Ala Baba i dwóch rozbójników - Joanna Wachowiak - ebook + audiobook + książka

Ala Baba i dwóch rozbójników ebook i audiobook

Joanna Wachowiak

4,5

Opis

Ala musi dzielić pokój z młodszymi braćmi bliźniakami, którzy bywają dla niej prawdziwym utrapieniem. Aby ich uspokoić, dziewczynka zaczyna snuć opowieść o wyprawie kosmiczną rakietą do odległej galaktyki. Ku jej zaskoczeniu bracia wierzą w wymyśloną historię i domagają się relacji z kolejnych wypraw. Ali przychodzi to bez trudu, ma bowiem niezwykłą łatwość opowiadania rozmaitych historii, które brzmią jak prawdziwe. I często z tej umiejętności korzysta, gdy ktoś zadaje jej niewygodne pytania. Ma wymyślone koleżanki, a z tymi ze szkoły nie znajduje wspólnego języka.
A gdy nieoczekiwanie jedna z nich chce się z nią zaprzyjaźnić, okropni bracia psują wszystko, nazywając Alę kłamczuchą. A może Ali tylko tak się wydawało? Może ta katastrofa to początek czegoś nowego?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 85

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 2 godz. 8 min

Lektor: Dominika Kluzniak

Popularność




Copyright © Joanna Wachowiak

Copyright © Wydawnictwo BIS 2016

ISBN 978-83-7551-514-5

Wydawnictwo BIS

ul. Lędzka 44a

01–446 Warszawa

tel. 22 877-27-05, 22 877-40-33; fax 22 837-10-84

e–mail: [email protected]

www.wydawnictwobis.com.pl

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Rozdział 1Zapiąć pasy, startujemy

Jest to opowieść o kilku planetach, które odwiedziłam – chociaż tak naprawdę nie postawiłam na nich nogi.

I o tym, jak wróciłam na Ziemię z pewnej planety, chociaż wcale nie wiedziałam, że na niej żyłam.

Ta historia zaczyna się całkiem zwyczajnie w najzwyklejszym miejscu pod słońcem: w naszym mieszkaniu.

W naszym mieszkaniu są trzy pokoje. Największy, wspólny, nazywamy dużym. Są w nim: brązowa kanapa, telewizor, stolik, kredens po babci i akwarium – i więcej nic, bo duży pokój tak naprawdę jest raczej mały. W drugim pokoju rodzice mają sypialnię, a trzeci… Trzeci jest bliźniaków i mój. Bo mam dwóch młodszych braci, bliźniaków. Już od dawna próbuję wytłumaczyć rodzicom, że powinnam mieć własny pokój, ale jak tylko o tym wspominam, tata zaczyna machać rękami i mówi:

– O nie, nie! Musimy z mamą mieć jakiś kąt tylko dla siebie.

A ja to nie?!

Okropnie jest mieszkać w jednym pokoju z bliźniakami. Nie można w spokoju pomyśleć ani poczytać, bo jak nie siedzą człowiekowi na głowie, to plączą się pod nogami. Na przykład dziś. Przyszłam ze szkoły, zjadłam obiad i chciałam przejrzeć encyklopedię kosmosu, którą dostałam na urodziny, a ci nieznośni bliźniacy akurat urządzili sobie wyścigi samochodów. Szurali po dywanie resorakami, naśladując przy tym odgłosy wyścigówek:

– Brum, brrrumm…! Ziuu, ziuu, ziuu…! Wrrrr…

Uch!

– Niech was czarna dziura pochłonie! – krzyknęłam. Odrzuciłam książkę i zerwałam się z łóżka. – Mamo! – zawołałam, wpadając do kuchni. – Już tego nie wytrzymam. Ja chcę w spokoju poczytać, a Leon i Filip warczą i prychają jak jakieś chore dinozaury! Uszy mi pękają, zrób coś!

– Alusiu. – Mama była ledwo widoczna zza obłoku pary unoszącej się nad garnkiem, w którym coś mieszała. – Jesteś już dużą dziewczynką. Spróbuj poradzić sobie sama, dobrze? Jestem zajęta, szykuję obiad na jutro, a zresztą nie mogę ciągle rozsądzać waszych sporów.

Z rodzicami to tak zawsze!

