Zatoka trujących jabłuszek - Monika Szwaja - ebook
Wydawca: Sol Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2010

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 450 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka dostępny w abonamencie „Legimi bez limitu+” w aplikacji Legimi z:

Androida
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Czas: 12 godz. 42 min

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Zatoka trujących jabłuszek - Monika Szwaja

Zatoka trujących jabłuszek – istnieje naprawdę, w przeciwieństwie do Klubu Mało Używanych Dziewic, który ożył tylko na kartach książek Moniki Szwai.

Jego „matki założycielki” zdobyły sobie wszakże taką sympatię Czytelników, jakby były najprawdziwsze w świecie. Czy to znaczy, że takie „dziewice” drzemią w wielu z nas? Że - podobnie jak one – wiemy, co w życiu jest najważniejsze i że niekoniecznie jest to zrobienie kariery za wszelką cenę? Że umiemy, a przynajmniej próbujemy dostrzegać piękno w świecie – takim, jaki jest? Że ciągnie nas do drugiego człowieka? Że staramy się po prostu być szczęśliwymi ludźmi?..

Opinie o ebooku Zatoka trujących jabłuszek - Monika Szwaja

Fragment ebooka Zatoka trujących jabłuszek - Monika Szwaja

 

   


 

www.wydawnictwosol.pl

Copyright © Monika Szwaja 2007

www.monikaszwaja.pl

Redakcja:

Elżbieta Tyszkiewicz

Korekta:

Monika Kołakowska

Okładka:

Leszek Żebrowski

 

Warszawa 2012

ISBN 978-83-62405-64-0

Wydawca:

Wydawnictwo SOL
Monika Szwaja Mariusz Krzyżanowski
05-600 Grójec, Duży Dół 2a
wydawnictwo@wydawnictwosol.pl

ePub Redakcja techniczna:

Ilona Dominik Trzebińscy Du Châteaux
atelier@duchateaux.pl

Markowi Szurawskiemu Jackowi Reschke, moim Przyjaciołom, dzięki którym świat jest zdecydowanie piękniejszy, także Krysi Kajewskiej, Ani Łaszewskiej Mirze Urbaniak – Siostrom Załogantkom…

 

po­dzię­ko­wa­niem jak zwy­kle dla Tych Wszyst­kich, któ­rzy cier­pli­wie od­po­wia­da­li mi na róż­ne py­ta­nia (tu Ania psy­cho­loż­ka, An­drzej Men­dy­grał ka­pi­tan jach­to­wej że­glu­gi wiel­kiej, Ela Ma­sojć pa­ni wi­ce­pre­zy­dent, nie­oce­nio­ny Ję­drzej Pa­weł­ko, dok­tor na­uk zbęd­nych wie­lu innych)...

 

uści­ska­mi dla Tych Wszyst­kich (a to się czę­ścio­wo po­kry­wa), któ­rzy by­li obec­ni na ru­fie „Da­ru Mło­dzie­ży”, naj­pięk­niej­sze­go stat­ku na świe­cie, dniu, kie­dy wo­do­wa­li­śmy kon­spekt tej książki...

 

ze spe­cjal­ny­mi uści­ska­mi dla ko­men­dan­ta Bia­łej Fre­ga­ty, ka­pi­ta­na że­glu­gi wiel­kiej Mi­ro­sła­wa Pesz­kow­skie­go, zwa­ne­go Pest­ką wśród tych, któ­rzy słu­cha­ją szant... oraz Ani Pesz­kow­skiej, au­tor­ki słów wie­lu pięk­nych pie­śni, tym „Mo­ny”, któ­rej słu­cha­jąc, wje­cha­łam kie­dyś zu­peł­nie in­ny samochód...

Ach, dla ta­kich chwil war­to jest żyć!1

 

 

 

 

[1] Tyl­ko trze­ba mieć autocasco!

Zatoka truja?cych jabłuszek

– Płyń po mo­rzach i oce­anach wie­dzy, a kie­dy już do­bi­jesz szczę­śli­wie do brze­gu, nieś sła­wę na­sze­go li­ceum, któ­re oby sta­ło się praw­dzi­wą szko­łą dla Eu­ro­pej­czy­ków, lu­dzi świa­tłych i in­te­li­gent­nych! Iren­ko, mo­żesz lać!

Ta­ką to nie­ty­po­wą for­mu­łę wo­do­wa­nia wy­gło­si­ła lek­ko wzru­szo­nym gło­sem Agniesz­ka Bo­row­ska, a Iren­ka Mi­cha­łek, któ­rej udzie­li­ły się emo­cje, chlu­snę­ła ze spo­re­go kie­li­cha bez­al­ko­ho­lo­wym szam­pa­nem pro­sto na świe­żo wy­pra­so­wa­ną śnież­no­bia­łą ko­szu­lę Da­wi­da Nie­pie­ry. Bez ma­ła set­ka uczniów no­wiut­kiej szko­ły miesz­czą­cej się w sta­rej szcze­ciń­skiej ka­mie­ni­cy przy uli­cy Stor­ra­dy wy­da­ła z sie­bie ra­do­sny wrzask. Li­ceum wy­pły­wa­ło na sze­ro­kie wo­dy.

Pa­tent na in­au­gu­ra­cję sto­sow­ną dla mia­sta por­to­we­go i stocz­nio­we­go wy­my­śli­ła kie­dyś Agniesz­ka w żar­tach, su­ge­ru­jąc zresz­tą wal­nię­cie Nie­pie­ry w łeb bu­tel­ką praw­dzi­we­go szam­pa­na. By­stry mło­dzian o uro­dzie gi­bo­na przy­jął żart za do­brą mo­ne­tę, z po­mo­cą ko­le­żan­ki Ja­gul­ki Gro­sik nie­co pa­tent zmo­dy­fi­ko­wał i opo­wie­dział o wszyst­kim pa­ru ko­le­siom, któ­rzy wraz z ni­mi dwoj­giem prze­szli do no­we­go li­ceum ze szko­ły Roz­bic­kich. Ko­le­sie łyk­nę­li po­mysł i uda­li się do pa­ni dy­rek­tor z pe­ty­cją, aby w ta­ki wła­śnie spo­sób szkół­kę zwo­do­wać. Za­wsze to ja­kaś za­ba­wa – ro­zu­mo­wa­li słusz­nie.

Uro­czy­stość od­by­ła się do­kład­nie wte­dy, kie­dy ucznio­wie po­zo­sta­łych szkół kra­ju w po­zy­cji na bacz­ność słu­cha­li drę­twych prze­mó­wień swo­ich dy­rek­to­rów. Tu nikt nie stał na bacz­ność. Ucznio­wie i na­uczy­cie­le ze­bra­li się przed bu­dyn­kiem, gru­pa ini­cja­tyw­na z dru­giej kla­sy spraw­nie roz­da­ła obec­nym pla­sti­ko­we kie­lisz­ki-szam­pan­ki, a kie­dy Nie­pie­ra był już mo­kry, strze­li­ły kor­ki po­zo­sta­łych bu­te­lek i zło­ci­sty, bą­bel­ko­wy, choć bez­al­ko­ho­lo­wy na­pój po­pły­nął do owych szam­pa­nek.

Wy­ja­śnij­my jesz­cze, że za­szczy­tu by­cia ob­la­nym do­stą­pił nasz sta­ry przy­ja­ciel gi­bon, po­nie­waż to on fi­gu­ro­wał na li­ście uczniów pod nu­me­rem pierw­szym. Ob­le­wa­ją­ca Iren­ka Mi­cha­łek z ko­lei za­pi­sa­ła się do li­ceum na Stor­ra­dy ostat­nia. Ni­cze­go nie po­zo­sta­wio­no przy­pad­ko­wi.

– Wznie­śmy kie­li­chy! – Do­no­śny głos pro­fe­so­ra Fraj­ma­na od bio­lo­gii z ła­two­ścią gó­ro­wał nad roz­chi­cho­ta­ną mło­dzie­żą. – Niech ży­je na­sza szko­ła! Evvi­va stu­dio!

Mło­dzież nie wie­dzia­ła, co to zna­czy „evvi­va stu­dio”, wrza­snę­ła więc ko­lek­tyw­nie „hu­ra!” i wy­pi­ła to, co mia­ła na­la­ne. Zna­czy „szam­pan Pic­co­lo o sma­ku brzo­skwi­nio­wym”, ra­czej ohyd­nym.

– Ależ to świń­stwo – po­wie­dział po­god­nie Fraj­man. – Nikt mi nie wmó­wi, że do­brze jest być dziec­kiem. Agniesz­ko, wy­gło­sisz mo­wę?

– Ja­sne! – Dy­rek­tor­ka i współ­wła­ści­ciel­ka li­ceum pro­mie­nia­ła, co z ko­lei przy­pra­wia­ło o ra­do­sne bi­cie ser­ca sto­ją­ce­go obok współ­wła­ści­cie­la szko­ły i jej (Agniesz­ki, nie szko­ły) ak­tu­al­ne­go aman­ta – no­ta­riu­sza Brań­skie­go. Aman­ta, do­daj­my, ab­so­lut­nie praw­dzi­we­go. Agniesz­ka nie mu­sia­ła so­bie tym ra­zem wy­obra­żać ro­man­su, bo­wiem no­ta­riusz le­ciał na nią jak sza­lo­ny i przy każ­dej oka­zji da­wał te­mu wy­raz. Zer­k­nę­ła w je­go kie­run­ku i zo­ba­czy­ła czło­wie­ka do­sko­na­le szczę­śli­we­go. Trosz­kę ją to za­nie­po­ko­iło, ale nie po­ra te­raz by­ła na ży­cie oso­bi­ste. – Ju­rek, a mo­że ty im coś po­wiesz?

Brań­ski tyl­ko po­krę­cił gło­wą. To był JEJ dzień. Zro­zu­mia­ła je­go in­ten­cje i zwró­ci­ła się w stro­nę wciąż chi­cho­czą­ce­go tłum­ku.

– Ha­lo, ha­lo – po­wie­dzia­ła gło­śno. – Bę­dę do was mó­wić! Daj­cie mi szan­sę!

Nie uży­wa­ła żad­ne­go na­gło­śnie­nia, jed­nak by­ła do­sko­na­le sły­szal­na. Mło­dzi lu­dzie prze­sta­li ha­ła­so­wać, za­in­try­go­wa­ni dziw­ną w su­mie dy­rek­tor­ką. Wpraw­dzie wszy­scy ją już zna­li ze wstęp­nych roz­mów kwa­li­fi­ka­cyj­nych, ale te­raz oka­zja by­ła ofi­cjal­na, dy­rek­cja po­win­na wbić się w gar­son­kę i ga­dać do mi­kro­fo­nu co naj­mniej kwa­drans, nie przej­mu­jąc się, czy ktoś jej słu­cha, czy nie. Ta ca­ła Bo­row­ska mia­ła na so­bie ob­fi­tą kwie­ci­stą suk­nię do ko­stek, bar­dzo ele­ganc­ką, sto­no­wa­ną ko­lo­ry­stycz­nie i ab­so­lut­nie nie­urzę­do­wą. Nie­któ­rym bar­dziej oczy­ta­nym uczen­ni­com sko­ja­rzy­ła się z blon­d­wło­są wer­sją Scar­lett O’Ha­ry. Ta­ki ja­kiś mia­ła ten sznyt. Nie­ste­ty, bra­ko­wa­ło w jej oto­cze­niu Rhet­ta Bu­tle­ra. Choć by­ło pa­ru przy­stoj­nia­ków, w tym che­ru­biń­ski blon­dyn z nie­bie­ski­mi oczka­mi i wstrzą­sa­ją­co dłu­gi­mi rzę­sa­mi. Kil­ka dziew­czyn zdą­ży­ło się już za­ło­żyć, do cze­go to cia­cho w szko­le słu­ży. Prze­wa­ża­ła opi­nia, że jest wu­efi­stą. Wy­glą­dał na wu­efi­stę. Choć mógł­by mieć po­tęż­niej­szą kla­tę.

Agniesz­ka przed­sta­wi­ła Brań­skie­go i gro­no na­uczy­ciel­skie. Wu­efi­sta bez kla­ty oka­zał się fi­zy­kiem. Bo­że, ja­ki on ma cud­ny ten uśmiech! Che­mik też nie naj­gor­szy… Za to gość od bio­lo­gii to eg­zot ja­kiś kłap­cia­ty, naj­brzyd­szy bel­fer świa­ta. Pcha­ją się do nie­go róż­ni ta­cy, co wy­glą­da­ją, jak­by go zna­li. Ach, to ci, co tu przy­szli ra­zem z dy­rek­tor­ką i czę­ścią na­uczy­cie­li. Mo­że coś w nim jest. A te na­uczy­ciel­ki roz­pro­mie­nio­ne ta­kie, za­do­wo­lo­ne, bez sen­su, prze­cież wa­ka­cje wła­śnie się skoń­czy­ły, a nie do­pie­ro za­czy­na­ją. I też po­ubie­ra­ne jak nie do szko­ły. No, nie wszyst­kie, część. Trze­ba przy­znać, że nie wy­zy­wa­ją­co. Ele­ganc­ko, ale swo­bod­nie. Sta­no­wi­ły ra­żą­cy kon­trast z więk­szo­ścią uczen­nic, któ­re przy­odzia­ły się w kon­wen­cjo­nal­ne bia­łe bluz­ki i ciem­ne spód­ni­ce.

Dy­rek­tor­ka skoń­czy­ła po­bież­ną pre­zen­ta­cję na­uczy­cie­li i le­cia­ła da­lej.

– Nie wiem, czy lu­bi­cie dłu­gie, ide­olo­gicz­ne prze­mó­wie­nia – tu za­brzmia­ło ci­che, ale sta­now­cze bu­cze­nie. – Ja nie prze­pa­dam, zwłasz­cza kie­dy sa­ma mam je wy­gła­szać. W związ­ku z tym ni­cze­go już nie wy­gło­szę, tyl­ko bę­dę ży­czy­ła nam wszyst­kim przy­jem­nej współ­pra­cy. Ca­ła resz­ta do­trze się w pra­niu. Pro­po­nu­ję, że­by­ście uda­li się do swo­ich ga­bi­ne­tów. Każ­da kla­sa bę­dzie go­spo­da­rzem ja­kie­goś ga­bi­ne­tu, po­zna­cie się na­wza­jem, moi ko­le­dzy po­da­dzą wam pod­sta­wo­we ko­mu­ni­ka­ty po­rząd­ko­we i po­że­gna­my się do ju­tra. Chy­ba że ma­cie te­raz do mnie ja­kieś py­ta­nia, to chęt­nie od­po­wiem.

Za­pa­dła nor­mal­na w ta­kich oko­licz­no­ściach ci­sza, któ­rą po chwi­li prze­rwał na po­ły nie­śmia­ły, na po­ły aro­ganc­ki pisk:

– Czy mo­że­my ubie­rać się tak jak pa­ni?

Dwie czy trzy no­we na­uczy­ciel­ki prych­nę­ły kar­cą­co, ale dy­rek­tor­ka na­wet się nie uśmiech­nę­ła.

