Adolf Hitler - August Kubizek - ebook + książka

Adolf Hitler ebook

August Kubizek

0,0
55,00 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

August Kubizek w latach 1904–1908 był jedynym przyjacielem Adolfa Hitlera, najpierw w Linzu, a następnie w Wiedniu, gdzie mieszkali w jednym pokoju. W tym czasie kształtowały się charakter i poglądy przyszłego wodza III Rzeszy.

August Kubizek, świadek tego procesu, w swych wspomnieniach stara się być obiektywny, szczery i dokładny. Opisuje między innymi rodzinę Hitlera, młodzieńczą miłość, kontakty z kobietami, pasję malarską, fascynację muzyką i architekturą, zainteresowanie polityką. Relacja Kubizka to niezwykłe źródło historyczne, niezbędne dla wszystkich, którzy starają się rozwikłać fenomen człowieka, który doprowadził do wybuchu drugiej wojny światowej.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.


Podobne


Przedmowa wydawcy niemieckiego

W 1951 roku uwagę naszego Wydaw­nic­twa zwró­cił mający pod­ów­czas 62 lata kie­row­nik urzędu miej­skiego w Efer­ding w Gór­nej Austrii, były kapel­mistrz orkie­stry teatral­nej, August Kubi­zek, który w mło­do­ści przez kilka lat utrzy­my­wał bli­ski kon­takt z Hitle­rem. Wiel­kie zna­cze­nie wspo­mnień Kubizka o dyk­ta­to­rze widać było jak na dłoni, choćby dla­tego, że – po pierw­sze – był jedy­nym przy­ja­cie­lem Hitlera za cza­sów jego mło­do­ści, po dru­gie zaś – że prze­ży­cia w okre­sie roz­woju mają znaczny wpływ na dal­sze losy i zacho­wa­nie czło­wieka. Na doda­tek zasad­ni­cze cechy cha­rak­teru w tym sta­dium życia nabie­rają dopiero pierw­szych, deli­kat­nych kon­tu­rów. I tychże zary­sów winni szu­kać bada­cze, jeśli chcą wyja­śnić przy­czyny póź­niej­szych dzia­łań Hitlera jako poli­tyka i męża stanu.

Z tego też powodu Wydaw­nic­two popro­siło Augu­sta Kubizka, by się­gnął po pióro i prze­lał na papier wspo­mnie­nia z daw­nych cza­sów. Naj­waż­niej­szym przy­ka­za­niem miało być dla niego przed­sta­wie­nie czy­tel­ni­kom prawdy, któ­rej wyłącz­nie z kolei winny słu­żyć także i te wspo­mnie­nia.

Z cha­rak­te­ro­lo­gicz­nego punktu widze­nia Kubiz­kowi można było cał­ko­wi­cie zaufać. Był ide­ali­stą, który po roku 1938 uprzej­mie, ale zde­cy­do­wa­nie odrzu­cił wszyst­kie pro­po­zy­cje Hitlera, by zre­zy­gno­wał z pracy jako kie­row­nik urzędu miej­skiego i powró­cił do życia muzycz­nego, obej­mu­jąc w nim kie­row­ni­cze sta­no­wi­sko. Kiedy gwiazda Hitlera zaczęła się chy­lić ku upad­kowi, Kubi­zek, choć w głębi duszy daleki ide­ałom naro­do­wego socja­li­zmu, wstą­pił do par­tii, chcąc tym kro­kiem dowieść wier­no­ści przy­ja­cie­lowi z mło­dych lat, i to wła­śnie przede wszyst­kim w cięż­kich dla niego cza­sach.

Po głę­bo­kim zasta­no­wie­niu i kilku pró­bach Kubi­zek spo­rzą­dził manu­skrypt, który uka­zał się dru­kiem w 1953 roku, wzbu­dza­jąc nie­zwy­kłe zain­te­re­so­wa­nie. Został on prze­ło­żony na wiele języ­ków (angiel­ski, w tym wyda­nie ame­ry­kań­skie, fran­cu­ski, hisz­pań­ski), dru­ko­wano go też we frag­men­tach w świa­to­wej pra­sie. Stał się on także obiek­tem grun­tow­nych badań histo­ry­ków. Kiedy Kubi­zek zmarł 23 paź­dzier­nika 1956 roku, jego wspo­mnie­nia były już uznane przez mię­dzy­na­ro­dowe kręgi za źró­dłowe.

Przed­sta­wiane w nie­któ­rych publi­ka­cjach twier­dze­nie, że w roku 1938 mię­dzy auto­rem, Augu­stem Kubiz­kiem, a Haup­tar­chiv der NSDAP [Archi­wum Główne NSDAP] jakoby doszło do usta­le­nia „wytycz­nych” dla jego wspo­mnień, nie odpo­wiada fak­tom.

Wydaw­nic­twu nie jest znany fakt ist­nie­nia jakie­go­kol­wiek poro­zu­mie­nia zawar­tego mię­dzy panem Kubiz­kiem a wspo­mnia­nym Archi­wum Głów­nym NSDAP, zaś wdowa po nim napi­sała nam, iż jej mąż ni­gdy nie był w tymże archi­wum w Mona­chium. Poza tym wzmianka o tako­wym poro­zu­mie­niu nie jest w żad­nej mie­rze dowo­dem, że Kubi­zek już wtedy pod­jął się spi­sa­nia wspo­mnień pod takim kątem. Ponadto o wiele bar­dziej decy­du­jący jest fakt, że cha­rak­ter Kubizka nie pozwo­liłby mu pisać wspo­mnie­nia według jakich­kol­wiek „wytycz­nych”. W swej książce autor pod­kre­śla zde­cy­do­wa­nie, że przy spi­sy­wa­niu tych wspo­mnień „nie czy­nił tego pod niczyim wpły­wem ani na niczyje zle­ce­nie”. Jako że autor już nie żyje, a jego wspo­mnie­nia mają war­tość doku­men­talną, jest rze­czą samą przez się zro­zu­miałą, że niniej­sze wyda­nie pozo­stało nie­zmie­nione w sto­sunku do wcze­śniej­szego.

Czer­wiec 1966, Leopold Stoc­ker Ver­lag

Uwagi do wydania czwartego

Wobec trwa­łego i znacz­nego zain­te­re­so­wa­nia, rów­nież ze strony krę­gów nauko­wych, bada­czy, a szcze­gól­nie publi­cy­stów, któ­rzy niniej­szą książkę uznają za auten­tyczne źró­dło, o czym świad­czą np. cytaty w ostat­nich publi­ka­cjach H. Joachima Festa, Wer­nera Masera i Roberta Payne’a [Wpły­wowi swego czasu publi­cy­ści histo­ryczni, znani głów­nie z opu­bli­ko­wa­nych bio­gra­fii Hitlera, róż­nie zresztą przy­ję­tych przez ówcze­sne i następne poko­le­nia bada­czy – przyp. red.], oraz fakt, iż posłu­żyła ona za pod­stawę sce­na­riu­sza filmu tele­wi­zyj­nego pro­duk­cji ORF i ZDF Ein jun­ger Mann aus dem Innvier­tel [Mło­dzie­niec z Innvier­tel], Wydaw­nic­two zde­cy­do­wało się na wyda­nie czwarte, ilu­stru­jąc je nowym mate­ria­łem zdję­cio­wym, który został nam udo­stęp­niony dzięki uprzej­mo­ści wdowy po Auto­rze.

Luty 1975, Leopold Stoc­ker Ver­lag

Akwa­rela Hitlera z 1906 roku.

Decyzja i uzasadnienie

Trudno mi było pod­jąć decy­zję o spi­sa­niu wspo­mnień z mło­do­ści zwią­za­nych z Adol­fem Hitle­rem, bowiem ist­niało wiel­kie nie­bez­pie­czeń­stwo, że zostanę źle zro­zu­miany. Jed­nakże szes­na­ście mie­sięcy, jakie musia­łem, będąc już pięć­dzie­się­cio­sied­mio­let­nim czło­wie­kiem, spę­dzić w 1945 roku w obo­zie dla inter­no­wa­nych, wyrzą­dziło sporo szkód w mym nie­zbyt odpor­nym na cho­roby orga­ni­zmie. Posta­no­wi­łem więc teraz wyko­rzy­stać dni, jakie zostały mi jesz­cze dane.

W latach od 1904 do 1908 żyłem jako jedyny przy­ja­ciel u boku Adolfa Hitlera, naj­pierw w Linzu, a potem w Wied­niu, gdzie miesz­ka­li­śmy wspól­nie w jed­nym pokoju. Mimo że idzie tu o lata, w cza­sie któ­rych istota czło­wieka nabiera stop­niowo cha­rak­teru, nie­wiele było wia­domo o tym cie­ka­wym okre­sie w życiu Adolfa Hitlera, a spo­śród tych licz­nych opu­bli­ko­wa­nych infor­ma­cji nie wszyst­kie były praw­dziwe. Także sam Hitler, jeśli idzie o te lata, zby­wał pyta­nia o nie mało zna­czą­cymi ogól­ni­kami. Przyj­muję więc, że moje opo­wie­ści mogą przy­czy­nić się do wzbo­ga­ce­nia obrazu Adolfa Hitlera, jaki stwo­rzyli współ­cze­śni, bez względu na repre­zen­to­wany przez nich punkt widze­nia. Naj­waż­niej­szym ich zało­że­niem jest to, iż spi­su­jąc moje wspo­mnie­nia z cza­sów mło­do­ści, nie chcę niczego upięk­szać, ale rów­nież i prze­mil­czać. Chcę tylko powie­dzieć: tak było.

Z tej też przy­czyny nie chciał­bym w żad­nym wypadku prze­żyć chwili, w któ­rej książka ta zosta­łaby zali­czona do typo­wej lite­ra­tury sen­sa­cyj­nej, żeru­ją­cej na nie­zna­nych fak­tach z życia Hitlera. Dla­tego cze­ka­łem z wyda­niem niniej­szych wspo­mnień do czasu aż zanikną tego typu książki i będzie można liczyć na to, że jeśli opu­bli­kuje się pozy­cję o Adol­fie Hitle­rze, jej czy­tel­nicy potrak­tują ją poważ­nie i rze­czowo. Byłoby błę­dem spo­glą­dać na nasze wspólne prze­ży­cia z mło­do­ści z per­spek­tywy póź­niej­szych eta­pów życia Hitlera. W mych wspo­mnie­niach sta­ra­łem się usil­nie zacho­wać dystans wobec postę­po­wa­nia Hitlera w póź­niej­szych okre­sach i spi­sy­wa­łem je sta­ran­nie, tak jakby Adolf Hitler, z któ­rym łączyła mnie ser­deczna przy­jaźń, pozo­stał potem czło­wie­kiem sze­rzej nie­zna­nym albo poległ pod­czas wojny świa­to­wej.

Jestem w pełni świa­domy, jak wielką trud­no­ścią było przy­wró­cić mej pamięci i spi­sać wyda­rze­nia odle­głe o ponad czter­dzie­ści lat. Jed­nakże przy­jaźń z Adol­fem Hitle­rem od początku miała cechy nie­zwy­kłe, tak że wszel­kie szcze­góły wbiły się w moją pamięć moc­niej, ani­żeli mogło to mieć miej­sce w wypadku prze­cięt­nej, powierz­chow­nej zna­jo­mo­ści. Poza tym czuję wielką wdzięcz­ność do Adolfa Hitlera za to, że zdo­łał prze­ko­nać mego ojca o tym, iż ze względu na szcze­gólne zdol­no­ści muzyczne moje miej­sce było nie w warsz­ta­cie tapi­cer­skim, lecz w kon­ser­wa­to­rium.

Ta decy­du­jąca o moim życiu zmiana, do któ­rej – mimo oporu mych bli­skich – udało się dopro­wa­dzić liczą­cemu pod­ów­czas osiem­na­ście lat Hitle­rowi, w moich oczach spo­tę­go­wała naszą przy­jaźń. To też przy­czy­niło się do tego, że zacho­wa­łem w pamięci tak wiele szcze­gó­łów. Na doda­tek, dzięki Bogu, dys­po­nuję jesz­cze dosko­nałą pamię­cią, acz­kol­wiek jest ona bar­dziej wyczu­lona na dźwięki. Wielką pomocą dla spi­sa­nia tych wspo­mnień oka­zały się też z jed­nej strony zacho­wane listy, kartki pocz­towe i rysunki, jakie otrzy­ma­łem od mojego przy­ja­ciela, z dru­giej zaś wła­sne notatki, jakie dawno temu poczy­ni­łem.

Jeśli nasz naród chce odzy­skać zaufa­nie do sie­bie po tak wiel­kim na nim uszczerbku, musi samo­dziel­nie roz­pra­wić się z okre­sem swej histo­rii, który przy­niósł tak wiel­kie ofiary; ozna­cza to też, że musi doko­nać tego sam, bez żad­nych naci­sków z zewnątrz. Jed­nakże może się to doko­nać nie poprzez jed­no­stronny osąd, lecz jedy­nie rze­czowe, spra­wie­dliwe, a tym samym i prze­ko­nu­jące przed­sta­wie­nie histo­rycz­nych wyda­rzeń. Do czego, mam nadzieję, przy­czy­nić się w ramach tej skrom­nej książki.

Efer­ding, sier­pień 1953

Pod­pis Augu­sta Kubizka

Część I. Młodzieńcza przyjaźń w Linzu

CZĘŚĆ I

MŁO­DZIEŃ­CZA PRZY­JAŹŃ W LINZU

Pierwsze spotkanie

Uro­dzi­łem się w Linzu 3 sierp­nia 1888 roku. Mój ojciec był tapi­ce­rem, a dzia­dek sto­la­rzem. Babka pocho­dziła ze wsi, z rodziny Gil­l­ho­fe­rów z Peu­er­bach. Matka była córką kowala, który w latach, gdy budo­wano konną kolej Linz–Budweis [Budzie­jo­wice], przy­wę­dro­wał do mia­sta. Oże­nił się z córką chłopa z Rosen­bergu. W ten spo­sób wie­śniacy z ojczy­zny Adal­berta Sti­ftera1 tra­fili do naszej rodziny. Moja matka miała w sobie wiele cech cha­rak­teru typo­wej miesz­kanki Böhmerwäldu2.

