Alter Christus. Krytyczna rekonstrukcja światopoglądu Jana Pawła II - Zbigniew Kaźmierczak - ebook

Alter Christus. Krytyczna rekonstrukcja światopoglądu Jana Pawła II ebook

Zbigniew Kaźmierczak

0,0

Opis

Na początku było Totus tuus. […] Relacja oddania wyraża się w pragnieniu pełnej identyfikacji z Chrystusem (Bogiem, Maryją) i tym, co Chrystusowe (Kościołem, duchowieństwem, narodem polskim). Jest to strona światopoglądu Jana Pawła II najbardziej jednoznaczna, wyrażająca głęboką religijność. Ale jest to przecież tylko część papieskiej opowieści. Moment zakończenia się pełnej identyfikacji z Chrystusem rozpoczyna bowiem tendencję o charakterze problematycznym: zbudowaną na tej identyfikacji tendencję do utożsamienia Chrystusa i tego, co Chrystusowe z samym sobą, zawłaszczenia go dla siebie. Najbardziej w tym procesie dezorientujący jest właśnie fakt, że owo zawłaszczenie odbywa się w imię Chrystusa, tzn. w imię dokonanej uprzednio, bardzo przekonywującej identyfikacji. Podczas głębokiego procesu zaangażowania się w identyfikację Jan Paweł II nie dostrzega – i miliony jego zwolenników nie są w stanie tego uczynić wraz z nim – jak sam staje się jakimś nowym Chrystusem, drugim Chrystusem. Nie jest więc papież z Polski jedynie następcą Chrystusa, Vicarius Christi, jak głosi jego oficjalny tytuł – jest on znacznie kimś więcej, jest alter Christus.

 

       Zbigniew Kaźmierczak, fragment książki

 

„Dzieło prof. Zbigniewa Kaźmierczaka jest pracą bardzo cenną merytorycznie i solidną pod względem naukowym. (…) Jego wnioski są uprawnione, oparte na solidnej analizie źródeł i na poprawnym, błyskotliwym rozumowaniu”.

Dr hab. Andrzej Kluczyński, prof. ChAT (z recenzji książki )

 

„Na polskim rynku wydawniczym nie ma pracy dotyczącej Jana Pawła II, która, wykorzystując osiągnięcia nauk humanistycznych, dorównywałaby pracy Kaźmierczaka pod względem erudycji, złożoności argumentacji, spójności całościowej wizji”.

Dr hab. Sławomir Raube (z recenzji książki)

 

Zbigniew Kaźmierczak (1965), filozof, dr hab., studiował na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim i Papieskiej Akademii Teologicznej w Krakowie. Autor książek o Nietzschem (Friedrich Nietzsche jako odnowiciel umysłowości pierwotnej. Analiza w kontekście fenomenologii Gerardusa van der Leeuwa, Kraków 2000) i mistyce (Paradoks i zbawienie. Antropologia mistyczna Mistrza Eckharta i Jana od Krzyża, Białystok 2009). Opublikował również dwa tomy aforyzmów i myśli: Natchnienie lub złudzenie. Myśli o intryganctwie rzeczy (Warszawa 2004) oraz Zdrada mnichów i inne myśli o religii (Kraków 2012).

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
lub macOS

Liczba stron: 530

Rok wydania: 2014

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Słowo wstępne

Jak czyni się w każdym wstępie, również i ja chciałbym zacząć od końca. Otóż kiedy kończyłem pisanie tej książki, przebywałem w mieszkaniu niedaleko pewnego kościoła, z którego wieży wygrywane były różne religijne pieśni. Wszystkie melodie były dobrze słyszalne: o 15.00 dało się słyszeć melodię pieśni do Miłosierdzia Bożego, o 21.00 – apelu jasnogórskiego, o 21.37 kościół emitował na cześć Jana Pawła IIBarkę, ulubioną pieśń papieża. Nie byłoby w tym może nic godnego uwagi, gdyby nie fakt, żeBarkaodgrywana była nie tylko 2 kwietnia, w rocznicę jego śmierci czy 16 października – w rocznicę jego wstąpienia na Stolicę Piotrową. Odgrywana była codziennie, tak jak pieśń na cześć Boga i Maryi. Jak się dowiedziałem, działo się tak od wielu miesięcy, od momentu, kiedy powstała wieża. Sytuacja ta zdaje się wielce symptomatyczna. Świadczy o tym, że w społeczeństwie polskim Jan Paweł II zasłużył sobie na miejsce tuż obok Boga, Chrystusa i Maryi. Stał się równie ważną postacią sakralną. W swojej ważności dorównał im, a niekiedy ich przewyższał. Chwila jego śmierci stała się momentem o znaczeniu absolutnym, niemalże metafizycznym. Ostatecznie była to przecież chwila, w której Ojciec św. „powrócił do domu Ojca” – zawędrował z powrotem do miejsca u boku Ojca niebieskiego, po prawicy Syna. Boskość doświadczyła ponownie swojej pełni.

Odgrywanie melodii religijnej co wieczór z wieży kościoła chrześcijańskiego na cześć tego elementu stworzenia, jakim był śmiertelnik Jan Paweł II, jest faktem zdumiewającym. Ale też, przyznajmy, nie do końca. Przyzwyczailiśmy się już od pewnego czasu do równie kuriozalnych zachowań. Nie dziwi nikogo specjalnie przymuszanie dzieci w formalnie świeckich szkołach do świętowania każdego 16 października – wyboru Karola Wojtyły na papieża, masowe stawianie jego pomników nawet w najmniejszych wioskach naszego kraju, nazywanie jego imieniem szkół, przedszkoli, bibliotek, szpitali, domów pomocy społecznej, hospicjów, ośrodków wypoczynkowych, mostów, lotnisk czy hoteli. Co więcej, nie można nawet wyobrazić sobie jakichś rozsądnych granic kultu tego mężczyzny, których przekroczenie byłoby w stanie wywołać niesmak szerszej publiczności. Nawet przed wyniesieniem go na ołtarze dopuszczalne stały się najrozmaitsze formy przesady, które, jako wyraz domniemanej pobożności, są aż dotąd nie tylko dozwolone, ale wręcz oczekiwane. Dystrybucja jego relikwii – żeby wziąć inny niezwykły przykład – odbywa się tak niecierpliwie, jakby chciano, aby Ciało Papieża dorównało w swojej wszechobecności Ciału Chrystusa: przewozi się je lądem i powietrzem, udziela się ludziom niskiego i wysokiego stanu, przekazuje chętnym uroczyście i po kryjomu.

Barkawygrywana codziennie z wieży kościelnej o 21.37 w dużym polskim mieście, przypomniała mi jeszcze raz motywy, które legły u podstaw napisania tej książki. Jej pisaniu przyświecało bowiem zadanie zrozumienia głębszych źródeł światopoglądu człowieka, który jeszcze za życia stał się dla wielu Polaków, ale przecież nie tylko dla nich, postacią nadprzyrodzoną, boską. Czy można wyróżnić czynniki w światopoglądzie papieża, które należałoby uznać za odpowiedzialne za podobny rozwój wypadków? Jakie ewentualne rozstrzygnięcia filozoficzne, psychologiczne czy socjologiczne zostały przez niego podjęte, że sprawy przybrały tak bardzo fatalny obrót?

Kiedy bliżej analizujemy spuściznę polskiego papieża, okazuje się, że jego światopogląd jawi się niekiedy jako gąszcz sprzeczności – gąszcz, który jeżeli nie jest totalny, to z pewnością niezmiernie nieprzejrzysty. Właśnie dlatego, że w ten sposób się jawi, a ściślej, że tym właśnie jest, niezbędne jest sporządzenie po niejprzewodnika. Jeżeli uwzględni się fakt, że papież z Polski stał się na naszych oczach – i to nawet na długo przed swoją śmiercią – postacią niemal boską, osobą, do której pełni niewinności wielbiciele śpiewali pieśńAbba, Ojcze, podobny przewodnik może okazać się, jak mniemam, przydatnym informatorem o przesądach współczesnej epoki.

Z drugiej strony trudno przypuszczać, że światopogląd jakiegoś człowieka będzie się streszczał jedynie w gąszczu sprzeczności. Jan Paweł II z pewnością nie wygłaszał wyłącznie fałszów. Głosił doktrynę, której pewne idee – choć najczęściej w innej interpretacji – wielu, w tym również i ja, uznaje za prawdziwe. Wartością była siła jego religijnej wiary, zdecydowany teizm, jasna świadomość różnicy między dobrem a złem, gotowość do wykonania (nie zawsze popularnych w jego środowisku) gestów otwartości wobec religii niechrześcijańskich. Przez swój pietyzm wobec eucharystii, pobożność skierowaną na Matkę i Chrystusa, bezwarunkową cześć dla Ukrzyżowanego, oddanie się inspirującej idei Miłosierdzia Bożego, Jan Paweł był wiernym strażnikiemloci theologicipełnych głębokich znaczeń. Nie sposób deprecjonować całkowicie jego pracy i wysiłków, tak jak nie sposób tego uczynić wobec pracy i wysiłków milionów ludzi na świecie, wielkich czy małych. Przez wiele długich lat w dobrej wierze przewodził wielkiej organizacji religijnej, wkładając w to z pewnością wiele energii i serca. Z wielkim zaangażowaniem głosił prawdy religijne, wzywające do czegoś naprawdę ważnego w ludzkim życiu – do otwarcia się na Nadprzyrodzoność. Prezentując krytyczną interpretację światopoglądu Jana Pawła II, nie mam, naturalnie, zamiaru negować tych czy innych wartości jego nauczania i pontyfikatu. Zarazem nie mam jednak zamiaru ich w tej książce rozwijać, interpretacja, którą prezentuję, jest bowiem krytyczna. Wszystkich zainteresowanych pozytywnymi wartościami nauczania polskiego papieża pragnę odesłać do olbrzymiej literatury im poświęconej. Chciałbym jednocześnie żywić nadzieję – która w mojej własnej lekturze okazała się niestety płonna – że w literaturze tej istnieje możliwość oddzielenia ziarna rzeczywistych faktów od plew interpretacji nacechowanych zbyt przesadnym entuzjazmem.

Prawo do krytyki, nawet krytyki największych autorytetów, jest od czasów oświecenia niezbywalną cechą europejskiej cywilizacji. Każdy, kto uważa, że pewne zjawiska kulturowe krytyce nie podlegają, powinien przyjrzeć się opłakanej naturze praw w krajach Azji czy Afryki, w których oświecenia nie było lub do których owoce oświecenia nie dotarły. Dla wszelkich krytyków krytyki polskiego papieża ważna może okazać się również informacja, że on sam niekiedy namawiał swoich adwersarzy, aby trzymali się swoich poglądów. Krakowski filozof i przyjaciel papieża, Karol Tarnowski, skrytykował opublikowaną w 1998 r. encyklikęFides et ratio. W środowisku kościelnym i krakowskim oskarżono go o nielojalność. Tarnowski ujawnił jednak, że papież nie tylko nie miał do niego pretensji, ale, co więcej,wręcz go popierał: „Ale moja krytyka tej encykliki wcalepapieża nie oburzyła. Mało tego – potem [papież] przekazał komuś: «Powiedz Karolowi, żeby się mocno trzymał swoich poglądów»”[1]. Trudno więc wykluczyć, że Jan Paweł II poparłby również niektóre poglądy krytyczne sformułowane w tej książce. „Prawdziwa cnota krytyk się nie boi” – powiedział niegdyś biskup Krasicki. Jeżeli uważa się, że papież był rzeczywiście człowiekiem pełnym cnoty, tym samym powinno się zakładać, iż wszelkie krytyki poparte dowodami – a takie stanowią przecież istotną część przekazywanej do rąk czytelnika książki – przyjmował lub mógłby przyjmować z największym zainteresowaniem, być może z wdzięcznością. Na co dzień otoczony był przez krąg „dworzan” i wielbicieli, którym nigdy nie przyszłoby do głowy, aby wygłosić przed nim jakikolwiek krytyczny sąd na jego temat. A przecież człowiek ceniący prawdę – którym, jak uznają bez wahania zwolennicy Jana Pawła II, polski papież zapewne był – niczego nie wita z taką radością, jak słowa rzetelnej krytyki skierowane pod adresem swoich poglądów. Nie ulega więc wątpliwości, że – nie pragnąc wysłuchać krytyki pod adresem papieża – nie oddawałoby się w należyty sposób hołd jego osobie i jego cnotom.

