Wydawca: MT Biznes Kategoria: Poradniki Język: polski Rok wydania: 2011

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 534 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 14 godz. 23 min Lektor: Robert Michalak

Opis ebooka 4-godzinny tydzień pracy - Timothy Ferriss

Zapomnij o starej koncepcji emerytury i całej reszcie planów odkładania życia na później – nie musisz czekać. Co więcej, jest wiele powodów, by nie czekać, szczególnie w tych nieprzewidywalnych czasach zawirowań gospodarczych. O czymkolwiek byś nie marzył – ucieczce od wyścigu szczurów, wspaniałych podróżach po świecie, miesięcznym pięciocyfrowym dochodzie bez żadnego zaangażowania lub tylko o pełniejszym życiu, w większym stopniu wolnym od pracy – ta książka jest dla ciebie przewodnikiem. Pokazuje ona, jak krok po kroku zaprojektować sobie luksusowy styl życia. Opowiada o tym:

• jak Tim Ferriss przeszedł od dochodu 40 tysięcy dolarów rocznie przy pracy po 80 godzin tygodniowo do 40 tysięcy MIESIĘCZNIE przy pracy po 4 godziny tygodniowo

• jak zlecić obsługę swojego życia zagranicznym wirtualnym asystentom za pięć dolarów na godzinę i robić to, co się chce

• jak najbardziej rozchwytywani artyści podróżują po świecie, nie porzucając swojej pracy

• jak w ciągu 48 godzin wyeliminować 50% swojej pracy, stosując reguły zapomnianego włoskiego ekonomisty

• jak zamienić długotrwale budowaną karierę na krótkie epizody intensywnej pracy z częstymi „miniemeryturami”

TO NOWE, ROZSZERZONE WYDANIE ZAWIERA:

• ponad pięćdziesiąt praktycznych wskazówek i analiz przypadków podanych przez czytelników (również całe rodziny), którzy podwoili swoje dochody, poradzili sobie z powszechnymi problemami i na nowo odkryli siebie, obierając za punkt wyjścia książkę w jej pierwotnej wersji

• autentyczne wzory, które można kopiować w celu eliminacji e-maili, negocjacji z szefami i klientami lub zdobycia prywatnego kucharza za mniej niż 8 dolarów za posiłek

• wyjaśnienie, jak zasady projektowania stylu życia mogą się sprawdzić w nieprzewidywalnych czasach zawirowań gospodarczych

• najnowsze narzędzia i triki oraz skróty rozwiązań technicznych pozwalających żyć jak dyplomata lub milioner, nie będąc ani jednym, ani drugim

Czym się zajmujesz? Tim Ferriss ma problem z odpowiedzią na tak postawione pytanie. W zależności od tego, kiedy pytasz, ten kontrowersyjny wykładowca gościnny Uniwersytetu Princeton może odpowiedzieć: „Ścigam się na motocyklach w Europie”, „Jeżdżę na nartach w Andach”, „Nurkuję z akwalungiem w Panamie”, „Tańczę tango w Buenos Aires”. Tim ponad pięć lat poświęcił na zgłębianie sekretów Bogactwa w Zupełnie Nowy Sposób, szybko rosnącej subkultury, odrzucającej „plan życia odłożonego na później” (slave → save → retire, czyli niewolniczo pracuj → oszczędzaj → bądź emerytem) i zamiast tego zdobywającej nową walutę – czas i mobilność – w celu stworzenia luksusowego stylu życia tu i teraz. Bez względu na to, czy jesteś wciąż zajętym pracownikiem najemnym, czy przedsiębiorcą uwiązanym do swojej firmy, ta książka będzie dla ciebie kompasem wskazującym drogę do nowego, rewolucyjnego świata.

O AUTORZE

Timothy Ferriss, określony przez magazyn „Fast Company” mianem jednego z „najbardziej innowacyjnych biznesmenów w roku 2007”, jest inwestorem typu „angel” i autorem oryginalnej wersji bestsellera numer jeden „New York Timesa”, „Wall Street Journal” i „Business Week”, czyli 4-godzinnego tygodnia pracy, opublikowanego już w trzydziestu pięciu krajach. Ponad sto razy wypowiadał się w mediach, takich jak „New York Times”, „Economist”, „Time”, „Forbes”, „Fortune”, CNN i CBS. Mówi w sześciu językach, z różnych miejsc na świecie prowadzi międzynarodową firmę za pośrednictwem bezprzewodowego internetu, a od roku 2003 jest popularnym wykładowcą na Uniwersytecie Princeton, gdzie promuje przedsiębiorczość jako narzędzie projektowania idealnego stylu życia i zmieniania świata.

OPINIE

Czas, by ktoś wreszcie napisał tę książkę. To bardzo spóźniony manifest mobilnego stylu życia, a Tim Ferriss jest jego idealnym ambasadorem. To wspaniałe.

Jack Canfield, współautor książki Balsam dla duszy. To zupełnie nowa gra. Zdecydowanie polecam. dr Stewart D. Friedman, doradca w sprawach pracy i rodziny Jacka Welcha i byłego wiceprezydenta Stanów Zjednoczonych Ala Gore’a.

Opinie o ebooku 4-godzinny tydzień pracy - Timothy Ferriss

Cytaty z ebooka 4-godzinny tydzień pracy - Timothy Ferriss

Zdefiniujmy więc na nowo pojęcie „lenistwo” – jako zdolność do przeciwstawienia się niezbyt idealnym warunkom lub osobom chcącym decydować o naszym życiu albo jako umiejętność gromadzenia fortuny w drodze przez życie oglądane z okien biura. Wielkość kwoty na naszym rachunku bankowym nie zmienia tego tak samo, jak liczba godzin poświęconych na odpowiadanie na nieważne e-maile i inne nieistotne drobiazgi.

Fragment ebooka 4-godzinny tydzień pracy - Timothy Ferriss

TimothyFerriss

4-godzinny tydzień pracy

Przekład: Anita Doroba
MT Biznes

Tytuł oryginału:

THE 4-HOUR WORKWEEK: Escape 9-17, live anywhere, and join the new rich Expanded and Updated

Przekład: Anita Doroba

Redakcja: Milena Schefs

Projekt okładki: Rhyder Cookman

Autor zdjęć: Corey Arnold

Adaptacja okładki: studio KARANDASZ

Skład: Shift-Enter

Copyright © 2007, 2009 by Tim Ferriss

All rights reserved. Th is Licensed Work published under license.

Copyright © 2011 for the Polish edition by MT Biznes Ltd.

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentów niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci zabronione. Wykonywanie kopii metodą elektroniczną, fotograficzną, a także kopiowanie książki na nośniku filmowym, magnetycznym, optycznym lub innym powoduje naruszenie praw autorskich niniejszej publikacji. Niniejsza publikacja została elektronicznie zabezpieczona przed nieautoryzowanym kopiowaniem, dystrybucją i użytkowaniem. Usuwanie, omijanie lub zmiana zabezpieczeń stanowi naruszenie prawa.

Warszawa 2012

MT Biznes sp. z o.o.

ul. Oksywska 32, 01-694 Warszawa

tel./faks (22) 632 64 20

www.mtbiznes.pl

e-mail: info@mtbiznes.pl

ISBN 978-83-7746-190-7

Plik ePub opracowany przez firmę Lib.pl

al. Szucha 8, 00-582 Warszawa

e-mail: kontakt@elib.pl

www.eLib.pl

Moim rodzicom

Donaldowi i Frances Ferriss, którzy nauczyli małego wcielonego diabełka, że dobrze jest nie płynąć z prądem. Kocham Was oboje i wszystko Wam zawdzięczam.

Wspieraj lokalne szkolnictwo – 10% wszystkich honorariów autorskich zostaje przekazane organizacjom charytatywnym, między innymi Donorchoose.org

PRZEDMOWA DO WYDANIA POSZERZONEGO I ZAKTUALIZOWANEGO

Czterogodzinny tydzień pracy został odrzucony przez dwadzieścia sześć spośród dwudziestu siedmiu wydawnictw.

Gdy został już sprzedany, prezes jednej z firm marketingowych prowadzących sprzedaż książek na dużą skalę (branej pod uwagę jako kooperant) wysłał mi e-mailem historyczne statystyki dotyczące bestsellerów, bym miał jasność, że moja publikacja nie może znaleźć się w głównym nurcie.

Ze swojej strony zrobiłem wszystko, co potrafiłem zrobić. Napisałem tę książkę z myślą o swoich dwóch najbliższych przyjaciołach, zwracając się bezpośrednio do nich i odnosząc się do ich problemów – problemów, które sam od dawna miałem. Skupiłem się też na niezwykłych możliwościach, z których korzystałem na całym świecie.

Z pewnością starałem się doprowadzić do tego, by Czterogodzinny tydzień pracy stał się najbardziej nieoczekiwanym przebojem, ale wiedziałem, że jest to mało prawdopodobne. Miałem nadzieję na najlepsze i byłem przygotowany na najgorsze.

Drugiego maja 2007 roku zadzwoniła do mnie na komórkę moja wydawczyni.

– Tim, jesteś na szczycie listy.

Była piąta po południu w Nowym Jorku, a ja czułem się wyczerpany. Książka została wprowadzona na rynek przed pięcioma dniami i właśnie zakończyłem serię ponad dwudziestu wywiadów radiowych, jeden po drugim od szóstej rano. Nigdy nie lubiłem długich tournée, wolałem odbyć wszystkie spotkania w studiach radiowych w ciągu czterdziestu ośmiu godzin.

– Heather, kocham cię, ale nie rób mnie w $#%*.

– Nie, naprawdę jesteś na szczycie listy. Gratulacje, panie „najlepiej sprzedający się autorze »New York Timesa«”.

Oparłem się o ścianę i zsunąłem w dół, aż usiadłem na podłodze. Zamknąłem oczy, uśmiechnąłem się i głęboko odetchnąłem. Wszystko zaczynało się zmieniać.

Wszystko zaczynało się zmieniać.

Projektowanie stylu życia od Dubaju po Berlin

Czterogodzinny tydzień pracy został już sprzedany w trzydziestu pięciu wersjach językowych. Znajdował się na listach bestsellerów przez ponad dwa lata i z każdym miesiącem przynosił nowe historie oraz nowe odkrycia.

Od „Economist” po okładkę „New York Times Style”, od ulic Dubaju po kawiarnie Berlina, projektowanie stylu życia przenikało kultury i stawało się światowym ruchem, a pierwotne pomysły z książki rozsypały się na części, zostały udoskonalone oraz sprawdzone w różnych okolicznościach i na takie sposoby, których nawet sobie nie wyobrażałem.

Po co zatem nowe wydanie, skoro wszystko idzie tak dobrze? Ponieważ wiem, że może być jeszcze lepiej i że brakuje tam jednego elementu: ciebie.

To rozszerzone i zaktualizowane wydanie zawiera ponad sto stron nowych treści, w tym opisy najnowszych technologii, przetestowanych w praktyce rozwiązań i – co najważniejsze – historii sukcesu zaczerpniętych z rzeczywistego życia, wybranych z ponad czterystu stron analiz przypadków przysłanych mi przez czytelników.