Zanim mój ojciec się oże­nił, pra­co­wał jako pomoc­nik tapi­cera w fir­mie meblar­skiej „Müller und Sohn” przy Beth­le­hem­strasse w Linzu. W połu­dnie jadał obiad w małej jadło­dajni przy Bischo­fs­strasse, ist­nie­ją­cej do dzi­siaj. Tam poznał moją matkę – pra­co­wała jako poda­jąca do stołu w tym lokalu, w któ­rym nie było obo­wiązku picia jakich­kol­wiek napo­jów. Oboje się sobie spodo­bali i w końcu, w lipcu 1887 roku, wzięli ślub.

Począt­kowo młoda para zna­la­zła dach nad głową w miesz­ka­niu rodzi­ców matki przy w Haf­ner­strasse 35. Wyna­gro­dze­nie ojca było nie­wiel­kie, a praca wyczer­pu­jąca. Matka zaszła zaś w ciążę i musiała zwol­nić się z jadło­dajni. Uro­dzi­łem się więc w dość smut­nych oko­licz­no­ściach. Rok póź­niej przy­szła na świat moja sio­stra, Maria, która jed­nak zmarła jesz­cze we wcze­snym dzie­ciń­stwie. W kolej­nym roku uro­dziła się The­rese. Umarła w wieku czte­rech lat. Moja trze­cia sio­stra, Karo­line, zacho­ro­wała ciężko, nie­do­ma­gała przez pewien czas i zmarła, kiedy miała osiem lat. Ból mej matki był prze­ogromny; przez całe życie cier­piała bar­dzo, wyobra­ża­jąc sobie, że mnie też będzie musiała stra­cić. Z czworga jej dzieci pozo­sta­łem przy życiu jako jedyny, stąd cała miłość matki sku­piła się na mej oso­bie.

Tu uka­zało się prze­dziwne podo­bień­stwo naszych, Adolfa i moich, losów: rów­nież matka Hitlera stra­ciła troje swych dzieci – Gustava, Idę i Ottona. Także Adolf był przez długi czas jedy­nym dziec­kiem, które pozo­stało przy życiu. Rów­nież Edmund, uro­dzony pięć lat po Adol­fie, umarł w wieku sze­ściu lat. Przy życiu pozo­stała tylko Paula, o sie­dem lat młod­sza sio­stra Hitlera. Obie matki miały wiele wspól­nego, jeśli idzie o cha­rak­ter. Podob­nie jak Adolf i ja, choć w swej mło­dzień­czej aro­gan­cji nie czy­ni­li­śmy zbyt wiel­kiego pro­blemu ze śmierci naszego rodzeń­stwa, czu­li­śmy się w pew­nym stop­niu nazna­czeni przez los, na podo­bień­stwo tych człon­ków zagro­żo­nego ple­mie­nia, któ­rzy prze­żyli i z tej przy­czyny chro­nieni byli w szcze­gólny spo­sób. To, że Adolf nie­kiedy, zapewne pod­świa­do­mie, nazy­wał mnie Gusta­vem zamiast Augu­stem – nawet jedna z kart pocz­to­wych, jaką do mnie napi­sał, ma w adre­sie imię, jakie nosił jego pierw­szy, zmarły brat – być może wyni­kało z tego, że uży­wana powszech­nie skró­cona forma Gustl ozna­czała zarówno Augu­sta, jak i Gustava, a może chciał spra­wić radość matce, prze­no­sząc na mnie, chłopca, który został do rodziny Hitlera przy­jęty jak syn, imię nie­ży­ją­cego brata. Nie potra­fię sobie tego dokład­nie przy­po­mnieć.

W tym cza­sie mój ojciec usa­mo­dziel­nił się i otwo­rzył zakład tapi­cer­ski w domu przy Klam­m­strasse 9. Ten stary, nieco przy­sa­dzi­sty, nie­fo­remny budy­nek, który prze­trwał lata w nie­zmie­nio­nym sta­nie, stał się miej­scem, gdzie spę­dzi­łem dzie­ciń­stwo i mło­dość. Muszę w tym miej­scu dokład­niej przed­sta­wić prze­bieg wyda­rzeń w owym cza­sie, cho­ciaż w grun­cie rze­czy nie mają one żad­nego zna­cze­nia, a to dla­tego, że chcę prze­ka­zać atmos­ferę, w jakiej roz­wi­jała się nasza mło­dzień­cza przy­jaźń z Adol­fem Hitle­rem. Wąska, mroczna Klam­m­strasse, przy któ­rej przez jakiś czas miesz­kał także poeta Adam Müler-Gut­ten­brunn, wyglą­dała zgoła nędz­nie w porów­na­niu z sze­roką, jasną, oży­wioną traw­ni­kami i drze­wami Pro­me­nade3, któ­rej prze­dłu­że­nie nie­jako sta­no­wiła.

Z pew­no­ścią wcze­snej śmierci sióstr winne były także nie­ko­rzystne warunki zdro­wotne w daw­nym naszym miesz­ka­niu. W nowym domu było już ina­czej, bar­dziej zdrowo – na par­te­rze mie­ścił się warsz­tat, a na pierw­szym pię­trze miesz­ka­nie, skła­da­jące się z dwóch pokoi i kuchni. Nie­mniej ojciec nie mógł się pozbyć kło­po­tów finan­so­wych, bo inte­res szedł źle. Wię­cej niż raz był bli­ski zamknię­cia zakładu i powrotu do fabryki mebli jako robot­nik. Jed­nakże za każ­dym razem uda­wało mu się opa­no­wać sytu­ację.

Posze­dłem do szkoły, co wcale mnie nie ucie­szyło. Moja poczciwa matka pła­kała z powodu złych ocen, jakie przy­no­si­łem do domu. Jej stra­pie­nie było jedyną rze­czą, jaką mogła mnie nakło­nić do pil­niej­szej nauki. Pod­czas gdy ojciec od początku był abso­lut­nie prze­ko­nany, że pew­nego dnia przejmę po nim zakład – bo po co miałby się tak zapra­co­wy­wać od rana do nocy! – to matka, mimo moich złych wyni­ków w szkole, chciała, bym potem poszedł dalej, na stu­dia. Naj­pierw jed­nak mia­łem przez cztery lata cho­dzić do gim­na­zjum, a póź­niej z całą pew­no­ścią zdo­być wykształ­ce­nie zawo­dowe. Ale ja nie chcia­łem o tym sły­szeć; byłem prze­szczę­śliwy, kiedy ojciec – gdy skoń­czy­łem dzie­sięć lat – auto­ry­ta­tyw­nie pod­jął decy­zję i posłał mnie do szkoły miej­skiej, co jego zda­niem miało raz na zawsze zakoń­czyć dys­ku­sje o moim dal­szym życiu.

Od dawna jed­nak ist­niała w moim życiu dzie­dzina, któ­rej cał­ko­wi­cie się odda­łem: muzyka. Widoczne stało się to wyraź­nie, gdy mając dzie­więć lat, na święta Bożego Naro­dze­nia w roku 1897 dosta­łem w poda­runku skrzypce. Dokład­nie przy­po­mi­nam sobie każdy szcze­gół tych świąt i jeśli wra­cam dziś myślami do tam­tych dni, sądzę, iż to wtedy, wraz z tym wyda­rze­niem, zaczęło się nie­jako me świa­dome życie. Naj­star­szy syn miesz­ka­ją­cych obok sąsia­dów był kan­dy­da­tem na nauczy­ciela i zaczął udzie­lać mi lek­cji gry na skrzyp­cach. Uczy­łem się szybko i dobrze. Jakąż radość spra­wiała mi gra i jakież per­spek­tywy się przede mną otwie­rały! Kiedy mój pierw­szy nauczy­ciel zdał maturę i został prze­nie­siony na wieś, zaczą­łem jako uczeń szkoły pod­sta­wo­wej uczęsz­czać rów­nież do szkoły muzycz­nej w Linzu, jed­nakże sys­tem nauki w niej nie bar­dzo mi odpo­wia­dał, być może dla­tego, że wyprze­dza­łem dalece innych uczniów, gdy idzie o umie­jęt­no­ści gry. Po feriach zaczą­łem znowu brać lek­cje pry­watne u sta­rego c.k. sier­żanta z orkie­stry woj­sko­wej, który już na samym początku wyja­śnił mi, że nic jesz­cze nie umiem, a potem na „spo­sób woj­skowy” nauczył mnie pod­sta­wo­wych ele­men­tów gry na skrzyp­cach.

Lek­cje u sta­rego Kopetzky’ego były praw­dziwą musz­trą. Jeśli nie­kiedy mia­łem dość szorst­kiego trak­to­wa­nia przez sier­żanta, zaczy­nał mnie pocie­szać i zapew­niał, że jeśli poczy­nię dal­sze postępy, z pew­no­ścią zostanę przy­jęty jako elew do c.k. regi­mentu muzycz­nego, co w jego poję­ciu sta­no­wiło kul­mi­na­cyjny punkt muzycz­nej kariery. Skoń­czyw­szy moje nauki u Kopetzky’ego, zna­la­złem wraż­li­wego, sumien­nego i peda­go­gicz­nie uzdol­nio­nego nauczy­ciela w oso­bie pro­fe­sora Hein­ri­cha Des­sau­era. Jako instru­mentu dodat­ko­wego uczy­łem się gry na trąbce i puzo­nie, pobie­ra­jąc ogólne nauki o pod­sta­wach muzyki i gra­jąc pod­ów­czas w szkol­nej orkie­strze. Już wtedy w głębi duszy zasta­na­wia­łem się nad tym, czy nie uczy­nić z muzyki mojego głów­nego zawodu. Co prawda nie na spo­sób sier­żanta orkie­stry woj­sko­wej, Kopetzky’ego, ale tak, jak to wyobra­żał sobie mój sza­cowny nauczy­ciel Des­sauer. Cóż za piękna przy­szłość!

Jed­nakże rze­czy­wi­stość szybko mnie otrzeź­wiła. Zale­d­wie skoń­czy­łem szkołę miej­ską musia­łem roz­po­cząć przy­ucza­nie do zawodu w zakła­dzie ojca. Już wcze­śniej, gdy była tego potrzeba, poma­ga­łem w warsz­ta­cie, więc szybko pora­dzi­łem sobie z tym wyzwa­niem. Jed­nakże grę­plo­wa­nie sta­rej tapi­cerki było obrzy­dliwą pracą. Naj­pierw nale­żało zdjąć całe obi­cie z ramy, a potem oddzie­lić starą wełnę od płótna i sprę­żyn. Czę­sto te ostat­nie były już zardze­wiałe, a płótno roz­la­ty­wało się w rękach! Przy pomocy grę­plarki, czyli bębna wypo­sa­żo­nego w walce z kol­cami, wpra­wiane w szybki ruch za pośred­nic­twem korby, musia­łem odpo­wied­nio roz­bić mate­riał wypeł­nia­jący – koń­skie wło­sie, pakuły czy wełnę. Cała ta praca prze­bie­gała w jed­nej wiel­kiej chmu­rze kurzu, tak że nie­wiele mogłem widzieć. Ileż to wtedy przy­no­szono do naszego warsz­tatu sta­rych mate­ra­ców! Można było w nich zna­leźć wszel­kie moż­liwe zarazki, jakie przez lata zebrały się w łóż­kach. Nic dziw­nego, że tapi­ce­rzy raczej nie doży­wali póź­nego wieku.

Wkrótce jed­nak pozna­łem przy tym i dobre strony zawodu tapi­cera, zwłasz­cza wyczu­cie piękna i dobry smak, a od nich nie­da­leko już było prze­cież do archi­tek­tury wnętrz. Odwie­dza­łem wtedy wytworne domy, widzia­łem i sły­sza­łem wiele, a przede wszyst­kim, jak się oka­zało, w zimie nie­wiele było do roboty, więc cały wolny czas mogłem, co samo przez się zro­zu­miałe, poświę­cić muzyce. Kiedy z suk­ce­sem zda­łem egza­min cze­lad­ni­czy przed cechową komi­sją rze­mio­sła, ojciec uznał, że warto, abym poznał pracę i w innych warsz­ta­tach. Rozu­mia­łem oczy­wi­ście słusz­ność jego pomy­słu, ale nie przy­kła­da­łem więk­szej wagi do dal­szej nauki zawodu, bo chcia­łem się skon­cen­tro­wać na dal­szych postę­pach w wykształ­ce­niu muzycz­nym. Woła­łem więc zostać na­dal w warsz­ta­cie ojca, bowiem mogłem w nim dys­po­no­wać więk­szą ilo­ścią czasu ani­żeli u obcych maj­strów.

„W orkie­strach jest zazwy­czaj zbyt wiele skrzy­piec, za to z altów­kami jest już ina­czej – ich prze­waż­nie bra­kuje!” Jesz­cze dzi­siaj jestem wdzięczny pro­fe­so­rowi Des­sau­erowi, że opie­ra­jąc się na tym doświad­cze­niu, uczy­nił ze mnie spraw­nego alto­wio­li­stę. Życie muzyczne w Linzu stało pod­ów­czas na wyso­kim pozio­mie. Dyrek­to­rem linc­kiego Musi­kve­rein [Towa­rzy­stwa Muzycz­nego] był wtedy August Göllerich. Jako uczeń i współ­pra­cow­nik Ryszarda Wagnera przy orga­ni­za­cji Bay­reu­ther Fest­spie­len4 Göllerich był na tyle kom­pe­tent­nym czło­wie­kiem, aby muzycz­nie pokie­ro­wać życiem muzycz­nym w Linzu, iro­nicz­nie nazy­wa­nym pod­ów­czas nie­kiedy „chłop­skim mia­stem”, na które pełna bla­sku metro­po­lia wie­deń­ska patrzyła z góry. Towa­rzy­stwo Muzyczne urzą­dzało rocz­nie trzy kon­certy sym­fo­niczne oraz kon­cert nad­zwy­czajny, pod­czas któ­rego zazwy­czaj odtwa­rzano więk­sze ora­to­rium chó­ralne z towa­rzy­sze­niem orkie­stry. Moja matka, cho­ciaż pocho­dziła z pro­stej rodziny rze­mieśl­ni­czej, bar­dzo lubiła muzykę i sta­rała się nie opusz­czać żad­nego kon­certu; stąd już jako małe dziecko byłem zabie­rany do sali kon­certowej. Tłu­ma­czyła mi wtedy trud­niej­sze dla mnie kwe­stie; dzi­siaj – gdy opa­no­wa­łem już w spo­sób zado­wa­la­jący grę na kilku instru­men­tach – o wiele lepiej rozu­miem ideę orga­ni­zo­wa­nia tego rodzaju wyda­rzeń. W moich cza­sach nauki naj­wyż­szym celem i marze­niem było zagrać na altówce, wio­lon­czeli lub na trąbce w wiel­kiej orkie­strze linc­kiego Towa­rzy­stwa Muzycz­nego.

