10 minut i 38 sekund na tym dziwnym świecie - Elif Shafak - ebook

10 minut i 38 sekund na tym dziwnym świecie ebook

Elif Shafak

4,2

18 osób interesuje się tą książką

Opis

Czy wystarczy 10 minut i 38 sekund, aby opowiedzieć całe ludzkie życie?

Leila nie żyje. Jej ciało jest martwe, ale mózg jeszcze pracuje. Każda kolejna minuta przynosi ze sobą wspomnienie innych wydarzeń, smaków i zapachów. Obrazy pozornie wyrwane z kontekstu łączą się w zmysłową opowieść o życiu w świecie, w którym wielu ludziom nadal odbiera się prawo do bycia sobą.

Elif Shafak jest jedną z najważniejszych współczesnych pisarek, a 10 minut i 38 sekund na tym dziwnym świecie zostało uznane za jej najlepszą powieść i znalazło się na krótkiej liście tytułów nominowanych do Nagrody Bookera.

 

Historia kilkorga przyjaciół, których połączyła lojalność silniejsza niż śmierć. Opowiedziana z taką czułością i ciepłem, że trudno się od niej oderwać.

Joanna Bator

To piękna i odważna opowieść, która wychodzi daleko poza baśń i sięga tam, gdzie sięga tylko najlepsza proza – w najprawdziwsze życie.

Dominika Słowik

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 422

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,2 (341 ocen)
149
120
63
9
0
Sortuj według:
kasiatylek

Nie oderwiesz się od lektury

Niewyobrażalnie piękna. Czułam ją całą sobą, wszystkie emocje. Płynęłam z ich prądem. Odnalazłam w niej wszystko czego ja osobiście, oczekuję od literatury. Zachwyciłam się nią. Zachłysnęłam. Intymna i czuła a jednocześnie bezwzględna i pełna smutku, jaki budzi poczucie niesprawiedliwości. Los ... Zaraz po odłożeniu mam ochotę zacząć ją czytać od początku.
10

Popularność




Tytuł oryginału: 10 Minutes 38 Seconds in this Strange World

Copyright © 2019 by Elif Shafak

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2020

Copyright © for the Polish translation by Natalia Wiśniewska, 2020

Redaktor prowadząca • Weronika Jacak

Marketing i promocja • Katarzyna Kończal

Redakcja• KarolinaBorowiec-Pieniak

Korekta• Anna Królak, Magdalena Owczarzak

Projekt typograficzny wnętrza • Mateusz Czekała

Łamanie • Justyna Nowaczyk

Projekt okładki i stron tytułowych • Ula Pągowska

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej • Dariusz Nowacki

eISBN 978-83-66553-56-9

Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

[email protected]

www.wydawnictwopoznanskie.pl

Kobietom Stambułu i samemu Stambułowi, który jest – i zawsze był – miastem o kobiecym obliczu

I teraz kolejny raz wyprzedził mnie odrobinę w opuszczaniu tego dziwnego świata. Ale to bez znaczenia. Dla ludzi takich jak my, którzy wierzą w fizykę, rozgraniczenie między przeszłością, teraźniejszością i przyszłością ma wyłącznie wartość niewątpliwie trwałej iluzji.

Albert Einstein po śmierci swojego

najbliższego przyjaciela, Michele Besso

Koniec

Nazywała się Leila.

Tequila Leila, jak nazywali ją przyjaciele i klienci. Tequila Leila, jak wołano na nią w domu i w pracy, mieszczących się w budynku w kolorze palisandru przycupniętym w wybrukowanym zaułku przy nabrzeżu, między kościołem a synagogą, wśród sklepików z lampami i sklepików z kebabami – w tej przystani najstarszych licencjonowanych domów publicznych w Stambule.

Gdyby jednak usłyszała, że tak o niej mówisz, mogłaby poczuć się urażona i psotnie cisnąć butem – jedną ze swoich niebotycznych szpilek.

– Nie nazywałam, kochanie, ale nazywam… Nazywam się Tequila Leila.

Za nic w świecie nie pozwoliłaby, żeby mówiono o niej w czasie przeszłym. Na samą myśl o takiej ewentualności poczułaby się mała i pokonana, a to była ostatnia rzecz na świecie, której by sobie życzyła. O tak, nalegałaby na używanie czasu teraźniejszego – nawet jeśli dręczące ją złe przeczucie podpowiadało, że jej serce przestało bić, oddech gwałtownie ustał, i jakkolwiek spojrzałaby na swoją sytuację, nie dałoby się zaprzeczyć, że umarła.

Nie wiedział jeszcze o tym żaden z jej przyjaciół. O tak wczesnej porze wszyscy zapewne wciąż spali, szukając wyjścia z własnego labiryntu snów. Leila też pragnęła być teraz w domu, otulona ciepłą pościelą, z kotem zwiniętym w kłębek u jej stóp, mruczącym w sennym zadowoleniu. Jej kot był głuchy jak pień i cały czarny, jeśli nie liczyć jednej białej plamki na łapie. Nazwała go Pan Chaplin, na cześć Charliego Chaplina, ponieważ podobnie jak bohaterowie wczesnych produkcji kinematograficznych żył w świecie odartym z dźwięku.

Tequila Leila oddałaby wszystko, żeby wrócić do swojego mieszkania. Zamiast tego znajdowała się tutaj, gdzieś na przedmieściach Stambułu, naprzeciwko ciemnego, mokrego boiska do piłki nożnej, w metalowym pojemniku na śmieci z zardzewiałymi rączkami i odpryskującą farbą. Ten kontener na kółkach był wysoki na co najmniej metr i o połowę węższy na szerokość. Tymczasem Leila mierzyła sto siedemdziesiąt centymetrów – do tego dochodziły dwudziestocentymetrowe obcasy jej fioletowych sandałków bez pięt, które wciąż jeszcze miała na nogach.

Chciała poznać odpowiedzi na wiele pytań. We wspomnieniach wciąż odgrywała ostatnie chwile swojego życia, zastanawiając się, w którym momencie coś poszło nie tak – próżny trud, skoro czasu nie dało się rozplątać niczym kłębka włóczki. Jej skóra zaczęła już nabierać szarawobiałego odcienia, mimo że w komórkach ciała wrzało jak w ulu. Nie mogła oprzeć się wrażeniu, że zarówno w jej organach, jak i w kończynach wciąż jeszcze dużo się dzieje. Ludzie zawsze zakładali, że zwłoki są równie martwe jak zwalone drzewo albo pusty pień, całkowicie pozbawione świadomości. Ale przy pierwszej nadarzającej się okazji Leila oświadczyłaby, że dzieje się dokładnie na odwrót, ponieważ trup tętni życiem.

Nie mogła uwierzyć, że raz na zawsze pożegnała się ze swoją śmiertelnością. Ledwie dzień wcześniej przemierzała dzielnicę Pera w towarzystwie swojego cienia sunącego ulicami nazwanymi na cześć dowódców wojskowych i tureckich bohaterów, ulicami sławiącymi mężczyzn. Jeszcze w tym tygodniu jej śmiech niósł się echem w niskich pomieszczeniach tawern Galaty i Kurtulush oraz w małych, dusznych spelunkach Tophane, które bez wyjątku nie pojawiały się w przewodnikach albo na mapach dla turystów. Stambuł, który znała Leila, nie był tym samym Stambułem, który Ministerstwo Turystyki chciało pokazywać obcokrajowcom.

Zeszłej nocy zostawiła odciski palców na szklance po whisky i zapach perfum – Palomy Picasso, prezentu urodzinowego od jej przyjaciół – na jedwabnej apaszce, którą rzuciła na łóżko nieznajomego w apartamencie na ostatnim piętrze luksusowego hotelu. Wysoko na niebie srebrzył się wczorajszy księżyc, jasny i nieosiągalny, niczym resztki szczęśliwego wspomnienia. Wciąż należała do tego świata i nadal buzowało w niej życie; jak więc mogła być martwa? Jak mogła przestać istnieć, niczym sen, który bladnie w pierwszych promieniach słońca? Ledwie kilka godzin temu śpiewała, paliła, przeklinała, myślała… właściwie wciąż jeszcze myślała. To niesamowite, że jej umysł pracował na pełnych obrotach, nawet jeśli nikt nie mógł wiedzieć, jak długo jeszcze. Żałowała, że nie może wrócić i uświadomić wszystkich, że nieboszczyk nie umiera od razu, że tak naprawdę nie przestaje rozpamiętywać różnych spraw, wliczając własny koniec. Uznała, że ludzie byliby przerażeni, gdyby się o tym dowiedzieli. Ona z pewnością byłaby przerażona, gdyby jeszcze żyła. Czuła jednak, że to ważne, aby ich uświadomić.

