Matka wszystkich lalek - Monika Szwaja - ebook
Wydawca: Sol Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2011

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 475 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka dostępny w abonamencie „Legimi bez limitu+” w aplikacji Legimi z:

Androida
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Czas: 13 godz. 31 min

Ebooka przeczytasz na:

e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Matka wszystkich lalek - Monika Szwaja

 

„Matka Wszystkich Lalek” to książka, w której Monika Szwaja opisała losy dwóch kobiet, różniących się właściwie wszystkim, od wieku począwszy. Jedna z nich, córka polsko-bretońskiego małżeństwa dobiega trzydziestki i właśnie dowiaduje się, że niezupełnie jest osobą, za którą dotąd się uważała. Druga również przez wiele lat przeżywała kłopoty z własną identyfikacją spowodowane bezwzględnością drugiej wojny światowej. Obie muszą sobie jakoś poradzić z nową wiedzą o sobie i swoim pochodzeniu. Nie jest to wcale łatwe, zwłaszcza w przypadku osoby, której w dzieciństwie zmieniono tożsamość i połączono to z regularnym praniem mózgu. Takich rzeczy nie przeżywa się bezkarnie.

Monika Szwaja, jak zwykle, pisze o kobietach, które nie gubią się na zakrętach rzeczywistości... a jeśli nawet czasem się zagubią, to starają się odnaleźć drogę do samych siebie. Potrafią myśleć, walczyć, pracować, kochać i cieszyć się życiem.

Czytając "Matkę Wszystkich Lalek" przeniesiemy się na małą, skalistą wysepkę u wybrzeża magicznej krainy - Bretanii, a także w polskie Karkonosze, również posiadające własną magię i niezaprzeczalny urok, tak dobrze znany wielu z nas.

Opinie o ebooku Matka wszystkich lalek - Monika Szwaja

Fragment ebooka Matka wszystkich lalek - Monika Szwaja


www.wydawnictwosol.pl

Copyright © Monika Szwaja 2011

www.monikaszwaja.pl

Redakcja:

Elżbieta Tyszkiewicz

Okładka:

Leszek Żebrowski

 

Warszawa 2012

ISBN 978-83-62405-68-8

Wydawca:

Wydawnictwo SOL
Monika Szwaja Mariusz Krzyżanowski

05-600 Grójec, Duży Dół 2a
wydawnictwo@wydawnictwosol.pl

ePub Redakcja techniczna:

Ilona Dominik Trzebińscy Du Châteaux
atelier@duchateaux.pl

Opowieść z wielką przyjemnością dedykuję Pani Bogusi Stachurskiej, prawdziwej pielęgniarce z Daru Młodzieży wspaniałej Osobie, która jest żywym dowodem na to, że zawsze można pójść nową drogą, znaleźć nowe horyzonty, barwnie przeżyć kawałek czasu, jaki został nam dany.

 

Wstęp,
którym autorka uprawia prywatę

Tak się przy­pad­ko­wo zło­ży­ło, że za­rys tej po­wie­ści osta­tecz­nie do­pra­co­wa­łam na po­kła­dzie fre­ga­ty Dar Mło­dzie­ży, pod­czas ubie­gło­rocz­nych (2010) re­gat wiel­kich ża­glow­ców. Książ­kę wy­my­ślo­ną na­le­ży jesz­cze na­pi­sać oto traf chciał, że nie uda­ło mi się jej za­cząć wcze­śniej niż la­tem te­go (2011) ro­ku, znów na po­kła­dzie mo­je­go uko­cha­ne­go ża­glow­ca pod­czas Tall Ships’ Ra­ces. Na dy­stan­sie Szcze­cin Gre­enock Szko­cji He­bry­dy Sze­tlan­dy Sta­van­ger Nor­we­gii Halm­stad Szwe­cji po­wsta­ła mniej wię­cej po­ło­wa ca­łej hi­sto­rii. Resz­tę na­pi­sa­łam już do­mu, ale wciąż ob­ra­zem mo­rza stat­ków ty­le gło­wy co, mam na­dzie­ję, nie wpły­nę­ło ne­ga­tyw­nie na całość…

Na Da­rze, naj­pięk­niej­szym ze stat­ków, do­świad­czy­łam praw­dzi­wej życz­li­wo­ści (tu spe­cjal­ne uści­ski dla tych, co mnie na He­bry­dach szkoc­kim desz­czu bo­ha­ter­sko tasz­czy­li ze zwa­rio­wa­nej dmu­cha­nej łód­ki na śli­ski trap Da­ru!), wi­dzia­łam praw­dzi­we pięk­no mo­rza, ża­gli ludz­kiej pra­cy. War­to­ści ta­kich prze­żyć nie da się przecenić.

Chy­ba pi­sa­nie ko­lej­nej książ­ki od ra­zu za­pla­nu­ję na przy­szło­rocz­ne regaty...

na ra­zie dzię­ku­ję naj­ser­decz­niej jak po­tra­fię Pa­nu Ko­men­dan­to­wi Bia­łej Fre­ga­ty, Ka­pi­ta­no­wi ż.w. Ar­tu­ro­wi Kró­lo­wi, Pa­nu In­ten­den­to­wi Ry­szar­do­wi Kwiat­kow­skie­mu, Pa­nu Mi­cha­ło­wi wszyst­kim człon­kom da­ro­wej za­ło­gi. Ży­czę Wam, ko­cha­ni, szczę­ścia sil­nych wia­trów za­wsze wszędzie.

Pa­nie: Ka­się Mu­szyń­ską Ba­się Ro­gal­ską Dzia­łu Ar­ma­tor­skie­go Aka­de­mii Mor­skiej Gdy­ni po­zdra­wiam rów­nie serdecznie.

Ani Ja­śmi­nie, wspa­nia­łym dziew­czy­nom, dzię­ku­ję za bez­cen­ne, wstęp­ne kon­sul­ta­cje jesz­cze morzu…

 

te­raz po­dzię­ko­wa­nia lą­do­we gór­skie nizinne:

Pa­ni Ali­cji Ad­went, zna­ko­mi­tej ar­ty­st­ce, dzię­ku­ję za in­spi­ra­cje „dru­ciar­skie”, Pa­ni An­nie Ma­zoń za „biżuteryjne”.

Pań­stwu Ja­dwi­dze Ta­de­uszo­wi Ku­tom dzię­ku­ję za Te­atr Nasz i Amerykę

Pa­nu Ju­liu­szo­wi Na­umo­wi­czo­wi dzię­ku­ję za wpro­wa­dze­nie cza­ro­dziej­ski świat ka­mie­ni minerałów…

Pa­ni Ol­dze Dan­ko, mo­jej kar­ko­no­skiej Przy­ja­ciół­ce, dzię­ku­ję za wę­drów­ki dolnośląskie…

Pa­ni Ani Hen­ry, mo­jej Ko­le­żan­ce Kla­sy, dzię­ku­ję za wę­drów­ki bretońskie…

Matka wszystkich lalek

Po­stać ge­nial­nej kraw­co­wej He­dwig de­dy­ku­ję pa­mię­ci mo­jej uko­cha­nej, sza­lo­nej, nie­ży­ją­cej już cio­ci Ady, a nie­zwy­kłej za­głę­biow­skiej aku­szer­ki, bab­ci He­li – pa­mię­ci mo­jej bab­ci Fran­cisz­ki.

 

 

Cla­ire Pier­ret­te Au­tret nie­mal od uro­dze­nia wy­glą­da­ła na dziec­ko nie­ślub­ne. Za­rów­no jej oj­ciec – Vin­cent Au­tret, Bre­toń­czyk dum­ny ze swe­go po­cho­dze­nia, jak i mat­ka, Ewa z do­mu Sto­biec­ka (o wie­le mniej dum­na ze swe­go) by­li wy­so­ki­mi bru­ne­ta­mi o kar­na­cji jak­by na­tu­ral­nie opa­lo­nej. Ich pier­wo­rod­na cór­ka mia­ła wło­sy bar­wy spło­wia­łe­go zło­ta, mlecz­ną ce­rę i pie­gi, a przy tym nie wy­ro­sła po­za metr pięć­dzie­siąt sześć. Fi­gu­rę, jak na fran­cu­skie wy­ma­ga­nia, mia­ła ra­czej peł­ną, co nie zna­czy, że by­ła gru­ba. Skąd ta­ki ma­ły od­mień­czyk w ro­dzi­nie? – za­sta­na­wia­no się do­bro­tli­wie. I do­cho­dzo­no do je­dy­nie moż­li­we­go wnio­sku, że za­pew­ne po ja­kichś ciot­kach z li­nii mat­ki. Jej młod­sza sio­stra, Ma­rian­ne, wy­bu­ja­ła, szczu­pła i ciem­na, trzy­ma­ła już ro­dzin­ne stan­dar­dy.

Cla­ire, zwa­na też cza­sem Ku­lecz­ką, pod­nio­sła sza­ro­zie­lo­ne oczy znad włócz­ki oraz dru­tów, spoj­rza­ła w okno i skrzy­wi­ła z nie­sma­kiem pięk­nie wy­kro­jo­ne, acz trosz­kę nie­sy­me­trycz­ne usta.

Nad Atlan­ty­kiem zbie­ra­ły się ciem­ne chmu­ry, a na oło­wia­nej wo­dzie po­ja­wia­ły się co­raz więk­sze bia­łe grzy­wy. W wy­so­ki fa­lo­chron bi­ły fa­le przy­pły­wu, pod­no­sząc w gó­rę pie­ni­ste roz­bry­zgi. Wy­glą­da­ło na to, że wczo­raj­sza pro­gno­za po­go­dy się spraw­dzi. Bę­dzie sztorm.