Rodziny i studenci? Prezesi i profesjonalni wędrowcy? Wybierz sam. Zapewne znajdziesz kogoś, czyje działania możesz powielić. Może potrzebujesz podpowiedzi, jak negocjować warunki zdalnej pracy, by wyjechać na płatny rok do Argentyny? Zrób to teraz, rozwiązanie znajdziesz tutaj.

Blog zatytułowany „Experiments in Lifestyle Design” (www.fourhourblog.com) pojawił się wraz z książką i w ciągu sześciu miesięcy stał się jednym z tysiąca najpopularniejszych blogów na świecie (przy istniejących ponad 120 milionach wszystkich). Tysiące czytelników dzieliło się swoimi własnymi zadziwiającymi narzędziami i trikami, przyczyniając się do fenomenalnych i zupełnie nieoczekiwanych rezultatów. Blog stał się swego rodzaju laboratorium, o którym zawsze marzyłem. Zachęcam, byś się do niego przyłączył.

Nowy rozdział „Najlepsze wpisy z bloga” zawiera kilka najpopularniejszych postów. Na samym blogu możesz znaleźć też porady od różnych ludzi, poczynając od Warrena Buffetta (poważnie, udało mi się do niego dotrzeć i pokażę, jak to zrobiłem), a na geniuszu szachowym Joshu Waitzkinie kończąc. To eksperymentalne pole dla tych, którzy chcą osiągać lepsze rezultaty w krótszym czasie.

Nie „poprawione”

To nie jest wydanie „poprawione” w takim sensie, że oryginał stracił swoją aktualność. Błędy drukarskie i inne drobne błędy poprawiono podczas przygotowywania kolejnych ponad czterdziestu wydań w Stanach Zjednoczonych. Natomiast w tym wydaniu wprowadziłem pierwszą poważną zmianę, ale nie jest ona spowodowana tym, czego mógłbyś się spodziewać.

Od kwietnia 2007 wiele rzeczy zasadniczo się zmieniło. Upadają banki, topnieją fundusze inwestycyjne i emerytalne, a ludzie tracą pracę w rekordowym tempie. Czytelnicy i różni sceptycy zadają pytanie: „Czy reguły i techniki opisane w tej książce naprawdę nadal działają w sytuacji recesji gospodarczej lub kryzysu?”.

Tak i jeszcze raz tak.

Faktycznie pytania, które postawiłem, kiedy jeszcze było dobrze (na przykład: „Jak zmieniłyby się twoje priorytety i decyzje, gdybyś mógł nigdy nie przejść na emeryturę?”), przestały być czysto hipotetyczne. Miliony ludzi zobaczyły, że wartość ich oszczędności zmalała o 40% lub więcej i teraz rozglądają się za opcją C i D. Czy mogą inaczej rozłożyć sobie emeryturę, by łatwiej im było przetrwać? Czy mogą się przeprowadzić na kilka miesięcy w takie miejsca, jak Kostaryka czy Tajlandia, by zachować styl życia za oszczędności, których wartość stopniała? Czy warto sprzedawać swoje usługi w Wielkiej Brytanii, by zarabiać w mocniejszej walucie? Odpowiedź na te wszystkie pytania jest dziś jeszcze bardziej zdecydowana: tak.

Sam pomysł planowania stylu życia zamiast wieloetapowego planowania kariery jest rozsądny. Jest to bardziej elastyczne i umożliwia ci przetestowanie kilku stylów życia bez konieczności przystąpienia do dziesięcio-lub dwudziestoletniego planu emerytalnego, który może się zawalić z powodu fluktuacji na rynku, pozostających zupełnie poza twoją kontrolą. Dziś ludzie są otwarci na badanie alternatyw (i bardziej skłonni do wybaczania tym, którzy robią to samo), ponieważ wiele innych opcji – kiedyś „bezpiecznych” – padło.

Gdy wszystko i wszyscy zawodzą, jaki jest koszt poeksperymentowania poza normą? Najczęściej żaden. Skierujmy wzrok na jakiś punkt za dwa lata: co będzie, jeśli osoba prowadząca z tobą rozmowę kwalifikacyjną zapyta o tę niezwykłą przerwę w życiorysie?

„Każdy może przerwać na jakiś czas pracę i skorzystać z nadarzającej się raz w życiu szansy na podróż dookoła świata. To było niesamowite”.

Jeśli w ogóle pojawi się następne pytanie na ten temat, będzie ono dotyczyło tego, jak to zrobić. Scenariusze z tej książki są nadal aktualne.

Facebook i LinkedIn wypłynęły podczas kryzysu, jaki dotknął „dotcomy” po roku 2000. Inne dzieci zrodzone w recesji to Monopoly, Apple, Cliff Bar, Scrabble, KFC, Domino’s Pizza, FedEx i Microsoft. To nie przypadek, ponieważ schyłkowe cykle ekonomiczne powodują, że łatwiej dostępna staje się tania infrastruktura, wysokiej klasy wolni strzelcy po konkurencyjnych cenach i niemal darmowe kampanie reklamowe – wszystko to jest nie do pomyślenia, gdy ludzie wokół tryskają optymizmem.

Roczny urlop naukowy, nowy pomysł na biznes, reorganizacja życia w korporacyjnych ramach lub marzenia, które odkładasz na „kiedyś” – nigdy nie było lepszego momentu, by przetestować coś niezwykłego.

Co najgorszego może się stać?

Zachęcam cię, byś pamiętał o tym często ignorowanym pytaniu, gdy zaczniesz przyglądać się nieograniczonym możliwościom poza twoją strefą komfortu. Ten okres zbiorowej paniki to dla ciebie wielka szansa na coś niezwykłego.

Dzielenie ostatnich dwóch lat z niesamowitymi czytelnikami na całym świecie było dla mnie wielkim zaszczytem i mam nadzieję, że nowe wydanie będzie się wam podobało tak, jak mi podobało się jego przygotowywanie.

Jestem i nadal będę waszym pokornym uczniem.

Un abrazo fuerte

Ściskam serdecznie

TIM FERRISS

San Francisco, Kalifornia

21 kwietnia 2009

Pierwsze i najważniejsze

NAJCZĘŚCIEJ ZADAWANE PYTANIAKażdy niedowiarek powinien to przeczytać

Czy Projektowanie Stylu Życia to coś dla ciebie? Bardzo możliwe, że tak. Oto najczęstsze wątpliwości i obawy nawiedzające ludzi, zanim zdecydują się na ten krok i dołączą do grona Bogatych w Zupełnie Nowy Sposób.

Czy muszę odejść z pracy? Czy muszę ryzykować?

Nie i powtórnie nie. Zarówno używanie trików myślowych Jedi, by zniknąć z biura, jak i planowanie działalności gospodarczej, która sfinansuje nasz styl życia – wszystko to można zrobić, zachowując odpowiedni poziom własnego komfortu psychicznego. Jak pracownik firmy z listy „Fortune 500” może w ciągu miesiąca poznać ukryte klejnoty Chin i wykorzystać technologię do zatarcia śladów? Jak stworzyć samoprowadzący się biznes, pozwalający zarobić 80 tysięcy dolarów miesięcznie? Wszystkie odpowiedzi znajdziesz właśnie tutaj.

Czy muszę być dwudziestokilkuletnim singlem?

Wcale nie. Ta książka jest dla każdego, kto czuje się zmęczony odsuwaniem życiowych planów na później i chce żyć pełnią życia, zamiast ciągle czekać. Analizy przypadków obejmują i dwudziestojednoletniego kierowcę Lamborghini, i samotną matkę, która przez pięć miesięcy podróżowała po świecie z dwójką dzieci. Jeśli masz dość standardowego zestawu możliwości i jesteś gotów wejść w świat, w którym są one nieograniczone, ta książka jest dla ciebie.

Czy muszę podróżować? Ja tylko chcę mieć więcej czasu.

Nie, podróżowanie to tylko jedna z możliwości. Celem jest zyskanie wolności i korzystanie z czasu i miejsca w taki sposób, jaki nam się podoba.

Czy muszę być bogaty z domu?

Nie. Wspólne dochody moich rodziców nigdy nie przekraczały 50 tysięcy dolarów rocznie i pracowałem od czternastego roku życia. Nie jestem Rockefellerem i ty też nie musisz nim być.

Czy muszę być absolwentem jednego z prestiżowych uniwersytetów?

Wcale nie. Większość osób przykładowo przedstawionych w tej książce nie ukończyła najlepszych uczelni na świecie, a niektórzy nawet po prostu rzucili studia. Instytucje akademickie są wspaniałe, ale można wskazać też różne, mało znane korzyści z ich unikania. Absolwenci najlepszych szkół zazwyczaj wykonują zawody wymagające osiemdziesięciu godzin pracy tygodniowo i od piętnastu do trzydziestu lat nudnej pracy jest dla nich zupełnie oczywistą drogą życiową. Skąd to wiem? Byłem wśród nich i widziałem tę destrukcję. Ta książka pokazuje, jak to zmienić.

MOJA HISTORIA I DLACZEGO POWINIENEŚ PRZECZYTAĆ TĘ KSIĄŻKĘ

Jeśli zauważasz, że znajdujesz się po stronie większości, czas, byś się zatrzymał i zastanowił.

Mark Twain

Każdemu, kto musi liczyć się z groszem, brakuje wyobraźni.

Oscar Wilde

Znów miałem spocone ręce. Ze wzrokiem wbitym w podłogę, by nie dać się oślepić zwisającym z sufitu lampom, byłem ponoć jednym z najlepszych na świecie, ale jakoś to do mnie nie docierało. Moja partnerka, Alicia, przestępowała z nogi na nogę, gdy staliśmy w rzędzie z dziewięcioma innymi parami, wybranymi spośród tysiąca konkurentów z dwudziestu dziewięciu krajów i czterech kontynentów. Był ostatni dzień półfinałów Mistrzostw Świata w Tangu i nasz ostatni występ przed sędziami, kamerami oraz wiwatującymi tłumami. Pozostałe pary tańczyły ze sobą średnio już od piętnastu lat. Dla nas była to kulminacja pięciu miesięcy codziennych, sześciogodzinnych treningów, czas występu.

– Jak się czujesz? – spytała mnie swoją wyraźnie argentyńską hiszpańszczyzną Alicia, doświadczona tancerka zawodowa.

– Fantastycznie. Niesamowicie. Po prostu cieszmy się muzyką. Zapomnijmy o tłumie – przecież ich tak naprawdę tu nie ma.

Mijałem się z prawdą tak dalece, jak to tylko możliwe. Trudno było sobie nawet wyobrazić 50 tysięcy widzów i organizatorów w El Rural, mimo że była to największa sala wystawiennicza w Buenos Aires.

Poprzez gęstą mgłę papierosowego dymu trudno było dostrzec wielką, falującą masę, zalewającą całą salę z wyjątkiem świętego miejsca – kawałka parkietu o wymiarach trzydzieści na czterdzieści stóp, znajdującego się pośrodku. Obciągałem swój prążkowany garnitur i poprawiałem błękitną jedwabną chusteczkę w kieszonce, bo nie mogłem ustać spokojnie.

– Jesteś zdenerwowany?

– Nie, nie jestem zdenerwowany. Jestem podekscytowany. Zaraz będę się świetnie bawił i będzie, co ma być.