Parę słów wyjaśnienia domaga się podtytuł tej książki. Oczywiście każdy tytuł rzadko jest w stanie wyrazić pełną treść tekstu, którego dotyczy. Sytuacja ta zachodzi również tutaj. Otóż, chcąc dokonać „krytycznej rekonstrukcji światopoglądu Jana Pawła II”, nie pragnę odtworzyćcałościjego światopoglądu. Zważywszy ogrom twórczości sygnowanej imieniem „Jan Paweł II”, rzetelna analiza tego rodzaju musiałaby objąć kilka opasłych tomów. Celem tej książki jest prezentacja światopoglądu papieża w tym aspekcie, w jakim jest onspecyficznie jego, w jego indywidualnych, a zarazemnajbardziej wyróżniających sięrysach. W szczególności przedmiotem uwagi, jak powiedziałem, stają się teologiczne, psychologiczne i socjologiczneprincipiaczy sprężyny myślenia, które wyraźnie bądź z ukrycia kierowały jego światopoglądem. Ujmując oweprincipiaczy sprężyny, mam nadzieję wyjaśnić fundamentalne dla jego pontyfikatu nieporozumienie: okoliczności, w jakich doszło do pojawienia się – by nawiązać do tradycyjnego określenia kapłana sprawującego eucharystię – postacialter Christus, drugiego Chrystusa.

Interesujące jest to, że ograniczając tak bardzo pole zainteresowań, poruszamy się niekiedy w tej książce, jak się okazuje, w obszarze ogólniejszych zachowań i idei. Praca ta, prezentując głównie światopogląd papieża, zawiera również szereg ważnych myśli należących do filozofii katolicyzmu. Nauczanie papieskie nie różniło się od nauczania Kościoła katolickiego. Poza niebezpiecznie innowacyjną, choć krótkotrwałą próbą zrównania dziewictwa i małżeństwa w katechezach z 1982 r., próbą, która ściągnęła zresztą na niego zarzut herezji[2], jego nauka była odzwierciedleniem doktryny Kościoła posoborowego. Kiedy się bliżej temu przyjrzeć, to, ściśle rzecz biorąc, trudno nawet pytać o relacje między Janem Pawłem a Kościołem mu współczesnym. Ze względu na przywilej nieomylności (sięgający o wiele dalej, niż na ogół się przyznaje[3]) papież może modelować nauczanie Kościoła według własnego zamysłu do tego stopnia, że jego koncepcje teologiczne stają się nauczaniem Kościoła jako całości.

Książka ta nie tylko zahacza o filozofię katolicyzmu, ale bywa również platformą szerszej refleksji nad wartościami życia religijnego w ogóle. Z analiz poświęconych polskiemu papieżowi, wynurzają się niewątpliwie ogólne, niekiedy prawdopodobnie ogólne, zawsze wszakże trudno ujmowalne prawa rządzące ludzką psychiką. Publikacji tego typu nie ma, o ile mi wiadomo, zbyt wiele. Prace chwalące postać papieża, nie chcąc utracić jego chwalebnej wyjątkowości, nie są skłonne wskazywać na jakieś ogólniejsze tendencje umysłowe, których jego pontyfikat mógł być wyrazem. Ich autorzy żywią obawy, że w ten sposób owa wyjątkowość mogłaby zostać zbyt łatwo zatracona. Z kolei prace krytyczne, aby uczynić swoją sprawę niepodważalną, często idą linią najmniejszego oporu, popadając wyłącznie w dyskurs racjonalistyczny. Często rezygnują zatem z głębszej, co, jak wiadomo, w humanistyce niemal zawsze oznacza – bardziejryzykownejrefleksji nad papieżem. Niektórzy sądzą, że, przyjmując strategię polemiczną, nierozsądnie jest atakować, jeżeli zarazem samemu wystawia się na zarzuty, które w humanistyce – nawet wobec najważniejszych twierdzeń – może poprawnie sformułować najzwyklejszy licealista. Wystawia się zatem na atak każdy, kto, krytykując kogoś, bądź tego nie czyniąc, głosi bardziej rozwinięte poglądy antropologiczne, socjologiczne czy filozoficzne. To ryzyko zostało w tej książce podjęte, a jego usprawiedliwieniem jest pragnienie możliwie najgłębszego zrozumienia mechanizmów papieskiego myślenia – pragnienie, które nie chce zadowolić się powierzchowną publicystyką – co, przyznajmy, nieczęsto ma miejsce w krytycznej myśli o Janie Pawle II[4].

1Wielki omylny papież, www.wyborcza.pl/beatyfikacja/1,114290,9512005,Wielki_omylny_papiez.html [dostęp: 23.12.2012] [podkr. moje – Z.K.].

2Zob. s. 142 tej pracy.

3Zob. s. 28–32 tej pracy.

4Niektóre z zaprezentowanych tuj refleksji zostały opublikowane w artykule: Z. Kaźmierczak,Samoprzezwyciężenie i impulsywność myśli. O pewnej właściwości dialogu międzyreligijnego u Jana Pawła II, „Przegląd Religioznawczy” 2012, nr 1 (243), s. 91–104.

Na tropie zagadki Jana Pawła II

Jan Paweł Podwójnej Identyfikacji

Na początku byłoTotus tuus.Totus tuuswobec Maryi, wobec Chrystusa, wobec wszystkiego, co boskie. Dewiza papieska Jana Pawła II pochodzi z Traktatu o prawdziwym nabożeństwie do Najświętszej Maryi PannyLudwika Marii Grignion de Montfort, w którym czytamy:Totus Tuus ego sum et omnia mea Tua sunt[1][Jestem cały Twój i wszystko, co moje jest Twoje]. Owo wezwanie jest jedynie na pozór oczywiste i najczęściej jedynie połowicznie zrozumiane. Kiedy bliżej analizujemy myśl papieża, okazuje się, że oddaniu, o którym w tym wezwaniu mowa, towarzyszy bowiem wzięcie, uległości – posiadanie. Z jednej stronyTotus Tuuswyraża oddanie się papieża wobec boskości, jego wobec niej uległość; z drugiej strony prowadzi jednak do aktu czynnego, aktu wejścia w posiadanie, zawładnięcie. Wydaje się zatem, że po głośnymTotus tuusJan Paweł II wypowiada niezbyt dobrze słyszaneTotus meus– od całkowitego oddania się Maryi i temu, co boskie, wchodzi niejako w posiadanie Maryi i tego, co boskie. Dokonuje wędrówki odTotus tuusdoTotus meus, tzn. od całkowitego oddania do całkowitego posiadania[2].

Pojawia się zatem problem: jeżeli jest w miarę zrozumiałe, co znaczy oddać się temu, co boskie, mniej jasne jest znaczenie jego „wzięcia”. Cóż bowiem mogłoby znaczyć „wziąć” istotę boską przez śmiertelnika? Wbrew nieco emfatycznym wyrażeniom mistyków, którzy nie wahają się użyć nawet metaforyki erotycznej, oddanie i wzięcie zachodzić mogą w jakimś stopniu jedynie w relacjach międzyludzkich. To im jedynie, jak się wydaje, mogą przyświecać słowa: „Ja jestem twoja, a ty jesteś mój”. O ile zatem można zrozumieć, co oznaczałoby oddanie się Bóstwu oraz o ile można całkowicie zgodzić się z tezą, że jest to najwznioślejszy sposób życia religijnego, o tyle trudno bez zgrozy wyobrazić sobie, czym mogłoby być wzięcie Bóstwa w swoje posiadanie. Rodzi się nade wszystko pytanie: czy wzięcie to mogłoby być czymś innym niżhybris– nieposkromioną pychą, która już u starożytnych zasługiwała na najsurowszą karę bogów? Myśl Jana Pawła II zdaje się więc zawierać w sobie ambiwalentny dynamizm: z jednej strony autentyczny religijnie, a z drugiej religijnie problematyczny. Niemniej wydaje się, że właśnieTotus Tuus, połączone z wypowiedzianymsotto voceTotus meus, silniej niż cokolwiek innego określa najbardziej elementarne tendencje myślowe polskiego papieża. To ono sprawia, że Jan Paweł II dla wielu osób był i pozostaje zagadką – tym bardziej sakralną, im bardziej zawiłą.

Zakreślmy zatem główne linie interpretacyjne, które będą przyświecać zaprezentowanej tutaj lekturze nauki papieskiej. Otóż relacja oddania się, o której wspomniałem, wyraża się w pragnieniupełnej identyfikacji z Chrystusem(Bogiem, Maryją) i tym, co Chrystusowe(Kościołem, duchowieństwem, narodem polskim). Jest to strona światopoglądu Jana Pawła II najbardziej jednoznaczna, wyrażająca głęboką religijność. Ale jest to przecież tylko część papieskiej opowieści. Moment zakończenia się pełnej identyfikacji z Chrystusem rozpoczyna bowiem tendencję o charakterze problematycznym: zbudowaną na tej identyfikacji tendencjędo utożsamienia Chrystusa i tego, co Chrystusowe z samym sobą, zawłaszczenia go dla siebie. Najbardziej w tym procesiedezorientującyjest właśnie fakt, że owo zawłaszczenie odbywa sięw imię Chrystusa, tzn.w imię dokonanejuprzednio, bardzo przekonywującej identyfikacji. Podczas głębokiego procesu zaangażowania się w tę podwójną identyfikację Jan Paweł II nie dostrzega – i miliony jego zwolenników nie są w stanie tego uczynić wraz z nim – jak sam staje się jakimś nowym Chrystusem, drugim Chrystusem. Nie jest więc papież z Polski jedynie następcą Chrystusa,Vicarius Christi, jak głosi jego oficjalny tytuł – jest on znacznie kimś więcej, jestalter Christus.

Nie sposób nie zauważyć, że istniejeduża różnica, co więcej, znacząceprzeciwieństwo, między identyfikacjąsiebie z czymśa identyfikacjączegoś z sobą. W pierwszym wypadku staję się częścią tego czegoś, jestem bierny, oddany, nie kontroluję, nie zawiaduję, nie posiadam – odwrotnie: jestem posiadany i kontrolowany. W drugim wypadku przedmiot identyfikacji czynię częścią samego siebie, dostosowuję go do swojej jaźni i swojego świata, dążę do kontroli nad nim. W pierwszym przypadku rezygnuję z mojej chęci władzy, w drugim w pełni czynię z niej użytek; w pierwszym przypadku nie ma mowy o mojej władzy, w drugim w grę wchodzi moja władza w sposób najczystszy.

Pytanie, jakie się nasuwa, brzmi: czy w ogóle jest możliwe żywić jedną i drugą identyfikacjęzarazem? Czy można zarazem oddawać się czemuś i dążyć do dominacji na tym czymś? Jak nietrudno zauważyć, logicznie rzecz biorąc, nie jest to możliwe. W stosunkach międzyludzkich obydwa procesy mogą zachodzić pod pewnymi warunkami, które można spełnić bez naruszania elementarnych zasad psychologicznych. W stosunkach tych mianowicie oddanie się i dominacja są możliwe, o ile oba procesy nie zachodzą jednocześnie lub w tych samych sferach życia. Mylący jest więc pogląd, który widzi w miłości jedynie grę egoizmów – nie uwzględnia bowiem właśnie faktu różnicy w czasie i sfer życia, w których relacje międzyludzkie mogą się toczyć. Możesz zatem chcieć czegoś ode mnie, czego ja nie chcę od ciebieteraz,ergo: nie mam podstaw, aby twoje oczekiwanie odbierać jako egoizm. Możesz również chcieć czegoś ode mniew innej dziedzinieniż ta, w której ja chcę czegoś od ciebie,ergo: również wówczas nie musi powstać konflikt między naszymi dążeniami.