– Ja­sne. W na­szej szko­le nie obo­wią­zu­je umun­du­ro­wa­nie. Ogra­ni­cza nas tyl­ko po­czu­cie sto­sow­no­ści. To zna­czy mo­że być ko­lo­ro­wo, ale nie wście­kle ko­lo­ro­wo, i pro­si­my, że­by nie eks­po­no­wać prze­sad­nie swo­ich wdzię­ków. W sen­sie de­kol­ty i wprost prze­ciw­nie.

– Co to zna­czy „wprost prze­ciw­nie”? – za­pisz­czał in­ny głos skon­tra­punk­to­wa­ny przez mę­ski re­cho­cik.

– Ty­łek na wierz­chu – ob­ja­śni­ła uprzej­mie dy­rek­tor­ka. – W szko­le… zresz­tą nie tyl­ko… jest ob­ja­wem złe­go gu­stu. Uwa­ża­my, że by­cie bez­gu­ściem to wpraw­dzie nie grzech, ale du­ży wstyd.

Kil­ka pa­nie­nek za­czer­wie­ni­ło się gwał­tow­nie i usi­ło­wa­ło bez­sku­tecz­nie ob­cią­gnąć na so­bie mi­kro­sko­pij­ne ka­wał­ki ma­te­ria­łu wy­stę­pu­ją­ce w ro­li spód­ni­czek. No­ta­riusz Brań­ski we­wnętrz­nie pę­kał ze śmie­chu, ale trzy­mał się dziel­nie i wy­glą­dał jak uoso­bie­nie obo­jęt­no­ści. Agniesz­ka po­do­ba­ła mu się jak ni­g­dy. A wła­ści­wie jak za­wsze. Co za wspa­nia­ła ko­bie­ta!

Wspa­nia­ła ko­bie­ta skon­sta­to­wa­ła, że wię­cej py­tań nie ma, i za­pro­si­ła wszyst­kich do szko­ły. Tuż za drzwia­mi oczy dziew­cząt ucie­szył woź­ny i kon­ser­wa­tor Mar­cin, po­sia­dacz im­po­nu­ją­cej kla­ty, wy­wi­ja­ją­cy kla­sycz­nym szkol­nym dzwon­kiem. Ucznio­wie nie wie­dzie­li jesz­cze, że dzwo­nek w tej szko­le sta­nie się wy­łącz­nie re­kwi­zy­tem oka­zjo­nal­nym. Na co dzień gra­ni­ce lek­cji i przerw wy­zna­czać bę­dzie je­dy­nie ze­ga­rek na­uczy­cie­la. Agniesz­ka nie­na­wi­dzi­ła dzwon­ków szkol­nych tak sa­mo jak bu­dzi­ka. Jed­no i dru­gie uwa­ża­ła za źró­dło nie­bez­piecz­nych ner­wic. W JEJ szko­le – nie do przy­ję­cia.

Ko­lej­ne za­sko­cze­nie cze­ka­ło uczniów w kla­sach. Spo­dzie­wa­li się wy­sprzą­ta­nych po­miesz­czeń z ław­ka­mi usta­wio­ny­mi w rów­ny rzą­dek. Po­sprzą­ta­ne ni­by na­wet by­ło, w tym sen­sie, że nie brud­no, ale sto­li­ki i krze­sła upchnię­to nie­dba­le w ką­cie ga­bi­ne­tu.

– To dla­te­go, że sa­mi so­bie usta­li­my, jak chce­my sie­dzieć – wy­ja­śnił swo­im no­wym uczniom Ja­rek Dą­bro­wa, che­mik ścią­gnię­ty z re­no­mo­wa­ne­go szcze­ciń­skie­go li­ceum przez swo­je­go ko­le­sia z pia­skow­ni­cy, Bo­dzia Do­ma­niu­ka. – To jest ga­bi­net che­micz­ny, więc mu­si­cie uwzględ­nić ko­niecz­ność wy­ko­ny­wa­nia do­świad­czeń. Cho­dzi o to, że­by­ście do­brze wi­dzie­li, co ro­bię na mo­im sto­le i że­by­ście so­bie wza­jem­nie nie prze­szka­dza­li, kie­dy sa­mi bę­dzie­cie pro­du­ko­wać na przy­kład ma­te­ria­ły wy­bu­cho­we.

– Sem­tex – mruk­nął lek­ko prysz­cza­ty pierw­szo­kla­si­sta, Ro­mek Gór­ski, w gim­na­zjum zwa­ny Ja­sno­gór­skim z po­wo­du nie­mal bia­łych wło­sów.

– Sem­tex nie – od­po­wie­dział sta­now­czo che­mik. – Na sem­tex nie ma­my li­cen­cji od Cze­chów. Sa­mi so­bie coś wy­my­śli­my. Co pro­po­nu­je­cie?

– W sen­sie pi­ro­tech­ni­ki? – drą­żył Ja­sno­gór­ski.

– Nie, w sen­sie ume­blo­wa­nia – Ja­rek Dą­bro­wa roz­bły­snął znie­wa­la­ją­cym uśmie­chem.

Jak by­ło do prze­wi­dze­nia, dwa­dzie­ścia mi­nut póź­niej wszyst­kie dziew­czy­ny sie­dzia­ły moż­li­wie naj­bli­żej na­uczy­ciel­skie­go sto­łu. Ja­rek nie miał wpraw­dzie che­ru­biń­skiej uro­dy swo­je­go przy­ja­cie­la, ale też był zde­cy­do­wa­nie przy­stoj­ny. W ty­pie Ma­cie­ja Sil­skie­go, roc­ko­we­go wo­ka­li­sty z krop­ką na czo­le. Ty­le że bez krop­ki.

Dzi­ki ru­mor roz­brzmie­wa­ją­cy w ca­łej szko­le upew­nił Agniesz­kę, że usta­wia­nie me­bli w ga­bi­ne­tach prze­bie­ga zgod­nie z pla­nem.

– Po co to? – spy­tał cie­ka­wie Brań­ski. – Że­by ucznio­wie po­czu­li się u sie­bie?

– Mię­dzy in­ny­mi. – Agniesz­ka do­la­ła mu ka­wy z kre­mo­we­go dzba­nusz­ka w kwiat­ki. Sie­dzie­li we dwo­je w ga­bi­ne­cie „ar­ma­tor­skim”, jak to okre­ślił gi­bon Nie­pie­ra, od ja­kie­goś cza­su za­fa­scy­no­wa­ny wszyst­kim, co mia­ło zwią­zek ze stat­ka­mi i mo­rzem.

– Po­za tym niech sie­dzą, jak im wy­god­nie. Niech się uczą sza­no­wać po­my­sły in­nych, bo to wiesz, w róż­nych kla­sach róż­nie te me­bel­ki bę­dą usta­wio­ne. I niech so­bie po­ha­ła­su­ją, to im do­brze zro­bi. W ich wie­ku ha­ła­so­wa­nie jest ko­niecz­ne do ży­cia. Kur­czę, Ju­rek, patrz, jak nam się uda­ło…

– My­śla­łaś, że nam się nie uda?

– Wie­dzia­łam, że się uda, ale mia­łam pew­ne wąt­pli­wo­ści co do te­go sza­leń­cze­go tem­pa. Po­bi­li­śmy re­kord świa­ta w pręd­ko­ści za­kła­da­nia szko­ły śred­niej. Nie… po­wiem ci uczci­wie: nie są­dzi­łam, że za­cznie­my już w tym ro­ku szkol­nym.

– To i ja po­wiem uczci­wie: też nie mia­łem pew­no­ści. Je­steś ge­nial­na, Agniesz­ko. Po­dzi­wiam cię. Słu­chaj, chciał­bym ci przed­sta­wić mo­ich sy­nów, mo­ich ro­dzi­ców, no, ro­dzi­nę w ogó­le, bra­ta… kie­dy mo­gła­byś? Obie­ca­łaś, że za mnie wyj­dziesz, więc sa­ma ro­zu­miesz…

Agniesz­ka jak­by odro­bi­nę spię­ła się w so­bie, co Je­rzy na­tych­miast spo­strzegł.

– No, obie­ca­łam, ale prze­cież nie za­raz! Te­raz ma­my po­czą­tek ro­ku, mu­szę się za­jąć szko­łą. Jest w fa­zie or­ga­ni­za­cji tak na­praw­dę, jesz­cze ty­siąc rze­czy wyj­dzie i trze­ba bę­dzie szyb­ko re­ago­wać. Po­za tym mu­si­my prze­my­śleć, co z mo­im miesz­ka­niem, co z pa­nią Ró­żą… Nie mo­gę jej znie­nac­ka zo­sta­wić sa­mej so­bie. W ogó­le nie mo­gę jej zo­sta­wić. Ju­rek, bła­gam, daj mi tro­chę cza­su.

No­ta­riusz Je­rzy Brań­ski wes­tchnął – jak to on, dys­kret­nie i pra­wie nie­zau­wa­żal­nie.

– Sze­fo­wie! – W uchy­lo­nych drzwiach po­ja­wi­ła się gło­wa se­kre­tar­ki Ewy Bo­rzęc­kiej. – Sor­ry. Te­le­fon. Ku­ra­to­rium. Łą­czyć cię te­raz, Agniesz­ko?

– Tak, pro­szę.

Agniesz­ka roz­ło­ży­ła rę­ce w ge­ście ma­ją­cym sym­bo­li­zo­wać nie­chęt­ne pod­da­nie się wyż­szej ko­niecz­no­ści. No­ta­riusz uśmiech­nął się nie­co krzy­wo. Wy­glą­da­ło mu na to, że uko­cha­na ko­bie­ta ode­tchnę­ła z ulgą.

 

 

Tyl­ko je­den na­uczy­ciel nie był obec­ny na uro­czy­stym wo­do­wa­niu no­we­go li­ceum. Sla­wi­sta na eta­cie an­gli­sty, Ir­land­czyk No­el Hart, le­ciał wła­śnie sa­mo­lo­tem z Du­bli­na do Szcze­ci­na, a wraz z nim spo­ry ba­gaż, któ­ry wraz z kil­ko­ma to­bo­ła­mi nada­ny­mi na car­go miał sta­no­wić je­go do­by­tek na naj­bliż­szych kil­ka lat. No­el sie­dział przy oknie, in­ten­syw­nie wpa­tru­jąc się w bia­łe ob­ło­ki pod so­bą i nad so­bą, nie­wie­le go one jed­nak ob­cho­dzi­ły. Za­sta­na­wiał się, czy na pew­no do­brze ro­bi, za­mie­nia­jąc w mia­rę spo­koj­ne by­to­wa­nie na­uczy­cie­la aka­de­mic­kie­go w nie­peł­nym i dość do­wol­nym wy­mia­rze go­dzin pra­cy na peł­no­eta­to­we za­trud­nie­nie w li­ceum, gdzie mło­dzież jest jesz­cze nie­doj­rza­ła i je­den Bóg wie, ja­kie mo­że mieć po­my­sły. Wszyst­ko przez nad­mier­nie ro­man­tycz­ną at­mos­fe­rę wiel­kich ża­glow­ców. Zgo­dził się przy­jąć tę fu­chę te­le­fo­nicz­nie… Mi­cha­li­na zła­pa­ła go na po­kła­dzie ir­landz­kiej bry­gan­ty­ny „As­gard II” na wo­dach Fin­lan­dii; trwa­ły re­ga­ty, wszy­scy cho­dzi­li pięć cen­ty­me­trów nad zie­mią… Po­tem by­ło jesz­cze go­rzej: fi­nał re­gat w Szcze­ci­nie, set­ka ża­glow­ców w por­cie, kil­ka dni ra­do­sne­go za­mę­tu… no, dał się tro­chę zwa­rio­wać. Każ­dy by się dał, gdy­by wła­śnie od­zy­ski­wał ro­dzi­nę. Nie żo­nę, broń Bo­że, żo­ny w żad­nym wy­pad­ku No­el nie za­mie­rzał od­zy­ski­wać, ale cór­kę. Ma­łą Mi­się, któ­ra w mię­dzy­cza­sie sta­ła się już Mi­sią nie­mal czter­dzie­sto­let­nią. Coś ta­kie­go, czter­dzie­sto­let­nia cór­ka!

To by ozna­cza­ło, że on jest sta­ry. Za chwi­lę bę­dzie miał zię­cia, któ­ry prze­kro­czył pięć­dzie­siąt­kę… nie wia­do­mo jak daw­no te­mu. Mi­sia jest w cią­ży. Za kil­ka mie­się­cy on sam zo­sta­nie dziad­kiem.

W Ir­lan­dii wszyst­ko wy­da­wa­ło się prost­sze. Oczy­wi­ście, po ja­kichś dwu­dzie­stu la­tach od wy­jaz­du z Pol­ski, kie­dy prze­stał się łu­dzić, że Bo­żen­ka po­zwo­li mu kie­dy­kol­wiek spo­tkać się z Mi­cha­li­ną. In­na rzecz, że był idio­tą, nie pró­bu­jąc skon­tak­to­wać się z do­ro­słą już cór­ką. Z dru­giej stro­ny mo­że pod­świa­do­mie cze­kał na to, że­by do­ro­sła cór­ka skon­tak­to­wa­ła się z nim?

Z dru­giej stro­ny, z trze­ciej stro­ny. A ja­kież to ma dzi­siaj zna­cze­nie?

Z czter­dzie­stej czwar­tej stro­ny – do­brze bę­dzie od­da­lić się ja­koś de­fi­ni­tyw­nie od dro­giej Ste­pha­nie. Ona, na szczę­ście, nie­na­wi­dzi po­dró­żo­wać, prze­ra­ża­ło ją na­wet po­ko­na­nie dy­stan­su z Du­bli­na do Kil­ly­begs, dzię­ki cze­mu nie sie­dzia­ła mu bez­u­stan­nie na gar­bie i nie ota­cza­ła opie­ką. Mo­że też tro­chę dla­te­go, że nie po­dał jej do­kład­ne­go ad­re­su. Bóg w swo­jej nie­zmie­rzo­nej ła­ska­wo­ści ob­da­rzył nas wszak te­le­fo­nią ko­mór­ko­wą – tak so­bie to tłu­ma­czył – a ta zna­ko­mi­cie wy­star­cza do utrzy­ma­nia pod­sta­wo­wych kon­tak­tów. Zresz­tą spo­ty­ka­li się co ja­kiś czas w Du­bli­nie, kie­dy przy­jeż­dżał wy­kła­dać na uczel­ni, gdzie ona by­ła dok­to­rem li­te­ra­tu­ry an­giel­skiej, spe­cja­list­ką od śre­dnio­wiecz­nych epo­sów, któ­rych on szcze­rze nie cier­piał. Czy­ni­ła mu wte­dy wie­le wy­rzu­tów, a on, czło­wiek mięk­ki, prze­pra­szał, ka­jał się fał­szy­wie i osta­tecz­nie pod­da­wał jej czu­ło­ści i tro­skli­wo­ści. Przy naj­bliż­szej zaś oka­zji zwie­wał do swo­jej nad­mor­skiej kry­jów­ki, ona zaś po­zo­sta­wa­ła w ob­ję­ciach „Be­owul­fa”.

Ste­war­de­sa mi­łym gło­sem po­pro­si­ła No­ela, aby za­piął pas. Sa­mo­lot za­czy­nał wła­śnie pod­cho­dzić do lą­do­wa­nia. No­el uśmiech­nął się do sym­pa­tycz­nej dziew­czy­ny. Do li­cha, czyż­by pa­nien­ka uży­wa­ła tych sa­mych per­fum co Ste­pha­nie?

