Alina Janowska i Wojciech Zabłocki. Biografia dwóch żywiołów - Hanna Faryna-Paszkiewicz - ebook + książka
NOWOŚĆ

Alina Janowska i Wojciech Zabłocki. Biografia dwóch żywiołów ebook

Hanna Faryna-Paszkiewicz

0,0

18 osób interesuje się tą książką

Opis

Niezwykła Janowska. Jedna z najbardziej rozpoznawalnych polskich aktorek powojennych: filmowych, teatralnych, telewizyjnych i estradowych. Więziona i przesłuchiwana przez Gestapo na Pawiaku, w czasie powstania warszawskiego – łączniczka batalionu AK „Kiliński”. Debiutowała w Zakazanych piosenkach, a w kolejnych rolach tworzyła niezapomniane i wyraziste kreacje, m.in. w Wojnie domowej czy w Złotopolskich. Grała u Wajdy, Chęcińskiego, Machulskiego, Gruzy czy Haupego. Kobieta z temperamentem!

Niezwykły Zabłocki. Trzykrotny medalista olimpijski w szabli i czterokrotny mistrz świata – ze względu na szybkość i niewielką posturę nazywany „małym tygrysem”. Architekt, profesor nauk technicznych, projektant hal, stadionów i kompleksów sportowych. Często projektował wiszące dachy – lekkie, wklęsłe konstrukcje, które sam porównywał do „latających dywanów”. Współtwórca Pomnika Powstańców Śląskich w Katowicach.

Niezwykły związek. Z osobna każde z nich to osobowość wyjątkowa, ale nie mniej wyjątkowa jest ich wspólna historia. Kto był bardziej przekonany do małżeństwa? Jak mogli ze sobą wytrzymać – i jakim cudem znajdowali dla siebie czas?

Hanna Faryna-Paszkiewicz pisze piękną literacką frazą i kreśli z właściwą sobie wnikliwością psychologiczną portrety dwóch silnych i wyjątkowych indywidualności. To wspaniała opowieść dla miłośników historii wojennej Warszawy, filmu, teatru, sportu, architektury. I dobrej biografii.

Książka zawiera dziennik Aliny Janowskiej z powstania warszawskiego – jej zapiski prowadzone na bieżąco podczas walk.

---

dr Hanna Faryna-Paszkiewicz – historyczka sztuki, związana zawodowo z Instytutem Sztuki PAN i Akademią Sztuk Pięknych w Warszawie. Autorka bestsellerowych biografii Kobusz. Jan Kobuszewski z drugiej strony sceny oraz Czechowicz. Hrabia, miś czy drań, a także biografii kobiet niezwykłych: Marii Morskiej (Opium życia) i Marii Jehanne Wielopolskiej (Polemira. Niesłusznie zapomniana).

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 368

Rok wydania: 2024

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Copyright © 2026 by IWR WE sp. z o.o.

Copyright © 2026 by Hanna Faryna-Paszkiewicz

Redaktor prowadzący: Michał Wilk

Adiustacja językowo-stylistyczna: Dorota Marcinkowska | Na pomoc tekstom

Korekta: Monika Karolczuk

Redakcja techniczna i projekt okładki: Paweł Kremer

Zdjęcie na okładce: Marek Szymański / REPORTER

Wydanie I | Kraków 2026

ISBN ebook: 978-83-8404-218-2

Emocje Plus Minus, ul. Meissnera 20, 31-457 Kraków

Dział sprzedaży: [email protected]

EmocjePlusMinus.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotował Jan Żaborowski

Ślub

„Alina Janowska i Wojciech Zabłocki zapraszają na cocktail z okazji ślubu do kawiarni na pierwszym piętrze do hotelu Bristol dnia 12 grudnia o godzinie 14.30”. Był koniec 1963 roku.

Zaproszenie na ślub było zapowiedzią wydarzenia towarzyskiego. Przysięgę małżeńską składały sobie dwie powszechnie znane postaci: czołowy polski sportowiec i niezwykle popularna aktorka. Ona była gwiazdą scen estradowych, teatralnych, kabaretowych oraz ekranów kinowych i telewizyjnych, on – mistrzem planszy szermierczej, ulubieńcem tłumów, nawet tych, którzy nie odróżniali szabli od floretu. Na zawody polskich szablistów przychodziły rzesze widzów, bo to wtedy podopieczni Jánosa Keveyego, nazywani jego dziećmi, zdobywali indywidualne i zespołowe medale w najważniejszych światowych pojedynkach szermierczych.

Ślub był cywilny. Odbył się w budynku dawnego Pałacu Branickich, na skraju Nowego Światu i ulicy Smolnej – pod jedynym w ówczesnej w Warszawie tak zwanym dobrym adresem, który stanowił odpowiedni entourage dla tak radosnego wydarzenia. Alina Janowska wystąpiła w sukni uszytej przez Modę Polską. Według córki Aliny suknia była jasnobrzoskwiniowa, Wojciech po latach obstawał przy pomarańczowo-różowej, a jako kremowo-łososiową wspominała ją dziennikarka z „Panoramy Północy”1. Alina miała nadto etolę narzuconą na ramiona i blond włosy zebrane w kok. Wojciech pokazał się w garniturze w prążek i pod ciemnym krawatem. Ślubny bukiet tworzyły smukłe gałązki białego bzu – rośliny kapryśnej i wymagającej, w tamtych latach docenianej za oznaki wysiłków hodowców kwiatów i jako takiej dobrze widzianej w porach poza czasem jej naturalnego kwitnienia, a więc – jak w tym przypadku – zimą. Ślub państwa Zabłockich miał miejsce w połowie grudnia – najlepszym więc momencie na nieoczywisty bukiet.

W pamięci Agaty, córki Aliny z pierwszego małżeństwa, zachował się widok wiszącej na drzwiach szafy sukni mamy, w której miała pójść do ślubu. 29 września 2025 roku słyszę w słuchawce telefonu opis sukni: „Garsonka w kolorze kości słoniowej, delikatnie przełamana ku barwie łososiowej, z koronkową górą, atłasowe szpilki”. I zdanie o fryzurze, że dla mamy była raczej nietypowa – włosy uczesane w kok. Agata wie też, że na ślubie było wielu fotoreporterów i kamera Polskiej Kroniki Filmowej. Był grudzień, toteż atłasowe szpilki Alina musiała założyć dopiero wewnątrz, bo na jednym z prasowych zdjęć panna młoda, uchwycona przed urzędem, brnie w śniegu w wysokich botkach.

Po uroczystości na parę nowożeńców czekał szpaler wiwatujących sportowców z uniesionymi szablami w dłoniach. Przewodził im trener Władysław Dobrowolski, prywatnie ojciec aktora Jerzego Dobrowolskiego, twórcy kabaretu Owca. Od tego dnia w ich życiu tak właśnie przeplatać się będzie scena teatru czy estrady z planszą szermierczą i kreślarską deską. Już w poniedziałek, 14 grudnia, gdy na łamach „Przeglądu Sportowego” czytelnikom zadano pytanie: „Czyj to ślub?”2, ci ze świata artystycznego mówili, że znanej aktorki z inżynierem Zabłockim, zaś drudzy, kibice, że mistrza szabli Zabłockiego z Aliną Janowską. Po zawarciu związku młoda para przedefilowała pod wspomnianym szpalerem szabel m.in. mistrzów Włodzimierza Wójcickiego, Ryszarda Parulskiego, Witolda Woydy.