Wróciłam do pokoju, rzuciłam się na łóżko i nakryłam twarz książką.

– Pju, pju! – słyszałam teraz Leona. – Pjupjupju! Dostałeś z laserowego działa, galaktyczny potworze!

– Arrr! – zaryczał w odpowiedzi Filip. – Blaa, blaaaa, blaaach…!

– Uspokójcie się!! – wrzasnęłam tak, że podskoczyła książka na mojej twarzy.

Z kuchni natychmiast dobiegł ostrzegawczy głos mamy:

– Ala!

Westchnęłam.

– Uspokójcie się – powtórzyłam najspokojniej jak mogłam. – Bo robię coś  w a ż n e g o! 

– Nieprawda – zaprotestował Filip. – Ty tylko czytasz książkę. Wciąż tylko czytasz i czytasz.

– To nie jest jakaś tam książka. Jest o kosmosie. Bo planuję kosmiczną podróż do najbardziej odległej galaktyki. Jak najdalej od was – dodałam złośliwie.

Zrobiło się cicho. Cisza trwała dłużej niż chwilę, co bardzo mnie zdziwiło. Zdjęłam encyklopedię z twarzy. Bliźniacy wpatrywali się we mnie szeroko otwartymi oczami.

– E tam – odezwał się w końcu Leon. – Nie można podróżować w kosmosie.

– Nie można – zgodził się Filip. – Jak się nie ma rakiety.

To podsunęło mi pewien pomysł. Może dzięki temu dadzą mi poczytać w spokoju…

– Przecież można ją wypożyczyć. W wypożyczalni pojazdów kosmicznych. Ja tak właśnie robię. Rakieta podlatuje nocą, wsiada się na pokład i podróżuje do rana.

Bliźniacy wymienili spojrzenia.

– Akurat!

– Zmyślasz. Mamo, a Ala kłamie!

– Jak sobie, chłopaki, chcecie. – Wzruszyłam ramionami. – Jeśli powiecie o tym mamie, to nie pozwoli mi polecieć. Znacie ją: powie, że w kosmosie jest za zimno i że się przeziębię. A jak będziecie siedzieć cicho, to może zabiorę was na przejażdżkę.

Przynęta chwyciła. Bliźniacy chwilę szeptali między sobą, w końcu Leon wbił we mnie spojrzenie i spytał:

– A prawo jazdy? Nie masz prawa jazdy. A bez niego nie można prowadzić żadnych pojazdów!

Spryciarze.

– Mam prawo jazdy – rzuciłam lekko. – Międzygalaktyczne.

Leon oczywiście nie uwierzył.

– Prawo jazdy mają tylko dorośli!

Ale i na to miałam odpowiedź.

– Na Ozyrysie prawo jazdy dają ludziom od lat siedmiu. Bo oni liczą jeden rok życia człowieka jak trzy ozyryskie. No wiecie, tak jak ludzie liczą psie lata: jeden rok psiego życia to jak siedem lat ludzkich, czy jakoś tak. Czyli na Ozyrysie mam o wiele więcej lat niż tu, na Ziemi. Tam jestem już dorosła. A zresztą nowoczesnymi rakietami i tak sterują komputery pokładowe.

– Aha…! – Filip pokiwał głową.

Ale z Leonem nie poszło tak łatwo.

– Jak masz prawo jazdy, to pokaż.

Phi, pomyślałam. Poczekaj tylko, braciszku.

Sięgnęłam pod łóżko po pudełko w kwiatki, w którym trzymam różne swoje skarby: kamień, który wygląda jak skamieniałe jajo dinozaura, i drugi w kształcie serca, zasuszoną rozgwiazdę, fałszywy ząb rekina świecący w ciemności i takie tam. Przekręciłam kluczyk w malutkiej kłódce.

– Trzymaj. – Podałam Leonowi zardzewiałą blaszkę, którą w zeszłym tygodniu wypatrzyłam na chodniku. Nic nadzwyczajnego, ale zatrzymałam ją, bo miała ciekawy kształt i moim zdaniem wyglądała jak blaszany miś. Nie sądziłam, że do czegoś się przyda, a tu – proszę. Jak znalazł.

– To zwykła blacha – skrzywił się Leon.