Rzeczywistość relacji między człowiekiem a Absolutem jest jednak, jeżeli wolno coś w tej sprawie mniemać, całkowicie inna. Trudno przypuszczać, że w stosunkach człowieka z Bogiem istnieje podobna różnica w czasie i sfer życia. Bóg jest Panem wszystkich sfer ludzkiego życia, a człowiek nie jest panem żadnej sfery życia boskiego. Nawet gdyby uznać, że można jakoś nakłonić Boga do swojej woli – czyż modlitwa błagalna nie ku temu właśnie zmierza? – dysproporcja między boską władzą nad człowiekiem, a sporadyczną możliwością oddziaływania na Boga przez modlitwę jest ogromna, niemal nieskończona. Innymi słowy, w relacji między człowiekiem a Bogiem może zachodzić właściwie jedynie pierwsza identyfikacja – identyfikacja oddania, uległości, zaśnięcia w Panu. Próba rozwijania identyfikacji Boga z sobą zdaje się formą antropomorfizacji religijnego związku i próbą zamiany go na związek magiczny.

Trzeba by zatem przyznać, że zdumiewający staje się fakt, iż wiele osób, w tym również, niestety, Jan Paweł II, ulega wrażeniu, że drugi rodzaj identyfikacji jest w religii możliwy. Szokujące jest, że nie cofa się przed myślą, aby drugi rodzaj identyfikacji powiązać, a nawet zakorzenić w pierwszym. Pewnym wyjaśnieniem tej fatalnej pomyłki jest ukrywanie się fenomenu utożsamienia z sobą Boga czy jakichś rzeczy stworzonych, pod warstwą wzniosłych kategorii duchowo-moralnych.Zawłaszczenie, będące identyfikacją czegoś zewnętrznego z sobą, może przecież bardzo łatwo zostać opisane przez osobę ją dokonującą jakotroska i odpowiedzialność. Identyfikując Boga z sobą, papież czy dowolny inny religijny człowiek, może tłumaczyć swoje postępowanie jako troskę i odpowiedzialność za sprawę Bożą czy za zagubioną w mrokach ciemności ludzkość. Uduchowiony język jest w stanie wprowadzić pozytywny, uspokajający nastrój i poczucie, że żadne pryncypia nie zostały naruszone.

Nie ulega wątpliwości, że olbrzymia część twórczości pisarskiej polskiego papieża wyraża identyfikację jego osoby z Chrystusem i tym, co Chrystusowe. Ten aspekt nie podlega dyskusji i jest na tysiące sposobów przez różnych komentatorów podkreślany. Problem w tym, żenie mówi sięo drugim aspekcie: identyfikacji Chrystusa z samym sobą, woli jego zawładnięcia, zawłaszczenia. Niewiele mówi się o warunkach, okolicznościach i ideałach, które uczyniły z Jana Pawła IIalter Christus. Warto byłoby zatem naprawić owo zaniedbanie – sprawić, aby obraz tak ważnej dla współczesnej kultury postaci odzyskał bardziej realne rysy. Spróbujemy podjąć się tego zadania w tej książce. Jej ideą wiodącą jest myśl, żepapież tak bardzo zidentyfikował się z Chrystusem i tym, co Chrystusowe, że w konsekwencji – w imię deklarowanej troski i odpowiedzialności – odczuł prawo do ich wzięcia pod swoją ochronę i do posługiwania się nimi według swego własnego, subiektywnego zamysłu. Identyfikacja Chrystusa z sobą sprawiła, że stał się on już tak bardzo nim, iż przestał traktować go jako rzeczywistość odrębną, w nieunikniony sposób tajemniczą, a zaczął traktowaćjako część swojej własnej jaźni– część, która podlega takim samym poufałym i bezpośrednim prawom afirmacji i negacji, jakim podlegają dla nas samych nasze własne myśli, uczucia czy namiętności. Na wszystkich wnikliwszych obserwatorach jego działalności Jan Paweł II robił niewątpliwie wrażenie człowieka, który żywił przeświadczenie, że Maryja i Chrystus rzeczywiście wyszli naprzeciw jego prośbom i faktycznie dali mu swoje serca – i nie tylko serca, ale także niebotyczny rozum, mądrość i siłę.

Konsekwencje takiego podejścia były dla współczesnego chrześcijaństwa niezwykle znaczące. Scholastyczne adagium powiada, że „cokolwiek się przyjmuje, przyjmuje się według sposobu przyjmującego”[3]. Biorąc Chrystusa do swojego wnętrza i zawłaszczając go w nim, Jan Paweł II z konieczności musiał uczynić Chrystusa partykularnym, Wojtyłowym. Chrystus nauczany milionom ludzi na świecie podczas jego pontyfikatu – bardziej, jak się zdaje, niż u innych papieży czy przywódców religijnych, trzymających się ostrożnie raczej pierwszej identyfikacji – identyfikacji siebie z Bóstwem – odzwierciedlał lokalny światopogląd i partykularną mentalność Karola Wojtyły. Ale identyfikacja Chrystusa z sobą prowadziła do jeszcze większych niebezpieczeństw. Chrystus nauczany milionom ludzi na świecie z konieczności musiał również czynić te same błędy, które popełniał omylny człowiek, jakim był Karol Wojtyła. To było największe ryzyko, na jakie, jeżeli tak można powiedzieć, nieopacznie naraził Jan Paweł II sprawę Chrystusa na świecie. Jan Paweł II skazał niejako Chrystusa na ten sam los, który od zawsze towarzyszy wszystkim śmiertelnikom.Errare humanum estw podwójnym procesie papieskiej identyfikacji zamieniło się w coś niezwykle gorszącego:Errare Christi est– „Błądzić jest rzeczą Chrystusa”.

Tak, zawłaszczenie Chrystusa przez papieża musiało z konieczności prowadzić do tak niewiarygodnych rezultatów. Ale nasuwa się przecież również myśl, że wszystko to mogło było nigdy nie nastąpić. Jan Paweł II mógł był przecież poprzestać na swoim głośnymTotus tuusi nie wypowiadać swojego niesłyszalnegoTotus meus– lub przynajmniej dawać do zrozumienia, że Chrystus jestsuus, jego, w jakimś ogólnym, niesprecyzowanym sensie.Totus meusodTotus tuusdzieli wielka odległość, która mogłaby zniechęcić niejednego wędrowca w krainie ducha. Nie zniechęciła jednak Jana Pawła II. Została pokonana przez niego mocą sławetnej, rzekomo upodabniającej go do Chrystusa, przepotężnejsiły woli. Papież wszedł między Chrystusa a lud, któremu go głosił z narzędziami swojej imponującej charyzmy z taką siłą, „troską” i „odpowiedzialnością”, że stał się alter Christus, obdarzanym szacunkiem a nawet religijną czcią, przysłaniającą cześć wobec Pierwowzoru[4]. W tym samym stopniu, w jakim ten nowy status odpowiadał jego osobistym ambicjom religijnym, był on również reakcją na ogarniający go smutek na widok owiec rozproszonych bez pasterza, który wskazałby im w sposób imponującyjednoznaczne cele, ku którym dla swojego zbawienia powinny podążać.

Przejście odTotus tuusdoTotus meusmiało daleko idące konsekwencje dla wszystkich, którzy znaleźli się, i wciąż się znajdują, w orbicie oddziaływania papieża. Zawłaszczenie Chrystusa prowadziło bezpośrednio do następnych kroków:sakralnej arbitralności, wykluczeniaorazpoczucia religijnej wyższości. Jako alter Christus Jan Paweł II przemienił Chrystusa i wszystko, co Chrystusowe według swojej partykularnej mentalności w samego siebie. Akt ten, percypowany przez niego samego jako absolutny i nieunikniony, dla wszelkiego zewnętrznego i krytycznego spojrzenia odbierany był i pozostaje niesamowitym pod względem ilości i jakości nagromadzeniem arbitralności. W atmosferze arbitralności jego własnej jaźni toczył się nieustanny, wielkoformatowy proces tłumaczenia Chrystusa transcendentnego na Chrystusa Wojtyłowego – ten pierwszy tracił swój nienamacalny charakter na korzyść namacalności tego drugiego, zarazem jednak nabywał szokująco kapryśną osobowość, typową dla istot ludzkich.Zdumiewająco łatwa swobodaw osądzaniu wszystkich i wszystkiego z punktu widzenia Chrystusajakby samemu nim się było, jest uderzającym przejawem pojawienia się specyficznego zjawiska, jakim był alter Christus – przejawem, którego rozliczne wcielenia znajdziemy w wielu wypowiedziach papieża.

Religijnemu wykluczeniu podlegali wszyscy, którzy nie odzwierciedlali Chrystusa papieskiego, wśród których nade wszystko znalazły się osoby świeckie, małżonkowie, kobiety, inaczej niż Wojtyła myślący teologowie, członkowie narodów mniej klerykalnych niż Polska – wszyscy oni nie mogli znaleźć ni zrozumienia, ni miejsca w sercu nowego Chrystusa. Od chwili wypowiedzenia niesłyszalnegoTotus meusprzez Jana Pawła II nikt nie mógł być bardziej niż on patriotycznym Polakiem (tzn. członkiem Chrystusowego narodu), bardziej niż on katolickim katolikiem, ani też bardziej niż on oddanym naśladowcą Chrystusa. Nikt bardziej niż Karol Wojtyła nie mógł znajdować się bliżej Boga, ani wyjawiać innym jaśniej Boże wyroki. Liczne grono dziennikarzy, kapłanów i uczonych zrozumiało ten przekaz i nie przestaje aż do dziś chwalić niezwykłe własności papieża i ich górowanie nad umiejętnościami innych ludzi w coraz to nowszych obszarach życia[5].

Odtąd nikt nie może przyjść do Chrystusa inaczej jak tylko przez tego drugiego Chrystusa. W świecie wykreowanym przez ten nowy Logos pojawiła się nowa modlitwa, będąca rozwinięciem tej znanej: „Przez Wojtyłę, z Wojtyłą i w Wojtyle Tobie, Boże, Ojcze wszechmogący, w jedności Ducha Świętego, wszelka cześć i chwała, przez wszystkie wieki wieków. Amen”. Papież odciął tym, którzy uwierzyli w jego niepowtarzalne właściwości, drogę do autonomicznego wejścia do narodu (polskiego), Kościoła czy do wiary – podobnie jak odciął sobie samemu drogę dopolifonicznegoświata interpretacji Bliskiego-lecz-Nieznanego[6]. Wszelkie próby autonomicznego myślenia stały się blade w jaśniejących strumieniach łaski nowego Chrystusa (papież wypowiadał się jednoznacznie na tysiące tematów za pomocą milionów słów[7]). W atmosferze stworzonej przez giganta charyzmy z Wadowic odnosiło się wrażenie, że jeden i drugi Chrystus w jakimś metafizycznym duecie wyśpiewują na zmianę te same słowa z tą samą uporczywością i oddaniem: „Bez nas nic nie możecie uczynić”.

