takim odludziu.

– Takie życie to zwykła wegetacja, ot co – mówiła do siebie, krocząc pooraną głębokimi koleinami, trawiastą dróżką, obrzeżoną krzewami dzikiej róży. – Trudno się dziwić, że Maryla i Mateusz, zdani tylko na siebie, stali się trochę dziwakami. Drzewa to nieszczególne towarzystwo, a gdyby nawet nim były, to Bóg mi świadkiem, mają ich tu pod dostatkiem. Co do mnie, to wolę oglądać ludzi. Prawda, że oboje wyglądają na zadowolonych, ale pewnie przywykli już do tego. Jak mawiał pewien Irlandczyk, człek może się przyzwyczaić do wszystkiego, nawet do tego, że go powieszą.

Tak sobie dumając, pani Małgorzata wkroczyła na zielone, porządnie utrzymane podwórze, otoczone z jednej strony dużymi, wiekowymi wierzbami, z drugiej zaś smukłymi topolami. Na ziemi nie było widać ani jednego kamyka czy przypadkowo rzuconego patyka, w przeciwnym bowiem razie pani Małgorzata niechybnie by to zauważyła. Była zresztą przekonana, że Maryla Cuthbert zamiata podwórze równie często jak swój dom. Można było jeść wprost z ziemi bez obawy, że do jedzenia dostanie się przysłowiowa odrobina brudu.

Zapukała mocno do kuchennych drzwi i usłyszawszy „Proszę!”, weszła do środka. Kuchnia na Zielonym Wzgórzu była, a raczej byłaby przytulna i pogodna, gdyby nie panowała w niej owa przeraźliwa czystość, z powodu której przypominała trochę nieużywany przez nikogo salonik. Jej okna wychodziły na wschód i na zachód. Zachodnie, położone od strony tylnego podwórza, zalewały właśnie potoki łagodnego, czerwcowego słońca, ale wschodnie, przez które widać było kwitnące biało wiśnie z sadu i kołyszące się w oddali, nad potokiem, smukłe brzozy, ocieniała zieleń dzikiego wina. Przy nim właśnie siadywała Maryla Cuthbert, jeśli w ogóle zdecydowała się przysiąść na chwilę, zawsze trochę nieufna wobec tańczących na podłodze słonecznych odblasków, które jej zdaniem zbyt lekkomyślnie nastrajały do świata, zasługującego na to, aby go brać z całą powagą. Tutaj też siedziała i teraz, dziergając coś na drutach. Stół za jej plecami nakryty był do wieczerzy.

Pani Małgorzata nie zdążyła jeszcze zamknąć za sobą drzwi, a już dostrzegła wszystko, co było na stole. Stały tam trzy nakrycia, więc Maryla musiała spodziewać się gościa, po którego zapewne pojechał Mateusz. Ale codzienne talerze, trochę marmolady z dzikich jabłek i kawałek zwykłego placka wskazywały, że nie oczekiwano tu wizyty kogoś szczególnie ważnego. Ale co w takim razie oznaczał biały kołnierzyk Mateusza i kasztanka? Pani Małgorzata poczuła, że ta niezwykła jak na pozbawione wszelkich sekretów życie na Zielonym Wzgórzu tajemnica przyprawia ją o zawrót głowy.

– Dzień dobry, Małgorzato! – powiedziała wesoło Maryla. – Śliczne dziś popołudnie, prawda? Usiądź, proszę! Zdrowiście oboje?

Między Marylą Cuthbert i panią Małgorzatą istniało zawsze coś, co w braku lepszego określenia można było nazwać przyjaźnią, i to pomimo, a może właśnie z powodu całkowitej odmienności ich charakterów.

Maryla była wysoką, szczupłą kobietą, o nieco kanciastych kształtach. Jej ciemne włosy, w których tu i ówdzie widać było siwe pasemka, związane były zawsze z tyłu w ścisły, nieduży kok, mocno spięty dwiema drucianymi szpilkami. Wyglądała na kobietę o niewielkim życiowym doświadczeniu i surowych zasadach, i taką też była w istocie. Ale w rysunku jej ust było coś, leciutko tylko zaznaczone, co mogło wskazywać, że nie brakowało jej poczucia humoru.

– Dziękuję, czujemy się doskonale – odpowiedziała pani Małgorzata. – Ale jak zobaczyłam Mateusza jadącego gościńcem, zaniepokoiłam się o was. Przyszło mi na myśl, że pojechał może po doktora.

Usta Maryli drgnęły niedostrzegalnym uśmiechem. Spodziewała się odwiedzin Małgorzaty; wiedziała, że będzie ona chciała zaspokoić swą ciekawość, rozbudzoną niespodziewanym wyjazdem Mateusza.

– Och, nie, nic mi nie dolega, chociaż wczoraj mocno bolała mnie głowa – powiedziała. – Mateusz pojechał na stację do Bright River. Bierzemy małego chłopca z sierocińca w Nowej Szkocji. Miał przyjechać popołudniowym pociągiem.

Pani Małgorzata pewnie nie zdziwiłaby się bardziej, gdyby Maryla oświadczyła, że Mateusz pojechał odebrać kangura przysłanego z Australii. Po prostu oniemiała na ładnych parę sekund. Nie dopuszczała myśli, że Maryla może sobie z niej żartować, ale zaczynała już podejrzewać, że tak jest w istocie.

– Mówisz poważnie, Marylo? – zapytała, odzyskawszy mowę.

– Ależ tak, oczywiście – odparła Maryla, jakby branie chłopców z sierocińca w Nowej Szkocji nie było czymś niesłychanym, ale należało do najzwyklejszych zajęć, jakich wiele podejmuje się wiosną na każdej farmie w Avonlea.

Pani Małgorzata poczuła, że traci zmysły. Przez głowę zaczęły przelatywać jej same wykrzykniki. Chłopiec! Maryla i Mateusz Cuthbertowie adoptują chłopca! Właśnie oni! Z sierocińca! No, to świat przewrócił się całkiem do góry nogami! Po czymś takim nic już nie zdoła jej zadziwić! Absolutnie nic!

– Na litość boską, skąd wam to przyszło do głowy? – zapytała z dezaprobatą w głosie.

Postanowienie zostało podjęte bez zapytania jej o radę, siłą rzeczy musiała więc je zganić.