„Bez przesady można powiedzieć, że ten ślub połączył najpopularniejszych ludzi w kraju. Alina Janowska, kilkakrotna laureatka plebiscytów «Filmu» i «Expressu Wieczornego», a Wojciech Zabłocki – jeden z dziesiątki najlepszych sportowców polskich. To oczywiście jest miernikiem ich popularności, o sukcesach już nie wspomnę, bo znają je wszyscy. Świadkami byli poetka Agnieszka Osiecka i architekt Jerzy Hryniewiecki. Kiedy Janowska złożyła podpis na akcie ślubnym, Wojciech Siemion złapał się za głowę i jęknął: «Wszystko przepadło»”3. Urzędnik złożył niezwyczajne w takiej chwili życzenia, bo oprócz szczęścia na nowej drodze życia życzył sukcesów filmowych i olimpijskich. Potem przeprosił, że zepsuła się aparatura, która miała odtworzyć marsz weselny Mendelssohna, więc goście – szermierze i aktorzy odśpiewali go w formie wokalizy.

Alina mówiła w jednym z wywiadów4, że do czasu poznania Kajtka, bo tak najczęściej nazywano Wojciecha, nie była na żadnych zawodach szermierczych. Natomiast po ślubie, gdy tylko mogła, trwała na trybunie. Nie do końca znała reguły walki i nie zawsze zachowywała się wytwornie. Przyznała, że zdarzało się jej „ryknąć” z aplauzem w nieodpowiednich momentach, gdy sala właśnie wstrzymywała oddech.

Wojciech z kolei, gdy miał zostać jej przedstawiony, myślał, że to Mieczysława Ćwiklińska, bo miał tylko to jedno skojarzenie, gdy usłyszał, że chce go poznać bardzo znana polska aktorka.

Część pierwsza

Niezwykła Janowska

Marcelina RymkiewiczównaArchiwum domowe rodziny Zabłockich
Stanisław JanowskiArchiwum domowe rodziny Zabłockich

Inżynier i śpiewaczka

„Przede wszystkim jestem matka Polka, gospodyni, zamiataczka, sprzątaczka, zakupaczka [!], a dopiero potem gdzieś tam jest zawód mój…” – wyznała Alina Janowska w jednym z wywiadów. Ale jej losy są kroniką wielu zdarzeń dalekich od codziennych powtarzalnych czynności – przede wszystkim artystycznych, a także żywą historią z polityką w tle. Z powstaniem warszawskim czy z intensywnymi czasami PRL-u, które miały wpływ na zdarzenia w jej życiu. Wbrew temu, co powyżej o sobie powiedziała, zajęcia domowe nie przesłoniły jej pracy zawodowej. Przeciwnie, zawsze udawało jej się tak organizować intensywne życie zawodowe i osobiste, by obserwator mógł odbierać je, zgodnie z zamierzeniem, jako harmonijne. Po latach dochodzą jednak do głosu relacje, że wierna surowemu wychowaniu, jakie wyniosła z domu, pozostała bardzo wymagająca wobec samej siebie i najbliższych. „Myślę, że radość życia zawdzięczam traumatycznym doświadczeniom, które nie tylko mnie nie załamały, ale wręcz umocniły, oraz świetlistym osobom, dzięki którym przetrwałam wszystkie życiowe zawieruchy. (…) Rodzice trzymali mnie krótko. To było wychowanie chyba jeszcze XIX-wieczne. W kulcie przyrody, pobożności, w posłuszeństwie względem rodziców”5.

Janowscy byli zamożnymi ziemianami z majątkiem Polany II. To w sumie 250 hektarów, w tym 150 – lasów iglastych, 40 – ziemi ornej, 40 – pastwisk, 15 – sadu z pasieką i ogród warzywny oraz dom, a raczej dwór – siedmiopokojowy, z kuchnią i piwnicą, zabudowaniami gospodarczymi, stajnią i mleczarnią wyposażoną w zmechanizowany sprzęt. W majątku tym spędził dzieciństwo ojciec Aliny – Stanisław Kazimierz Janowski, urodzony 13 kwietnia 1892 roku w Petersburgu. Tam ukończył kolejne szkoły – gimnazjum, a potem studia na wydziale fizyczno-matematycznym, gdzie uzyskał tytuł inżyniera rolnictwa. Służba wojskowa zaprowadziła go do Wilna. Był adiutantem generała Józefa Dowbora-Muśnickiego i kapitanem 1. Pułku Artylerii Lekkiej Wojska Polskiego.

W 1921 roku przeszedł do rezerwy i rozpoczął cywilny rozdział swego życia. Inżynier Janowski był człowiekiem aktywnym, spełnionym zawodowo, uzdolnionym w wielu dziedzinach i działającym z pasją na licznych polach. Będąc inżynierem rolnictwa, zakładał kolejne szkoły rolnicze. To tłumaczy, dlaczego w dzieciństwie Alina często zmieniała miejsca zamieszkania. Janowski mniej więcej co cztery lata był służbowo przenoszony z jednej placówki do następnej, co żonie Marcelinie nie ułatwiało organizacji domu, a dzieciom – kontynuacji nauki na stałym poziomie.

Alina wspominała bibliotekę ojca – książki o tematyce rolniczej, leśnej, uprawie ogrodów i hodowli zwierząt, a także prenumerowane czasopisma dla dorosłych i dzieci. To dzięki niemu od małego miała dostęp do klasyki literatury polskiej. Radio i płyty gramofonowe dostarczały rozrywki i pozwalały łatwo przyswoić wiedzę muzyczną. Wszyscy w rodzinie lubili sport – zimą łyżwy, latem tenis, siatkówka, pływanie.

Jako nauczyciel Stanisław Janowski bywał podobno wybuchowy i porywczy, potrafił karać uczniów. Jeśli bywał surowy wobec własnych dzieci, mama pozostawała ucieczką, ostoją spokoju i dobroci.

Alina niekiedy wspominała, że ojciec potrafił wszystko. Co zapamiętała? Choćby to, że w podkrakowskich Brodach tata uplótł jej kiedyś koło ratunkowe – było z lekkiej trzciny i okazało się wielce pomocne w nauce pływania; dalej wspominała zrobione przez niego pudełko na papierosy, przechowywane w szafie lakierki na ślub z mamą i buty do jazdy konnej czy uszytą przez niego sportową kurtkę. Stanisław Janowski uprawiał wszelkie sporty, polował, a także piekł i gotował. Jego dziełami były rozmaite rodzaje strucli, kołduny litewskie czy bliny, z wielkiej ilości jaj i dodatków potrafił dla gości wyczarować nawet lody waniliowe.

Janowski, rolnik, hodowca, pedagog, miał również zdolności artystyczne w szerokim tego słowa znaczeniu: grał na pianinie i na porcelanowej okarynie, rysował, malował, potrafił z wyczuciem naśladować bliskich i znajomych, ale także artystów filmowych. Były to życzliwe parodie, pozbawione przerysowania czy złośliwości. W rozmowie ze mną we wrześniu 2025 roku jego wnuczka Katarzyna mówi, że umiejętności naśladowania innych osób odziedziczył jej syn Tomasz. Stanisław w oryginalny sposób łączył swoje zdolności z pracą pedagogiczną. Chcąc dać swoim uczniom szansę na ogólny rozwój, sprowadzał do szkół na występy artystów. Alina zapamiętała, że w Miętnem w tej roli zjawił się kiedyś recytator Henryk Ładosz, pisarz Jalu Kurek czy poeta Czesław Miłosz, a także zespół warszawskiej Reduty, nowatorskiej sceny Juliusza Osterwy. Pamięć dziewczynki, córki dyrektora Janowskiego, miała szansę utrwalić sobie te wizyty, bo po występach aktorzy bywali zapraszani na kolację do domu. Nietrudno wyobrazić sobie, że takie kontakty, przechodzące ze sceny w otoczenie rodzinne, robiły wrażenie na przyszłej artystce.