Ale do tego momentu musiało jesz­cze minąć dużo czasu. Naj­pierw trzeba było zgrę­plo­wać nie­zli­czoną liczbę sta­rych, peł­nych kurzu mate­racy, a potem wyta­pe­to­wać ściany wielu pokoi. U mego ojca poja­wiły się już w owych latach typowe objawy cho­roby zawo­do­wej tapi­ce­rów. Kiedy upo­rczywy nie­żyt oskrzeli przy­kuł go na pół roku do łóżka, musia­łem w poje­dynkę pro­wa­dzić warsz­tat. I tak moje młode życie toczyło się dwoma, ści­śle oddzie­lo­nymi, ale bie­gną­cymi rów­no­le­gle dro­gami: pracą, która sta­wiała wyso­kie wyma­ga­nia mojej kon­struk­cji fizycz­nej (i z pew­no­ścią moim płu­com), i muzyką, którą szcze­rze kocha­łem. Ni­gdy nie sądzi­łem, że obie te rze­czy może coś łączyć. A jed­nak tak było. Wtedy do akcji wkro­czył los, wtrą­ca­jąc swoje trzy gro­sze.

Do klien­tów ojcow­skiego zakładu zali­czał się rów­nież urząd c.k. namiest­nic­twa, któ­remu pod­le­gał mię­dzy innymi i teatr. Pew­nego dnia przy­nie­siono stam­tąd do naszego warsz­tatu w celu odno­wie­nia poduszki z roko­ko­wego zestawu mebli. Ich rogi były wytarte, a pokry­cia po czę­ści poroz­ry­wane. Tapi­cerka sie­dzeń i porę­czy była przy­mo­co­wana do drew­nia­nych ram. Nowe obi­cia miały być wyko­nane z mate­ria­łów w kolo­rach nie­bie­skim i bia­łym. Gdy poduszki były już gotowe, ojciec pew­nego przed­po­łu­dnia wysłał mnie z nimi do teatru znaj­du­ją­cego się nie­da­leko naszego domu. Szef rekwi­zy­torni wska­zał mi drogę na scenę, gdzie mia­łem dopa­so­wać poduszki do drew­nia­nych ram, które były poma­lo­wane na biało, a ich sny­cerka po czę­ści została nawet pozło­cona.

Na sce­nie trwała aku­rat próba. Nie pamię­tam, co wtedy pró­bo­wano, w każ­dym razie była to opera. Wyraź­nie, jakby to było dzi­siaj, czuję zachwyt, jaki mnie wtedy ogar­nął, kiedy zna­la­złem się na sce­nie obok akto­rów i śpie­wa­ków. Czu­łem, jak zaszła we mnie wielka prze­miana, jak­bym w tam­tej chwili odkrył się na nowo.

Teatr! Ach, cóż to był za świat! Nie­opo­dal mnie stał męż­czy­zna ubrany z prze­py­chem; zda­wał mi się być istotą z innej pla­nety. Śpie­wał tak wspa­niale, że nie mogłem sobie wyobra­zić, by mógł mówić jak każdy zwy­czajny czło­wiek. Jego potęż­nemu gło­sowi odpo­wie­działa za moment cała orkie­stra… Tro­chę już się na tym zna­łem, ale w tam­tej chwili cała moja wie­dza o tym, czym jest muzyka, wydała mi się mizerna. Dopiero zwią­zek ze sceną pod­niósł muzykę na wyż­szy, pełen uświę­ce­nia poziom, wręcz najwyż­szy, jaki mogłem sobie wyobra­zić. A ja, ubogi pomoc­nik tapi­cera, sta­łem tam obok foteli i kanap w stylu rokoko i dopa­so­wy­wa­łem odno­wione poduszki do ich drew­nia­nych ram. Cóż za godna poża­ło­wa­nia egzy­sten­cja, cóż za żało­sny zawód! Teatr – oto był świat, jakiego szu­ka­łem. Moje pod­nie­cone zmy­sły nie były w sta­nie oddzie­lić rze­czy­wi­sto­ści od teatral­nej gry.

Sto­jący przed kuli­sami nie­po­radny, zagu­biony cze­lad­nik – niczym komiczna postać z któ­rejś ze sztuk Nestroya – ze zmierz­wio­nymi wło­sami, nie­pew­nym spoj­rze­niem, w far­tu­chu i blu­zie z pod­wi­nię­tymi ręka­wami, usi­łu­jący dopa­so­wać poduszki do ram foteli, jakby chciał w ten spo­sób uspra­wie­dli­wić swoją egzy­sten­cję – czy naprawdę był tylko bied­nym cze­lad­nikiem tapi­cer­skim, który wła­śnie odszedł od grę­plarki? Bied­nym, pogar­dza­nym głup­cem, popy­cha­dłem, kimś, kogo „łaskawa pani”, każąc sobie wyta­pe­to­wać buduar, trak­tuje tak samo jak dra­binę – sta­wia się ją to tu, to tam, gdzie jest aku­rat potrzebna, a kiedy nie jest już uży­wana, po pro­stu odsta­wia się ją na bok. Byłoby prze­cież cał­kiem w porządku, gdyby ów cze­lad­nik tapi­cer­ski, z narzę­dziami w ręku, pod­szedł w tym momen­cie do rampy i, zachę­cony ukrad­ko­wym gestem przez kapel­mi­strza, zaśpie­wał swą par­tię tylko po to, by słu­cha­czom na widowni (któ­rych wcale tam nie było) – co zna­czy słu­cha­czom?! Całemu światu! – udo­wod­nić, iż w rze­czy­wi­sto­ści jest zupeł­nie kimś innym niż ten blady, chudy i wyro­śnięty cze­lad­nik z warsz­tatu tapi­cer­skiego przy Klamm-gasse, i że wła­ści­wie jego miej­sce jest na sce­nie, w teatrze…

W tam­tej chwili zako­cha­łem się w teatrze i kocham go do dzi­siaj. Pod­czas malo­wa­nia u klienta ściany pod tapetę wodą z kle­jem, a potem nakle­ja­nia na nią maku­la­tury nasą­czo­nej klaj­strem z mąki marzy­łem o wiel­kich suk­ce­sach w teatrze, grom­kim aplau­zie, przy czym widzia­łem się w nim w roli kapel­mi­strza sto­ją­cego przy dyry­genc­kim pul­pi­cie. Tego rodzaju marze­nia nie poma­gały mi w pracy i zda­rzało się, że nakle­jone na maku­la­tu­rze pasy tapety były prze­su­nięte. Jed­nakże gdy wra­ca­łem do warsz­tatu, kolejny atak cho­roby ojca szybko uświa­da­miał mi, jaka odpo­wie­dzial­ność na mnie spo­czywa.

I tak popa­da­łem z jed­nej osta­tecz­no­ści w drugą, oscy­lu­jąc mię­dzy marze­niami a rze­czy­wi­sto­ścią. W domu nikt nie podej­rze­wał, co się ze mną dzieje, bowiem zanim powie­dział­bym choćby jedno słowo o mych ukry­tych marze­niach, wołał­bym raczej odgryźć sobie język. Także i matce nie wspo­mnia­łem o mych skry­tych pla­nach. Zapewne prze­czu­wała, że coś mnie drę­czy, ale czy mogłem przy­spa­rzać jej nowych trosk? Stąd nie było nikogo, komu mógł­bym się zwie­rzyć. Czu­łem się bar­dzo opusz­czony, odrzu­cony przez cały świat i tak samotny, jak może być osa­mot­niony tylko młody czło­wiek, który po raz pierw­szy ujrzał piękno i nie­bez­pie­czeń­stwa życia.

Teatr dodał mi nowej odwagi; od tej pory nie opu­ści­łem ani jed­nego przed­sta­wie­nia ope­ro­wego. Nawet gdy byłem bar­dzo zmę­czony pracą, nic nie było w sta­nie powstrzy­mać mnie od pój­ścia do teatru. Natu­ral­nie przy tak ogra­ni­czo­nych gra­ty­fi­ka­cjach, jakie ojciec wypła­cał mi jako wyna­gro­dze­nie cze­lad­nika, mogłem kupić tylko bilety na miej­sca sto­jące. Stąd też regu­lar­nie uda­wa­łem się na tak zwany par­ter sto­jący, bowiem stam­tąd mia­łem naj­lep­szy widok. Poza tym stwier­dzi­łem, że ni­gdzie aku­styka nie była tak dobra i pełna jak w tam­tym miej­scu. Powy­żej par­teru z miej­scami sto­jącymi, w poło­wie pię­tra z miej­scami dla wytwor­nej i boga­tej publicz­no­ści, znaj­do­wała się loża dwor­ska, któ­rej pod­łoga od dołu była pod­parta dwoma drew­nia­nymi kolum­nami. Przy­cią­gały one słu­cha­czy na miej­scach sto­jących, jako że dawały jedyną moż­li­wość opar­cia się bez czę­ścio­wego ogra­ni­cze­nia pola widze­nia, bo jeśli ktoś oparł się o ścianę z tyłu, wspo­mniane kolumny zasła­niały mu część sceny. Byłem szczę­śliwy, kiedy po całym dniu sta­nia na dra­bi­nie i moco­wa­nia tapet do ścian mogłem oprzeć obo­lałe plecy o gładką kolumnę! Oczy­wi­ście, trzeba było poja­wić się odpo­wied­nio wcze­śnie przy wej­ściu do teatru, aby nie prze­ga­pić oka­zji.

W pamięci czę­sto zacho­wują się trwale wła­śnie rze­czy dru­go­rzędne: widzę jesz­cze dokład­nie, jak wpa­dam na miej­sca sto­jące, mając przed sobą kolumny i zasta­na­wia­jąc się, czy powi­nie­nem sta­nąć obok lewej czy pra­wej z nich. Czę­sto miej­sce przy jed­nej z nich, mia­no­wi­cie tej po pra­wej, było już zajęte; a więc ktoś był jesz­cze szyb­szy ode mnie. Na wpół ziry­to­wany, na poły zdzi­wiony, przy­glą­da­łem się memu kon­ku­ren­towi. Był to nader blady, drobny mło­dzie­niec mniej wię­cej w moim wieku, który z błysz­czą­cymi oczyma oglą­dał przed­sta­wie­nie. Pocho­dził zapewne z lep­szego domu, bowiem zawsze był ubrany z wielką sta­ran­no­ścią i bar­dzo powścią­gliwy w zacho­wa­niu.

Tego dnia przy­ję­li­śmy wza­jem­nie do wia­do­mo­ści naszą obec­ność, nie odzy­wa­jąc się do sie­bie ani sło­wem. Jed­nakże pod­czas jed­nego z kolej­nych przed­sta­wień – nie pamię­tam już dzi­siaj, czy był to Wolny strze­lec czy Sen nocy let­niej bądź gry­wany wtedy czę­sto Evan­ge­li­mann5 – nawią­za­li­śmy pod­czas prze­rwy roz­mowę, jako że naj­wy­raź­niej obaj nie byli­śmy zado­wo­leni z tam­tej­szej obsady. Roz­ma­wia­li­śmy przez chwilę na ten temat; byłem zado­wo­lony z tak szybko wygło­szo­nej opi­nii przez mojego pew­nego sie­bie nowego zna­jo­mego. Był bez wąt­pie­nia lep­szy ode mnie w tej kwe­stii. Ja nato­miast czu­łem moją wyż­szość, gdy szło o sprawy czy­sto muzyczne. Nie potra­fię dokład­nie okre­ślić daty tego spo­tka­nia, ale w każ­dym razie było to około Wszyst­kich Świę­tych 1904 roku.

Nasza zna­jo­mość pozo­sta­wała na tym pozio­mie przez pewien czas; ponie­waż ów mło­dzie­niec nie powie­dział o sobie nic bliż­szego, stąd też i ja nie uwa­ża­łem za konieczne opo­wia­dać cze­goś o sobie. Jed­nakże im bar­dziej gorące były nasze roz­mowy o kolej­nych przed­sta­wie­niach, tym bar­dziej czu­li­śmy, że jeste­śmy pochło­nięci teatrem w jed­na­ko­wym stop­niu.

Pew­nego dnia po przed­sta­wie­niu odpro­wa­dzi­łem zna­jo­mego do domu; dowie­dzia­łem się przy tej oka­zji, że mieszka przy Hum­boldt­strasse pod nume­rem 31. W chwili poże­gna­nia przed­sta­wił mi się: mój nowy zna­jomy nazy­wał się Adolf Hitler.

Dziwna przyjaźń

Spo­ty­ka­li­śmy się od tam­tej pory na każ­dym przed­sta­wie­niu ope­ro­wym, a potem zaczę­li­śmy się uma­wiać rów­nież poza teatrem i prze­waż­nie spa­ce­ro­wa­li­śmy wie­czo­rami po Land­strasse.

Linz, który w ostat­nich dzie­się­cio­le­ciach stał się nowo­cze­snym mia­stem prze­my­sło­wym, przyj­mu­jąc do sie­bie ludzi ze wszyst­kich tere­nów nad­du­naj­skich, w owym cza­sie cha­rak­te­rem bar­dzo jesz­cze przy­po­mi­nał wieś. Na przed­mie­ściach cią­gle można było zoba­czyć czwo­ro­kątne, przy­po­mi­na­jące obronne forty zabu­do­wa­nia chłop­skie, a mię­dzy wzno­szą­cymi się wysoko domami czyn­szo­wymi roz­po­ście­rały się łąki, na któ­rych spo­koj­nie pasło się bydło. W gospo­dach klienci sie­dzieli przy typowo wiej­skim mosz­czu6. Wszę­dzie sły­chać było ciężki dia­lekt gór­no­au­striacki o roz­cią­gnię­tych syla­bach. Po mie­ście jeź­dziły tylko wozy konne, a ich fur­mani bar­dzo się sta­rali, aby Linz na­dal pozo­stał „dużą wsią”. Miesz­czań­stwo, choć w znacz­nym stop­niu pocho­dze­nia wiej­skiego oraz wie­lo­krot­nie spo­wi­no­wa­cane i spo­krew­nione z lud­no­ścią wiej­ską, tym bar­dziej sta­rało się od niej odse­pa­ro­wać, acz­kol­wiek duchowo było z nią bar­dzo zbli­żone. Nie­mal wszyst­kie zna­czące cokol­wiek w mie­ście rodziny znały się nawza­jem, a ton w towa­rzy­stwie nada­wali przed­sta­wi­ciele świata inte­re­sów, kasty urzęd­ni­czej i ofi­ce­ro­wie miej­sco­wego gar­ni­zonu. Wszy­scy, któ­rzy mieli o sobie dobre mnie­ma­nie, spo­ty­kali się wie­czo­rem na spa­ce­rze na głów­nej ulicy mia­sta, pro­wa­dzą­cej od dworca kole­jo­wego do mostu na Dunaju i, co zna­mienne, noszą­cej nazwę „Land­strasse”7. Ponie­waż Linz nie miał uni­wer­sy­tetu, mło­dzi ludzie ze wszyst­kich warstw i sta­nów tym gor­li­wiej naśla­do­wali oby­czaje stu­denc­kie. Towa­rzy­skie życie na Land­strasse nie odsta­wało zbyt­nio od wrzawy i ruchu panu­ją­cych na wie­deń­skim Ringu. Tak przy­naj­mniej wyobra­żali sobie oby­wa­tele Linzu.