– Blacha! – parsknęłam. – A coś ty myślał, że na obcej planecie wszystko wygląda jak na Ziemi? Nie znasz się. Widzisz te wypustki i otworki? Na Ozyrysie tak zapisuje się informacje. Wkładają to do odpowiedniej maszyny i ona wszystko odczytuje: ile mam lat, do jakiego należę gatunku, z której planety pochodzę, jakie pojazdy mogę pilotować. Wszystko!

Leon nie był już taki pewny siebie. Wciąż jednak nie dawał za wygraną.

– A skąd je wzięłaś, skoro to z obcej planety?

– Skąd, skąd! Zamawia się i przysyłają pocztą. Tylko że długo się czeka, jakieś dwa lata, czasem dłużej. No dobra, obejrzeliście już? To oddajcie. Nie chcę, żeby mi prawo jazdy zginęło.

Leon z ociąganiem oddał zardzewiałą blaszkę. Włożyłam ją do pudełka, zamknęłam je i wsunęłam pod łóżko.

– To co? – spytałam, układając się na łóżku. – Będziecie teraz cicho? Dacie mi w spokoju zaplanować trasę?

Bracia zerknęli na siebie.

– Dobra – kiwnął głową Leon. – Ale pod jednym warunkiem.

– Że nas zabierzesz na kosmiczną przejażdżkę! – dopowiedział Filip.

– Jasne – machnęłam ręką. – Nie ma sprawy. Umowa stoi.

Byłam z siebie bardzo zadowolona. Bliźniacy zgarnęli swoje zabawki i poszli się bawić do dużego pokoju, a ja umościłam się wśród poduszek, żeby wreszcie w spokoju poczytać.

Myślałam, że na tym ta historia się skończy. Ale bardzo się myliłam.

Rozdział 2Śliwka w kosmicznym kompocie

Następnego dnia nie udało mi się długo pospać. Obudziły mnie szept i szarpanie za rękaw.

– Ala! Ala!

– Co? Co jest? – mamrotałam nieprzytomnie i opędzałam się jak od muchy. Od dwóch much, mówiąc dokładniej. Nic to jednak nie dało.

– Wstawaj!

– Wstręciucho, oszukałaś nas!

– O co wam znowu chodzi? – burknęłam i naciągnęłam kołdrę na głowę. Zaraz jednak zsunęła się ze mnie, bo bliźniacy pociągnęli za jej drugi koniec.

– Co z wami? – warknęłam, siadając na łóżku. – Poszaleliście?! Przecież jeszcze ciemno! Dajcie mi spać, bo zawołam mamę!

– To my jej powiemy, że nas oszukałaś – ponurym głosem odezwał się Leon.

– Bo miałaś nas zabrać na przejażdżkę rakietą, a nie zabrałaś! – żałośnie zawtórował mu Filip.

Ach, o to im chodzi!

Rety, oni naprawdę uwierzyli w tę bajeczkę?

Przez chwilę zastanawiałam się, czy powiedzieć im prawdę. Nie, pomyślałam w końcu. Jak się dowiedzą, że wszystko o tej rakiecie zmyśliłam, narobią wrzasku i obudzą rodziców. A do kogo mama i tata będą mieć pretensje? Oczywiście do mnie.

Spróbowałam inaczej.

– Przecież nie mówiłam wam, że to będzie  t e j  nocy! Każdą podróż trzeba dobrze zaplanować, nawet gdy się jedzie nad morze, a co dopiero, gdy ktoś chce polecieć w kosmos. Źle ustawię komputer pokładowy i wpadniemy komecie pod ogon. Roztrzaska się pożyczoną rakietę i trzeba będzie za nią zapłacić. Albo jeszcze gorzej – wlecimy w czarną dziurę i nigdy się z niej nie wydostaniemy. Pomyślcie, co wtedy byłoby z rodzicami! Jak ustalę trasę, to polecimy.

Myślałam, że tym ich przekonam i dadzą mi jeszcze pospać. Z Filipem chyba mi się udało, ale nie z Leonem. Zaplótł ręce na piersi i obrócił się tyłem.

– Ja ci już nie wierzę.

Trochę zrobiło mi się przykro, no bo jak tak można – do siostry?!

– A ty? – Spojrzałam na drugiego z braci.

Filip zerkał to na brata, to na mnie.

– Nie wiem – wyznał wreszcie.

– To się zastanów. Bo