„Ojciec nauczył mnie, że jeśli przed kąpielą wieczorną poskładam ubranie, to będę mogła się szybko ubrać, gdy zajdzie taka potrzeba. To mi pomogło i w obozie, i w więzieniu, i w Powstaniu, a potem w pracy. (…) Tata przy swoich umiejętnościach bawił się z moim bratem w odprawianie mszy po łacinie. Robił to, żeby nauczyć Witka służenia do mszy. To była prawdziwa wiara, bo przenosiła wartości nawet przez zabawę”6.

A mama? Alina wspominała, że „zawsze chodziła ze ściereczką za pasem, ścierała kurze i śpiewała, gdyż była śpiewaczką, mezzosopranistką, i całymi dniami ćwiczyła głos. Ale mama lubiła wieś i umiała ją pięknie interpretować – analizowała kolory i formę. Stąd moja wrażliwość na malowanie”7. W wywiadzie nie dodała, że i ona w swej dorosłości, gdyby tylko miała czas, chodziłaby po domu i pucowała wszystko „do glancu”, bo chciała „żeby było ślicznie”.

Marcelina Romana, z domu Rymkiewiczówna, kształciła się w Petersburgu u sław największych scen. To w tym mieście poznali się ze Stanisławem i tam się w sobie zakochali. Po nauce w Warszawie, u Heleny Zboińskiej-Ruszkowskiej, Marcelina rozpoczęła karierę w Teatrze Nowości, gdzie występowała z Lucyną Messal, którą Alina po wojnie poznała u Tuwimów. Messalka potwierdziła, że Marcelina miała piękny mezzosopran. Na scenie śpiewała pod pseudonimem Wiczówna, który był skrótem od nazwiska Rymkiewiczówna. Alina wspominała, że mama z uporem ćwiczyła wokalizy, a potem dzieciom śpiewała znane jej z kart śpiewnika Noskowskiego Hu hu ha, nasza zima zła, czy Nasze słoneczko późno dziś wstało.

Jej talent i zamiłowanie do śpiewu nie miały szansy na zawodowe spełnienie. W teatrze występowała zaledwie dwa lata. Potem mogła śpiewać, ale tylko w domu. Wspólne życie ze zmieniającym miejsca pracy (zawsze na głębokiej prowincji) inżynierem rolnictwa, częste przeprowadzki i organizowanie domu od nowa nie pozwalały jej na rozwijanie artystycznej kariery. Gdy rodzina zamieszkała w podkrakowskich Brodach, kilka razy zdarzyło się, że Marcelina była zaproszona do Krakowa na radiowe recitale. Orkiestrą dyrygował Zbigniew Dymmek.

Ślub Stanisława Janowskiego i nieco młodszej, urodzonej 9 sierpnia 1894 roku w Łukowie, w domu rodziców – Juliusza i Marii z Markowskich Rymkiewiczów, Marceliny Rymkiewiczówny miał miejsce w warszawskim Kościele Najświętszego Zbawiciela. Był dzień 14 lutego 1920 roku. W chwili ślubu Stanisław jeszcze studiował, Marcelina natomiast od dwóch lat była śpiewaczką.

Zachowane rodzinne fotografie pokazują, że Stanisław i Marcelina tworzyli piękną parę, ich dzieci odziedziczyły nieprzeciętną urodę i, jak się szybko okazało, także rozliczne talenty.

Stanisław Janowski z córką (1925 r.)Archiwum domowe rodziny Zabłockich

Alina

Alina przyszła na świat 16 kwietnia 1923 roku w wojskowym Szpitalu Ujazdowskim w Warszawie. Poród został odebrany przez ordynatora, doktora położnictwa Romualda Śliwińskiego. Urodzoną w połowie kwietnia córkę zgłoszono w kancelarii parafii Zbawiciela dopiero 31 maja. Wtedy odbył się chrzest – w kancelarii stawił się jej ojciec, lat 31, rolnik, który w obecności Władysława Borawskiego, architekta, oraz Jadwigi Rymkiewiczówny, swojej szwagierki, urzędniczki, zgodnie z obowiązującą formułą „okazał dziecię płci żeńskiej” i oświadczył, że urodziło się przy ul. Nowowiejskiej pod nr 27 (vis-à-vis gmachu Politechniki, przy rogu z Polną; ulica przez pewien czas nosiła nazwę 6 Sierpnia, po wojnie znowu była Nowowiejską), na drugim piętrze, 16 kwietnia, z jego prawej małżonki, lat 28. Dziecko otrzymało imiona Alina Maria. Akt „okazania dziecka” był rzecz jasna konsekwencją wcześniejszych narodzin, a jako miejsce przyjścia na świat uznawano adres, pod który dziecko trafiło z kliniki. Tym samym fakt urodzenia w szpitalu nie został odnotowany.

Jej nianią, a po trzech latach także opiekunką brata Witolda, została Majusia, czyli Maria Kruszewska, wielokrotnie utrwalona na rodzinnych zdjęciach. Kobieta była kościelną chórzystką, ale wychowankowie wspominali, że pamięć o jej śpiewie długo ich prześladowała.

Kamienica przy Nowowiejskiej 27 była jednym z pierwszych domów zbombardowanych we wrześniu 1939 roku. Wcześniej dla małej Aliny, a potem i jej młodszego brata Witka to w dzieciństwie ważny punkt odniesienia. Wobec częstych zmian miejsc pracy ojca warszawskie mieszkanie dziadków Rymkiewiczów było symbolem stabilizacji i niezmienności. Eleganckie wejście z marmurowymi stopniami, czarno-białymi kaflami podestów, czerwonym dywanem i metalowymi prętami jego umocowań, by dobrze przylegał do stopni, otwierały, niczym unosząca się kurtyna, drzwi do rozdziału „mieszkanie dziadków”. Szyby na półpiętrach miały szlify, na postumentach stały kopie antycznych rzeźb.

Dziecko rejestruje zwykle kształty, kolory i szczegóły, które pozostają w głowie na całe życie i przypominają się dzięki skojarzeniom. Alina zapamiętała ciemnozieloną tapetę z wzorem liści kasztanowca i krągłymi kasztanami w holu, obok lustra zaś wisiał aparat telefoniczny – ebonitowe pudełko z korbką i niewielką tubą, do której należało mówić. Niezwykła pamięć dziecka rejestrowała z fotograficzną dokładnością niemal każdy szczegół – co gdzie stało, co wisiało na ścianach. Malarskie prace mamy, meble i obrazy, w tym kopia dzieła Józefa Siemiradzkiego Jezus w domu Marii i Marty, który, choć ofiarowany Marcelinie i Stanisławowi w dniu ślubu, długo wisiał w domu dziadków, zapewne czekając na stałe siedlisko rodziny córki. O obrazie tym wspomina Alina po latach, w innych okolicznościach – w pierwszych dniach drugiej wojny światowej, o czym poniżej. Dla wychowanej na wsi Aliny mieszkanie dziadków było „wytworne, bogate, jak w muzeum!”, a dla miłośników dawnej Warszawy bezcenne są także jej uwagi, że z okien mieszkania widać było teren wyścigów, a na nim konie, przeszkody, dochodzące odgłosy z treningów czy zawodów. A dalej widoczna była szczególna atrakcja – pas startowy warszawskiego lotniska.