Cla­ire ko­cha­ła oce­an, ale nie lu­bi­ła sztor­mów. Ba­ła się ich. Kie­dyś, daw­no, jej bre­toń­ska bab­cia Pier­ret­te opo­wia­da­ła czte­ro­let­niej wów­czas dziew­czyn­ce hi­sto­rię o tym, jak to oce­an za­lał ca­łą wy­spę. Ca­lut­ką. Ko­bie­ty i dzie­ci ze­bra­ły się na ko­ściel­nej dzwon­ni­cy (męż­czyź­ni chy­ba się tam już nie zmie­ści­li…), a ksiądz na wszel­ki wy­pa­dek dał wszyst­kim roz­grze­sze­nie.

In ar­ti­cu­lo mor­tis – mó­wi­ła bab­cia Pier­ret­te, prze­wra­ca­jąc ze zgro­zy ocza­mi. – W ob­li­czu śmier­ci – tłu­ma­czy­ła, do­da­jąc za­raz po­tem, że śmierć jed­nak nie na­de­szła. – Ale miesz­kań­cy wy­spy dwa dni z drże­niem ser­ca cze­ka­li na to, czy oce­an od­stą­pi, czy nie.

– Gdy­by nie od­stą­pił, to co? – py­ta­ła ma­ła Cla­ire, wstrzy­mu­jąc od­dech.

– To lu­dzie by się po­to­pi­li – od­po­wia­da­ła bab­cia, wzdy­cha­jąc. – Szczę­śli­wie oce­an za­brał swo­je wo­dy i po­szedł precz. Nie­da­le­ko, jak wi­dzisz, dzie­cin­ko. Jest tuż obok ca­ły czas.

– I mo­że nas za­lać? – Cla­ire na­tych­miast wy­cią­ga­ła pra­wi­dło­we wnio­ski i umie­ra­ła z prze­ra­że­nia, a jej bab­cia za­zwy­czaj w tym mo­men­cie orien­to­wa­ła się, że wy­stra­szy­ła wnucz­kę okrop­nie.

– A skąd, ma­leń­ka! Patrz, ja­kie ma­my wy­so­kie fa­lo­chro­ny, ja­kie po­tęż­ne! Ża­den oce­an nie da im ra­dy! Chodź­my do kuch­ni, zro­bię spe­cjal­nie dla cie­bie ga­let­te z ma­słem i cu­krem!

Skru­szo­na bab­cia, prze­kli­na­jąc swo­ją skle­ro­zę – ileż ra­zy przy­rze­ka­ła so­bie nie opo­wia­dać wię­cej wnucz­ce o tym wy­da­rze­niu sprzed stu lat z okła­dem! – pę­dzi­ła do kuch­ni, prze­ga­nia­ła z niej tych, któ­rzy ak­tu­al­nie tam się znaj­do­wa­li, i sma­ży­ła ja­sno­brą­zo­wy, chru­pią­cy na­le­śnik z mą­ki gry­cza­nej. Sma­ro­wa­ła go ma­słem, po­sy­py­wa­ła cu­krem i po­da­wa­ła Cla­ire, ob­ser­wu­jąc bacz­nie, czy uko­cha­na wnu­sia prze­sta­je się wresz­cie trząść.

Pod ko­niec na­le­śni­ka Cla­ire w isto­cie po­zor­nie wra­ca­ła do rów­no­wa­gi. Bab­cia opo­wie­dzia­ła jej tę dra­ma­tycz­ną hi­sto­rię w su­mie ja­kieś czte­ry, mo­że pięć ra­zy. To wy­star­czy­ło, że­by utrwa­lić w dziew­czyn­ce oba­wę przed gro­zą oce­anu.

Ja­ko z na­tu­ry opa­no­wa­na i dziel­na osób­ka, Cla­ire sta­ra­ła się nie po­ka­zy­wać po so­bie, jak bar­dzo się boi. Wła­ści­wie moż­na po­wie­dzieć, że przy­wy­kła do te­go stra­chu. Dwa­dzie­ścia osiem lat na mi­kro­sko­pij­nej wy­sep­ce oto­czo­nej burz­li­wy­mi wo­da­mi Bi­ska­jów da­je pew­ną wpra­wę w od­gry­wa­niu dziel­ne­go zu­cha.

Ano wła­śnie. Od­gry­wa­niu. Ten sta­ry, dzie­cin­ny strach wciąż w niej sie­dział i ni­g­dy nie dał się tak cał­kiem prze­go­nić.

Moż­na jed­nak by­ło sta­rać się ja­koś go za­głu­szyć.

Cla­ire mia­ła na to swo­je wy­pró­bo­wa­ne spo­so­by. Przede wszyst­kim na­le­ża­ło za­jąć się czymś. Tym czymś za­zwy­czaj by­ła pra­ca. Na co dzień Cla­ire uczy­ła ma­te­ma­ty­ki w miej­sco­wym gim­na­zjum – ak­tu­al­nie uczęsz­cza­ło tam ośmio­ro uczniów, nie by­ła więc ja­koś spe­cjal­nie za­wa­lo­na szkol­ną ro­bo­tą. Mia­ła czas na coś, co lu­bi­ła o wie­le bar­dziej niż wbi­ja­nie dzie­cia­kom do głów pra­wi­deł kró­lo­wej na­uk. By­ły to ro­bót­ki dzie­wiar­skie oraz wy­rób bi­żu­te­rii.

Wła­ści­wie nie ma chy­ba ko­bie­ty, któ­ra choć raz w ży­ciu nie za­li­czy­ła­by przy­go­dy z dru­ta­mi, szy­deł­kiem i róż­no­ko­lo­ro­wą włócz­ką. Ja­kieś swe­ter­ki, ka­mi­zel­ki, a przy­naj­mniej pro­ste sza­li­ki. Po­dob­nie ma się spra­wa z wła­sno­ręcz­nie na­wle­czo­ny­mi ko­ra­li­ka­mi, wi­sior­kiem zro­bio­nym z in­ne­go wi­sior­ka, któ­ry się roz­le­ciał, czy prze­rób­ki kol­czy­ków na bar­dziej lub mniej ozdob­ne.

To, co ro­bi­ła Cla­ire w za­kre­sie dzie­wiar­stwa i ju­bi­ler­stwa, nie mia­ło jed­nak nic wspól­ne­go z ama­tor­ski­mi pró­ba­mi. Cla­ire two­rzy­ła ar­cy­dzie­ła. Ob­szer­ne płasz­cze, swe­try i ka­mi­ze­le przy­po­mi­na­ją­ce go­be­li­ny – by­ły na nich li­ście i kwia­ty al­bo pa­wie ogo­ny, al­bo ca­łe mia­sta i wio­ski, fa­le oce­anu, la­tar­nie mor­skie, ło­dzie bre­toń­skich ry­ba­ków. Sprze­da­wa­ła je za po­śred­nic­twem In­ter­ne­tu – mia­ła swo­ją stro­nę, ostat­nio co­raz czę­ściej od­wie­dza­ną, coś w ro­dza­ju in­ter­ne­to­wej ga­le­rii. Po­ka­zy­wa­ła tam nie tyl­ko wła­sne wy­ro­by dzie­wiar­skie, ale i bi­żu­te­rię. Wi­sio­ry, kol­czy­ki, bran­so­let­ki. Ze sre­bra al­bo brą­zu. Z pół­sz­la­chet­ny­mi ka­mie­nia­mi – ko­cha­ła zwłasz­cza zie­leń i błę­kit mie­nią­cych się jak oce­an w słoń­cu la­bra­do­ry­tów, ale też sło­necz­nie zło­ty, prze­zro­czy­sty cy­tryn. Cza­sem wy­ko­rzy­sty­wa­ła lżej­sze ka­mycz­ki z pla­ży, ma­łe tu­tej­sze oto­cza­ki, zwa­ne jak na­le­śni­ki, ga­let­tes (choć to ra­czej ka­mycz­ki by­ły pierw­sze). Mia­ła nie­wiel­ką pra­cow­nię na pię­ter­ku ro­dzin­ne­go do­mu, z oknem, czy ra­czej okien­kiem, wy­cho­dzą­cym na Atlan­tyk. Oj­ciec, któ­ry za nią prze­pa­dał i był sza­le­nie dum­ny z jej ta­len­tów, pod­śmie­wał się do­bro­dusz­nie, na­zy­wa­jąc ją elek­tro­nicz­ną ar­tyst­ką. Rze­czy­wi­ście, nie tyl­ko sprze­da­wa­ła w In­ter­ne­cie, ale i ca­łe za­opa­trze­nie w sprzęt, włócz­ki, na­rzę­dzia ju­bi­ler­skie, krusz­ce, mi­ne­ra­ły za­ła­twia­ła w sie­ci.

Oby­dwie umie­jęt­no­ści przy­wio­zła Cla­ire z Ren­nes, gdzie swe­go cza­su stu­dio­wa­ła na wy­dzia­le na­uk ści­słych uni­wer­sy­te­tu. Na­wia­sem mó­wiąc, by­ły to je­dy­ne la­ta w jej ży­ciu cał­ko­wi­cie wol­ne od pod­skór­ne­go stra­chu przed oce­anem.

Oczy­wi­ście, na uni­wer­sy­te­cie nie uczo­no jej ani ro­bó­tek na dru­tach, ani ju­bi­ler­stwa.