Jak się wyda­wało, Hitler nie był czło­wie­kiem zbyt cier­pli­wym, ponie­waż gdy spóź­nia­łem się na umó­wione spo­tka­nie, przy­cho­dził do warsz­tatu, by mnie stam­tąd zabrać, bez względu na to, czy mia­łem do pil­nej naprawy starą czarną kanapę pokrytą ceratą, baro­kowy fotel z wyso­kim opar­ciem czy coś innego. Moją pracę trak­to­wał jako uciąż­liwą prze­szkodę dla naszej zna­jo­mo­ści. Nie­cier­pli­wie machał przy tym czarną spa­ce­rową laseczką, jaką zawsze ze sobą nosił. Dzi­wiło mnie, że ma tak dużo czasu, i zapy­ta­łem go, czy gdzieś pra­cuje.

– W żad­nym wypadku! – padła szorstka odpo­wiedź. Zaraz potem nastą­piła dłuż­sza wypo­wiedź. Dla niego okre­ślona praca, „zara­bia­nie na chleb”, jak się wyra­ził, nie była czymś koniecz­nym.

Tego rodzaju słów jesz­cze od nikogo nie sły­sza­łem. Zaprze­czały one wszyst­kim zasa­dom, jakimi do tej pory kie­ro­wa­łem się w życiu. Począt­kowo uwa­ża­łem jego gada­ninę za mło­dzień­cze prze­chwałki, mimo że jego postawa i poważne, pewne sie­bie zacho­wa­nie, a także spo­sób, w jaki to mówił, nie wska­zy­wały w żad­nej mie­rze na pozę. W każ­dym razie bar­dzo zdzi­wi­łem się, sły­sząc ten jego pogląd, ale nie drą­ży­łem począt­kowo tematu, był bowiem bar­dzo wraż­liwy, jeśli idzie o nie­sto­sowne pyta­nia; tyle przy­naj­mniej już o nim wie­dzia­łem. O wiele roz­sąd­niej było roz­ma­wiać z nim o Lohen­gri­nie, ope­rze, która nas obu zachwy­cała, ani­żeli o spra­wach oso­bi­stych.

Pomy­śla­łem, że jest synem boga­tych rodzi­ców albo odzie­dzi­czył wielki spa­dek i może sobie pozwo­lić na życie bez „pracy dla chleba”, które to słowa w jego ustach miały wyjąt­kowo pogar­dliwe brzmie­nie! Nie uwa­ża­łem go też w żad­nym wypadku za próż­niaka, ponie­waż nie było w nim nic z powierz­chow­nego, lek­ko­myśl­nego nic­po­nia. Kiedy prze­cho­dzi­li­śmy obok Café Baum­gart­ner, dzi­siej­szej Café Schönberger, gwał­tow­nie reago­wał na widok mło­dych męż­czyzn sie­dzą­cych za oknami niczym na wysta­wie przy mar­mu­ro­wych sto­li­kach i mar­nu­ją­cych czas na płyt­kiej papla­ni­nie, acz­kol­wiek naj­wy­raź­niej nie był świa­dom sprzecz­no­ści w stylu życia, jakie sam pro­wa­dził. Być może nie­któ­rzy z tych sie­dzą­cych „na wysta­wie” mieli już jakiś wyuczony fach w ręku i zabez­pie­czone dochody, co w jego przy­padku było dla mnie dość wąt­pliwe.

August Kubi­zek. Foto­gra­fia z ostat­nich lat.
August Kubi­zek. Zdję­cie z okresu, gdy zawarł przy­jaźń z pięt­na­sto­let­nim pod­ów­czas Hitle­rem.

Może ten Hitler jest stu­den­tem? – pomy­śla­łem. Takie było zresztą moje pierw­sze wra­że­nie. Także czarna laseczka z hebanu z deli­kat­nie rzeź­bioną rączką z kości sło­nio­wej była zde­cy­do­wa­nie stu­denc­kim rekwi­zy­tem. Z dru­giej strony dzi­wiło mnie jed­nak, że wybrał sobie na przy­ja­ciela pro­stego cze­lad­nika tapi­cer­skiego, który cią­gle się bał, że pod­czas spa­ceru czuć go będzie kle­jem, z jakim miał bez prze­rwy do czy­nie­nia w ciągu dnia. Jeśli Hitler był stu­den­tem, musiał gdzieś cho­dzić do szkoły. Nie­spo­dzie­wa­nie więc pew­nego razu skie­ro­wa­łem roz­mowę na jej temat.

– Szkoła?! – obu­rzył się.

Był to jego pierw­szy wybuch gniewu, z jakim się u niego spo­tka­łem. Ze szkołą nie chciał mieć nic wspól­nego. Jak wyja­śnił, wcale go już nie obcho­dziła. Nie­na­wi­dził pro­fe­so­rów i nie kła­niał się żad­nemu z nich, gdy spo­ty­kał ich na ulicy, nie­na­wi­dził rów­nież kole­gów szkol­nych, któ­rzy wycho­wy­wani byli w niej na próż­nia­ków. Nie, o szkole nie mogłem z nim roz­ma­wiać. Opo­wie­dzia­łem mu o tym, że także i ja nie mia­łem wielu suk­ce­sów w szkole.

– Dla­czego? – chciał wie­dzieć.

Nie podo­bało mu się, że nie mia­łem dobrych wyni­ków w szkole, któ­rej sam tak nie­na­wi­dził, i nie widział w tym żad­nej sprzecz­no­ści. Z tej roz­mowy wynio­słem jed­nak tyle, że dowie­dzia­łem się, iż do nie­dawna musiał uczęsz­czać do szkoły wyż­szego stop­nia, gim­na­zjum albo szkoły real­nej, i że zakoń­czyło się to praw­do­po­dob­nie jakąś kata­strofą. W prze­ciw­nym razie tak rady­kalny sto­su­nek do niej nie byłby prze­cież moż­liwy. Ponadto cią­gle odkry­wa­łem kolejne nowe sprzecz­no­ści i zagadki zwią­zane z nowym przy­ja­cie­lem. Nie­kiedy czu­łem się nawet z tego powodu nie­swojo. Kiedy pew­nego razu spa­ce­ro­wa­li­śmy po Fre­in­bergu, Hitler nagle zatrzy­mał się, wycią­gnął z kie­szeni czarny zeszy­cik – mam tę sytu­acje jesz­cze dzi­siaj przed oczami i mogę ją opi­sać ze szcze­gó­łami – i prze­czy­tał napi­sany przez sie­bie wiersz.

Samego wier­sza już sobie dzi­siaj nie przy­po­mi­nam, a dokład­niej mówiąc, nie potra­fię go odróż­nić od innych, jakie mi Adolf czy­tał póź­niej. Ale pamię­tam dobrze, jak wiel­kie wra­że­nie wywarł na mnie fakt, że mój przy­ja­ciel pisze poezje i nosi swe utwory przy sobie, tak jak ja musia­łem nosić wtedy narzę­dzia do tape­to­wa­nia. Gdy potem Hitler poka­zał mi rysunki, jakie naszki­co­wał, wyko­nane przez sie­bie plany – nieco zagma­twane, mało czy­telne szkice, które nie do końca mogłem odczy­tać – i oświad­czył, że o wiele wię­cej i lep­sze prze­cho­wuje w swoim pokoju i jest zde­cy­do­wany poświę­cić życie sztuce, zaczą­łem stop­niowo poj­mo­wać, jakim czło­wie­kiem jest mój przy­ja­ciel. Zali­czał się on mia­no­wi­cie do owego szcze­gól­nego gatunku, o któ­rym sam marzy­łem w chwi­lach odwagi – był arty­stą pogar­dza­ją­cym powsze­dnią „pracą dla chleba” i zaj­mo­wał się pisa­niem poezji, rysun­kiem, malar­stwem i teatrem. Zaim­po­no­wało mi to wielce. Ogar­nął mnie dreszcz lęku w obli­czu tak wspa­nia­łych rze­czy, jakie mia­łem moż­li­wość prze­żyć w jego towa­rzy­stwie. Moje wyobra­że­nia o arty­stach były pod­ów­czas nader mętne – praw­do­po­dob­nie Hitler miał rów­nie nie­ja­sne i mgli­ste zamiary. Opo­wie­ści o nich brzmiały tym bar­dziej zachę­ca­jąco.

O swo­ich bli­skich Hitler mówił rzadko. Jak mawiał, było rze­czą wska­zaną, by nie zada­wać się zbyt­nio z doro­słymi, gdyż swymi dziw­nymi poglą­dami odwo­dzą ludzi od ich wła­snych zamia­rów. Na przy­kład jego opie­kun, pewien gospo­darz z Leon­ding nazwi­skiem Mayr­ho­fer, wmó­wił sobie, że Adolf koniecz­nie powi­nien wyuczyć się jakie­goś rze­mio­sła. Podob­nego zda­nia był też jego szwa­gier. Wywnio­sko­wa­łem z tego, że w rodzi­nie Hitlera muszą ist­nieć bar­dzo skom­pli­ko­wane rela­cje. Naj­wy­raź­niej spo­śród wszyst­kich doro­słych poważ­nie trak­to­wał tylko jedną osobę – swoją matkę.

A przy tym miał dopiero około szes­na­stu lat i był o dzie­więć mie­sięcy młod­szy ode mnie. Nawia­sem mówiąc, jego poglądy, odbie­ga­jące od miesz­czań­skiego świa­to­po­glądu, wcale mi nie prze­szka­dzały. Wręcz prze­ciw­nie! Wła­śnie ten non­kon­for­mizm jesz­cze bar­dziej przy­cią­gał mnie do niego. Posta­no­wie­nie, iż poświęci swe życie sztuce, było dla mnie naj­wyż­szym celem, jaki młody czło­wiek mógł sobie posta­wić, bowiem pota­jem­nie rów­nież nosi­łem się z zamia­rem pod­ję­cia takiej decy­zji – opusz­cze­nia peł­nego kurzu i hałasu zakładu tapi­cer­skiego i przej­ścia w obszar czy­stej, wyso­kiej sztuki, by cał­ko­wi­cie sku­pić się na muzyce. Dla mło­dych ludzi nie jest rze­czą obo­jętną, w jakim miej­scu docho­dzi do zawar­cia pierw­szej przy­jaźni. Było dla mnie sym­bo­liczne, że nasza roz­po­częła się w teatrze, przed pełną bla­sku sceną i przy dźwię­kach muzyki. W pew­nym sen­sie ta szczę­śliwa atmos­fera patro­no­wała naszej przy­jaźni.

Poza tym sam znaj­do­wa­łem się prze­cież w podob­nej sytu­acji co Hitler. Szkoła była już poza mną i nie mogła dać mi nic wię­cej. Przy całej miło­ści i przy­wią­za­niu do rodzi­ców, doro­śli zna­czyli dla mnie doprawdy nie­wiele. Przede wszyst­kim zaś, w sytu­acji gdy wiele kwe­stii było w moim przy­padku jesz­cze otwar­tych i wąt­pli­wych, nie mia­łem wokół sie­bie nikogo, komu mógł­bym się zwie­rzyć.

Począt­kowo była to jed­nak trudna przy­jaźń, gdyż cha­rak­tery mie­li­śmy z gruntu różne. Pod­czas gdy ja byłem cichym, nieco marzy­ciel­skim i zdol­nym do przy­sto­so­wa­nia się chłop­cem, a więc nader zgod­nym, mając nie­jako „muzyczny cha­rak­ter”, Hitler był bar­dzo gwał­towny i pełen tem­pe­ra­mentu. Nie­winne pro­blemy, kilka nie­prze­my­śla­nych słów mogły wywo­łać wybuch jego gniewu, któ­rego inten­syw­ność była – moim zda­niem – zupeł­nie nie­pro­por­cjo­nalna do wagi sprawy. Być może jed­nak nie­zbyt rozu­mia­łem Adolfa, gdy idzie o tę sferę. Może róż­nica mię­dzy nami pole­gała na tym, że poważ­nie trak­to­wał sprawy, które dla mnie pozo­sta­wały obo­jęt­nymi. Tak, to była typowa cecha jego cha­rak­teru: wszystko go zaj­mo­wało i intry­go­wało, wobec niczego nie pozo­sta­wał obo­jęt­nym.

Przy wszyst­kich trud­no­ściach, jakie wyni­kały z róż­nic cha­rak­te­rów, nasza przy­jaźń ni­gdy nie została poważ­nie zagro­żona. Nie stało się tak, jak to bywa czę­sto u mło­dych ludzi, że wraz z upły­wem czasu sta­wa­li­śmy się sobie coraz bar­dziej obcy i obo­jętni. Wręcz prze­ciw­nie! W kwe­stiach zewnętrz­nych coraz bar­dziej liczy­li­śmy się z dru­gim. Brzmi to dziw­nie, ale ten czło­wiek, który tak upar­cie trzy­mał się wła­snych poglą­dów, potra­fił być jed­no­cze­śnie tak wyro­zu­miały, że nie­kiedy budziło to aż moje zaże­no­wa­nie. I tak z upły­wem czasu coraz bar­dziej przy­zwy­cza­ja­li­śmy się do sie­bie.