– Och, rozmyślaliśmy nad tym już od jakiegoś czasu, właściwie przez całą zimę – odparła Maryla. – Jeszcze przed Bożym Narodzeniem była u nas pani Spencer i zwierzyła się, że na wiosnę zamierza wziąć dziewczynkę z sierocińca w Hopetown. Mieszka tam jej kuzynka, u której pani Spencer była i dowiedziała się wszystkiego. Od tego czasu zaczęliśmy omawiać sprawę z Mateuszem. Postanowiliśmy wziąć chłopca. Jak wiesz, Mateusz jest już niemłody, skończył sześćdziesiąt lat, i nie rusza się już tak żwawo, jak dawniej. Ma poważne kłopoty z sercem. A rozumiesz chyba, jak strasznie ciężko jest dziś znaleźć kogoś, kto by się wynajął do pomocy. Można liczyć tylko na tych głupkowatych francuskich wyrostków, ale ledwo to-to wdroży się do naszych zwyczajów i czegoś poduczy, już zmyka do jakiejś fabryki konserw albo do Stanów. Z początku Mateusz proponował, żebyśmy wzięli jakiegoś chłopca z Anglii. Ale ja sprzeciwiłam się temu. „Być może oni się nadają, nie twierdzę, że nie – powiedziałam – ale nie chcę tu żadnych włóczykijów z Londynu. Niechże będzie to przynajmniej tutejsze dziecko. Kogo byśmy nie wzięli, i tak poniesiemy ryzyko. Ale będzie mi lżej na sercu i będę spokojniej spała, jeżeli będziemy mieć pod dachem rodowitego Kanadyjczyka”. W końcu więc postanowiliśmy poprosić panią Spencer, żeby wybrała dla nas chłopca, kiedy pojedzie po swoją dziewczynkę. W zeszłym tygodniu doszła nas wieść, że właśnie tam się udaje, więc posłaliśmy jej słówko przez kuzynów Richarda Spencera z Carmody, żeby przywiozła nam miłego, rozgarniętego chłopczyka, w wieku dziesięciu albo jedenastu lat. Uznaliśmy, że taki chłopiec będzie dość duży na to, żeby pomóc nam przy tym i owym, a zarazem wystarczająco młody, żeby dał się wykierować na człowieka. Zamierzamy zapewnić mu prawdziwy dom i wykształcenie. I właśnie dziś przyszedł telegram od pani Spencer – listonosz przyniósł go prosto z dworca – że przyjeżdża pociągiem o wpół do szóstej po południu. Więc Mateusz pojechał do Bright River. Pani Spencer zostawi chłopca na stacji, a sama pojedzie dalej, do Białych Piasków.

Pani Małgorzata szczyciła się tym, że nigdy nie owija niczego w bawełnę. Także i teraz, odzyskawszy jaką taką równowagę ducha, postanowiła wygarnąć całą prawdę.

– Wiesz, Marylo, powiem ci otwarcie, że moim zdaniem popełniacie wielkie głupstwo, do tego mocno ryzykowne, ot co. Nie zdajecie sobie sprawy, co na siebie bierzecie. Przyjmujecie pod swój dach obcego chłopczynę, o którym nie wiecie dosłownie nic, ani jaki ma charakter, ani kim byli jego rodzice, ani co z niego może wyrosnąć. No proszę, nie dalej jak w zeszłym tygodniu czytałam w gazecie, że jakieś małżeństwo z zachodnich stron naszej wyspy przygarnęło sierotę z przytułku, a on w nocy podpalił ich dom – i to naumyślnie, Marylo – tak, że o mało nie upiekli się żywcem w łóżku. A znowu inny taki przygarnięty chłopak wysysał jajka i w żaden sposób nie można go było od tego odzwyczaić. Gdybyś była zapytała mnie o radę, Marylo – a nie zrobiłaś tego – zaklinałabym cię na wszystkie świętości, żebyś nie myślała nawet o czymś takim, ot co.

Maryla spokojnie przyjęła jej narzekania. Nie obraziła się ani nie zaniepokoiła, ale dalej spokojnie robiła na drutach.

– Nie przeczę, Małgorzato, że w tym, co mówisz, jest trochę racji. Mnie samą nawiedzały różne myśli. Ale Mateusz okropnie się uparł. Widziałam, jak mu na tym zależy, więc ustąpiłam. A Mateusz tak rzadko zapala się do jakichś pomysłów, że jak już to robi, czuję, że po prostu muszę się poddać. A co do ryzyka, to człowiek napotyka je prawie we wszystkim, do czego by się nie zabrał na tym świecie. Przecież nawet ludzie, którzy mają własne dzieci, nigdy nie mogą mieć pewności, co z nich wyrośnie. Poza tym Nowa Szkocja prawie przylega do naszej wyspy. Więc to nie będzie tak, jakbyśmy sprowadzili chłopca z Anglii czy ze Stanów. On nie może różnić się zbytnio od nas samych.

– No cóż, mam nadzieję, że wszystko dobrze się ułoży – stwierdziła pani Małgorzata tonem wskazującym otwarcie, że ma co do tego poważne wątpliwości. – Tylko mi nie mów, że cię nie ostrzegałam, jak ten urwis podpali wasz dom albo wrzuci strychninę do studni. Słyszałam o podobnym wypadku w Nowym Brunszwiku, gdzie coś takiego zrobiło dziecko z sierocińca i cała rodzina umarła w okropnych męczarniach. Tyle że tam była to sprawka dziewczyny, a nie chłopaka.

– Ależ my nie adoptujemy dziewczynki – odparła Maryla, tak jakby w zatruwaniu studni specjalizowały się wyłącznie osoby płci żeńskiej i można się było nie obawiać tego ze strony przedstawiciela męskiego rodu. – Nawet by mi się nie przyśniło, żeby brać na wychowanie dziewczynkę. Dziwię się, że pani Spencer to robi. Ale ona zaopiekowałaby się bez mrugnięcia okiem całym sierocińcem, gdyby tylko wbiła to sobie do głowy.

Pani Małgorzata zostałaby z przyjemnością aż do powrotu Mateusza z małą sierotką. Pomyślała jednak, że musiałaby czekać co najmniej bite dwie godziny, postanowiła więc pójść dalej gościńcem i zajrzeć do Bellów, aby podzielić się z nimi wielką nowiną. Była pewna, że wzbudzi sensację, a nic nie sprawiało jej tyle radości, co właśnie wywoływanie sensacji. Maryla przyjęła jej wyjście z uczuciem ulgi, czuła bowiem, że pod wpływem złowróżbnych myśli przyjaciółki wracają jej własne wątpliwości i niepokoje.

– Cóż to wyczynia się dziś na tym świecie! – rzuciła do siebie pani Małgorzata, znalazłszy się w bezpiecznej odległości od Zielonego Wzgórza. – Mam doprawdy wrażenie, że to jakiś sen. Najbardziej, bez wątpienia, żal mi biednego chłopczyny. Ani Mateusz, ani Maryla nie mają pojęcia o dzieciach i będą spodziewać się po nim, że okaże się mądrzejszy i bardziej sumienny od własnego dziadka, jeśli kiedykolwiek go miał, w co należy wątpić. Jakoś zupełnie nie mogę sobie wyobrazić dziecka na Zielonym Wzgórzu. Nigdy przecież nie było tam dzieci, bo kiedy budowano nowy dom, Mateusz i Maryla byli już prawie dorośli, a zresztą, jak się na nich patrzy, to trudno uwierzyć, że kiedykolwiek mogli być dziećmi. Za nic w świecie nie chciałabym się znaleźć w skórze tej sierotki. Och, biedny, biedny chłopczyna, ot co.