Pierw­sze po­ka­za­ła jej mat­ka przy­ja­ciół­ki z ro­ku. Ma­da­me Ma­ri­von Du­lac by­ła za­pa­lo­ną „dru­ciar­ką” – ubie­ra­ła się wy­łącz­nie w suk­nie, swe­try i spód­ni­ce wła­snej pro­duk­cji. Mia­ła do te­go świet­ną fi­gu­rę – by­ła szczu­pła i wy­so­ka. Nie­du­ża i kul­ko­wa­ta Cla­ire z dzia­nin mo­gła bez­kar­nie no­sić wy­łącz­nie swe­try i ka­mi­ze­le. Tyl­ko pierw­sza ka­mi­zel­ka, któ­rą zro­bi­ła dla Je­an­ne, cór­ki ma­da­me, by­ła jed­no­barw­na. Wpra­wiw­szy się w róż­nych ście­gach i dzie­wiar­skich sztucz­kach, Cla­ire za­czę­ła łą­czyć ko­lo­ry. Ma­da­me Ma­ri­von te­go nie ro­bi­ła. Teo­rię zna­ła do­sko­na­le, lecz zbyt skom­pli­ko­wa­ne wzo­ry nie wy­cho­dzi­ły jej za do­brze i na ogół po­prze­sta­wa­ła na szla­chet­nej, geo­me­trycz­nej pro­sto­cie. Kwa­dra­ty, pro­sto­ką­ty in­nych ko­lo­rów, ob­ra­mo­wa­nia – i star­czy. Z ca­łą życz­li­wo­ścią prze­strze­ga­ła więc Cla­ire przed mno­że­niem barw. Oka­za­ło się jed­nak nie­ba­wem, że dla dziew­czy­ny jest to po pro­stu buł­ka z ma­słem. Za­ba­wa. Dru­ty śmi­ga­ły w ma­łych dło­niach, a do­ko­ła ro­sły zwa­ły róż­no­ko­lo­ro­wych włó­czek.

– One cię ko­cha­ją! – po­wie­dzia­ła kie­dyś ma­da­me z po­dzi­wem.

– Kto mnie ko­cha? – nie zro­zu­mia­ła Cla­ire.

Ma­da­me za­ma­cha­ła rę­ka­mi.

– Dru­ty cię ko­cha­ją! Włócz­ka cię ko­cha! Patrz, na­wet ci się nie plą­cze! No tak, masz zdol­no­ści ma­te­ma­tycz­ne, te wszyst­kie ob­li­cze­nia to dla cie­bie dro­biazg, a ja za­wsze za­po­mi­nam o ja­kichś oczkach al­bo ro­bię o jed­no za du­żo… Mój Bo­że, jak pięk­nie ci to wy­cho­dzi! Czu­ję, że bę­dę kie­dyś z cie­bie dum­na i bę­dę wszyst­kim opo­wia­da­ła, że to ja cię na­uczy­łam pierw­sze­go ście­gu! Już je­stem dum­na. Cla­ire, czy to co wi­dzę, to da­chy do­mów?

Cla­ire ski­nę­ła gło­wą.

– To bę­dzie mia­stecz­ko. Głów­nie na ple­cach, ale na przo­dy też wcho­dzi wzór. Nie­du­że mia­stecz­ko, ta­kie jak Au­dier­ne al­bo coś w tym ro­dza­ju.

– Mnie to przy­po­mi­na ra­czej Do­uar­ne­nez – orze­kła ze znaw­stwem ma­da­me i ro­ze­śmia­ła się. – Ta rze­ka na do­le i ten most. Po­win­naś jesz­cze wro­bić ten sta­ry la­tar­nio­wiec, któ­ry tam stoi… Och, nie­waż­ne. Prze­cież to ta­ka syn­te­za mia­stecz­ka. Moż­na zo­ba­czyć, co się chce. Pięk­ne, na­praw­dę pięk­ne. Po­każ le­wą stro­nę!

Te­raz Cla­ire się ro­ze­śmia­ła i po­ka­za­ła le­wą stro­nę ro­bo­ty. Nic się nie plą­ta­ło. Ma­da­me po­trzą­snę­ła gło­wą z po­dzi­wem.

– Nie wie­rzę. Ni­g­dy w ży­ciu nie zro­bi­łam tak po­rząd­nie ni­cze­go. Ni­cze­go, po­wia­dam. To jest two­ja dru­ga pró­ba? Mój Bo­że, to ja­ka bę­dzie trze­cia?

– Trze­cia bę­dzie dla pa­ni – obie­ca­ła Cla­ire, bar­dzo za­do­wo­lo­na z po­chwa­ły. – Chce pa­ni mia­stecz­ko czy mo­że wiel­kie mia­sto, ta­kie z ka­te­drą, al­bo ja­kąś przy­ro­dę? Ja bym pa­nią wi­dzia­ła w ko­lo­ro­wych li­ściach.

– To zrób mi je­sień, ko­cha­na. Dasz ra­dę? Bo dom­ki to jed­nak ką­ty pro­ste… Nie, co ja mó­wię! Oczy­wi­ście, że dasz ra­dę. Mo­je przy­ja­ciół­ki osza­le­ją!

– Naj­pierw osza­le­ją przy­ja­ciół­ki Je­an­ne – pod­su­mo­wa­ła roz­mo­wę Cla­ire, chi­cho­cząc pod no­sem.

Rze­czy­wi­ście. Po kil­ku ty­go­dniach skoń­czy­ła Mia­stecz­ko, za­bra­ła przy­ja­ciół­ce tam­tą, nie­zu­peł­nie do­kład­nie zro­bio­ną, ka­mi­ze­lę (za­mie­rza­ła ją spruć, że­by nie pa­trzyć na wła­sne błę­dy) i po­da­ro­wa­ła jej no­wiut­kie wdzian­ko. Po­ło­wa stu­den­tek uni­wer­sy­te­tu w Ren­nes do­sta­ła go­rącz­ki spo­wo­do­wa­nej zdro­wą ko­bie­cą za­zdro­ścią. Po na­stęp­nych kil­ku ty­go­dniach przy­ja­ciół­ki ma­da­me Ma­ri­von do­sta­ły do­kład­nie ta­kiej sa­mej go­rącz­ki na wi­dok Mie­dzia­nej Je­sie­ni. Ma­da­me prze­far­bo­wa­ła wło­sy na ru­do, że­by zga­dzać się ko­lo­ry­stycz­nie ze swo­im im­po­nu­ją­cym okry­ciem. Tak jak prze­wi­dzia­ła to Cla­ire, jej mi­strzy­ni wy­glą­da­ła osza­ła­mia­ją­co.

– Czu­ję się jak kró­lo­wa – wy­zna­ła au­tor­ce płasz­cza, ob­ra­ca­jąc się przed lu­strem. – Cho­ciaż nie wiem, czy kró­lo­we ubie­ra­ły się w go­be­li­ny.

– Ra­czej wie­sza­ły je na ścia­nach – od­rze­kła, śmie­jąc się, Cla­ire. – Pa­ni ma fan­ta­stycz­ną fi­gu­rę, mo­głam so­bie za­sza­leć.

– Nie mam po­ję­cia, jak po­ra­dzi­łaś so­bie ze zli­cza­niem tych wszyst­kich oczek. Prze­cież to ol­brzy­mia dzia­ni­na, nie wiem, hek­tar chy­ba…

– Oczka to nic. Ale pod ko­niec ro­bo­ty ta­ka pro­za­icz­na rzecz, jak przy­trzy­ma­nie te­go wszyst­kie­go… to jest do­pie­ro wy­zwa­nie.

– No wła­śnie! A ty masz ta­kie ma­łe rącz­ki! Jak da­jesz ra­dę?

– Si­łą wo­li i cha­rak­te­ru. Wy­obra­żam so­bie te okrzy­ki za­chwy­tu i ja­koś idzie.

Ma­da­me po­czu­ła się w obo­wiąz­ku na­tych­mia­sto­we­go wy­da­nia kil­ku­na­stu ko­lej­nych okrzy­ków za­chwy­tu, po czym za­pro­po­no­wa­ła Cla­ire, że jej za­pła­ci.

Dziew­czy­na po­krę­ci­ła gło­wą.

– Nie ma mo­wy. Pa­ni mnie na­uczy­ła ro­bić na dru­tach i to jest po­dzię­ko­wa­nie. Po­za tym jest pa­ni dla mnie jak dru­ga ma­ma… kie­dy mia­łam gry­pę, pa­ni się o mnie tak trosz­czy­ła… Jed­nym sło­wem, mo­wy nie ma. Chy­ba że on się pa­ni nie po­do­ba, to mo­gę za­brać…

– Osza­la­łaś, dziec­ko, z kre­te­sem! To naj­pięk­niej­sza rzecz, ja­ką mia­łam w ży­ciu!

Ma­da­me tro­chę się jak­by za­po­wie­trzy­ła, a po se­kun­dzie bły­snę­ła ocza­mi i ude­rzy­ła dło­nią w stół.

– Coś mi przy­szło do gło­wy – za­wia­do­mi­ła Cla­ire. – Ten dom za­wsze był spo­ry, a po śmier­ci mo­je­go Ni­co­la­sa jest za du­ży na nas dwie. Gdy­byś chcia­ła za­miesz­kać z na­mi, za­pra­szam cię ser­decz­nie. Chy­ba że wo­lisz kam­pus.