Leili zdawało się, że istoty ludzkie z ogromnym zniecierpliwieniem traktowały kamienie milowe własnej egzystencji. Zakładały na przykład, że automatycznie zostajesz żoną albo mężem w chwili, gdy powiesz sakramentalne „tak”. W rzeczywistości potrzeba było lat, aby nauczyć się funkcjonowania w małżeństwie. Podobnie społeczeństwo oczekiwało, że instynkt macierzyński – albo ojcowski – ujawni się w chwili, gdy człowiekowi urodzi się dziecko. Lecz w istocie ustalenie, jak być rodzicem – albo dajmy na to dziadkiem – mogło trochę potrwać. Tak samo sprawa wyglądała z emeryturą albo starością. Jak można było tak po prostu zmienić bieg w chwili, gdy wyszło się z biura, w którym spędziło się połowę życia i zmarnowało większość swoich marzeń? To nie takie proste. Leila znała emerytowanych nauczycieli, którzy budzili się o siódmej rano, brali prysznic i ubierali schludnie tylko po to, aby potem pogrążać się w depresji przy śniadaniu, kiedy to przypominali sobie, że nie mają już pracy. Nie odnaleźli się jeszcze w nowych okolicznościach.

Być może ze śmiercią było podobnie. Ludzie sądzili, że stajesz się trupem w chwili, gdy wydasz ostatnie tchnienie. Ale wykonanie czystego cięcia było w tym przypadku zwyczajnie niemożliwe. Tak jak atramentową czerń od śnieżnej bieli dzieliły niezliczone odcienie, tak samo istniały miriady etapów tego stanu nazywanego wiecznym odpoczynkiem. Leila uznała, że jeśli między królestwami żywych i umarłych przebiegała granica, musiała być równie przepuszczalna jak piaskowiec.

Czekała na wschód słońca. Wtedy z pewnością ktoś ją znajdzie i wyciągnie z tego obrzydliwego kubła. Zakładała, że ustalenie jej tożsamości nie zajmie władzom wiele czasu. Wystarczy, że zlokalizują jej akta. Przez lata przeszukiwali ją, fotografowali, zdejmowali jej odciski palców i zamykali w areszcie częściej, niż ośmielała się przyznać. Na każdym z tych ukrytych w bocznych uliczkach posterunków panował charakterystyczny zapach: popielniczek pełnych petów z poprzedniego dnia, kawowych fusów zalegających na dnie wyszczerbionych kubków, kwaśnych oddechów, mokrych szmat oraz przejmujący smród pisuarów, którego nie usunęłaby żadna ilość wybielacza. Policjanci i przestępcy współdzielili ciasne pomieszczenia. Leilę zawsze fascynowało, że martwy naskórek gliniarzy i kryminalistów poniewierał się na tej samej podłodze, gdzie pochłaniały go te same roztocza, bez faworyzowania czy stronniczości. Na poziomie niewidocznym dla ludzkiego oka przeciwności mieszały się ze sobą w najbardziej zaskakujący sposób.

Zakładała, że kiedy władze ją zidentyfikują, zawiadomią jej rodzinę. Rodzice Leili mieszkali w historycznym mieście Van, tysiące kilometrów stąd. Nie spodziewała się, że przyjadą odebrać jej zwłoki, zważywszy na fakt, że odtrącili ją dawno temu.

„Przynosisz nam wstyd. Wszyscy obmawiają nas za plecami”.

Dlatego też policja będzie musiała zwrócić się do jej przyjaciół. Było ich pięcioro: Sabotaż Sinan, Nostalgia Nalan, Jameelah, Zaynab122 i Hollywood Humeyra.

Tequila Leila nie miała wątpliwości, że przyjaciele popędzą do niej tak szybko, jak tylko zdołają. Potrafiła sobie wyobrazić, jak spieszą ku niej – ich szybkie, lecz niepewne kroki, szeroko otwarte oczy pełne dopiero co kiełkującego przerażenia i smutku, świeży żal, którym jeszcze nie zdążyli przesiąknąć. Czuła się okropnie na myśl, że naraża ich na tę bez wątpienia bolesną przeprawę. Ulgę przynosiła jednak świadomość, że wyprawią jej przepiękny pogrzeb. Kamfora i olibanum. Muzyka i kwiaty – głównie róże. Płomiennie czerwone, intensywnie żółte i głęboko burgundowe… Klasyczne, ponadczasowe, bezkonkurencyjne. Tulipany były zbyt majestatyczne, żonkile zbyt delikatne, a od lilii kręciło ją w nosie. Natomiast róże były idealne, łączyły zmysłowy blichtr z ostrymi kolcami.

Powoli zaczynało świtać. Smugi w różnych kolorach – brzoskwiniowego Bellini, pomarańczowego Martini, truskawkowej Margarity i zmrożonego Negroni – rozciągały się na horyzoncie ze wschodu na zachód. W ciągu kilku sekund z otaczających ją meczetów poniosły się wezwania do modlitwy, całkowicie asynchronicznie. W oddali potężnie ziewnął Bosfor, wybudzający się z turkusowego snu. Do portu wracał kuter rybacki, którego silnik dławił się dymem. Wysoka fala przetoczyła się leniwie w stronę nabrzeża. Dawniej teren ten zdobiły gaje oliwne i sady figowe, które ostatecznie buldożery zrównały z ziemią, aby zrobić miejsce dla kolejnych budynków i miejsc parkingowych. Gdzieś w półmroku szczekał pies, bardziej z poczucia obowiązku niż z ekscytacji. Nieopodal ćwierkał ptak, śmiało i głośno, a inny odpowiadał mu trelami, choć znacznie mniej pogodnymi. Chór świtu. Leila słyszała teraz ciężarówkę dostawczą turkoczącą na wyboistej drodze, gdzie wpadała w kolejne dziury. Wkrótce szum wczesnoporannego ruchu ulicznego stanie się ogłuszający. Życie pełną parą.

Zanim umarła, Tequilę Leilę zawsze zdumiewali, a nawet niepokoili ludzie, którzy czerpali satysfakcję z obsesyjnego spekulowania na temat końca świata. Bo jak pozornie zdrowe umysły mogły pogrążać się we wszystkich tych szalonych scenariuszach uwzględniających asteroidy, kule ogniste i komety zwiastujące klęskę planety? W jej mniemaniu apokalipsa nie była najgorszą rzeczą, jaka mogła się wydarzyć. Możliwość natychmiastowego i absolutnego unicestwienia cywilizacji nie przerażała nawet w połowie tak bardzo, jak zwyczajne uświadomienie sobie, że odejście jednej osoby nie ma wpływu na porządek rzeczy, a życie toczy się swoim torem z jej udziałem czy bez niej. I właśnie to niezmiennie napawało ją strachem.

Smagający boisko do gry w piłkę nożną wiatr zmienił kierunek. Wtedy ich ujrzała. Czterech nastolatków. Hieny wyruszające o świcie na śmietnikowe łowy. Dwóch chłopaków pchało wózek pełen plastikowych butelek i zgniecionych puszek. Kolejny ciągnął się z tyłu, zgarbiony, na ugiętych kolanach, taszcząc brudny wór z czymś bardzo ciężkim. Czwarty, wyglądający na przywódcę grupy, kroczył na czele charakterystycznym dla tego stanowiska dumnym krokiem, wypinając mizerną pierś niczym kogucik podczas walki. Zmierzali w jej stronę, żartując między sobą.

„No dalej”.

Zatrzymali się przy koszu na śmieci po drugiej stronie ulicy i zaczęli przeglądać jego zawartość. Butelki po szamponie, kartony po soku, tubki po jogurcie, pudełka po jajkach… każdy wydobyty skarb lądował na stercie w wózku. Poruszali się zręcznie, z wprawą. Jeden z nich znalazł stary, skórzany kapelusz. Śmiejąc się, założył go na głowę i ruszył dalej z przesadną, arogancką butą, z rękami w tylnych kieszeniach spodni, udając gangstera, którego musiał widzieć w filmie. Przywódca natychmiast porwał kapelusz i wsunął go sobie na głowę. Nikt nie zaprotestował. Po opróżnieniu kosza zaczęli szykować się do odwrotu. Leila patrzyła ze zgrozą, jak zawracają, kierując się w przeciwną stronę.

„Hej, tu jestem!”

Wolno, jakby usłyszał błagalne słowa Leili, przywódca uniósł głowę i zmrużył oczy, gdy oślepiło go wschodzące słońce. W zmieniającym się świetle powiódł wzrokiem po horyzoncie. Nagle ją zauważył. Wysoko uniósł brwi, a jego usta zadrżały delikatnie.

„Nie uciekaj, proszę”.

Nie zrobił tego. Powiedział do innych coś, czego nie słyszała, i teraz oni także wlepiali w nią wzrok, równie zszokowani jak ich przywódca. Uderzył ją ich młody wiek. To były jeszcze dzieci, ledwie chłystki, chłopcy udający mężczyzn.

Przywódca zrobił niewielki krok naprzód. I jeszcze jeden. Podszedł do niej tak, jak mysz zbliża się do leżącego na ziemi jabłka – równie nieśmiało i nerwowo, co zdecydowanie i pospiesznie. Jego twarz sposępniała na widok jej stanu, kiedy się do niej przysunął.

„Nie bój się”.