Za­pi­na­jąc pas, za­sta­na­wiał się, czy to, co od­czu­wa wzglę­dem Ste­pha­nie, to wy­rzu­ty su­mie­nia, czy nie. Tro­chę mo­że tak, z dru­giej stro­ny jed­nak trud­no po­zwo­lić się za­gła­skać na śmierć.

Masz ci los, zno­wu za­czął – z dru­giej stro­ny, z trze­ciej stro­ny! Ham­let to przy nim mistrz świa­ta w pre­cy­zo­wa­niu po­glą­dów na czas.

Dość te­go. Jest, jak jest. Sa­mo­lot wła­śnie sia­da na pa­sie w Go­le­nio­wie. Mi­sia na nie­go cze­ka. No­we ży­cie na nie­go cze­ka. Mo­że jest to ży­cie dziad­ka, ale kto po­wie­dział, że dziad­ko­wie już tyl­ko pa­trzą na księ­żą obo­rę?

Za­do­wo­lo­ny z przy­po­mnie­nia so­bie te­go trud­ne­go i kom­plet­nie bez­sen­sow­ne­go idio­mu, No­el prze­cią­gnął się w fo­te­lu. Ahoj, przy­go­do! Kie­dy miesz­kał w Pol­sce, sły­szał coś ta­kie­go w ra­diu. Ahoj, przy­go­do! Ja­kaś au­dy­cja w Trój­ce. Cie­ka­we, czy jest jesz­cze Trój­ka…

 

 

Ni­ka Mo­krzyc­ka sie­dzia­ła w swo­im po­ko­ju i nie mia­ła naj­mniej­sze­go za­mia­ru cho­dzić na żad­ne in­au­gu­ra­cje. Oczy­wi­ście wie­dzia­ła, że w koń­cu bę­dzie mu­sia­ła pójść do szko­ły, ale prze­cież nie dzi­siaj. Ju­tro, po­ju­trze. Po­po­ju­trze. Dziś nie.

– Czy ty, Ni­co­le, kom­plet­nie zwa­rio­wa­łaś? Co ty so­bie wła­ści­wie wy­obra­żasz?

Mat­ka jest bez­na­dziej­na. Na­wet nie stać jej na ory­gi­nal­ne wy­ra­że­nie pre­ten­sji. „Co ty so­bie wy­obra­żasz?”. Każ­da mat­ka w ata­ku fu­rii za­da­je to kre­tyń­skie py­ta­nie.

– Nic so­bie nie wy­obra­żam. Nie mu­szę. Ja wiem, jak wy­glą­da­ją in­au­gu­ra­cje ro­ku szkol­ne­go i ja ich nie­na­wi­dzę. Mo­gę cho­dzić do szko­ły po to, że­by się uczyć, ale nie mam za­mia­ru ro­bić z sie­bie mał­py.

– Mał­pę ro­bisz z sie­bie tu i te­raz! Ubie­raj się na ga­lo­wo i wy­chodź! Sły­szysz?

Mat­ka by­ła pur­pu­ro­wa.

– Ni­g­dzie nie idę. A ty się tak nie go­rącz­kuj, bo afry­kań­skiej dzi­dzi za­szko­dzisz.

Mat­ka zła­pa­ła się za brzuch.

Oczy­wi­ście nic po niej jesz­cze nie by­ło wi­dać, dzi­dzia zo­sta­ła po­czę­ta ja­kieś dwa i pół mie­sią­ca te­mu, w cza­sie afry­kań­skiej wy­ciecz­ki mat­ki i jej no­we­go mę­ża na śnie­gi Ki­li­man­dża­ro. Nie­mniej mat­ka cac­ka­ła się sa­ma z so­bą jak ze śmier­dzą­cym jaj­kiem i pal­pi­to­wa­ła przy każ­dej oka­zji. Aż dziw, że dzi­siaj o tym za­po­mnia­ła i za­ję­ła się Ni­ką. To zna­czy wy­py­cha­niem jej na szkol­ne uro­czy­sto­ści. Te­raz jed­nak przy­po­mnia­ła so­bie, co jest naj­waż­niej­sze, zła­pa­ła głę­bo­ki od­dech, wy­da­ła nie­ar­ty­ku­ło­wa­ny i już nie­groź­ny okrzyk, po czym po­le­cia­ła na ta­ras, aby na­tych­miast za­żyć świe­że­go po­wie­trza i uspo­ko­ić nie­chyb­nie zde­ner­wo­wa­ną dzi­dzię.

Ni­ka za­śmia­ła się sa­ma do sie­bie i pa­dła z po­wro­tem na łóż­ko. By­ło to ślicz­ne bia­łe łó­żecz­ko w ty­pie dziew­czyń­skim, me­ta­lo­we, z anioł­ka­mi przy opar­ciu i czte­re­ma ozdob­ny­mi ga­łecz­ka­mi na obu szczy­tach. Ca­ły po­kój urzą­dzo­ny był roz­kosz­nie i po dziew­czyń­sku. Ni­ka nie mia­ła jed­nak wąt­pli­wo­ści, że kie­dy mat­ka za­bie­ra­ła się do tych wszyst­kich prze­ró­bek i no­we­go wy­po­sa­ża­nia jej po­ko­ju (Ni­ka le­ża­ła wte­dy w szpi­ta­lu w Szcze­ci­nie), mia­ła na ce­lu nie ty­le spra­wie­nie cór­ce przy­jem­no­ści, ile wła­sną za­ba­wę w dom. Tyl­ko pa­trzeć, jak za­cznie wy­po­sa­żać rów­nie roz­kosz­ny po­ko­ik dzie­cię­cy – jest w do­mu ta­ki nie­du­ży, aku­rat mię­dzy sy­pial­nią ro­dzi­ców i sa­lo­nem.

No, no. Nie ro­dzi­ców. Pań­stwa Kacz­mar­ków, za prze­pro­sze­niem.

Faj­ny ten dom, obiek­tyw­nie bio­rąc – jed­no­po­zio­mo­wy, za to roz­le­gły, z trze­ma wyj­ścia­mi – jed­nym od fron­tu i dwo­ma od stro­ny ogro­du. A jed­no z tych dwóch jest oso­bi­stym wyj­ściem Ni­ki, z jej po­ko­ju na słod­ki ga­ne­czek. Sa­lon z ko­lei otwie­ra się na za­bój­czy ta­ras, wiel­ki jak ma­łe lot­ni­sko. Moż­na tam wy­da­wać przy­ję­cia na czter­dzie­ści osób. Kie­dy jest wię­cej go­ści, roz­sta­wia się sto­ły na traw­ni­ku.

No i co z te­go wszyst­kie­go, sko­ro ni­ko­mu w tym faj­nym do­mu na niej nie za­le­ży – kom­plet­nie nie za­le­ży.

Ni­ka usia­dła po tu­rec­ku na swo­im ca­ca­nym łó­żecz­ku i po­pa­dła w za­my­śle­nie.

Nie­ste­ty, by­ła cał­ko­wi­cie pew­na, że ma ra­cję i że na­praw­dę ani jej wła­sna mat­ka, ani tym bar­dziej pan Kacz­ma­rek nie przej­mu­ją się zbyt­nio tym, co się z nią dzie­je, co ona my­śli i czu­je. Wie­le ra­zy ana­li­zo­wa­ła za­cho­wa­nie ich oboj­ga i swo­je wła­sne od­czu­cia, i za­wsze wy­cho­dzi­ło jej to sa­mo. Nie moż­na po­wie­dzieć, że sta­no­wi­ła w do­mu ja­kieś spe­cjal­ne ob­cią­że­nie czy prze­szko­dę, co to, to nie. Pa­na Kacz­mar­ka stać by­ło na utrzy­ma­nie jesz­cze z pię­ciu lub sze­ściu przy­bra­nych có­re­czek i praw­do­po­dob­nie tak sa­mo by ich nie za­uwa­żał, jak nie za­uwa­żał Ni­ki.

Nie, to nie jest wła­ści­we okre­śle­nie. On ją wła­ści­wie za­uwa­żał i na­wet cza­sem z nią roz­ma­wiał, ale tak, jak­by roz­ma­wiał z wła­snym ko­tem. Da­wał jej przy­zwo­ite kie­szon­ko­we – z ta­ką sa­mą obo­jęt­no­ścią, jak­by sy­pał ko­tu whi­ska­sa. Naj­bar­dziej był jed­nak za­ję­ty so­bą sa­mym, swo­im biz­ne­sem i roz­ma­ity­mi przy­jem­no­ścia­mi ty­pu golf, po­dró­że, jaz­da kon­na i te­re­no­we sa­mo­cho­dy. Im więk­sze i na wyż­szych kół­kach, tym le­piej. W za­kres przy­jem­no­ści wcho­dzi­ła rów­nież ak­tu­al­na pa­ni Kacz­mar­ko­wa. Chy­ba na­wet pan Kacz­ma­rek się ucie­szył z te­go, że za­szła w cią­żę, bo mo­że wresz­cie bę­dzie miał sy­na. Pierw­sza żo­na roz­cza­ro­wa­ła go dwie­ma cór­ka­mi, na szczę­ście po roz­wo­dzie wy­je­cha­ła z obie­ma do Fran­cji i uwol­ni­ła by­łe­go mę­ża od od­po­wie­dzial­no­ści za po­tom­stwo, wią­żąc się z fa­ce­tem sześć ra­zy bo­gat­szym od pa­na Kacz­mar­ka.

Ni­ka za­sta­no­wi­ła się głę­biej. Czy pan Kacz­ma­rek nie trak­to­wał przy­pad­kiem mat­ki jak ra­so­wej ko­by­ły, któ­ra mo­że dać mu wy­strza­ło­we źre­bię?

Nie, to by jed­nak krzyw­dzi­ło fa­ce­ta. On mat­kę na­wet lu­bił, w ta­ki po­błaż­li­wie pro­tek­cjo­nal­ny spo­sób. W ten sam po­błaż­li­wie pro­tek­cjo­nal­ny spo­sób trak­to­wał Ni­kę, ty­le że ona mu zwi­sa. Zwi­sa też mat­ce, któ­rą ob­cho­dzi wy­łącz­nie pan Kacz­ma­rek, obiek­tyw­nie przy­stoj­ny i mi­ły fa­cet, nad­zwy­czaj do­brze sy­tu­owa­ny, nie to co ka­pi­tan Mo­krzyc­ki na eta­cie po­rucz­ni­ka na ża­glow­cu Aka­de­mii Mor­skiej.

Zwi­sa­nie ko­mu­kol­wiek nie wy­da­wa­ło się Ni­ce do przy­ję­cia. Oj­ciec ro­bił wra­że­nie, jak­by mu nie zwi­sa­ła. To on za­pła­cił za im­plan­ty kost­ne, któ­re Ni­ce wsz­cze­pio­no, a nie dzia­ny oj­czym.

Po­mi­ja­jąc im­plan­ty – oj­ciec roz­ma­wiał z nią jak z my­ślą­cą isto­tą. Przej­mo­wał się jej na­stro­ja­mi. Zwie­rzał jej się. Ra­zem pla­no­wa­li je­go no­we mał­żeń­stwo i cał­ko­wi­tą re­or­ga­ni­za­cję ży­cia ro­dzin­ne­go. Z cio­cią Gro­sik. Z Ja­gą, cór­ką cio­ci, i z Ni­ką…

Po­czu­ła nie­przy­jem­ne mro­wie­nie w oko­li­cach ser­ca. Czy to wszyst­ko przy­pad­kiem nie by­ło jed­ną wiel­ką dzie­ci­na­dą? Był so­bie fe­sti­wal ża­glow­ców, wszy­scy czę­ścio­wo po­tra­ci­li gło­wy, po­wpa­da­li so­bie w ob­ję­cia – a po­tem fe­sti­wal się skoń­czył, wszy­scy wró­ci­li do swo­ich za­jęć, cio­cia la­ta ko­ło cho­rych dzie­ci, oj­ciec ga­nia po po­kła­dzie ja­kichś kur­san­tów (Ni­ka mia­ła mgli­ste po­ję­cie o obo­wiąz­kach za­stęp­cy do­wód­cy „Da­ru Mło­dzie­ży”), a ona, Ni­ka, po­win­na się za­jąć nad­ra­bia­niem edu­ka­cji, nad­szarp­nię­tej odro­bi­nę przez „przy­go­dę z ra­kiem”.

Mat­ka tak to kie­dyś na­zwa­ła. Przy­go­da z ra­kiem. Bo­że świę­ty, chy­ba mia­ła kom­plet­nie wy­łą­czo­ne my­śle­nie w tej chwi­li. Przy­go­da!

Je­śli rze­czy­wi­ście wszy­scy wró­ci­li grzecz­nie do rze­czy­wi­sto­ści i ma być jak daw­niej, to ona, Ni­ka, wpad­nie w ja­kąś ot­chłań roz­pa­czy, zu­peł­nie jak Ania z Zie­lo­ne­go Wzgó­rza. Tak, to chy­ba Ania wpa­da­ła w ot­chłań roz­pa­czy.

O nie! W nic ta­kie­go wpa­dać nie bę­dzie­my. Cho­ro­by lu­bią wra­cać, kie­dy im się stwo­rzy sprzy­ja­ją­ce wa­run­ki. Nie ma lep­szych wa­run­ków jak za­ła­ma­nia i ot­chła­nie roz­pa­czy. Żad­nych wię­cej „przy­gód z ra­kiem”! Trze­ba za­go­nić do ro­bo­ty te wszyst­kie ge­ny po ta­tu­siu – ge­ny zde­cy­do­wa­nia, od­wa­gi, de­ter­mi­na­cji…

Ni­ka nie by­ła pew­na, czy do­brze uży­ła sło­wa „de­ter­mi­na­cja”, więc spraw­dzi­ła w In­ter­ne­cie. Ow­szem, do­brze. No więc jej też te­go nie za­brak­nie.

Na po­czą­tek trze­ba dać mat­ce nie­co po­pa­lić. Niech so­bie po­wo­li za­cznie zda­wać spra­wę, jak mi­ło bę­dzie w wiel­kim do­mu, kie­dy Ni­ku­sia z nie­go znik­nie.