Takie to żale płynęły prosto z serca pani Małgorzaty ku rosnącym wzdłuż drogi krzakom dzikiej róży. Ale jej współczucie byłoby jeszcze głębsze i bardziej przejmujące, gdyby mogła ujrzeć dziecko, które w tej właśnie chwili oczekiwało cierpliwie na stacji w Bright River.

MATEUSZ CUTHBERT JEST ZASKOCZONY

Mateusz Cuthbert i jego kasztanka spokojnym truchtem pokonali osiem mil do Bright River. Jechali śliczną drogą, biegnącą między zacisznymi farmerskimi zagrodami. Od czasu do czasu mijali pachnące balsamicznie jodłowe zagajniki albo zjeżdżali w dolinki, w których wyciągały ramiona dzikie śliwy, obsypane delikatnym kwieciem. W powietrzu unosił się słodki aromat niezliczonych jabłoniowych sadów, aż po horyzont widać było łąki na zboczach, ginące w różowych, opalizujących mgiełkach, a ptaszęta tak cudnie śpiewały naokół, jakby dzień ten jedynym dniem lata był w roku.

Mateusz cieszył się na swój sposób tą przejażdżką, choć przyjemność psuły mu chwile, w których musiał się kłaniać napotykanym po drodze kobietom. Na Wyspie Księcia Edwarda trzeba bowiem pozdrawiać wszystkie bez wyjątku osoby, zarówno znajome, jak i obce.

Mateusz bał się wszystkich kobiet z wyjątkiem Maryli i pani Małgorzaty. Prześladowało go nieprzyjemne uczucie, że te tajemnicze istoty wyśmiewają go po kryjomu. I być może miał prawo tak uważać, albowiem rzeczywiście wyglądał dość dziwacznie: miał niezgrabną sylwetkę, długie, szpakowate włosy, sięgające przygarbionych ramion, a do tego puszystą, ciemną brodę, którą nosił od dwudziestego roku życia. I prawdę mówiąc, już wtedy wyglądał prawie tak samo jak teraz, jeśli nie liczyć siwiejących tu i ówdzie włosów.

Kiedy dotarł do Bright River, na stacji nie było ni śladu pociągu. Przyszło mu do głowy, że przyjechał za wcześnie, uwiązał więc klacz w podwórzu małego zajazdu i poszedł na dworzec. Długi peron był prawie pusty, a jedyną żywą istotą w zasięgu wzroku była dziewczynka, która przysiadła na stosie gontów przy samym jego końcu. Widząc, że to dziewczynka, Mateusz przemknął obok niej jak najszybciej, nie spojrzawszy nawet na nią. Gdyby się jej przyjrzał, z pewnością nie uszedłby jego uwagi wyraz napięcia i wyczekiwania, jaki malował się na jej twarzy i w całej postaci. Widać było, że czeka na coś czy na kogoś, a że była to jedyna czynność, na jaką mogła się zdobyć w tej chwili, oddawała się jej ze wszystkich sił.

Natknąwszy się na zawiadowcę stacji, który zamykał właśnie okienko kasy biletowej, z zamiarem udania się do domu na wieczerzę, Mateusz zapytał go, czy prędko nadejdzie pociąg, przyjeżdżający o wpół do szóstej.

– Ten pociąg już był i odszedł pół godziny temu – odparł dziarski kolejarz. – Przyjechał nim pasażer, który miał się udać do was. Mała dziewczynka. Siedzi o tam, na gontach. Prosiłem ją, żeby weszła do poczekalni dla pań, ale odpowiedziała mi z poważną miną, że woli zaczekać na dworze. Będzie tu miała, jak się wyraziła, więcej pola dla wyobraźni. Oryginalna panienka, powiadam panu!

– Ale ja nie przyjechałem po żadną dziewczynkę – powiedział z zakłopotaną miną Mateusz. – Powinien czekać tu na mnie chłopiec. Miała go przywieźć z Nowej Szkocji pani Spencer.

Zawiadowca gwizdnął przez zęby.

– W takim razie musiało zajść jakieś nieporozumienie – powiedział. – Pani Spencer wysiadła z pociągu z tą właśnie dziewczynką i zostawiła ją pod moją pieczą. Wyjaśniła mi, że pan i pańska siostra bierzecie ją na wychowanie z sierocińca i że pan ma po nią przyjechać. To wszystko, co wiem o sprawie. Nie schowałem tu nigdzie żadnej innej sierotki.

– Niczego nie pojmuję – rzekł bezradnie Mateusz, żałując, że nie ma pod ręką Maryli, która z pewnością lepiej uporałaby się ze sprawą.

– No cóż, najlepiej będzie, jeśli wypyta pan samą dziewczynkę – doradził mu beztrosko zawiadowca. – Jestem pewien, że ona wszystko panu wyjaśni, bo wygląda na rezolutne stworzenie. Może tam, w sierocińcu, zabrakło takiego chłopaka, jakiego chciał pan mieć. – Po czym odszedł żwawym krokiem, ponieważ był głodny.

Nieszczęsny Mateusz został sam, czując, że łatwiej by mu było wleźć lwu w paszczę, niż zrobić to, co tamten mu powiedział – podejść do nieznanej dziewczynki, w dodatku sierotki, i zapytać ją, dlaczego nie jest chłopcem. Obrócił się z ciężkim westchnieniem i ruszył powoli w jej kierunku, na drugi koniec peronu.

Dziewczynka utkwiła w nim spojrzenie już w chwili, gdy przechodził obok niej po raz pierwszy. Także i teraz nie spuszczała go z oka. Mateusz nie patrzył na nią, ale nawet gdyby odważył się to zrobić, i tak zapewne nie umiałby powiedzieć, jak ona naprawdę wygląda. Prędzej już można by się tego spodziewać po zwykłym przechodniu.

Dziewczynka lat około jedenastu ubrana była w bardzo krótką i obcisłą, brzydką sukienkę z żółtawoszarej wełny. Jej głowę okrywał spłowiały słomkowy kapelusik z płaskim rondem, spod którego opadały aż na plecy dwa bardzo grube, ogniście rude warkocze. Miała drobną, bladą i szczupłą twarzyczkę, okrytą licznymi piegami, duże usta i ogromne oczy, które w zależności od oświetlenia i nastroju bywały to zielone, to znowu szare.

Tyle dostrzegłby zwykły przechodzień. Ale gdyby przyjrzał się uważniej, zauważyłby może zdecydowany, ostry profil jej podbródka, rozmarzone, pełne życia spojrzenie jej oczu, delikatny, wyrazisty krój warg i szerokie, pełne czoło. Jednym słowem, bystry, bardziej spostrzegawczy obserwator doszedłby do wniosku, że niepospolita duszyczka musi zamieszkiwać tę drobną istotkę, której nieśmiały Mateusz Cuthbert przeraził się tak bezsensownie.

Los oszczędził mu jednak ciężkiej próby, jaką byłoby dla niego nawiązanie rozmowy, bo gdy tylko dziewczynka upewniła się, że idzie do niej, zerwała się z miejsca, chwyciła w jedną chudą, opaloną rączkę zniszczoną, staromodną torbę podróżną, a drugą wyciągnęła do niego.