Stał teraz tuż obok, tak blisko, że widziała białka jego oczu, przekrwione i cętkowane żółcią. Poznała, że wąchał klej, ten chłopak, który miał nie więcej niż piętnaście lat i którego Stambuł będzie mamił obietnicą ciepłego przyjęcia aż do chwili, gdy w najmniej spodziewanym momencie pozbędzie się go jak starej, szmacianej lalki.

„Zadzwoń na policję, synu. Zadzwoń na policję, żeby poinformowali moich przyjaciół”.

Zerknął w lewo i w prawo, upewniając się, że w pobliżu nie ma świadków ani kamer przemysłowych. Gwałtownie pochylił się nad Leilą, sięgając po jej naszyjnik – złoty medalion z maleńkim szmaragdem na środku. Ostrożnie, jakby się bał, że medalion eksploduje mu w dłoni, dotknął go i poczuł przyjemny chłód metalu. Otworzył sekretnik. W środku znalazł zdjęcie. Wyjął je i przyglądał mu się przez moment. Rozpoznał kobietę, młodszą wersję jej samej – u boku mężczyzny o zielonych oczach, łagodnym uśmiechu i długich włosach, ułożonych w niemodnym już stylu. Wydawali się szczęśliwi, zakochani.

Na odwrocie zdjęcia widniał napis: „D/Ali i ja… wiosna 1976”.

Przywódca czym prędzej zerwał naszyjnik i wsunął sobie tę zdobycz do kieszeni. Jeśli pozostali, stojący w milczeniu tuż za nim, zdawali sobie sprawę, co zrobił, postanowili to zignorować. Może i byli młodzi, ale zdobyli wystarczające doświadczenie w tym mieście, aby wiedzieć, kiedy zgrywać cwaniaków, a kiedy udawać durniów.

Tylko jeden zrobił krok naprzód i odważył się zapytać ledwie słyszalnym szeptem:

– Czy ona… czy ona żyje?

– Nie bądź śmieszny – odparł przywódca. – Jest martwa jak ugotowana kaczka.

– Biedna. Kim może być?

Przechylając głowę, przywódca przyjrzał się Leili, jakby patrzył na nią po raz pierwszy. Zmierzył ją wzrokiem od stóp po czubek głowy, a uśmiech rozlał się po jego twarzy niczym atrament po papierze.

– Nie widzisz, idioto? To dziwka.

– Tak myślisz? – zapytał z powagą ten drugi chłopiec, zbyt nieśmiały, zbyt niewinny, aby powtórzyć to słowo.

– Ja to wiem, idioto. – Przywódca stanął bokiem do grupy, po czym oznajmił głośno i dobitnie: – Poinformują o tym we wszystkich gazetach. I w telewizji! Będziemy sławni! Kiedy dotrą tu dziennikarze, dacie mi mówić. Jasne?

W oddali silnik jakiegoś auta zwiększył obroty i z rykiem wjechał na drogę prowadzącą na autostradę. Zarzuciło nim na zakręcie. Zapach spalin zmieszał się ze słoną nutą niesioną wiatrem. Mimo wczesnej pory światło słoneczne zaczęło malować minarety, dachy i górne gałęzie judaszowców południowych, a ludzie spieszyli już do miasta, spóźnieni w różne miejsca.

CZĘŚĆ PIERWSZA

UMYSŁ

Jedna minuta

W pierwszej minucie po jej śmierci świadomość Tequili Leili zaczęła tkać sieć, wolno i miarowo, niczym woda cofająca się od brzegu w porze odpływu. Komórki jej mózgu, odcięte od dostaw krwi, zostały całkowicie pozbawione tlenu. Ale nie przestały pracować. Nie od razu. Ostatni zapas energii aktywował niezliczone neurony, łącząc je ze sobą jakby po raz pierwszy. Chociaż serce przestało bić, mózg się opierał, walcząc do samego końca. Wszedł w stan wzmożonej świadomości, obserwując śmierć ciała, wciąż niegotowy, aby zaakceptować własny zgon. Wspomnienia Leili wezbrały, niecierpliwe i skrupulatne, gromadząc fragmenty finiszującego życia. Przypomniała sobie o sprawach, które wydawały się poza jej zasięgiem, o których myślała, że przepadły na zawsze. Czas zaczął płynąć niczym rwący potok przenikających się reminiscencji, w których nie dało się odróżnić przeszłości od teraźniejszości.

Pierwsze powracające wspomnienie dotyczyło soli – jej dotyku na skórze i smaku na języku.

Ujrzała siebie jako noworodka – nagiego, gładkiego i czerwonego. Ledwie kilka sekund wcześniej opuściła łono matki, przecisnęła się przez wilgotne, śliskie przejście prosto w objęcia nieznanego jej dotąd strachu i znalazła się w sali pełnej obcych dźwięków, kolorów i przedmiotów. Mimo że był chłodny styczniowy dzień, przez brudne okna wpadało do środka światło słoneczne, znacząc w cętki kołdrę na łóżku i odbijając się w wodzie stojącej w porcelanowej misce. Właśnie w tej wodzie leciwa akuszerka ubrana w barwy jesiennych liści zanurzyła ręcznik. Kiedy go wycisnęła, krew spłynęła po jej przedramieniu.

– Mashallah, mashallah. To dziewczynka.

Akuszerka wzięła kawałek krzemienia, który wcześniej trzymała w staniku, i przecięła nim pępowinę. Nigdy nie używała do tego celu noża ani nożyczek, których zimna skuteczność wydawała jej się niestosowna do realizacji tego powikłanego zadania, jakim było przyjęcie dziecka na świat. Staruszka cieszyła się powszechnym szacunkiem w okolicy i mimo wszystkich jej dziwactw i alienacji była uważana za jedną z tych niezrównanych – tych, które miały dwa oblicza, jedno ziemskie i jedno nieziemskie, i które niczym rzucona w górę moneta mogły w dowolnej chwili ujawnić jedną ze swoich dwóch stron.

– Dziewczynka – powtórzyła młoda matka leżąca na wykonanym z kutego żelaza łóżku z baldachimem. Jej jasnobrązowe włosy sklejał pot, a usta wyschły na wiór.

Urzeczywistniły się jej obawy. Niedawno, jeszcze w tym miesiącu, spacerowała po ogrodzie w poszukiwaniu pajęczych sieci wśród pnących się wysoko gałęzi, a kiedy znalazła jedną, delikatnie wsunęła palec w jej środek. Kilka dni później wróciła w to samo miejsce. Gdyby pająk naprawił sieć, oznaczałoby to, że urodzi syna. Ale sieć była dziurawa.

Młoda kobieta nazywała się Binnaz, czyli „tysiąc pochlebstw”. Choć ledwie dziewiętnastoletnia tego roku, czuła się znacznie starsza. Miała pełne, wydatne usta, drobny, zadarty nos, uważany za rzadkość w tej części kraju, podłużną twarz ze szpiczastym podbródkiem i duże, ciemne oczy, nakrapiane niebieskimi drobinkami niczym szpacze jaja. W płowej, lnianej koszuli nocnej, w którą była ubrana, jej ciało wydawało się jeszcze szczuplejsze i delikatniejsze niż zazwyczaj. Na jej policzkach było kilka ledwie widocznych blizn po ospie; dawniej jej matka mawiała, że te ślady zostawiło światło księżyca, które pieściło ją we śnie. Tęskniła za matką, ojcem i dziewięciorgiem rodzeństwa, którzy mieszkali we wsi oddalonej stąd o kilka godzin drogi. Jej rodzina była bardzo biedna – o czym często jej przypominano, odkąd przekroczyła próg tego domu jako nowa panna młoda.

„Bądź wdzięczna. Kiedy tu przyszłaś, nie miałaś nic”.

Binnaz często myślała o tym, że nadal nie ma nic; cały jej dobytek jest równie efemeryczny i niezakorzeniony jak nasiona dmuchawców. Wystarczyłby jeden silny podmuch wiatru, jedna gwałtowna ulewa i przepadłby, ot tak. Ciążyła jej myśl, że w każdej chwili może zostać wyrzucona z tego domu. Bo gdyby tak się stało, dokąd by poszła? Jej ojciec nigdy nie przyjąłby jej z powrotem, skoro miał tak wiele gąb do wykarmienia. Musiałaby znowu wyjść za mąż. Nie istniała jednak gwarancja, że kolejne małżeństwo dałoby jej więcej szczęścia albo że kolejny mąż bardziej by się jej podobał. Poza tym, kto by zechciał rozwódkę, kobietę nieczystą? Z balastem tych podejrzeń krążyła po domu, po swojej sypialni, po własnej głowie, niczym nieproszony gość. Ale to miało się zmienić. Powtarzała sobie, że wraz z przyjściem na świat tego dziecka odmieni się jej życie. W końcu przestanie czuć się obco i niepewnie.