 

 

Li­lian­na Bro­ni­kow­ska, daw­no eme­ry­to­wa­na fry­zjer­ka i pe­ru­kar­ka te­atral­na, da­ma lat sześć­dzie­siąt sie­dem, wciąż ele­ganc­ka, ener­gicz­na i ko­cha­ją­ca ży­cie, sie­dzia­ła na wa­liz­kach i cze­ka­ła na syn­ka Edu­sia. Miał się po­ja­wić la­da chwi­la i za­brać ją z wy­god­ne­go miesz­ka­nia na Zyg­mun­ta Sta­re­go do Bóg wie ja­kie­go do­mu we wsi o ha­nieb­nej na­zwie Sto­lec. Wpraw­dzie Eduś pro­po­no­wał kil­ka ra­zy, że­by przy­je­cha­ła do te­go Stol­ca i zo­ba­czy­ła so­bie dom i ko­bie­tę, z któ­rą się zwią­zał, ona jed­nak nie zna­la­zła na to do­tąd ani cza­su, ani chę­ci. W za­sa­dzie wo­la­ła na­wet te­raz je­chać w nie­zna­ne – mia­ło to po­smak przy­go­dy. Nie su­rvi­va­lu, któ­ry pa­ni Li­lian­na uwa­ża­ła za wy­jąt­ko­we kre­tyń­stwo, tyl­ko wła­śnie przy­go­dy. Nie­zbyt ry­zy­kow­nej, do­daj­my, gdyż pa­ni Bro­ni­kow­ska, któ­rej mąż wy­kła­dow­ca kle­pał wpraw­dzie bie­dę i umarł na za­wał w sta­nie wo­jen­nym, by­ła do­sko­na­le na sta­re la­ta wy­po­sa­żo­na przez swo­je­go świę­tej pa­mię­ci ta­tu­sia, dok­to­ra Na­łę­cza, roz­chwy­ty­wa­ne­go gi­ne­ko­lo­ga po­łoż­ni­ka z do­sko­na­le pro­spe­ru­ją­cą pry­wat­ną prak­ty­ką. Mo­gła więc w ra­zie cze­go wró­cić ze wsi i do koń­ca ży­cia miesz­kać w trzech ob­szer­nych po­ko­jach z kuch­nią, bie­ga­jąc do te­atrów i ope­ry na plo­tecz­ki (wszę­dzie tam mia­ła przy­ja­ciół, a zwłasz­cza przy­ja­ciół­ki) i na przed­sta­wie­nia, któ­re z lu­bo­ścią kry­ty­ko­wa­ła (jak wia­do­mo, nic się nie rów­na­ło ze spek­ta­kla­mi sprzed lat i z ak­to­ra­mi cza­sów mi­nio­nych).

Eduś po­ja­wił się w oko­li­cach po­łu­dnia, jak to on, za­do­wo­lo­ny i uśmiech­nię­ty. Ma­ma Bro­ni­kow­ska spoj­rza­ła na nie­go z pew­nym roz­rzew­nie­niem: ja­ki on przy­stoj­ny! To ona do­ra­dzi­ła mu kie­dyś ostrzy­że­nie ciem­nych wło­sów na lot­ni­sko­wiec – oczy­wi­ście nie wie­dzia­ła, że ta twa­rzo­wa fry­zu­ra tak idio­tycz­nie się na­zy­wa, ale by­ła świe­żo pod wra­że­niem obej­rza­ne­go w te­le­wi­zji po raz trze­ci fil­mu z Har­ri­so­nem For­dem i Wi­le­mem Da­foe, w któ­rym to fil­mie obaj pa­no­wie je­cha­li do We­ne­zu­eli czy mo­że Ko­lum­bii w ce­lach awan­tur­ni­czych. A mo­że je­den z nich już tam był, a dru­gi do­je­chał? Ma­ma B. nie pa­mię­ta­ła te­go do­kład­nie, ale bar­dzo po­do­ba­ła jej się fry­zu­ra jed­ne­go ame­ry­kań­skie­go snaj­pe­ra z te­go fil­mu. Oczy­wi­ście sa­ma ostrzy­gła sy­na i efekt oka­zał się olśnie­wa­ją­cy.

Cie­ka­we, co ma na gło­wie ta je­go no­wa don­na? Pa­ni Li­lian­na by­ła zda­nia, że po fry­zu­rach ich po­zna­cie. Pierw­sza żo­na Edu­sia cze­sa­ła się na to­pie­li­cę, co w naj­mniej­szym stop­niu nie wzbu­dza­ło za­ufa­nia. Oso­by cze­szą­ce się na to­pie­li­cę by­wa­ją na­sta­wio­ne ego­istycz­nie i nie po­tra­fią stwo­rzyć praw­dzi­we­go do­mu ro­dzin­ne­go. No i rze­czy­wi­ście, in­kry­mi­no­wa­na Go­sia po dwóch la­tach pre­ten­sji i ci­chych dni rzu­ci­ła bied­ne­go Edu­sia i zła­pa­ła ja­kie­goś kau­zy­per­dę z wła­sną wy­pa­sio­ną kan­ce­la­rią ad­wo­kac­ką. By­ło do prze­wi­dze­nia!

Nie­ste­ty, no­wa don­na Edu­sia mia­ła na gło­wie jesz­cze coś gor­sze­go. By­ła ostrzy­żo­na nie­chluj­nie i co naj­mniej trzy mie­sią­ce te­mu, a jej wło­sy szczot­ki nie wi­dzia­ły od Bóg wie kie­dy. Umy­ła je, ow­szem, jed­nak nie wy­mo­de­lo­wa­ła ani nic. Zwi­sa­ły smęt­nie wo­kół twa­rzy – mo­że na­wet nie­brzyd­kiej, ale jak­by tro­chę za­szczu­tej. Ma­ma Bro­ni­kow­ska zna­ła się na twa­rzach. Don­na, ja­kjej­tam, Mar­ce­li­na (imię z Be­au­mar­cha­is, sło­wo da­ję! W „We­se­lu Fi­ga­ra” pę­ta się ja­kaś Mar­ce­li­na!) sta­ra­ła się uda­wać swo­bo­dę i we­so­łość, ale gdzieś głę­bo­ko w jej oczach krył się smu­tek i strach.

Cie­ka­we, cze­go ona się boi?

A smut­nym lu­dziom pa­ni Li­lian­na nie wie­rzy­ła z za­sa­dy.

 

 

– Pa­ni Mi­cha­li­na! Oczom nie wie­rzę. Szczęść Bo­że, pa­ni Mi­siu. Pięk­nie pa­ni wy­glą­da.

– Szczęść Bo­że księ­dzu! Pięk­nie wy­glą­dam, bo je­stem, kur­czę, szczę­śli­wa jak kró­lew­na z baj­ki. Ma ksiądz tro­chę cza­su?

– Mam. To jest cud, ale mam. Za­mie­rza­łem na­wet od­da­wać się grzesz­nym roz­ryw­kom, ale sko­ro pa­ni przy­szła, to z ra­do­ścią zro­bię nam oboj­gu her­ba­ty i za­pro­szę pa­nią pod krzacz­ki, któ­re pa­ni wła­sno­ręcz­nie za­sa­dzi­ła…

– Z księ­dza po­mo­cą. A po­za tym do­brzy lu­dzie sa­dzi­li. Wi­dzę, że wszyst­ko pięk­nie ro­śnie i na­wet nie cho­ru­je. Przę­dzio­rek nie do­bie­rał się zno­wu do igla­ków?

– Do­bie­rał się, ale zwal­czy­li­śmy ło­bu­za w za­rod­ku. Pan Zbie­ra­czyk bar­dzo fa­cho­wo się opie­ku­je ogro­dem.

Istot­nie, ho­spi­cyj­ny ogród pre­zen­to­wał ca­ły póź­no­let­ni urok, na ja­ki by­ło go stać. Mi­cha­li­na pa­trzy­ła z przy­jem­no­ścią na ład­nie sko­szo­ną tra­wę, zdro­we krze­wy i upo­rząd­ko­wa­ne ra­ba­ty by­li­no­we. Część róż kwi­tła w naj­lep­sze i nie by­ło na nich ani jed­nej mszy­cy, ani je­den li­stek nie zwi­jał się w trąb­kę. Wi­dać pan Zbie­ra­czyk na­praw­dę wziął so­bie do ser­ca za­da­nie, któ­re­go się pod­jął.

– On miał u was ma­mę, praw­da?

Ksiądz Hie­ro­nim przy­niósł wła­śnie pod krzak ja­śmi­nu dwa kub­ki z pięk­nie pach­ną­cą her­ba­tą i ta­le­rzyk nie­mniej pięk­nie pach­ną­ce­go cia­sta upie­czo­ne­go przez ja­kąś wo­lon­ta­riusz­kę. Do­my­ślił się, o ko­go py­ta Mi­cha­li­na, i ski­nął gło­wą.

– Tak. Le­ża­ła u nas dwa la­ta. Pan Zbie­ra­czyk nie miał żad­nej moż­li­wo­ści opie­ko­wa­nia się nią w do­mu, bo ona, bie­dacz­ka, nie mo­gła się ru­szać z łóż­ka. Tu mia­ła do­brze, a syn od­wdzię­cza się nam, jak po­tra­fi. Dla nie­go to też ja­kaś for­ma uciecz­ki od sa­mot­no­ści.

– On ni­ko­go nie ma?

– Wła­ści­wie ni­ko­go. Ja­kieś ciot­ki w po­łu­dnio­wej Pol­sce, też star­sze pa­nie. I dzie­ci tych cio­tek. A tu ma grób żo­ny, grób mat­ki. I te­raz ten ogród. Czy­li, ko­cha­na pa­ni Mi­siu, pa­ni ogród po raz ko­lej­ny zro­bił coś do­bre­go. Przy­no­si nam ra­dość, a te­raz da­je sens ży­cia pa­nu Zbie­ra­czy­ko­wi. Ja też tu cza­sem dłu­bię, wie pa­ni?

– Bar­dzo zdro­wo – za­śmia­ła się Mi­cha­li­na. – Niech zgad­nę, ró­że ksiądz przy­ci­na.

Ksiądz też się za­śmiał.

– Tak, co do róż, to są mo­je i ni­ko­mu nie od­dam se­ka­to­ra. Za nic. Uwa­żam, że na­uczy­łem się bar­dzo fa­cho­wo ciąć.

– Wi­dzę. Pięk­nie się roz­krze­wi­ły. Tnie ksiądz bez li­to­ści?

– Bez li­to­ści. W mia­rę ni­sko. One to lu­bią. A co u pa­ni?

Mi­cha­li­na uśmiech­nę­ła się ma­rzą­co.

– Kwit­nę jak te księ­dza ró­że. Zo­sta­łam pra­wi­dło­wo przy­cię­ta swo­je­go cza­su. To ksiądz mnie chla­snął przy zie­mi i od­ciął, co prze­kwi­tło. I wy­rzu­cił. No, je­stem z mo­im Grze­go­rzem, to ksiądz wie. Zna­la­złam oj­ca, to też już księ­dzu kie­dyś mó­wi­łam, jak by­łam na in­spek­cji igla­ków. A te­raz mam dwie no­wo­ści. Nie, trzy. Oj­ciec przy­je­chał do Szcze­ci­na z tej swo­jej Ir­lan­dii, za­miesz­kał z na­mi na Roz­ma­ry­no­wej… ale bę­dzie­my się prze­no­sić, to zna­czy Grze­gorz i ja, do Zdro­jów, do mo­jej ma­my. Nie chce­my, że­by zo­sta­wa­ła sa­ma. To raz. Po dru­gie, pro­szę mi gra­tu­lo­wać, bę­dę mia­ła dziec­ko. Za­wa­ha­ła się na­gle. – O kur­czę, ksiądz chy­ba nie po­wi­nien mi gra­tu­lo­wać, bo dziec­ko jak­by nie­ślub­ne… Ale tu by by­ła wła­śnie ta trze­cia no­wość, bo my z Grze­siem chce­my się po­brać.

Ksiądz uśmie­chał się i naj­wy­raź­niej nie miał za­mia­ru usta­wiać Mi­cha­li­ny do pio­nu.

– Cie­szę się, pa­ni Mi­siu. Ład­nie się pa­ni ukła­da.

– No wła­śnie. W du­żej mie­rze dzię­ki księ­dzu. Na­praw­dę, niech się ksiądz nie śmie­je. To ksiądz mnie kop­nął we wła­ści­wym kie­run­ku… prze­pra­szam za ko­lo­kwia­lizm. Bo da­lej bym się tak snu­ła mię­dzy gro­ba­mi.

– Wi­docz­nie zna­la­złem się we wła­ści­wym cza­sie we wła­ści­wym miej­scu – po­wie­dział fi­lo­zo­ficz­nie ksiądz. – Mo­że to przy­pa­dek, a mo­że za­mysł Naj­wyż­sze­go. Naj­waż­niej­sze, że kil­ka osób mo­że te­raz Pa­nu Bo­gu dzię­ko­wać. Ma za co.

– No wła­śnie. Pa­mię­ta ksiądz na­sze wszyst­kie roz­mo­wy na te te­ma­ty… ani ja, ani Grze­gorz nie je­ste­śmy spe­cjal­nie ko­ściel­nie zo­rien­to­wa­ni, ale chy­ba chcie­li­by­śmy mieć ślub w ko­ście­le. Nie wiem, czy ksiądz nie uzna te­go za nie­wła­ści­we…

– Pa­ni Mi­siu, ja już pa­ni kie­dyś po­wie­dzia­łem: nie bę­dę pa­ni na­wra­cał. Sko­ro ma pa­ni ta­ką po­trze­bę, mam na my­śli ślub – to mo­gę się tyl­ko cie­szyć.

– Na­praw­dę? To ja się też cie­szę. Bo dla mnie je­dy­nym księ­dzem, któ­ry mógł­by nam te­go ślu­bu udzie­lić, jest wła­śnie ksiądz.

– Ja­ko ten, co to… we wła­ści­wym kie­run­ku?

– Tak. Ja­ko ten. Czy jest to moż­li­we? Oczy­wi­ście nie my­śla­łam o ślu­bie w ka­pli­cy ho­spi­cyj­nej…

Ksiądz po­dra­pał się ły­żecz­ką po gło­wie.

– No tak, na­sza ka­pli­ca jest bar­dzo ład­na, ale mo­że istot­nie nie­ko­niecz­nie… Nie­waż­ne. Pa­ni Mi­siu, ja już mam pe­wien po­mysł, tyl­ko mu­szę go, po­wie­dział­bym, roz­pra­co­wać. Pro­szę dać mi tro­chę cza­su. Kie­dy chce­cie ten ślub?

– A da­ło­by się pod ko­niec wrze­śnia? Że­by jesz­cze zła­pać zło­tą je­sień, a nie plu­chy, ksiądz ro­zu­mie…

– My­ślę, że da­ło­by się. Pa­ni Mi­siu, ja z ra­do­ścią was po­łą­czę… sa­ma pa­ni wie, dla mnie to też bę­dzie mi­łe uroz­ma­ice­nie po tych wszyst­kich po­grze­bach…

– Ksiądz się ze mnie śmie­je!

– A skąd­że. Nie z pa­ni, tyl­ko do pa­ni.

Mi­cha­li­na po­pra­wi­ła się na so­lid­nej ław­ce zbu­do­wa­nej za­pew­ne przez ko­lej­nych wdzięcz­nych.

– Jest jesz­cze jed­na spra­wa, pro­szę księ­dza. Te… szko­le­nia mał­żeń­skie, czy jak to się tam na­zy­wa. Kur­sy. Wie ksiądz, co mam na my­śli.

– Wiem. Na­uki przed­mał­żeń­skie. Nie je­stem jed­nak pe­wien, czy pań­stwu są one na­praw­dę po­trzeb­ne. Znam i pa­nią, i pa­na dok­to­ra, pa­na dok­to­ra od lat zresz­tą, wcze­śniej niż los mnie ze­tknął ze zmok­nię­tą dziew­czy­ną pod pla­ta­nem. To był pla­tan?

– Chy­ba pla­tan. Al­bo dąb. Nie pa­mię­tam, co tam ro­śnie.