W przypadku Aliny przez całe życie kluczową rolę odgrywać będzie niezwykle rozwinięta pamięć węchowa. Jednym ze skojarzeń Aliny z tym domem była woń czystości bijąca już od klatki schodowej. Prócz układu pomieszczeń, wzorów dębowej klepki na podłodze w holu i w kolejnych pokojach, Alina na całe życie zapamiętała zapach pasty do podłogi i obecne w kolejnych wnętrzach wonie tytoniu, perfum czy gotowanych potraw. Zapachy na długo łączyły się w jej pamięci z konkretnymi miejscami i wydarzeniami, a potem powracały w najważniejszych chwilach – od bezpiecznego zapachu mleka mamy i sielskich wiejskich przestrzeni aż po koszmarne wnętrza pomieszczeń śledczych w Alei Szucha, którą to woń przywołała jej pamięć, gdy pod okiem Andrzeja Wajdy kręcono tam z nią sceny do filmu Samson.

Już jako osoba dorosła Alina chciała odnaleźć miejsce swego urodzenia. Wiedziała tyle, że szpital otaczały wysokie drzewa parku. Była tam po raz ostatni, gdy urodził się jej brat, więc w pamięci miała mgliste obrazy i charakterystyczny zapach wnętrz. Po latach wspominała: „Kaziu, nasz kierowca i mój spowiednik [ksiądz Kazimierz Orzechowski, niespełniony aktor, grał w Złotopolskich rolę księdza] wiózł mnie z planu Alejami Ujazdowskimi. Mówię mu: Wjedź w Agrykolę i skręć w lewo. On na to, że tam jest zakaz. To nic, mówię, masz mnie przy sobie, jedź. Stanęliśmy przed Instytutem Teatralnym. To był mój szpital”8. Dostrzegła trzy ceglane budynki w zieleni, schowane pomiędzy wąwozami Agrykoli i Trasy Łazienkowskiej, a przed Zamkiem Ujazdowskim i za modną niegdyś Kawiarnią Na Rozdrożu. W tym przypadku górę jednak wzięło pobożne życzenie, bo dzisiejszy Instytut Teatralny to dawny pawilon chirurgii. W rzeczywistości zespół szpitala wojskowego, w którym urodziła się Alina, tworzyło niegdyś kilkadziesiąt podobnych obiektów. Wskutek budowy przelotowej Trasy Łazienkowskiej ocalały tylko trzy. Ale pozostawmy Alinę z myślą, że urodziła się na parterze przyszłej tak szacownej dziś placówki – Instytutu Teatralnego.

Witolda Henryka, brata Aliny, Marcelina urodziła w Warszawie 6 listopada 1926 roku, także w wojskowym Szpitalu Ujazdowskim. Alinka zapamiętała tę sytuację stosownie do wieku: „Kiedy miałam pięć lat, poszłam z tatą do tego szpitala odwiedzić mamę, która właśnie urodziła mojego braciszka. Przyjechaliśmy do Warszawy, kupiliśmy winogrona i poszliśmy do szpitala. Pamiętam ten charakterystyczny zapach. Szliśmy po schodach, a ja cały czas nie myślałam o niczym innym, tylko o winogronach, których na wsi nigdzie nie było. Tak po cichu myślałam, że one są może dla mnie, bo przecież takie dopiero co urodzone dziecko nie może ich jeść. Tata kazał mi dać je mamie. Dramat! Mama jednak mnie poczęstowała. Pamiętam błogi smak w ustach. Tak kojarzę narodziny brata: mama w łóżku, Witek w swoim łóżeczku i ja z tą pożądliwością do winogron”9.

Na zachowanym zdjęciu z datą „Berdówka w lipcu 1928” widzimy Alinę w letniej sukience i z wielką kokardą we włosach. Obok stoi mały Witek – towarzysz jej dziecięcych zabaw. Kiedyś przyznała się, że nieco go maltretowała, a w zabawach była prowodyrem wszelkich szaleństw. Z wyżłem Tomem biegali po parku, który dziecięca wyobraźnia zamieniała w nieprzebytą dżunglę. Inspiracją do zabaw był też obejrzany przez Alinę film z 1929 roku o samolotowej wyprawie Richarda Byrda na biegun południowy. Od tego czasu zimą organizowała „wyprawy podbiegunowe”, kiedy to przez taflę lodu na powierzchni jeziora oglądali z Witkiem zastygłe podwodne życie, a wiosną leżeli na brzuchach na łące nad brzegiem rozlanych rzek i obserwowali budzącą się do życia przyrodę. W towarzystwie Witka wypaliła pierwszego papierosa. Wprawdzie była to ich fajka pokoju, ale podobno smak dymu zniechęcił ją do palenia na całe życie.

Rok po ślubie Stanisław ukończył studia w Szkole Głównej Gospodarstwa Wiejskiego. Egzamin dyplomowy zdawał już po urodzeniu Aliny, a dwa lata później otrzymał tytuł inżyniera. Pierwszą pracę podjął w podwarszawskich Broniszach. Zatrudniono go tam w charakterze pomocnika gospodarczego w majątku profesora Stefana Moszczeńskiego. Życie Janowskich nie stało się jednak bardziej ustatkowane. Jako inżynier rolnictwa Stanisław powoływał do życia kolejne szkoły rolnicze czy leśne, dbał, by osiągnęły właściwy poziom nauczania, co nadal wiązało się z koniecznością częstych zmian miejsc pracy. Gdyby sporządzić mapę przejazdów rodziny Janowskich w tamtym czasie, wyglądałaby jak istny labirynt. Od połowy 1923 roku były Święciany na Wileńszczyźnie, potem majątek Głosków niedaleko Garwolina, gdzie zatrzymali się w latach 1923–1924. Jeszcze w 1924 roku trafili do Bartoszówki pod Rawą Mazowiecką, a już pół roku później ojciec objął stanowisko kierownika Publicznej Szkoły Rolniczej w Berdówce, daleko od Warszawy, w powiecie lidzkim. Tam mieszkali aż do jesieni 1928 roku.

Marcelina Janowska z dziećmi (Brody, 1931 r.)Archiwum domowe rodziny Zabłockich

Brody, Żoliborz, Miętne, Żyrowice…

W 1933 roku rodzina osiadła w Brodach w Małopolsce, niedaleko Kalwarii Zebrzydowskiej. Potem były Łazduny – dawny pałac na terenie dzisiejszej Białorusi, następnie Miętne pod Garwolinem, a przed samą wojną Żyrowice pod Słonimem. Dzieciństwo Aliny układało się więc zgodnie z kolejnymi punktami na mapie. Każda przeprowadzka oznaczała zaczynanie od nowa: nowy dom, nowe otoczenie, inne krajobrazy, sąsiedzi i dzieci, z którymi trzeba było się poznać. A ponieważ Alina była już uczennicą, dochodziły do tego jeszcze zmiany szkół, które zapewne czyniły wszystko trudniejszym.

W Brodach ojciec wyremontował dla swych dzieci kort tenisowy, uczył je pływać w stawie, a zimą wspólnie przypinali łyżwy i wywijali piruety na lodzie. Wszystkie ferie zimowe rodzina spędzała w Zakopanem. Szybko okazało się, że narty to też pasja Aliny. Wspominała, że zawsze była w ruchu: robiła mostki, szpagaty, chodziła na rękach. „Małpie skoki” – komentował ojciec.

Witek, zdolny i aktorsko, i plastycznie, miał wielkie poczucie humoru. Gdy mama ćwiczyła wokalne wprawki, kryli się za kanapą i brat, pod ton mamy, ale bezgłośnie, naśladował mimikę śpiewaków. W końcu zdradzał ich niepohamowany wybuch śmiechu. Wieczorami mama sięgała po popularny śpiewnik Noskowskiego, ale nie przepadali za „trącącymi myszką” łzawymi piosenkami śpiewanymi mezzosopranem.