Niemal wbrew własnej woli Binnaz zerknęła w stronę drzwi. Właśnie tam, z jedną ręką na biodrze, a drugą na klamce – jakby zastanawiała się, czy zostać, czy wyjść – stała postawna kobieta o kwadratowej szczęce. Chociaż była ledwie po czterdziestce, plamy na dłoniach i bruzdy wokół cienkich jak ostrze ust sprawiały, że wydawała się starsza. Głębokie zmarszczki, nierówne i wydatne, upodabniały jej czoło do przeoranego pola. Były efektem głównie krzywienia się i palenia. Całymi dniami ćmiła bowiem tytoń szmuglowany z Iranu i popijała herbatę przemycaną z Syrii. Jej czerwone jak cegła, dzięki hojnym ilościom egipskiej henny, włosy miały przedziałek na środku i były zaplecione w idealny warkocz sięgający niemal do pasa. Orzechowe oczy starannie obrysowała najciemniejszym kohlem. To była druga, a właściwie pierwsza żona męża Binnaz – Suzan.

Spojrzenia obu kobiet skrzyżowały się na moment. Powietrze wokół nich zgęstniało i spieniło się odrobinę, niczym wyrastające ciasto drożdżowe. Od ponad dwunastu godzin przebywały w jednym pokoju, ale teraz każda z nich wycofała się do innego świata. Obie wiedziały, że narodziny tego dziecka na zawsze zmienią ich pozycje w rodzinie. Druga żona mimo młodego wieku i krótkiej bytności pod tym dachem zostanie wywyższona na sam szczyt.

Suzan odwróciła wzrok, choć nie na długo. Kiedy ponownie pokazała swoje oblicze, znaczyła je srogość, której tam wcześniej nie było. Skinęła głową na dziecko.

– Dlaczego nie wydaje żadnych dźwięków?

Binnaz zbladła.

– Właśnie. Czy coś jest nie tak?

– Wszystko dobrze – odparła położna, posyłając Suzan chłodne spojrzenie. – Musimy tylko zaczekać.

Akuszerka obmyła dziecko święconą wodą ze studni Zamzam, zdobytą dzięki uprzejmości pielgrzyma, który niedawno wrócił z hadżu. Po krwi, śluzie i mazi płodowej nie został ślad. Noworodek wił się niepocieszony. Nie przestał nawet po myciu, jakby walczył ze sobą, wykorzystując całe swoje trzy kilo i siedemset gramów.

– Mogę wziąć ją na ręce? – zapytała Binnaz, oplatając sobie włosami czubki palców, jak to miała w zwyczaju przez cały miniony rok, kiedy się denerwowała. – Ona… ona nie płacze.

– Jeszcze zapłacze ta dziewczyna – oznajmiła akuszerka stanowczym głosem i natychmiast ugryzła się w język, kiedy jej słowa poniosły się echem niczym zła wróżba. Czym prędzej splunęła trzykrotnie na podłogę i przeniosła lewą stopę nad prawą. Chciała bowiem powstrzymać przepowiednię, jeśli to właśnie wydostało się z jej ust.

W pokoju panowała nieprzyjemna cisza, kiedy wszystkie tam obecne – pierwsza żona, druga żona, akuszerka i dwie sąsiadki – wyczekująco wpatrywały się w dziecko.

– Co się dzieje? Powiedz mi prawdę – poprosiła Binnaz cieniutkim głosikiem, nie zwracając się do nikogo konkretnego.

Ponieważ wcześniej poroniła już sześć razy, a każde z tych doświadczeń było bardziej druzgocące i trudniejsze do zapomnienia od poprzedniego, przez całą ostatnią ciążę zachowywała wzmożoną ostrożność. Nie dotknęła ani jednej brzoskwini, żeby dziecko nie było pokryte meszkiem; nie dodawała przypraw ani ziół podczas gotowania, żeby dziecko nie miało piegów ani pieprzyków; nie wąchała róż, żeby dziecko nie urodziło się ze znamionami w kolorze porto. Ani razu nie skróciła włosów, żeby przy okazji nie podciąć skrzydeł szczęściu. Powstrzymywała się przed wbijaniem gwoździ w ścianę, żeby przez przypadek nie trafić w głowę śpiącego ghula. Ponieważ dobrze wiedziała, że dżiny wyprawiały ceremonie zaślubin nieopodal toalet, po zmroku nie opuszczała swojego pokoju, a w razie potrzeby korzystała z nocnika. Unikała widoku królików, szczurów, kotów, sępów, jeżozwierzy i bezpańskich psów. Nawet kiedy na ulicy pojawiał się wędrowny grajek z tańczącym niedźwiedziem w odwodzie i wszyscy miejscowi gromadzili się na dworze, żeby podziwiać przedstawienie, nie chciała do nich dołączyć w obawie, że dziecko urodzi się owłosione. I za każdym razem, kiedy natknęła się na żebraka lub trędowatego albo zobaczyła karawan, odwracała się i w pośpiechu oddalała w przeciwnym kierunku. Każdego dnia rano zjadała całą pigwę z nadzieją na dołeczki u dziecka, a każdej nocy spała z nożem pod poduszką, żeby odpędzić złe duchy. I w wielkim sekrecie codziennie o wschodzie słońca zbierała włosy ze szczotki Suzan i spalała je w kominku, żeby ograniczyć władzę pierwszej żony męża.

Gdy tylko zaczęły się skurcze porodowe, Binnaz ugryzła czerwone jabłko, słodkie i dojrzałe w słońcu. Teraz stało na stoliku nocnym przy jej łóżku, wolno brązowiejąc. Właśnie to jabłko miało później zostać pokrojone na kawałki i rozdane kobietom z sąsiedztwa, które nie mogły zajść w ciążę, aby pewnego dnia także i one doczekały się potomstwa. Ponadto małymi łykami wypiła sorbet z granatu, przygotowany w prawym bucie jej męża, rozrzuciła nasiona fenkułu w czterech rogach pokoju i przeskoczyła miotłę ułożoną na podłodze, tuż przy drzwiach – wyznaczającą granicę, która miała powstrzymać Szatana. W miarę jak kolejne skurcze się nasilały, aby ułatwić poród, wypuszczono z klatek wszystkie trzymane w domu zwierzęta, między innymi kanarki i zięby. Na sam koniec ze szklanej kuli uwolniono bojownika, wspaniałego, dumnego i samotnego. Pewnie pływał teraz w pobliskim strumieniu, rozpościerając swoje długie, falujące płetwy, niebieskie niczym szlachetny szafir. Gdyby rybka dotarła do jeziora sodowego, z którego słynęło to wschodnie anatolijskie miasto, nie miałaby sporych szans na przeżycie w jego słonych, zasadowych wodach. Ale gdyby udała się w przeciwnym kierunku, mogłaby dotrzeć do Wielkiego Zabu, a gdzieś dalej na kolejnym etapie podróży mogłaby nawet wpaść do Tygrysu, legendarnej rzeki wypływającej z Edenu.

Wszystko po to, aby dziecko przyszło na świat bezpieczne i zdrowe.

– Chcę ją zobaczyć. Możecie podać mi moją córkę?

Gdy tylko wymówiła tę prośbę, Binnaz kątem oka dostrzegła ruch. Suzan, bezszelestna jak ulotna myśl, otworzyła drzwi i wymknęła się na zewnątrz – bez wątpienia przekazać wieści swojemu mężowi, ich mężowi. Całe ciało Binnaz się spięło.

Haroun był człowiekiem o wielu twarzach. Jednego dnia nadzwyczaj hojnym i wspaniałomyślnym, a innego – egocentrycznym i nieobecnym, nawet do granic nieczułości. Najstarszy z trojga rodzeństwa, sam wychował pozostałą dwójkę, gdy stracili rodziców w wypadku samochodowym, który zniszczył ich świat. Tragedia ukształtowała jego charakter, czyniąc z niego mężczyznę nadopiekuńczego wobec swojej rodziny i nieufnego wobec ludzi spoza tego kręgu. Czasem dochodził do wniosku, że coś w nim pękło, i ogromnie pragnął to naprawić, ale takie myśli nigdy donikąd go nie zawiodły. Lubił alkohol równie mocno, jak bał się religii. Wychylając kolejną szklankę rakii, składał nieprawdopodobne obietnice swoim kumplom od kieliszka, a potem, kiedy trzeźwiał, uginając się pod ciężarem wyrzutów sumienia, składał nawet jeszcze bardziej nieprawdopodobne obietnice Allachowi. I chociaż z trudem panował nad językiem, jego ciało rzucało mu jeszcze większe wyzwania. Za każdym razem, kiedy Binnaz zachodziła w ciążę, pęczniał także jego brzuch. Niewiele, choć wystarczająco, aby sąsiedzi wyśmiewali go za jego plecami.

– Ten mężczyzna znowu jest przy nadziei! – rzucali, przewracając oczami. – Szkoda, że sam nie może urodzić.