Jedną z ważniejszych rzeczy przydatnych dla adekwatnego zrozumienia pontyfikatu Jana Pawła II może okazać się rozważenie relacji między Chrystusem a tym, co Chrystusowe w podwójnym procesie identyfikacji. Relacja ta jest z pewnością złożona, bo przecież Chrystus jest bytem transcendentnym a to, co Chrystusowe (w przyjętym tutaj rozumieniu tzn. Kościół, duchowieństwo, naród polski), jest bytem z tego świata. Czy papież przechodziłby proces podwójnej identyfikacji dwoma niezależnymi drogami: raz w odniesieniu do transcendentnego Chrystusa, a drugi – w odniesieniu do tych nietranscendentnych bytów społecznych? Otóż nie. O rzeczywistych kontaktach z rzeczywistym Chrystusem w życiu Jana Pawła II naturalnie nie możemy przecież nic wiedzieć. Co natomiast wiemy, to fakt, że obraz Chrystusa transcendentnego – i obraz Boga w ogóle – papież rozpatrywał jedynieprzez okularyKościoła w jego ogólnym i klerykalnym wymiarze. Działo się tak dlatego, że wierzył on gorąco nie tylko w to, że Chrystus jest święty, ale również w to, że Kościół jest święty. Kościół nie tylko dostarczył historycznie określonych kategorii interpretacji Boga i Chrystusa. Przez swoją „świętą” siłę miliardowej organizacji i przez „duchowe” energie samoprzezwyciężenia kleru, umożliwił on również bądź co bądź śmiały zabieg zawładnięcia Chrystusem, nawet jeśli był to jedynie Chrystus kościelnych wyobrażeń. Jan Paweł II może być tak bardzo pewny, że „Jezus Chrystus jest więc przyczynąwszystkiego, co Kościół mówi i robi”[8], bojego Chrystus mówi i robi, co wcześniej powiedział Kościół. „W nauczaniu papieskim – zauważa Juan Arias niezwykle trafnie – jest swego rodzaju zrównanie Boga z Kościołem w czasie i historii. Dlatego w ostatnich czasach Wojtyła jest papieżem, który pozwala na najmniej krytyki pod adresem Kościoła”[9].

Jak łatwo zauważyć, wszystkie te spostrzeżenia leżą u podstaw krytycznego podejścia wielu ludzi wierzących wobec wszelkich kościołów; podejścia, w którym demaskuje się swego rodzaju poczucie wszechwładzy duchownych nad Bogiem, a ściślej – nad wyobrażeniami o tym, czym Bóg jest, czego oczekuje i jak działa. Owo racjonowanie działań Boga, traktowanie go jako swoistej bestii wypuszczanej przez ludzi Kościoła na wybieg, bestii, która niechętnie, acz posłusznie, wykonuje polecenia treserów, jest faktycznie elementem typowym dla wielu kościołów, nie tylko katolickiego[10]. Dalsze rozważania pozwolą na stwierdzenie, że Jan Paweł II wyróżniałby się pod tym względem jedynie zdecydowanie większym stopniem intensyfikacji, zasięgiem i poczuciem pewności, z jakim wszyscy duchowni dokonują tego zawładnięcia Chrystusem.

W porządku godności czy „logiki wiary” to Chrystus ma pierwszeństwo nad tym, co Chrystusowe, ale w porządku rzeczywistości i „logiki tego świata”, to, co Chrystusowe, w szczególności Kościół, dzierży prymat nad Chrystusem. Wchłania go niejako w obszarkościelno-papieskiego kompleksu umysłowego, który Jan Paweł II pod swoją egidą tworzył. Alter Christus ma zatem postaćpodwójną: z jednej strony jestkolektywny, gdyż w symbolicznej formie skupia w sobie miliony katolików, łącznie z (idealnie) ascetycznym klerem, których papież jednoczy w sobie pod przenikającym wszystko przywództwem; z drugiej strony jest wysoceindywidualny, gdyż jest wytworem aktywności jednego człowieka, który jest widzialnym znakiem i reprezentantem całej tej społeczności. Dzięki papieskiemu aktowi zawładnięcia Kościoła po uprzedniej pełnej z nim identyfikacji jej członkowie mogą czuć się jak u siebie. Patrząc na papieża, mogą niejako przeglądać się w osobie polskiego papieża jak w specyficznym lustrze – lub ściślej, mogą oglądać w nim swoją najlepszą, klerykalną część, którą nigdy nie będą. Mogą również – potwierdzając taknolens volenskoncepcje niektórych socjologów religii – czcić pod jego postacią samych siebie jako społeczność religijną. Dzięki stworzeniu alter Christus każdy członek Kościoła może w sposób niemal namacalny uzyskać świadomość tego, co bez niego nie byłoby tak namacalne: świadomość, że oto teraz w Chrystusie możemy całkiem pewnie żyć, poruszać się i być (por. Dz 17, 28). Dowodem prawdziwości tej świadomości jest właśnie uwodzicielska postać „naszego Ojca”, „naszego Karola Wojtyły”, „naszego ukochanego Jana Pawła II”[11]. Alter Christus, którym stał się papież, jest zarazem kolektywny, jak i indywidualny, transcendentny i ziemski, wzorcowy i realny. W rzeczywistości zatem projekt stworzenia alter Christus jestpewną próbą stania się wszystkimwe wszystkich(por. 1 Kor 15, 28).

Konsekwencją rozpowszechnienia się w świecie katolickim fenomenu alter Christus jest nie tylko to, że dominuje obraz Chrystusa ukształtowany przez papieża, ale również, odwrotnie, że postać Chrystusa wywołuje natychmiastowe, kompulsywne skojarzenie z papieżem. Współcześnie w miejscach kultu poświęconych Chrystusowi (czy Maryi) eksponowana jest niespodziewanie – w sposób równie częsty i imponujący – postać Jana Pawła II. Wszędzie obecnie, gdzie w świecie katolickim pobożność religijna jest bardziej intensywna, postać Wojtyły pojawia się spontanicznie i w sposób zrozumiały dla uczestników kultu. Uderzające jest na przykład, jak miejsce tak znaczące dla współczesnej religijności, jak sanktuarium Miłosierdzia Bożego w Krakowie, z biegiem lat wypełnia się coraz to liczniejszymi nawiązaniami do papieża (rzeźbami, nazewnictwem, obrazami, coraz większymi obrazami itd.).

Ktoś mógłby zaoponować przeciw zarysowanemu tutaj scenariuszowi, twierdząc, że identyfikacja czegoś z sobą wcale nie pociąga albo nie musi pociągać żadnych katastrofalnych skutków. Przecież nic złego się nie dzieje kiedy, na przykład, mieszkaniec kraju X wypowiada zdanie: „X to moja ojczyzna”. Tak samo nic szczególnie złego nie działo się wówczas, kiedy papież Wojtyła wypowiadał swoje cicheTotus meusskierowane do Chrystusa i tego, co Chrystusowe. Ów ktoś mógłby dodać, że być może wyrażenie „moja ojczyzna” świadczy o tym, iż osoba wygłaszająca to zdanie sądzi, iż weszła w posiadanie w jakimś sensie swojego kraju, ale wcale nie prowadzi to do jakiegoś wykluczenia czy arbitralności – każdy inny mieszkaniec X może przecież również wypowiedzieć zdanie „X to moja ojczyzna” i nikt nie odniesie wrażenia, że narusza tym samym czyjeś prawa. Kraj X jest po prostu wspólny i każdy jego mieszkaniec ma prawo wygłosić takie właśnie zdanie. Podobnie można by rzec, że wprawdzie Jan Paweł II zidentyfikował się z Chrystusem, a Chrystusa do jakiegoś stopnia utożsamił ze swoją działalnością i pragnieniami, to jednak do zawłaszczenia – a tym bardziej do jakiejś sakralnej arbitralności czy wykluczenia – dojść nie mogło, bo Chrystus jest wspólny, dostępny wszystkim i każdy z ludzi może znaleźć w nim swój udział.

Sprawa pozornie wygląda tak prosto, jak głosi ta hipotetyczna argumentacja. Prawdziwy sens wykluczenia i arbitralności ujawnia się wtedy, gdy zaczynamy analizować treść tego,codana jednostka wiąże z wyrażeniem „moja ojczyzna”. Otóż wykluczenie nie zdaje się pojawiać, kiedy zdanie „X to moja ojczyzna” wypowiada ktoś w sensiebardzo ogólnym, wyrażając uczuciowe przywiązanie do swojego kraju. Zdanie to ma wówczas bardziej sens sentymentalny czy estetyczny, niż odnoszący się do jakiejś prawdy. Zauważmy jednak, że sytuacja zmienia się radykalnie, kiedy jednostka mapełnąwizję polityczną kraju, który nazywa „swoim”. Wtedy jest możliwe, że wyrażenie „X to moja ojczyzna” będziewykluczałoinnych rodaków posiadających równieżpełne polityczne wizjetego kraju i wypowiadających swoje zdania „X to moja ojczyzna”. Muzułmanin pragnący, aby „jego ojczyzna” była rządzona przez szariat, posiada pełną wizję swojego kraju, wykluczając osoby myślące liberalnie, również zamieszkujące tenże kraj.

Inną stroną wykluczenia zakładanego w zawłaszczeniu jest arbitralność. Jeżeli jestem przekonany, że kraj X jest moją ojczyzną i że moja pełna wizja polityczna została mi przekazana do realizacji przez samego Boga, możliwe są z mojej strony zupełnie dziwaczne, całkowicie arbitralne pomysły dotyczące tego, jak kraj X ma być rządzony. Jeżeli uznam, że jestem jednostką wyjątkową, wybraną przez Boga do spełniania opieki nad danym krajem, mogą przyjść mi do głowy najrozmaitsze samowolne rozwiązania polityczne – rozwiązania tym bardziej „boskie”, im bardziej będą samowolne.

Otóż nie ulega wątpliwości, że Jan Paweł II posiadałpełną, zakreśloną często w najmniejszych szczegółachwizję Chrystusa i tego, co Chrystusowe. Owa jednoznaczność we wszelkich jego opisach spraw Bożych jest zresztąjedną z bardziej uderzających cech jego pontyfikatu[12]. Wizję swoją wyraził na tysiącach stron, w milionach słów: doktryna ta była zarazem pojęta jako pochodząca bezpośrednio od samego Boga, o którym papież sądził, że nadał mu niespotykany gdzie indziej na świecie dar nieomylności. Musi więc stać się dla nas jasne, że jego wizja z konieczności w praktyce wykluczała wizje Zbawiciela i Boga, jakie posiadali niektórzy inni katolicy, inni chrześcijanie czy inni ludzie wierzący. Ze względu na niemal nieograniczone możliwości władzy i rozszerzania swoich idei, wykluczeniu mogła towarzyszyć arbitralność o niesłychanej wprost sile.

Ktoś mógłby zarzucić tym rozumowaniom inną usterkę. Czyż jednak, zapytałby, podobna sytuacja wykluczenia nie jest zjawiskiem normalnym, właściwym dla każdego, kto nie tylko ma pełną wizję Chrystusa, ale również po prostu dla każdego,kto ma pełną wizję świata? Czyż rozmaite światopoglądy, całkowicie świeckie, nie wykluczają się wzajemnie rutynowo, w sposób nawet niekiedy szokujący? Czy każdy człowiek, który ma inny światopogląd niż jego bliźni, nie patrzy z przerażeniem na (z jego punktu widzenia oczywistą) arbitralność, z jaką ten bliźni decyduje o swojej wizji świata i naucza o niej innych? Czy ktoś, kto ma, naszym zdaniem, błędny pogląd, nie jest wykluczony przez nas z obszaru ludzi rozsądnych?

Otóż z pewnością do pewnego stopnia tak rzeczywiście jest. Moja prawda jest niekiedy percypowana przez bliźnich jako czysta arbitralność. Prawda wyklucza tych, którzy w jej świetle muszą być uznani za błądzących. Można więc powiedzieć, że prawda może niekiedy znaleźć się na drodze kolizyjnej z etyką, gdyż uznaniu kogoś za błądzącego może towarzyszyć pogarda. Obserwatorzy życia akademickiego mogą łatwo przekonać się, że duża wiedza nie gwarantuje szlachetności, ani bynajmniej nie chroni przed moralnie pospolitymi zachowaniami.

