Anagalis. Historia miłosna - Paolo Maurensig - ebook
NOWOŚĆ

Anagalis. Historia miłosna ebook

Paolo Maurensig

4,0

Opis

Co w tej książce jest prawdą, a co tworem wyobraźni pisarza? Czy rzeczywiście mamy do czynienia z autentycznym, odnalezionym w weneckiej lagunie opowiadaniem Henry’ego Jamesa, czy ze znakomicie podrobionym apokryfem? Powieść Maurensiga jest książką trzyplanową. Jest w niej historia odnalezionego, niewydanego nigdy utworu Jamesa i pracy bohatera nad uratowaniem – odtworzeniem – zniszczonego tekstu, jest „Anagalis”, właściwa nowela Jamesa (Maurensiga?) o miłości i szukaniu piękna (albo odwrotnie), jest wreszcie związany z nią fragment biografii amerykańskiego pisarza, jego związku z Konstancją Woolson. Wszystkie trzy – bardzo przemyślnie powiązane – dają niezwykle wciągającą opowieść, rozgrywającą się w samym sercu wiecznie pięknej Wenecji.

Paolo Maurensig (1943-2021), zadebiutował tomem opowiadań w 1964 roku. Sukces przyniosła mu wydana przez Adelphi powieść „La variante di Lüneburg” (wyd. polskie „Wariant lüneburski”). Po polsku ukazał się także „Kanon w odwróceniu” („Canone inverso”), powieść z 1996, sfilmowana przez Ricky Tognazziego z muzyką Ennio Morricone.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 170

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,0 (1 ocena)
0
1
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.

Popularność




PAOLOMAURENSIG

Anagalis

H I S T O R I A  M I Ł O S N A

 

 

Tłumaczyła Halina Kralowa

 

 

Wydawnictwo Próby

 

 

TA POWIEŚĆ NIE ROŚCI SOBIE PRETENSJI DO TEGO, BY BYĆ BIOGRAFIĄ HENRY’EGO JAMESA. OPISANE W NIEJ WYDARZENIA SŁUŻĄ JEDYNIE ZA PUNKT WYJŚCIA DLA KONSTRUKCJI NARRACYJNEJ KSIĄŻKI, ZATEM – Z PUNKTU WIDZENIA HISTORYCZNEGO – NIE SĄ WIARYGODNE. WSZELKIE ODNIESIENIA DO OSÓB I MIEJSC NALEŻY RÓWNIEŻ UZNAĆ ZA CZYSTO PRZYPADKOWE.

Córka Eliego prowadziła antykwariat w dzielnicy Cannaregio i w ciągu dwudziestu lat działalności weszła w posiadanie licznych rękopisów Henry’ego Jamesa, znajdywanych przeważnie wśród stronic używanych książek – często całych bibliotek prywatnych zakupywanych en bloc.

Następnego ranka byłem już na miejscu, ale pod wskazanym numerem żadnej księgarni nie było. Żadnej witryny czy szyldu: tylko drzwi do prywatnego mieszkania i poczerniała mosiężna tabliczka, na której z trudem udało mi się odczytać słowo „antyki”. Nacisnąłem dzwonek i drzwi otworzyły się automatycznie. Wnętrze okazało się zaskakująco duże, większe, niż można się było spodziewać. Tysiące książek pokrywało ściany aż po sufit. Wyszła mi naprzeciw kobieta jeszcze młoda, urody – rzekłbym – nie w pełni rozkwitłej, podobnej do kwiatu oszukanego przedwczesną wiosną. Miała melodyjny głos i przepiękne zielone oczy.