Haroun pragnął syna najbardziej na świecie. I to nie jednego. Każdemu, kto chciał słuchać, opowiadał, że będzie miał czterech synów, których nazwie Tarkan, Tolga, Tufan i Tarik[1]. Długoletnie małżeństwo z Suzan nie zaowocowało potomstwem. Starszyzna rodzinna znalazła więc dla niego Binnaz – dziewczynę ledwie szesnastoletnią. Po kilku tygodniach negocjacji między rodzinami Haroun i Binnaz wzięli ślub w obrządku religijnym. Ceremonia była nieoficjalna i gdyby w przyszłości cokolwiek poszło nie tak, nie uznałby jej żaden sąd świecki, ale tym szczegółem nikt nie zawracał sobie głowy. Oboje młodzi siedzieli na podłodze, przed zgromadzonymi świadkami, naprzeciwko zezowatego imama, którego głos stał się jeszcze bardziej grobowy, kiedy przeszedł z tureckiego na arabski. Binnaz ani na moment nie oderwała wzroku od dywanu, choć nie mogła się powstrzymać przed zerkaniem na stopy imama. Jego skarpety, jasnobrązowe niczym wyschnięte na wiór błoto, były stare i znoszone. Za każdym razem, kiedy zmieniał pozycję, jeden z jego dużych palców u stóp poruszał się w taki sposób, jakby próbował przedrzeć się przez wytartą wełnę.

Niedługo po ślubie Binnaz zaszła w ciążę, która zakończyła się poronieniem i omal jej nie zabiła. Zdjęta paniką w środku nocy, przeszywana gorącymi szrapnelami bólu, czując dotyk zimnej dłoni zaciskającej się na jej pachwinie i zapach krwi, ogromnie chciała się czegoś złapać, kiedy wydawało jej się, że spada bez końca. Kolejne ciąże, które przebiegały dokładnie tak samo jak ta pierwsza, doświadczały ją coraz gorzej. Choć nikomu nie mogła się z tego zwierzyć, dręczyło ją uporczywe wrażenie, że każde stracone dziecko oddalało ją od świata. Jakby pękały kolejne sznury mostu linowego łączącego ją z rzeczywistością, aż tylko cieniutkie włókno trzymało ją jeszcze przy zdrowych zmysłach.

Po trzech latach czekania starszyzna rodzinna kolejny raz zaczęła naciskać Harouna. Przypomniała mu, że Koran pozwala mężczyźnie mieć nawet cztery żony, jeśli tylko dla wszystkich jest sprawiedliwy, a starsi nie mieli wątpliwości, że Haroun będzie traktował swoje żony na równi. Przekonywali go, aby tym razem rozejrzał się za chłopką, nawet wdową z własnymi dziećmi. Także i ten związek byłby nieoficjalny, z łatwością można było go zawrzeć w obrządku religijnym, równie dyskretnie i szybko jak poprzednio. Ewentualnie mógł rozwieść się z tą bezużyteczną młodą żoną i ponownie wziąć ślub. Ale Haroun odrzucił obie sugestie. Twierdził, że wystarczająco trudno było mu utrzymać dwie żony; trzecia zrujnowałaby go finansowo, a on nie zamierzał zostawić Suzan ani Binnaz, ponieważ zdążył przywiązać się do obu kobiet, choć do każdej z różnych powodów.

W tamtej chwili wsparta na poduszkach Binnaz próbowała sobie wyobrazić, co robi Haroun. Musiał leżeć na sofie w sąsiednim pokoju, z jedną ręką na czole, a drugą na brzuchu, czekając, aż krzyk dziecka przeszyje powietrze. Potem wyobraziła sobie Suzan zmierzającą w jego stronę miarowym, pewnym krokiem. Oczami wyobraźni ujrzała ich razem, szepczących do siebie; ich swobodne i wprawne gesty wyćwiczone przez lata dzielenia wspólnej przestrzeni, nawet jeśli nie wspólnego łóżka. Zaniepokojona własnymi myślami Binnaz powiedziała bardziej do siebie niż do kogokolwiek innego:

– Suzan mu powie.

– To dobrze – odezwała się łagodnie jedna z sąsiadek.

Ta uwaga sugerowała tak wiele. „Skoro sama nie może mieć dzieci, niech chociaż ma szansę przekazać wieści o dziecku”. Niewypowiedziane słowa łączyły kobiety z tego miasta niczym sznury na pranie rozciągnięte między domami.

Binnaz skinęła głową, mimo że czuła, jak gotuje się w niej coś mrocznego, gniew, którego nigdy nie okazywała. Zerknęła na akuszerkę.

– Dlaczego dziecko wciąż jeszcze nie wydało żadnego dźwięku? – zapytała.

Staruszka nie odpowiedziała. Grudka niepokoju uciskała jej wnętrzności głęboko w środku. W tej dziewczynce było coś szczególnego, i nie chodziło wyłącznie o niepokojącą ciszę. Pochylając się do przodu, obwąchała dziecko. Tak jak podejrzewała – pudrowy, piżmowy zapach niepochodzący z tego świata.

Kobieta ułożyła sobie noworodka na kolanach, po czym obróciła go na brzuszek i pacnęła w pośladki, raz i dwa. Na małej twarzyczce znać było szok i ból. Drobne rączki zacisnęły się w piąstki, a usteczka ściągnęły się jeszcze bardziej niż przedtem. Wciąż jednak nic nie było słychać.

– Co się dzieje?

Akuszerka westchnęła.

– Nic. Po prostu… myślę, że ona wciąż jest z nimi.

– Z kim? – zapytała Binnaz, ale ponieważ nie chciała poznać odpowiedzi, dodała pospiesznie: – Więc zrób coś!

Staruszka pogrążyła się w myślach. Dla dziecka było lepiej, kiedy odnajdywało drogę we własnym tempie. Większość noworodków natychmiast przystosowywała się do nowych okoliczności, niektóre jednak zwlekały, jakby wątpiły, czy warto dołączyć do reszty ludzkości. Ale czy można było je za to winić? W swoim długim życiu akuszerka widziała mnóstwo osesków, które tuż przed porodem albo zaraz po nim ogarniał tak wielki lęk przed napierającą ze wszystkich stron siłą życia, że traciły ducha i cicho opuszczały ten świat. Ludzie mówili, że to kader – przeznaczenie – i nie dodawali nic więcej, ponieważ mieli w zwyczaju zwięźle ujmować skomplikowane sprawy, które ich przerażały. Ale akuszerka wierzyła, że niektóre dzieci po prostu postanawiały nie kosztować życia, jakby wiedziały o czekającym je znoju i wolały go uniknąć. Tchórzyły czy wykazywały się mądrością na miarę samego Salomona? Któż to mógł wiedzieć?

– Przynieś mi sól – poleciła akuszerka sąsiadce.

Równie dobrze mogłaby wykorzystać śnieg – gdyby tylko na dworze leżało wystarczająco dużo świeżego puchu. W przeszłości zanurzała liczne noworodki w nieskazitelnie białych zaspach, aby po chwili wyciągnąć je we właściwym momencie. Szok wywołany zimnem rozwierał im płuca, przyspieszał krążenie, wzmacniał odporność. Wszystkie te dzieci bez wyjątku wyrastały na silnych dorosłych.

Wkrótce sąsiadki wróciły z dużą plastikową miską i workiem soli kamiennej. Akuszerka troskliwie ułożyła niemowlę na środku miski i zaczęła nacierać jego skórę płatkami soli. Kiedy dziecko przestanie pachnieć jak jeden z aniołów, te będą musiały je wypuścić. Na zewnątrz w wyższych gałęziach topoli rozległ się ptasi trel, sądząc po dźwięku, modrosójki błękitnej. Samotna wrona zakrakała, wzlatując do słońca. Wszystko przemawiało we własnym języku – także wiatr i trawa. Wszystko poza tym dzieckiem.

– Może jest niema – zasugerowała Binnaz.

Akuszerka uniosła brwi.

– Cierpliwości.

Jak na komendę dziecko zakasłało. Był to terkotliwy, gardłowy dźwięk. Dziewczynka musiała połknąć kawałek soli i poczuć w ustach ostry, zaskakujący smak. Czerwieniąc się intensywnie, cmoknęła usteczkami i wykrzywiła twarzyczkę, ale nadal odmawiała wydania dźwięku. Jak uparta, jak niebezpiecznie zbuntowana była jej dusza. Zwykłe natarcie solą nie wystarczyło. Dlatego też akuszerka podjęła decyzję. Postanowiła spróbować innej metody.

– Przynieście mi więcej soli.

Ponieważ w domu nie było więcej soli kamiennej, musiała zadowolić się stołową. Zrobiła zagłębienie na środku usypanej kupki i ułożyła tam dziecko, które potem przysypała białymi kryształkami, głowę zostawiając na koniec.

– A jeśli się udusi? – zapytała Binnaz.

– Nie przejmuj się. Dzieci potrafią wstrzymywać oddech znacznie dłużej niż my.

– Ale skąd będziesz wiedziała, kiedy ją stamtąd wyjąć?

– Cicho. Słuchaj – powiedziała staruszka, kładąc palec na jej spierzchniętych ustach.

Pod warstwą soli dziewczynka otworzyła oczy i wbiła wzrok w mleczną nicość. Poczuła się samotna, ale była przyzwyczajona do samotności. Zwinęła się w kłębek, tak jak robiła to przez ostatnie miesiące, i uzbroiła w cierpliwość.