O ile ewentualność podobnej kolizji jest niebezpieczeństwem dla wszystkich, dla każdego papieża jest, a dla Jana Pawła II była w stopniu szczególnym, chlebem powszednim jego działalności. Działalność ta polegała przecież na przewodzeniu milionom katolików, różniących się od siebie pod względem etosu, kultury, ekonomii, teologii czy filozofii. Przedstawienie dość ściśle określonej doktryny oznaczało jednoznaczne opowiedzenie się po którejś ze stron naturalnego w tak dużej społeczności, wewnątrzkatolickiego sporu. Papież nie głosił zresztą jedynie po prostu prawdy: on głosił prawdę, która w jego oczach i w oczach milionów katolików pochodziłaprosto od Boga. O ile zatem każda prawda wyklucza, nie każda wyklucza w tym samym stopniu – nie każda wykluczamocą boską, bo żadna poza papieską nie powołuje się na zagwarantowaną przez Boga nieomylność. Owo daleko posunięte wykluczanie w imię prawdy boskiej jest jednym z bardziej uderzających znamion nauczania Jana Pawła II, którego ze względu na nieuchronnie olbrzymi tegoż wykluczenia zasięg, śmiało można nazwaćJanem Pawłem Wykluczającym. W tym świetle zwraca naszą uwagę zwłaszcza pewna treść papieskiego przesłania – treść tradycyjna, która chwali ascetyczne wartości kosztem życia małżeńskiego. Jak będziemy mogli się przekonać w dalszej części tej książki, Jan Paweł II w imię Boże doprowadzał miliony małżonków do wykluczenia z obszaru autentycznego chrześcijaństwa.

Reasumując, można rzec, że większość ludzi na świecie może sobie pozwolić na daleko posuniętą jednoznaczność i szczegółowość swoich poglądów; wielu ludzi bez szczególnych szkód dla otoczenia może wyznawać poglądy ascetyczne czy dyskryminujące. Wygłoszenie takich poglądów nie spowoduje najczęściej problemów psychologicznych, duchowych czy religijnych u nikogo, gdyż ich autorytet oraz zasięg oddziaływania jest niewielki. Sytuacja Jana Pawła II jest pod tym względem jednak wyjątkowa: jego autorytet był wielki, „najsilniejszym jego punktem” była „umiejętność oddziaływania na ludzi”[13], zaś pontyfikat przyniósł istny zalew słów. Ze względu na bycie reprezentantem tak wielu ludzi na świecie, każdy zatem jego daleko posunięty partykularyzm musiał okazać się ostatecznie niebezpieczny – każdy mógł wywołać, i wywoływał najczęściej uzasadnione poczucie, że papież wyklucza zamiast dowartościowywać. Nad jego postacią unosił się duch negacji, ukazujący się oczom wszystkich, którzy czytali jego dokumenty (i to niezależnie od tego, że duch afirmacji pojawiał się w wyniku oglądania jego sympatycznej postaci). Wydaje się, że tylko dyskretny papież, papież-mediator między rozmaitymi nurtami chrześcijaństwa, mógłby wypełnić swoją funkcję przywódcy tej religii w sposób godny ducha Chrystusowego. Nie może wypełnić jej natomiast papież supergwiazda, mający opinię na niemal wszystkie kwestie – nie wypełni jej osoba, która daje do zrozumienia, że w jej z natury partykularnym umyśle i ograniczonym doświadczeniu życiowym, ucieleśnił się transcendentny Jezus Chrystus. Słowem, nie wypełni jej chrześcijanin, który sądzi, że stał się alter Christus.

Jan Paweł Arbitralny

Sakralna arbitralność jest zatem jedną z niezbywalnych właściwości drugiego Chrystusa. Identyfikacja siebie z Chrystusem i Chrystusa z sobą skłania do sposobów myślenia i zachowania, które przystoją samemu Chrystusowi. Osoba, która przeprowadziła oba zabiegi, sądzi, że ma prawo do myślenia i postępowania niekoniecznie zgodnego z normami pozostałych ludzi. Alter Christus sądzi, że skoro Chrystus Pierwowzór jest panem wszelkich norm ludzkich, to on, drugi Chrystus, może dysponować podobną swobodą – naturalnie w imię Chrystusa i dla Chrystusa.

Jak zobaczymy dalej, w poglądach Jana Pawła II możemy napotkać rozmaite formy tego rodzaju sakralnej arbitralności. W tym paragrafie zakreślę jedynie ogólne rysy tego zjawiska oraz przytoczę kilka jego uderzających przykładów.

Nieomylny

Kiedy obcujemy głębiej z tekstami polskiego papieża, odczuwamy niewątpliwie, że mamy do czynienia z osobą, która pisze i przemawia z pełną świadomością, iż stoi za nią dogmat o nieomylności papieskiej. O ile można przyjąć, tak jak uczyniłem wcześniej, że sakralna arbitralność wynika u polskiego papieża z podwójnej identyfikacji, o tyle nie sposób wykluczyć, iż od strony instytucjonalnej dogmat o nieomylności papieskiej owe procesy znacząco wzmocnił. Teza o nieomylności przywódców Kościoła rzymskokatolickiego jest z pewnością dobrą glebą, na której może rozkwitać sakralna arbitralność – nie tylko Jana Pawła II, ale każdego innego papieża. Interesujące jest jednak to, że inni papieże nie zawsze do swojej nieomylności podchodzili tak serio, jak Karol Wojtyła. Przykładem może być Jan XXIII, który miał powiedzieć: „Nie jestem nieomylny. Papież jest nieomylny tylko, kiedy mówiex cathedra. Ja nie będę nigdy mówiłex cathedra”[14].

Jak wiadomo, dogmat o nieomylności został ogłoszony w 1870 r. na Soborze Watykańskim I, wywołując bardziej niż jakikolwiek inny gwałtowne kontrowersje w Kościele katolickim i poza nim. Większość dogmatów mówi bowiem o sprawach empirycznie nieweryfikowalnych, o sprawach, które nie mogą być ani sfalsyfikowane, ani potwierdzone przez jakiekolwiek empiryczne fakty. Na przykład nie sposób empirycznie wykazać fałszu ani też potwierdzić prawdę dogmatu o tym, że Chrystus był prawdziwym Bogiem i prawdziwym człowiekiem. Inaczej przedstawia się sprawa z dogmatem o nieomylności papieskiej, który dotyczy człowieka i jego aktywności, a więc rzeczy dość dobrze znanych i w jakimś stopniu weryfikowalnych. Rzeczą powszechnie i aż za dobrze znaną jest mianowicie to, że każdy człowiek bardzowiele nie wie i bardzo często błądzi. Dlatego pretensje do nieomylności wydają się, nawet wielu szczerym katolikom, pustymi uroszczeniami pełnymi nieumiarkowanej pychy.

Przeciw tym zarzutom mogą zostać jednak sformułowane pewne zastrzeżenia. Według nauki Kościoła katolickiego, nieomylność papieska ma przecież dotyczyć jedynie wiary i moralności, a nie obejmuje danych z dziedziny nauki, gospodarki, polityki itd. Ponadto, jak słyszeliśmy przed chwilą z ust Jana XXIII, nieomylność cechuje nie wszystkie sądy papieża, ale jedynie wypowiedziex cathedra, „to znaczy, gdy sprawując urząd pasterza i nauczyciela wszystkich wiernych, swą najwyższą apostolską władzą określa zobowiązującą cały Kościół naukę”[15]. Takich wypowiedzi Jan Paweł II nie sformułował. Co więcej, takich, ściśle odpowiadających definicji Soboru, orzeczeń papieskich bardzo niewiele było w historii Kościoła katolickiego – istnieje powszechna zgoda teologów, potwierdzona – omylnie bądź nieomylnie – przez Jana Pawła II[16], że z pewnością należą do nich dwa (o Niepokalanym Poczęciu Maryi z 1854 r. i Wniebowzięciu Maryi z 1950 r.). Nieomylność papieża dotyczy zatem jedynie jego nauczanianadzwyczajnego(wypowiedziex cathedra), nie zaśzwyczajnego(kazań, przemówień, encyklik), tzn. takiego, które charakteryzowało cały pontyfikat Jana Pawła II.

Podobne zastrzeżenia nie wydają się jednak przekonujące. Zauważmy najpierw, że ograniczenie nieomylności do spraw wiary i moralności ma znaczenie czysto kosmetyczne, skoro skądinąd wiadomo, iż każdy aspekt życia człowieka ma znaczenie moralne i religijne – we wszystkich obszarach życia człowieka rozgrywa się przecież dramat dobra i zła. W każdej dziedzinie – również w nauce, gospodarce czy polityce – można krzywdzić, oszukiwać, wyzyskiwać, a więc wszędzie tam mamy do czynienia z moralnością. Tym samym trzeba by stwierdzić, że nieomylność papieska rozciąga sięna każdyelement rzeczywistości ludzkiej.

Wprawdzie teologowie katoliccy powszechnie zgadzają się, że dwa wymienione dogmaty zostały ogłoszone w sposób spełniający warunkiex cathedra, tojednak nie ma powszechnej jednomyślności, jakie innewypowiedzi papieskie były w historii Kościoła rzeczywiście nieomylne[17]. Jeżeli więc jest możliwe, że jakiś papież wypowiadał sąd (według dzisiejszych kryteriów) nieomylny, nawet o tym nie wiedząc, to nie jest jasne, czy tak samo nie stanie się w przyszłości z jakąś bliżej nieznaną liczbą sądów wygłoszonych przez Jana Pawła II. Nie jest również jasne, czy ten ostatni, będąc świadomy faktu, że papież może wygłosić sąd nieomylny, nie przypuszczając, iż jest właśnie taki, nie myślał o pewnej liczbie albo o większości swoich sądów w ten sposób. Nie mamy żadnej pewności, czy wygłaszając z naciskiem takie czy inne twierdzenia, nie liczył w głębi ducha na to, że teologowie przyszłości dopiszą je do listy nieomylnych orzeczeń papieskich, tak jak teologowie współcześni uczynili to z różnymi orzeczeniami papieskimi z przeszłości.