– Pan Mateusz Cuthbert z Zielonego Wzgórza? – zagadnęła nadzwyczaj czystym, melodyjnym głosem. – Cieszę się bardzo, że pana widzę. Zaczęłam się już obawiać, że nie przyjedzie pan po mnie i próbowałam sobie wyobrazić, co też mogło panu w tym przeszkodzić. Pomyślałam sobie, że jeśli nie zjawi się pan do wieczora, pójdę po szynach do wielkiej dzikiej wiśni, którą widać tam, na zakręcie, i przenocuję na niej. Nie bałabym się ani trochę, bo czyż nie byłoby cudownie zasypiać przy księżycu pośród białych kwiatów dzikiej wiśni? Łatwo by było wyobrazić sobie, że się mieszka w marmurowym pałacu, nie sądzi pan? Bo byłam zupełnie pewna, że w końcu przyjedzie pan po mnie, jeśli nie dziś, to jutro z rana.

Mateusz niezdarnie uścisnął chudą rączkę i w tej samej chwili zdecydował, co robić dalej. Mógł przecież nie wspominać temu dziecku o błyszczących oczach o żadnej pomyłce, ale po prostu zawieźć je Maryli. W żadnym razie, bez względu na jakiekolwiek nieporozumienia, nie zostawiłby przecież takiej dzieciny samej jak palec na pustym dworcu, a wszelkie pytania i wyjaśnienia mógł odłożyć do chwili, gdy wróci bezpiecznie do domu na  Zielonym Wzgórzu.

– Przykro mi, że się spóźniłem – powiedział nieśmiało. – Chodź ze mną. Koń czeka tam, na podwórzu. Daj mi tę torbę.

– Och, poniosę ją sama – odparła wesoło dziewczynka. – Nie jest ciężka. Włożyłam do niej wprawdzie wszystko, co mam na świecie, ale to same lekkie rzeczy. A jeżeli nie trzymać jej w pewien sposób, rączka się wymyka, więc wolę nieść ją sama, bo umiem się z nią obchodzić. To bardzo stara torba. Och, strasznie jestem rada, że pan przyjechał, mimo że przyjemnie by było spędzić noc na dzikiej wiśni. Będziemy musieli długo jechać, prawda? Pani Spencer mówiła mi, że to osiem mil. Cieszę się z tego, bo uwielbiam jeździć konnym wozem. Och, jak to cudownie, że będę u was mieszkać i należeć do rodziny. Bo tak naprawdę, to nie miałam dotąd nikogo bliskiego. Ale najgorzej czułam się w sierocińcu. Byłam tam tylko przez cztery miesiące, ale miałam już dość. Nie przypuszczam, aby mieszkał pan kiedy w przytułku dla sierot, więc pewnie nie umiałby pan wyobrazić sobie, jak tam jest. Po prostu nie można sobie wyobrazić niczego gorszego! Pani Spencer powiedziała, że to nieładnie z mojej strony tak się wyrażać, ale ja przecież nie zrobiłam tego naumyślnie. A to tak łatwo popełnić niechcący coś brzydkiego, prawda? Bo rozumie pan, opiekunowie byli tam dobrzy. Tylko że w przytułku jest tak mało miejsca dla wyobraźni. Naokoło są same sierotki. Ale przyjemnie mi było fantazjować i  na ich temat – wyobrażałam sobie na przykład, że siedząca obok mnie dziewczynka jest tak naprawdę córką jakiegoś lorda, wykradzioną w dzieciństwie rodzicom przez okrutną niańkę, która umarła, nie zdążywszy przyznać się do winy. Leżałam bezsennie po nocach, wymyślając takie historie, bo w dzień nie miałam na nie czasu. Pewnie dlatego jestem taka chuda, bo jestem, i to okropnie, prawda? Sama skóra i kości. Uwielbiam wyobrażać sobie, że jestem pulchniutka, krągła i mam dołeczki w policzkach.

Towarzyszka Mateusza umilkła, gdyż zbrakło jej tchu, a po trosze i dlatego, że doszli właśnie do kabrioletu. Siedziała bez słowa, dopóki nie opuścili miasteczka i nie zaczęli zjeżdżać po stromym zboczu małego pagórka, gdzie droga prowadziła tak głębokim jarem, wyżłobionym w miękkiej ziemi, że okalające ją, okryte kwieciem dzikie czereśnie i smukłe, białe brzozy znalazły się o ładnych parę stóp nad ich głowami.

Dziewczynka wyciągnęła rękę i zerwała gałązkę, która otarła się o bok wozu.

– Czyż to nie cudowne? Z czym, jak pan myśli, kojarzy się takie drzewo, pochylające się ze skarpy, całe w bieli i w koronkach?

– Tak po prawdzie, to nie mam pojęcia – odparł Mateusz.

– Oczywiście z panną młodą! W białej sukni i w ślicznym, przezroczystym welonie. Nigdy wprawdzie nie widziałam takiej panny młodej, ale bez trudu mogę sobie wyobrazić, jak ona wygląda. Co do mnie, to chyba nigdy nie będę panną młodą. Jestem taka zwyczajna, że nikt się ze mną nie ożeni… no, może jakiś zagraniczny misjonarz. Taki ktoś nie powinien chyba być specjalnie wybredny. Ale nie tracę nadziei, że kiedyś będę miała białą sukienkę. To moje największe marzenie. Po prostu uwielbiam ładne sukienki. Nigdy dotąd, jak sięgam pamięcią, takiej nie miałam… ale to oczywiście jeszcze jeden powód, żeby o niej marzyć, prawda? A zresztą, bez trudu potrafię sobie wyobrazić, że jestem pięknie ubrana. Tak się wstydziłam dziś rano, jak opuszczałam przytułek, bo musiałam włożyć tę starą, okropną sukienczynę. Ale wie pan, wszyscy noszą tam takie ubrania. Zeszłej zimy pewien kupiec z Hopeton podarował naszemu sierocińcowi trzysta jardów tego materiału. Niektórzy mówili, że zrobił tak, bo nie mógł go sprzedać, ale ja powiedziałabym raczej, że uczynił to z dobrego serca, jak pan myśli? Kiedy wsiadaliśmy do pociągu, czułam, że wszyscy będą mi się przyglądać z politowaniem. Więc od razu wyobraziłam sobie, że jestem ubrana w przepiękną, bladoniebieską, jedwabną suknię – bo jak już się uruchomi fantazję, to trzeba myśleć o czymś godnym tego wysiłku – a do tego mam ogromny kapelusz, strojny w kwiaty i powiewające pióra, złoty zegarek, rękawiczki z koźlej skóry i trzewiczki. Z miejsca poczułam się weselej i przez całą drogę rozkoszowałam się ze wszystkich sił podróżą na wyspę. Na statku ani na chwilę nie złapała mnie morska choroba. Także pani Spencer czuła się dobrze, chociaż przeważnie łapią ją takie dolegliwości. Powiedziała, że nie miała na nie czasu, bo musiała bez przerwy pilnować, żebym nie wpadła do wody. Dodała też, że nigdy dotąd nie widziała takiej wiercipięty jak ja. Ale jeżeli dzięki temu uniknęła morskiej choroby, to przecież dobrze, że się tak kręciłam, prawda? A ja chciałam zobaczyć wszystko, co tylko było na statku, bo nie byłam pewna, czy będę jeszcze miała drugą taką okazję. Och, jakie tu mnóstwo kwitnących wiśni! Cała wyspa po prostu tonie w kwiatach. Już się w niej zakochałam i jestem taka szczęśliwa, że będę tu mieszkać. Mówiono mi wiele razy, że Wyspa Księcia Edwarda jest najpiękniejszym miejscem na świecie, i wyobrażałam sobie często, że na niej mieszkam, ale nigdy tak naprawdę nie wierzyłam, że to się spełni. Jak to miło, kiedy marzenia zamieniają się w rzeczywistość, prawda? Ale te czerwone drogi są trochę śmieszne. Kiedy wsiedliśmy do pociągu w Charlottetown i za oknami zaczęły migać czerwone drogi, zapytałam panią Spencer, dlaczego one tak wyglądają, a ona odpowiedziała mi, że nie wie i żebym przestała wreszcie, na litość boską, męczyć ją podobnymi pytaniami. Stwierdziła, że musiałam zadać ich co najmniej z tysiąc. Chyba rzeczywiście tak było, ale w jaki sposób dowiedzieć się czegoś o różnych rzeczach, jeżeli się o nie nie pyta? Więc dlaczego te drogi są czerwone?