– Ko­ra mu ob­ła­zi.

– A, to pla­tan. Ale to nie cho­ro­ba. One tak ma­ją, pla­ta­ny. Ro­zu­miem, że da­ru­je­my so­bie na­uki i tak da­lej?

– My­ślę, że mo­że­my. Cie­szę się, pa­ni Mi­siu, że ład­nie się pa­ni wszyst­ko uło­ży­ło. Na­praw­dę. I gra­tu­lu­ję z ca­łe­go ser­ca. Bę­dzie­my w kon­tak­cie w spra­wie ślu­bu, do­brze?

– Do­brze. A pro­szę mi jesz­cze coś po­wie­dzieć, bo mnie strasz­nie ksiądz za­in­try­go­wał…

– Tak, pa­ni Mi­siu?

– Te grzesz­ne roz­ryw­ki… Ja­kim grzesz­nym roz­ryw­kom mo­że się od­da­wać ksiądz ta­ki jak ksiądz?

– Ach, to… Ja, pa­ni Mi­siu… tyl­ko pro­szę, niech pa­ni się ze mnie nie śmie­je. Ja gram na kom­pu­te­rze w kul­ki. Bar­dzo mnie to po­chła­nia ostat­nio.

– Mat­ko mo­ja, w ja­kie kul­ki?

– No, ta­kie kul­ki. Ja mam du­żą kul­kę, a do­ko­ła mnie la­ta­ją ma­łe. Nie­bie­skie i po­ma­rań­czo­we. Ja zja­dam nie­bie­skie, a po­ma­rań­czo­we zja­da­ją mnie, więc mu­szę je omi­jać. Peł­no ich wszę­dzie, ale ja­koś da­ję so­bie z ni­mi ra­dę. A co ja­kiś czas je­stem nie­śmier­tel­ny i wte­dy mo­gę zja­dać po­ma­rań­czo­we. Po­tem prze­sta­ję być nie­śmier­tel­ny… No do­brze, zda­ję so­bie spra­wę, że to dziw­nie brzmi. Mo­że na­wet tro­chę bluź­nier­czo. Ale za­wsze by­łem prze­ko­na­ny, że Pan Bóg ma naj­więk­sze po­czu­cie hu­mo­ru we wszech­świe­cie… I niech się pa­ni ze mnie nie śmie­je, bo pa­ni ślu­bu nie dam!

 

 

No­ta­riusz i ostat­nio biz­nes­men oświa­to­wy Je­rzy Brań­ski sie­dział na sta­rym fo­te­lu w ro­dzin­nym do­mu na Po­god­nie. W in­nych sta­rych fo­te­lach i na rów­nie sta­rych krze­słach sie­dzie­li je­go ro­dzi­ce, me­ce­nas Ewa Brań­ska i sę­dzia An­drzej Brań­ski, oraz dwaj sy­no­wie, An­drzej Ju­nior i Je­rzy Ju­nior, stu­den­ci pra­wa, któ­rzy ko­rzy­sta­li jesz­cze z aka­de­mic­kiej wol­no­ści przed wy­jaz­dem na uni­wer­sy­te­ty w War­sza­wie i Kra­ko­wie. Na sto­li­ku sta­ły kie­lisz­ki ze zna­ko­mi­tym ko­nia­kiem i uro­cze mi­śnień­skie pół­mi­secz­ki z pti­fur­ka­mi. No­ta­riusz i biz­nes­men Brań­ski czuł się w tej chwi­li jak jed­na z ofiar wła­sne­go oj­ca, któ­ry na wy­dzia­le pra­wa sys­te­ma­tycz­nie wy­kań­czał co tęp­szych stu­den­tów, za­kła­da­jąc, że praw­nik nie ma pra­wa być ny­gu­sem i nie­do­ukiem. We­zwa­no Je­rze­go na ro­dzin­ny dy­wa­nik w spra­wie Agniesz­ki, któ­ra dzień wcze­śniej uczest­ni­czy­ła w ro­dzin­nej ko­la­cji i któ­ra (Agniesz­ka, nie ko­la­cja) zro­bi­ła na ro­dzi­nie jak naj­lep­sze wra­że­nie.

– Dziad­ku, czy ja mo­gę prze­wod­ni­czyć? – wy­rwał się naj­młod­szy w zgro­ma­dze­niu Je­rzy Ju­nior, zwa­ny w ro­dzi­nie Ju­ru­siem. Tak go na­zwa­ła kie­dyś bab­cia i, nie­ste­ty, zo­sta­ło.

– Je­śli two­ja bab­ka nie ma nic prze­ciw­ko te­mu, to pro­szę bar­dzo – zgo­dził się sę­dzia Brań­ski. – Prze­wod­nicz.

Me­ce­nas Ewa Brań­ska po­błaż­li­wie ski­nę­ła rę­ką. Niech się dziec­ko wpra­wia.

– O, prze­pra­szam, ja mam coś prze­ciw­ko – za­pro­te­sto­wał no­ta­riusz. – Nie bę­dzie mnie prze­słu­chi­wał mój wła­sny syn. I to młod­szy. Mo­gę z wa­mi roz­ma­wiać, ale nor­mal­nie, bez te­go praw­ni­cze­go cyr­ku. Po co­ście zwo­ła­li ten kon­wen­ty­kiel? Agniesz­ka wam się nie po­do­ba?

– Prze­ciw­nie – po­wie­dzia­ła ro­dzi­na jed­no­gło­śnie.

– Two­ja Agniesz­ka jest wspa­nia­łą ko­bie­tą, mój dro­gi – do­dał oj­ciec, uśmie­cha­jąc się na wspo­mnie­nie obiek­tu roz­mo­wy. – W tym ca­ła rzecz.

– No to o co wam cho­dzi, do dia­bła? Prze­pra­szam cię, ma­mo, naj­moc­niej.

– Nie prze­pra­szaj, sy­nu. Oni są okrop­ni. Ale ja też chcia­ła­bym wie­dzieć, czy wią­żesz z Agniesz­ką ja­kieś kon­kret­ne pla­ny. Zro­zum, nas po pro­stu zże­ra cie­ka­wość.

– I chcie­li­śmy, ta­to, że­byś wie­dział, że w ra­zie cze­go je­ste­śmy z to­bą – do­ło­żył star­szy syn An­drzej Ju­nior. – Masz na­sze cał­ko­wi­te i ab­so­lut­ne po­par­cie. Uwa­ża­my, że ona do cie­bie pa­su­je ide­al­nie.

– Coś po­dob­ne­go! – wy­rwa­ło się Je­rze­mu. – A wy­glą­da­cie, jak­by­ście mnie chcie­li ska­zać na śmierć.

– Wi­dzisz, sy­nu, jak to po­zo­ry my­lą – zmar­twił się ob­łud­nie se­nior ro­dzi­ny. – Źle nas oce­ni­łeś. To te­raz już nie ma­tacz, tyl­ko opo­wia­daj. Że­nisz się z nią?

Czte­ry pa­ry oczu za­chłan­nie wpa­trzy­ło się w no­ta­riu­sza.

Je­rzy wes­tchnął i wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Uwa­żam, że ro­bisz błąd, zwle­ka­jąc – po­wie­dzia­ła ostroż­nie je­go mat­ka, od­cze­kaw­szy kil­ka­na­ście se­kund. – Je­śli bę­dziesz się za dłu­go na­my­ślał, Agniesz­ka go­to­wa po­my­śleć, że ci na niej nie za­le­ży… a mo­że na­praw­dę ci nie za­le­ży?

At­mos­fe­ra eg­za­mi­nu jak­by wró­ci­ła.

– Mnie za­le­ży – wy­znał no­ta­riusz. – Ja mógł­bym już, ju­tro, pro­szę bar­dzo, dzi­siaj, pro­szę bar­dzo. Ona mnie zby­wa.

– Co to zna­czy, zby­wa? Opo­wiedz nam po po­rząd­ku.

– Przy dzie­ciach? – wy­rwa­ło się Je­rze­mu.

– Ta­to, prze­stań…

– Od lat je­ste­śmy do­ro­śli. Na trze­cim ro­ku pra­wa wie się o ży­ciu wszyst­ko. Zwłasz­cza w Kra­ko­wie.

– Zwłasz­cza w Kra­ko­wie w wie­ku lat dwu­dzie­stu dwóch nie wie się o ży­ciu nic. Ale do­brze. Do­ce­niam wa­szą zbio­ro­wą życz­li­wość. Tyl­ko że już wam po­wie­dzia­łem, co mia­łem do po­wie­dze­nia. Agniesz­ka krę­ci. Ni­by chce być ze mną, a kie­dy za­czy­nam z nią roz­ma­wiać o ślu­bie, za­miesz­ka­niu ra­zem, to mi mó­wi, że ma na opie­ce sta­rusz­kę.

– Ja­ką sta­rusz­kę? – za­in­te­re­so­wa­ła się Ewa Brań­ska.

– Na­wet za­baw­ną. Po­zna­łem ją kie­dyś. Wio­złem je obie z Kra­ko­wa, gdzie spo­tka­li­śmy się ab­so­lut­nie przy­pad­ko­wo. Zo­ba­czy­łem je przez szy­bę u No­wo­ro­la, wy­obra­ża­cie so­bie? No i za­wio­złem do Szcze­ci­na. Agniesz­ka za­bra­ła ją do Kra­ko­wa wa­go­nem sy­pial­nym.

– Wa­go­nem sy­pial­nym? Dla­cze­go?

– Bo bab­cia ni­g­dy w ży­ciu nie je­cha­ła wa­go­nem sy­pial­nym i Agniesz­ka chcia­ła jej zro­bić przy­jem­ność. To by­ło tuż po tym, jak ją wy­la­li z po­przed­niej pra­cy.

– Ma ko­bie­ta cha­rak­ter – po­wie­dział sę­dzia Brań­ski z za­do­wo­le­niem. – Umiesz­cze­nie bab­ci w wy­god­nym do­mu opie­ki za­pew­ne nie wcho­dzi w ra­chu­bę?

– Ta­to! Gdy­bym wspo­mniał Agniesz­ce o czymś ta­kim, prze­sta­ła­by ze mną roz­ma­wiać na za­wsze i nie­odwo­łal­nie.

– Tak my­śla­łem, ale chcia­łem się upew­nić. I co zro­bisz?

– Nie wiem. Na­pa­da­cie na mnie znie­nac­ka – po­skar­żył się Je­rzy. – Sam się za­sta­na­wiam, co by tu zro­bić. Bo mam wra­że­nie, że spra­wa nie tyl­ko w bab­ci. Agniesz­ka ma ja­kieś opo­ry. Mo­że chce naj­pierw sta­nąć na no­gach w szko­le.

– Ta­to, ale masz pew­ność, że ona cię ko­cha?

– Sy­nu! W Kra­ko­wie nie na­uczy­li cię, że w ta­kich spra­wach ni­g­dy nie ma się cał­ko­wi­tej pew­no­ści?! Ro­dzi­no, pro­szę. Daj­cie mi spo­kój. Sam nie wiem jesz­cze, na ja­kim świe­cie ży­ję! Jak się do­wiem, to wam po­wiem. Na ra­zie po­roz­ma­wiaj­my o czymś in­nym. An­drzej, kie­dy do­sta­niesz te­mat pra­cy ma­gi­ster­skiej?

 

 

Agniesz­ka cze­sa­ła gru­bą szczot­ką ogon ko­ta Ram­bo i my­śla­ła do­kład­nie o tym sa­mym, co zaj­mo­wa­ło ak­tu­al­nie no­ta­riu­sza Brań­skie­go i je­go naj­bliż­szych. Nie tak daw­no – oczy­wi­ście na fa­li ogól­ne­go sza­leń­stwa ża­glow­co­we­go – po­pa­dła w nad­mier­ną ro­man­tycz­ność i obie­ca­ła Je­rze­mu, że za nie­go wyj­dzie. Te­raz wca­le nie by­ła ta­ka pew­na, czy to by­ło naj­mą­drzej­sze z jej stro­ny. Je­rzy oka­zał się cu­dow­nym aman­tem, to praw­da, i na­le­ży to trak­to­wać ja­ko szcze­gól­ny po­da­ru­nek od lo­su. Nie wia­do­mo jed­nak, czy ja­ko mąż bę­dzie ta­ki sam? Czy mo­że trosz­kę in­ny? Trosz­kę bar­dziej… w kap­ciach? A ona? Czy ja­ko żo­nie bę­dzie jej wy­pa­da­ło bie­gać po do­mu w bie­liź­nie? No ale sko­ro on w kap­ciach? A mo­że on nie jest kap­cia­rzem, tyl­ko prze­ciw­nie, do ko­la­cji sia­da w smo­kin­gu i la­kier­kach?

Mat­ko je­dy­na!

No i pa­ni Ró­ża.

Nie wol­no zo­sta­wić pa­ni Ró­ży sa­mot­nej, to zna­czy w to­wa­rzy­stwie ko­ta Żucz­ka, ale wła­ści­wie sa­mot­nej… Te­raz moż­na wpa­dać do niej co­dzien­nie cho­ciaż­by na chwil­kę – sta­ło się to o wie­le ła­twiej­sze, od­kąd sta­ra da­ma za­mie­ni­ła swo­je miesz­ka­nie na trze­cim pię­trze na par­ter. Ale je­śli Agniesz­ka prze­pro­wa­dzi się do Je­rze­go, to bę­dzie kom­plet­nie nie po dro­dze!

– Nie zro­bię te­go, Ram­buś. Nie mo­gła­bym. W ten to spo­sób chy­ba nie wyj­dę za Je­rze­go, za któ­re­go chcia­ła­bym wyjść. Patrz, ko­cik, pierw­szy praw­dzi­wy, a ja nie mo­gę za nie­go wyjść… To jest ja­kieś strasz­ne świń­stwo, nie uwa­żasz? Bo mam wra­że­nie, że jed­nak chcia­ła­bym za nie­go wyjść.

Ośmio­ki­lo­wy Ram­bo po­mru­ki­wał za­chę­ca­ją­co. Bar­dzo lu­bił, kie­dy je­go pa­ni zaj­mo­wa­ła się nim, a nie ja­ki­miś ob­cy­mi fa­ce­ta­mi. Wca­le mu nie za­le­ża­ło na obec­no­ści w do­mu je­go­mo­ścia, któ­ry ab­sor­bu­je pa­nią do te­go stop­nia, że kie­dyś na­wet za­po­mnia­ła mu na­lać wo­dy do mi­secz­ki. To by­ło po pro­stu nie­sły­cha­ne. On, Ram­bo, miau­czał i po­pi­ski­wał, a oni w ogó­le nie zwra­ca­li na nie­go uwa­gi, tyl­ko, za prze­pro­sze­niem, bzy­ka­li się na ka­na­pie!

Ram­bo, po­zba­wio­ny mę­sko­ści we wcze­snym ko­cięc­twie, nie był za­in­te­re­so­wa­ny bzy­ka­niem w żad­nych je­go prze­ja­wach.