– Numer 152 gotowy – nasz opiekun wykonał swoje zadanie. Nadeszła nasza kolej. Gdy wchodziliśmy na parkiet z twardego drewna, szepnąłem Alicii nasz, zrozumiały tylko dla nas dwojga, dowcip:

– Tranquilo (Spokojnie).

Roześmiała się. Przez krótką chwilę pomyślałem: „Co u diabła robiłbym w tej chwili, gdybym rok temu nie odszedł z pracy i nie wyjechał ze Stanów?”.

Myśl zniknęła tak szybko, jak się pojawiła, gdy w głośnikach rozległ się głos prezentera:

– Pareja numero 152, Timothy Ferriss y Alicia Monti, Ciudad de Buenos Aires!!! – a tłum zaczął wznosić okrzyki.

To była nasza chwila i cały promieniałem ze szczęścia.

Trudno było mi wówczas odpowiedzieć na najbardziej fundamentalne amerykańskie pytanie i bardzo się z tego cieszę. Gdybym to potrafił, ta książka nie trafiłaby w twoje ręce.

– A więc czym się zajmujesz?

No dobrze, załóżmy, że znalazłbyś mnie gdzieś (nie jest to łatwe). W zależności od tego, kiedy chciałbyś zadać mi to pytanie (wolałbym, żebyś nie chciał), mogłoby się okazać, że ścigam się na motocyklach w Europie, nurkuję z akwalungiem na jednej z prywatnych wysp w Panamie, odpoczywam pod palmami w przerwie między sesjami kick boxingu w Tajlandii lub tańczę tango w Buenos Aires. Piękno tej sytuacji polega na tym, że nie jestem multimilionerem i wcale nie chcę nim być.

Nigdy nie lubiłem odpowiadać na to koktajlowe pytanie, ponieważ odzwierciedla ono epidemię, której niegdyś uległem: opisywania siebie samego w kategoriach wykonywanej pracy. Jeśli ktoś teraz pyta mnie o to i nie jest całkowicie szczery, wyjaśniam mu:

– Handluję „koksem”.

To zazwyczaj kończy rozmowę. W rzeczywistości to tylko w połowie prawda. Opowiedzenie całej prawdy zajęłoby zbyt dużo czasu. Jak mogę wyjaśnić, że to, co robię ze swoim czasem, i to, co robię dla pieniędzy, to dwie zupełnie różne rzeczy? Że pracuję mniej niż cztery godziny tygodniowo i zarabiam więcej w ciągu miesiąca niż kiedyś przez cały rok?

Teraz zamierzam podzielić się moją prawdą, opowiedzieć całą historię. Łączy się ona z pewną subkulturą, złożoną z ludzi zwanych Bogatymi w Zupełnie Nowy Sposób[1].

Co takiego robią milionerzy mieszkający w igloo, czego nie robiliby milionerzy mieszkający w swoim boksie? Żyją zgodnie z regułami, które nie są powszechnie przyjęte.

Jak pracownik wielkiej i prestiżowej firmy może wyrwać się na miesiąc w podróż po świecie, by jego szef nawet tego nie zauważył? Wystarczy, że wykorzysta technologię do ukrycia tego faktu.

Złoto się starzeje. Bogaci w Zupełnie Nowy Sposób (NR) to ci, którzy porzucają plany na daleką przyszłość i stwarzają sobie luksusowy styl życia już teraz, wykorzystując swoją własną walutę: czas i mobilność. To sztuka i nauka, którą określamy mianem Projektowania Stylu Życia (LD[2]).

Ostatnie trzy lata spędziłem, podróżując wśród ludzi, którzy żyją w świecie przekraczającym granice mojej wyobraźni. Pokażę ci, jak – zamiast nienawidzić rzeczywistości – możesz ją kształtować zgodnie ze swoją wolą. To łatwiejsze, niż się wydaje. Przeistoczenie się z pracownika biurowego, przeciążonego pracą i marnie opłacanego, w członka klubu Bogatych w Zupełnie Nowy Sposób, na początku wydaje się dziwne i nieprawdopodobne, ale teraz, kiedy rozszyfrowałem kod, okaże się proste i łatwe do powtórzenia. To recepta.

Życie wcale nie musi być tak strasznie ciężkie. Wystarczy w to uwierzyć. Większość ludzi, w tym ja (w przeszłości), poświęca zbyt dużo czasu na przekonywanie samych siebie, że życie musi być ciężkie, koniecznie trzeba harować od 9 do 17, otrzymując w zamian (od czasu do czasu) spokojne weekendy i sporadyczne, krótkie (pod groźbą utraty pracy) wakacje.

Prawda, a przynajmniej ta prawda, którą żyję i którą chcę się podzielić w tej książce, jest jednak zupełnie inna. Od wykorzystania różnic kursowych po zlecenie obsługi swojego życia i zniknięcie – pokażę ci, jak grupka wtajemniczonych wykorzystuje ekonomiczne sztuczki, by robić to, co większość ludzi uważa za niemożliwe.

Jeśli wybrałeś tę książkę, prawdopodobnie nie zamierzasz tkwić za biurkiem do emerytury. Niezależnie od tego, czy pragniesz uciec od wyścigu szczurów, odbyć podróż marzeń, chodzić na długie spacery, bić światowe rekordy, czy po prostu dokonać zdecydowanej zmiany w swojej karierze, ta książka zaopatrzy cię we wszystkie narzędzia, których potrzebujesz, by zrealizować swoje zamiary tu i teraz, zamiast czekać na często złudną „emeryturę”. To sposób, by odebrać swoją życiową nagrodę za ciężką pracę już, nie czekając do samego końca.

Jak? Zaczyna się to od pewnej bardzo prostej różnicy, której wielu ludzi nawet nie zauważa – i której ja również nie zauważałem przez całe dwadzieścia pięć lat.

Ludzie nie chcą być milionerami – chcą tylko doświadczać tego, na co – jak są przekonani – stać wyłącznie milionerów. Alpejskie domki narciarskie, kamerdynerzy i egzotyczne podróże często pojawiają się na tym obrazku. Być może zależy im na wcieraniu w brzuch masła kokosowego, hamaku i słuchaniu szumu fal rytmicznie uderzających o taras krytego strzechą bungalowu? Brzmi przyjemnie.

Milion dolarów w banku to żadna fantazja. Fantazją jest styl życia, całkowita wolność, na którą ponoć pozwala ta kwota. Pytanie jest zatem inne: „Jak mogę zacząć prowadzić życie milionera, nie mając miliona dolarów?”.

W ciągu ostatnich pięciu lat sam sobie odpowiedziałem na to pytanie, zaś ta książka jest odpowiedzią dla ciebie. Pokażę w niej dokładnie, jak oddzieliłem dochód od czasu i stworzyłem dla siebie idealny styl życia w ruchu. Podróżuję po świecie i cieszę się najlepszym, co nasza planeta ma do zaoferowania. Jak, u diabla, mogłem przejść z czternastogodzinnego dnia pracy i 40 tysięcy dolarów rocznie do czterogodzinnego tygodnia pracy i 40 tysięcy dolarów miesięcznie?

To pomoże zrozumieć ci, gdzie się to wszystko zaczęło. Co najdziwniejsze, stało się to podczas zajęć dla przyszłych pracowników banków inwestycyjnych.

W roku 2002 Ed Zschau, mój najwyższy mentor i dawny profesor przedsiębiorczości wysokich technologii z Uniwersytetu Princeton, poprosił mnie, bym przyjechał tam i podczas jego wykładu opowiedział studentom o prawdziwych doświadczeniach biznesowych, pochodzących z realnego świata. Byłem zaskoczony. Podczas tych wykładów zabierało głos wielu multimilionerów i mimo że udało mi się stworzyć całkiem rentowną firmę działającą w branży artykułów sportowych, byłem z zupełnie innej bajki.

Wtedy uświadomiłem sobie, że wszyscy tam dyskutowali o tym, jak zbudować wielką firmę, która odniesie sukces, a potem sprzedać ją i żyć wygodnie oraz dostatnio. Pytania, których tak naprawdę nikt nigdy nie zadawał i na które nikt nie odpowiadał, brzmiały: „Dlaczego robić to wszystko w pierwszej kolejności? Jakież skarby uzasadniają poświęcenie najlepszych lat swojego życia w nadziei na szczęście pod jego koniec?”.

Wykład, który ostatecznie przygotowałem i któremu nadałem tytuł Handel „koksem” dla przyjemności i zysku, zaczynał się od prostego zadania: przetestowania najbardziej podstawowych założeń równania pracy i życia.

Jak zmieniłyby się twoje decyzje, gdyby nie było szans na emeryturę?

Co by się stało, gdybyś mógł skorzystać z miniemerytury, by wypróbować, jak działa twój plan na później, zanim jeszcze zapracujesz na tę nagrodę przez czterdzieści lat pracy?

Czy naprawdę koniecznie trzeba pracować jak niewolnik, aby móc żyć jak milioner?

Nie wiedziałem jeszcze wtedy, dokąd zaprowadzą mnie te pytania.

Niezwykły wniosek? Tak. Zdroworozsądkowe reguły „realnego świata” są kruchym zbiorem społecznie akceptowanych złudzeń. Ta książka nauczy cię, jak zauważać i wykorzystywać możliwości, których nie mają inni.

Co sprawia, że różni się ona od innych?

Po pierwsze nie zamierzam poświęcać temu problemowi zbyt wiele czasu. Założę, że cierpisz na brak czasu oraz przypływy lęku – w najgorszym wypadku – prowadząc akceptowalną i w miarę wygodną egzystencję, a także robiąc coś, w czym nie czujesz się spełniony. Ta ostatnia sytuacja zdarza się najczęściej i jest najbardziej podstępna.

Po drugie ta książka nie jest o oszczędzaniu i nie będę ci tutaj radził, abyś zrezygnował z codziennego kieliszka czerwonego wina dla miliona dolarów za pięćdziesiąt lat. Wybiorę raczej wino. Nie będę cię prosił, byś wybierał między przyjemnością dzisiaj a pieniędzmi później. Jestem przekonany, że możesz mieć obie te rzeczy już teraz. Celami są przyjemność oraz zysk.

Po trzecie ta książka nie jest o tym, jak znaleźć „pracę marzeń”. Przyjmuję za pewnik, że dla większości ludzi, dla jakichś sześciu czy siedmiu miliardów, idealna praca to taka, która zajmuje jak najmniej czasu. Zdecydowana większość ludzi nigdy nie znajdzie pracy, która będzie dla nich niewyczerpanym źródłem spełnienia, dlatego nie to jest moim celem – moim celem jest zyskanie wolnego czasu i zapewnienie automatycznych dochodów.

Każdy wykład rozpoczynam wyjaśnieniem dotyczącym wyjątkowego znaczenia bycia „doprowadzającym do zawarcia umowy”. Manifest doprowadzającego do zawarcia umowy jest prosty: „Rzeczywistość można negocjować. Poza nauką oraz prawem wszystkie reguły można ominąć lub złamać – i wcale nie wymaga to nieetycznych zachowań”.

Istotą umowy jest transakcja, po angielsku DEAL. Słowo to stanowi również akronim elementów procesu stawania się członkiem społeczności Bogatych w Zupełnie Nowy Sposób.