– Prawdę rzekłszy, ja też nie wiem – odparł Mateusz.

– No cóż, będę musiała to odkryć kiedy indziej. Czy to nie wspaniałe rozmyślać o rzeczach, które pozostały nam jeszcze do odkrycia? Właśnie dlatego tak się cieszę, że żyję… bo świat jest tak interesujący. A nie byłby nawet w połowie tak ciekawy, gdybyśmy wiedzieli wszystko o wszystkich rzeczach, prawda? Nie byłoby miejsca na fantazjowanie, no nie? Ale może za bardzo się rozgadałam? Ludzie zawsze mi to wytykają. Może by pan wolał, żebym siedziała cicho? Jeżeli mi pan tak powie, to przestanę. Umiem milczeć, jeżeli tylko tak sobie postanowię, chociaż nie jest to łatwe.

Mateuszowi, ku jego zdumieniu, wcale to nie przeszkadzało. Jak większość małomównych ludzi lubił osoby gadatliwe, o ile tylko rozprawiały, nie oczekując od niego, że będzie brał udział w rozmowie. Nigdy by nie przypuszczał, że towarzystwo małej dziewczynki może mu sprawić tyle przyjemności. Jeżeli kobiety napełniały go lękiem, to jeszcze bardziej bał się tych drobnych stworzeń. Nie cierpiał, jak nieśmiało przemykały obok niego, rzucając ukradkowe spojrzenia, tak jakby spodziewały się, że je połknie żywcem, jeśli odważą się wymówić choćby słówko. Takie to dobrze wychowane dziewczęta spotykał w Avonlea. Ale ta mała, piegowata czarodziejka była zupełnie inna, i choć jego ciężkawy pomyślunek nie pozwalał mu nadążyć za bystrym tokiem jej myśli, miał świadomość, że jej paplanina przypada mu całkiem do gustu. Odparł więc, nieśmiało jak zawsze:

– Och, możesz sobie gadać, ile tylko chcesz. Wcale mi to nie przeszkadza.

– Ojej, to bardzo się cieszę. Już widzę, że wszystkie sprawy między  panem i mną ułożą się świetnie. Tak miło się rozmawia, kiedy ten drugi chce słuchać i nie mówi, że dzieci powinny siedzieć cicho, bo wystarczy, że się je widzi. Powtarzano mi to z milion razy. Ludzie śmieli się też ze mnie, że używam takich poważnych, wzniosłych słów. Ale jeżeli człowiek myśli o poważnych rzeczach, to musi też używać poważnych słów, żeby wyrazić te myśli. Czy nie tak?

– No, po prawdzie, tak by się wydawało – potwierdził Mateusz.

– Pani Spencer powiedziała mi, że mam strasznie długi język. Ale to nieprawda, bo on jest taki sam, jak u innych dziewcząt. Mówiła też, że mieszkacie państwo na Zielonym Wzgórzu. Wypytałam ją dokładnie o wszystko. Powiedziała, że wokół domu rośnie mnóstwo drzew. Strasznie mnie to ucieszyło. Po prostu uwielbiam drzewa. A koło przytułku nie było ani jednego, jeżeli nie liczyć kilku maleńkich, cienkich drzewek z pobielanymi podpórkami. One też wyglądały jak sierotki, naprawdę. Zbierało mi się na płacz, kiedy na nie patrzyłam. Mówiłam do nich często: „Och, moje małe biedactwa! Czy nie urosłybyście szybko, gdyby was posadzono w wielkim, wysokim lesie, gdzie miałybyście wokół siebie inne drzewa, gdzie korzenie okrywałyby wam mchy i leśne dzwonki, w pobliżu szemrałby strumyk, a w gałęziach śpiewały ptaszki? Bo tu, gdzie jesteście teraz, nie ma po temu warunków. Dobrze wiem, jak się czujecie, moje małe!”. Przykro mi było rozstawać się z nimi dziś rano. Człowiek przywiązuje się do takich rzeczy, nieprawdaż? A czy koło Zielonego Wzgórza płynie jakiś strumień? Zapomniałam zapytać o to panią Spencer.

– Płynie, płynie, po prawdzie. Zaraz za domem.

– Cudownie! Zawsze marzyłam o tym, żeby zamieszkać nad strumykiem. Choć wcale nie myślałam, że się to ziści. Marzenia nieczęsto się spełniają, prawda? A czy nie byłoby wspaniale, gdyby zawsze się spełniały? Czuję, że jestem prawie zupełnie szczęśliwa. Bo całkiem szczęśliwa nigdy nie będę… jaki kolor mają moje włosy?

Przerzuciła przez chude ramię jeden z długich, połyskujących ogniście warkoczy i podniosła go Mateuszowi do oczu. On zaś, mimo iż nie miał wielkiej praktyki w odróżnianiu odcieni kobiecych loków, tym razem długo się nie wahał.

– Chyba będą rude, no nie?

Dziewczynka odrzuciła warkocz z powrotem na plecy, z westchnieniem tak przejmującym, że zdawało się dobywać z najdalszych głębin jej duszy, niosąc ze sobą wszystkie nagromadzone tam smutki.