Agniesz­ka, ow­szem, by­ła. Nie po­su­nę­ła­by się jed­nak do na­zy­wa­nia te­go bzy­ka­niem. W ich wy­ko­na­niu – jej i no­ta­riu­sza – by­wa­ło to coś o wie­le wspa­nial­sze­go, pięk­niej­sze­go, nio­są­ce­go mnó­stwo emo­cji i za­koń­czo­ne­go nie­zwy­kłą fa­lą czu­ło­ści u oboj­ga.

Kil­ka ra­zy w sprzy­ja­ją­cych oko­licz­no­ściach Agniesz­ka za­sta­na­wia­ła się, w ja­kim stop­niu ja­kość ich wza­jem­nych kon­tak­tów (łóż­ko­wych) ma coś wspól­ne­go z ogól­nym po­zio­mem oso­bi­stym. W tym wy­kształ­ce­nia oraz kin­dersz­tu­by.

Czy oso­by, któ­re czy­ta­ły Owi­diu­sza, ale też Hła­skę i Ho­uel­le­be­cqa, i To­ma­sza Man­na, i Orzesz­ko­wą, mie­wa­ją lep­szy seks niż oso­by, któ­re nie czy­ta­ły?

Spy­ta­ła kie­dyś o zda­nie Je­rze­go, a on, ku jej wiel­kie­mu za­do­wo­le­niu, po­trak­to­wał za­gad­nie­nie jak naj­bar­dziej po­waż­nie.

– Są­dzę, że tak, ko­cha­nie – po­wie­dział, wsta­jąc z ka­na­py i de­mon­stru­jąc kom­plet mę­skich wdzię­ków. Agniesz­ka ko­cha­ła­by go rów­nież, gdy­by był nie­fo­rem­nym ko­nu­sem (Na­po­le­on, któ­re­go wiel­bi­ła, też był, no, po­wiedz­my, lek­ko­pół­śred­ni), cie­szy­ła się jed­nak, że jest wy­spor­to­wa­ny i ogól­nie przy­stoj­ny. – Zro­bię nam ka­wy, chcesz? I do­sy­pię ku­lek Ram­bu­sio­wi.

Ram­bo mach­nął po­gar­dli­wie ogo­nem.

Agniesz­ka mnie­ma­ła, że Je­rzy już się wy­po­wie­dział do koń­ca w te­ma­cie związ­ków sek­su i kin­dersz­tu­by z wy­kształ­ce­niem do kom­ple­tu, ale on przy­niósł jej ka­wę i za­mie­rzał kon­ty­nu­ować roz­mo­wę.

– My­ślę o tym, co po­wie­dzia­łaś. To bar­dzo po­waż­na spra­wa. Tyl­ko nie je­stem pe­wien, czy to dzia­ła w obie stro­ny…

– Co to zna­czy: w obie stro­ny?

Za­sta­no­wił się chwi­lę.

– To jest też kwe­stia oso­bo­wo­ści, na pew­no. Bo są lu­dzie, a znam kil­ka sztuk, któ­rzy prze­czy­ta­ją ca­łą li­te­ra­tu­rę świa­ta i nic im to nie da.

– Tę­pe głów­ki – pod­po­wie­dzia­ła Agniesz­ka, po­pi­ja­jąc ka­wę. By­ła świet­na. Ka­wa.

– Tę­pe głów­ki. Ale ich nie brał­bym pod uwa­gę w na­szych roz­wa­ża­niach. Sta­no­wią po­mył­kę przy­ro­dy. Po­zo­sta­li ma­ją, za­kła­da­my, pe­wien sto­pień wraż­li­wo­ści, in­te­li­gen­cji i tak da­lej. I te­raz, je­śli ma­ją tyl­ko to, mo­gą się z po­rad­ni­ków i te­le­wi­zji uczyć do­wol­nych tech­nik sek­su­al­nych, a osią­gną efek­ty zbli­żo­ne je­dy­nie do umie­jęt­ne­go uży­cia wi­bra­to­ra…

– Nie, je­śli ma­ją wraż­li­wość wro­dzo­ną, em­pa­tię i tak da­lej, no i ko­cha­ją part­ne­ra, to jed­nak bę­dzie chy­ba tro­chę le­piej…

– Tyl­ko tro­chę.

– Ju­rek, nie chcesz chy­ba po­wie­dzieć, że ta­ki wy­kształ­ciuch w łóż­ku my­śli so­bie: te­raz to ja ko­cham jak Ro­meo z lek­ką do­miesz­ką Otel­la plus odro­bin­ka d’Ar­ta­gna­na i pa­na An­drze­ja Kmi­ci­ca…

– Nie, nie, skąd­że. On te­go nie my­śli. Ale on MA w so­bie tro­chę Ro­mea i tro­chę Otel­la, i tych po­zo­sta­łych pa­nów, plus jesz­cze dok­tor Ra­vic i mój ulu­bio­ny Piotr Blo­od…

– Ju­rek! Ty i ka­pi­tan Blo­od?

– Oczy­wi­ście. Pa­mię­taj, że ka­pi­tan Blo­od był nie tyl­ko pi­ra­tem, ale i dżen­tel­me­nem. I po­tra­fił pięk­nie ko­chać… tę głu­pią gęś Ara­bel­lę.

– Je­rzy, czy ty chcesz po­wie­dzieć, że je­stem gę­sią?!

– Mój Bo­że, ni­g­dy by mi to do gło­wy nie przy­szło! Agniesz­ko, wła­ści­wie to już mi się nie chce teo­re­ty­zo­wać. Słu­chaj, ja czy­ta­łem te wszyst­kie lek­tu­ry obo­wiąz­ko­we i ty rów­nież. Mo­że spraw­dzi­my ich dzia­ła­nie na ży­wym przy­kła­dzie?

– Już w za­sa­dzie spraw­dza­li­śmy…

– Ale nie pod tym kon­kret­nym ką­tem, ko­cha­nie.

Ja­kiś czas póź­niej roz­ma­rzo­ny no­ta­riusz Brań­ski za­dał swo­jej pięk­nej i rów­nie roz­ma­rzo­nej ko­bie­cie py­ta­nie:

– Agniesz­ko, a dla­cze­go wła­ści­wie za­czę­łaś z tą ca­łą teo­rią li­te­ra­tu­ry?

Agniesz­ka usia­dła na po­dusz­ce, a oczy jej roz­bły­sły.

– My­śla­łam o wy­cho­wa­niu sek­su­al­nym w na­szej szko­le, ro­zu­miesz. Do ży­cia w ro­dzi­nie to raz, ale do mi­ło­ści i szczę­ścia to dwa… Wi­dzia­łeś kie­dy, że­by w szko­le uczy­li, jak być czło­wie­kiem szczę­śli­wym? Nie­ko­niecz­nie na przy­kła­dzie li­te­ra­tu­ry… oczy­wi­ście nie mam na my­śli za­jęć prak­tycz­nych…

Je­rzy z uda­wa­ną roz­pa­czą padł na tę sa­mą po­dusz­kę.

– Chry­ste Pa­nie! Oświad­czy­łem się wy­dzia­ło­wi oświa­ty!

 

 

Pa­ni Li­lian­na prze­cha­dza­ła się po sa­dzie i ro­bi­ła prze­gląd woj­ska. To, co wi­dzia­ła, nie na­pa­wa­ło jej opty­mi­zmem. Na ja­bło­niach wi­sia­ły jabł­ka, któ­rych nikt nie miał za­mia­ru zbie­rać, i grusz­ki, któ­rym by­ło prze­zna­czo­ne tu wi­sieć aż do sa­mo­bój­stwa przez upa­dek na gle­bę. Względ­nie do zje­dze­nia przez ro­ba­ki. Wy­so­kie za­ro­śla wsze­la­kich chwa­stów utrud­nia­ły po­ru­sza­nie się skru­pu­lat­nie swe­go cza­su wy­zna­czo­ny­mi alej­ka­mi. Po­krzy­wy i le­bio­dy mia­ły się świet­nie i roz­sie­wa­ły swo­bod­nie, gdzie tyl­ko chcia­ły. Z krza­ków opa­da­ły zwię­dłe gro­na po­rze­czek i owo­ce agre­stu, a li­ście na tych krza­kach zo­sta­ły do­kład­nie ogo­ło­co­ne przez nie­zna­ne­go wro­ga.

Pa­nią Li­lian­nę tra­fiał po­tęż­ny szlag. Z na­tu­ry by­ła go­spo­dar­na, a po­za tym do­sta­tecz­nie sta­ra, że­by pa­mię­tać po­wo­jen­ną bie­dę, kie­dy ta­ki sad z ty­lo­ma owo­ca­mi sta­no­wił­by ma­ją­tek. Dla­cze­go ta smęt­na amant­ka Edu­sia, ta ca­ła Mar­ce­li­na, nic z tym do­brem nie ro­bi? Bo w cią­gu ostat­nie­go ty­go­dnia, to jest od­kąd ma­ma Bro­ni­kow­ska za­miesz­ka­ła w Stol­cu, Mar­ce­li­na ani ra­zu nie wy­tknę­ła no­sa po­za ja­ko ta­ko upo­rząd­ko­wa­ne po­dwó­recz­ko. Sia­da­ła tam z ma­łą Krzy­sią i ba­wi­ła się z nią w ko­ci-ko­ci-łap­ci czy coś w tym gu­ście. Al­bo ma­ła ba­wi­ła się sa­ma, a jej mat­ka wbi­ja­ła tę­pa­wy wzrok w ko­jec có­recz­ki.

Krzy­sia jest mi­lut­ka, na­wia­sem mó­wiąc. Eduś mógł­by się po­sta­rać o wła­sne dziec­ko, pa­ni Li­lian­na chęt­nie zo­sta­ła­by bab­cią i na­wet od cza­su do cza­su (nie za czę­sto) go­to­wa by­ła­by nieść po­moc w wy­cho­wa­niu, a zwłasz­cza roz­piesz­cza­niu wnu­czę­cia. Tyl­ko czy na­praw­dę chcia­ła­by mieć wnu­czę od smęt­nej Mar­cel­ki?

Miał, osioł je­den, ład­ną i nie­kon­flik­to­wą Go­się (co praw­da tro­chę lal­ko­wa­tą i jak się do­brze przyj­rzeć, to nie­złą ego­ist­kę), to tak ją trak­to­wał, że na­wet ta aniel­ska (po­wiedz­my) dziew­czy­na nie wy­trzy­ma­ła. Nie chcia­ła sta­wać do kon­ku­ren­cji z cza­pla­mi, żu­ra­wia­mi i in­ny­mi pta­szy­ska­mi ta­pla­ją­cy­mi się w bło­cie. A głu­pi Eduś wo­lał ta­plać się w bło­cie ra­zem z cza­pla­mi. Ła­ził po mo­cza­rach i na­gry­wał pta­sie gło­sy. Mój Bo­że – pa­ni Li­lian­na nie­wie­le pa­skud­niej­szych dźwię­ków sły­sza­ła niż wrzask żu­ra­wi. Klan­gor, po­pra­wiał ją Eduś, ca­ły za­chwy­co­ny. Pro­szę bar­dzo, mo­że być klan­gor. Dla niej by­ło to skrzy­pie­nie że­la­znych za­wia­sów sta­rych wrót od sto­do­ły.

Sto­do­ła, czy ra­czej spo­ry bu­dy­ne­czek go­spo­dar­czy w ogro­dzie, by­ła tak sa­mo za­pusz­czo­na, jak ogród i jak dom. Bo naj­gor­sze oka­za­ło się, nie­ste­ty to, że dom jest za­pusz­czo­ny okrop­nie. Wpraw­dzie Mar­ce­li­na z grub­sza po­sprzą­ta­ła, ale by­ło wi­dać, że to tyl­ko śmie­ci za­mie­cio­ne pod dy­wan.

A Edu­sio­wi to od­po­wia­da…

Bzdu­ra. Eduś jest na­iw­ny jak dziec­ko i nie ma po­ję­cia o tym, że wy­brał so­bie ko­bie­tę nie­chluj­kę. Je­mu wy­star­czą po­zo­ry. Jak więk­szo­ści męż­czyzn!

Pa­ni Li­lian­na mia­ła okre­ślo­ne zda­nie na te­mat męż­czyzn. Na te­mat ko­biet rów­nież. Oso­ba, któ­ra pra­co­wa­ła w te­atrach ty­le lat co ona, po pro­stu mu­sia­ła wie­dzieć o ży­ciu wszyst­ko.

Za­czę­ła się za­sta­na­wiać, czy le­piej wy­gar­nąć Edu­sio­wi ca­łą praw­dę pro­sto w oczy, czy mo­że ra­czej za­sto­so­wać wy­ra­fi­no­wa­ną dy­plo­ma­cję i stop­nio­wo obrzy­dzić mu Mar­ce­li­nę. Na ra­zie jed­nak po­sta­no­wi­ła zle­cić mu za­ku­pie­nie stu… le­piej stu dwu­dzie­stu sło­ików z za­kręt­ka­mi ty­pu twist. Za­we­ku­je tro­chę tych ja­błek. I zro­bi grusz­ki w oc­cie. A resz­tę trze­ba dać ja­kie­muś do­mo­wi dziec­ka czy coś. Niech so­bie ze­rwą i zje­dzą, je­śli ma się zmar­no­wać!

 

 

– Słu­chaj­cie mnie wszy­scy! – za­in­to­no­wał dok­tor Grze­gorz Wroń­ski, bar­dzo dzi­siej­sze­go wie­czo­ru ele­ganc­ki i dość wzru­szo­ny, choć mi­strzow­sko wzru­sze­nie ma­sku­ją­cy. W rę­ce trzy­mał kie­li­szek fran­cu­skie­go szam­pa­na, z któ­re­go we­so­lut­ko ula­ty­wa­ły bą­bel­ki.

– Słu­chaj­cie mnie, o wil­cy! – nie wy­trzy­ma­ła Mi­cha­li­na, rów­nie ele­ganc­ka jak Grze­gorz i rów­nież z kie­lisz­kiem w dło­ni.

– Sza­nuj­cie wiek po­de­szły! – za­bu­czał No­el i wszy­scy tro­je prych­nę­li nie­po­wstrzy­ma­nym śmie­chem.

– Wszy­scy czy­ta­li­śmy „Księ­gę dżun­gli”! – Grze­gorz pierw­szy prze­stał się śmiać i upił ły­czek szam­pa­na. – Na­sze zdro­wie. Ale i tak mam wam coś do po­wie­dze­nia.

– Za­wsze ce­ni­łem ten prze­kład – za­uwa­żył No­el. – Ma mnó­stwo wdzię­ku, jak zresz­tą wszyst­kie je­go tłu­ma­cze­nia.

– Czy­je, ta­to? – Mi­cha­li­na oka­za­ła nie­ja­ką igno­ran­cję.

– Bir­ken­ma­je­ra, dziec­ko. Jó­ze­fa Bir­ken­ma­je­ra. A kro­ko­dyl z Mug­ger Ghaut wo­łał o po­sza­no­wa­nie wie­ku sę­dzi­we­go. Na wszel­ki wy­pa­dek czy­nię to sa­mo.

– My­śla­łeś, że chce­my ci ja­koś uchy­bić? – za­in­te­re­so­wał się Grze­gorz.

– Ta­to, ja pa­mię­tam kro­ko­dy­la, tyl­ko nie pa­mię­ta­łam Bir­ken­ma­je­ra. Ale ja też chcę wam coś po­wie­dzieć.