Papież może być również nieomylny w inny, nie całkiem jawny sposób. Według doktryny Kościoła katolickiego, również zwyczajne nauczanie kościelne może być nieomylne, o ile jest powszechne, tzn. o ile istnieje na niepowszechna zgoda wszystkich biskupów[18]. Taka jednomyślność zwyczajna i powszechna jest przejawem nieomylności. Otóż warto zwrócić uwagę na fakt, że nieomylność zwyczajnego i powszechnego nauczania może stać się ukrycie nieomylnością papieską. Przykład takiej przemiany przynosi dokument, w którym Jan Paweł II ogłasza zakaz kapłaństwa kobiet,Ordinatio sacerdotalis. W zatwierdzonym przez papieża, a odnoszącym się do tego dokumentuResponsum ad Dubiumkard. Joseph Ratzinger stwierdza, że pogląd papieski na kapłaństwo kobiet należy uznać zanieomylny, gdyż jestoparty na zwyczajnym i powszechnymnauczaniu Kościoła[19]. Pogląd papieża na kapłaństwo kobiet wyrażałby powszechne odczucie biskupów rzymskokatolickich w tej sprawie. Otóżproblem w tym, że wszyscy biskupi mianowani są przez papieża i że każdy, kto nie zgadza się w jakiejś istotnej sprawie z jego opinią i zgłasza publicznie swojevotum separatum, może po prostuzostać usunięty ze stanowiska. Ta administracyjno-teologiczna struktura prowadzi w niektórych przypadkach do sytuacji, w której łatwo niejako„wyprodukować”nieomylność papieską: jeżeli wszyscy biskupi sądzą tak samo jak papież, wówczas ma miejsce jednomyślność, po której rozpoznaje się nieomylność tych biskupów, aleteż papieża, jeżeli natomiast jakiś biskup myśli inaczej niż on,zostaje usuniętyi w ten sposób jednomyślność – a wraz z nią nieomylność papieża –zostaje ponownie przywrócona. W ten sposób nauczanie zwyczajne i powszechne „Kościoła” może łatwo zostać przekute na nieomylne nauczania papieża. Żeby wziąć przykład z ostatnich lat, przytoczmy przypadek biskupa Williama Morrisa z Australii, który w 2006 r. wyraził pogląd przychylny kapłaństwu kobiet. W 2011 r. został usunięty ze stanowiska ordynariusza diecezji Toowoomba. Jeżeli więc można mniemać, że na kilka lat jednomyślność, a zatem również nieomylność nauczania zwyczajnego biskupów, a tym samym również papieża, została nadwątlona – decyzją administracyjną papieża została przywrócona.To papież zatem zadecydował, co jest nieomylne. W przypadku Jana Pawła II (tak jak dla Benedykta XVI, który przecież kontynuował linię poprzednika) osiągnięcie tak rozumianej nieomylności było o tyle łatwe, że, jak wiadomo, w ciągu swego długiego pontyfikatu mianował prawie całość episkopatu światowego[20]. Jednomyślność była czymś łatwym do osiągnięcia, gdyż biskupi w swej większości już od początku swego urzędowania mieli w istotnych sprawach te same poglądy co on. Jan Paweł II nie miał większych problemów z zachowaniem wśród nich jednomyślności, a tym samym własnej nieomylności.

Niezależnie od możliwości podobnych manipulacji na pojęciu nieomylności, istnieje również nieomylność, którą należałoby przypisać nauczaniu zwyczajnemu i niepowszechnemu, występującemu w normalnym nauczaniu papieża (w kazaniach, przemówieniach, encyklikach itd.). Wprawdzie dokumenty kościelne temu nauczaniu nieomylności nie przypisują, to jednak trudno jej tam nie dostrzegać. W Katechizmie Kościoła katolickiegoczytamy, że papież wypowiadający się w nauczaniu zwyczajnym posiada „boską asystencję”[21]. Otóż jest naturalne, że jeżeli ktoś dysponuje boską asystencją, jego wypowiedzi muszą byćpozbawione błędu. W innym wypadkucóż bowiem ta asystencja mogłaby właściwie znaczyć?W jakim celu Bóg asystowałby papieżowi, jeżeli nie właśnie po to, aby udzielić mu prawdy pochodzącej prosto z boskiego, nieomylnego źródła? Czy Bóg asystujący człowiekowi mógłby okazać się na tyle nieskuteczny, aby nie był w stanie zaoszczędzić zastępcy swojego Syna udręki błądzenia?

Jest więc konsekwentne, żeKatechizmwiąże nieomylność nadzwyczajnego nauczania papieskiego z bezbłędnością zwyczajnego. Zalecana postawa wiernych wobec obu rodzajów nauczania ma zresztą nie różnić się też w sposób szczególny. Nauczaniu nadzwyczajnemu wierni winni „przylgnąćposłuszeństwem wiary”[22], nauczaniu zwyczajnemu natomiast winni okazać uległość, która jest„przedłużeniem” uległości wiary[23]. O ile zatem nauczaniu nieomylnemu wyrażonemu w wypowiedziachex cathedrapapieży wierny winien okazać absolutną uległość, zwyczajnemu nauczaniu papieża powinien okazać uległość będącą w istocie „przedłużeniem” absolutnej uległości. Jak więc widzimy, trudno wskazać na praktyczną różnicę między tymi dwoma formami uległości. Zamazane granice między nimi wskazują na zamazane granice między wartością nadzwyczajnego i zwyczajnego nauczania. Staje się więc jasne, że nauczanie katolickie o zdolnościach percypowania prawdy przez papieża może być niestety dobrą podstawą do daleko idącej, rozciągniętej na każdy tekst czy kazaniesakralnej arbitralności. Stopień pewności, z jaką Jan Paweł II wypowiadał się o sprawach błahych i ważnych, pokazuje, że korzystał z tych przywilejów w całej rozciągłości.

Swoboda intelektu

Nieomylność papieska towarzysząca Maximusowi Pontifexowi rodzi naturalne osobliwości natury psychologicznej. Oprócz wielu innych rzeczy, oznacza ona również, że dzięki stałej asystencji Boga, papież jest w zasadziesam dla siebie kryterium prawdy. Nie tylko zatem w opinii otoczenia, ale również w swoich własnych oczach musi prezentować rzadkie zjawisko psychologiczne. Znajduje się w sytuacji wyjątkowo komfortowej – albo, w zależności od punktu widzenia, ostatecznie chorobliwie niekomfortowej – spotykanej jedynie wśród totalnych narcyzów: kiedy nie wie, jaka jest prawda w sprawach wiary i moralności – a zatem, jak ustaliliśmy przed chwilą, we wszystkich sprawach, które dotyczą człowieka –wystarczy mu zapytać samego siebie. Należałoby wręcz wyobrażać sobie, że każdy papież prowadzi we własnych oczach dialog wewnętrzny o randze wiecznej i ponaddziejowej, bo wśród wszystkich odpowiedzi, jakich udziela sobie samemu, pojawiać się muszą najwyraźniej, w jego mniemaniu, odpowiedzi nieomylne. Do jego nadprzyrodzonych prerogatyw należy zapewne – bo nie widać sposobu, jak mogłoby być inaczej – umiejętność sprawnego rozróżnienia między sądami omylnymi a nieomylnymi. Wszystkie te zdolności wynoszą go niezwykle ponad – lub przesuwają obok – możliwości poznawczych zwykłych śmiertelników i zapewne należą do głównego korpusu argumentów, które są w stanie wynieść go do godności alter Christus.

Założenie, że papież może udzielić sobie samemu nieomylnych odpowiedzi bez konieczności uwzględniania innych kryteriów posiada liczne, nieraz daleko idące konsekwencje. Jedną z nich jest niewątpliwie fakt, że jeżeli zechce,każde pojęcie może w jego ustach określać wszelkie inne pojęcie. Skoro Jan Paweł II był w swoich oczach drugim Chrystusem, a więc także drugą wiekuistą Mocą i drugim strasznym Majestatem, nie miał i nie mógł mieć przecież żadnych przeszkód, aby jedne myśli wiązaćswobodniez innymi, tak jak uznawał to za stosowne. Skoro odczuwał siebie jako osobę utożsamioną z Chrystusem – Chrystusem, który ze swego postępowania nie musi przecież tłumaczyć się przed nikim – dlaczego nie miałby postępować podobnie jak Syn Boży? Co więcej, koniecznością wydaje się rzeczywiście coś odwrotnego: aby uczynić zadość swojej wyjątkowej sytuacji alter Christus i tytułom, jakie nadała jego urzędowi tradycja, papieżpowinien byłbyć wręcz podobny do Boga również pod względem boskiej „arbitralności”.Musiałzatem wręcz – nawet jeżeli od strony osobistej motywacji przed tym usilnie by się wzdragał – postępować i wypowiadać się arbitralnie, również wtedy, gdy powiązania między pojęciami prowadziły do złamania zasad logiki, rozsądku czy solidarności międzyludzkiej.In hoc signobowiem rozpoznać można było w nim ślad wszechmocnego Bóstwa.

Wszystkie papieskie powiązania, dzięki stałej asystencji Ducha Świętego, mają zatem w oczach papieża i wszystkich jego zwolenników jak najbardziej fundamentalne uzasadnienie – uzasadnienie, o jakim każdy inny człowiek może tylko marzyć. Każda kategoria może być w istocie przypisana innej kategorii na tej samej zasadzie, na jakiej pada deszcz, wschodzi słońce i wieje wiatr – sądy papieża są bowiem tak samo zakorzenione w boskim rozumie, jak te zjawiska natury. Jeżeli pojawią się większe trudności logiczne czy teologiczne i jakaś kategoria nie może być przypisana innej kategorii wprost i bezpośrednio, to przecież zawsze może zostać jej przypisana „w pewnym stopniu”, „jakby”, „poniekąd”,„niejako” – słowa te, tak bardzo ulubione przez Jana Pawła II, tworzyły swoistą atmosferę niejasności, która sytuowała się tak blisko tajemniczości, a nawet Tajemnicy, o której przywołanie powinno również chodzić we wszystkich słowach przedstawiciela Boga na ziemi.

Uczyńmy dalszy krok w analizie papieskiej epistemologii. Dokładniejsza analiza wypowiedzi Jana Pawła II skłania do wniosku, że słowa w ustach papieża nie tylko i nie tyle opisywały świat, ile nade wszystkoten świat tworzyły. Słowa były u niego niewidzialnymi cegłami, którymi – w zgodności albo wbrew zasadom ludzkim i prawom ogłoszonym wcześniej jako Boże – budował niewidzialny zamek swojej doktryny. Słowa jego były sakramentem, który – naśladując akty chrztu, bierzmowania czy eucharystii – jednym gestem uobecniał boski świat w łonie stworzenia. Jeżeli owa budowa odbywała się w zgodzie z logiką, papież poruszał się w domenie rozumu, który był wszak w jego światopoglądzie, jak w światopoglądzie każdego innego człowieka, całkiem zrozumiały. Jeżeli odbywał się wbrew logice – papież poruszał się w domenie łaski i wiary, która, pomimo może trudnej do zniesienia arbitralności, była przecież w jego światopoglądzie nie tylko dopuszczalna, ale, jak zostało zasugerowane, wręcz obowiązkowa. Po nas choćby i potop,poznawczy potop– zdaje się myśleć każdy papież, również Jan Paweł II. Fakt, że w utonięciu w jego odmętach ów alter Christus widział coś fascynującego, jest być może godny ubolewania, ale zarazem na swój sposób również pasjonujący – tak, jak pasjonująca może być niekiedy szalejąca burza oglądana z okna bezpiecznego domu.

Zauważmy również, że wypowiedzi papieża raczejtworzyły świat, niż dążyły do uzasadnienia przekonań. Trzeba przyznać, że w dużym stopniu taka procedura obecna jest w tworzeniu wszelkich światopoglądów. Każdy humanista jest w ostatecznym rachunku mniej lub bardziej samodzielnym twórcą świata, który tworzy na kamieniu węgielnym wspólnych oczywistości, ale którego budowę kończy oryginalnie, na mocy odwagi osobistej, siły swej osobowości. W sferze refleksji świeckiej istnieją jednak liczne ograniczenia tej „artystycznej” zgoła dowolności – są to granice zdrowego rozsądku, racjonalności naukowej, krytycyzmu ze strony zwolenników innych światopoglądów. Granice te wyznaczają konieczność podjęcia dyskusji i usprawiedliwienia się. Otóż poczucie bycia nieomylnym u alter Christus oznaczało, że papież ograniczeń tych nie musiał przestrzegać,jeżeli tego nie chciał. Co więcej, zamiast ewentualnej dezaprobaty ze strony tych, którzy gotowi byliby mu zaprzeczyć, słyszał przeważnie – jeżeli pominąć nic niewnoszące okrzyki tłumów – uniżony głos swojej świty i przyjaźnie nastawionych gości. „Nie ma żadnej wątpliwości – pisze bystry obserwator jego pontyfikatu, Juan Arias – że Jan Paweł II wywoływał często wrażenie, że relacje z masami bardziej go interesują, niż z osobami i grupami”[24].