– Tak, rude – potwierdziła zrezygnowanym głosem. – Rozumie pan teraz, czemu nie mogę być zupełnie szczęśliwa. Jeszcze nigdy żaden rudzielec nie osiągnął pełni szczęścia. Mam jeszcze inne wady – piegi, zielone oczy, chude ciało – ale nimi nie przejmuję się tak bardzo. Z łatwością potrafię sobie wyobrazić, że mam cerę jak płatek róży i śliczne, fiołkowe oczy, które lśnią jak gwiazdki. Ale zupełnie nie umiem przedstawić sobie mojej osoby bez tych rudych włosów. Choćbym się nie wiem jak wysilała. Myślę sobie w duchu: „Mam wspaniałe, czarne włosy, lśniące jak krucze skrzydła”, ale przez cały czas pamiętam, że one są zwyczajnie rude, i serce pęka mi z bólu. Będę się tym smucić do końca życia. Czytałam kiedyś książkę o pewnej dziewczynce, która przeżywała podobną tragedię, ale nie z powodu rudych włosów. Bo miała złote loki, które okalały faliście jej alabastrowe czoło. Ale co to jest alabastrowe czoło? W żaden sposób nie mogłam tego dociec. Mógłby mi pan powiedzieć?

– Po prawdzie, to boję się, że nie będę umiał – odparł Mateusz, któremu zaczynało się już kręcić trochę w głowie. Poczuł się tak samo, jak kiedyś, za szczeniackich jeszcze czasów, gdy jakiś chłopak namówił go na pikniku na przejażdżkę karuzelą.

– No cóż, w każdym razie musiało to być coś ładnego, bo tamta dziewczyna była bosko piękna. Próbował pan kiedy wyobrazić sobie, jak może się czuć taka bosko piękna osoba?

– No nie, tak po prawdzie, to nie próbowałem – wyznał szczerze Mateusz.

– A ja tak, i to często. A gdyby mógł pan wybrać, to jaki chciałby pan być – bosko piękny, olśniewająco inteligentny czy anielsko dobry?

– No, po prawdzie… sam nie wiem.

– Ani ja. Nie umiem się zdecydować. Ale to rzecz bez większego znaczenia, bo nie wydaje mi się, żebym mogła zostać jakąś taką osobą. A już na pewno nigdy nie będę anielsko dobra. Pani Spencer powiada… och, panie Cuthbert! Panie Cuthbert!

Ale nie to powiedziała pani Spencer, dziewczynka nie wypadła też z dwukółki, a Mateusz nie zrobił nic zadziwiającego. Pokonali po prostu zakręt i wjechali w Aleję.

Mieszkańcy Newbridge nazywali tak liczący czterysta, może pięćset jardów odcinek drogi przypominającej tunel, nad którym sklepiały się szeroko rozrośnięte konary ogromnych jabłoni, zasadzonych tu niegdyś przez starego, ekscentrycznego farmera. Wjechali pod długi, śnieżnobiały baldachim pachnącego kwiecia. Panował tu delikatny, różowawy półmrok, zaś daleko w przodzie widać było zabarwiony światłem zachodzącego słońca skrawek nieba, które mieniło się niczym wielka rozeta w ścianie zamykającej nawę katedry.

Wydawało się, że piękny ten widok odebrał dziewczynce mowę. Odchyliła się do tyłu, złożyła chude rączki jak do modlitwy i uniosła w zachwyceniu twarz ku przepychom białego sklepienia. Nie odezwała się ni słowem nawet wtedy, gdy wyjechali już na otwartą przestrzeń długiego stoku, opadającego ku Newbridge. Wpatrzona daleko, w stronę płonącego na zachodzie nieba, oglądała zachwyconymi oczyma wspaniałe wizje, przesuwające się na jego tle. W milczeniu przejechali przez małe, pełne wrzawy miasteczko, odprowadzały ich ciekawskie spojrzenia z okien, ujadania psów i pokrzykiwania małych chłopców. Dziewczynka milczała także przez następne trzy mile. Było jasne, że z taką samą swobodą potrafi zarówno mówić, jak i siedzieć cicho.

– Pewnie musisz być porządnie zmęczona i głodna – odważył się w końcu odezwać Mateusz, który tylko w ten sposób tłumaczył sobie jej długie milczenie. – Ale zostało nam już niewiele drogi, tylko jedna mila.

Z głębokim westchnieniem dziewczynka obudziła się z zamyślenia i  spojrzała na niego rozmarzonym wzrokiem jak ktoś, kto dopiero co wrócił z wędrówki po dalekich, gwiezdnych przestworzach.

– Och, panie Cuthbert – szepnęła – to białe… ten biały tunel… co to było?

– Hmm, pewnie masz na myśli Aleję – odparł Mateusz po trwającym dłuższą chwilę, głębokim namyśle. – Po prawdzie, to rzeczywiście ładne miejsce.

– Ładne? Nie sądzę, aby było to właściwe określenie. Ani nawet piękne. Żadne z tych słów nie sięga dość głęboko. To miejsce jest cudowne, po prostu cudowne! To pierwsza rzecz w moim życiu, której nie mogłam sobie wyobrazić w jeszcze cudowniejszej postaci. Byłam tak zachwycona, że poczułam coś o, tutaj – położyła rękę na piersi – taki jakiś dziwny, ale przyjemny ból. Czy panu też zdarzyło się kiedy coś takiego?

– Hmm, tak po prawdzie, to nie przypominam sobie, żeby mnie tu bolało.

– A ja przeżywałam to mnóstwo razy, kiedy tylko widziałam coś naprawdę pięknego. Ale czemu nazywają tak urocze miejsce Aleją? Przecież w tej nazwie nic się nie kryje. Powinno się je nazwać… zaraz, niech pomyślę… Białą Drogą Zachwytu. Czy nie byłoby to piękne imię, i pełne fantazji? Kiedy nie podoba mi się imię jakiejś osoby albo rzeczy, wymyślam zawsze nowe i potem używam już tylko jego. W sierocińcu była dziewczynka, która nazywała się Hepzibah Jenkins, ale ja zwałam ją zawsze w myśli Rosalindą DeVere. Niech sobie inni ludzie nazywają tamtą drogę Aleją, a ja będę ją zawsze zwała Białą Drogą Zachwytu. Czy naprawdę została nam do domu już tylko jedna mila? Cieszy mnie to, ale i martwi. A martwi dlatego, że ta jazda była tak przyjemna, a mnie jest zawsze przykro, kiedy przyjemne chwile się kończą. Wprawdzie potem może się zdarzyć coś jeszcze przyjemniejszego, ale nie można mieć co do tego żadnej pewności. W dodatku często się zdarza, że to coś wcale nie jest przyjemniejsze. Doświadczałam tego wiele razy. Ale cieszy mnie myśl, że niedługo będziemy w domu. Bo widzi pan, odkąd pamiętam, nigdy nie miałam prawdziwego domu. Wystarczyło, że o tym teraz pomyślałam, a znowu poczułam ten dziwny ból. Och, jakie to śliczne!