– To nie bę­dzie ła­twe mał­żeń­stwo – mruk­nął Grze­gorz. – By­łem pierw­szy. Jed­nak ustę­pu­ję ko­bie­cie i przy­szłej żo­nie.

Obaj pa­no­wie wpa­trzy­li się z nie­skry­wa­ną mi­ło­ścią i ukon­ten­to­wa­niem w Mi­cha­li­nę, któ­ra za­kwi­ta­ła ja­ko ta ró­ża na koń­cu sto­łu.

– Chło­pa­ki – po­wie­dzia­ła czu­le. – Ko­cham was bar­dzo.

– My cię też – od­par­li obaj zgod­nie.

– To ja już mo­gę? – spy­tał z na­dzie­ją Grze­gorz.

– Nie, nie. To był tyl­ko wstęp. A me­ri­tum mo­je­go wy­stą­pie­nia za­sa­dza się na czymś zu­peł­nie in­nym. Grze­siu, za­ła­twi­łam nam ślub ko­ściel­ny… bez uprzed­nich kur­sów przy­go­to­waw­czych. Ksiądz Hie­ro­nim. Znasz go. Obie­cał, że nas… te­go… po­bie­rze. Ta­to, ksiądz Hie­ro­nim to ten ksiądz z ho­spi­cjum. Opo­wia­da­łam ci.

– Pa­mię­tam. Mó­wi­łaś, że bar­dzo do­rzecz­ny. Cie­szę się. Ja je­stem star­szym czło­wie­kiem i jest mi ja­koś przy­jem­nie, kie­dy mo­ja cór­ka za­kła­da praw­dzi­wą ro­dzi­nę. Z mę­żem, dziec­kiem, do­mem i ślu­bem. Kie­dy mam od­dać frak do czysz­cze­nia?

– Pod ko­niec mie­sią­ca ja­koś. To już nie­dłu­go. Ale chy­ba zro­bi­my wszyst­ko bez­fra­ko­wo, co, Grze­siu? Tyl­ko naj­bliż­si przy­ja­cie­le i ro­dzi­na.

– Nie bę­dzie to tłum, zga­dza się. Dla mnie naj­waż­niej­sze jest, że­byś ty by­ła, no i No­el, bo oj­ciec mu­si cię po­pro­wa­dzić do oł­ta­rza…

– No wła­śnie. Jesz­cze nie wiem tyl­ko, w ja­kim ko­ście­le bę­dzie ten ślub, ksiądz nie umiał mi po­wie­dzieć, kie­dy z nim roz­ma­wia­łam.

Grze­gorz uśmiech­nął się sze­ro­ko.

– A mnie już umiał…

Mi­cha­li­na zro­bi­ła wiel­kie oczy.

– Roz­ma­wia­łeś z nim? I nic mi nie po­wie­dzia­łeś?

– Ty też mi nie po­wie­dzia­łaś, kot­ku. Chcia­łem ci zro­bić nie­spo­dzian­kę. Tak sa­mo jak ty mnie. Ty wpa­dłaś na ten po­mysł pierw­sza. Kie­dy ja go do­pa­dłem, już miał ko­ściół za­ła­twio­ny. Zgad­nij gdzie.

– Nie zgad­nę. Nie męcz mnie!

– W Karsz­nie. Chcesz wziąć ze mną ślub w Karsz­nie?

– Chcę wziąć z to­bą ślub wszę­dzie. Co to jest Karsz­no?

– Ten ma­lut­ki ko­śció­łek przed No­wym Warp­nem, ko­ja­rzysz?

Mi­cha­li­na po­my­śla­ła chwi­lę i na­gle przy­po­mnia­ła so­bie.

– Karsz­no! Wiem! Ma­ły ko­śció­łe­czek w krza­kach! Ry­glów­ka, pru­ski mur! Grze­siu! Pew­nie, że chcę! Jak on na to wpadł, ten ksiądz Hie­ro­nim, cza­ro­dziej?

– Nie opo­wia­da­łaś mu ni­g­dy, jak jeź­dzi­li­śmy do No­we­go Warp­na? No­elu, to zna­czy, chcia­łem po­wie­dzieć, te­ściu pra­wie… Nie mo­żesz te­go wie­dzieć, ale ja ją tam pierw­szy raz po­ca­ło­wa­łem. I je­dli­śmy tam ro­sół z lesz­cza… Mniej wię­cej rok te­mu. Mi­siu, a gdy­by zro­bić ślub­ne przy­ję­cie w ba­rze Ar­gus?

– Ma­ma do­sta­nie sza­łu…

– Dla­cze­go ma­ma ma do­stać sza­łu? – za­cie­ka­wił się oj­ciec.

– Bo to na­praw­dę ma­lut­ki bar w bocz­nej ulicz­ce mia­stecz­ka na koń­cu świa­ta. Ta­to, by­łeś tam kie­dyś?

– W No­wym Warp­nie? By­łem. Ja­kieś sto lat te­mu. Nie pa­mię­tam nic.

– Bo tam nie ma nic do pa­mię­ta­nia, nie­ste­ty. Kie­dyś tam by­ły pla­że, re­stau­ra­cje, stat­ki wy­ciecz­ko­we, a po woj­nie wszyst­ko znisz­czo­no. Ja­kiś czas pły­wa­ły stat­ki mię­dzy No­wym Warp­nem a Sta­rym, czy­li Al­twarp w Ener­dów­ku, wiesz, głów­nie po to, że­by moż­na by­ło zro­bić za­ku­py wol­no­cło­we. Urwa­ło się, jak we­szli­śmy do Unii. Ja uwa­żam, że to świet­ny po­mysł, że­by zro­bić przy­ję­cie we­sel­ne w tym ba­rze. Zje­my ro­sół, po ryb­ce al­bo pie­ro­gi, wła­ści­ciel­ki upie­ką cia­sto… Kur­czę, bę­dzie ślub stu­le­cia. Grze­siu?

– Je­stem za. Ten szam­pan już się pra­wie ugo­to­wał. Two­je zdro­wie, Mi­siu.

 

 

Pa­ni Bo­że­na Ko­nik-Hart, oczy­wi­ście, do­sta­ła sza­łu.

– Ja nie wiem, któ­ry z nich ma na cie­bie gor­szy wpływ – sy­cza­ła na­stęp­ne­go dnia przy póź­nym obie­dzie, kie­dy Mi­cha­li­na wró­ci­ła z pra­cy. – Ten twój dok­tor ni­by po­waż­ny czło­wiek, bo wia­do­mo, że No­el sta­ry i głu­pi, ale że­by dok­tor brał ślub w ja­kimś ko­ściół­ku na koń­cu świa­ta! Oni się, wi­dzę, do­ga­da­li. Ja ci mó­wię, Mi­cha­li­no, ru­de to fał­szy­we i ro­bisz ten sam błąd, co ja zro­bi­łam wie­le lat te­mu…

– Ja też je­stem ru­da – za­uwa­ży­ła Mi­cha­li­na po­god­nie. Myśl o ry­chłym ślu­bie z dok­tor­kiem mia­ła na nią wpływ zde­cy­do­wa­nie ko­ją­cy.

– Ko­bie­ty to co in­ne­go – prych­nę­ła wzgar­dli­wie jej mat­ka. – Ru­dy fa­cet to ru­dy fa­cet. Mi­cha­li­no, ja, two­ja mat­ka, żą­dam od cie­bie, że­byś nie ule­ga­ła ta­kim idio­tycz­nym na­mo­wom. Ma­my w Dą­biu du­ży, po­rząd­ny ko­ściół, w Pod­ju­chach, al­bo jak wo­lisz, sank­tu­arium na Sło­necz­nym; pro­szę bar­dzo, tam bę­dzie god­ny ślub. I tam się wszy­scy zmiesz­czą spo­koj­nie.

– Ma­mo, to nie jest tak, że ule­głam na­mo­wom. Ja się bar­dzo ucie­szy­łam, bo to ślicz­ny ko­śció­łek, zo­ba­czysz.

– Ale sa­ma mó­wisz, że ma­lut­ki i że tam się nikt nie zmie­ści!

– A kto ma się zmie­ścić?

– Ca­ła ro­dzi­na – oświad­czy­ła god­nie mat­ka. – Twoi wuj­ko­wie i ciot­ki.

– Prze­cież ja nie mam wuj­ków i cio­tek. Ma­mo, za­po­mnia­łaś, że by­łaś je­dy­nacz­ką?

– Mam bra­ci i sio­stry cio­tecz­ne! W ca­łej Pol­sce! Cór­ki i sy­no­wie mo­jej ciot­ki Zdzi­si i ciot­ki Bal­bin­ki, i wuj­ka Fran­ka!

– Ma­mo, prze­cież ni­g­dy nie utrzy­my­wa­li­śmy z ni­mi żad­nych kon­tak­tów…

– No i wła­śnie ślub w ro­dzi­nie to jest oka­zja do na­wią­za­nia kon­tak­tów!

– Ma­mo, pro­szę. Za­po­mnij. Z ro­dzi­ny ty i oj­ciec. Ro­dzi­ce i młod­szy brat Grze­go­rza przy­ja­dą z Fran­cji. Kur­czę, coś mi przy­szło do gło­wy! Trze­ba bę­dzie ich zwi­zy­to­wać, oni miesz­ka­ją w Pro­wan­sji!

– Nie za­my­dlaj mi oczu Pro­wan­sją! – wark­nę­ła mat­ka. – Nie zga­dzam się na two­je idio­tycz­ne po­my­sły!

Mi­cha­li­na po­my­śla­ła z za­do­wo­le­niem, że ja­kiś czas te­mu, wca­le nie tak daw­no, sku­li­ła­by się pod tym wście­kłym spoj­rze­niem i zro­bi­ła wszyst­ko, że­by mat­kę za­do­wo­lić. A te­raz – nic. Ze­ro stra­chu. Ze­ro te­go okrop­ne­go nie­po­ko­ju. Ze­ro dła­wie­nia w gar­dle i ści­ska­nia w żo­łąd­ku. Sam spo­kój i ła­god­ność pły­ną­ca gdzieś spod ser­ca. Mo­że to nie tyl­ko świa­tły wpływ Grze­go­rza, ale i świa­do­mość ist­nie­nia Grze­sio­we­go dzie­ciacz­ka?… Ach, dzie­ciacz­ka! A mo­że strze­lić w ma­mu­się dzie­ciacz­kiem?

– Ma­mo, pro­szę, miej wzgląd na two­je­go pierw­sze­go wnu­ka i nie rób mi scen – rze­kła naj­ła­god­niej­szym gło­sem, na ja­ki by­ło ją stać. – Nie po­win­nam się stre­so­wać, bo to ma wpływ na dziec­ko, jak za­pew­ne wiesz.

W mat­kę jak­by pio­run strze­lił. Sta­ra­ła się, że­by Mi­cha­li­na nic po niej nie po­zna­ła, ale bar­dzo wy­cze­ki­wa­ła te­go wnucz­ka. Snu­ła na­wet cał­kiem nie­zwy­kłe jak na nią ma­rze­nia o tym, jak bę­dzie ma­łe­mu – a mo­że dziew­czy­necz­ce ma­lut­kiej?! – po­ka­zy­wa­ła świat, dom, las, drze­wa – li­stek po list­ku, traw­ka po traw­ce.

Za­czer­wie­ni­ła się jak pi­wo­nia i zdu­si­ła w so­bie to, co jej się ci­snę­ło na usta.

– Ja nie chcę mieć wiel­kie­go ślu­bu, ma­mo. Nie chcę te­go ca­łe­go za­mie­sza­nia. Tyl­ko naj­bliż­si. Ci, któ­rych to na­praw­dę ob­cho­dzi.

Mi­cha­li­na nie po­wie­dzia­ła mat­ce, że nie­chęć do wiel­kich ce­re­mo­nii po­wzię­ła daw­no te­mu, kie­dy szła do pierw­szej ko­mu­nii, a mat­ka zro­bi­ła z te­go nie­praw­do­po­dob­ny cyrk – z fal­ba­nia­stą su­kien­ką, dia­de­mem na gło­wie, bia­ły­mi rę­ka­wicz­ka­mi z ko­ron­ki, ban­kie­tem dla wszyst­kich psiap­sió­łek i ko­le­ża­nek z pra­cy… swo­ich, ma się ro­zu­mieć. Mi­sia zmu­szo­na by­ła uczest­ni­czyć w tym ban­kie­cie i ca­ły czas umie­ra­ła ze stra­chu, że­by nie po­bru­dzić su­kien­ki al­bo rę­ka­wi­czek. Mat­ka za­bro­ni­ła ich zdej­mo­wać i bied­na dziew­czyn­ka od­mó­wi­ła zje­dze­nia ka­wał­ka tor­tu, cho­ciaż mia­ła na nie­go ta­ką wiel­ką ocho­tę. Nie wie­dzia­ła jed­nak, jak się do te­go za­brać, i wo­la­ła uda­wać, że jest jej nie­do­brze. Zresz­tą na­praw­dę by­ło jej wte­dy nie­do­brze.

O nie. Ni­g­dy wię­cej. Jej ślub – i to z Grze­siem, kur­czę, ja­kie ona mia­ła szczę­ście, że on na nią po­le­ciał!… Jej ślub to bę­dzie sa­mo faj­ne.

Trze­ba zwo­łać nad­zwy­czaj­ne ze­bra­nie Klu­bu i omó­wić z dziew­czy­na­mi szcze­gó­ły.

 

 

– Jak to, pa­ni Mar­ce­lin­ko – za­świer­go­ta­ła z au­ten­tycz­nym zdu­mie­niem ma­ma Bro­ni­kow­ska znad stu dwu­dzie­stu sło­ików cze­ka­ją­cych grzecz­nie na dże­my, kon­fi­tu­ry i pi­kle. – Nie pie­cze pa­ni w ogó­le cia­sta na przy­ję­cie go­ści?

Mar­ce­li­na wzru­szy­ła ra­mio­na­mi. Na spo­tka­nie or­ga­ni­za­cyj­ne Klu­bu w zu­peł­no­ści wy­star­czą duń­ska ro­la­da z kre­mem i duń­skie kru­che cia­stecz­ka z pusz­ki, któ­rych dwa mie­sią­ce te­mu ku­pi­ła nie­zły za­pa­sik. W pusz­kach się nie psu­ją.

– Pa­nie ma­ją ja­kąś or­ga­ni­za­cję? – drą­ży­ła pa­ni Li­lian­na. – Klub ko­biet? Ko­le­ża­nek ze szko­ły? Czy to mo­że „Na­sza kla­sa”? Och, już wiem! Przy­po­mnia­łam so­bie! Eduś mi kie­dyś opo­wia­dał, ta­ka śmiesz­na na­zwa, ale on po­znał te pa­nie i mó­wił, że są bar­dzo sym­pa­tycz­ne. Jed­na chcia­ła go za­strze­lić z dez­odo­ran­tu. To te sa­me?

– Te sa­me – mruk­nę­ła nie­chęt­nie Mar­ce­li­na. – Klub Ma­ło Uży­wa­nych Dzie­wic. To żart, ta na­zwa.