Luźne podejście do sprzeczności

Przykładów arbitralności intelektualnej w myśli Jana Pawła II jest wiele – jest ich, jak przystało na tak wielomównego mistrza,legion. Jednym z najbardziej szokujących jest jegoluźne podejście do sprzeczności. Otóż często bywa tak, że kiedy odkrywamy sprzeczność w jakimś tekście Jana Pawła II, ku naszemu zdumieniu okazuje się, że papież nie tylko nie konstatuje jej istnienia czy – na mocy wyższej logiki – deklaruje jej nieuniknioność, ale mówi wręcz o wzajemnym, istotnym związku między zdaniami, które sprzeczność tworzą.

Weźmy przykład z dziedziny aksjologii ciała. Jak zobaczymy jeszcze w dalszych partiach tej książki, papież stwierdza, że pod względem doskonałości dziewictwo stoi wyżej od małżeństwa. Co na podstawie niezbyt skomplikowanego rozumowania nasuwa się samo przez się, to wniosek, że małżeństwo jest uważane przez niego za stan gorszy, mniej doskonały. Okazuje się jednak, że takiego wniosku papież nie tylko nie wyciąga, ale wręcz odrzuca jakocałkowicie nie do przyjęcia. W Mężczyzną i niewiastą stworzył ichczytamy: „Owa „wyższość” bezżenności w stosunku do małżeństwa nie oznacza nigdy w autentycznej Tradycji Kościoła jakiegoś upośledzenia małżeństwa czypomniejszenia jego istotnej wartości”[25].

Jak widzimy, Jan Paweł II po prostu stwierdza, że wyższość dziewictwa wcale nie oznacza niższości nie-dziewictwa. Nie oznacza i koniec! Nawet najbardziej elementarna logika nie może przecież wymusić na drugim Chrystusie jakichkolwiek rozstrzygnięć, których on na mocy swoich boskich plenipotencji nie zechce zaaprobować.

W adhortacji apostolskiejFamiliaris consortio, obok stwierdzeniawyższości dziewictwa[26], Jan Paweł II wygłasza pogląd, że „dziewictwo i celibat dla Królestwa Bożego nie tylko nie stoją w sprzeczności z godnością małżeństwa, ale jązakładają i potwierdzają”[27]. Na pewno niejednego czytelnika może zastanowić fakt, jak jest możliwe w jednym i tym samym tekście stwierdzenie, że charyzmat dziewictwa znajduje się wyżej od małżeństwa, a zarazem ogłoszenie, żedziewictwo leży u podstaw godności małżeństwa. Jakież to zdumiewające i niespodziewane! I jak tajemnicze! Tak samo tajemnicze, jak najgłębsze dogmaty wiary, do których tajemniczości każdy chrześcijanin powinien wszak już dawno się przyzwyczaić. Nikt myślący logicznie nie potrafi pogodzić tych dwóch sprzecznych twierdzeń, ale mistrz sakralnej arbitralności w swojej paradoksalnej nowomowie jest w stanie ogłosić je w karkołomnym powiązaniu wręcz jako Dobrą Nowinę.

Jak zobaczymy w toku dalszych rozważań, Jan Paweł II wypowiadał wiele innych sprzeczności. Ich ilość jest dostatecznie duża, aby określić go nawet „papieżem sprzeczności”[28]. Wśród niekoherencji najbardziej uderzających znajduje się zdumiewające połączenie pewnej otwartości na świat zewnętrzny z niechęcią do rzeczywistego dialogu wewnątrz Kościoła. Papież wzywał do ekumenizmu i dialogu międzyreligijnego, a zarazem nie chciał spotkać się z lojalnymi katolikami żądającymi reform. Szwajcarski teolog Hans Küng, któremu w 1979 r. Jan Paweł II odebrał prawo nauczania jako teolog katolicki, wyznał, że „chciał rozmawiać z Janem Pawłem II od początku jego pontyfikatu”, ale „on nigdy nie dał mi tej możliwości w ciągu 27 lat”[29](zupełnie przeciwnie niż Benedykt XVI, który udzielił teologowi czterogodzinnej, przyjacielskiej audiencji zaledwie 5 miesięcy po wyborze na papieża, 24 września 2005 r.). Katolicy żądający reform nie mogli się spotkać z papieżem, chrześcijanie, którzy odrzucali katolicyzm – mogli, co więcej, spotkaniom tym nadawano uroczystą, medialną oprawę. Zasadna staje się uwaga, że papież dawał odpowiedzi nurtujące w jego mniemaniu Lud Boży, ale jest mniej pewne, czy w ogóle słyszał pytania[30]. Zauważmy na marginesie, że wzywając do dialogu ekumenicznego i międzyreligijnego, a zarazem negując dialog wewnątrzkościelny, papież rzucał cień na szczerość swoich intencji odnośnie do wszelkiego rodzaju dialogu. Jeżeli bowiem gotów był dialogować z ludźmi mającymibardzo odmienneod niego poglądy (z niekatolikami czy niechrześcijanami), a nie był w stanie dialogować z katolikami, którzy mielibardzo mało odmienneod niego poglądy, to z pewnością trudno uwierzyć w szczerość jego dialogowania z kimkolwiek. Jeżeli bowiem odrzucał dialog, który jest względnie prosty, jak można uwierzyć w jego deklaracje dialogu, który musi być wielce skomplikowany (jak ten z hinduizmem czy buddyzmem)?

Wspomnijmy o innej, jakże uderzającej właściwości tego pontyfikatu. Czyż nie była szokująca nauka, którą Jan Paweł II udzielał światu o pokorze? Wielki przywódca Kościoła, który nauczał o pokorze, o wyrzeczeniu się siebie, o władzy jako służbie, pozwalając zarazem, aby jego własnejastało się przedmiotempodziwu mas; który wzywał do uniżenia się na wzór Pananie widząc zgrozy w wiwatujących na jego cześć tłumach i pojawiających się masowo pomnikach; który mówił o służbie, podczas gdy idolatria, w której on sam, jako alter Christus, był głównym bożkiem, celebrowana była na całym świecie bez słowa napomnienia z jego strony. Patrząc z tego punktu widzenia, trudno nie przyjąć, że nauczanie papieskie proponuje rzeczywiście jedną z najbardziej sprzecznych, najbardziej zaburzonych nauk o doskonałości[31].

Prostoduszność samowywyższenia

Bycie swoim własnym nieomylnym kryterium prawdy może uchodzić za synonim doskonałości, autarkii, boskiej samowystarczalności. Problem w tym, że każdemu, kto dokonuje transgresji norm ludzkich, grożą zrozumiałe niebezpieczeństwa. Również niebezpieczeństwo nadmiernej prostoduszności:du sublime au ridicule il n’y a qu’un pas.Również jej przykłady znajdziemy u Jana Pawła II. Jeden z nich pojawia się w jego zapewnieniu, że Duch Święty z pewnościąprowadzi go w czasie modlitwy. W Przekroczyć próg nadzieitwierdził: „Papież modli się tak, jak Duch zezwala mu mówić. Myślę, że Papież musi się tak modlić, ażeby zgłębiając tajemnicę objawioną w Chrystusie, mógł lepiej spełniać swoje ministerium. I Duch Święty z pewnością w ten sposób go prowadzi”[32].

Nikt z ludzi nie może być pewny, że w modlitwie lub poza nią prowadzony jest w sposób względnie jasny przez Ducha Świętego. Jednak papież jako alter Christus jest pewien, że inaczej być po prostu nie może – w jego modlitwie obecność Ducha Świętego jest obowiązkowa.

Inny przykład naiwnej prostoduszności odnosi się do celów, jakie, zdaniem polskiego papieża, Bóg wiązał z jego pontyfikatem. Otóż po wyborze na stanowisko przywódcy Kościoła katolickiego Jan Paweł II miał usłyszeć od kard. Wyszyńskiego, jaki jest rzeczywisty, przewidziany przez Opatrzność, cel nadchodzącego pontyfikatu. Celem tym miało być mianowicie wprowadzenie Kościoła w trzecie tysiąclecie. Jan Paweł II uznał, że słowa Wyszyńskiegopochodziły od Boga i nie omieszkał o tym wielokrotnie poinformować cały świat[33]. Zamysł publicznego ogłaszania podobnych odczuć jako natchnień boskich jest o tyle ryzykowny, że zakłada niskie mniemanie o wszystkich innych katolikach. Z pewnością niskie mniemanie o nich musieli żywić papież Wojtyła i Wyszyński, skoro uznali, że bez przywództwa tego pierwszego, wiernym mogłoby w ogóle nie udać się wejście w trzecie tysiąclecie – albo że może weszliby w nie, ale jakoś niewłaściwie, z duchowymi szkodami. Czy uważali też może, że skoro wierni nie mogą wejść sami w trzecie tysiąclecie, to nie są również w stanie wejść w najbliższy rok, najbliższy tydzień bądź najbliższy dzień – i że we wszystkich tych przypadkach przywództwo biskupa Rzymu okazuje się niezbędne? Wydaje się, że są to dość ekscentryczne konsekwencje wynikające ze zbyt prostodusznej zamiany przypadkowych uwag kolegi kardynała na proroctwa pochodzące od samego Boga.

Arbitralność wobec tekstu Ewangelii – wyższość „długiej tradycji”

Przytoczmy teraz parę interesujących przykładów papieskiej arbitralności odnoszących się do interpretacji Ewangelii. Jan Paweł II uważa się za „sługę Ewangelii Jezusa Chrystusa dla nadziei świata”[34]. Służba Ewangelii przyjmuje jednak niekiedy u niego formy niepokojące. Z pewnością czytelnik zgodzi się ze stwierdzeniem, że typowe określenie przypisywane papieżowi: „Ojciec święty”, uchodzi za problematyczne dla wielu osób, także licznych zdeklarowanych katolików. Pada często bardzo słuszny argument, że kategoria „świętości” może być przypisana tylko Bogu, nie stworzeniu, a więc jeżeli przypisuje się ją człowiekowi, dokonuje się nadużycia, jeżeli nie świętokradztwa. Inny problem dotyczy zakazu, jaki postawił Jezus swoim uczniom, aby nie nazywali nikogo ojcem (Mt 23, 9–10). Jan Paweł II dostrzega obydwa problemy, gdy w Przekroczyć próg nadzieipowiada, że „przecież Chrystus sam powiedział: „Nikogo [...] nie nazywajcie waszym ojcem; jeden bowiem jest Ojciec wasz, Ten w niebie. Nie chciejcie również, żeby was nazywano mistrzami, bo jeden jest tylko wasz Mistrz, Chrystus”[35].

Papież trafnie dostrzega, że zwroty „Ojciec święty” lub „Wasza Świątobliwość” „zdają się być nawet przeciwne Ewangelii”[36]. Sposób podejścia Jana Pawła II do tych wyrażeń i ich oceny jest jednak wysoce zaskakujący. Okazuje się, że ostatecznie potrafi uporać się z wszystkimi trudnościami, które sam zasygnalizował. Ku naszemu zdumieniu, ponad słowa Chrystusa papież stawia„długą tradycję” i „przyzwyczajenie językowe”, zgodnie z którymi używanie owych tytułów papieskich jestakceptowalne: „Zwroty te [„Ojciec święty”, „Wasza Świątobliwość”] wyrosły na podłożu długiej tradycji. Stały się pewnego rodzaju przyzwyczajeniem językowym”[37].