Właśnie minęli wierzchołek wzgórza. W dole widać było staw, który był tak długi, wąski i kręty, że wyglądał prawie jak rzeczułka. Jego brzegi spinał pośrodku mostek, poniżej którego, aż do miejsca, w którym pas piaszczystych wydm o bursztynowym odcieniu oddzielał staw od położonej w głębi, szafirowej zatoki, powierzchnia wody mieniła się tysiącem ulotnych barw – od najdelikatniejszego fioletu płatków krokusa, poprzez odmiany różu aż po eteryczną zieleń, migocąc ulotnymi odcieniami, dla których nikt nie znalazł dotąd właściwej nazwy. Po drugiej stronie mostku staw wciskał się między jodłowe i klonowe zagajniki, a jego ciemna tafla prześwitywała w cieniu kołyszących się na wietrze drzew. Tu i ówdzie pochylała się nad nim z brzegu dzika śliwa, podobna biało ubranej dziewczynie, stającej na palcach przed swym odbiciem w wodzie. Z położonych u krańca stawu moczarów unosił się donośny, melancholijnie jednostajny chór kumkających żabich głosów. Spoza jabłoniowego sadu, rosnącego po drugiej stronie na zboczu wzgórza, wychylał się nieduży, szary domek. I choć nie zapadł jeszcze zmrok, w jednym z jego okien paliło się światło.

– To jest staw Barry’ego – powiedział Mateusz.

– Och, ta nazwa też mi się nie podoba. Nazwałabym go raczej… niech no pomyślę… Jeziorem Lśniących Wód. Tak, to imię pasuje do niego jak ulał. Jestem tego pewna, bo poczułam dreszczyk. A czuję go zawsze wtedy, gdy udaje mi się znaleźć idealnie pasujące imię. Czy pana też przejmują dreszczem jakieś rzeczy?

Mateusz zamyślił się.

– Po prawdzie, to tak. Taki dreszcz chodzi mi zawsze po plecach, jak widzę te obrzydliwe, białe gąsienice łażące po grządkach ogórków. Nie cierpię ich widoku.

– Och, nie sądzę, żeby to był dreszcz tego samego rodzaju. A pan co o tym myśli? Nie wydaje się, żeby gąsienice miały wiele wspólnego z jeziorami o lśniących wodach, prawda? Dlaczego ludzie mówią, że to  staw Barry’ego?

– Chyba dlatego, że niedaleko, w tamtym domu, mieszka pan Barry. Do niego należy sad na stoku. Gdyby nie było tamtych wysokich zarośli za ogrodem, mogłabyś zobaczyć już stąd Zielone Wzgórze. Ale najpierw będziemy musieli przejechać przez mostek i okrążyć pagórek drogą, więc zrobimy dodatkowo prawie pół mili.

– Czy pan Barry ma córki? Ale nie maleńkie, tylko mniej więcej w moim wieku?

– Owszem, ma jedenastoletnią córkę. Nazywa się Diana.

– Ojej! – wykrzyknęła dziewczynka, wstrzymując na dłuższą chwilę oddech. – Cóż za wspaniałe, prześliczne imię!

– Ja tam nie wiem, po prawdzie. Zdaje mi się, że wyłazi z niego jakieś okropne pogaństwo. Wolę takie swojskie imiona, jak Jane albo Mary. Ale kiedy Diana przyszła na świat, u Barrych mieszkał nauczyciel, którego poprosili o wybranie imienia, no i wybrał tę Dianę.

– Jaka szkoda, że nie było w pobliżu takiego nauczyciela, kiedy ja się urodziłam… Ojej, wjeżdżamy na mostek. Zamykam szczelnie oczy. Umieram ze strachu za każdym razem, kiedy jadę po moście. Teraz też nie mogę się pozbyć wrażenia, że jak się znajdziemy na środku, to most może złamać się jak scyzoryk i złapać nas w szczypce. Wolę zamknąć oczy. Ale zawsze otwieram je trochę, kiedy mi się zdaje, że już środek. Bo widzi pan, gdyby most naprawdę się załamał, chciałabym to zobaczyć. Ojej, jak wesoło dudni! Boję się, ale lubię słuchać tego dudnienia! Czy to nie wspaniałe, że na świecie jest tyle rzeczy, które można lubić? Ale już po strachu. Mogę obejrzeć się do tyłu. Dobranoc, kochane Jezioro Lśniących Wód. Zawsze żegnam się na noc ze wszystkimi rzeczami, które lubię, tak samo jak z ludźmi. Myślę, że one też to lubią. Ta woda wygląda tak, jakby się do mnie uśmiechała.

Kiedy dojeżdżali do szczytu następnego pagórka, Mateusz powiedział:

– Jesteśmy już blisko domu. Zielone Wzgórze to tamta…

– Och, proszę nic mi nie mówić! – przerwała mu spiesznie, chwytając go za ramię, zanim zdążył je unieść, a jednocześnie zamknęła oczy, żeby nie widzieć, co ono wskazywało. – Wolę zgadnąć sama. Jestem pewna, że się nie pomylę.

Otworzyła oczy i rozejrzała się naokół. Droga prowadziła grzbietem wzgórza. Słońce zaszło już jakiś czas temu, ale krajobraz tonął jeszcze w zamierającym świetle dnia. Od zachodu, na pomarańczowo-szkarłatnym tle nieba rysowała się ciemna dzwonnica kościoła. Poniżej znajdowała się płytka dolinka, a za nią wznosiło się łagodnie zbocze, wzdłuż którego rozsiadły się przytulne zagrody. Oczy dziewczynki przemykały pożądliwie i z uwagą od jednego domu do drugiego, wreszcie zatrzymały się na jednym z nich, stojącym z dala od drogi, po lewej stronie, i odcinającym się niewyraźną, białą plamą od zieleni okrytych przedwieczornym mrokiem zagajników. Ponad nim, na nieskazitelnie czystym, południowo-zachodnim niebie błyszczała kryształowo jasna gwiazda, niczym kusząca obietnicą, prawdziwa gwiazda przewodnia.

– To tam, prawda? – zapytała, wskazując ręką kierunek.

Mateusz z zadowoleniem klepnął lejcami kasztankę po grzbiecie.

– Zgadłaś, po prawdzie! Pani Spencer opowiedziała ci pewno dokładnie, co i jak, no i udało ci się.

– Nie, nie mówiła, naprawdę nie mówiła. To, co od niej usłyszałam, można by z powodzeniem odnieść do większości tych zagród. Naprawdę nie miałam pojęcia, jak może wyglądać Zielone Wzgórze. Ale jak tylko je zobaczyłam, od razu poczułam, że tam będzie mój dom. Och, wydaje mi się, jakbym śniła. Wie pan co, ja tyle razy szczypałam się dziś w ramię, że musi był całe sine, od łokcia aż do samej góry. Co chwilę ogarniało mnie takie okropne uczucie, że to wszystko dzieje się tylko we śnie, i strasznie się bałam, że tak jest w istocie. Więc szczypałam się, żeby się przekonać, że to jawa… aż nagle przyszło mi do głowy, że nawet jeśli tylko śnię, to powinnam się starać, aby śnić jak najdłużej, no i przestałam się szczypać. Ale widzę, że to najprawdziwsza prawda i niedługo będziemy w domu!