Powiedziała, że czekała na mnie. Ojciec zapowiedział jej moje przyjście, prosząc, by dała mi do dyspozycji materiały o Henrym Jamesie. Wskazała mi miejsce przy biurku, gdzie leżało kilka grubych warstw marmurkowych kartonów zawierających setki kartek pokrytych tekstem pisanym odręcznie piórem lub ołówkiem. Niektóre z tych kart były powiązane kolorowymi tasiemkami: znak, że ktoś już przeprowadził pierwszą selekcję, grupując je według typu papieru, koloru atramentu i formatu papieru. Były tam również podniszczone notesy zapełnione pismem rzadko trzymającym się linijek.

Byłem oszołomiony.

– Skąd pochodzą te wszystkie papiery?

Olga uśmiechnęła się z zadowoleniem.

– Nie może pan sobie nawet wyobrazić, co da się znaleźć między stronicami starych książek przeznaczonych na przemiał: listy miłosne, rachunki sklepowe, kwity, odręcznie pisane testamenty... A kto wie, ile prawd kryje się jeszcze w mroku starych kufrów powynoszonych na strych czy w zamkniętych przegródkach jakiejś sekretery.

Moją uwagę przyciągnął od razu jeden z rękopisów, broszura składająca się z jakichś pięćdziesięciu obustronnie zapisanych kartek, niektórych w dobrym stanie, innych zamazanych, zniszczonych upływem czasu. Podniosłem je ostrożnie. Stronice były związane czerwonym sznureczkiem. Widząc moje zainteresowanie tym plikiem kartek, moja interlokutorka, jak zauważyłem, kiwnęła głową z zadowoleniem. Powiedziałbym, że tylko na to czekała, by zacząć mówić.