Uroczystość przystąpienia Alinki do pierwszej komunii świętej w kościele bernardynów w Kalwarii Zebrzydowskiej, gdy mieszkali w Brodach, okazała się w dwójnasób nietypowa. Alina, chora wówczas na żółtaczkę, nie mogła wziąć udziału w święcie razem z grupą rówieśników. Przeżyła tę ceremonię sama, to znaczy w obecności bony Majusi i księdza. Pamięta, że pojechały do klasztoru wolantem i woźnica dla fasonu strzelał z bata. Wtedy kościół był tylko dla niej. Bardzo lubiła tamte okolice, drogę do Lanckorony i dróżki kalwaryjskie, zapamiętała, jak jaśniał w słońcu drobny piasek. Potem już nigdzie takiego nie widziała. Po deszczu można było jak ciasto miesić go stopami.

Brody wiążą się także ze wspomnieniem pierwszej szkoły, do której Alina chodziła (od jesieni 1930 roku) przez całą klasę pierwszą i kilka miesięcy klasy drugiej. Szkolne zajęcia poprzedziła nauka w domu, kiedy to ojciec wprowadzał ją w tajemnice ręcznego pisania.

Gdy jednak nauka stała się poważniejszą częścią życia Aliny i jej brata, rodzice podjęli ważną decyzję – dzieci zamieszkały z boną w Warszawie, na Żoliborzu, u wujostwa Trembińskich, czyli u siostry mamy. Kolejno więc z mieszkań pod adresami przy ulicy Śmiałej, a potem z Placu Słonecznego, Alina jeździła tramwajem do szkoły na nieodległy Marymont. Tę marymoncką szkołę zamazywała w swojej pamięci. Było jej tam trudniej niż w Brodach i całkiem niesielsko. Warszawa – miejski hałas, ruch uliczny, jazda tramwajem i inni nauczyciele. Rosły też ich wymagania – Alina zdecydowanie źle wspominała naukę tabliczki mnożenia.

Edukację w Warszawie zakończyła, gdy rodzice z Brodów przenieśli się do majątku Miętne pod Garwolinem. Alina przeszła wtedy do czwartej klasy. Budynek szkoły był dumą Garwolina – nowoczesny, przestronny, pełen światła. Co ważne, była to szkoła koedukacyjna. To tam Alina poczuła siłę damsko-męskiej sympatii. Interesował się nią uczeń Edzio Hagner. W szkole podstawowej odnajdywali się na przerwach albo on, z piętra na parter (bo tam była jej klasa), spuszczał na sznurku liściki do niej. Co pisał? Nie wiemy. Alinka, śliczna panna, zwracała uwagę, nic więc dziwnego, że Edzio, zapewne nie on jeden, był nią zauroczony. Dodajmy, że majątek Miętne leży kilometr od miasta, więc Alinka była codziennie dowożona do szkoły wolantem, eleganckim konnym powozem, co budziło zainteresowanie uczniów.

Alina wspominała, że w Garwolinie nauczycielem gimnastyki i rysunku był Edward Ałaszewski, sławny potem karykaturzysta Ała, mąż aktorki Benigny Sojeckiej. Tak się złożyło, że większość karykatur Aliny Janowskiej i Wojciecha Zabłockiego, publikowanych na łamach „Przeglądu Sportowego”, wyszła spod jego ręki.

Przejście ze szkoły podstawowej do garwolińskiego gimnazjum było uzależnione od egzaminu, pierwszego w życiu poważnego sprawdzianu zdobytej wiedzy. Za temat wypracowania Alina wybrała swoje wrażenia z Jastarni, z zapamiętanej wakacyjnej podróży. Już wtedy miała łatwość pisania i lekkość, które jednocześnie niosły jej umysł i rękę. Dyrektorka szkoły doceniła styl pisarski uczennicy i nim ogłoszono wyniki, sama powiadomiła ją o dobrym stopniu.

Alina wybrała taki temat, bo wakacje w Jastarni zapadły w dziecięcą pamięć jako niezwykłe doświadczenie. Do niedawna Alina i Witek zostawali na letnie wakacje w domu, a więc w gospodarstwie z dworem. Mieli do dyspozycji konie pod siodło, kort tenisowy, staw do pływania. Natomiast nad morzem wiatr, sosny o poskręcanych konarach i wystających korzeniach były dla obojga nowością. Dodatkowo dla „zapachowej pamięci” Aliny to przede wszystkim nieznana mieszanka woni soli, jodu, ryb i suszących się na wietrze sieci była odkryciem świata całkiem nowych doznań. Wakacyjny wyjazd był więc silnym przeżyciem – ekscytująca podróż pociągiem, kolejne stacje, sprzedawane na nich słodycze i woda sodowa, a w przedziale rozkładane półki do spania.

W Miętnem Alina chodziła do gimnazjum, jeździła konno, uprawiała sport. Może trochę idealizowała to miejsce, ale zapamiętała je jako „skończenie piękne”. I choć nie dały o sobie zapomnieć wyjątkowo kłujące sienniki, które ojciec przygotował dla dzieci, „moje Miętne to pola wiecznie kwitnących malw, spichlerz ze zbożem i odkryte przeze mnie malownicze miejsce opodal stawu, gdzie po raz pierwszy przeczytałam Pana Tadeusza”10.

Za sprawą ojca do dworu przyjeżdżali z Warszawy aktorzy i w warunkach dalekich od zawodowych scen dawali przedstawienia. Tak pierwszy raz Alina z bliska zobaczyła i usłyszała dramat Uciekła mi przepióreczka z Juliuszem Osterwą i Elżbietą Osterwianką.

Kiedyś w Miętnem, na terenie tamtejszej ujeżdżalni 1. Pułku Strzelców Konnych, zorganizowano taneczne popisy. Podczas meczu siatkówki Alina uległa poważnej kontuzji – zwichnięciu nogi, które wymagało gipsu. Po miesiącu unieruchomienia usłyszała od lekarza, że może robić wszystko, tylko nie tańczyć. Cóż jednak znaczyła siła woli? Chciała zostać tancerką zawodową i czuła, że pokona wszelkie trudności.

Wśród licznych dobrych wspomnień o codzienności w podgarwolińskim majątku jest jeszcze jedno, raczej niecodzienne. Z dwóch powodów: samego zdarzenia, jak i obecności pewnej osoby na widowni. Rzecz miała miejsce w 1936 roku w remizie strażackiej. Dużą część publiczności stanowiła miejscowa śmietanka: ksiądz, wójt, lokalne persony, wśród nich nauczyciel ze szkoły powszechnej – Piotr Jaroszewicz. Tak, ten sam, który po latach, w Polsce Ludowej, został premierem. Teraz siedział w pierwszym rzędzie i podziwiał występy. Alina przygotowała taniec cygański. Potrząsała tamburynem, by podkreślić rytm. Tańczyła z wrodzonym sobie temperamentem i nagle, przy kolejnej figurze poczuła, że… pękła jej gumka od majtek i ten fragment bielizny zsuwa się ku ziemi. Jak niektórzy pamiętają, gumki były wtedy (i długo potem) warunkiem odpowiedniego podtrzymania bielizny na właściwym miejscu – w talii. Alina poczuła, że nadciąga katastrofa i jej kariera właśnie zawisła na włosku, a konkretnie na pasmanteryjnej gumce. Uchwyciła strój w odpowiednim miejscu i mówiąc ku widowni: „Chwileczkę, zaraz wrócę”, popędziła do domu obok. Złapała agrafkę, spięła gumkę i nie bacząc, że na scenie ktoś popisywał się skeczem, zawołała ku zgromadzonym: „Teraz ja kończę” i dotańczyła swój układ do końca. Podobno Jaroszewicz spadł z wrażenia z krzesła. A jeśli nie spadł, to dobrze zapamiętał determinację Alinki. Przekonała się o tym parokrotnie po latach, gdy, pokonując opór sekretarki, wkraczała do jego gabinetu z pewnymi prośbami.