Westchnęła z ekstatycznym uniesieniem i pogrążyła się w milczeniu. Mateusz poruszył się z zakłopotaniem. Rad był, że to nie on, ale Maryla będzie musiała wytłumaczyć biednemu, bezdomnemu dziecku, że koniec końców nie znajdzie ono w ich zagrodzie własnego, tak wytęsknionego domu. Kiedy przejeżdżali dolinką Linde’ów, panował w niej już zupełny mrok, nie na tyle jednak gęsty, aby pani Małgorzata nie dostrzegła ich ze swego okna i nie odprowadziła wzrokiem aż do długiej dróżki, skręcającej ku Zielonemu Wzgórzu. Znalazłszy się przed domem, Mateusz wzdrygnął się na myśl o zbliżającym się objawieniu niezwykłej prawdy, i to tak mocno, że nijak nie umiał sobie tego wytłumaczyć. Nie myślał o Maryli ani o sobie, ani nawet o kłopotach, jakich ta pomyłka mogła przysporzyć im obojgu, lecz o czekającym dziewczynkę rozczarowaniu. Ujrzał w swej wyobraźni, jak gaśnie w jej oczach ów ekstatyczny płomień, i doznał krępującego uczucia, jakby miał za chwilę przyglądać się mordowaniu czegoś – taka sama niechęć ogarniała go zawsze wtedy, gdy miał zabić jagnię, cielątko albo jakiekolwiek inne niewinne, małe stworzenie.

Było już całkiem ciemno, kiedy skręcili na podwórze, nad którym unosił się jedwabisty szelest topolowych liści.

– Niech pan posłucha, jak drzewa rozmawiają we śnie – szepnęła dziewczynka, kiedy postawił ją na ziemi. – Jak piękne muszą mieć sny!

Po czym mocno ujęła torbę, mieszczącą „wszystko, co miała na świecie”, i podążyła za nim do wnętrza domu.

ZDUMIENIE MARYLI CUTHBERT

Ledwo Mateusz uchylił drzwi, Maryla wybiegła mu prędko na spotkanie. Ale kiedy jej spojrzenie padło na dziwną, drobną figurkę w obcisłej, brzydkiej sukience, długie, ogniście rude warkocze i jasne, pałające wewnętrznym żarem oczy, zatrzymała się zdumiona.

– Kto to taki, Mateuszu? – rzuciła z niedowierzaniem. – Gdzie jest chłopiec?

– Nie było tam żadnego chłopca – wymamrotał żałośnie Mateusz. – Czekała tylko ona.

Kiwnął głową w kierunku dziewczynki, uświadamiając sobie dopiero teraz, że nie zapytał jej nawet, jak ma na imię.

– Nie było chłopca? Ależ on musiał tam być – upierała się Maryla. – Przecież prosiliśmy panią Spencer, żeby przywiozła nam chłopca.

– No tak, ale nie zrobiła tego. Przywiozła dziewczynkę. Wypytałem o  wszystko zawiadowcę. No i musiałem przywieźć ją do domu. Nie mogłem jej przecież tam zostawić, choćby nawet zaszło jakieś nieporozumienie.

– A to ci dopiero ładne kwiatki! – wykrzyknęła Maryla.

Podczas tej rozmowy dziewczynka milczała, wodziła tylko oczami od  jednego do drugiego, a z jej buzi znikało stopniowo całe ożywienie. Wreszcie zrobiła taką minę, jakby uchwyciła nagle znaczenie wypowiedzianych przez Marylę i Mateusza słów. Upuściła swój drogocenny bagaż, zrobiła krok do przodu i załamała ręce.

– Nie chcecie mnie! – zawołała. – Nie chcecie mnie, bo nie jestem chłopcem! Mogłam się tego spodziewać. Nikt mnie nigdy nie chciał. Powinnam była wiedzieć, że wszystko to było zbyt piękne, aby mogło okazać się prawdziwe. Powinnam była domyślić się, że tak naprawdę nikt mnie nie chce. Och, i co ja teraz pocznę? Chyba rozpłynę się we łzach!

I wybuchnęła płaczem. Opadła na krzesło przy stole, oparła się łokciami o jego blat i ukrywszy twarz w dłoniach, zaczęła gwałtownie szlochać. Maryla i Mateusz wymienili spojrzenia pełne dezaprobaty. Żadne nie wiedziało, co począć ani co powiedzieć. Wreszcie Maryla odezwała się bez przekonania:

– No dobrze już, dobrze, przecież nie ma o co tak znowu rozpaczać.

– A właśnie, że jest o co! – Dziewczynka uniosła szybkim ruchem głowę, ukazując zalaną łzami twarzyczkę i drgające wargi. – Pani też by płakała, gdyby była pani sierotą i przyjechała do ludzi, którzy mieli zapewnić pani dom, a na miejscu dowiedziała się, że nie chcą pani, bo nie jest pani chłopcem. Ojej, to najtragiczniejsza chwila, jaką dotąd przeżyłam!

Coś na kształt uśmiechu, niewyraźnego raczej, bo rzadko goszczącego na jej obliczu, złagodziło surowy wyraz twarzy Maryli.

– Dobrze, dobrze, przestańże już płakać. Nie wyrzucimy cię przecież za drzwi dziś wieczór. Zostaniesz tu dotąd, dopóki nie wyjaśnimy całej tej sprawy. Jak masz na imię?

Dziewczynka przez chwilę wahała się z odpowiedzią.

– Czy nie zechciałaby pani nazywać mnie Kordelią? – zapytała błagalnym tonem.

– Nazywać cię Kordelią? Czy to jest twoje imię?

– Nie… niezupełnie, ale bardzo bym pragnęła, żeby wołano na mnie Kordelia… To brzmi tak pięknie, tak wytwornie.

– Zupełnie nie pojmuję, co masz na myśli. Jeżeli ta Kordelia nie jest twoim imieniem, to jak się nazywasz?

– Anna Shirley – wybąkała drżącym głosem właścicielka tego imienia i nazwiska. – Ale proszę, niech pani nazywa mnie Kordelią. Przecież jeśli mam tu zostać niedługo, nie powinno robić pani wielkiej różnicy, jak będzie pani na mnie wołać, prawda? Bo Anna to takie nieromantyczne imię.

– Bzdury opowiadasz! – odburknęła bez krztyny zrozumienia Maryla. – Anna to dobre, skromne i sensowne imię. Wcale nie musisz się go wstydzić.

– Och, ja się go nie wstydzę – wyjaśniła dziewczynka – tylko Kordelia bardziej mi się podoba. Zawsze wyobrażałam sobie, że mam na imię Kordelia, a przynajmniej tak o sobie myślałam przez parę ostatnich lat. Kiedy byłam młodsza, wolałam nazywać się w myśli Geraldyną, ale teraz bardziej lubię Kordelię. Jeżeli już upiera się pani przy tej Annie, to proszę przynajmniej nazywać mnie Anią, a nie Andzią ani Anką.