Zastosowanie poszczególnych kroków i strategii może przynieść zupełnie nieprawdopodobne rezultaty – bez względu na to, czy jesteś pracownikiem, czy przedsiębiorcą. Czy możesz robić wszystko, co ja robiłem, jeśli masz szefa? Nie. Czy możesz zastosować te same zasady do podwojenia swojego dochodu, zmniejszenia o połowę swojego czasu pracy, a przynajmniej dwukrotnego zwiększenia długości swojego urlopu? Jak najbardziej.

Oto kolejne etapy procesu, przez który na nowo odkryjesz samego siebie:

D – jak Definicja – przewraca do góry nogami zdrowy rozsądek, wprowadzając reguły i cele nowej gry. Zastępuje założenia dające skutki przeciwne do zamierzonych i wyjaśnia pojęcia takie, jak dochód względny i eustres, czyli stres pozytywny[3]. Kim są NR-zy i jak działają? W tej części wyjaśniam ogólne zasady projektowania stylu życia, czyli fundamenty, zanim dodam trzy pozostałe składniki.

E – jak Eliminacja – rozprawia się raz na zawsze z przestarzałym pojęciem zarządzania czasem. Pokazuję tu szczegółowo, jak wykorzystałem słowa prawie zapominanego włoskiego ekonomisty. Pisał on o tym, jak z dwunastogodzinnych dni uczynić dni dwugodzinne... w czterdzieści osiem godzin. Zwiększ swoją godzinną wydajność dziesięciokrotnie lub więcej, stosując sprzeczne z intuicją techniki NR, kultywując wybiórczą ignorancję i stosując niskoinformacyjną dietę, czyli pomijając rzeczy mało ważne. Ta część zapewnia nam pierwszy składnik projektu luksusowego stylu życia: czas.

A – jak Automatyzacja – włącza autopilota do przepływów pieniężnych, z wykorzystaniem arbitrażu geograficznego, outsourcingu i reguły niepodejmowania decyzji. Znajdziesz tu wszystko: od grupowania do sposobu działania NR-ów odnoszących największe sukcesy. Ta część zawiera drugi składnik projektu luksusowego stylu życia: dochód.

L – jak Liberalizacja (czyli uwolnienie) – to manifest człowieka mobilnego, myślącego globalnie. Wprowadzone zostaje tu pojęcie miniemerytury jako środka do bezbłędnej zdalnej kontroli i ucieczki od szefa. W uwolnieniu nie chodzi o tanie podróżowanie, lecz o zerwanie na zawsze więzów przykuwających nas do jednego miejsca. Ta część dostarcza trzeci i ostatni składnik projektu luksusowego stylu życia: mobilność.

Muszę tu zwrócić uwagę na fakt, że większość szefów będzie daleka od zadowolenia z takiego obrotu sprawy. Nie przełkną tego, że będziesz spędzał w biurze tylko godzinę dziennie. Dlatego pracownicy firm powinni chwilowo odczytywać te etapy jako DEAL, lecz realizować je w kolejności DELA. Jeśli zdecydujesz się na pozostanie w swojej obecnej pracy, konieczne będzie zapewnienie sobie wolności w zakresie lokalizacji jeszcze przed zmniejszeniem czasu pracy o 80%. Nawet jeśli nigdy nie rozważałeś możliwości zostania przedsiębiorcą w nowoczesnym sensie tego słowa, proces DEAL uczyni z ciebie przedsiębiorcę w czystszej postaci, niż opisał to w roku 1800 francuski ekonomista J.B. Say. Określał on przedsiębiorcę jako kogoś, kto przenosi zasoby ekonomiczne z obszaru niższej w obszar wyższej efektywności.

I na koniec rzecz niemniej ważna – większość rzeczy, które polecam, wydaje się niewykonalna. Wygląda nawet na to, że przeczą one zdrowemu rozsądkowi – i tego się spodziewałem. Spróbuj przetestować te pojęcia w ramach ćwiczenia myślenia lateralnego. Jeśli spróbujesz, zobaczysz, że daleko zajdziesz tym tropem. I nigdy nie będziesz chciał wrócić.

Weź głęboki oddech i pozwól mi pokazać ci mój świat. I pamiętaj – tranquilo. Czas się zabawić i pozwolić, by reszta nadeszła sama.

Tim Ferriss

Tokio, Japonia

29 września 2006

HISTORIA CHOROBY

Ekspert to osoba, która popełniła wszystkie błędy, jakie tylko można popełnić w bardzo wąskiej dziedzinie.

Niels Bohr,

duński fizyk i laureat Nagrody Nobla

Zazwyczaj był szalony, ale miał też przebłyski świadomości, kiedy był jedynie głupi.

Heinrich Heine,

niemiecki krytyk i poeta

Ta książka nauczy cię precyzyjnych reguł, które wykorzystałem, by zostać:

gościnnym wykładowcą na Uniwersytecie Princeton w dziedzinie przedsiębiorczości w branży high-tech;

pierwszym Amerykaninem w historii, który ustanowił światowy rekord Guinnessa w tangu;

doradcą ponad trzydziestu rekordzistów świata w sporcie zawodowym i olimpijskim;

zdobywcą tytułu Greatest Self-Promoter of 2008, przyznawanego przez magazyn Wired;

mistrzem Chin w kick boxingu;

łucznikiem konnym (yabusame) w Nikko w Japonii;

analitykiem i aktywistą organizacji zajmujących się problemami azylu politycznego;

tancerzem breakdance w tajwańskiej MTV;

zawodnikiem hurlingu w Irlandii;

aktorem w najpopularniejszych serialach telewizyjnych w Chinach i Hongkongu.

To, w jaki sposób do tego doszedłem, jest trochę mniej porywające.

1977 – Urodziłem się sześć tygodni przed terminem i dawano mi tylko 10% szans na przeżycie. Przeżyłem jednak i rosłem tak szybko, że jako grubasek nie mogłem przewrócić się na brzuszek. Zaburzenia równowagi mięśni oczu sprawiały, że miałem rozbiegany wzrok, a moja mama pieszczotliwie nazywała mnie „małym tuńczykiem”. Nieźle, jak na razie.

1983 – Niemal wyrzucono mnie z przedszkola, ponieważ nie chciałem uczyć się alfabetu. Moja nauczycielka nie chciała mi wyjaśnić, po co mam się uczyć, twierdziła natomiast, że „to ona jest nauczycielką – i właśnie dlatego”. Powiedziałem jej, że to głupie, i poprosiłem, żeby dała mi spokój, bo wolę się skupić na rysowaniu rekinów. Wysłała mnie do „oślej ławki” i kazała zjeść kostkę mydła. Tak zaczęła się moja pogarda dla autorytetów.

1991 – Moja pierwsza praca. Ach, te wspomnienia. Zostałem zatrudniony za minimalną stawkę jako sprzątacz w lodziarni i szybko uświadomiłem sobie, że metody stosowane przez wielkiego szefa wymagają podwójnego wysiłku. Robiłem jednak wszystko po swojemu, kończyłem po godzinie, zamiast po ośmiu, a resztę czasu poświęcałem na czytanie czasopism poświęconych kung fu i ćwiczenie na dworze ciosów karate. Po trzech dniach zostałem zwolniony i usłyszałem komentarz: „Być może kiedyś docenisz ciężką pracę”. Wygląda na to, że do dziś mi się to nie udało.

1993 – Jako ochotnik wyjechałem na rok do Japonii w ramach programu wymiany. W kraju tym ludzie zapracowują się na śmierć. Zjawisko to nosi nazwę karooshi. Mówi się też, że Japończycy w chwili narodzin chcą być wyznawcami shinto, po ślubie chcą być chrześcijanami, a w chwili śmierci buddystami. Przekonałem się, że większość ludzi jest naprawdę zagubiona w życiu.

Pewnego wieczoru chciałem poprosić gospodynię, u której mieszkałem, aby obudziła mnie następnego ranka. Użyłem słowa okasu, zamiastokosu. Okasu zaś oznacza brutalny gwałt. Była bardzo zmieszana.

1996 – Udało mi się podstępem wkręcić na Princeton, mimo że w teście SAT uzyskałem wynik o 40% gorszy od średniej. Pracownik zajmujący się rekrutacją w mojej szkole średniej doradził mi, abym był większym „realistą”. Doszedłem więc do wniosku, że mam po prostu problemy z rzeczywistością. Wybrałem specjalizację z neuronauki, a potem zmieniłem kierunek na studia wschodnioazjatyckie. Nie chciałem podłączać elektrod do kocich głów.

1997 – Czas zarobić pierwszy milion! Stworzyłem słuchowisko How I Beat the Ivy League, a wszystkie pieniądze zarobione przez trzy kolejne przerwy wakacyjne zużyłem na wyprodukowanie pięciuset nagrań, z których nie sprzedałem ani jednego. Pozwoliłem mojej mamie wyrzucić je dopiero w 2006 roku, dziewięć lat po tej porażce. Tak smakuje bezpodstawna, zbytnia pewność siebie.

1998 – Po tym, jak czterech twardzieli rozkwasiło mojemu koledze twarz kopniakami, rozstałem się z najbardziej opłacalnym zajęciem na kampusie i przygotowałem seminarium na temat szybkiego czytania. Oblepiłem cały kampus ohydnie jaskrawymi, zielonymi ulotkami z napisem: „W ciągu trzech godzin możesz potroić swoją szybkość czytania!”, a wzorowi studenci Princeton dokładnie na każdej dopisali: „g*no prawda”. Sprzedałem trzydzieści dwa miejsca po 50 dolarów każde na trzygodzinny seans, a stawka 533 dolary za godzinę przekonała mnie, że znalezienie rynku, zanim zaprojektuje się produkt, jest mądrzejsze niż zrobienie tego w odwrotnej kolejności. Dwa miesiące później byłem już śmiertelnie znudzony szybkim czytaniem i zwinąłem interes. Znienawidziłem pracę w usługach i poszukiwałem produktu, na którym mógłbym zbić fortunę.

Jesień 1998 – Wielkie kontrowersje odnośnie mojej pracy dyplomowej i obawa, że zacznę pracować w bankowości inwestycyjnej, skłoniły mnie do akademickiego samobójstwa i poinformowania dziekanatu o opuszczeniu uczelni do odwołania. Mój ojciec był przekonany, że nigdy tam nie wrócę, a ja byłem przekonany, że moje życie się skończyło. Moja mama uważała, że to nic takiego i że nie trzeba dramatyzować.

Wiosna 1999 – W ciągu trzech miesięcy podjąłem i porzuciłem różne prace – byłem między innymi projektantem programów nauczania w wydawnictwie Berlitz, największym światowym wydawcy materiałów do nauki języków obcych, a także analitykiem w trzyosobowej firmie prowadzącej badania nad problemem azylu politycznego. Oczywiście, potem poleciałem na Tajwan, by z powietrza stworzyć tam sieć klubów sportowych, więc zostałem zmuszony do zwinięcia interesu przez chińską mafię, Triadę. Pokonany wróciłem do Stanów Zjednoczonych i zdecydowałem się na naukę kick boxingu, a cztery tygodnie później zdobyłem mistrzostwo kraju w najmniej eleganckim i najbardziej nieortodoksyjnym stylu, jaki kiedykolwiek widziałem.