Dziś dwór w Miętnem, stopniowo przywracany do dobrej kondycji, jest ośrodkiem kultury. Byłam tam latem 2025 roku. Dwór otoczony jest rekultywowanym parkiem z imponującym starodrzewem. Ogromne dęby tworzą ramę dla dawnej alei prowadzącej do stawu. Nie wszystkie drzewa stoją. Pnie tych leżących porastają mchem. Kiedyś, w czasach głębokiego PRL-u, Alina Janowska wracała autem z występów w Lublinie z aktorkami, siostrami Winiarskimi, Barbarą i Marią. Była wiosna. Zjechała autem z głównej drogi i zatrzymała się przed dworem. Wtedy wyglądem nie przypominał zadbanej siedziby szkoły rolniczej z dawnym mieszkaniem rodziny Janowskich. Ale Alina, wiedziona wspomnieniami z dzieciństwa, odnalazła w parku miejsce, gdzie – tylko tam – wiosną kwitły białe fiołki. Wspominała potem, że gdy na kolanach nachyliła się i poczuła ich zapach, popłakała się z tęsknoty za młodością. I przypomniała sobie, jak ojciec ze studyjnych podróży z uczniami do Belgii i Holandii, gdzie zwiedzał tamtejsze nowoczesne mleczarnie, przywoził do parku w Miętnem cebulki najlepszych odmian tulipanów, może więc i nasiona tych fiołków?

Z Miętnem wiąże się i inna historia, która wybiega lata w przód. Ma związek nie tylko z Aliną Janowską, ale i Wojciechem Zabłockim. Otóż w czasie tak zwanego karnawału Solidarności, między sierpniem 1980 roku a grudniem roku następnego, w klasach tamtejszego Zespołu Szkół Rolniczych, jak i w innych szkołach w kraju, zawieszono krzyże. Od 1983 roku zaczęto je usuwać, co wywołało głośne protesty. W Miętnem samorząd uczniowski, nauczyciele, miejscowi księża szczególnie gorliwie bronili religijnych symboli, organizując manifestacje. W kwietniu 2009 roku na skwerze przed szkołą odsłonięto upamiętniający tamte wydarzenia pomnik, którego autorem jest… Wojciech Zabłocki. Blisko pięciometrowe, metalowe, jakby ukorzenione pręty złączył w formę krzyża. W miejscu głowy Ukrzyżowanego zwiesza się ciężki polny kamień. Na ramionach krzyża zawisła banderola z ażurem liter ułożonych w słowa Konstantyna Wielkiego In hoc signo vinces (Pod tym znakiem zwyciężysz). Nie ma wątpliwości, kto zabiegał i dodawał własnej energii, by Miętne trwale upamiętniło tamte wydarzenia.

Po latach w jednym z wywiadów Alina powie, że dla niej Brody, Łazduny, Miętne, Żyrowice to nazwy magiczne. Jeszcze przedwojennym adresem rodziny Janowskich były właśnie Żyrowice pod Słonimem. To one stały się miejscem docelowym ostatniej przeprowadzki. Późną jesienią 1937 roku Janowski został tam dyrektorem Państwowej Średniej Szkoły Rolniczej i Gimnazjum Leśnego. Dla Aliny oznaczało to podjęcie nauki w kolejnej placówce – ostatnie klasy gimnazjum i liceum ukończyła w Słonimie. Zachowały się dwa zdjęcia z tamtego okresu: na jednym widać trzy dziewczynki i dwóch chłopców, z tyłu podpis, nieco obcięty: „Żyrowice 1 XI 35”. Jeden z chłopców ma na rękawie szkolną tarczę z liczbą 512. Na drugim – dwie panienki w paltach i beretach. Z tyłu podpis: „Halka i ja na przystani”, a poniżej wersja poprawiona: „Lusik i ja na przystani à la artystki filmowe z powywracanymi oczami, na tle przyrody. Słonim 16 III 39 r.”. Tłem była przystań nad rzeką Szczarą.

Zrealizowanym w Żyrowicach na krótko przed wojną pomysłem Stanisława Janowskiego był obelisk poświęcony pamięci Józefa Piłsudskiego. Nie wiemy, jak dokładnie wyglądał. Stanął przed szkołą rolniczą w 1937 roku. Zapewne został zniszczony.

Więcej szczęścia miała inna pamiątka z tamtego miejsca. Dla katolików i wyznawców prawosławia Żyrowice były miejscem kultu porównywanym czasami do Częstochowy. Znajdował się tam bowiem słynący z cudów obraz Matki Boskiej, który przyciągał liczne pielgrzymki. Po latach Alina pytana, co najbardziej zapamiętała z czasu przed wojną, powiedziała, że Cudowną Matkę Boską Żyrowicką. Z tym obrazem związana jest ciekawa historia, która zakończy się dopiero w 2017 roku.

W drugiej połowie lat trzydziestych za zebrane pieniądze ufundowano sztandar dla tamtejszej Szkoły Rolniczo-Leśnej, miejsca pracy dyrektora Stanisława Janowskiego. Mając fundusze, rozpisano konkurs, w którym wygrał projekt Ireny Dybowskiej z Warszawy11. Jej praca miała nowoczesny wyraz, stylistycznie była utrzymana w czystej formie art déco. Na rewersie znajdował się obraz Matki Boskiej Żyrowickiej i akt strzelisty, awers to odważna, modernistyczna wersja białego orła na amarantowym tle, w ramie z kłosów, dębowych liści i żołędzi. Zastosowano haft płaski, srebrne nici, aplikacje i pikowania. Sam haft był rękodziełem Towarzystwa Paramentowego sióstr z Zakładu św. Józefa w Pelplinie. Z uroczystości poświęcenia żyrowickiego sztandaru, 3 maja 1936 roku, zachowała się fotograficzna dokumentacja12.

17 września 1939 roku grupa białoruskich komunistów wtargnęła do budynku szkoły, niszcząc i paląc archiwa, zbiory entomologiczne oraz wszelkie dydaktyczne wyposażenie. Według słów Aliny Janowskiej, kilka godzin wcześniej „do gabinetu wszedł Tata, otworzył przeszkloną gablotę, gdzie sztandar zawsze wisiał rozpięty, wyjął go i położył na biurku. Na moje pytanie, dlaczego to robi, powiedział, że musi szybko go schować. Złożył materiał w kostkę i czymś owinął. W rozmowie monosylabami z p. Kazimierzem Kellerem [woźnym] padło wezwanie jednego z kościołów w Słonimiu”13. Ojciec mówił też o wywiezieniu razem wielkiej rozmiarami kopii14, dzieła Henryka Siemiradzkiego Jezus w domu Marii i Marty – wspomnianego wyżej prezentu ślubnego. Losy kopii nie są znane. Zapewne Stanisław Janowski, wobec dramatycznej sytuacji w Żyrowicach, zrezygnował z próby jej ukrycia.

Alina Janowska wiedziała, że jeszcze jesienią 1939 roku sztandar trafił do klasztoru sióstr niepokalanek w Słonimie. Musiało jednak upłynąć ponad pięćdziesiąt lat do czasu, kiedy to, w kwietniu 1989 roku, z jej inicjatywy zorganizowano podróż grupy absolwentów Szkoły Rolniczo-Leśnej do miejsc młodości. Oficjalnie jechali do Grodna, lecz w planie były Słonim i Żyrowice, a także wielka nadzieja na odnalezienie sztandaru. I stał się cud – był złożony i schowany w jednym z kufrów na strychu klasztoru niepokalanek. Alina Janowska szczegółowo opisała tę wizytę i rozmowę z księdzem, który w odpowiedzi na pytanie: „A jest tu może sztandar szkoły?”, uśmiechnął się tajemniczo i z błyskiem w oku wskazał kufer pod ścianą. Jak opisać wzruszenie, które ogarnęło zebranych? Relacja księdza Witolda Żelwietro, pisownia oryginalna: „Kiedy przyszli przyjaciele we wrześniu 1939, lud nasz co można ratowali i chowali. Kiedy przybyłem do Słonima, znalazłem dwa duże kufry, były pełne ornatów. Zacząłem suszyć, przewietrzać i między ornatami znalazłem sztandar”15.