– To, co pan przegląda, jest, czy było swego czasu, całym opowiadaniem. Zostało znalezione w starym pudełku po biscuits au chocolat należącym prawie na pewno do Konstancji Woolson, pisarki zaprzyjaźnionej z Henrym Jamesem, która zmarła śmiercią samobójczą w styczniu 1894 roku. W tym okresie belgijska wytwórnia herbatników Delacre zaczęła produkować limitowaną serię pudełek przeznaczonych na prezenty, z reprodukcjami obrazów słynnych malarzy. Ta akurat skrzyneczka miała na blaszanej pokrywce reprodukcję Tarasu nad morzem w Sainte-Adresse, obrazu Moneta, który z pewnością bardzo się jej podobał. W środku był rękopis opowiadania, które Henry James dał jej do przeczytania przed opublikowaniem. Ten, kto chciał nam to sprzedać, nic o tych kartkach nie wiedział, czy może nie chciał nam powiedzieć, skąd pochodzą. Zadowolił się kilkoma lirami za rękopis z pudełkiem – jako integralną częścią znaleziska. Dopiero potem, po dokładniejszym zbadaniu, odkryliśmy autora tego tekstu. Niestety, chociaż pokrywka była szczelnie zamknięta, wilgoć i sól morska skorodowały metal, przenikając do środka, tak że duża część kartek stała się zupełnie nieczytelna. Sądząc z dedykacji, a także daty, mamy podstawy sądzić, że Konstancja przeczytała opowiadanie na kilka dni przed popełnieniem tragicznego czynu. A może nawet lektura opowiadania pchnęła ją do tego. Można wręcz mniemać, że na tych kartkach wyobraźnia jej wyczytała ostateczne pożegnanie. On miał się przenieść do Lamb House, swojego domu w Sussex, rezygnując na zawsze ze swych podróży. Zaczynał podupadać na zdrowiu, podagra przykuwała go do łóżka na całe tygodnie i miał już kilka ataków angina pectoris. Były to lata trudne, usiane niepowodzeniami... I w tym stanie poważnego kryzysu nie czuł się już na siłach prowadzić dalej ich gry. Niemniej nigdy nie miał zamiaru zrywać stosunków z Konstancją, chciał tylko utrzymać dotychczasowe status quo, zachowując należny dystans i przestrzegając wzajemnej privacy. Henry James był zbyt wrażliwy na uczucia swej przyjaciółki, aby nie rozumieć, że zwykły nietakt w stosunku do niej byłby wstrząsem dla jej i tak już silnie zaburzonej osobowości. W gruncie rzeczy stanowił więc wyraz wdzięczności i uznania. Dać do przeczytania – jako pierwszej – opowiadanie jeszcze w rękopisie, opatrzywszy je nadto osobistą dedykacją, było jawnym dowodem szacunku. Zazdrosny o to, co pisze, nie dawał raczej innym do czytania swoich ineditów. Ten gest był znaczący, bo gdyby opowiadanie zostało opublikowane, dedykacja na stronie tytułowej, drukiem, świadczyłaby na przyszłość o nierozerwalnej więzi, jaka ich łączyła. Widzieć własne imię związane z imieniem swego mentora... trudno o większy wyraz uznania! Ale dla kobiety zakochanej całe rzeki szacunku, podziwu i przyjaźni nie są w stanie zastąpić jednego słowa miłości. I może tego właśnie szukała Konstancja na tych stronach: jasnego przekazu skierowanego tylko do niej, odpowiedzi na jej uczucia. Już od pierwszych listów ich korespondencji można zrozumieć, jak ostrożnie James traktował ten szczególny związek. Nie myślał jednak, że z czasem sprawy mogą się tak zagmatwać i przyjąć równie dramatyczny obrót. Pisarka żyła teraz we własnym świecie; sytuację pogarszała postępująca głuchota, nękająca ją od dzieciństwa. Była wieczną nastolatką. Aczkolwiek inteligencja i kultura pozwalały jej dyskutować na każdy temat, często zdarzały się jej chwile zaskakującej naiwności. Życie było dla niej nieustannym przedstawieniem, w którym grała rolę bohaterki, utożsamiając się często bez reszty z postaciami z własnych książek lub tych, które zdarzyło jej się przeczytać. Poza tym miała obsesję na temat samobójstwa, które uważała za wybór najbardziej zgodny z jej naturą. Śmierć zadana samej sobie była dla niej największym dowodem miłości. Należałoby odtworzyć to opowiadanie, by ocenić, czy zawiera coś, co mogłoby stać się bodźcem do odebrania sobie przez nią życia. I jeśli nawet, obiektywnie nic takiego tam nie ma, nie możemy wiedzieć na pewno, co w nim widział pogrążony w deformującej wszystko depresji umysł pisarki: znaki, przestrogi, sugestie, słowa klucze... Najniewinniejsze zdanie mogło być źle zinterpretowane, nabrać hiperbolicznych znaczeń. Rękopis, będący jedynym egzemplarzem, miał być z pewnością zwrócony, by po przepisaniu na maszynie mógł być oddany do druku. Ale sprawy, jak wiadomo, potoczyły się inaczej.

– Między nimi dwojgiem – zaoponowałem – istniało zatem jakieś uczucie wykraczające znacznie poza zwykłą przyjaźń.