Cla­ire nie wo­la­ła kam­pu­su. Był du­ży, gwar­ny i nie­co nad­mier­nie we­so­ły, a ona ko­cha­ła spo­kój. Dom Je­an­ne i jej mat­ki bar­dzo lu­bi­ła i z przy­jem­no­ścią prze­sia­dy­wa­ła u obu pań. Nie mia­ła jed­nak pew­no­ści, czy wy­pa­da jej przyj­mo­wać ta­ką pro­po­zy­cję.

Ma­da­me za­uwa­ży­ła jej wa­ha­nie na­tych­miast i mach­nę­ła rę­ką.

– Bez skru­pu­łów, mo­ja dro­ga. Za­wsze chcia­łam mieć dwie cór­ki, ale Ni­co­las dał mi jed­ną i umarł. Swo­ją dro­gą, co za iro­nia! To ko­bie­ty umie­ra­ją przy po­ro­dzie. Męż­czy­zna ma obo­wią­zek żyć i ko­bie­tę wspie­rać. Oraz wła­sne dziec­ko.

– Ale prze­cież mąż pa­ni nie umarł przy po­ro­dzie…

Ma­da­me pod­nio­sła do gó­ry zie­lo­ne oczy w oto­cze­niu kil­ku od­cie­ni brą­zu i po­ki­wa­ła gło­wą nad lo­sem wła­snym i swe­go mę­ża Ni­co­la­sa. Po­tem spoj­rza­ła na Cla­ire i nie­ocze­ki­wa­nie wy­buch­nę­ła śmie­chem.

– Mój Bo­że, wła­śnie że umarł przy po­ro­dzie… Nie po­win­nam się śmiać i przez dłu­gie la­ta się nie śmia­łam, tyl­ko pła­ka­łam, ale prze­cież on do­kład­nie to zro­bił! Umarł przy po­ro­dzie, ty­le że mo­im. Do­stał za­wa­łu i padł jak ścię­ty kwiat! A mó­wi­łam, że to idio­tycz­ne, do­pusz­czać męż­czy­znę do asy­sto­wa­nia przy po­ro­dzie wła­snej żo­ny. Jesz­cze pę­po­wi­nę zdą­żył prze­ciąć i po­wie­dział: „Mo­ja ko­cha­na Je­an­ne, mo­ja naj­mil­sza có­recz­ka”. I ko­niec. Po mę­żu! Do­sta­łam ta­kie­go szo­ku, że bied­na Je­an­ne mu­sia­ła się cho­wać na sztucz­nych od­żyw­kach za­miast na mat­czy­nym mle­ku! Po­mi­ja­jąc to, że wca­le nie mia­ła być Je­an­ne, tyl­ko Tri­sta­na. Nie po bab­ce Ni­co­la­sa, tyl­ko po mo­jej. Je­an­ne mia­ła być dru­ga. No i nie zdą­żył mi tej dru­giej dać!

Cla­ire nie bar­dzo wie­dzia­ła, czy mo­że się śmiać, czy po­win­na za­cho­wać po­wa­gę, ale spoj­rza­ła na chi­cho­czą­cą ma­da­me i nie wy­trzy­ma­ła. Po chwi­li obie wy­cie­ra­ły za­łza­wio­ne oczy.

– Prze­pra­szam – za­czę­ła Cla­ire, ale ma­da­me tyl­ko mach­nę­ła rę­ką.

– Nie prze­pra­szaj, bo nie ma za co. Za­sta­nów się spo­koj­nie, czy wo­lisz swój okrop­ny kam­pus, czy po­miesz­kasz te kil­ka lat z na­mi, i daj mi znać, co zde­cy­do­wa­łaś. Nie spiesz się. Że­byś nie ża­ło­wa­ła. Cho­ciaż prze­cież w każ­dej chwi­li mo­gła­byś się wy­pro­wa­dzić, gdy­by coś ci nie pa­so­wa­ło.

Ale Cla­ire już czu­ła, że się nie wy­pro­wa­dzi, bo kie­dy się wpro­wa­dzi, wszyst­ko jej bę­dzie pa­so­wa­ło. Nie­wiel­ki bia­ły do­mek ze stro­mym da­chem po­kry­tym ciem­no­sza­rą da­chów­ką, oto­czo­ny nie­zbyt du­żym ogród­kiem, po­do­bał jej się od chwi­li, kie­dy Je­an­ne po raz pierw­szy za­pro­si­ła ją na obiad do swo­jej ma­my. Stał przy Rue de Hyl, two­rzą­cej jak­by jed­ną du­żą pę­tlę i dwie mniej­sze wi­szą­ce na ogon­kach… tak to w każ­dym ra­zie wy­glą­da­ło na pla­nie mia­sta. Dom stał przy koń­cu ogon­ka śred­niej z trzech pę­tli. Na do­le miał sa­lon, kuch­nię, ła­zien­kę i po­kój ma­da­me, gó­ra po­dzie­lo­na by­ła na dwa po­ko­je z man­sar­do­wy­mi okna­mi. Je­den z nich zaj­mo­wa­ła Je­an­ne, dru­gi peł­nił funk­cję go­ścin­ne­go.

No więc za­go­ści­ła w nim Cla­ire i prze­miesz­ka­ła tam ca­łe czte­ry la­ta. Je­an­ne by­ła za­chwy­co­na to­wa­rzy­stwem przy­ja­ciół­ki, ma­da­me Ma­ri­von rów­nież. W cza­sie aka­de­mic­kich wa­ka­cji lo­ka­tor­ka ustę­po­wa­ła miej­sca let­ni­kom, a sa­ma wra­ca­ła na swo­ją wy­spę.

Na kam­pu­sie de Be­alieu od­ża­ło­wa­no ja­koś znik­nię­cie śred­nio to­wa­rzy­skiej dziew­czy­ny. Był jed­nak ktoś, kto nie mógł od­ża­ło­wać.

Hervé Lo­us­saut, rów­no­la­tek Cla­ire i jej przy­ja­ciel od dzie­ciń­stwa (na wy­spie miesz­kał w do­mu tuż obok), stu­dio­wał w Ren­nes in­for­ma­ty­kę. W prze­ci­wień­stwie do swo­jej od­wiecz­nej kum­pel­ki do­stał od na­tu­ry w pre­zen­cie na­praw­dę nad­zwy­czaj­ną uro­dę. Je­śli ktoś pa­mię­ta, jak wy­glą­dał Ala­in De­lon w mło­do­ści, to już wie, jak wy­glą­dał Hervé. Kto De­lo­na nie znał, niech zaj­rzy do In­ter­ne­tu, a do­wie się. Ko­bie­tom po­le­ca­my szcze­gól­nie.

Za­sad­ni­czą róż­ni­cą mię­dzy prze­pięk­nym De­lo­nem a prze­pięk­nym Hervé by­ło to, że ten pierw­szy był (w każ­dym ra­zie na zdję­ciach) za­wsze po­chmur­ny, a je­go młod­szy so­bo­wtór za­zwy­czaj uśmie­chał się ła­god­nie. Moż­na by­ło przy­pusz­czać, że jest odro­bi­nę ga­mo­niem – i rze­czy­wi­ście, tro­chę nim był, ale je­go uro­da z re­gu­ły nie po­zwa­la­ła (zwłasz­cza ko­bie­tom) w to uwie­rzyć.

Pod­ko­chi­wać się w Cla­ire Hervé za­czął ja­kieś dwa la­ta przed ma­tu­rą, ale wro­dzo­na nie­śmia­łość nie po­zwo­li­ła mu się ujaw­nić. Był o krok od prze­ła­ma­nia tej nie­śmia­ło­ści, kie­dy po­ja­wi­ła się przed ni­mi per­spek­ty­wa roz­sta­nia. Ale kie­dy się oka­za­ło, że bę­dą stu­dio­wać na tym sa­mym uni­wer­sy­te­cie i miesz­kać na tym sa­mym kam­pu­sie, ka­mień spadł mu z ser­ca i po­sta­no­wił jesz­cze za­cze­kać z ak­tem od­wa­gi. Po­za tym – my­ślał so­bie – mo­że nie­spo­dzie­wa­nie w tym tłu­mie dziew­czyn spo­tkam ko­goś, kto spra­wi, że mi­łość do Cla­ire oka­że się po­mył­ką… co wte­dy?

Jak do­tąd jed­nak nikt po­dob­ny się Hervé nie ob­ja­wił. By­ły, ow­szem, dziew­czy­ny pięk­niej­sze, ale mil­szej nie by­ło ani jed­nej. W każ­dym ra­zie we­dług je­go kry­te­riów. Kie­dy Cla­ire wy­pro­wa­dzi­ła się z kam­pu­su, Hervé po­czuł się obrzy­dli­wie osa­mot­nio­ny. Po­sta­no­wił uma­wiać się z nią jak naj­czę­ściej – do ki­na, na spa­ce­ry, do ulu­bio­nej przez stu­den­tów kre­pe­rii, czy­li knajp­ki na­le­śni­ko­wej, gdzie­kol­wiek!

Nie­ste­ty, Cla­ire już wpa­dła w szpo­ny dru­ciar­skie­go na­ło­gu i bied­ny Hervé miał ją dla sie­bie (w sen­sie je­dy­nie ko­le­żeń­skim!) o wie­le rza­dziej, niż­by chciał. Pa­ra­dok­sal­nie – im rza­dziej ją wi­dy­wał, tym bar­dziej się do niej przy­wią­zy­wał.