Jesień 2000 – Odzyskałem wiarę w siebie i z zupełnie niegotową pracą dyplomową powróciłem na Princeton. Moje życie nie skończyło się i wyglądało na to, że roczna przerwa dobrze mi zrobiła. Mając dwadzieścia kilka lat, posiadałem umiejętności niczym David Koresh[4]. Mój przyjaciel sprzedał swoją firmę za 450 milionów dolarów, a ja zdecydowałem się jechać na zachód, do słonecznej Kalifornii, by tam zarobić swoje miliardy. Zamiast najgorętszego rynku pracy w historii świata, trzy miesiące po ukończeniu studiów zastałem tam problem bezrobocia. Wyjąłem jednak swoją kartę atutową i wysłałem do dyrektora generalnego jednej z powstających od zera firm trzydzieści dwa e-maile, jeden po drugim. W końcu dał za wygraną i zatrudnił mnie w dziale sprzedaży.

Wiosna 2001 – Firma TrueSAN Network z piętnastoosobowego niczego stała się „prywatną firmą numer jeden, zajmującą się gromadzeniem danych” (jak się to mierzy?), zatrudniającą 150 pracowników (co oni wszyscy robią?). Nowo zatrudniony dyrektor do spraw sprzedaży polecił mi, abym „zaczął od A” w książce telefonicznej i przez telefon szukał pieniędzy. Spytałem go w możliwie najbardziej uprzejmy sposób, dlaczego mielibyśmy to robić jak debile. Odpowiedział: „Bo ja tak każę”. To niezbyt dobry początek.

Jesień 2001 – Po roku pracy po dwanaście godzin dziennie odkryłem, że tylko jedna osoba w firmie – recepcjonistka – zarabiała gorzej ode mnie. Zacząłem agresywnie całymi dniami surfować po internecie. Pewnego popołudnia, gdy zaczęło mi już brakować sprośnych filmików do przesłania kolegom, sprawdziłem, jak trudno jest stworzyć firmę produkującą suplementy diety. Okazało się, że wszystko można zlecić na zewnątrz, od produkcji począwszy, na projektach reklamówek skończywszy. Dwa tygodnie później, po zrobieniu 5 tysięcy dolarów długu na karcie kredytowej, miałem już swoją pierwszą serię produktów i pełną życia stronę internetową. Dobre było również to, że tydzień później wyleciałem z pracy.

2002–2003 – Firma BrainQUICKEN LLC poderwała się do lotu i zacząłem zarabiać 40 tysięcy dolarów miesięcznie, zamiast rocznie. Jedyny problem polegał na tym, że nienawidziłem swojego życia wypełnionego pracą przez dwanaście godzin dziennie i siedem dni w tygodniu. Sam zapędziłem się w kozi róg.

Wziąłem tydzień „urlopu” i wyjechałem z rodziną do Włoch, do Florencji, gdzie przez dziesięć godzin dziennie w kafejce internetowej przeżywałem kompletne odloty. Ja pier*lę. Zacząłem uczyć studentów Princeton, jak tworzyć odnoszące sukces (czyli dochodowe) firmy.

Zima 2004 – Niemożliwe stało się rzeczywistością. Zwróciła się do mnie firma informacyjno-reklamowa i izraelski konglomerat (hmm?), zainteresowane kupieniem mojego dziecka, BrainQUICKEN. Upraszczałem, eliminowałem i na wszelkie możliwe sposoby sprzątałem, by wyeliminować potrzebę osobistej obecności. Cudem BQ nie rozpadło się, ale tamte dwie firmy – tak. Był 2 lutego – Dzień Świstaka, kiedy co roku przepowiada się długość zimy. Niedługo potem obie te firmy starały się powielić mój produkt, tracąc na tym miliony dolarów.

Czerwiec 2004 – Podjąłem decyzję, że nawet jeśli moja firma przez to upadnie, trzeba z niej uciec, zanim pójdę w ślady Howarda Hughesa[5]. Przewróciłem wszystko do góry nogami i – zabrawszy plecak – pojechałem na lotnisko JFK w Nowym Jorku. Kupiłem pierwszy możliwy bilet do Europy – w jedną stronę. Wylądowałem w Londynie z zamiarem udania się na cztery tygodnie do Hiszpanii, by naładować akumulatory, zanim powrócę do swoich kopalń soli. Zacząłem swój wypoczynek od natychmiastowego załamania nerwowego już pierwszego poranka.

Lipiec 2004–2005 – Z czterech tygodni zrobiło się osiem i zdecydowałem się pozostać za granicą na czas nieokreślony, aby ostatecznie przetestować automatyzację oraz życie eksperymentalne. Ograniczyłem pisanie e-maili do jednej godziny każdego poniedziałkowego ranka. Gdy tylko udało mi się wydostać z tej pułapki, zyski wzrosły o 40%. Co u diabła można zrobić, kiedy nie ma się już pracy, w której można się wyżyć i uniknąć wielkich pytań? Chyba trzęsie się portkami ze strachu.

Wrzesień 2006 – Wróciłem do Stanów Zjednoczonych w dziwnym stanie, przypominającym zen – po tym, jak metodycznie zniszczyłem wszystkie swoje wcześniejsze założenia na temat tego, co można, a czego nie można robić. „Sprzedaż »koksu« dla przyjemności i zysku” przerodziła się w kurs projektowania idealnego stylu życia. Nowe przesłanie było proste: „Widziałem ziemię obiecaną i mam dobre wieści. Można ją zdobyć”.

[1]NR – skrót od ang. New Rich, czyli dosłownie „nowobogacki”; w książce nie używam jednak tej nazwy, gdyż w języku polskim określa ona zupełnie inne zjawisko – przyp. tłum.

[2]LD – skrót od ang. Lifestyle Design.

[3] Nieznane terminy są definiowane w tej książce w miarę wprowadzania nowych pojęć. Jeśli coś wydaje ci się niejasne i potrzebujesz szybko znaleźć właściwy odnośnik, odwiedź stronę internetową www.fourhourblog.com, gdzie oprócz bogatego indeksu zamieszczono listę innych źródeł (w języku angielskim).

[4]David Koresh (właśc. Vernon Howell) – przywódca sekty Gałąź Dawidowa, uważający się za wcielenie Mesjasza. W marcu 1993 roku, gdy groziło mu aresztowanie, zabarykadował się ze swoimi wyznawcami na farmie w Waco w Teksasie. Niemal wszyscy zginęli w pożarze – przyp. red.

[5]Howard Hughes (1905–1976) – amerykański miliarder, pilot, konstruktor lotniczy, reżyser i producent filmowy. Pod koniec życia zdziwaczał, przystąpił do sekty i zerwał wszelkie kontakty ze światem zewnętrznym – przyp. red.

KROK ID jak Definicja

Nasza rzeczywistość jest złudzeniem, aczkolwiek bardzo przekonującym.

Albert Einstein

1Ostrzeżenia i porównaniaJak przepuścić milion dolarów w jeden wieczór

Ci ludzie mają bogactwa tak samo, jak my mówimy, że mamy gorączkę, gdy tymczasem to gorączka ma nas.

Seneka

Mam również na myśli tę pozornie bogatą, ale najbardziej zubożałą ze wszystkich klasę, która zgromadziła śmieci, ale nie wie, jak ich użyć lub jak się ich pozbyć, a tym samym zakuła się we własne złote i srebrne kajdany.

Henry David Thoreau (1817–1862)

PIERWSZA W NOCY CZASU ŚRODKOWOAMERYKAŃSKIEGO, 1000 METRÓW PONAD LAS VEGAS

Jego przyjaciele, pijani tak, że mówili już językami, w końcu zasnęli. W pierwszej klasie zostało nas tylko dwóch. Wyciągnął rękę, by się przedstawić, i z mroku wyłonił się olbrzymi – olbrzymi jak w Looney Tunes – diamentowy pierścień, gdy na jego palce padł blask mojej lampki do czytania.

Mark był prawdziwym magnatem. Kiedyś, w innych czasach, kontrolował praktycznie wszystkie stacje benzynowe, sklepy spożywcze i kasyna gry w Południowej Karolinie. Przyznał z półuśmiechem, że gdy wraz z towarzyszami weekendowych przygód wyprawia się do Sin City, każdy z nich może w jeden wieczór przegrać pół miliona dolarów, a nawet cały milion. Fajnie.

Siedział w swoim fotelu. Rozmowa zeszła na temat moich podróży, choć bardziej byłem zainteresowany jego niesamowitą historią o drukowaniu pieniędzy.

– A który z twoich biznesów podobał ci się najbardziej?

Znalezienie odpowiedzi zajęło mu mniej niż sekundę.

– Żaden.

Wyjaśnił, że ponad trzydzieści lat spędził z ludźmi, których nie lubił, kupując rzeczy, których nie potrzebował. Swoje życie dzielił między kolejne młode żony – teraz był szczęśliwym mężem trzeciej – drogie samochody i inne źródła pustych przechwałek. Mark był jednym z żyjących umarłych.

A jest to dokładnie to, czego chcielibyśmy uniknąć.

Jabłka i pomarańcze – porównanie

Co zatem czyni różnicę? Co odróżnia Bogatych w Zupełnie Nowy Sposób (NR), mających perspektywy, od Odroczonych (O), którzy oszczędzają wszystko na później tylko po to, by na końcu przekonać się, że życie przepłynęło obok nich?

Wszystko zaczyna się na samym początku. Bogaci w Zupełnie Nowy Sposób wyróżniają się z tłumu swoimi celami, odzwierciedlającymi ich inne priorytety i filozofię życiową.

Zauważ, jak subtelne różnice w doborze słów kompletnie zmieniają działania, które trzeba podjąć, aby spełnić to, co na pierwszy rzut oka wydaje się zbiorem podobnych celów. Nie ogranicza się to wyłącznie do właścicieli firm. W jeszcze większym stopniu – co udowodnię później – odnosi się to do pracowników.

O: Pracować dla siebie.

NR: Mieć ludzi, którzy będą na ciebie pracowali.

O: Pracować, kiedy chcę.

NR: Unikać pracy dla samej pracy i wykonywać niezbędne minimum w celu osiągnięcia maksymalnych efektów („minimalne efektywne obciążenie”).

O: Przejść jak najwcześniej lub po prostu młodo na emeryturę.

NR: Zapewnić sobie czas na odpoczynek i przygodę (miniemerytura) regularnie przez całe życie. Przekonać się, że brak aktywności nie jest celem. Robić coś, co jest najbardziej ekscytujące.

O: Kupować wszystko, co chce się mieć.

NR: Robić wszystko, co chce się robić, i być tym, kim chce się być. Jeśli pragnienia te dotyczą narzędzi czy gadżetów, niech tak będzie, ale są to albo środki, albo końcowe nagrody, a nie główne cele.

O: Być szefem zamiast pracownikiem; odpowiadać za coś.

NR: Nie być ani szefem, ani pracownikiem, ale właścicielem. Być właścicielem pociągów i mieć kogoś, kto dopilnuje, by jeździły punktualnie.

O: Zarobić mnóstwo pieniędzy.

NR: Zarobić mnóstwo pieniędzy, mając po temu określone powody oraz sprecyzowane marzenia, terminy i plany. Na co pracujesz?

O: Mieć więcej.