– Nie wy­obra­żam so­bie, że mo­gło­by być ina­czej – prych­nę­ła ma­ma B., lek­ko już po­iry­to­wa­na nie­mra­wo­ścią sy­no­wej. O mat­ko! Jesz­cze nie sy­no­wej i oby ni­g­dy nie! In­na rzecz, Eduś chy­ba się do niej przy­wią­zał… Cie­ka­we, czy da­ło­by się go od­wią­zać?

Pa­ni Li­lian­na miesz­ka­ła w Stol­cu już dwa ty­go­dnie i zdą­ży­ła za­ob­ser­wo­wać to i owo. Smęt­na don­na Mar­ce­la na­bie­ra­ła ener­gii w obec­no­ści jej pier­wo­rod­ne­go (i je­dy­ne­go) Edu­sia, ten zaś w jej to­wa­rzy­stwie za­kwi­tał. Pa­ni Li­lian­na nie ro­zu­mia­ła, dla­cze­go on nie wi­dzi, że Mar­ce­la jest za­ka­mu­flo­wa­nym flej­tu­chem i me­lan­cho­licz­ką, któ­ra głów­nie uda­je en­tu­zjazm… i z ko­lei dla­cze­go do Mar­ce­li­ny nie do­cie­ra, że je­mu bar­dziej cho­dzi o wikt i opie­ru­nek w bez­po­śred­niej bli­sko­ści błot i mo­cza­rów niż o praw­dzi­wy, peł­no­krwi­sty zwią­zek z ko­bie­tą.

A mo­że nie chcie­li być prze­sad­nie spo­strze­gaw­czy? Mo­że uzna­li obo­je, że pa­su­ją do sie­bie? W ta­kim ra­zie nie na­le­ża­ło­by prze­szka­dzać.

Ale czy mat­ka mo­że pa­trzeć spo­koj­nie, jak jej syn mar­nu­je so­bie ży­cie z nie­od­po­wied­nią ko­bie­tą?

Trze­ba do­kład­niej ro­ze­znać spra­wę, a na ra­zie wy­rę­czyć ny­gu­skę i upiec cho­ciaż cia­sto z owo­ca­mi…

– Zro­bię tar­tę z jabł­ka­mi – oświad­czy­ła, na co Mar­ce­la tyl­ko kiw­nę­ła obo­jęt­nie gło­wą. – I mo­że droż­dżo­we ze śliw­ka­mi. Te wę­gier­ki z koń­ca sa­du są fan­ta­stycz­ne. Mu­szę po­pro­sić Edu­sia o ko­lej­ne sło­je, trze­ba usma­żyć po­wi­dła.

– Już pa­ni sma­ży­ła – zdzi­wi­ła się Mar­ce­li­na.

– Ma­ło. Mnó­stwo owo­ców się zmar­nu­je.

– Ale kto to zje?

– My zje­my. Eduś, pa­ni, ja. Krzy­sia przede wszyst­kim bę­dzie lu­bi­ła. A jak nie zje­my wszyst­kie­go, co zro­bię, to od­dam ko­muś. Pa­ni przy­ja­ciół­kom. Al­bo do do­mu dziec­ka. Ach! – wy­krzyk­nę­ła, aż Mar­ce­la pod­sko­czy­ła. – Grusz­ki w czer­wo­nym wi­nie! Też zro­bię!

Mar­ce­la uzna­ła, że ma­ma Edu­sia chy­ba lu­bi­ła ba­wić się w dom i nie wy­ba­wi­ła do koń­ca w dzie­ciń­stwie. Nie mia­ła za­mia­ru jej prze­szka­dzać, niech so­bie bab­cia pich­ci, jak chce.

W re­zul­ta­cie przy­by­wa­ją­ce in gre­mio Dzie­wi­ce zo­sta­ły za­sko­czo­ne nie­sły­cha­ny­mi wprost za­pa­cha­mi, któ­re owio­nę­ły je, gdy tyl­ko we­szły do sie­ni.

– Mar­ce­la! Wra­casz do for­my! Zno­wu za­czę­łaś piec cia­sto!

– To nie są skle­po­we za­pa­chy!

– Przy­wio­zły­śmy sto­sow­ne wi­no, patrz! – Agniesz­ka wy­cią­ga­ła pę­ka­tą flasz­kę. – To zna­czy, mam na­dzie­ję, że sto­sow­ne. Ni­g­dy nie pi­łam por­to i chcia­łam spró­bo­wać.

Z kuch­ni wy­chy­nę­ła gło­wa z wło­sa­mi we wszyst­kich moż­li­wych ko­lo­rach. Spod pa­sia­stej grzyw­ki wy­ła­nia­ła się twarz nie­wąt­pli­wie le­ci­wa. By­stre oczka, ład­nie uma­lo­wa­ne, do­ko­na­ły bły­ska­wicz­ne­go prze­glą­du go­ści.

– Pa­ni po­zwo­li, pa­ni Li­lu – po­wie­dzia­ła Mar­ce­li­na jak­by nie­chęt­nie. – To mo­je przy­ja­ciół­ki. Pa­ni Li­lian­na Bro­ni­kow­ska. Te cia­sta… to pa­ni.

– Ma­ma Bro­ni­ka – ucie­szy­ła się im­pul­syw­nie Mi­cha­li­na. – Bar­dzo nam przy­jem­nie. Ja się na­zy­wam Mi­cha­li­na Hart.

– Dzi­dzia w dro­dze? Gra­tu­lu­ję! – Ma­ma Bro­ni­kow­ska uści­snę­ła rę­kę Mi­cha­li­nie, któ­rą od ra­zu oce­ni­ła po­zy­tyw­nie;   na pod­sta­wie fry­zu­ry: pięk­nych, ciem­no­ru­dych lo­ków, do­sko­na­le ostrzy­żo­nych. Nie jest rze­czą ła­twą po­ra­dzić so­bie z wło­sa­mi, któ­re się krę­cą, bo one za­wsze idą tam, gdzie chcą. Tu ktoś wy­ko­rzy­stał ich na­tu­ral­ne ten­den­cje i po mi­strzow­sku je wy­mo­de­lo­wał, tak że uwy­dat­nił lek­ko wy­sta­ją­ce ko­ści po­licz­ko­we i wy­ra­zi­sty uśmiech. To mu­si być do­bra dziew­czy­na, szko­da, że już ją ktoś zła­pał.

– Dzię­ku­ję – od­rze­kła Mi­cha­li­na, lek­ko zdu­mio­na. – Prze­cież nic nie wi­dać! Mar­ce­la po­wie­dzia­ła, że je­stem w cią­ży?

– Ja za­wsze wiem, kie­dy ko­bie­ta jest w cią­ży – oznaj­mi­ła try­um­fal­nie pa­ni Li­lian­na. – A pa­ni jest ja­kąś dy­rek­tor­ką? Biz­ne­słu­men?

– Tra­fi­ła pa­ni – ro­ze­śmia­ła się Agniesz­ka, któ­ra nie mo­gła wzro­ku ode­rwać od ko­lo­ro­wej czu­pry­ny star­szej da­my. – Jed­no i dru­gie. Ale dy­rek­tor­ka szko­ły. Na­uczy­ciel­ka.. Za­wsze pa­ni wie, kie­dy ko­bie­ta jest biz­ne­słu­men? To tak jak z tą cią­żą?

– Nie, to głów­nie po wło­sach – od­rze­kła star­sza da­ma po­zor­nie bez sen­su. – Świet­na fry­zu­ra, praw­dzi­wy szyk. I no­si ją pa­ni bar­dzo ład­nie. A że na­uczy­ciel­ka, to wca­le nie prze­szka­dza, że ko­bie­ta in­te­re­su. Pa­ni mu­si być bar­dzo zde­cy­do­wa­na. Na­da­je się pa­ni na dy­rek­to­ra.

– To ja też po­pro­szę o szyb­ką psy­cho­ana­li­zę – ode­zwa­ła się Ali­na. – Na­zy­wam się Ali­na Gro­sik. I kto ja je­stem?

– Po­lka ma­ła – mruk­nę­ła pa­ni Bro­ni­kow­ska. – Z pa­nią nie pój­dzie mi tak ła­two. Pa­ni jest ta­jem­ni­cza. Ale jak tak pa­trzę na pa­nią, to­bym po­wie­dzia­ła: opie­kun­ka. Nie wiem, kim się pa­ni opie­ku­je, ale sta­wia­ła­bym wła­śnie na to. Ma pa­ni ła­god­ne wło­sy.

Ko­le­żan­ki spoj­rza­ły na sie­bie na­wza­jem i skon­cen­tro­wa­ły się na gło­wie Ali­ny.

Coś w tym by­ło. Sa­me by na to nie wpa­dły, ale te­raz, kie­dy usły­sza­ły tę dziw­ną de­fi­ni­cję, wi­dzia­ły wy­raź­nie: Ali­na mia­ła ła­god­ne wło­sy. Ciem­ne, pra­wie czar­ne, gę­ste, pół­dłu­gie, na­tu­ral­nie spły­wa­ją­ce na ra­mio­na.

– Ja bym je odro­bin­kę przy­cie­nio­wa­ła… Chce pa­ni, to mo­że­my od ra­zu.

– Pa­ni to po­tra­fi? – spy­ta­ła Ali­na z odro­bin­ką po­wąt­pie­wa­nia. Za tę fry­zu­rę za­pła­ci­ła pra­wie dwie stó­wy. I rze­czy­wi­ście, nie bar­dzo śmia­ła po­wie­dzieć mi­strzo­wi, do któ­re­go cze­ka­ła w ko­lej­ce pół­to­ra mie­sią­ca, że efekt nie­spe­cjal­nie ją za­chwy­cił.

– Ca­łe ży­cie by­łam fry­zjer­ką w te­atrze – za­śmia­ła się ma­ma Edu­sia, a Dzie­wi­ce zro­zu­mia­ły w tym mo­men­cie fe­no­men jej ko­lo­ro­wych wło­sów. – Wszyst­ko po­tra­fię. A z tą opie­kun­ką tra­fi­łam? Opie­ku­je się pa­ni kimś?

– Cho­ry­mi dzieć­mi.

– No wi­dzi pa­ni. To co, tnie­my?

Ali­na po­czu­ła na­głą sym­pa­tię dla wy­raź­nie zwa­rio­wa­nej star­szej pa­ni, w któ­rej pod­ma­lo­wa­nych oczkach kry­ły się we­so­lut­kie iskier­ki, zna­mio­nu­ją­ce oso­by ko­cha­ją­ce za­ba­wę (cza­sa­mi kosz­tem bliź­nich). A je­śli ko­biet­ka zro­bi z niej masz­ka­ro­na?

To trud­no.

No risk, no fun!

Chy­ba Mi­cha­li­na ją na­uczy­ła te­go po­wie­dzon­ka. A mo­że ktoś in­ny? Nie­waż­ne.

– Tnie­my. Te­raz czy po­tem?

– Te­raz, te­raz! Eduś za­pro­si pa­nie do sto­łu, po­da cia­sto, kaw­kę, po­ga­da­cie so­bie o tym ślu­bie pa­ni Mi­si, a my tym­cza­sem szyb­ciut­ko po­pra­wi­my te­go pa­pra­ka, co się do pa­ni do­brał! Siądź­my w mo­im po­ko­ju, tam jest od­po­wied­nie lu­stro!

Pro­szę, bab­cia ma tem­po!

Ma­ma Bro­ni­kow­ska po­sa­dzi­ła Ali­nę przed to­a­let­ką z trój­dziel­nym lu­strem, z szu­fla­dy wy­cią­gnę­ła kil­ka róż­nych par no­ży­czek i za­bra­ła się do dzie­ła, nie ba­wiąc się w ta­kie dro­bia­zgi jak zwil­ża­nie wło­sów. Ali­na ze zdu­mie­niem pa­trzy­ła, jak w cią­gu kil­ku mi­nut jej twarz na­bra­ła zu­peł­nie in­ne­go wy­ra­zu – nie tra­cąc wro­dzo­nej ła­god­no­ści, sta­ła się we­sel­sza i bar­dziej otwar­ta.

– Coś po­dob­ne­go – po­wie­dzia­ła ze szcze­rym uzna­niem. – Ależ pa­ni jest ar­tyst­ką!

Pa­ni Li­lian­na z głę­bo­kim za­do­wo­le­niem za­kła­pa­ła no­życz­ka­mi tuż przed no­sem za­fa­scy­no­wa­nej klient­ki.

– Bar­dzo do­bry efekt! – za­chi­cho­ta­ła. – Bar­dzo! Wie­dzia­łam. Tyl­ko wie pa­ni, pa­ni Alu… mo­gę tak do pa­ni mó­wić, praw­da? Ja bym po­szła na ca­łość. Za­ry­zy­ku­je pa­ni?

– Co to zna­czy „na ca­łość”? Na ły­so?

– Na ły­so nie, ale na kró­cej. No, na cał­kiem krót­ko. Ja pa­ni mó­wię. To co, je­dzie­my da­lej?

Ali­na w pierw­szej chwi­li się za­wa­ha­ła, jed­nak po se­kun­dzie pod­ję­ła de­cy­zję.

– Je­dzie­my, pa­ni Li­lu. Nie wiem, co pa­ni chce ze mnie zro­bić, ale za­ry­zy­ku­ję. Na pa­ni od­po­wie­dzial­ność.

– Oczy­wi­ście, że na mo­ją! Od­mło­dzę pa­nią o dzie­sięć lat!

– Na­wet pięć mi ro­bi…

Kie­dy kwa­drans póź­niej obie pa­nie wcho­dzi­ły do po­ko­ju, gdzie to­wa­rzy­stwo za­że­ra­ło się wy­pie­ka­mi pa­ni Bro­ni­kow­skiej, po­wi­tał je zbio­ro­wy okrzyk za­chwy­tu i za­sko­cze­nia. Ali­na mia­ła te­raz gó­ra trzy­dzie­ści lat i ge­ne­ral­nie by­ła mło­dą dziew­czy­ną, przed któ­rą świat stoi otwo­rem! Naj­gło­śniej wo­ła­ła Mi­cha­li­na, do­ma­ga­jąc się na­tych­mia­sto­we­go strzy­że­nia. Lecz tu ma­ma Bro­ni­kow­ska sta­now­czo od­mó­wi­ła.

– Nie te­raz. Pa­ni ma bar­dzo do­brą gło­wę i ja jej nie bę­dę ru­szać. Na wio­snę zro­bię pa­nią na kró­ciut­ko, a te­raz niech tak zo­sta­nie. Mo­gę pa­nią ucze­sać na ślub, chce pa­ni?

– Ja­sne, że chcę. A co mi pa­ni zro­bi?

Pa­ni Li­lian­na obej­rza­ła ją fa­cho­wym okiem.

– Ko­czek. Na kocz­ku to­czek. Spod kocz­ka lo­czek. Ma­ła wo­al­ka. Al­bo nie. To do pa­ni nie pa­su­je. To pa­nią Agniesz­kę bym tak wi­dzia­ła. Oczy­wi­ście bez locz­ka. Pa­nią ina­czej. Tro­chę po­de­pnę, ale niech wło­sy opa­da­ją swo­bod­nie. I na tym ka­pe­lu­tek w sty­lu lat dwu­dzie­stych. Z wo­al­ką.

– Ja my­śla­łam, że­by cał­kiem skrom­nie…