Instynkt jej podpowiadał: „Tak mi tu dobrze. Nie wyjdę na zewnątrz kolejny raz”.

Jej serce protestowało: „Nie mów głupot. Po co tkwić w miejscu, w którym nic się nie dzieje? To nudne”.

„Po co opuszczać miejsce, w którym nic się nie dzieje? Tu jest bezpiecznie” – nalegał instynkt.

Oszołomiony trwającym sporem noworodek czekał. Minęła kolejna pełna minuta. Pustka zawirowała i rozbryzgała się wokół niego, obmywając jego palce u nóg i u rąk.

„Nawet jeśli sądzisz, że tu jest bezpiecznie, to nie oznacza, że to dla ciebie odpowiednie miejsce” – kontynuowało serce. „Czasem miejsce, w którym czujesz się najbezpieczniej, jest dla ciebie najmniej odpowiednie”.

W końcu dziecko podjęło decyzję. Postanowiło posłuchać serca – tego samego, które miało okazać się niebywałym awanturnikiem. Chętne wyjść i odkryć świat, mimo jego niebezpieczeństw i trudności, otworzyło usta, gotowe wydać dźwięk – ale prawie natychmiast sól wpadła mu do gardła i zatkała nos.

Bez chwili zwłoki akuszerka szybko i wprawnie wsunęła ręce do miski i wyciągnęła dziecko. Pokój wypełniło głośne, przerażone zawodzenie. Wszystkie cztery kobiety uśmiechnęły się z ulgą.

– Dobra dziewczynka – pochwaliła akuszerka. – Czemu tak długo? Płacz, kochana. Nigdy nie wstydź się łez. Płacz, a wszyscy będą wiedzieli, że żyjesz.

Staruszka owinęła małą w szal i ponownie ją obwąchała. Urzekający, nieziemski zapach się ulotnił, pozostawiając jedynie ledwie wyczuwalną woń. Z czasem ona także miała zniknąć – choć akuszerka znała kilka osób, które mimo zaawansowanego wieku wciąż roztaczały aromat raju. Nie czuła jednak potrzeby, aby dzielić się tą informacją. Wspięła się na palce i położyła dziecko na łóżku, przy matce.

Binnaz rozciągnęła usta w uśmiechu, czując trzepotanie w sercu. Dotknęła paluszków u stóp swojej córki przez jedwabną tkaninę – idealnych, ślicznych i zatrważająco delikatnych. Czule ujęła jej loki, jakby nabierała w dłonie wody święconej. Przez moment czuła się szczęśliwa, kompletna.

– Nie ma dołeczków – powiedziała i zachichotała pod nosem.

– Zawołać twojego męża? – zapytała jedna z sąsiadek.

Także i to zdanie było brzemienne w niedopowiedzenia. Suzan na pewno zdążyła donieść Harounowi, że dziecko przyszło na świat. Dlaczego więc nie przybiegł? Najwyraźniej odwlekł ten moment, aby porozmawiać ze swoją pierwszą żoną i uciszyć jej obawy. Uznał to za priorytet.

Cień przemknął po twarzy Binnaz.

– Tak, zawołajcie go.

Nie było takiej potrzeby, ponieważ kilka sekund później Haroun, niezdarny, przygarbiony, wyłonił się z cienia na światło dnia. Miał pasmo siwiejących włosów, które nadawało mu wygląd roztargnionego myśliciela, majestatyczny nos o wąskich nozdrzach, szeroką, gładko ogoloną twarz i brązowe oczy o opadających kącikach, lśniące dumą. Z uśmiechem podszedł do łóżka. Spojrzał na dziecko, na swoją drugą żonę, na akuszerkę, na pierwszą żonę i w końcu wzniósł oczy ku niebiosom.

– Allachu, dziękuję ci, mój Panie. Wysłuchałeś moich modlitw.

– To dziewczynka – poinformowała go cicho Binnaz, na wypadek gdyby nie zdawał sobie z tego sprawy.

– Wiem. Następny będzie chłopiec. Nazwiemy go Tarkan. – Palcem wskazującym pogładził czoło dziecka, równie gładkie i ciepłe jak jego ulubiony amulet, pocierany zbyt wiele razy. – Jest zdrowa i to się liczy. Przez cały czas się modliłem. Przemówiłem do Wszechmogącego: „Jeśli pozwolisz temu dziecku żyć, nie wypiję już ani kropli. Ani jednej kropli!”. I miłosierny Allach wysłuchał mojego błagania. To dziecko nie jest moje, podobnie jak nie jest twoje.

Binnaz zwróciła ku niemu oczy, w których malowało się zaskoczenie. Nagle zawładnęło nią złe przeczucie. Przypominała dzikie zwierzę, które – choć za późno – wyczuło, że lada moment wpadnie w sidła. Zerknęła na Suzan, która stała w wejściu, zaciskając usta tak mocno, że prawie zbielały; milcząca i nieruchoma, jeśli nie liczyć niecierpliwego stukania stopą. Coś w jej postawie sugerowało, że była podekscytowana, a nawet uszczęśliwiona.

– To dziecko należy do Boga – oznajmił Haroun.

– Tak jak wszystkie dzieci – mruknęła akuszerka.

Nie bacząc na jej słowa, Haroun ujął dłoń swojej młodszej żony i spojrzał jej prosto w oczy.

– Oddamy to dziecko Suzan.

– Co ty wygadujesz? – wychrypiała Binnaz głosem, który wydał jej się drewniany i odległy, zupełnie obcy.

– Pozwól Suzan ją wychować. Świetnie się spisze. Ty i ja będziemy mieli więcej dzieci.

– Nie!

– Nie chcesz mieć więcej dzieci?

– Nie pozwolę, żeby ta kobieta zabrała moją córkę.

Haroun gwałtownie nabrał powietrza, po czym wypuścił je wolno.

– Nie zachowuj się samolubnie. Allach tego nie pochwala. Dał ci dziecko, czyż nie? Bądź wdzięczna. Kiedy przyszłaś do tego domu, ledwo wiązałaś koniec z końcem.

Binnaz zaczęła kręcić głową i już nie potrafiła przestać; trudno stwierdzić, czy działo się tak, bo nie panowała nad swoim ciałem, czy może właśnie dlatego, że tylko ten drobiazg mogła kontrolować. Haroun przysunął się do niej, chwycił ją za ramiona i przyciągnął do siebie. Dopiero wtedy znieruchomiała, a światło w jej oczach zgasło.

– Nie myślisz racjonalnie. Wszyscy mieszkamy w jednym domu. Będziesz widywała swoją córkę każdego dnia. Przecież nigdzie nie wyjeżdża, na litość boską.

Jeśli chciał ją w ten sposób pocieszyć, nie osiągnął zamierzonego celu. Trzęsąc się, żeby powstrzymać ból rozrywający jej pierś, ukryła twarz w dłoniach.

– A kogo moja córka będzie nazywała mamusią?

– Co to za różnica? Suzan może być mamusią. Ty ciocią. Powiemy jej prawdę, gdy podrośnie. Na razie nie ma potrzeby mącić w tej małej główce. Kiedy będziemy mieć więcej dzieci, i tak wszystkie będą braćmi i siostrami. Będą biegały i rozrabiały po całym domu, zobaczysz. Nie zdołasz odróżnić, które należy do kogo. Wszyscy będziemy jedną wielką rodziną.

– Kto będzie karmił dziecko? – zapytała akuszerka. – Mamusia czy ciocia?

Haroun spiorunował staruszkę wzrokiem, napinając każdy mięsień twarzy. Widoczne w jego oczach szacunek i obrzydzenie wykonały dziki taniec. Wsunął rękę do kieszeni i wyciągnął garść przedmiotów: pogniecioną paczkę papierosów z zapalniczką upchniętą w środku, zmięte banknoty, kawałek kredy, której używał do zaznaczania poprawek na odzieży, tabletkę na dokuczający mu żołądek. Pieniądze podał akuszerce.

– Dla ciebie, w dowód naszej wdzięczności – powiedział.

Staruszka zasznurowała usta i przyjęła zapłatę. Doświadczenie nauczyło ją, że przebrnięcie przez życie możliwie bez szwanku zależało w znacznej mierze od dwóch podstawowych zasad: trzeba było wiedzieć, kiedy przyjść, i trzeba było wiedzieć, kiedy odejść.

Gdy sąsiadki spakowały swoje rzeczy i uprzątnęły nasiąknięte krwią prześcieradła oraz ręczniki, pokój wypełniła cisza, niczym woda sącząc się w każdy zakamarek.

– Pójdziemy już – oznajmiła akuszerka z dyskretną determinacją. Dwie sąsiadki rozważnie zajęły pozycje po obu jej stronach. – Zakopiemy łożysko pod krzewem różanym. A to… – Kościstym palcem wskazała pępowinę, porzuconą wcześniej na krześle. – Jeśli chcecie, możemy wrzucić ją na dach szkoły. Wasza córka zostanie nauczycielką. Albo możemy zabrać to do szpitala. Wtedy będzie pielęgniarką albo, kto wie, może nawet lekarzem.