NR: Mieć lepszą jakość i mniej zbędnego balastu. Mieć olbrzymie rezerwy finansowe, ale rozumieć, że to najważniejsze potrzeby są uzasadnieniem dla poświęcania czasu na rzeczy, które tak naprawdę nie mają znaczenia. Chodzi tu również o kupowanie rzeczy i przygotowywanie się do kupna rzeczy. Poświęcasz dwa tygodnie na negocjacje z dilerem swojego nowego Infiniti, by w końcu uzyskać 10 tysięcy dolarów rabatu? Wspaniale. Czy twoje życie ma cel? Czy dajesz od siebie coś pożytecznego temu światu, czy tylko przekładasz papiery, klepiesz w klawiaturę i wracasz do domu, by wieść pijacką weekendową egzystencję?

O: Osiągnąć czas wielkiej nagrody, jaką jest oferta publiczna, przejęcie firmy, emerytura lub skrzynia złota.

NR: Myśleć o rzeczach wielkich, ale zadbać, by każdy dzień był dniem wypłaty: po pierwsze przepływy, po drugie wielka nagroda.

O: Uwolnić się od robienia tego, czego się nie lubi.

NR: Uwolnić się od robienia tego, czego się nie lubi, ale również zapewnić sobie wolność realizacji swoich marzeń bez uciekania się do pracy dla samej pracy. Po latach wykonywania powtarzalnych czynności często pojawia się potrzeba sięgnięcia głębiej, w poszukiwaniu własnych pasji, określenia na nowo swoich marzeń, ożywienia hobby, którym pozwoliliśmy niemal zupełnie zaniknąć. Ten cel to nie tylko wyeliminowanie złego – wówczas znaleźlibyśmy się w próżni – ale poszukiwanie i przeżywanie tego, co najlepsze na tym świecie.

Wysiadka z niewłaściwego pociągu

Pierwsza zasada: nie możesz się łudzić, a jesteś osobą, która najłatwiej ulega złudzeniom.

Richard Feynman,

laureat Nagrody Nobla w dziedzinie fizyki

Co za dużo, to niezdrowo. Dość owczego pędu. Ślepa pogoń za pieniędzmi jest bez sensu.

Wynajmowałem prywatny samolot, by polatać nad Andami, w przerwach między zjazdami na nartach smakowałem najlepszych win świata i żyłem jak król, wylegując się nad bezkresnym basenem w pewnej prywatnej willi. Oto mały sekrecik, którym rzadko dzielę się z innymi: wszystko to kosztuje taniej niż wynajem mieszkania w Stanach Zjednoczonych. Jeśli potrafisz uwolnić się od czasu i miejsca, twoje pieniądze natychmiast stają się więcej warte: trzy razy więcej, a nawet dziesięć razy więcej.

Nie chodzi tutaj o kursy walut. Bogactwo finansowe i możliwość prowadzenia życia podobnego do życia milionerów to fundamentalnie różne sprawy.

Wartość praktyczna pieniądza zależy od tego, nad iloma zaimkami pytajnymi w swoim życiu potrafisz zapanować:

Co robisz?

Kiedy to robisz?

Gdzie to robisz?

Z kim?

Nazywam to „mnożnikiem wolności”.

Jeśli zastosujemy takie kryterium, pracownik banku inwestycyjnego ze swoim osiemdziesięciogodzinnym tygodniem pracy i 500 tysiącami dolarów rocznej pensji ma mniej „potęgi” niż zatrudniony NR, pracujący tylko przez jedną czwartą tego czasu za 40 tysięcy dolarów rocznie, ale mający całkowitą swobodę w kwestii tego, kiedy, gdzie i jak żyje. Te pół miliona w pierwszym przypadku może być warte mniej niż 40 tysięcy w drugim, jeśli zrezygnujemy z porównywania liczb i przyjrzymy się stylowi życia, na jaki stać nas za te pieniądze.

Możliwości – wolność wyboru – to prawdziwa potęga. W całej tej książce staram się pokazać, jak dostrzegać i stwarzać sobie takie możliwości jak najmniejszym wysiłkiem i kosztem. Paradoksalnie wygląda na to, że można zarobić więcej – dużo więcej – pieniędzy, robiąc połowę z tego, co robimy obecnie.

Kim są zatem NR-zy?

To pracownicy, którzy zmienili swoje godziny pracy i wynegocjowali sobie możliwość pracy zdalnej. Osiągają oni 99% wyników w ciągu jednej dziesiątej czasu dotąd poświęcanego pracy. Resztę wykorzystują na bieganie na nartach i comiesięczne dwutygodniowe podróże z rodziną.

To właściciele firm, rezygnujący z najmniej dochodowych klientów i eliminujący najmniej dochodowe projekty, całkowicie zlecający na zewnątrz wszelką działalność operacyjną. Podróżują oni po świecie, kolekcjonują rzadkie dokumenty, a wszystko to łączą ze zdalną pracą za pośrednictwem internetu.

To studenci, którzy postanawiają rzucić wszystko – czyli nic – na szalę i założyć na przykład internetową wypożyczalnię filmów wideo, przynoszącą 5 tysięcy dolarów miesięcznie w niewielkiej niszy rynkowej amatorów HTV. To projekt zajmujący dwie godziny tygodniowo, a umożliwiający pracę w pełnym wymiarze w charakterze lobbysty na rzecz praw zwierząt.

Możliwości są nieograniczone, ale każda droga zaczyna się od identycznego pierwszego kroku – zmiany założeń.

Aby włączyć się do ruchu, musisz nauczyć się nowego leksykonu i zmienić kierunek, stosując kompas z niecodziennego świata. Musisz odwrócić odpowiedzialność i odrzucić całe pojęcie „sukcesu”; musisz zmienić reguły.

Nowi gracze w nowej grze: globalnie i bez ograniczeń

TURYN, WŁOCHY

Osobiście uważam, że cywilizacja ma zbyt wiele reguł, dlatego staram się, jak mogę, aby je uprościć.

Bill Cosby

Gdy wykonał w powietrzu obrót o 360°, ciszę przerwał ogłuszający hałas. Dale Begg-Smith wykonał salto do tyłu perfekcyjnie – narty nad jego głową skrzyżowały się na kształt litery X – i jadąc do mety, lądował już w księdze rekordów.

Był 16 lutego 2006 roku, a Dale był już złotym medalistą w jeździe po muldach na Zimowych Igrzyskach Olimpijskich w Turynie. W przeciwieństwie do innych sportowców zawodowych, po takich momentach chwały nigdy nie musiał wracać do morderczej pracy ani sięgać myślami do tego dnia jako momentu kulminacyjnego w swojej jedynej pasji. Miał tylko dwadzieścia jeden lat i jeździł czarnym Lamborghini.

Z urodzenia Kanadyjczyk, w wieku lat trzynastu Dale odnalazł swoje powołanie w internetowej firmie informatycznej. Na swoje szczęście mógł liczyć na pomoc bardziej doświadczonego mentora i partnera, który stał się jego przewodnikiem: piętnastoletniego brata, Jasona. Firma, stworzona po to, by sfinansować ich marzenia o stanięciu na olimpijskim podium, już dwa lata później stała się trzecią pod względem wielkości tego rodzaju firmą na świecie.

W czasie, gdy koledzy z drużyny biegali na stoki na dodatkowe treningi, on często kupował sake dla swoich klientów w Tokio. W świecie, w którym należało „pracować ciężej, a nie mądrzej”, jego trenerzy byli przekonani, że poświęca zbyt wiele czasu swojej firmie, a za mało trenuje – pomimo osiąganych wyników.

Zamiast wybierać między firmą i marzeniami, Dale postanowił mieć jedno i drugie. Nie poświęcał zbyt dużo czasu na rozwój swojego biznesu, ale razem z bratem zbyt wiele czasu spędzali z francuskojęzycznymi Kanadyjczykami.

W roku 2002 obaj przeprowadzili się do „światowej stolicy narciarstwa”, Australii, gdzie zespół był mniejszy i bardziej elastyczny, a opiekował się nim trener-legenda. Zaledwie trzy lata później Dale otrzymał obywatelstwo, stanął do walki z dawnymi kolegami z drużyny i został trzecim Australijczykiem w historii, który wywalczył złoto podczas zimowych igrzysk.

W kraju walabii i surfingu Dale stał się jedną z najbardziej rozpoznawalnych postaci. Dosłownie. Tuż obok pamiątkowej serii poświęconej Elvisowi Presleyowi można znaleźć znaczki z jego wizerunkiem.

Sława ma swoje przywileje, podobnie jak wyjście poza granice wyborów dawanych nam przez innych. Zawsze można przecież wskazać inne możliwości.

NOWA KALEDONIA, POŁUDNIOWY PACYFIK

W chwili, kiedy mówisz, że chcesz zatrzymać się na chwilę w jakimś miejscu, staje się ono częścią twojego życia.

John F. Kennedy

Niektórzy ludzie żyją w przekonaniu, że gdyby tylko mieli trochę więcej pieniędzy, wszystko w ich życiu zmieniłoby się na dobre. Mierzą w ruchomy cel: 300 tysięcy dolarów w banku, milion dolarów w akcjach, 100 tysięcy dolarów rocznej pensji (zamiast 50 tysięcy) itd. Cel Julie był jednak bardziej sensowny: powrócić z taką samą liczbą dzieci, z jaką wyruszyła z domu.

Wyciągnęła się na fotelu i spojrzała na męża, Marca, śpiącego po drugiej stronie przejścia, odliczając jak zwykle – raz, dwa, trzy. Jak na razie, wszystko w porządku. Za dwanaście godzin będą z powrotem w Paryżu, cali i zdrowi. Oczywiście przy założeniu, że samolot z Nowej Kaledonii nie rozbije się po drodze.

Nowa Kaledonia?

Zaszyta w tropikach Morza Koralowego Nowa Kaledonia to francuskie terytorium zależne, gdzie Julie i Marc właśnie sprzedali swoją łódź żaglową, na której przemierzyli niemal 30 tysięcy kilometrów dookoła świata. Oczywiście zwrot początkowo zainwestowanej kwoty był tylko częścią planu. Wszystko, co zaplanowali i zrobili, cała ich piętnastomiesięczna podróż dookoła świata, od przejażdżki gondolą po kanałach Wenecji, po udział w plemiennych obrzędach w Polinezji, kosztowało około 18–19 tysięcy dolarów. Mniej niż czynsz i bagietki w Paryżu.

Większości ludzi może się to wydawać niemożliwe. Większość ludzi nie wie też, że ponad trzysta rodzin co roku stawia we Francji żagiel i wyrusza w podobną podróż.

Podróż ta była ich marzeniem przez niemal dwadzieścia lat, wciąż odsuwana na dalszy plan wobec coraz bardziej wydłużającej się listy obowiązków. Każdy ważny moment w życiu dawał następne powody do odsuwania jej w czasie. Pewnego dnia Julie zrozumiała, że teraz albo nigdy. W przeciwnym wypadku ona i Marc wciąż będą tylko mnożyć różne argumenty, zasadne lub nie, i coraz trudniej będzie przekonać się, że taka wyprawa w ogóle jest możliwa.

Rok przygotowań, trzydziestodniowa wyprawa próbna z mężem, i oto wreszcie nadszedł początek podróży życia. Tuż po

podniesieniu kotwicy Julie uświadomiła sobie, że obecność dzieci – główny powód odkładania tej podróży i poszukiwania przygód – tak naprawdę powinna być pierwszym argumentem za podjęciem takiego wyzwania.