Nie­ba­wem zro­zu­mia­łem, że trwa­łość naszej przy­jaźni nie wyni­kała z tego, że potra­fi­łem go tylko cier­pli­wie słu­chać. I wcale mnie to nie uszczę­śli­wiało, gdyż wła­śnie wtedy czu­łem naj­wy­raź­niej, jak bar­dzo potrze­buje mnie mój przy­ja­ciel. Był bowiem czło­wie­kiem cał­ko­wi­cie samot­nym. Jego ojciec nie żył już od dwóch lat. Matka, którą kochał z peł­nym odda­niem, nie była mu w sta­nie pomóc w tym, co go tak bar­dzo zaj­mo­wało. Przy­po­mi­nam sobie dłu­gie wykłady, jakie mi czy­nił, o rze­czach zupeł­nie mnie nie­in­te­re­su­ją­cych, jak poda­tek od kon­sump­cji, jaki pobie­rano na moście na Dunaju, albo o lote­rii dobro­czyn­nej, któ­rej losy sprze­da­wano wła­śnie na uli­cach. On musiał mówić i potrze­bo­wał kogoś, kto go będzie słu­chał. Czę­sto dzi­wi­łem się, gdy wygła­szał przede mną mowę wspie­raną żywą gesty­ku­la­cją. Ni­gdy nie prze­szka­dzało mu, że jego publicz­no­ścią byłem tylko ja. Ale młody czło­wiek, jakim był mój przy­ja­ciel, potrze­bo­wał środ­ków, by znieść i roz­ła­do­wać napię­cia będące wytwo­rem jego tem­pe­ra­mentu, reagu­ją­cego na to, co zoba­czył i prze­żył. Bez­po­średni wyraz te napię­cia znaj­do­wały w jego prze­mó­wie­niach. Owe mowy, wygła­szane zazwy­czaj na wol­nym powie­trzu pod drze­wami rosną­cymi na Fre­in­bergu czy w zagaj­ni­kach nad­du­naj­skich łęgów, przy­po­mi­nały czę­sto wybu­chy wul­kanu. Można było wtedy odnieść wra­że­nie, że wydo­bywa się z niego coś obcego, innego. Dotąd byłem świad­kiem tego rodzaju unie­sień tylko w teatrze, gdy któ­ryś z akto­rów musiał prze­ka­zać widzom swe uczu­cia; ogar­niało mnie wtedy zasko­cze­nie oraz kon­ster­na­cja do tego stop­nia, że w końcu zapo­mi­na­łem o należ­nym aplau­zie.

Szybko jed­nak zro­zu­mia­łem, że ten „teatr” nie był wcale teatrem. Zacho­wa­nie Adolfa nie było grą, pozą, niczym wyuczo­nym, lecz reak­cją na to, co aku­rat prze­żył. Czu­łem, jak dogłębne było to jego prze­ży­cie. Cią­gle od nowa ogar­niało mnie zdzi­wie­nie, gdy sły­sza­łem, jak elo­kwent­nie potra­fił się wyra­żać, jak wyra­zi­ście przed­sta­wiać wszystko, co go poru­szało, co chciał prze­ka­zać, jak łatwo wypły­wały mu z ust słowa, gdy dawał się pono­sić emo­cjom. Począt­kowo fascy­no­wało mnie nie to, co mówił, ale jak mówił. To było dla mnie coś nowego i wspa­nia­łego. Nie mia­łem poję­cia, że przy pomocy zwy­kłych słów czło­wiek mógł osią­gnąć tak wiele. Ode mnie ocze­ki­wał tylko jed­nego: apro­baty. Szybko do tego dosze­dłem. Nie mia­łem z tym więk­szych pro­ble­mów, ponie­waż o wielu kwe­stiach, jakie poru­szał, w ogóle dotąd nie myśla­łem.

Mimo to byłoby błę­dem twier­dzić, że nasza przy­jaźń spro­wa­dzała się do tej jed­no­stron­nej rela­cji; byłoby to w przy­padku Adolfa zbyt pry­mi­tywną, a z mojego punktu widze­nia nie­wy­star­cza­jącą racją bytu. Istotą jej był fakt, że wza­jem­nie dosko­nale się uzu­peł­nia­li­śmy. W jego przy­padku wszystko zmu­szało go do aktyw­nego zaję­cia sta­no­wi­ska, wyma­ga­jąc sil­niej­szego zaan­ga­żo­wa­nia wewnętrz­nego, bowiem w grun­cie rze­czy jego emo­cjo­nalne wybu­chy były dowo­dem, jak żar­li­wie inte­re­so­wał się wszyst­kim. Ja z kolei, mając naturę kon­tem­pla­cyjną i spo­kojną, wysłu­chi­wa­łem peror każ­dej rze­czy, która go inte­re­so­wała, w mniej­szym lub więk­szym stop­niu bez zastrze­żeń i chęt­nie pozwa­la­łem mu się prze­ko­nać, z wyjąt­kiem wsze­lako kwe­stii muzycz­nych.

Muszę nie­mniej przy­znać, że przy­jaźń z Adol­fem pochła­niała mi nie­sły­cha­nie wiele czasu. Nie licząc się zbyt­nio z tym, co ja o tym sądzę, zawłasz­czał cał­ko­wi­cie mój wolny czas. Ponie­waż sam nie był zwią­zany żad­nymi obo­wiąz­kami, ja musia­łem cał­ko­wi­cie pod­po­rząd­ko­wać się jego życze­niom. Wyma­gał ode mnie wszyst­kiego, ale dla mnie rów­nież był gotów uczy­nić wszystko. Nie mia­łem zresztą innego wyj­ścia; ze względu na jego cał­ko­wite roz­po­rzą­dza­nie moim wol­nym cza­sem nie mógł­bym się przy­jaź­nić z kimś jesz­cze. Szcze­rze mówiąc, nie odczu­wa­łem zresztą takiej potrzeby, bowiem Adolf zastę­po­wał mi tuzin mniej lub bar­dziej zdaw­ko­wych przy­ja­ciół. Wła­ści­wie tylko jedna rzecz mogłaby nas roz­dzie­lić – dziew­czyna, w któ­rej oby­dwaj mogli­by­śmy się zako­chać, wtedy zapewne doszłoby do walki o wszystko. Mia­łem wów­czas sie­dem­na­ście lat, a więc coś takiego mogłoby się wyda­rzyć. Ale wła­śnie w tej kwe­stii los przy­go­to­wał dla nas obu jedyne w swoim rodzaju roz­wią­za­nie – o czym wię­cej napi­szę w roz­dziale „Ste­fa­nie” – które w żad­nej mie­rze nie zagro­ziło naszej przy­jaźni, lecz wręcz prze­ciw­nie, zna­cząco ją pogłę­biło.

Wie­dzia­łem, że także i on nie miał – poza mną – innego przy­ja­ciela. Pamię­tam, jakby się to wyda­rzyło wczo­raj, drobne, w grun­cie rze­czy dru­go­rzędne wyda­rze­nie, gdy Adolf przy­szedł po mnie do domu, po czym z Klam­m­strasse ruszy­li­śmy naszą utartą drogą przez Pro­me­nade i skrę­ci­li­śmy potem w Land­strasse. I wtedy to się wyda­rzyło. Jesz­cze dzi­siaj mógł­bym poka­zać miej­sce, gdzie to się stało. Jakiś mło­dzie­niec, mniej wię­cej w moim wieku, wychy­nął zza rogu; był to gogu­sio­wato ubrany, puco­ło­waty pani­czyk. Roz­po­znał w Adol­fie daw­nego kolegę ze szkoły, zatrzy­mał się i wyszcze­rzył zęby w rado­snym uśmie­chu.

– Ser­wus, Hitler! – zawo­łał, łapiąc go przy tym poufale za łokieć. Zaraz potem zapy­tał go ze szcze­rym zain­te­re­so­wa­niem w gło­sie, jak mu idzie. Byłem prze­ko­nany, że Adolf odpo­wie szkol­nemu kole­dze w rów­nie przy­ja­znym tonie, tym bar­dziej że zawsze bar­dzo sta­rał się zacho­wy­wać w spo­sób uprzejmy. Aż tu nagle zoba­czy­łem, jak mój przy­ja­ciel robi się czer­wony z gniewu. Zna­łem już tę prze­mianę z innych oka­zji i wie­dzia­łem, że nie wró­żyła niczego dobrego.

– Nie twój zasrany inte­res! – wrza­snął wzbu­rzony do tam­tego i ode­pchnął go mocno. Potem zła­pał mnie za łokieć i ruszył dalej, nie zwra­ca­jąc kom­plet­nie uwagi na daw­nego zna­jomka; jesz­cze dzi­siaj pamię­tam zasko­czoną, oble­wa­jącą się rumień­cem twarz puco­ło­wa­tego mło­dzieńca. – Oni wszy­scy będą w przy­szło­ści urzęd­ni­kami pań­stwo­wymi! – rzu­cił Adolf po chwili, cią­gle jesz­cze roz­wście­czony. – I z takimi kre­atu­rami sie­dzia­łem w jed­nej kla­sie! – Musiała minąć długa chwila, zanim się wresz­cie uspo­koił.

W pamięć zapa­dło mi jesz­cze dru­gie wyda­rze­nie, mające miej­sce nieco póź­niej. Umarł wła­śnie mój sza­cowny nauczy­ciel gry na skrzyp­cach, Hein­rich Des­sauer. Hitler zapra­gnął wziąć udział w jego pogrze­bie, co mnie mocno zdzi­wiło, jako że w ogóle nie znał zmar­łego.

Na moje zasko­czone pyta­nie „dla­czego?” odparł:

– Bo nie mogę ścier­pieć, gdy spa­ce­ru­jesz i roz­ma­wiasz z innymi mło­dymi ludźmi.

Było wiele rze­czy, w tym także mało zna­czą­cych, które mogły wywo­łać jego wzbu­rze­nie. Naj­bar­dziej jed­nak dener­wo­wał się, gdy mowa była o tym, że miałby w przy­szło­ści zostać urzęd­ni­kiem. Zresztą wystar­czało samo hasło „urzęd­nik”, i to bez związku z jego przy­szło­ścią, by nie­za­wod­nie dopro­wa­dzić go do wście­kło­ści. Stwier­dzi­łem, że te wybu­chy gniewu były w pew­nym sen­sie kon­ty­nu­acją spo­rów, jakie nie­gdyś pro­wa­dził ze swym od dawna nie­ży­ją­cym już ojcem, który koniecz­nie chciał zro­bić z niego urzęd­nika pań­stwo­wego; były to ponie­kąd „spóź­nione wystą­pie­nia obronne”.

Dla naszej ówcze­snej przy­jaźni ważne było w każ­dym razie, abym rów­nie mało sza­no­wał kastę urzęd­ni­czą, co on sam. Bio­rąc pod uwagę jego bez­względną nega­cję kariery urzęd­ni­czej, mogę sobie naszą ówcze­sną bli­skość dzi­siaj wyja­śnić tym, że pro­sty cze­lad­nik tapi­cer­ski był mu bar­dziej sym­pa­tyczny jako przy­ja­ciel ani­żeli któ­ryś z tych wystro­jo­nych synów rad­ców dworu, mają­cych poprzez pro­tek­cję, sto­sunki oraz poli­tyczne powią­za­nia z góry zapew­nione miej­sce pracy i zna­ją­cych nie­mal dokład­nie prze­bieg swej kariery. Los Hitlera był prze­ci­wień­stwem takiej kariery, u niego wszystko było mgli­ście nie­pewne. Ist­niało jesz­cze jedno pozy­tywne zało­że­nie, jakie w oczach Adolfa pre­de­sty­no­wało mnie do bycia jego przy­ja­cielem: także i ja, jak on sam, wyzna­wa­łem zasadę bez­wa­run­ko­wego pry­matu sztuki w życiu czło­wieka. Oczy­wi­ście, pod­ów­czas nie for­mu­ło­wa­li­śmy tej kon­sta­ta­cji tak gór­no­lot­nie, ale w prak­tyce żyli­śmy według tej zasady, dzięki któ­rej gra­nie muzyki stało się decy­du­ją­cym czyn­ni­kiem w moim życiu. Praca w warsz­ta­cie miała jedy­nie zapew­nić mi środki do fizycz­nej egzy­sten­cji. Dla mojego przy­ja­ciela sztuka była czymś o wiele wię­cej: znaj­do­wał w niej prze­ciw­wagę dla swego bar­dzo inten­syw­nego spo­sobu bada­nia i przyj­mo­wa­nia bądź odrzu­ca­nia wszyst­kiego, co go ota­czało, i trak­to­wał ją z nie­sa­mo­witą wręcz powagą.

Dla­tego też speł­nia­łem, według niego, wszyst­kie warunki, jakie były konieczne dla przy­jaźni: nie mia­łem nic wspól­nego z jego daw­nymi kole­gami ze szkoły, nie mia­łem nic wspól­nego z kastą urzęd­ni­czą i żyłem sztuką. A poza tym zna­łem się nie­źle na muzyce.

Podo­bień­stwo skłon­no­ści łączyło nas w rów­nie dużym stop­niu, co róż­nica tem­pe­ra­men­tów. Innym pozo­sta­wiam ocenę, czy ludzie, któ­rzy, jak Hitler, z pew­no­ścią luna­tyka podą­żają swoją drogą, wyła­wia­jąc przy­pad­kowo z masy innych tych, któ­rzy są im do tego potrzebni, czy też jest to zrzą­dze­nie losu sta­wia­jące takie osoby na ich dro­dze. Mogę tylko stwier­dzić, że byłem dla niego takim wła­śnie czło­wie­kiem od chwili spo­tka­nia w teatrze aż po okres jego życia w Wied­niu, kiedy żył w bie­dzie.

Bar­dzo cie­kawe zdję­cie Adolfa Hitlera z okresu zamiesz­ki­wa­nia w Brau­nau

Portret młodego Hitlera

Nie­stety, ten roz­dział muszę roz­po­cząć od smut­nej kon­sta­ta­cji, że nie mam żad­nej foto­gra­fii, która uka­zy­wa­łaby Adolfa Hitlera w latach naszej przy­jaźni, i nie przy­po­mi­nam sobie także, aby on kie­dy­kol­wiek takową miał. Praw­do­po­dob­nie taka foto­gra­fia w ogóle nie ist­nieje.