To właśnie w imię tej tradycji i tego przyzwyczajenia językowego Jan Paweł II „nie lęka się”, jak powiada, przeciwstawiać nakazom Pańskim z Ewangelii. Swoje słynne słowa z inauguracyjnego przemówienia na Placu św. Piotra, „Nie lękajcie się!” – słowa, które, jak moglibyśmy się spodziewać, kierowane są do osób przeżywających egzystencjalne niepokoje – kieruje niespodziewanie również do samego siebie po to, aby zaakceptować zwroty typu „Ojciec święty” i „Wasza Świątobliwość”. Jak nietrudno zauważyć, oznaczają one w tym wypadku: „nie lękajcie się” przeciwstawić się Ewangelii, aby iść za długą tradycją i utrwalonym historycznie przyzwyczajeniem językowym. Aby wzmocnić swoją tezę, papież zarazem odwołuje się – dlaczego i tym razem nie miałby rozpętać konfuzji? – do Chrystusa: „Tak więc wobec Pańskiego pierwszego pytania pragnę odwołać się do słów Chrystusa, a zarazem do moich pierwszych słów z Placu św. Piotra.A więc: „Nie lękaj się!”, gdy cię ludzie nazywają Namiestnikiem Chrystusa, gdy mówią do ciebie: Ojcze Święty albo też Wasza Świątobliwość, lub używając tym podobnych zwrotów, które zdają się być nawet przeciwne Ewangelii”[38].

W imię Chrystusa zatem Jan Paweł II przeciwstawia się Chrystusowi. Niewiele z tego jesteśmy w stanie zrozumieć, ale jeżeli uwzględnimy specjalne prerogatywy, jakie przypisuje sobie jako alter Christus, wyjaśnienie jest możliwe i w zasadzie, niestety, pełne. On ma prawo pogodzić w taki a nie inny sposób obydwóch „Chrystusów”, skoro sam w swej istocie jest równy im i jednym z nich – skoro jeden i drugi jestde factoczęścią jego Chrystusowej jaźni.

Arbitralność wobec tekstu Ewangelii – dosłowność interpretacji

Współczesna myśl postmodernistyczna powiada, że nie ma faktów, gdyż to, co nazywamy faktem, jest w istocie interpretacją. Oszukujemy samych siebie sądząc, że mamy kontakt z rzeczywistością. Faktycznie jesteśmy zawieszeni w próżni, stąpając po kolejnych warstwach ludzkich wymysłów – swoich własnych lub kogoś innego. Nietrudno zauważyć, że nie sposób uznać ten pogląd za całkowicie trafny, gdyż z logicznego punktu widzenia w sformułowaniu takim znosi on samego siebie – mówiąc, że zawsze nie ma faktów, uznaje się przecież za fakt to, że nie ma faktów. Niewątpliwie jednak w ograniczonej formule postmodernizm pomaga dostrzec duże obszary myślenia, w których rzekomy kontakt z rzeczywistością jest tak naprawdę kontaktem z interpretacją (często właśnie zbudowaną na innej interpretacji). Wnioski postmodernizmu zatem, nie będąc uniwersalne, są w pewnych obszarach myślenia na pewno trafne.

Zbliżona sytuacja do tej opisywanej przez postmodernistycznych myślicieli zachodzi w tekście Ewangelii. Rozmaite wnioski z badań krytyczno-historycznych nad Biblią stały się już w dużym stopniu wiedzą dostępną szerokim rzeszom ludzi wykształconych. Świadomość, że Nowy Testament nie przedstawia rzeczywistości historycznej takiej, jaką ona naprawdę była, ale rzeczywistość wymieszaną z interpretacjami świadków i autorów nowotestamentowych, jest udziałem nawet chrześcijan całkowicie lojalnych wobec swoich kościołów. Powoli staje się wiedzą powszechną, że gdyby opisy ewangeliczne przedstawiały nagą rzeczywistość, nie byłoby w nich tyle niezgodności i niedokładności, ile faktycznie zawierają. Oczywista staje się obserwacja, że tekst Ewangelii zawiera wprawdzie pewne fakty historyczne, ale fakty te pokryte są w różnych miejscach warstwami interpretacji. Przyznają to nawet władze Kościoła katolickiego. Według Instrukcji Papieskiej Komisji Biblijnej z 1964 r., istnieją trzy etapy tradycji, przez które przeszła do nas nauka Jezusa i jego życie: nauczanie samego Jezusa, przepowiadanie apostołów, praca redakcyjna ewangelistów[39].

Otóż przejawem wielkiej sakralnej arbitralności ze strony Jana Pawła II wydaje się to, że, przyjmując literalne tłumaczenie Pisma św.,nie uwzględnia choćby najskromniejszych wyników krytyczno-historycznych badań nad Biblią. Przyjrzyjmy się paru uderzającym przykładom.

Jan Paweł II głosi, że Święta Rodzina uciekła do Egiptu[40], podczas gdy nawet najbardziej konserwatywni katoliccy badaczeEwangelii Dzieciństwauznają wyprawę do Egiptu za projekcję pewnych poglądów teologicznych. Profesor Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego – uczelni konserwatywnej i całkowicie lojalnej wobec władz konserwatywnego Kościoła polskiego – ksiądz Józef Kudasiewicz pisze: „Sam fakt ucieczki z Betlejem w celu ratowania życia przed zakusami Heroda jest elementem autentycznie historycznym. Natomiast wzmianka o Egipcie jest amplifikacją literacko-teologiczną”[41].

Papież uznaje również, zgodnie z literą przekazu Mateusza, że Mędrców ze Wschodu prowadziła gwiazda[42], podczas gdy nawet najbardziej konserwatywni badacze Ewangelii uznają ją za pobożną fikcję. Zdaniem tego samego ks. prof. Kudasiewicza, nie jest „rzeczą wykluczoną, że gwiazda Mędrców jest literackim rozpracowaniem teologiczno-mesjańskiego tematu Starego Testamentu”[43], a jest rzeczą pewną, że „wzmianki o gwieździe, która prowadziła Mędrców w podróży, wskazywała miejsce narodzenia Mesjasza, są amplifikacją haggadyczną”[44]– czyli wzmianki te stanowią oparty na wzorach judaistycznych „swoisty, anegdotyczny sposób interpretacji Pisma” (bo tak Kudasiewicz haggadę określa)[45].

Arbitralność wobec tekstu Ewangelii – „bezżenni”, których nie ma

W tym swobodnym stosunku Jana Pawła II do badań krytyczno-historycznych ujawnia się jego mistrzostwo sakralnej arbitralności – nieco paradoksalnie mówiąc można przyjąć, że jego najswobodniejszą interpretacją jest to, iż nie uwzględnia żadnych interpretacji wpisanych w tekst Ewangelii. Ale interpretacyjna aktywność papieża – także szokująco dowolna – jest również pozytywna: nakłada on na tekst Ewangelii swoje własne, wątpliwe – jak zobaczymy dokładniej później – interpretacje. Odnotujmy tutaj jedynie, że setki razy przedmiotem jego powracającej uwagi są „bezżenność” i „bezżenni” dla Królestwa niebieskiego. Problem polega na tym, że papież odnajduje „bezżennych” tam, gdzie ich nie ma – we fragmencie z Ewangelii Mateusza o eunuchach dla Królestwa niebieskiego (Mt 19, 12). Słowo, które w oryginale oznacza „eunucha”, w deliberacjach Jana Pawła II zostaje przemienione na „bezżennego”, aby stać się następnie przedmiotem jego najbardziej złożonych spekulacji nad istotą bezżenności, w jego ujęciu przedstawionej przez Chrystusa jakoideał najczystszej postaci chrześcijaństwa[46]. Fakt, że rozważa dogłębnie coś, czego w tym (tzn. w Mt 19, 12), ani w innym fragmencie Ewangelii w ogóle nie ma, jakoś papieżowi nie przychodzi do głowy. Nie przychodzi, gdyż całkowicie pogrąża się w tym miejscu w świecie własnej interpretacji, traktując ją – i potwierdzając na sobie niechcący słuszność tezy postmodernistycznej – jako fakt rzeczywisty, domagający się wyjaśnienia.

Podobny zabieg „poważnej gry” z interpretacjami można zaobserwować w innej kwestii związanej z fragmentem Mateusza o eunuchach. Otóż w Mężczyzną i niewiastą stworzył ichpapież przytacza pewne tłumaczenie zdania z Ewangelii Mateusza. W najwierniejszym tłumaczeniu Biblii warszawskiej, którą posługuję się głównie w tej książce, zdanie to brzmi: „Są również trzebieńcy, którzy się wytrzebili sami dla Królestwa Niebios” (Mt 19, 12). Przytoczone przez Jana Pawła II tłumaczenie jest autorstwa księdza Eugeniusza Dąbrowskiego, żyjącego w latach 1901–1970 biblisty i tłumacza Nowego Testamentu. Papież zauważa, że „Biblia Tysiąclecia tłumaczy: «[...] którzy dla królestwa niebieskiego sami zostali bezżenni» (por. wyd. 3, Poznań–Warszawa 1982)”, natomiast ks. E. Dąbrowski: „którzy się sami na to skazali” (por. wydanie Biblii Tysiąclecia, Paris 1964)[47].

Niezbędne w tym miejscu jest podkreślenie, że tłumaczenie Dąbrowskiego o skazaniu się na bycie bezżennym daleko odbiega od oryginału, w którym nie ma mowy o żadnej czynności tego typu. Czytelnika pragnęlibyśmy w tym miejscu odesłać do interlinearnego wydania Nowego Testamentu, w którym dosłowne tłumaczenie ukazane jest bardzo przejrzyście i w którym można łatwo przekonać się, że w oryginale greckim nie ma żadnej wzmianki o skazywaniu się na cokolwiek[48]. Otóż Jan Paweł II zauważa, że w przekładzie ks. Eugeniusza Dąbrowskiego („Którzy się sami na to skazali dla królestwa niebieskiego”) został uwydatniony aspekt „uciążliwości” decyzji wyboru bezżenności dla Królestwa niebieskiego[49]. Niewątpliwie ma rację papież, że ten aspekt został uwydatniony w tym przekładzie, choć jest zarazem oczywiste, że Eugeniusz Dąbrowski zupełnie arbitralnie odbiega od oryginalnego tekstu, którego chce być tłumaczem. Jan Paweł IIbierze jednak to wysoce swobodne tłumaczenie za dobrą monetę, jako że najwyraźniej odpowiada to jego pragnieniom. I oto okazuje się, że „skazanie się dla królestwa” przestaje być dla niegotranslacyjną osobliwością, a staje się faktem. Niespodziewanie dla czytelnika nie chodzi już o to, że Dąbrowski „uwydatnił w przekładzie” aspekt uciążliwości, ale o to, że w ujęciu papieża aspekt ten zostaje wyrażonywprost przez samego Chrystusa. Nieoczekiwanie Jezus w wydaniu papieskim zaczyna mówić – a czyni to zgoła, przyznajmy, dość obsesyjnie – posługując się tłumaczeniem księdza Dąbrowskiego. Odnosimy wrażenie, że toJezus czytał Dąbrowskiego, a nie Dąbrowski Jezusa: „Mówiąc o tych, którzy wybrali świadomie bezżenność dla królestwa niebieskiego, iż «sami na to się skazali», Chrystus przynajmniej pośrednio podkreśla, że wybór ten związany jest w warunkach życia doczesnego z wyrzeczeniem, a także pewnym duchowym trudem”[50]. Kiedy Chrystus mówił o bezżennych, „którzy się sami na to skazali dla królestwa niebieskiego” (por. Mt 19, 12), uczniowie (Apostołowie) mogli to zrozumieć tylko na Jego własnym przykładzie[51]. Potrójny paralelizm wypowiedzi Chrystusa osiąga swój punkt szczytowy w czasowniku oznaczającym wielkość dobrowolnie podjętego wyrzeczenia: „sami się na to skazali”[52].

Oto jak potężna jest magiczna moc Mistrza sakralnej arbitralności: „interpretacja” translacyjna Eugeniusza Dąbrowskiego zamieniła się pod dotknięciem papieskiej różdżki w fakt rzeczywisty i autentyczny. I to w fakt nie byle jaki: w słowa samego Jezusa, w ipsissima verba Iesu.

Jan Paweł Wykluczający