Któ­re­goś dnia po­sta­no­wił nie­co za­cie­śnić za­ży­łość, ja­ka łą­czy­ła ich od dzie­ciń­stwa. Nie, nie po­my­ślał jesz­cze o zmia­nie nie­win­ne­go cha­rak­te­ru owej za­ży­ło­ści – jak już wspo­mi­na­li­śmy, był trosz­kę ga­mo­niem. Po­czuł na­to­miast ka­te­go­rycz­ny im­pe­ra­tyw na­ka­zu­ją­cy mu ofia­ro­wa­nie Cla­ire ja­kie­goś pięk­ne­go pre­zen­tu. Po kil­ku kon­sul­ta­cjach z ko­le­żan­ka­mi z ro­ku był go­tów do czy­nu.

Bied­ny Hervé! Nie przy­pusz­czał, że szla­chet­ne za­mia­ry ob­ró­cą się prze­ciw nie­mu.

Ba! Gdy­by przy­pusz­czał, ra­czej ofia­ro­wał­by jej ko­ra­li­ki z pla­sty­ku!

W dniu uro­dzin Cla­ire za­pro­sił ją do roz­kosz­nej ka­fej­ki w po­bli­żu uni­wer­sy­te­tu i za­mó­wiw­szy ka­wę, lo­dy oraz bia­łe wi­no, po­da­ro­wał jej wi­sior z oksy­do­wa­ne­go sre­bra, z zie­lo­no po­ły­sku­ją­cym la­bra­do­ry­tem w środ­ku. Wi­sior miał kształt li­ścia je­sio­nu i w su­mie był dość pro­sty. Ale w swej pro­sto­cie prze­pięk­ny.

– O ma­mo, ja­ki on ślicz­ny – wy­szep­ta­ła Cla­ire z na­boż­nym po­dzi­wem. – Hervé, dzię­ku­ję ci, je­steś ko­cha­ny. Skąd wy­trza­sną­łeś ta­kie cu­do?

– Ty też je­steś ko­cha­na. Skąd wy­trza­sną­łem cu­do? Mia­łem ci nie mó­wić i uda­wać ta­jem­ni­cze­go, ale wiesz, że nie po­tra­fię. Ta­ki je­den to ro­bi, na­wet nie­da­le­ko. Ma pra­cow­nię ju­bi­ler­ską, ra­zem z oj­cem. Oj­ciec ro­bi ja­koś ina­czej, sta­ry­mi me­to­da­mi, coś mi mó­wi­li, ale za­po­mnia­łem. A syn rzeź­bi ta­kie, o, jak wi­dzisz. Dziew­czy­ny mnie tam za­pro­wa­dzi­ły, z mo­je­go wy­dzia­łu.

– On ma jesz­cze in­ne?

– A co, chcesz za­mie­nić?

– Osza­la­łeś. Chcę zo­ba­czyć te­go wię­cej!

Go­dzi­nę póź­niej He­rvé po­my­ślał z nie­ja­kim ża­lem, że na je­go wi­dok oczy Cla­ire ni­g­dy tak nie błysz­cza­ły. A prze­cież był o ty­le przy­stoj­niej­szy od ma­łe­go, pę­ka­te­go sy­na ju­bi­le­ra, któ­ry te­raz pu­szył się jak praw­dzi­wy ga­lij­ski ko­gut, po­ka­zu­jąc ocza­ro­wa­nej dziew­czy­nie wi­sio­ry, bran­so­le­ty i pier­ścion­ki, a każ­dy – trze­ba mu to by­ło przy­znać, nie­ste­ty! – każ­dy był ma­łym dzie­łem sztu­ki. Mia­ły swo­je na­zwy (moc­no po­etyc­kie jak na ta­kie­go tłu­ste­go kur­du­pla – po­my­ślał z iry­ta­cją He­rvé), na­wią­zu­ją­ce do cel­tyc­kich le­gend, sta­rych bal­lad, daw­nych wie­rzeń. Oksy­do­wa­ne i po­le­ro­wa­ne sre­bro al­bo brąz wi­ły się wo­kół barw­nych mi­ne­ra­łów, wśród któ­rych kró­lo­wa­ły: opa­li­zu­ją­cy na zie­lo­no i nie­bie­sko la­bra­do­ryt, zło­ci­sty cy­tryn, czer­wo­na­wy kar­ne­ol, ciem­no­nie­bie­ski la­pis la­zu­li. Nie­któ­re bi­żut­ki ozda­bia­ły mi­ster­ne or­na­men­ty, więk­szość jed­nak cha­rak­te­ry­zo­wa­ła szla­chet­na pro­sto­ta.

Cla­ire mia­ła co­raz więk­sze oczy i wi­dać by­ło, że z wła­snej wo­li nie wyj­dzie z tej pra­cow­ni.

– Czy ja bym mo­gła kie­dyś zo­ba­czyć, jak to się ro­bi? – spy­ta­ła w koń­cu nie­mal bez tchu. – To bar­dzo skom­pli­ko­wa­ne?

– Czy ja wiem? – Syn ju­bi­le­ra za­śmiał się. – Nie­spe­cjal­nie. No, tro­chę ta­len­tu trze­ba mieć – do­dał skrom­nie. – Te­raz uży­wa się tak zwa­nych gli­nek me­ta­li, one się ła­two da­ją ob­ra­biać. Chcesz zo­ba­czyć, jak to się ro­bi?

– O mat­ko! Pew­nie, że chcę. A mo­gę?

– A mo­żesz. Wpad­nij na przy­kład ju­tro po po­łu­dniu, mam do zro­bie­nia ta­kie­go ma­łe­go kor­ri­ga­na dla jed­nej pa­ni, to bę­dzie, oczy­wi­ście, pła­sko­rzeźb­ka na srebr­nym me­da­lio­nie.

– Z ja­kimś ka­my­kiem?

– Nie, ka­mie­nie mi do nie­go nie pa­su­ją, ale za to dam tro­chę ema­lii. Co ja ci bę­dę opo­wia­dał, przyjdź, a zo­ba­czysz.

I w ten spo­sób ma­ły bre­toń­ski skrzat z łaj­dac­kim wy­ra­zem twa­rzy, za­sty­gły w srebr­nej płyt­ce z odro­bi­ną zie­lo­nej ema­lii, od­bił stu­den­to­wi dziew­czy­nę… No, nie do koń­ca, ale wie­le po­po­łu­dnio­wych go­dzin, któ­re moż­na by­ło spę­dzić ra­zem w ki­nie al­bo na spa­ce­rach, al­bo jesz­cze ina­czej, zo­sta­ło bez­pow­rot­nie stra­co­nych.

Oczy­wi­ście, wy­łącz­nie w oczach He­rvé. Cla­ire uwa­ża­ła swo­je po­po­łu­dnia i wie­czo­ry w ju­bi­ler­skiej pra­cow­ni za do­sko­na­le wy­ko­rzy­sta­ne. Dru­ty i włócz­ka chwi­lo­wo po­szły w od­staw­kę. Dziew­czy­na cał­ko­wi­cie od­da­ła się for­mo­wa­niu, po­le­ro­wa­niu, oksy­do­wa­niu, ema­lio­wa­niu, tech­ni­ce wi­re wrap­ping i wpra­wia­niu ka­mie­ni. Bar­dzo po­lu­bi­ła pę­ka­te­go Pau­la i je­go nie mniej pę­ka­te­go ta­tu­sia – po­waż­ne sło­wo „oj­ciec” ja­koś nie pa­so­wa­ło do po­god­ne­go mi­ło­śni­ka ży­cia we wszel­kich je­go prze­ja­wach, Je­an-Lu­ca Po­ur­ba­ix. Sym­pa­tia zo­sta­ła od­wza­jem­nio­na. Obaj pa­no­wie chęt­nie wta­jem­ni­cza­li Cla­ire w ar­ka­na swo­jej sztu­ki, ona zaś, po­jęt­na uczen­ni­ca, nie­ba­wem za­czę­ła im się od­wdzię­czać co­raz pięk­niej­szy­mi bi­żut­ka­mi. Trak­to­wa­ła to ja­ko za­pła­tę za na­uki. Po ro­ku by­ła rów­nie do­bra jak Paul. Pra­cow­ni jed­nak nie opu­ści­ła, za­czę­ła na­to­miast otrzy­my­wać ho­no­ra­ria.

Star­szy pan Po­ur­ba­ix za­czął ją trak­to­wać nie­mal jak cór­kę. Po­cząt­ko­wo miał na­dzie­ję, że mo­że Cla­ire zo­sta­nie je­go sy­no­wą, ale na­dzie­je mu prze­szły, kie­dy zo­ba­czył te­go przy­stoj­ne­go ga­mo­nia, któ­ry po nią przy­cho­dził wie­czo­ra­mi. Bar­dzo ża­ło­wał, bar­dzo. Ale nie ma się co dzi­wić. Po­rów­na­nie Pau­la z ga­mo­niem – pod wzglę­dem mę­skiej uro­dy – wy­pa­da­ło zde­cy­do­wa­nie na nie­ko­rzyść sy­na. A ty­le ra­zy mu się mó­wi­ło, że po­wi­nien mniej jeść! W swo­im cza­sie pan Je­an-Luc Po­ur­ba­ix pil­no­wał się w tym wzglę­dzie, do­pó­ki zwiew­na Ma­rie nie zo­sta­ła je­go żo­ną. Po praw­dzie to i ona dość szyb­ko po ślu­bie prze­sta­ła być zwiew­na.