Haroun rozważył różne opcje.

– Spróbujcie ze szkołą.

Po wyjściu kobiet, odwróciwszy głowę od męża, Binnaz spojrzała na jabłko na stoliku nocnym. Gniło; subtelny, powolny rozkład przebiegał boleśnie wolno. Na widok ciemniejącego brązu wspomniała skarpety imama, który udzielił jej ślubu, i te samotne chwile, kiedy siedziała na tym samym co teraz łóżku, ukrywając twarz za połyskującym welonem, podczas gdy w sąsiednim pokoju jej mąż i goście dogadzali sobie na bankiecie. Matka nie uprzedziła jej, czego spodziewać się w noc poślubną, ale pewna leciwa ciotka, bardziej poruszona obawami Binnaz, dała jej pigułkę, którą poleciła jej wsunąć pod język. „Weź to, a nie poczujesz niczego. Będzie po wszystkim, zanim się zorientujesz”. Ale w panującym tego dnia zamieszaniu zgubiła swoją pigułkę, która, jak podejrzewała, była tylko zwykłą pastylką. Nigdy nie widziała nagiego mężczyzny, nawet na zdjęciach, i chociaż często kąpała swoich młodszych braci, zakładała, że ciało dorosłego mężczyzny wygląda inaczej. Im dłużej czekała na męża, tym większy ogarniał ją lęk. Gdy tylko usłyszała jego kroki, zemdlała i osunęła się na podłogę. Kiedy otworzyła oczy, ujrzała kobietę z sąsiedztwa, która w pośpiechu nacierała jej nadgarstki, zwilżała czoło i masowała stopy. W powietrzu unosił się ostry zapach – wody kolońskiej i octu – z nutą czegoś nieznanego i natrętnego, która, jak Binnaz się potem zorientowała, pochodziła z tubki lubrykantu.

Później, kiedy zostali tylko we dwoje, Haroun podarował jej naszyjnik wykonany z czerwonej wstążki i trzech złotych monet – po jednej za każdą z cnót, które miała wnieść do tego domu: młodość, uległość, płodność. Widząc, jak bardzo jest zdenerwowana, przemawiał do niej łagodnie, sącząc swój głos w ciemność. Był czuły, ale także dotkliwie świadomy obecności ludzi czekających za drzwiami. Rozebrał ją pospiesznie, być może z obawy, że znowu zemdleje. Przez cały czas Binnaz miała zamknięte oczy, a pot rosił jej czoło. Zaczęła liczyć – „Jeden, dwa, trzy… piętnaście, szesnaście, siedemnaście” – i nie przerwała nawet, kiedy powiedział:

– Przestań się wygłupiać.

Binnaz była niepiśmienna i potrafiła liczyć tylko do dziewiętnastu. Za każdym razem, gdy docierała do ostatniej liczby, do tej nieprzekraczalnej granicy, nabierała powietrza i zaczynała od początku. Po przebrnięciu przez na pozór nieskończony zbiór dziewiętnastek Haroun zszedł z łóżka i wymaszerował z pokoju, zostawiając otwarte drzwi. Wtedy do środka wpadła Suzan i zapaliła światło, nie zwracając uwagi na nagość Binnaz ani na zapach potu i seksu unoszący się w powietrzu. Pierwsza żona ściągnęła prześcieradło, obejrzała je i wyraźnie usatysfakcjonowana oddaliła się bez słowa. Resztę wieczoru Binnaz spędziła sama, z cienką warstwą przygnębienia pokrywającą jej ramiona niczym śnieżny puch. Kiedy teraz wspominała to wszystko, z jej ust wyrwał się dziwny dźwięk. Można by go wziąć za śmiech, gdyby nie skrywał tak wiele bólu.

– Daj spokój – odezwał się Haroun. – To nie…

– To był jej pomysł? – przerwała mu Binnaz, chociaż nie uczyniła tego nigdy dotąd. – Sama opracowała ten plan? Czy może razem knuliście od miesięcy? Za moimi plecami?

– Nie mówisz poważnie. – Wydawał się zdumiony, choć bardziej jej tonem niż słowami. Lewą ręką pogładził owłosiony wierzch swojej prawej dłoni, patrząc szklistym, nieobecnym wzrokiem. – Jesteś młoda. Suzan się starzeje. Nigdy nie będzie miała własnych dzieci. Podaruj jej prezent.

– A co ze mną? Kto mnie podaruje prezent?

– Allach, oczywiście. Już to zrobił. Naprawdę nie rozumiesz? Nie bądź niewdzięczna.

– Mam czuć wdzięczność za to? – Wykonała drobny, wahliwy ruch, gest tak nieprecyzyjny, że mógł odnosić się do czegokolwiek, do zaistniałej sytuacji albo do tego miasta, które teraz wydawało jej się tylko kolejnym zaściankiem na dowolnej starej mapie.

– Jesteś zmęczona – dodał.

Binnaz zaczęła płakać. Nie roniła łez wściekłości ani żalu. To były łzy rezygnacji, tego rodzaju klęski, który da się porównać z utratą najgorętszej wiary. Powietrze w płucach ciążyło jej niczym ołów. Kiedy przybyła do tego domu, była jeszcze dzieckiem, a teraz, gdy sama miała dziecko, nie pozwolono jej go wychowywać ani pielęgnować. Oplotła kolana rękami i przez dłuższy czas nie wypowiedziała słowa. Tak więc temat był zamknięty raz na zawsze – nawet jeśli w rzeczywistości ta rana jątrząca się pośrodku ich życia miała pozostać otwarta i nigdy się nie zabliźnić.

Na zewnątrz za oknem uliczny sprzedawca ciągnący swój wózek chrząknął, po czym śpiewnie podał cenę moreli, soczystych i dojrzałych. Przebywająca w domu Binnaz pomyślała wtedy: „Jakie to dziwne”, skoro nie mieli sezonu na słodkie morele, a jedynie na lodowate podmuchy wiatru. Zadrżała, jakby chłód, na który sprzedawca najwyraźniej nie zważał, przeniknął przez ściany i odnalazł ją w środku. Zamknęła oczy, ale ciemność nie pomogła. Ujrzała przerażające piramidy ze śnieżek. Potem spadły na nią niczym deszcz, mokre i twarde, z kamykami w środku. Jedna z nich trafiła ją w nos. Po niej były kolejne, sypały się gęsto i szybko. Ta, która dosięgła dolnej wargi, rozcięła jej skórę. Binnaz otworzyła oczy, wydając zduszony okrzyk. Czy to działo się naprawdę, czy tylko jej się śniło? Odruchowo dotknęła nosa. Krwawił. Również po brodzie spływała jej strużka krwi. „Jakie to dziwne” – pomyślała kolejny raz. Czy nikt nie widział, jak bardzo cierpiała? A jeśli naprawdę tak było, czy to oznaczało, że wszystko sobie wymyśliła? Że to tylko fikcja?

To nie była jej pierwsza konfrontacja z chorobą psychiczną, ale właśnie ona zachowała się w jej wspomnieniach najlepiej. Nawet wiele lat później, za każdym razem, kiedy Binnaz zastanawiała się, kiedy i jak straciła rozum, który wymknął się niczym złodziej uciekający przez okno w mrok, zawsze wracał do niej właśnie ten moment. Ten moment, który w jej ocenie trwale ją upośledził.

Jeszcze tego samego dnia w południe Haroun przytrzymał dziecko wysoko w górze, zwrócił się w stronę Mekki i wyrecytował ezan, wezwanie do modlitwy, prosto do prawego ucha małej.

– Ty, moja córka, ty, która z woli Allacha będziesz pierwszą z wielu dzieci pod tym dachem, ty, o oczach tak ciemnych jak noc, będziesz nosiła imię Leyla. Ale nie będziesz zwykłą Leylą. Nadam ci bowiem również imiona mojej matki. Twoja nine była czcigodną kobietą; była bardzo pobożna i jestem pewien, że i ty taka będziesz. Nazwę cię Afife, cnotliwa, niepokalana. I nazwę cię Kamile, doskonałość. Będziesz skromna, porządna, czysta jak woda…

Haroun zamilkł pod wpływem dręczącej myśli, że nie każda woda jest czysta. Potem dodał, głośniej, niż zamierzał, aby dopilnować, by niebiosa niczego nie pomieszały, a Bóg niczego nie zrozumiał opacznie:

– Jak woda źródlana, przejrzysta, nieskazitelna… Wszystkie matki w Van będą strofowały swoje córki: „Dlaczego nie możesz być taka jak Leyla?”, a wszyscy mężowie będą mówili do swoich żon: „Dlaczego nie mogłaś urodzić takiej dziewczyny jak Leyla?!”.

Tymczasem noworodek próbował wepchnąć sobie pięść do ust, które wykrzywiał w grymasie przy każdej nieudanej próbie.