Mimo dobrej woli księdza, by przekazać pamiątkę absolwentom, należało znaleźć oficjalną drogę. Alina Janowska, aktywna w Zarządzie Żyrowickiej Rodziny, dwa lata szukała zrozumienia pośród wysokich decydentów kościelnych i świeckich. Wreszcie wrażliwość okazali urzędnicy Departamentu Konsularnego i Wychodźstwa. W marcu 1991 roku, w wyniku porozumienia obu stron, zapadła pomyślna decyzja i dwa miesiące później sztandar przekazano Zarządowi Żyrowickiej Rodziny. Na „akcie powierzenia sztandaru” z 1 września 1991 roku widnieje podpis Aliny Janowskiej-Zabłockiej.

Po zakończeniu zabiegów konserwacyjnych, wspólną decyzją inicjatorów całej akcji, sztandar przekazano do kościoła św. Teresy od Dzieciątka Jezus w Białowieży. Słonim i Białowieżę dzieli niecałe 190 kilometrów, jest tam także szkoła o podobnym charakterze. We wrześniu 1991 roku odbyło się więc uroczyste przekazanie sztandaru uczniom miejscowej Szkoły Leśnej. Zawisł w gablocie w kaplicy Matki Boskiej Żyrowickiej we wspomnianym kościele. Obok umieszczono urnę z ziemią, którą spod szkolnego kościoła w Żyrowicach zebrała jedna z uczestniczek tamtej wycieczki „do Grodna” – Alina Janowska. I tym sztandarem żegnano ją w dniu pogrzebu, 20 listopada 2017 roku. „Nie mogło go zabraknąć. Obecność sztandaru to symboliczne podziękowanie za wszystko, co uczyniła” – napisała Anna Kulbacka16. W 2020 roku sztandar, z racji swej historii i klasy artystycznej, został wpisany do rejestru zabytków.

Legitymacja szkolna Aliny (Wilno)Archiwum domowe rodziny Zabłockich
Alina z przyjaciółką Halusią (Słonim, 1939 r.)Archiwum domowe rodziny Zabłockich

Wybuch wojny. Rodzina rozdzielona

Wybuch drugiej wojny światowej zastał rodzinę Janowskich w Żyrowicach. We wrześniu 1939 roku w stronę Słonima i okolic ruszyły tłumy uciekinierów z centralnej Polski. Sytuacja dramatycznie się zmieniła 17 września, gdy nastąpiło drugie uderzenie – od wschodu, kiedy to sowieckie czołgi zajechały przed szkołę, na wysokość pomnika Piłsudskiego. Zaczęły się samosądy na Polakach. Miejscowa banda zamknęła Stanisława Janowskiego w szkole, a potem w komórce. Szczęśliwie moment ten wypatrzył miejscowy elektryk, który z wysokości słupa obserwował ruch wokół szkoły. Udało mu się wytłumaczyć pilnującemu, kogo aresztowano, i przekonał go do oswobodzenia więźnia.

Ojciec Aliny wobec niepewnej własnej sytuacji czuł, że jego najbliżsi powinni uciekać. Przekazał żonie, by razem z dziećmi próbowali się dostać pieszo z Żyrowic do Słonima, to dziesięć kilometrów, a stamtąd pociągiem do Wilna, do jego siostry Janiny Wontorskiej. Architekt Stanisław Wontorski i jego żona Janina mieszkali przy ul. Bufałowej 14, na wileńskiej Bufałowej Górze. Przed wyjściem z domu Alina odruchowo chwyciła jeden z albumów z fotografiami. Towarzyszył im w dalszych etapach podróży. Dziś jest bezcennym świadkiem tamtych czasów i należy do spadkobierców Aliny Janowskiej.

Tu warto wspomnieć, że w rodzinnym archiwum pozostaje także kartka pocztowa ze znacznie wcześniejszą datą niż opisywane czasy i z adresem w Berdówce, ale dająca wyobrażenie o rodzinnych kontaktach i domu, do którego przybyła Marcelina z dziećmi. Był siódmy sierpnia 1927 roku, gdy Janina Wontorska, siostra Stanisława Janowskiego, a więc szwagierka Marceliny, napisała: „Bufałowa 14, Wilno, 7. 8. 1927. Kochana Marutko! Przyjm w dniu Twych Imienin najserdeczniejsze życzenia od nas obojga. Hala opowiadała nam o chorobie Witusia, życzymy więc przy tej okazji, żeby się jak najprędzej poprawił i przynosił Wam radość i wesele. Żebyś miała pojęcie, jak wygląda nasz domek, przesyłamy Ci te fotografie. (…) Nie zapominajcie o nas! Serdeczne uściśnienia [!] dla wszystkich od nas przesyłam, Janka. Adres: Maruta Janowska, poczta Lida, skrzynka pocztowa nr 5, z listami do szkoły roln. w Berdówce”. I, żeby nie było wątpliwości, na kopercie ze schowaną kartą pocztową Alina po latach zapisała: „W tym domu przyjęli nas po ucieczce z Żyrowic we wrześniu 39 r.”. Jak widzimy, Marcelinę nazywano w rodzinie Marutą. Takie imię pojawia się nawet w urzędowym zaświadczeniu o zmianie meldunku, kiedy to Maruta Janowska, zameldowana w Warszawie przy ul. Nowowiejskiej u rodziców, w czerwcu 1923 roku rozpoczyna z mężem niekończące się podróże po organizowanych szkołach gospodarstwa i leśnictwa.

Teraz, we wrześniu 1939 roku, bodaj ostatnim pociągiem ze Słonima, bez przedziałów i z twardymi ławkami, Marcelina Janowska z dziećmi dotarła do Wilna. Mieli do pokonania około 250 kilometrów. Niby niewiele, lecz w tym właśnie czasie historia niemal co dzień przynosiła zmiany na mapach. Jak wspominała Alina, „jechaliśmy ze Słonima do Wilna jeszcze polskiego, ale zamieszkaliśmy w mieście już litewskim”17. Witek miał wtedy trzynaście lat, Alina szesnaście. Warunki u wujostwa były ciężkie i jeszcze trudniejsze, gdy nadeszła zima przełomu 1939 i 1940 roku. Temperatura spadła do minus 40 stopni. Uchodźcy z Żyrowic nie mieli odpowiednich ubrań, w domu wujostwa było bardzo zimno i głodno. Rodzinie należała się pomoc z Rady Głównej Opiekuńczej, mama więc codziennie przynosiła nieco zupy i małe racje chleba. Bywało, że dzielili się swymi niewielkimi przydziałami z gospodarzami. To wtedy Alina z okazji kaziukowego jarmarku, czyli w dniu świętego Kazimierza, wpadła na pomysł, by choć trochę „dorobić”. Ze zdobionych wydmuszek jaj stworzyła niewielkie, w sumie niczemu niesłużące, ale zabawne ludziki. Z ich sprzedaży mogła zebrać nieco pieniędzy.