– Musimy wziąć pod uwagę, że Henry James był bardzo podziwiany przez płeć piękną. Kiedy spacerował przed budynkiem Prokuracji, całe rozgadane towarzystwo damskie siedzące przed „Florianem” milkło. Jego masywna postać, która wtedy była oznaką dobrego zdrowia, miała w sobie coś krzepiącego, opiekuńczego. Za to twarz, w przeciwieństwie do jowialnej postaci, zdawała się skrywać cały ciężar i cierpienie jego sztuki: szerokie, pocięte głębokimi bruzdami czoło i oczy, szare, bystre, podobne oczom drapieżnego ptaka, potęgowały jego urok. Stosunki, jakie James utrzymywał z kobietami, trudno zliczyć, ale były to stosunki wyłącznie epistolarne. Potrafił prowadzić intensywną korespondencję nawet wtedy, gdy przyjaciółka po piórze mieszkała w tym samym mieście, w tej samej dzielnicy, a nawet w tym samym domu. W willi Brichieri we Florencji, gdzie tych dwoje spotkało się po raz pierwszy, James i Woolson mieszkali wręcz po sąsiedzku, przedzieleni tylko galeryjką, co nie przeszkadzało im rozpocząć ożywionej wymiany listów. Z czasem jednak ich stosunki przestały się ograniczać do pisywania do siebie, stały się najprawdziwszą anomalią w życiu równie zatwardziałego jak on starego kawalera. I nie mniejszym strapieniem. James robił wszystko, by to ukryć, ale że – przynajmniej z jej strony – jest tu coś więcej niż serdeczna przyjaźń, było jasne dla każdego. O ile w nim gościła zimna dusza estety, w niej pulsowało serce zdolne nawet krwawić. I ta dwuznaczność stanowiła wyjątek bez precedensu w nieposzlakowanym życiu pisarza2. Dziś jeszcze niektórzy zarzucają mu, że był przyczyną samobójstwa Konstancji, że cierpiała przez niego zbyt długo, że był nieczułym potworem, przygotowując, być może nieświadomie, warunki dla jej szalonej decyzji. W każdym razie usprawiedliwia go po części to, że przez czterdzieści lat natykał się na nią, gdzie tylko się ruszył: w Baden-Baden, w Londynie, w Rzymie, w Neapolu i na koniec w Wenecji. A cierpliwość nawet takiego jak on dżentelmena miała swoje granice. James nie mógł już znieść, że stał się przedmiotem niepohamowanego uwielbienia dla kobiety gotowej doprowadzić się do stanu uległości graniczącej z perwersją. „Ona nigdy nie była całkiem zdrowa na umyśle – miał napisać James do ich wspólnego przyjaciela, kompozytora Francisa Bootta. – Można się było tego spodziewać, wcześniej czy później musiało się to zdarzyć. W jakiś sposób czuję się odpowiedzialny za jej śmierć, ale nie wiem, jak mogłem jej pomóc, i nie mogę zrozumieć, czego ona się po mnie spodziewała”. A tymczasem zrozumieć to jest naprawdę nietrudno: niespokojny i romantyczny duch udręczonej pisarki zaczynał przygasać, czuła, że się starzeje (w tamtych czasach kobieta pięćdziesięciotrzyletnia była już stara) i chciałaby skończyć ze swoim wiecznym przenoszeniem się z miejsca na miejsce – wybór życia, które odpłaciło jej najbardziej okrutną z samotności – by spędzić resztę lat z osobą, którą najbardziej kochała. Czując się niejako pokorną uczennicą – to on czytał jej prace jeszcze niegotowe, udzielając jej cennych rad – zdawała sobie sprawę, że nigdy „mistrzowi” nie dorówna, ale mogła być dla niego kochanką – żoną – gospodynią, być służącą, być pomywaczką; przyjąć każdą rolę, byle pozostać blisko niego. Może wyobrażała sobie, że zamieszkają razem z dala od świata w jakimś wiejskim domu nad jeziorem Michigan3, gdzie spędzać będą czas na ganku w ustawionych obok siebie fotelach na biegunach, podziwiając przejmujące zachody słońca nad wodą. Ale sprawy się pogorszyły. Jej umysł był już pozbawiony zupełnie zmysłu krytycznego. Zaczęła zachowywać się jak panna na wydaniu. Przy każdej okazji dawała do zrozumienia, że ich ślub jest bliski. Wystarczyło zwierzyć się służącej czy zatrzymać się u modystki, by przejrzeć katalog sukien ślubnych, by wkrótce potem mówiła o tym cała Wenecja. Nie sposób było nakłonić jej, by przestała, by dała spokój tym pretensjom do „uregulowania” ich stosunków, inaczej, jak tylko przekonując ją, że jedynym związkiem możliwym w tym życiu jest wspólna pasja do literatury i poszukiwanie piękna. W ten sposób ich związek mógł być przez niego kontynuowany przez całą wieczność, czyli, innymi słowy, aż do śmierci. Zachęcał ją tym samym, by się trzymali na odległość pióra. Ale choć ten przekaz mógł być bolesny dla Miss Grief4, z pewnością nie można w nim widzieć nakłaniania do samobójstwa.