Brak zdjęć Adolfa z tam­tych lat jest cał­ko­wi­cie zro­zu­miały, bowiem w owym cza­sie, tuż po prze­ło­mie stu­leci, nie było jesz­cze apa­ra­tów foto­gra­ficz­nych na tyle poręcz­nych, by można je było wygod­nie nosić ze sobą. A gdyby nawet takowe ist­niały, żaden z nas dwóch z pew­no­ścią by go nie miał, albo­wiem obaj byli­śmy bie­da­kami, któ­rzy ostat­niego graj­cara wyda­wali na bilet do opery lub na kon­cert sym­fo­niczny. Jeśli ktoś chciał się sfo­to­gra­fo­wać, szedł do „ate­lier”. Była to sprawa rów­nie uciąż­liwa, co kosz­towna i nale­żało ją wcze­śniej grun­tow­nie prze­my­śleć. Wła­ści­wie to foto­gra­fo­wano się zazwy­czaj tylko przy spe­cjal­nych oka­zjach, jak chrzciny, bierz­mo­wa­nia czy śluby. O ile sobie przy­po­mi­nam, mój przy­ja­ciel ni­gdy nie czuł potrzeby, by się foto­gra­fo­wać, bowiem, cokol­wiek by o nim rzec, z pew­no­ścią nie był czło­wie­kiem próż­nym. Choć bar­dzo zaj­mo­wał się swoją osobą, to próż­ność w potocz­nym zna­cze­niu tego słowa była mu obca. Chcę przez to powie­dzieć, że cecha ta umniej­sza­łaby go we wła­snych oczach. Był na nią zbyt inte­li­gentny, a poza tym tak głę­boko prze­ko­nany o swej wyjąt­ko­wo­ści, że nie było w tym miej­sca na pusze­nie się, nawet wtedy, gdy w jego życiu poja­wiła się Ste­fa­nie. Być może to wła­śnie brak tej próż­no­ści był winien temu, że nie ma żad­nych foto­gra­fii z okresu jego mło­do­ści. Ja na przy­kład mam wiele wła­snych.

Znane do tej pory rze­czy­wi­ście auten­tyczne foto­gra­fie z dzie­ciń­stwa i mło­do­ści Adolfa Hitlera można prak­tycz­nie poli­czyć na pal­cach jed­nej ręki.

Pierw­sze znane zdję­cie było zro­bione małemu Adol­fowi w roku 1889, kilka mie­sięcy po uro­dze­niu. Ten dzie­cięcy wize­ru­nek zawiera w sobie już wszyst­kie cechy, jakie stały się póź­niej typowe dla fizjo­no­mii Hitlera. Cha­rak­te­ry­styczne pro­por­cje nosa, policz­ków i ust, jasne, prze­ni­kliwe oczy, nawet scze­sane na czoło włosy – wszystko nazna­czone dzie­cinną pro­stotą i naiw­no­ścią. Jesz­cze jedna, bar­dzo wyra­zi­sta rzecz wpada w oko w przy­padku tej pierw­szej foto­gra­fii Hitlera – jego wiel­kie podo­bień­stwo do matki. Stwier­dzi­łem to podo­bień­stwo od razu, gdy po raz pierw­szy zoba­czy­łem panią Hitler. Zoba­czyć to może każdy, kto porówna ową dzie­cinną foto­gra­fię ze zdję­ciem matki Adolfa, które, nawia­sem mówiąc, jest warsz­ta­to­wym arcy­dzie­łem. To podo­bień­stwo jest wręcz fra­pu­jące. Oboje są do sie­bie łudząco podobni. Za to Paula, sio­stra Adolfa, była ponoć odbi­ciem ojca. Nie pozna­łem już ojca Adolfa i dla­tego muszę się oprzeć na opi­nii matki.

Ist­nieją foto­gra­fie z cza­sów szkol­nych Hitlera, wszyst­kie one są zdję­ciami zbio­ro­wymi klas, do któ­rych uczęsz­czał; nie są znane żadne uję­cia indy­wi­du­alne Adolfa z tego okresu. Jeśli gdzieś się takowe poja­wiają, są to jedy­nie powięk­szone wycinki z tych foto­gra­fii kla­so­wych. Sami pamię­tamy, jak to się wszystko wtedy odby­wało: foto­graf zapo­wia­dał swoje przy­by­cie i klasa zbie­rała się w odpo­wied­nio obszer­nym miej­scu szkoły, np. na dzie­dzińcu. Pierw­szy sze­reg musiał usiąść na ziemi, a ucznio­wie po pra­wej i lewej stro­nie kła­dli się, pod­pie­ra­jąc łok­ciami, aby powstała dokład­nie syme­tryczna kom­po­zy­cja. Kolejni ucznio­wie sia­dali na zesta­wio­nych razem ław­kach, następni sta­wali na nich, dla ostat­nich zaś ławki sta­wiano jedne na dru­gich, by i oni byli widoczni. Opo­wia­dam o tym dla­tego, że te przy­go­to­wa­nia, co widać wyraź­nie po twa­rzach pozu­ją­cych, wywo­ły­wały w dzie­ciach napię­cie, które odbie­rało im wszelką natu­ral­ność. Z poważ­nymi, zupeł­nie nie­dzie­cin­nymi obli­czami, ucznio­wie nie­ru­chomo wpa­try­wali się w obiek­tyw.

Uczeń Adolf Hitler. Foto­gra­fia z czwar­tej klasy szkoły pod­sta­wo­wej w Leon­ding. Hitler stoi u góry pośrodku.
Zdję­cie z pierw­szej klasy szkoły real­nej w Linzu. Hitler stoi u góry po pra­wej.

Ucznia nazwi­skiem Hitler trudno zna­leźć pośród tych czter­dzie­stu albo wię­cej twa­rzy, które, szcze­gól­nie w wiej­skiej szkole ludo­wej, są podobne do sie­bie jak dwie kro­ple wody. Prze­waż­nie, gdy się chce kogoś wska­zać i zapa­mię­tać, trzeba go zazna­czyć strzałką albo krzy­ży­kiem, jedyne, co można odczy­tać z twa­rzy, to pełną rezerwy cie­ka­wość, kiedy ten skru­pu­latny foto­graf w końcu zrobi zdję­cie. Należy się strzec, by tego rodzaju minom na twa­rzach uczniów nie doda­wać zna­czeń, któ­rych tam nie ma. Chciał­bym pod­kre­ślić jedno: wyraz twa­rzy Hitlera na tych zdję­ciach jest cią­gle taki sam. Mimo że poszcze­gólne foto­grafie dzieli znaczny dystans cza­sowy, na wszyst­kich ma on ten sam obcy wyraz twa­rzy, jakby w ogóle się nie zmie­nił. Uwa­żam, że jest to wyra­zem cał­kiem jesz­cze nie­świa­do­mej oso­bli­wej kon­se­kwen­cji, owej umie­jęt­no­ści nie­zmie­nia­nia się, która wydaje mi się naj­bar­dziej istotną cechą cha­rak­teru Hitlera. Wska­zy­wano także na to, że Hitler na tych zdję­ciach gru­po­wych zawsze zaj­muje uprzy­wi­le­jo­wane miej­sce. Na zdję­ciu kla­so­wym z 1899 roku, przed­sta­wia­ją­cym czwartą klasę szkoły ludo­wej w Leon­ding, Hitler stoi pośrodku naj­wyż­szego rzędu, a na foto­grafii z roku 1901, uka­zu­ją­cej pierw­szą klasę szkoły real­nej w Linzu, też stoi w naj­wyż­szym rzę­dzie, tym razem cał­kiem z pra­wej strony.

To wszystko, co dałoby się powie­dzieć o wize­run­kach mło­dego Hitlera, gdyby przez przy­pa­dek nie zacho­wał się rysu­nek wyko­nany przez jed­nego z jego kole­gów szkol­nych z czwar­tej klasy szkoły real­nej w Steyr, ostat­niej, do jakiej uczęsz­czał Adolf. Rysu­nek ten pocho­dzi z 1905 roku.

Tenże kolega szkolny, nazwi­skiem Sturm­lech­ner, który spor­tre­to­wał mło­dego Hitlera i na gór­nym mar­gi­ne­sie odno­to­wał z dumą: „z natury”, był oczy­wi­ście dyle­tan­tem; widać to po jego rysun­kach nie­ma­ją­cych ze sztuką wiele wspól­nego. Praw­do­po­dob­nie Sturm­lech­ner potra­fił ryso­wać tylko z pro­filu, i tego się ści­śle trzy­mał, bo ina­czej nie umiał. Jeśli coś odbie­gało od tego sche­matu lub nie dało się naryso­wać z pro­filu, zaczy­nał mieć kło­poty. Nos mło­dego Hitlera jest nary­so­wany źle, przy odda­niu fry­zury zaś umie­jęt­no­ści rysow­nika cał­ko­wi­cie go zawio­dły, acz­kol­wiek przy­pad­kowo włosy Adolfa rze­czy­wi­ście wyglą­dały jak „z natury”. Mimo to ów szkic ołów­kiem ma dziwny urok, bowiem jego wyraz jest natu­ralny, pozba­wiony sztucz­no­ści. Jeśli wziąć ze szkicu Sturm­lech­nera tylko sam pro­fil, to pokrywa się on dokład­nie z obra­zem mego przy­ja­ciela z mło­do­ści, jaki zacho­wa­łem w swych wspo­mnie­niach.

Szkic Sturm­lech­nera przy­niósł dość burz­liwe kon­se­kwen­cje – opie­ra­jąc się na nim two­rzono nie­praw­do­po­dobne histo­rie, a nie­kiedy i bzdury. I tak na przy­kład pewien autor, który opi­sy­wał lata biedy, jakie Hitler spę­dził w Wied­niu, sko­pio­wał pro­fil, wło­żył Adol­fowi na głowę sztywny pół­cy­lin­der, w kra­wat wpiął szpilkę ze swa­styką i twier­dził, że jest to por­tret Hitlera z tam­tego okresu. Pro­fil można zosta­wić w spo­koju, wie­dząc, że fizjo­no­mia Hitlera pozo­sta­wała nie­mal taka sama przez lata, jed­nak wspo­mniany autor nie wie­dział, iż Hitler ni­gdy nie nosił pół­cy­lin­dra. Adolf lubił ciemne, mięk­kie kape­lu­sze i kpił bez­li­to­śnie z owych „melo­ni­ków”!

To wszystko, co mam do powie­dze­nia na temat wize­run­ków mło­dego Hitlera. Chciał­bym jesz­cze tylko kil­koma sło­wami uzu­peł­nić ten obraz mego przy­ja­ciela z mło­do­ści, choć jestem świa­dom moż­li­wych nie­do­kład­no­ści, jakie ta próba może nieść ze sobą.

Hitler w wieku szes­na­stu lat. Ten rysu­nek jed­nego z kole­gów Adolfa z czwar­tej klasy szkoły real­nej w Steyr, nie­ja­kiego Sturm­lech­nera, jest jedy­nym zna­nym do tej pory por­tre­tem Hitlera z cza­sów mło­do­ści.

Hitler był śred­niego wzro­stu, szczu­pły i wtedy już nieco wyż­szy od matki. Abso­lut­nie nie spra­wiał wra­że­nia czło­wieka mocno zbu­do­wa­nego, raczej wyro­śnię­tego i mizer­nego. Nie był też silny, jego zdro­wie rów­nież pozo­sta­wiało wiele do życze­nia; wie­lo­krot­nie się na nie skar­żył. Musiał chro­nić się przed mgli­stym i wil­got­nym kli­ma­tem Linzu; w owym cza­sie czę­sto źle się czuł i dużo kasz­lał. Krótko mówiąc, miał pro­blemy z płu­cami.

Nos miał bar­dzo syme­tryczny i pro­por­cjo­nal­nie ufor­mo­wany, w żad­nej mie­rze wysta­jący. Adolf miał wyso­kie czoło, nieco ucie­ka­jące do tyłu. Nie­zbyt podo­bało mi się, że już wtedy miał w zwy­czaju nisko roz­cze­sy­wać prze­dzia­łek. Nawia­sem mówiąc, ten opis nosa, czoła i ust jest dla mnie o tyle śmieszny, że w jego twa­rzy naj­bar­dziej wyra­zi­stym ele­men­tem były oczy, tak że czło­wiek wcale nie zwra­cał uwagi na pozo­stałe czę­ści twa­rzy. Ni­gdy wię­cej nie spo­tka­łem w moim życiu czło­wieka, u któ­rego oczy – jakby to wyra­zić? – tak bar­dzo miały wpływ na wygląd całego obli­cza, jak u mego przy­ja­ciela. Były to jasne oczy jego matki. Jed­nakże jej nieco nie­ru­chome, prze­ni­kliwe spoj­rze­nie nabie­rało u syna jesz­cze więk­szej siły, mając w sobie wię­cej wyrazu. To było nie­sa­mo­wite, jak bar­dzo ich wyraz mógł się zmie­niać, szcze­gól­nie wtedy, gdy Adolf mówił. Na mnie jego niski, dźwięczny głos w sumie wywie­rał mniej­sze wra­że­nie niż oczy. Adolf naprawdę prze­ma­wiał oczami – nawet gdy usta mil­czały, wie­działo się, co chciał powie­dzieć. Kiedy po raz pierw­szy przy­szedł do naszego domu i przed­sta­wi­łem go matce, ta powie­działa do mnie przed pój­ściem do łóżka: „Ależ ten twój przy­ja­ciel ma oczy!”. Jesz­cze dzi­siaj dobrze sobie przy­po­mi­nam, że wię­cej było w jej sło­wach lęku niż podziwu. Gdyby ktoś zapy­tał, na czym pole­gała nie­zwy­kłość tego czło­wieka, jaka jego cecha w okre­sie mło­do­ści naj­bar­dziej wyra­zi­ście się odzna­czała, odpo­wiem bez waha­nia: jego oczy!

Bar­dzo cha­rak­te­ry­styczny był też talent kra­so­mów­czy Adolfa; byłem jed­nak zbyt mało doświad­czony, by pod­ów­czas wią­zać z tym jakieś ocze­ki­wa­nia. Żyłem w prze­ko­na­niu, że kie­dyś Hitler zosta­nie wiel­kim arty­stą; naj­pierw sądzi­łem, że poetą, a póź­niej, że sław­nym mala­rzem, aż do chwili, gdy w Wied­niu prze­ko­nał mnie, iż jego umie­jęt­no­ści pchają go w stronę archi­tek­tury. Jed­nakże talent mówcy nie był przy­datny w reali­za­cji jego arty­stycz­nych zamia­rów, raczej wręcz je hamo­wał. Mimo to chęt­nie go słu­cha­łem. Jego język był nader wyszu­kany – uni­kał dia­lektu, szcze­gól­nie wie­deń­skiego, któ­rego z powodu jego mięk­kiego, melo­dyj­nego cha­rak­teru szcze­rze nie zno­sił. Wła­ści­wie Hitler w potocz­nym rozu­mie­niu wcale nie mówił po austriacku, można by raczej twier­dzić, iż spo­sób jego wysła­wia­nia się, szcze­gól­nie jeśli idzie o rytm, miał w sobie coś z cha­rak­teru bawar­skiego, a ści­ślej – dolnobawar­skiego. Być może przy­czyna tego leżała w tym, że od trze­ciego do szó­stego roku życia, a więc w okre­sie wykształ­ca­nia się mowy, miesz­kał w Pas­sau, gdzie jego ojciec był urzęd­ni­kiem cel­nym.