Cla­ire też wca­le łąt­ką nie jest. Ale ta­ka mi­ła! I ta­ka uta­len­to­wa­na! Och, Paul, Paul, ty ośle!

Bi­żu­te­ryj­ny szał opu­ścił Cla­ire po dwóch la­tach. Po­wró­ci­ła do dzier­ga­nia. Nie do koń­ca jed­nak. Po­ło­wę wol­ne­go od na­uki cza­su na­dal po­świę­ca­ła wy­twa­rza­niu dzieł sztu­ki ju­bi­ler­skiej, dru­gą po­ło­wę zaś wy­twa­rza­niu dzieł sztu­ki dzie­wiar­skiej.

Dla He­rvé po­zo­sta­wa­ła jej… trze­cia po­ło­wa. Ra­czej nie­wiel­ka, mó­wiąc uczci­wie.

Kie­dy skoń­czy­ła stu­dia i że­gna­ła się z ju­bi­le­ra­mi – z po­czci­wych, błę­kit­nych jak u nie­mow­lę­cia oczek pa­na Po­ur­ba­ix star­sze­go po­pły­nę­ły au­ten­tycz­ne łzy. Paul był bli­ski roz­kle­je­nia się, ale ja­koś trzy­mał pion.

Cla­ire wy­ści­ska­ła ich obu i ob­sy­pa­ła ty­sią­cz­ny­mi po­dzię­ko­wa­nia­mi za bez­cen­ne na­uki. Nie spła­ka­ła się wpraw­dzie tak rze­tel­nie jak ta­tu­nio Po­ur­ba­ix, ale kil­ka łez uro­ni­ła.

– Od­wie­dzaj nas, dziec­ko, je­śli bę­dziesz w Ren­nes. Bę­dzie nam cie­bie bar­dzo bra­ko­wa­ło.

– Na pew­no bę­dę was od­wie­dzać. Mnie też bę­dzie was bra­ko­wa­ło. Nie wiem, jak wam dzię­ko­wać…

– Nie dzię­kuj, od­wdzię­czy­łaś się ty­siąc ra­zy. Paul, daj jej nasz pre­zent!

Paul kiw­nął gło­wą i wy­jął z szu­fla­dy ma­łe ozdob­ne pu­de­łecz­ko, jed­no z tych, w któ­re pa­ko­wa­li swo­je wy­ro­by.

– To dla cie­bie, że­byś o nas nie za­po­mnia­ła. Ta­to zro­bił łań­cuch, a ja me­da­lion. Pa­mię­tasz, ja­kie mia­łem za­mó­wie­nie, kie­dy do nas przy­szłaś pierw­szy raz?

– Kor­ri­ga­na…

Cla­ire otwo­rzy­ła pu­de­łecz­ko. W środ­ku le­żał srebr­ny wi­sior. Ma­ły, ku­dła­ty na gło­wie skrzat, z lek­ko łaj­dac­kim wy­ra­zem twa­rzy – jak to u kor­ri­ga­nów – miał w sto­sow­nym miej­scu ma­łe ser­ce z czer­wo­nej ema­lii… o, do li­cha, ser­ce by­ło po­dwój­ne, jak gdy­by na­ło­żo­ne jed­no na dru­gie. Oj­ciec i syn Po­ur­ba­ix wy­ra­zi­li w ten spo­sób swo­je uczu­cia.

– Ko­cham was! – za­wo­ła­ła Cla­ire im­pul­syw­nie i po raz ko­lej­ny wy­ści­ska­ła oby­dwu. – Wi­sio­rek jest uro­czy! I ten łań­cu­szek, cu­do. Uni­kat. Je­dy­ny na świe­cie. Bę­dę go no­sić i na pew­no ni­g­dy was nie za­po­mnę!

Po­że­gna­nie z ma­da­me Ma­ri­von by­ło rów­nie ser­decz­ne, acz­kol­wiek nie aż tak wzru­sza­ją­ce. Ko­bie­ty cza­sem by­wa­ją przy­tom­niej­sze od męż­czyzn. Ma­da­me po­da­ro­wa­ła swo­jej lo­ka­tor­ce pięk­ny, lek­ki jak piór­ko i cie­pły jak pie­cyk szal wła­snej ro­bo­ty.

– W sam raz na pa­skud­ne po­go­dy na tej two­jej wy­spie – po­wie­dzia­ła.

Lo­ka­tor­ka od­wdzię­czy­ła się ka­mi­ze­lą z mo­ty­wem kwiet­nej łą­ki.

Kie­dy He­rvé przy­je­chał swo­im tro­chę tyl­ko roz­kle­ko­ta­nym te­re­no­wym nis­sa­nem, aby osta­tecz­nie za­brać Cla­ire z ma­łe­go dom­ku przy Rue de Hyl, zła­pał się te­atral­nym ge­stem za gło­wę. To, co dziew­czy­na przy­wio­zła z so­bą, kie­dy za­czy­na­ła stu­dia na uni­wer­sy­te­cie, na­dal mie­ści­ło się grzecz­nie w dwóch wa­liz­kach. Po­za tym jed­nak na chod­ni­ku przed do­mem kłę­bi­ły się ma­sy ko­lo­ro­wych włó­czek w róż­nych tor­bach, ja­kieś po­za­czy­na­ne ka­wał­ki ro­bó­tek w re­kla­mów­kach i ko­szycz­kach, a ze­wsząd ster­cza­ły dru­ty, stwa­rza­jąc prze­chod­niom nie­bez­pie­czeń­stwo na­dzia­nia się na ostre koń­ce. Do­szła do te­go jesz­cze jed­na nie­wiel­ka wa­li­zecz­ka, dość cięż­ka. By­ły w niej ma­te­ria­ły i na­rzę­dzia – za­czą­tek przy­szłej pra­cow­ni bi­żu­te­rii ar­ty­stycz­nej. Czę­ścio­wo otrzy­ma­ne w pre­zen­cie od pa­nów Po­ur­ba­ix, czę­ścio­wo za ich ra­dą ku­pio­ne, prze­waż­nie w In­ter­ne­cie.

He­rvé wziął głę­bo­ki od­dech, za­peł­nił do­byt­kiem przy­ja­ciół­ki spo­ry ba­gaż­nik nis­sa­na oraz je­go tył (jak to do­brze, że swo­je rze­czy od­wiózł na wy­spę już mie­siąc te­mu, wcze­śniej za­koń­czyw­szy spra­wy uczel­nia­ne), po­że­gnał uprzej­mie ma­da­me Ma­ri­von, prze­cze­kał ko­lej­ne rzu­ca­nie się so­bie na szy­ję trzech ko­biet (Je­an­ne by­ła obec­na) i w koń­cu uda­ło mu się wy­je­chać z go­ścin­ne­go Ren­nes.

Po tym zna­czą­cym suk­ce­sie za­raz przy­szedł na­stęp­ny. Po­nie­waż zro­bi­ło się póź­na­wo, stra­ci­li szan­sę do­sta­nia się na swo­ją wy­spę, w związ­ku z czym mu­sie­li prze­no­co­wać w mo­te­lu po dro­dze – tam wresz­cie He­rvé do­padł swo­ją uko­cha­ną i udo­wod­nił jej, że jest praw­dzi­wym męż­czy­zną, a nie ja­kimś tam ga­mo­niem.

 

 

Kie­dy El­żu­nia Szu­ma­cher by­ła ma­łą dziew­czyn­ką, żad­na bab­cia nie stra­szy­ła jej oce­anem. Dla bab­ci He­li Szu­ma­che­ro­wej oce­an był po­ję­ciem abs­trak­cyj­nym, po­nie­waż bab­cia He­la, do­sko­na­ła aku­szer­ka, czy­li po­łoż­na, ni­g­dy w ży­ciu nie wy­sta­wi­ła no­sa po­za ro­dzin­ne Za­głę­bie. Po­dob­nie dzia­dek Jó­zef Szu­ma­cher, wła­ści­ciel skle­pi­ku ty­pu „szwarc, my­dło i po­wi­dło”. Co in­ne­go dziad­ko­wie ze stro­ny ma­my, An­ny Szu­ma­cher z do­mu Gros. Nie to, że­by dziad­ko­wie Gro­so­wie wi­dzie­li oce­an, broń Bo­że, nie by­ło ich stać na da­le­kie po­dró­że. Za to obo­je by­li na­uczy­cie­la­mi – bab­cia Ja­nia uczy­ła ma­łe dzie­ci wszyst­kie­go, a dzia­dek Ze­nek star­sze dzie­ci geo­gra­fii. Mie­li więc pew­ne po­ję­cie w tej kwe­stii. Jak rów­nież w kwe­stii gór i roz­ma­itych kra­in. Cza­sa­mi obie­cy­wa­li wnucz­ce, że gdy do­ro­śnie, na­uczą ją wszyst­kie­go o świe­cie. A cza­sa­mi za­bie­ra­li ją na spa­cer, na gó­rę Do­rot­kę i po­ka­zy­wa­li Gro­dziec, do­my, rze­kę Bry­ni­cę, ko­mi­ny fa­brycz­ne, szmat ślą­sko-za­głę­biow­skiej zie­mi i ce­men­tow­nię, w któ­rej pra­co­wał jej ta­ta, in­ży­nier An­zelm Szu­ma­cher.