Olga wpatrywała się długo w te kartki.

– Ojciec polecił mi pokazać je panu, by mógł je pan odcyfrować, zanim zostaną przekazane do Marciana. Proszę zrobić z nich jak najlepszy użytek i zatrzymać tak długo, jak uzna pan za konieczne.

 

Nieoczekiwany uśmiech losu! Który spychał na dalszy plan wszystkie moje ambicje związane ze światem filmu. Nie mogłem uwierzyć: miałem przed sobą znalezisko nieoszacowanej wartości, które mogłem wykorzystać, jak mi się podoba, nawet zrobić z niego powieść. Pod warunkiem, oczywiście, że zdołam je odtworzyć.

Czekałem niecierpliwie, by móc przejrzeć na spokojnie te kartki; zdecydowałem się zatem zatrzymać w Wenecji na kilka dni. Aby przygotować się duchowo do pracy, którą szykowałem się podjąć, postanowiłem zamieszkać na Riva degli Schiavoni, w tym samym pensjonacie5, który przed ponad wiekiem gościł pisarza w czasie jego pierwszych wizyt w Wenecji. Poprosiłem umyślnie o pokój na czwartym piętrze, ten, który Henry James lubił szczególnie ze względu na zachwycający widok na lagunę. Z balkonu na ostatnim piętrze dostrzega się istotnie wyspę San Giorgio Maggiore, z bazyliką Palladiańską pod tymże wezwaniem, a dalej, na Punta della Dogana, rysują się imponujące, barokowe linie bazyliki Santa Maria della Salute. Widok, który sam James w jednym ze swoich listów określa włoskim słowem „una bellezza”. Chociaż może nie wszystko pozostało takie, jak było przed wiekiem. Przekraczając próg pokoju, odniosłem wrażenie, że robię skok w przeszłość; i myślę, że to samo przydarza się jeszcze dzisiaj tym, którzy tam wchodzą. Aczkolwiek pensjonat – pod względem komfortu i gościnności – dorównywał najbardziej nowoczesnej sieci hotelowej, właściciele, świadomi atrakcji, jaką pokój ten stanowił dla wielu turystów, postanowili zostawić bez zmian wyposażenie i styl epoki wiktoriańskiej. W pokoju, obszernym i wygodnym, całą podłogę wyściełają dywany, a na ścianach, pokrytych tapetą w błękitne kwiaty na złotym tle, wiszą liczne pożółkłe ryciny. Nie brak masywnego biurka z palisandru i wielkiego małżeńskiego łoża. A na koniec tronującej na środku pokoju kanapy z zielonego aksamitu, bardzo na pozór wygodnej, gdyby nie leżąca na oparciu cenna owalna koronka, która odbiera odwagę każdemu, kto chciałby tam usiąść.

 

Zacząłem pracę tego samego wieczoru. Rozłożyłem kilka kartek na biurku, wprowadzając zamęt w spokojne życie całych kolonii rybików, tych srebrzystych robaczków z długimi czułkami, które gnieżdżą się między stronicami starych książek i żywią papierem. Rozdzieliłem najpierw kartki, oddzielając strony z notatkami, wydarte z kieszonkowego notesu, od tych, które miały format papieru listowego.