Przed wyjazdem jej trzej mali synowie nieustannie się o coś kłócili, wrzeszcząc przy tym wniebogłosy. Z czasem przyzwyczaili się do wspólnego życia w kołyszącej się sypialni oraz nauczyli się cierpliwości – dla samych siebie i zdrowia swoich rodziców. Przed wyjazdem książki były dla nich tak samo ekscytujące, jak jedzenie piasku. Mając jednak do wyboru lekturę lub gapienie się w ścianę na otwartym morzu, wszyscy nauczyli się doceniać książki. Zabranie ich na rok ze szkoły i rzucenie w nowe środowisko okazało się najlepszą inwestycją w wykształcenie.

Teraz, siedząc w samolocie, Julie wpatrywała się w chmury przecinane skrzydłami samolotu i snuła następne plany – o znalezieniu jakiegoś miejsca w górach, gdzie można jeździć na nartach przez okrągły rok za pieniądze z zakładu wytwarzającego olinowanie jachtów, a także o tym, że taki zakład może sfinansować inne podróże.

Teraz, kiedy już odważyła się zrobić pierwszy krok, nie mogła usiedzieć w miejscu.

PROJEKTOWANIE STYLU ŻYCIA

W PRAKTYCE

Skończyłam z jazdami przez całe miasto, by odebrać syna z przedszkola, a zaraz potem znów ślizgać się oblodzonymi autostradami do biura, by dokończyć pracę. Moja miniemerytura umożliwiła nam obojgu przeniesienie się do alternatywnej szkoły z internatem, w której dzieci i nauczyciele mogą wieść interesujące życie na Florydzie – wśród zieleni, nad jeziorkiem ze źródełkiem, w słonecznych promieniach. Nietrudno znaleźć alternatywne lub tradycyjne szkoły, które przyjmą wasze dzieci na czas pobytu w danym miejscu. Szkoły alternatywne często są bardzo szanowane w swoim otoczeniu i niezwykle przyjazne. Jest nawet możliwość znalezienia zatrudnienia w takiej szkole – wtedy wraz z dzieckiem można poznawać nowe środowisko.

DEB

Tim,

Twoja książka i Twój blog zainspirowały mnie do zwolnienia się z pracy, napisania dwóch e-książek, skoków spadochronowych, wędrówek z plecakiem po Ameryce Południowej, sprzedania wszystkiego, co było dla mnie w życiu balastem, i zorganizowania dorocznej konwencji najlepszych światowych instruktorów randkowania (to moje pierwsze przedsięwzięcie biznesowe – już trzeci rok prowadzę ten interes). Co w tym najlepsze? Nie mogę nawet jeszcze kupić drinka.

Dzięki, stary!

ANTHONY

2Reguły, które zmieniają regułyWszystko, co popularne, jest złe

Nie potrafię podać niezawodnego przepisu na sukces, ale mogę podać przepis na porażkę: staraj się zawsze wszystkich zadowolić.

Herbert Bayard Swope,

amerykański wydawca i dziennikarz,

pierwszy zdobywca Nagrody Pulitzera

Wszystko, co popularne, jest złe.

Oscar Wilde, Bądźmy poważni na serio

Jak wygrać, nie grając

W roku 1999, jakiś czas po rzuceniu mojej drugiej niesatysfakcjonującej pracy i objadaniu się kanapkami z masłem orzechowym dla przyjemności, zdobyłem złoty medal w Mistrzostwach Chin w kick boxingu.

Nie dlatego, że dobrze szło mi po prostu walenie pięściami i kopanie. Broń Boże. To może wydawać się trochę niebezpieczne, zważywszy, że odważyłem się to zrobić na bezczelnego, zaledwie po czterech tygodniach przygotowań. Zresztą mam głowę wielką jak arbuz – bardzo łatwo w nią trafić.

Zwyciężyłem dzięki czytaniu reguł i wyszukiwaniu luk. Znalazłem dwie.

1. Ważenie odbywa się na dzień przed zawodami. Stosując techniki odwadniające, powszechnie stosowane przez elitę sportów siłowych i olimpijczyków w zapasach w stylu wolnym, w ciągu osiemnastu godzin straciłem około trzynastu kilogramów. W chwili pomiaru ważyłem niecałe siedemdziesiąt pięć kilogramów. Po ważeniu intensywnie się nawadniałem, aby powrócić do swoich osiemdziesięciu siedmiu i pół kilograma[6]. Trudno jest wygrać z kimś z kategorii wagowej o trzy klasy wyższej. Biedacy.

2. Drobnym drukiem zapisano pewne niuanse techniczne. Jeśli jeden z walczących trzykrotnie podczas jednej rundy spadnie z podwyższanej platformy, jego przeciwnik automatycznie wygrywa. Zdecydowałem się wykorzystać ten szczegół jako jedyną moją technikę i po prostu spychałem ludzi w dół. Jak możesz sobie wyobrazić, sędziowie nie byli z tego powodu najszczęśliwszymi Chińczykami na świecie.

Wynik? Wygrałem wszystkie swoje walki przez nokaut techniczny i wróciłem do domu jako mistrz kraju, czego nie potrafi osiągnąć 99% zawodników mających pięcio- czy nawet dziesięcioletnie doświadczenie.

Ale czy wypychanie ludzi poza granice ringu nie narusza granic etycznych? Wcale nie – chodziło przecież tylko o zrobienie czegoś niecodziennego, dopuszczonego przez reguły. To jest właśnie istotna różnica między oficjalnymi regułami a takimi, jakie tworzą się samoistnie. Przyjrzyjmy się poniższemu przykładowi, pochodzącemu z oficjalnych olimpijskich stron internetowych (www.olympic.org).

Igrzyska Olimpijskie w Meksyku w roku 1968 były miejscem oficjalnego debiutu Dicka Fosbury’ego i jego słynnego flopa, który zrewolucjonizował skoki wzwyż. W tamtych czasach skoczkowie... po prostu przerzucali zewnętrzną stopę nad poprzeczką [była to tak zwana technika przerzutowa – w praktyce wyglądało to jak skok przez przeszkodę i pozwalało wylądować na stopach]. Technika Fosbury’ego polegała na bardzo szybkim podbiegnięciu do poprzeczki i odbiciu się z prawej (lub zewnętrznej) nogi. Potem następował skręt ciała pozwalający zawodnikowi przejść nad poprzeczką głową naprzód, plecami zwróconymi do poprzeczki. Gdy trenerzy światowej czołówki kręcili z niedowierzaniem głowami, publiczność w Meksyku była wprost urzeczona Fosburym i krzyczała: „Olé!”, gdy ten przechodził nad poprzeczką. Fosbury bez żadnej straty zaliczył każdą wysokość do 2,22 m, osiągnął osobisty rekord 2,24 m i zdobył złoty medal.

W 1980 roku trzynastu spośród szesnastu finalistów olimpijskich stosowało flop Fosbury’ego.

Technika redukcji wagi i spychania z ringu, którą zastosowałem, jest teraz standardem w konkursach Sanshou. Nie przyczyniłem się do tego – ja tylko przewidziałem coś, co było nieuniknione i co w końcu zrobili też inni, wypróbowując tę doskonałą metodę. To było do przewidzenia.

Sport ewoluuje, a święte krowy giną, gdy ktoś rzuci wyzwanie podstawowym założeniom.

To samo dotyczy życia i stylu życia.

Kwestionowanie status quo czy wygłupy

Większość ludzi chodzi ulicami na nogach. Czy to oznacza, że ja chodzę po mieście na rękach? Czy noszę bieliznę założoną na wierzch, na spodnie, aby pokazać, że jestem inny? Nie, zazwyczaj nie. Tak więc chodzenie „na nogach” i noszenie majtek pod spodniami na razie się sprawdza. I nie zamierzam tego zmieniać, jeśli samo się nie zmieni.

Odmienność jest lepsza, kiedy zapewnia większą efektywność lub daje więcej radości.

Jeśli ktoś stawia jakiś problem lub rozwiązuje go w określony sposób z przeciętnymi rezultatami, warto się zastanowić. Co by było, gdybym zrobił to inaczej? Nie trzeba wzorować się na czymś, co nie działa. Jeśli przepis jest do niczego, nie jest istotne, jak dobrym jesteś kucharzem.

Gdy zajmowałem się hurtową sprzedażą danych, co było moim pierwszym zajęciem po ukończeniu szkoły, zrozumiałem, że większość rozmów telefonicznych w ciemno nie trafiała do odpowiednich osób. Działo się tak z jednego prostego powodu: barierę tworzyły osoby strzegące dostępu. Gdy telefonowałem między 8 a 8.30 lub 18 a 18.30, czyli łącznie przez godzinę dziennie, mogłem ominąć sekretarki i umówić dwa razy więcej spotkań niż starsi rangą koledzy, którzy telefonowali między 9 a 17. Innymi słowy, osiągałem dwa razy lepsze wyniki w ciągu jednej ósmej czasu.

Od Japonii po Monako, od podróżujących po świecie samotnych matek po multimilionerów jeżdżących wyścigowymi samochodami, podstawowe reguły osiągającego sukcesy NR-a są zaskakująco podobne i – czego można się spodziewać – odmienne od tego, co robi reszta świata.

Następujące reguły, stanowiące fundamentalne czynniki różnicujące, będą stanowiły tło całej mojej książki.

1. Emerytura jest ubezpieczeniem na wypadek czarnego scenariusza.

Plany emerytalne są jak ubezpieczenia na życie. Trzeba postrzegać je jako zwykłe ubezpieczenie na absolutnie najgorszy wypadek: w tym przypadku na okoliczność fizycznej niemożności wykonywania pracy i występującą wówczas potrzebę posiadania rezerw kapitałowych niezbędnych do przeżycia.

Emerytura jako cel lub ostateczne „odkupienie” jest pełna wad z trzech bardzo poważnych powodów:

a) Jej idea opiera się na założeniu, że nie lubisz tego, co robisz przez lata twoich największych fizycznych możliwości. To pomysł skazany na niepowodzenie – nic nie może uzasadniać takiego poświęcenia.

b) Większość ludzi nigdy nie będzie mogła przejść na emeryturę i utrzymać choćby średniego standardu życia. Nawet milion dolarów to śmiesznie mało w świecie, w którym tradycyjna emerytura może trwać nawet trzydzieści lat, a inflacja obniża naszą siłę nabywczą w tempie 2–4% rocznie. Taki układ po prostu nie działa[7]. Po złotych latach trzeba znów wieść życie niższej klasy średniej. To słodko-gorzkie zakończenie.

c) Jeśli ci to odpowiada, to znaczy, że jesteś ambitną, ciężko pracującą maszyną. Jeśli nie, to zgadnij co? Po tygodniu emerytury będziesz nią już śmiertelnie znudzony. Prawdopodobnie będziesz próbował szukać jakiejś innej pracy albo zaczniesz zakładać nową firmę. Czyli okaże się, że cel na który czekałeś, jest tak naprawdę nieważny, czyż nie?

Nie twierdzę, że nie powinieneś mieć planu awaryjnego – sam uczestniczę w planie emerytalnym 401(k) i mam indywidualne konto emerytalne (głównie z powodów podatkowych) – nie myl jednak emerytury ze swoim celem.