Ma­łą El­żu­nię stra­szy­ło zu­peł­nie co in­ne­go, a mia­no­wi­cie woj­na. Oczy­wi­ście, woj­ny w Grodź­cu wła­ści­wie nie by­ło, a w każ­dym ra­zie nie by­ło jej wi­dać na po­dwór­ku do­mu u stóp gó­ry Do­rot­ki, z wi­do­kiem na ko­ściół świę­tej Do­ro­ty. Cza­sa­mi jed­nak star­si o niej mó­wi­li i El­żu­nia szyb­ko za­uwa­ży­ła, że kie­dy pa­da­ło to sło­wo, do­ro­śli po­chmur­nie­li i za­czy­na­li mó­wić pół­gło­sem. Naj­wy­raź­niej by­ło to złe sło­wo. Po­dob­nie jak sło­wo „Niem­cy”. Kie­dy jed­nak pró­bo­wa­ła się ja­koś do­wie­dzieć, o co cho­dzi, pro­si­ła ma­mę al­bo ta­tę czy któ­re­goś z dziad­ków, że­by jej wy­tłu­ma­czy­li – za­zwy­czaj koń­czy­ło się na tym, że ta­ta brał ją na ko­la­na i pod­rzu­ca­jąc do gó­ry, śpie­wał we­so­ło:

 

– Na Bo­le­ra­dzu, na przy­ko­pie

nie­do­ty­ka­ne zie­le,

na Bo­le­ra­dzu ład­ni chłop­cy,

ale ich nie­wie­le…

 

El­żu­nia na­tych­miast za­po­mi­na­ła o swo­ich do­cie­ka­niach, ła­pa­ła oj­ca z obu stron za uszy i pod­ska­ki­wa­ła na je­go ko­la­nach co­raz wy­żej. Te­mat roz­wie­wał się w po­wie­trzu.

Któ­re­goś dnia – El­żu­nia pra­wie za­czy­na­ła już szó­sty rok i uwa­ża­ła się za do­sko­na­le zo­rien­to­wa­ną we wszyst­kich spra­wach te­go świa­ta – ro­dzi­ców od­wie­dził waż­ny gość. Mu­siał być waż­ny, sko­ro El­żu­nia jed­nym ru­chem ma­mi­nej rę­ki zo­sta­ła „sprząt­nię­ta” do kuch­ni, gdzie bab­cia go­to­wa­ła obiad. Bab­cia Ja­nia, za­zwy­czaj uoso­bie­nie ła­god­no­ści, tym ra­zem mia­ła za­ci­śnię­te usta i wy­raz twa­rzy mó­wią­cy: „Bez ki­ja ani przy­stąp”.

El­żu­nia chcia­ła ją wy­py­tać, o co cho­dzi, ale bab­cia zby­ła ją by­le czym, a po­tem po­pro­si­ła o po­moc przy le­pie­niu pie­roż­ków. Dziew­czyn­ka wła­śnie opa­no­wa­ła tę trud­ną sztu­kę i by­ła bar­dzo dum­na z wła­snej umie­jęt­no­ści za­krę­ca­nia pie­ro­gom fal­ba­nek, za­ję­ła się więc pra­cą i za­po­mnia­ła o go­ściu.

Trza­śnię­cie drzwi ob­wie­ści­ło je­go wyj­ście. Ma­ma z ta­tą, bla­dzi i zde­ner­wo­wa­ni, sta­nę­li w drzwiach kuch­ni.

– Wójt – za­ko­mu­ni­ko­wał krót­ko oj­ciec.

– Wiem. Cze­go chciał? – spy­ta­ła rów­nie krót­ko bab­cia.

Oj­ciec za­wa­hał się i spoj­rzał na El­żu­nię, sto­ją­cą jak tru­sia z umą­czo­ny­mi łap­ka­mi i wiel­kim py­ta­niem w błę­kit­nych oczach. Na­wet z tym pie­ro­giem w gar­ści wy­glą­da­ła jak ma­ły anio­łek. Wes­tchnął cięż­ko.

– Chy­ba już trze­ba za­cząć mó­wić o tych rze­czach przy dziec­ku – po­wie­dział nie­pew­nie.

– Nie je­stem dziec­kiem – obu­rzył się pie­ro­go­wy anio­łek.

– Je­steś, je­steś. – Oj­ciec zno­wu wes­tchnął. – Ale trze­ba, że­byś o pew­nych rze­czach już wie­dzia­ła. Ja ci po­tem wszyst­ko do­kład­nie ob­ja­śnię. Na ra­zie po­wiem bab­ci, do­brze? A ty pa­mię­taj, że o tym, co mó­wi­my w do­mu, nie wol­no ni­g­dzie opo­wia­dać. Ni­g­dzie i ni­ko­mu.

– Bo jest woj­na?

– Tak, ko­cha­nie. Bo jest woj­na. Na­praw­dę, po­tem ci wszyst­ko wy­ja­śnię, có­recz­ko, a te­raz słu­chaj. No więc, pro­szę ma­my, tak jak się spo­dzie­wa­li­śmy, pan wójt przy­szedł do nas z pro­po­zy­cją, że­by­śmy pod­pi­sa­li volks­li­stę. Chy­ba mu zresz­tą cho­dzi­ło głów­nie o mo­ją ma­mę, bo we­dług nie­go to nie jest w po­rząd­ku, że­by pol­ska aku­szer­ka spro­wa­dza­ła na świat nie­miec­kie dzie­ci. Z dru­giej stro­ny, wia­do­mo, że ma­ma jest wspa­nia­ła i ko­bie­ty wój­ta za­gry­zą, jak­by jej zro­bił krzyw­dę. On so­bie umy­ślił, że z na­szy­mi na­zwi­ska­mi to bę­dzie ła­twe, pi­sow­nię Szu­ma­che­rów się zmie­ni na nie­miec­ką, Gro­som do­ło­ży się jesz­cze jed­no „s” i wszyst­ko bę­dzie ca­cy. Uro­dę ma­my nor­dyc­ką, czy tam aryj­ską, nie pa­mię­tam, jak on nas tam okre­ślił. W każ­dym ra­zie je­go zda­niem na­da­je­my się na Niem­ców.

– Co­ście mu po­wie­dzie­li?

Jej cór­ka i zięć jed­no­cze­śnie wzru­szy­li ra­mio­na­mi. Bab­cia ski­nę­ła gło­wą.

– No tak.

– Nic nie ro­zu­miem – zgło­si­ła pre­ten­sję El­żu­nia. – Ta­cim­ku, mia­łeś mi wy­tłu­ma­czyć…

– Do­brze, ko­cha­nie, pa­mię­tam. Do­kończ­cie z bab­cią Ja­nią ten obiad, zje­my, a po­tem za­bio­rę cię na spa­cer i po­roz­ma­wia­my jak do­ro­śli.

Za­nim bab­cia Ja­nia wy­koń­czy­ła pie­ro­gi i do­pra­wi­ła zu­pę, do do­mu wró­ci­ła bab­cia He­la, a za­raz po niej po­ja­wił się dzia­dek Ze­nek. Usły­sze­li la­ko­nicz­ny ko­mu­ni­kat i nie sko­men­to­wa­li go, po­dob­nie jak bab­cia Ja­nia.

At­mos­fe­ra przy sto­le w ogó­le nie przy­po­mi­na­ła co­dzien­nej bez­tro­ski, ja­ką pre­zen­to­wa­ła na ogół ro­dzi­na. El­żu­nia wy­raź­nie czu­ła, że coś złe­go się dzie­je. No tak, woj­na.

Po obie­dzie oj­ciec, któ­ry za­wsze do­trzy­my­wał sło­wa da­ne­go swo­jej ma­łej có­recz­ce, oświad­czył, że te­raz idzie z nią na gó­rę Do­rot­kę, gdzie bę­dą oma­wiać spra­wy ro­dzin­ne i pań­stwo­we. Tak po­wie­dział. Ro­dzin­ne i pań­stwo­we. Za­brzmia­ło to god­nie.

– Ta­to – po­pro­sił jesz­cze dziad­ka Zen­ka. – Gdy­by oj­ciec ze­chciał…

– Wiem, ro­zu­miem – prze­rwał mu dzia­dek. – Sko­czę do skle­pu, po­wiem Jó­ze­fo­wi, co się dzie­je. Cze­mu nie przy­szedł na obiad?

– Pra­cow­nik za­cho­ro­wał – po­in­for­mo­wa­ła go ma­ma. – Ta­tuś nie mógł zo­sta­wić skle­pu. Słu­chaj­cie, wyj­dzie­my ra­zem, ja też pój­dę na Do­rot­kę. Po­mo­dlę się w ko­ście­le, mo­że świę­ta Do­ro­ta ja­koś nas uchro­ni przed kło­po­ta­mi…

– Świę­ta Do­ro­ta chro­ni od kło­po­ta – mruk­nął jej mąż. – Anul­ko, mo­że nie­po­trzeb­nie kra­cze­my, pa­mię­taj, że nie ma tu lep­szej aku­szer­ki niż mo­ja ma­ma… jest po­trzeb­na wój­to­wi, on sam jesz­cze mo­że mieć dzie­ci, to u ko­go bę­dzie chcia­ła ro­dzić pa­ni wój­to­wa? Tyl­ko u pa­ni Szu­ma­che­ro­wej…

– Pa­mię­tam. A ty pa­mię­tasz, że jak Klo­ce od­mó­wi­li pod­pi­sa­nia volks­li­sty, to dwa ty­go­dnie póź­niej po­je­cha­li do Nie­miec na ro­bo­ty, wszy­scy trzej?

– Opty­mi­zmu, ko­bie­to! Wszyst­ko bę­dzie do­brze.