Kolory atramentu, choć wyblakłe, też były różne, od szarego do bladoniebieskiego, czasem wręcz zielonego w odcieniu mchu. Często były to tylko kalejdoskopowe kwiatostany, spontaniczne tablice testu Rorschacha. Miałem je później posegregować według odcieni kolorów, by ustalić ich chronologię. O ile tekst opowiadania napisany był starannie, z dbałością o kaligrafię – warunek niezbędny, by można go było przekazać zecerowi – na stronach dziennika czy notatek pośpieszne pismo Jamesa nie zostawiało ani skrawka czystej kartki: doszedłszy do końca strony, biegło wzdłuż marginesów, by w końcu zakreślić koło i wślizgnąć się jak bluszcz w przestrzeń między wierszami, jakby gwałtowne emocje nie zostawiały mu nawet czasu na przewrócenie strony. Niemniej analiza grafologiczna mogłaby odkryć ciekawe szczegóły. Różne stopnie nachylenia liter na przykład mogły wskazywać nastrój piszącego. Czytelność znaku mogła z kolei sugerować, na czym leżał papier. Wyraźne pismo oznaczało podstawę stabilną, jak biurko czy stolik w kawiarni, gdzie indziej wydawało się bardziej chwiejne, jakby kreślone w jakimś środku transportu, w ruchu, mógł to być pociąg, vaporetto czy gondola (a te wykwity pleśni? Krople deszczu? Bryzgi słonej wody? Łzy?).

Na pierwszej stronie rękopisu widniał wyraźnie napisany tytuł opowiadania: Anagalis. Towarzyszyła mu dedykacja i data, dobrze jeszcze widoczne:

 

Konstancji, mojej pierwszej czytelniczce

H. J. Wenecja, styczeń 1894

 

To niewątpliwie był początek, pozostawało tylko uporządkować całą resztę, ale ta drobiazgowa operacja kryptograficzna, z którą spodziewałem się początkowo uporać w kilka miesięcy, stawała się w miarę postępu prac coraz trudniejsza, okazując się zawiłą łataniną bez ładu i składu. Byłem w sytuacji konserwatora, któremu powierzono rekonstrukcję fresku wielkości Kaplicy Sykstyńskiej w oparciu o nieliczne zachowane fragmenty. Przywrócenie tekstowi pierwotnej formy zajęło mi trzy lata, ale dziś jeszcze nie jestem pewny, czy udało mi się to w pełni. Bez pomocy Olgi, która, przygotowując swoją pracę dyplomową, przeanalizowała już dogłębnie dużą część tych stronic, nie doszedłbym do niczego. Musiałem wracać wielokrotnie do Wenecji, by porównywać nasze wersje. Wielokrotnie były zbieżne, ale w niektórych punktach różniły się całkowicie. (Nawiasem mówiąc, nasze częste spotkania, podyktowane z początku względami zawodowymi, zaczęły się przekształcać w głęboką przyjaźń, zakończoną szczęśliwym małżeństwem. Ale to już inna historia).

To Olga dostarczyła mi kilka stron dziennika, które odegrały rolę sekstansu, bez których nie ukończyłbym nigdy tej pracy. Te zapiski pomogły mi sporządzić mapę, pozwalającą rozeznać się w terenie zupełnie mi nieznanym.

 

Pierwszy fragment (z listu do nieznanego adresata):

 

Podczas gdy to piszę, mam wrażenie, że już od pierwszych blasków świtu niespokojny las birnamski ruszył w stronę Dunzynanu6. Zdarza mi się to, gdy Atena zwróci na mnie swoje życzliwe spojrzenie, a sowa na jej ramieniu obudzi się, strosząc pióra. Rzadko, jak pamiętam, zdarzało mi się odczuwać taką radość w chwili przebudzenia. A radość tę zawdzięczam pomysłowi na opowiadanie, które długo chodziło za mną bezskutecznie, aż w końcu zmaterializowało się w postaci młodej kobiety, dziewczyny na wydaniu, która przebywa w Wenecji jako gość pewnej bogatej pani. Pomysł zakłada – ale tego nie jestem jeszcze zupełnie pewny – że ta młoda kobieta u progu życia promiennego i pełnego obietnic jest w jakiś sposób skazana przez przeciwny jej los, którego nie może w żaden sposób uniknąć, i świadoma tego, pragnie przeżyć w sposób możliwie beztroski czas, który jest jej dany, szukając może ratunku w miłości.