2. Zainteresowanie i energia zmieniają się cyklicznie.

Gdybym zaoferował ci 10 milionów dolarów za pracę przez dwadzieścia cztery godziny na dobę przez piętnaście lat, a potem przejście na emeryturę, czy zgodziłbyś się na to? Oczywiście, że nie – nie mógłbyś tego zrobić. Byłoby to nie do wytrzymania – tak samo jak to, co większość ludzi określa mianem kariery: robienie tej samej rzeczy codziennie przez osiem lub więcej godzin aż do załamania lub do chwili, kiedy dojdziesz do wniosku, że masz wystarczająco dużo pieniędzy, by skończyć z tym na zawsze.

Jak jeszcze moi trzydziestoletni przyjaciele mogą upodobnić się do skrzyżowania Donalda Trumpa z Joan Rivers? To okropne – przedwczesne starzenie się spowodowane niesamowitymi ilościami wypijanej kawy i niewyobrażalnym przeciążeniem pracą.

Naprzemienne okresy aktywności i wypoczynku są konieczne do przeżycia, nie mówiąc już o dobrym samopoczuciu. Wydolność, zainteresowanie i odporność psychiczna zmieniają się – miewamy wzloty i upadki. Wobec tego odpowiednio planuj swoje życie.

NR stara się co jakiś czas fundować sobie „miniemerytury”, zamiast czekać na wypoczynek i radość do czasu wyśnionej prawdziwej emerytury. Jeśli będziesz pracował tylko wtedy, gdy jesteś najbardziej efektywny, twoje życie stanie się bardziej produktywne, a także przyjemniejsze. To idealny przykład tego, jak mieć ciastko i zjeść ciastko.

Osobiście zamierzam teraz wyjeżdżać na miesiąc za granicę albo poświęcać czas na intensywną naukę (tanga, sztuk walki, czegokolwiek) po każdych dwóch miesiącach przepracowanych nad różnymi projektami zawodowymi.

3. Mniej nie oznacza leniwiej.

Jeśli wykonuje się mniej mało znaczącej pracy, można skoncentrować się na rzeczach mających dla nas osobiście większe znaczenie – i to NIE jest lenistwo. Większości ludzi trudno to zaakceptować, ponieważ nasza kultura skłania się ku nagradzaniu osobistych poświęceń, a nie osobistej produktywności.

Niewielu ludzi chce (lub może) mierzyć wyniki swoich działań, a tym samym mierzyć sposób wykorzystywania swojego czasu. Więcej czasu to więcej własnej wartości. W ten sposób możemy mieć więcej od innych – tych nad nami i tych wokół nas. NR pomimo mniejszej liczby godzin spędzonych w biurze osiąga lepsze rezultaty niż kilkunastu nie-NR-ów razem wziętych.

Zdefiniujmy więc na nowo pojęcie „lenistwo” – jako zdolność do przeciwstawienia się niezbyt idealnym warunkom lub osobom chcącym decydować o naszym życiu albo jako umiejętność gromadzenia fortuny w drodze przez życie oglądane z okien biura. Wielkość kwoty na naszym rachunku bankowym nie zmienia tego tak samo, jak liczba godzin poświęconych na odpowiadanie na nieważne e-maile i inne nieistotne drobiazgi.

Koncentruj się na tym, by być produktywnym, a nie zajętym.

4. Czas nigdy nie jest odpowiedni.

Kiedyś spytałem moją mamę, w jaki sposób zdecydowała się na swoje pierwsze dziecko, czyli na mnie. Odpowiedź była prosta: „To było coś, czego chcieliśmy. Zdecydowaliśmy, że nie ma powodów, by odkładać to na później. Czas nigdy nie jest odpowiedni na to, by mieć dzieci”. To prawda.

Spośród wielu ważnych rzeczy to czas sprawia zawsze największe problemy. Czekanie na właściwy moment, by odejść z pracy? Gwiazdy nigdy nie ułożą się właściwie, a wszystkie światła sygnalizacyjne w życiu nigdy nie będą równocześnie zielone. Wszechświat nie spiskuje przeciw nam, ale też nie zbacza z własnej drogi tylko po to, by wszystko dobrze się nam układało. Warunki nigdy nie są idealne. „Kiedyś” to choroba, która każe nam zabrać wszystkie nasze marzenia do grobu. Listy „za” i „przeciw” zawsze są długie. Jeśli coś jest ważne dla ciebie i chcesz to „w końcu” zrobić, rób to i od razu obierz właściwy kurs.

5. Proś o przebaczenie, a nie o pozwolenie.

Jeśli chcesz zrobić coś, co nie zniszczy osób z twojego otoczenia, spróbuj, a potem uzasadnij. Ludzie – rodzice, partnerzy, szefowie – sprzeciwiają się różnym rzeczom w sposób emocjonalny, chociaż potrafią zaakceptować je po fakcie. Jeśli potencjalna szkoda jest umiarkowana lub w jakikolwiek sposób odwracalna, nie dawaj im szansy powiedzenia „nie”. Większość ludzi chętnie powstrzyma cię, zanim jeszcze zaczniesz coś robić, ale zawaha się, nim stanie ci na drodze, gdy będziesz już nią podążał. Przyzwyczaj się do tego, że sprawiasz kłopoty, i naucz się mówić „przepraszam”, kiedy naprawdę coś zawalisz.

6. Pielęgnuj silne strony, nie walcz ze słabościami.

Większość ludzi jest dobra w kilku dziedzinach i zupełnie beznadziejna w większości pozostałych. Jestem wspaniały w wymyślaniu produktów i marketingu, ale strasznie kiepski we wszystkim, co następuje potem.

Moje ciało jest skonstruowane do podnoszenia ciężarów i rzucania nimi – i tak po prostu jest. Nie przejmowałem się tym przez długi czas. Próbowałem pływania i wyglądałem przy tym jak tonąca małpa. Próbowałem koszykówki i wyglądałem jak troglodyta. Potem zostałem bokserem i wzbiłem się w przestworza.

Korzystanie ze swoich silnych stron jest dalece bardziej lukratywne i przyjemne niż próby naprawiania wszystkich pęknięć w naszym pancerzu. Mamy wybór pomiędzy pomnażaniem rezultatów przy wykorzystaniu silnych stron a maleńkimi postępami w walce ze słabościami. Te postępy w najlepszym wypadku pozwolą nam osiągnąć przeciętność w danej dziedzinie. Skoncentruj się na jak najlepszym wykorzystaniu swojego najlepszego oręża, zamiast wciąż naprawiać ten szwankujący.

7. Nadmiar dobrego bywa szkodliwy.

Co za dużo, to niezdrowo. W przypadku większości starań i dobytku nadmiar zmienia istotę rzeczy w jej przeciwieństwo. Dlatego:

pacyfiści stają się wojownikami,

walczący o wolność stają się tyranami,

błogosławieństwa stają się przekleństwami,

pomoc staje się przeszkodą,

więcej oznacza mniej[8].

To, czego chcesz, dostępne zbyt często i w zbyt dużej ilości staje się tym, czego nie chcesz. Tę prawdę można udowodnić zarówno w odniesieniu do stanu posiadania, jak i czasu. Projektowanie Stylu Życia nie ma na celu stworzenia nadmiaru wolnego czasu (to jest zabójcze), lecz pozytywne wykorzystanie czasu, zdefiniowane po prostu jako robienie tego, o czym marzysz, w przeciwieństwie do tego, co czujesz się zobowiązany robić.

8. Pieniądze same w sobie nie są celem.

Na temat siły pieniądza jako środka płatniczego (sam jestem jego entuzjastą) można powiedzieć bardzo dużo, ale pomnażanie go nie jest celem samym w sobie, jak często nam się wydaje. Po części wynika to z lenistwa. Hasło: „Jeśli będę miał więcej pieniędzy” to najłatwiejszy sposób odsunięcia w czasie poważnego sprawdzenia się i podjęcia decyzji koniecznych do stworzenia sobie życia sprawiającego przyjemność – teraz, a nie później. Traktując pieniądz jak fetysz i poświęcając wszystko pracy, możemy sami sobie uniemożliwić robienie czegokolwiek innego („John. Chciałbym porozmawiać o wypełnieniu pustki, jaką odczuwam w życiu, beznadziei, która dobija mnie każdego ranka, gdy włączam komputer... ale mam tyle pracy! Muszę poświęcić co najmniej trzy godziny na odpowiadanie na różne mało ważne e-maile, zanim zacznę dzwonić do potencjalnych klientów, którzy wczoraj mi odmówili. Do roboty!”).

Daj się porwać rutynie pogoni z pieniądzem, pomyśl, że tak musi być, a w przebiegły sposób zapewnisz sobie coś, co będzie cię rozpraszało i powstrzymywało przed myślą, jak bardzo bezcelowe są twoje działania. W głębi duszy wiesz przecież, że to wszystko jest złudzeniem, ale ponieważ wszyscy grają tak, jakby w to wierzyli, łatwo jest się zatracić.

Ten problem nie dotyczy tylko pieniędzy.

9. Względny dochód jest ważniejszy niż dochód bezwzględny.

Wśród dietetyków i żywieniowców toczy się spór o wartość kalorii. Czy kaloria to kaloria tak samo, jak róża jest różą? Jeśli redukcja tkanki tłuszczowej to po prostu zużywanie większej liczby kalorii, niż się ich spożywa, czy ważne jest też źródło tych kalorii? Z doświadczenia w pracy z najlepszymi sportowcami wiem, że właściwa odpowiedź to ta druga.

A co z dochodem? Czy dolar równy jest dolarowi? Bogaci w Zupełnie Nowy Sposób twierdzą, że nie.

Przyjrzyjmy się temu prostemu problemowi matematycznemu. Spotyka się dwoje ciężko pracujących ludzi. Człowiek A haruje osiemdziesiąt godzin tygodniowo, a człowiek B dziesięć godzin tygodniowo. Obie te osoby zarabiają rocznie 50 tysięcy dolarów. Która z nich będzie bogatsza, gdy spotkają się gdzieś w środku nocy? Jeśli twierdzisz, że B – będziesz mieć rację. Na tym właśnie polega różnica między bezwzględnym i względnym dochodem.

Bezwzględny dochód jest mierzony przy użyciu jednej świętej i niezmiennej miary: zwykłego i wszechwładnego dolara. Jane Doe zarabia rocznie 100 tysięcy dolarów, więc jest dwa razy bogatsza niż John Doe, który rocznie zarabia tylko 50 tysięcy dolarów.

Dochód względny używa dwóch zmiennych: pieniądza (czyli dolarów) i czasu, mierzonego zazwyczaj w godzinach. Całe pojęcie „rocznie” jest dość dowolne i pozwala łatwo paść ofiarą oszustwa. Przyjrzyjmy się, jak wygląda to w rzeczywistości. Jane Doe zarabia 100 tysięcy dolarów rocznie, czyli 2 tysiące w każdym z pięćdziesięciu tygodni roku. Pracuje osiemdziesiąt godzin tygodniowo. Otrzymuje zatem 25 dolarów za godzinę. John Doe zarabia rocznie 50 tysięcy dolarów, czyli tysiąc na każdy z pięćdziesięciu tygodni w roku, ale pracuje tylko dziesięć godzin tygodniowo – zatem za godzinę pracy otrzymuje 100 dolarów. W kategoriach względnych John jest cztery razy bogatszy.