Bez wąt­pie­nia mój przy­ja­ciel Adolf miał talent kra­so­mów­czy już od naj­wcze­śniej­szych lat swego życia, z czego zda­wał sobie zresztą sprawę. Mówił chęt­nie i nie­mal bez prze­rwy. Nie­kiedy, gdy w swych fan­ta­zjach zapę­dzał się daleko, poja­wiało się we mnie podej­rze­nie, że czyni tak tylko dla wprawy. Póź­niej jed­nak porzu­ci­łem te podej­rze­nia; czyż nie przy­zna­łem przed chwilą, że bra­łem za dobrą monetę dosłow­nie każde słowo, jakie wypo­wie­dział? Naj­wy­raź­niej Adolf wypró­bo­wy­wał swój talent kra­so­mów­czy na mnie lub kimś innym, by spraw­dzić, czy nas prze­kona. W pamięci pozo­stał mi nie­za­tarty przy­kład, jak nie­ma­jący jesz­cze osiem­na­stu lat Adolf prze­konał mojego ojca, by puścił mnie ze swego zakładu i wysłał na stu­dia do kon­ser­wa­to­rium w Wied­niu. Bio­rąc pod uwagę powol­ność i skry­tość natury ojca, było to bez dwóch zdań nad­zwy­czajne osią­gnię­cie. Od tam­tego czasu, gdy ojciec pod­jął tę tak ważką dla mnie decy­zję na moją korzyść, uzna­łem to za dowód nad­zwy­czajnego talentu Hitlera i nabra­łem prze­konania, że w przy­padku Adolfa nie ma takich rze­czy, któ­rych nie potra­fiłby osią­gnąć swymi prze­ko­nu­ją­cymi sło­wami.

Miał w zwy­czaju czę­sto pod­kre­ślać swe słowa odpo­wied­nimi, prze­my­śla­nymi gestami. Od czasu do czasu, gdy mówił na któ­ryś ze swych ulu­bio­nych tema­tów, jak nowy most na Dunaju, roz­bu­dowa muzeum czy pod­ziemny dwo­rzec kole­jowy, który chciał zbu­do­wać w Linzu, prze­ry­wa­łem jego mono­log i pyta­łem, jak wyobraża sobie prak­tyczne urze­czy­wist­nie­nie swo­ich pro­jek­tów, bo prze­cież jeste­śmy tylko bie­da­kami bez gro­sza przy duszy! Patrzył wtedy na mnie tak nie­chęt­nie i wrogo, jakby w ogóle nie zro­zu­miał mego pyta­nia. Ni­gdy też nie dosta­łem na nie odpo­wie­dzi, co naj­wy­żej Adolf czy­nił pogar­dliwy gest ręką, zby­wa­jąc nim przy­ziemne dro­bia­zgi. Przy­zwy­cza­iłem się póź­niej do tego i nie uwa­ża­łem już za śmieszne, gdy ten szes­na­sto- czy sie­dem­na­sto­la­tek roz­wi­jał wiel­kie pro­jekty, przed­sta­wia­jąc mi je ze wszyst­kimi szcze­gó­łami. Gdy­bym odno­sił się do niego lek­ce­wa­żąco, musiał­bym uznać to wszystko za bez­sen­sowną grę albo sza­leń­stwo, jed­nakże jego oczy prze­ko­ny­wały mnie, że mówił to poważ­nie.

Adolf przy­kła­dał wielką wagę do form i zasad dobrego wycho­wa­nia. Skru­pu­lat­nie prze­strze­gał towa­rzy­skich kon­we­nan­sów, acz­kol­wiek owo towa­rzy­stwo nie­wiele dla niego zna­czyło. W swo­ich wystą­pie­niach pod­kre­ślał zawsze pozy­cję ojca, który jako funk­cjo­na­riusz celny miał rangę mniej wię­cej kapi­tana. Gdy wyma­wiał słowo „ojciec”, nikt nie domy­śliłby się, jak gwał­tow­nie odrzu­cał jaką­kol­wiek myśl, że sam mógłby zostać urzęd­ni­kiem. Mimo to jego zacho­wa­nie było bar­dzo aku­ratne, ni­gdy nie zapo­mi­nał prze­ka­zać pozdro­wień dla moich rodzi­ców i nawet na żad­nej kartce pocz­to­wej od niego nie bra­ko­wało słów pamięci o moich „sza­cow­nych rodzi­cach”!

W Wied­niu, gdy miesz­ka­li­śmy razem w wyna­ję­tym pokoju, zauwa­ży­łem, że wie­czo­rami zawsze sta­ran­nie ukła­dał swe dłu­gie spodnie pod mate­ra­cem, aby następ­nego rana miały dosko­nale zapra­so­wane kanty. Adolf potra­fił doce­niać zna­cze­nie zewnętrz­nego wyglądu. Choć nie był czło­wie­kiem próż­nym, miał dosko­nałe wyczu­cie zna­cze­nia auto­pro­mo­cji. Bez wąt­pie­nia miał wielki talent aktor­ski, który potra­fił dosko­nale wyko­rzy­stać w połą­cze­niu ze swymi umie­jęt­no­ściami ora­tor­skimi. Zada­wa­łem sobie nie­kiedy pyta­nie, dla­czego mimo tak wiel­kich zdol­no­ści nie udało mu się zro­bić w Wied­niu kariery. Dopiero póź­niej zro­zu­mia­łem, że wcale nie cho­dziło mu o to, by wspiąć się na wyż­szy szcze­bel w jakiejś hie­rar­chii zawo­do­wej. Nie miał naj­mniej­szych ambi­cji, by zapew­nić sobie spo­kojną „pracę dla chleba”. Ludzie, któ­rych spo­ty­kał w Wied­niu, nie byli w sta­nie pojąć sprzecz­no­ści mię­dzy jego wypie­lę­gno­wa­nym wyglą­dem zewnętrz­nym, wykwint­nym języ­kiem, peł­nym pew­no­ści sie­bie zacho­wa­niem z jed­nej strony, a gło­dową egzy­sten­cją, jaką pro­wa­dził, i uwa­żali go albo za pyszałka, albo za samo­chwałę. Tyle że on nie był żad­nym z tych dwóch typów, Adolf po pro­stu nie paso­wał do miesz­czań­skiego sche­matu.

Hitler był praw­dzi­wym mistrzem, jeśli idzie o gło­do­wa­nie, mimo że lubił dobrze zjeść, jeśli nada­rzyła się oka­zja po temu, acz­kol­wiek w sto­licy Austrii prze­waż­nie bra­ko­wało mu na to pie­nię­dzy. Jeśli jed­nak je miał, był w każ­dej chwili gotów zre­zy­gno­wać z jedze­nia, by w zamian kupić sobie za to bilet do teatru. Nie rozu­miał w ogóle tego, co inni nazy­wali roz­ko­szo­wa­niem się życiem. Nie palił tyto­niu, nie pił alko­holu, całymi dniami żyjąc, na przy­kład w Wied­niu, tylko mle­kiem i chle­bem.

Przy jego lek­ce­wa­że­niu wszyst­kiego, co wią­zało się z fizycz­no­ścią, także sport, który pod­ów­czas sta­wał się coraz bar­dziej popu­larny, nie­wiele dla niego zna­czył. Prze­czy­ta­łem kie­dyś opo­wieść o tym, jak to młody Hitler odważ­nie prze­pły­nął Dunaj, lecz nie mogę sobie przy­po­mnieć takiej sytu­acji. Co naj­wy­żej od czasu do czasu cho­dzi­li­śmy się kąpać nad rzekę, ale to wszystko. Z kolei Klub Cykli­stów w Linzu, któ­rego człon­kami byli pełni ini­cja­tyw rowe­rzy­ści, inte­re­so­wał go jedy­nie o tyle, że w zimie klub ten utrzy­my­wał śli­zgawkę. Zresztą ta śli­zgawka nie inte­re­so­wała go ze względu na ćwi­cze­nia fizyczne, ale dla­tego, że dosko­na­liła na niej swe umie­jęt­no­ści łyż­wiar­skie kochana prze­zeń dziew­czyna.

Jedy­nym spor­tem, jaki Hitler upra­wiał z dużym zapa­łem, była tury­styka pie­sza. Cho­dził wszę­dzie i zawsze. Nawet w naszym warsz­ta­cie albo moim pokoju cho­dził bez prze­rwy z kąta w kąt. W moich wspo­mnie­niach widzę go zawsze w ruchu. Mógł cho­dzić godzi­nami, nie oka­zu­jąc oznak jakie­go­kol­wiek zmę­cze­nia. We dwójkę prze­szli­śmy wzdłuż i wszerz całą oko­licę Linzu. Nie ma tam chyba żad­nej ścieżki, którą byśmy nie wędro­wali. Jego miłość do natury była wyraź­nie widoczna, lecz nie przy­po­mi­nam sobie, bym widział go zbyt czę­sto z książką o tema­tyce przy­rod­ni­czej w ręku. Jak się wydaje, w tym wypadku jego tak zazwy­czaj nie­za­spo­ko­jone pra­gnie­nie wie­dzy osią­gnęło swe gra­nice. Co prawda, jak mi opo­wia­dał, w cza­sach szkol­nych zaj­mo­wał się gor­li­wie bota­niką i nawet zało­żył her­ba­rium, jed­nakże to zaję­cie, podob­nie jak stwo­rze­nie zbioru motyli czy mine­ra­łów, przy­pi­sać należy nie tyle szcze­gól­nej skłon­no­ści, ile mło­dzień­czej pasji. W przy­ro­dzie nie inte­re­so­wały go szcze­góły, trak­to­wał ją raczej jako całość, nazy­wa­jąc „świa­tem na zewnątrz”, co w jego ustach brzmiało jak „w domu”. I rze­czy­wi­ście, na łonie natury czuł się jak w domu. Już w trak­cie pierw­szego roku naszej przy­jaźni mogłem stwier­dzić jego dziwną skłon­ność do noc­nych wędró­wek albo pozo­sta­wa­nia na noc gdzieś w obcej oko­licy.

Natura wywie­rała na niego nad­zwy­czajny wpływ, jakiego nie zaob­ser­wo­wa­łem jesz­cze u żad­nego czło­wieka. W „świe­cie na zewnątrz” był cał­kiem inny ani­żeli w mie­ście. W ogóle miał pewne cechy cha­rak­teru, które uze­wnętrz­niały się dopiero w kon­tak­cie z przy­rodą. Ni­gdy nie był tak sku­piony i skon­cen­tro­wany, jak pod­czas wędró­wek cichymi duk­tami, pro­wa­dzą­cymi przez bukowe lasy Mühlviertel, albo nocą, gdy szybko pod­cho­dzi­li­śmy zbo­czem Fre­in­bergu. W ryt­mie kro­ków na szlaku wycie­czek jego myśli pły­nęły, a nowe pomy­sły przy­cho­dziły mu do głowy o wiele spo­koj­niej i w spo­sób bar­dziej zde­cy­do­wany niż w innych oko­licz­no­ściach.

Przez długi czas nie potra­fi­łem sobie wytłu­ma­czyć pew­nej dziw­nej sprzecz­no­ści zwią­za­nej z Adol­fem. Kiedy mia­no­wi­cie pro­mie­nie słońca zaczy­nały oświe­tlać wąskie uliczki, a świeży, ożyw­czy wiatr przy­no­sił do mia­sta żywiczny zapach drzew, jakaś nie­wi­dzialna siła wypę­dzała go na zewnątrz, na łąki i do lasów. Zale­d­wie jed­nak tam się zna­leź­li­śmy, zaczy­nał mnie zapew­niać, że nie jest w sta­nie wytrzy­mać długo na wsi. Byłoby dla niego strasz­nym prze­ży­ciem, gdyby musiał zamiesz­kać znowu w takiej wio­sce jak Leon­ding; przy całej miło­ści do przy­rody za każ­dym razem cie­szył się bar­dzo, gdy znowu powra­ca­li­śmy do swoj­skiego dlań mia­sta.

Gdy wraz z upły­wem czasu pozna­wa­łem Adolfa bli­żej, te sprzecz­no­ści w jego cha­rak­te­rze sta­wały się dla mnie zro­zu­miałe: on potrze­bo­wał mia­sta, jego róż­no­rod­no­ści i pełni wra­żeń, prze­żyć i wyda­rzeń, bowiem brał w nich wewnętrz­nie udział. W mie­ście nie działo się nic, co by go nie zain­te­re­so­wało. Potrzebni mu byli także ludzie z ich tak peł­nymi sprzecz­no­ści inte­re­sami, dąże­niami, zamia­rami, pla­nami i życze­niami. Tylko w tak prze­ła­do­wa­nej pro­ble­mami atmos­fe­rze Adolf czuł się dobrze. Wieś z tego punktu widze­nia była dla niego zbyt mono­tonna, zbyt mało zna­cząca i – ze względu na jego nie­po­skro­mioną potrzebę zaj­mo­wa­nia się wszyst­kim – za mało cie­kawa i pozba­wiona odpo­wied­niej liczby wyda­rzeń. Poza tym mia­sto jako takie sta­no­wiło zbio­ro­wi­sko róż­nego rodzaju budowli i domów, co tylko wzma­gało jego zain­te­re­so­wa­nie. Jest więc rze­czą zro­zu­miałą, że Adolf chciał miesz­kać tylko w mie­ście.

Z dru­giej strony potrze­bo­wał jed­nak sku­tecz­nej prze­ciw­wagi dla napie­ra­ją­cego nań bez prze­rwy, absor­bu­ją­cego w naj­wyż­szym stop­niu jego zain­te­re­so­wa­nia mia­sta i znaj­do­wał je wła­śnie w natu­rze, w któ­rej w żad­nej mie­rze nie trzeba było nic popra­wiać czy zmie­niać, bowiem wieczne prawa, któ­rym ona pod­le­gała, pozo­sta­wały poza obsza­rem ludz­kiej woli. Tu mógł naresz­cie przyjść znowu do sie­bie, jako iż nie czuł – jak w mie­ście – że na każ­dym kroku musi zaj­mo­wać sta­no­wi­sko w jakiejś nie­zmier­nie waż­nej dla niego kwe­stii.