 

Drugi fragment, z notatki skreślonej na oddzielnej kartce dziennika:

A zatem w tej historii pojawia się myśl mniej oczywista, taka mianowicie, że to nie Fatum kieruje naszym życiem, ale ktoś, kto, nieświadomy konsekwencji, obmyślił je szczegółowo dziesiątki lat, a nawet wieków, wcześniej. Chodzi o to, że między przyczyną a skutkiem może minąć szmat czasu i że ten związek objawić się może w jakimś odziedziczonym lub znalezionym przypadkiem przedmiocie. Przedmiocie, który przemierzywszy czas i przestrzeń, wróci do naszych rąk, niczym świadectwo, w którym zapisana jest nasza własna historia...

 

Bez tych dwóch fragmentów i innych, krótszych, lecz nie mniej istotnych, znalezionych między stronami jego dzienników, nie dałbym rady dokończyć mojej pracy. Potrzeba było lat, by odtworzyć mozaikę aż do ostatniej kostki – i nie ukrywam, że musiałem się uciekać także do nowoczesnych, wymyślnych technik. Mimo wszystko liczne strony okazały się nieodwołalnie zniszczone.

Oto rezultat: rodzaj palimpsestu, po części autentycznego, po części podrobionego. Niektórzy z pewnością skrzywią się, uznając wszystko razem za okropną hybrydę, ale na twarzy tego wyrafinowanego dżentelmena, który nieraz pojawiał mi się w snach w najbardziej krytycznych momentach mojej pracy, nie było nigdy śladu nagany.

1 Vanessa Redgrave zagrała w filmie Juliena Landais The Aspern Papers, 2018; produkcja: James Ivory. [Wszystkie przypisy pochodzą od Autora]

2 Naginając metody badawcze do własnych koncepcji, niektórzy biografowie współcześni podejrzewali pisarza o ukryty homoseksualizm, nie znajdując na to jednak żadnych konkretnych dowodów. Jeśli chodzi o jego związki z kobietami, poza dwuznaczną przyjaźnią z Konstancją Woolson rzeczą potwierdzoną jest młodzieńcza miłość do kuzynki Mary Temple, zmarłej na gruźlicę w wieku dwudziestu czterech lat. Nie tyle zatem postać Woolson, ile kuzynki, bardzo uzdolnionej poetki, kobiety wielkiej urody, wolnej i buntowniczej, była wzorem dla postaci kobiecych z jego powieści i opowiadań.

3 Okolica, w której Woolson umiejscowiła akcję dużej części swoich młodzieńczych opowiadań.

4 Tytuł słynnego opowiadania Woolson.

5 Było to przez długi czas miejsce, gdzie zatrzymywał się pisarz w czasie swoich wizyt w Wenecji, dopóki małżonkowie Curtis, wielcy mecenasi sztuki, nie oddali mu do dyspozycji na stałe kilku pokojów w pałacu Barbaro.

6 Nawiązanie do Makbeta Williama Szekspira.

WYDAWCA

Wydawnictwo PróbyWarszawa 2023

 

REDAKCJA

Marek Zagańczyk

KOREKTA

Bartosz Choroszewski

PROJEKT GRAFICZNY

Janusz Górski

DTP

Krzysztof Gotowicki

PRZYGOTOWANIE WERSJI ELEKTRONICZNEJ

Lingventa Sp. z o.o.www.lingventa.pl

 

Znak i sygnet wydawnictwa Próby oraz koncepcję graficzną i typograficzną serii „Proza” opracował Janusz Górski. W projekcie sygnetu serii wykorzystany został rysunek Józefa Wilkonia.

 

WYDAWNICTWO PRÓBY

00-029 Warszawa, ul. Nowy Świat 33 m. 15tel. (22) 657 10 [email protected]