W Wilnie spotkała kuzyna Janusza Minkiewicza, młodego pisarza i satyryka. To spotkanie rozbudziło w głowie Aliny pragnienie, które wpłynie na jej życie – mimo bardzo niesprzyjających okoliczności powoli kształtowała się w niej wizja, co chciałaby robić w przyszłości. Wychowana w domu, gdzie muzyka, śpiew mamy, zabawne popisy ojca i wszelkie przejawy domowego życia artystycznego były dla niej czymś oczywistym, tak wtedy, gdy znalazła się w Wilnie, w prawdziwym, choć wojennym świecie sztuki i kultury, odkrywała całkiem nowe, właściwie nieznane jej rejony. Była złakniona kontaktu z poezją, tańcem, muzyką. Czuła, że potrzeba jej blasku świata kultury i to nie w biernym odbiorze. Chciała zaistnieć pośród artystów.

Dzięki pierwszym wileńskim znajomościom znalazła się kiedyś za kulisami Teatru Na Pohulance. Czy to był przełomowy moment w jej życiu? Akurat wystawiano Szczenięce lata Claude’a-André Pugeta. Na scenie: Hanka Bielicka, Danuta Szaflarska, Jerzy Duszyński. Nietrudno policzyć, ile minie czasu, nim całą czwórką w 1949 roku spotkają się na planie filmu Skarb. Dodajmy, że w lutym 2006 roku Hanka Bielicka i Alina obejrzą razem pokaz Zakazanych piosenek utrwalonych w wersji wideo. Janowska w jednym z wywiadów powiedziała: „Przyszłam do kina dużo wcześniej. Lubię się wyciszyć, przygotować do wydarzenia, w którym biorę udział. Sala była jeszcze pusta, na środku siedziała tylko jedna osoba – Hanka Bielicka. Przysiadłam się do niej. Chwyciła mnie za rękę. «Jak dobrze, że jesteś» – powiedziała. «Bałam się, że już wszyscy z ekipy filmu nie żyją». Dwa tygodnie później nie było już Hani”. Hanna Bielicka zmarła 9 marca 2006. Alina Janowska w imieniu ZASP-u żegnała ją na Powązkach.

Marcelina Janowska z dziećmi mieszkała w Wilnie niecały rok. Alina zdążyła pójść tam do kolejnej szkoły. Było to wileńskie gimnazjum i liceum imienia Elizy Orzeszkowej. Tam zdała egzamin maturalny. Wspominała, że, zważywszy na okoliczności i wcześniejsze zmiany placówek, egzamin potraktowano ulgowo. Efektem było świadectwo dojrzałości z litewską pieczęcią ze znakiem Pogoni. Do dziś w rodzinnym archiwum znajdują się zaświadczenie i legitymacja, jest też świadectwo (pažymėjimas) ukończenia szkoły z ocenami. Janovskytė Alina miała piątki z muzyki, kultury, z kosmografii i historii; z języka litewskiego, trygonometrii i fizyki – trójki, a z łaciny – czwórkę.

Aktorka nieraz w dorosłym życiu szczerze i bez cienia kokieterii mówiła o poczuciu „niedouczenia” i że w kolejnych szkołach była „średniakiem”, bo pomimo światłego domu, w którym dorastała, brakowało jej w miarę jednolitego kośćca w postaci konsekwentnie realizowanego programu nauki. „Urodziłam się jako duże dziecko, ale byłam przeciętna pod każdym względem od początku” – powtarzała18.

Losy nagle oddzielonego od rodziny na samym początku wojny Stanisława Janowskiego potoczyły się inaczej. 17 września, a więc w pierwszym dniu napaści wojsk Armii Czerwonej, jako polski dyrektor Państwowej Średniej Szkoły Rolniczo-Leśnej w Żyrowicach został aresztowany przez białoruski komitet obywatelski. Jak już wspomniano, z drewnianej komórki uwolnił go szkolny elektryk. Stanisław, pokonując zieloną granicę, dotarł do Warszawy. Jego wyczucie bieżącej sytuacji, potrzeb i własnych możliwości podpowiadało jedno: należy założyć firmę szklarską. Wymienił niezliczoną liczbę wybitych i potłuczonych wskutek bombardowań szyb. Kiedyś na warszawskiej ulicy spotkał doktora Witolda Łuniewskiego, dyrektora szpitala dla nerwowo chorych w Tworkach, a ten zaproponował mu pracę w przyszpitalnym gospodarstwie rolnym. Stanisław zajął służbowe mieszkanie w Pruszkowie, pracował przy szpitalu, uczył także w Prywatnej Szkole Rolniczej w Warszawie. Z przebywającą w Wilnie Marceliną utrzymywał w miarę okupacyjnych możliwości kontakt korespondencyjny. Małżonkowie marzyli o chwili, kiedy znajdą się razem w bezpiecznych warunkach.

I tak, pewnego dnia, w domu przy ulicy Bufałowej 14 zbiegły się dwie wiadomości, obie pozytywne. Ojciec zawiadomił rodzinę, że przeszedł przez zieloną granicę, jest pod Warszawą i czeka na żonę i dzieci. W Wilnie natomiast Rada Główna Opiekuńcza tworzyła transporty do Generalnego Gubernatorstwa. Dla Aliny szansa wyjazdu z Wilna łączyła się z możliwością przyspieszonego zdania matury. Tak też się stało. W pośpiechu dopełniali formalności wyjazdowych. Alina zapamiętała, że, namówiona przez ciotkę, zagrała na pożegnanie na „zziębniętym na kość fortepianie” dwa utwory, de facto z pamięci, choć udawała, że czyta nuty.

Dalsza część w wersji pełnej

Przypisy

1 E.K., Marsz pod szablami, „Panorama Północy” 1964, nr 2 (12 I).

2 „Przegląd Sportowy” 1963, nr 159 (14 XII).

3 Por. Kajtek, „Jazz” 1964, nr 2.

4 Adam Molak, Ryczałam na planszy. Sportowe pasje znanych ludzi – Alina Janowska, „Dziennik Polski” 1996, nr 179 (1 VIII).

5 Alina Janowska, Wywijam piruety, w: Łukasz Maciejewski, Aktorki. Spotkania, Warszawa 2012, s. 283.

6 Michał Góral, Zapatrzeni, Częstochowa 2010, s. 37–45.

7 Aleksandra Szarłat, Chcę pamiętać dobre rzeczy. Z Aliną Janowską rozmawia…, „Gala” 2008, nr 20.

8 Michał Góral, Zapatrzeni….

9 Tamże.

10 Alina Janowska, Wywijam piruety….

11 Malarka i graficzka Irena Dybowska (1906–1939), zginęła podczas bombardowania Warszawy.

12 Anna Kulbacka, Kalendarium historii Sztandaru Państwowej Średniej Szkoły Rolniczo-Leśnej w Żyrowicach, www.annakulbacka.com/historia-sztandaru.

13 Tamże.

14 Oryginał ma rozmiary 191 cm x 302,5 cm, jest własnością Rosyjskiego Muzeum Narodowego w Sankt Petersburgu.

15 Anna Kulbacka, Kalendarium historii….

16 Anna Kulbacka, Historia sztandaru Państwowej Średniej Szkoły Rolniczo-Leśniej w Żyrowicach. Materiały z konferencji Las i Historia, Gołuchów, 2017. Ośrodek Kultury Leśnej w Gołuchowie, www.annakulbacka.com.

17 Dariusz Michalski, Jam jest Alina, czyli Janowska Story, wyd. I, brak r. wyd., s. 50–51.

18 Michał Góral, Zapatrzeni…, s. 37–45.

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Spis treści

Ślub

Część pierwsza. Niezwykła Janowska

Inżynier i śpiewaczka

Alina

Brody, Żoliborz, Miętne, Żyrowice…

Wybuch wojny. Rodzina rozdzielona

Przypisy

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Spis treści

Meritum publikacji

Przypisy