Mój przy­ja­ciel miał szcze­gólny spo­sób korzy­sta­nia z natury, jeśli idzie o potrzeby jego cha­rak­teru. Wyszu­ki­wał w pobliżu mia­sta ciche, mało odwie­dzane przez innych miej­sce, w któ­rym mógł być sam. Cią­gle tam cho­dził i w końcu każdy krzew, każde drzewo w tym miej­scu były mu dobrze znane. W takim miej­scu nic nie mogło zakłó­cić mu spo­koju. Natura ota­czała go ze wszyst­kich stron niczym ściany cichej, swoj­skiej izby. W ten spo­sób Adolf prze­kształ­cał „świat zewnętrzny” w „dom”, w któ­rym mógł odda­wać się bez prze­szkód swym pla­nom i roz­my­ślać nad nowymi ide­ami.

Na tej zasa­dzie przez dłuż­szy czas trak­to­wał ławkę sto­jącą przy „ścieżce zdro­wia” w Linzu jako swo­isty gabi­net do pracy, z któ­rego korzy­stał przy pięk­nej pogo­dzie. Czy­tał tam swoje książki, ryso­wał i malo­wał akwa­rele, tam też powsta­wały jego pierw­sze wier­sze. Potem zna­lazł sobie jesz­cze inne miej­sce, które bar­dzo polu­bił, bo czuł się tam jesz­cze bar­dziej bez­piecz­nie, a któ­rego nikt poza nami nie odwie­dzał. Chcąc tam dotrzeć, nale­żało w poło­wie wyso­ko­ści Kalva­rien­bergu skrę­cić ze ścieżki pro­wa­dzą­cej w stronę Zauber­talu na zachód, a potem wspiąć się bez­dro­żami przez zaro­śla i przez wiel­kie, ciemne złomy skalne. Sia­dy­wa­li­śmy w tym miej­scu na naj­wyż­szej, nieco wybrzu­szo­nej skałce – zaro­śla i drzewa w odcie­niu głę­bo­kiej zie­leni odci­nały nas z tyłu pół­ko­lem od świata, a u naszych stóp, głę­boko w dole, wid­niał Dunaj. Widok spo­koj­nie pły­ną­cej rzeki bar­dzo wzru­szał Adolfa. Nie­po­wstrzy­ma­nie, wypły­wa­jąc z jed­nej wiecz­no­ści, by dążyć do dru­giej, potężne masy wody podą­żały na wschód. Jakże czę­sto tam na górze mój przy­ja­ciel opo­wia­dał mi o swo­ich pla­nach. Nie­kiedy zda­rzało się, że uczu­cia brały w nim górę i pusz­czał wodze fan­ta­zji. Przy­po­mi­nam sobie, że pew­nego razu tak reali­stycz­nie opo­wia­dał mi o wypra­wie Krym­hildy do kra­iny Hunów, że nie­mal ujrza­łem potężne statki kró­lów bur­gundz­kich pły­nące w dół rzeki.

Zupeł­nie inny od atmos­fery tego miej­sca kon­tem­pla­cji cha­rak­ter miały nasze sze­roko zakro­jone wędrówki po oko­li­cach Linzu. W owych cza­sach nie­po­trzebne były dłuż­sze przy­go­to­wa­nia. Jedyną rze­czą, jakiej potrze­bo­wa­li­śmy, była solidna laska. Do noszo­nego w dni powsze­dnie ubra­nia Adolf wkła­dał kolo­rową koszulę, a na szyi, na znak, że ma zamiar dzi­siaj długo wędro­wać, zaci­skał zamiast zwy­cza­jo­wego kra­watu ple­ciony, jedwabny sznur ze skuwką. Nie zabie­ra­li­śmy ze sobą żad­nego pro­wiantu; gdy czu­li­śmy głód, zja­da­li­śmy kawa­łek suchego chleba, popi­ja­jąc go szklanką mleka kupio­nego u chłopa. Jakież to były wspa­niałe, bez­tro­skie czasy!

Pogar­dza­li­śmy koleją i wozami kon­nymi, wszę­dzie uda­jąc się tylko pie­szo. Gdy nasze nie­dzielne wędrówki połą­czone były z wycieczką moich rodzi­ców, co miało dla nas tę korzyść, że byli­śmy zapra­szani przez mego ojca na obfity obiad w któ­rejś z wiej­skich gospód, wycho­dzi­li­śmy odpo­wied­nio wcze­śnie, by punk­tu­al­nie spo­tkać się z przy­jeż­dża­ją­cymi pocią­giem rodzi­cami w doce­lo­wym miej­scu. Mój ojciec, wię­cej niż szczę­śliwy, że po sze­ściu dniach pracy w pocie i kurzu mógł znowu ode­tchnąć czy­stym powie­trzem, lubił przede wszyst­kim małą, idyl­liczną wio­skę Wal­ding, leżącą pośrodku wspa­nia­łych owo­co­wych sadów; w cza­sie kwit­nie­nia nie­mal nie było jej widać spoza koron drzew obsy­pa­nych bia­łymi czy różo­wymi kwia­tami. Nam Wal­ding podo­bała się tym bar­dziej, że w pobliżu prze­pły­wała rzeczka Rodel­bach, w któ­rej w cie­płe let­nie dni chęt­nie się kąpa­li­śmy. Miała ciemne, zło­ci­ście poły­sku­jące dno i przy­po­mi­nała nam ciche, leśne stru­mie­nie z ojczy­zny Adal­berta Sti­ftera. Sama Rodel­bach jest jed­nak pod­stępna, bowiem tam, gdzie czło­wiek tego naj­mniej ocze­ki­wał, wystę­po­wały głę­bo­kie doły z wirami, z któ­rych mógł się wydo­stać tylko bar­dzo sprawny pły­wak.

W pamięci pozo­stał mi pewien drobny epi­zod. Adolf i ja pobie­gli­śmy z gospody do rzeczki, by się wyką­pać. Byłem nie­złym pły­wa­kiem, podob­nie jak mój przy­ja­ciel. Mimo to moja matka bar­dzo się nie­po­ko­iła; poszła więc za nami i sta­nęła na wysta­ją­cym nad wodę gra­ni­to­wym bloku, by mieć na nas bacze­nie. Opa­da­jąca stromo skałka była poro­śnięta mchem i poczciwa matka, przy­glą­da­jąca się nam z lękiem i tro­ską, pośli­zgnęła się i tak jak stała, wpa­dła do wody, dosta­jąc się do jed­nego ze wspo­mnia­nych ciem­nych, pod­stęp­nych dołów. Byłem zbyt odda­lony, by jej od razu pomóc. Jed­nakże Adolf ruszył natych­miast na ratu­nek i wycią­gnął ją z wody. Hitler był zawsze przy­wią­zany do moich rodzi­ców. Zna­mienny niech będzie fakt, że jesz­cze w 1944 roku kazał wysłać mojej mamie paczkę żyw­no­ściową z oka­zji jej osiem­dzie­sią­tych uro­dzin.

Adolf szcze­gól­nie lubił oko­lice Mühlviertel8. Za każ­dym razem pocią­gały go sze­roko roz­po­ście­ra­jące się wzgó­rza z pięk­nymi wido­kami z każ­dego z ich wierz­choł­ków, gdzie nie wcho­dząc na sam szczyt, można było ujrzeć wokół wspa­niałą pano­ramę całej kra­iny. Na samym dole, oto­czony jasną sre­brzy­stą wstęgą rzeki, tło­czył się Linz. Za gra­nicą cią­gną­cych się daleko żyznych pól wzno­siły się na połu­dniu szczyty Alp. W cza­sie, gdy wiał fen9, widać je było tak wyraź­nie, że dało się roz­po­znać każdy z nich. Z Pöstlingbergu, który w dosłow­nym sen­sie nie jest górą, lecz kra­wę­dzią stromo opa­da­ją­cej ku Duna­jowi wyżyny, wędro­wa­li­śmy przez Holz­poldl i Elend­sim­merl do Gra­ma­stet­ten albo prze­mie­rza­li­śmy lasy rosnące wokół ruin zamku Lich­ten­hag. Adolf zmie­rzył jego zacho­wane jedy­nie czę­ściowo mury i zapi­sał otrzy­mane wyniki w swym szki­cow­niku, który zawsze nosił ze sobą. Potem kil­koma kre­skami nary­so­wał prze­bieg umoc­nień obron­nych zamku, fosę, zwo­dzony most i z wyobraźni przy­ozdo­bił szczyty murów blan­kami i wyku­szami. Pew­nego razu zasko­czył mnie tam okrzy­kiem:

– To ide­alne miej­sce akcji dla mego sonetu!

Kiedy jed­nak chcia­łem się dowie­dzieć cze­goś bliż­szego, wyja­śnił krótko:

– Naj­pierw muszę zoba­czyć, co z niego wyj­dzie!

W dro­dze powrot­nej przy­znał się, że mate­riał lite­racki, nad któ­rym pra­co­wał, spró­buje prze­ro­bić na sztukę teatralną.

Do St. Geo­r­gen an der Gusen wybrał się po to, by stwier­dzić, czy wśród tam­tej­szych miesz­kań­ców zacho­wały się jakieś wspo­mnie­nia o słyn­nej bitwie z okresu wojen chłop­skich. Gdy prze­mie­rzyw­szy cały Ried­mark10, nie zna­leź­li­śmy nawet jed­nego punktu zacze­pie­nia, Adolf wpadł na oso­bliwy pomysł: był prze­ko­nany, że wśród zamiesz­ka­łych tam ludzi musiały się zacho­wać dale­kie choćby wspo­mnie­nia o owej wiel­kiej bitwie i pew­nego dnia wyru­szył w tamtą oko­licę samot­nie, bowiem uprzed­nio na próżno sta­rał się prze­ko­nać mego ojca, by dał mi wolne. Prze­by­wał w tam­tej oko­licy dwa dni i dwie noce, nie pamię­tam już jed­nak, czy się tam cze­goś dowie­dział w inte­re­su­ją­cej go spra­wie.

Tylko dla­tego, że Adolf chciał raz zoba­czyć swój uko­chany Linz od wschodu, musia­łem wraz z nim wspiąć się na ponurą górę o nazwie Pfen­nig­berg, któ­rej – jak się skar­żył – miesz­kańcy Linzu nie darzyli zbyt­nią sym­pa­tią. Także i mnie mia­sto podo­bało się bar­dziej z każ­dej innej strony.

Adolf za to godzi­nami sie­dział na wierz­chołku tego nie­go­ścin­nego wznie­sie­nia i szki­co­wał. Nawet odwie­dziny sąsia­du­ją­cego z tym wzgó­rzem mia­steczka Stey­regg nie mogły mi popra­wić humoru.

Za to St. Flo­rian także i dla mnie nabrało sym­bo­licz­nego zna­cze­nia jako miej­sce kultu sztuki. Zda­wało nam się, że w tym uświę­co­nym dzia­ła­niem Antona Bruck­nera11 oto­cze­niu nie­spo­dzie­wa­nie natkniemy się na „muzy­kanta Pana Boga”, a we wspa­nia­łym kościele zaraz usły­szymy jego genialne kom­po­zy­cje grane na wiel­kich orga­nach. A potem sta­nę­li­śmy przed pro­stą płytą nagrobną, wpusz­czoną w posadzkę pod chó­rem, gdzie przed dzie­się­ciu laty zło­żono na wieczny spo­czy­nek ciało wiel­kiego mistrza. Cudowna kole­giata, prze­pyszna budowla będąca dzie­łem Jakoba Prand­tau­era, roz­pa­liła w mym przy­ja­cielu pło­mień naj­wyż­szego zachwytu. Stał potem przez godzinę, a może nawet dłu­żej – o wiele za długo jak dla mnie – przed wspa­nia­łymi Scho­dami Cesar­skimi, by podzi­wiać prze­pych biblio­teki. Jed­nakże naj­więk­sze wra­że­nie wywarł na nim kon­trast mię­dzy prze­ła­do­wa­nymi boga­tymi zdo­bie­niami pomiesz­cze­niami i salami opac­twa a pro­stym poko­jem, w któ­rym miesz­kał i two­rzył Bruck­ner. Widok tych zwy­kłych mebli umoc­nił w Adol­fie prze­ko­na­nie, że na tej ziemi geniusz nie­mal zawsze jest zwią­zany z biedą czy wręcz nędzą.

Dla mnie takie wycieczki były bar­dzo poucza­jące, Adolf nie­wiele zdra­dzał ze swych emo­cji, był bowiem czło­wie­kiem zamknię­tym w sobie. Zawsze w jego świe­cie myśli był pewien strze­żony obszar, do któ­rego nikogo nie dopusz­czał. Hitler miał sporo trud­nych do zro­zu­mie­nia tajem­nic, pozo­sta­jąc dla mnie pod wie­loma wzglę­dami zagadką. Ist­niał jed­nak klucz pozwa­la­jący poznać nie­które jego sekrety, pozo­sta­jące zazwy­czaj w ukry­ciu – zachwyt nad pięk­nem. Kiedy sta­li­śmy przed tak wspa­nia­łym dzie­łem sztuki, jak opac­two St. Flo­rian, zni­kało wszystko, co mogło nas dzie­lić. Wtedy Adolf wręcz pro­mie­niał swym entu­zja­zmem, a ja czu­łem się w dwój­na­sób szczę­śliwy, że jeste­śmy przy­ja­ciółmi.

Byłem czę­sto pytany, chyba nawet przez Rudolfa Hessa, który pod­czas wizyty w Linzu popro­sił mnie raz do sie­bie, czy Hitler – tak jak go zacho­wa­łem w pamięci – miał wła­ści­wie poczu­cie humoru. Jak twier­dzili ludzie z jego oto­cze­nia, trudno to było zauwa­żyć. W końcu był Austria­kiem, a więc musiał mieć w swym cha­rak­te­rze także prze­bły­ski słyn­nego austriac­kiego humoru.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1. Adal­bert Sti­fter – pisarz austriacki, uzna­wany dziś za kla­syka lite­ra­tury austriac­kiej, malarz, jeden z bar­dziej zna­czą­cych twór­ców okresu bie­der­me­ie­row­skiego – przyp. tłum. [wróć]

2. Böhmerwäld – Cze­ski Las; pasmo gór­skie poło­żone na pogra­ni­czu Czech, Bawa­rii (Niemcy) i Austrii – przyp. tłum. [wróć]

3. Pro­me­nade – jedna z repre­zen­ta­cyj­nych ulic w Linzu – przyp. tłum. [wróć]

4.