– Sprawisz, że będę z ciebie bardzo dumny – kontynuował Haroun. – Posłuszna swojej religii, posłuszna swojemu narodowi, posłuszna swojemu ojcu.

Kiedy w końcu zrozumiała, że zwyczajnie nie zmieści zaciśniętej piąstki do buzi, zła na siebie, dziewczynka zaniosła się płaczem, jakby postanowiła wynagrodzić sobie wcześniejsze milczenie. Szybko oddano ją Binnaz, która bez zastanowienia przystawiła córkę do piersi, podczas gdy piekący ból kreślił koła wokół jej sutków niczym sęp krążący nad swoją ofiarą.

Później, kiedy dziecko zasnęło, Suzan, która czekała nieopodal, podeszła do łóżka, ostrożnie, żeby nie narobić hałasu. Unikając kontaktu wzrokowego, wzięła noworodka od jego matki.

– Przyniosę ją, kiedy będzie płakać – powiedziała Suzan, po czym przełknęła ślinę. – Nie martw się. Dobrze się nią zaopiekuję.

Binnaz nic nie odpowiedziała. Jej twarz była blada i sfatygowana niczym stary, porcelanowy talerz. Nie dawała znaku życia, jeśli nie liczyć słabego, choć wyraźnego oddechu. Jej łono, jej umysł, ten dom… nawet wiekowe jezioro, w którym podobno utopiło się wielu nieszczęśliwych kochanków, wszystko wydawało się puste i wyschnięte. Wszystko prócz jej bolących, nabrzmiałych piersi, z których wypływały strużki mleka.

Kiedy już Binnaz została w pokoju sama z mężem, wyczekiwała jego słów. Nie zależało jej tyle na przeprosinach, co na przyznaniu, że spotkała ją niesprawiedliwość, która zadała jej wielki ból. Ale on też milczał. I stało się tak, że dziewczynka urodzona w rodzinie składającej się z jednego męża i dwóch żon szóstego stycznia tysiąc dziewięćset czterdziestego siódmego roku w mieście Van – w „Perle Zachodu” – została nazwana Leylą Afife Kamile. Takie odważne imiona, majestatyczne i jednoznaczne. Duży błąd, jak miało się później okazać. Przez pewien czas rzeczywiście skrywała w oczach noc, jak na Leylę przystało. Wkrótce jednak stało się jasne, że jej kolejne imiona były dalece nietrafione.

Po pierwsze nie była nieskazitelna; liczne mankamenty znaczyły jej życie niczym sieć podziemnych rzek. Tak naprawdę była chodzącym ucieleśnieniem niedoskonałości – to znaczy, odkąd tylko nauczyła się chodzić. Ponadto czas miał pokazać, że nie odznaczała się również czystością, choć z przyczyn od niej niezależnych.

Miała być Leylą Afife Kamile, pełną zalet i cnót. Ale lata później, po tym, jak zawitała do Stambułu, samotna i spłukana; po tym, jak pierwszy raz w życiu patrzyła na morze, oszołomiona widokiem bezkresnej niebieskiej połaci rozciągającej się po horyzont; po tym, jak zauważyła, że jej loki puszą się pod wpływem wilgotnego powietrza; po tym, jak pewnego dnia rano obudziła się w cudzym łóżku obok mężczyzny, którego nigdy wcześniej nie widziała na oczy, i z tak wielkim ciężarem w piersi, że nabranie powietrza wydawało jej się niemożliwe; po tym, jak sprzedano ją do burdelu, gdzie zmuszano ją do seksu z minimum dziesięcioma, a nawet piętnastoma mężczyznami dziennie w pokoju z zielonym, plastikowym wiadrem, w którym zbierała się woda kapiąca z sufitu za każdym razem, gdy padało… długo po tym wszystkim dla swoich pięciorga drogich przyjaciół, dla swojej wielkiej miłości i dla swoich licznych klientów miała istnieć jako Tequila Leila.

Kiedy mężczyźni pytali – a robili to często – dlaczego obstawała przy wymawianiu „Leyla” jak „Leila” i czy chciała w ten sposób wydawać się bardziej zachodnia albo egzotyczna, ona wybuchała śmiechem i odpowiadała, że pewnego dnia udała się na bazar, gdzie przehandlowała „y” na „i”, bo tego pierwszego na próżno szukać w słowie „wieczność”.

Koniec końców nic z tego nie miało znaczenia dla dziennikarzy, którzy opisali jej zabójstwo w gazetach. Dla większości z nich jej imię nie miało żadnego znaczenia i zadowolili się jej inicjałami. Do niemal wszystkich artykułów dołączono to samo zdjęcie – stare ujęcie z czasów szkoły średniej, na którym nie dało się rozpoznać Leili. Oczywiście redaktorzy mogli wybrać aktualniejszą fotografię, choćby tę pochodzącą z akt policyjnych; obawiali się jednak, że widok grubej warstwy makijażu i głębokiego dekoltu zgorszy społeczeństwo.

Wieczorem dwudziestego dziewiątego listopada tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego roku telewizja krajowa obwieściła jej śmierć. Wspomniano o tym po obszernym raporcie na temat Rezolucji Rady Bezpieczeństwa ONZ w sprawie usankcjonowania interwencji wojsk w Iraku, konsekwencji płaczliwego ustąpienia Żelaznej Damy w Wielkiej Brytanii, nieustającego napięcia między Grecją a Turcją po agresji w zachodniej Tracji i splądrowaniu sklepów prowadzonych przez etnicznych Turków oraz usunięcia tureckiego konsula z Komotini i greckiego konsula ze Stambułu, połączenia narodowych reprezentacji piłkarskich Zachodnich i Wschodnich Niemiec po zjednoczeniu obu krajów, zniesienia konstytucyjnego wymogu, w myśl którego zamężne kobiety chcące pracować poza domem potrzebowały na to pozwolenia swoich mężów, i zakazu palenia w samolotach tureckich linii lotniczych, wprowadzonego mimo zaciekłych protestów palaczy z całego świata.

Kiedy program dobiegał końca, na dole ekranu przesunął się jasnożółty pasek z informacją: „Zamordowana prostytutka znaleziona w miejskim pojemniku na śmieci: czwarta w tym miesiącu. Narasta panika wśród pracowników seksualnych w Stambule”.

[1]W tłumaczeniu kolejno: „Śmiały i silny”, „Hełm bitewny”, „Ulewny deszcz” i „Droga prowadząca do Boga”.

Dwie minuty

Dwie minuty po tym, jak jej serce przestało bić, umysł Leili przywołał wspomnienie dwóch kontrastujących ze sobą smaków: cytryny i cukru.

Czerwiec tysiąc dziewięćset pięćdziesiątego trzeciego roku. Ujrzała siebie jako sześciolatkę z burzą kasztanowych loków okalających drobną, mizerną twarz. Mimo pokaźnego apetytu, zwłaszcza na pistacjową baklawę, sezamki i wszystko, co pikantne, była chuda jak patyk. Jedyne dziecko. Samotne dziecko. Nerwowe i energiczne, i zawsze odrobinę roztargnione, przetaczało się przez dni niczym figura szachowa turlająca się po podłodze, zaangażowane w tworzenie skomplikowanych gier dla jednej tylko osoby.

Ich dom w Van był tak duży, że nawet szepty niosły się po nim echem. Cienie tańczyły na ścianach jak w otchłannej przestrzeni. Długie, kręte, drewniane schody prowadziły z salonu na pierwsze piętro. Wejście zdobiły płytki, które przedstawiały oszałamiający zbiór scen: pawie rozkładające pióra, okrągłe sery i chałki tuż obok kielichów z winem, półmiski rozkrojonych granatów o rubinowych uśmiechach i pola słoneczników tęsknie wyciągających główki za wędrującym słońcem, niczym kochankowie, którzy wiedzą, że nigdy nie będą miłowani tak, jak by sobie tego życzyli. Leilę fascynowały te obrazki. Niektóre z płytek były popękane i wyszczerbione, inne – częściowo przysłonięte chropowatym tynkiem. Niemniej widniejące na nich barwne wzory pozostawały widoczne. Dziewczynka podejrzewała, że wszystkie razem opowiadały historię z zamierzchłej przeszłości, ale bez względu na to, jak bardzo się starała, nie potrafiła ustalić jej treści.

Na korytarzach w pozłacanych niszach kryły się kaganki, świece łojowe i inne dekoracyjne efemerydy. Dywany z frędzlami ciągnęły się przez całą długość desek podłogowych – afgańskie, perskie, kurdyjskie i tureckie, w każdym możliwym odcieniu i wzorze. Leila niespiesznie przemierzała kolejne pokoje i przyciskała do piersi różne przedmioty, aby poczuć ich fakturę, czasem kłującą, a czasem gładką, niczym niewidomy zdany na zmysł dotyku. Niektóre części domu były zagracone do granic możliwości, ale – co dziwne – nawet tam Leila wyczuwała jakiś niedostatek. W głównym salonie wysoki zegar szafkowy, którego miedziane wahadło poruszało się tam i z powrotem,