– Nie de­ner­wuj mnie, mę­żu! Ro­bię, co mo­gę… ale się mar­twię – do­koń­czy­ła pra­wie szep­tem.

Mąż przy­gar­nął ją i uca­ło­wał w czu­bek gło­wy. An­na Szu­ma­cher wy­su­nę­ła się z je­go ra­mion i po­spiesz­nie wy­szła przed dom. Po chwi­li szyb­kim kro­kiem szła w stro­nę ko­ścio­ła na wzgó­rzu.

– A my so­bie po­ma­lut­ku – oznaj­mił ta­ta. – Znaj­dzie­my ład­ne miej­sce, usią­dzie­my i uświa­do­mi­my na­szą ma­łą có­recz­kę.

Ład­ne miej­sce by­ło mniej wię­cej w po­ło­wie zbo­cza, w każ­dym ra­zie ani oj­cu, ani cór­ce nie chcia­ło się iść da­lej.

Nie moż­na po­wie­dzieć, że­by El­żu­nia zro­zu­mia­ła wszyst­ko, co usły­sza­ła od swo­je­go uko­cha­ne­go ta­cim­ka. Nie­mniej zro­zu­mia­ła spo­ro i po­smut­nia­ła.

Po­smut­nia­ła­by jesz­cze bar­dziej, gdy­by wie­dzia­ła, że za mie­siąc ta­ci­mek znik­nie.

 

 

Bra­cia Egon i Er­win Za­cha­rzew­scy opu­ści­li bez­piecz­ny po­kład LOT-owskie­go em­bra­era i zna­leź­li się w ko­tle lot­ni­ska de Gaul­le’a w Pa­ry­żu. Lot­ni­sko to zbrzy­dzi­ło ich na­tych­miast, obaj bo­wiem z na­tu­ry by­li spo­koj­ny­mi ludź­mi i nie zno­si­li tło­ku, ha­ła­su i prze­py­cha­nek. Gdy­by za­miast nich był tu ich oj­ciec, czuł­by się za­chwy­co­ny i w swo­im ży­wio­le. Cóż, kie­dy obaj naj­wy­raź­niej wro­dzi­li się w ma­mu­się. Ma­mu­sia, ko­bie­ta aniel­skie­go uspo­so­bie­nia, by­ła bio­lo­giem mo­rza, pra­co­wa­ła w Mor­skim In­sty­tu­cie Ry­bac­kim w Gdy­ni, a jej mąż śmiał się, że przez to upodob­ni­ła się cha­rak­te­ro­lo­gicz­nie do swo­ich „klien­tów” – ryb i in­nych mor­skich ży­ją­tek. On sam był swe­go cza­su gdań­skim dzien­ni­ka­rzem pra­so­wym, ty­po­wym pi­sto­le­tem, któ­re­go wszę­dzie peł­no, bez któ­re­go nie od­by­ła­by się żad­na awan­tu­ra w mie­ście, żad­na afe­ra, re­wo­lu­cja i tak da­lej. No, kil­ka re­wo­lu­cji w Gdań­sku miał, więc w su­mie uwa­żał się za speł­nio­ne­go za­wo­do­wo.

Je­go sy­no­wie (imio­na mó­wią sa­me za sie­bie) mie­li pójść śla­da­mi oj­ca. Tak to so­bie wy­ma­rzył. Ale im oby­dwu cier­pła skó­ra za usza­mi na sa­mą myśl o wy­kłó­ca­niu się, przy­ci­ska­niu do mu­ru, chy­trym wy­cią­ga­niu ze­znań. Osta­tecz­nie star­szy, Egon, zo­stał, jak mat­ka, bio­lo­giem – ty­le że lą­do­wym. En­to­mo­lo­giem. Jak­by po­wie­dział Gał­czyń­ski: ba­da­czem owa­dzich no­gów. Wy­brał so­bie dziw­ną spe­cja­li­za­cję (to zna­czy dzi­wił się oj­ciec, mat­ka świet­nie ro­zu­mia­ła syn­ka) – chrząsz­cze z ro­dzi­ny ku­sa­ko­wa­tych. W efek­cie wy­lą­do­wał w Kar­ko­no­skim Par­ku Na­ro­do­wym, gdzie uwił so­bie gniazd­ko i czuł się zna­ko­mi­cie, ma­jąc do to­wa­rzy­stwa po­nad ty­siąc trzy­sta ga­tun­ków chrząsz­czy. W tym swo­je uko­cha­ne Sta­phy­li­ni­dae.

Er­win, młod­szy Za­cha­rzew­ski, też wy­ka­zał się dziw­ny­mi (w ro­zu­mie­niu ta­tu­sia) upodo­ba­nia­mi: lu­bił mło­dzież. Ma­ło te­go – lu­bił uczyć mło­dzież. Skoń­czył stu­dia hi­sto­rycz­ne, po­dzię­ko­wał za pro­po­zy­cję po­zo­sta­nia na uczel­ni i po­szu­kał so­bie li­ceum, że­by móc ro­bić to, na co miał ocho­tę. Zna­lazł ta­kie ni mniej, ni wię­cej tyl­ko w Kar­pa­czu – uczci­wie mó­wiąc, zna­lazł mu je brat, któ­ry chciał go ścią­gnąć do sie­bie. Er­win, bar­dzo za­do­wo­lo­ny, roz­wi­nął ta­len­ta i dał się po­znać z tak do­brej stro­ny, że w wie­ku dwu­dzie­stu sied­miu lat zo­stał za­stęp­cą dy­rek­to­ra szko­ły. Obec­nie miał lat dwa­dzie­ścia osiem i we wrze­śniu cze­kał na nie­go peł­ny etat dy­rek­tor­ski: je­go po­przed­nik był ko­bie­tą w cią­ży, a kie­dy przy­szły na świat tro­jacz­ki, z bó­lem ser­ca mu­siał po­że­gnać się z pra­cą za­wo­do­wą i po­świę­cić ro­dzi­nie.

Obaj bra­cia po­czu­li się w Kar­ko­no­szach, jak­by tu przy­szli na świat i ni­g­dy w ży­ciu nie wy­jeż­dża­li. Przy­pusz­cza­li, że to ge­ny po cio­ci.

Cio­cia, Bo­gu­sia Ja­nu­sze­wicz, ro­dzo­na sio­stra Ga­brie­la Za­cha­rzew­skie­go, miesz­ka­ła w uro­czej kar­ko­no­skiej wsi roz­ło­żo­nej na zbo­czach i w do­lin­kach gór­skich. Wio­ska od jed­nej z ota­cza­ją­cych ją gór wzię­ła na­zwę Za­cheł­mie. Sam Chełm nie był prze­sad­nie wy­so­ki, nie­ca­łe pięć­set me­trów. Ale by­ły też in­ne – zie­lo­ne, za­le­sio­ne kop­ki, tu i ów­dzie prze­ty­ka­ne skał­ka­mi i skal­ny­mi dziu­ra­mi. A wy­so­ko nad Za­cheł­miem stał ma­je­sta­tycz­ny Ma­ły Szy­szak, wto­pio­ny w głów­ny grzbiet Kar­ko­no­szy.

Cio­cia Bo­gu­sia by­ła pie­lę­gniar­ką, i stąd ca­ły kło­pot.

Pra­co­wa­ła w je­le­nio­gór­skim szpi­ta­lu ja­ko prze­ło­żo­na pie­lę­gnia­rek na in­ter­nie, a po­za tym by­ła ser­decz­nie, choć pla­to­nicz­nie (mia­ła wła­sną spo­rą, ko­cha­ną i ko­cha­ją­cą ro­dzi­nę) za­przy­jaź­nio­na z or­dy­na­to­rem tej­że in­ter­ny, dok­to­rem Je­rzym Dzierz­bow­skim, rów­nież miesz­kań­cem Za­cheł­mia. On­że miał nie­szczę­ście po­waż­nie za­cho­ro­wać i prze­wi­du­jąc wła­sny ko­niec, zwie­rzył się ciot­ce Bo­gu­si oraz po­wie­rzył jej nie­by­wa­le waż­ną mi­sję.

A ona prze­ka­za­ła tę mi­sję bra­tan­kom.

W re­zul­ta­cie sta­li te­raz obaj w ko­tłu­ją­cym się tłu­mie na pa­ry­skim lot­ni­sku i mie­li obłęd w oczach.

– Tam – po­wie­dział Egon i wska­zał rę­ką ja­kiś kie­ru­nek. – Tam bę­dą od­da­wać ba­ga­że.

Bra­cia po­pę­dzi­li za strzał­ka­mi z kil­ku­ję­zycz­ny­mi in­for­ma­cja­mi, że ba­gaż jest TAM.

– Słu­chaj – ode­zwał się z ko­lei Er­win. – Ja nie bę­dę nic kom­bi­no­wał z żad­ny­mi ko­lej­ka­mi, re­ra­mi, me­tra­mi i Bóg wie czym. Ja mam oszczęd­no­ści i ja wsia­dam do tak­sów­ki. Nie dam się zwa­rio­wać.

– Do­sko­na­le. Je­stem z to­bą, bra­cie. Cho­le­ra, to jed­nak nie by­ło tam. Nie wiesz, co ro­bią, jak się czło­wiek nie zgło­si w po­rę po wa­liz­ki?

– Nie wiem. Ja­kiś czas one chy­ba jeż­dżą na tej ta­śmie. Nie­na­wi­dzę ta­kich tłu­mów. Chodź tę­dy.

– Cze­kaj, spy­tam funk­cyj­ne­go!

Ele­ganc­ki funk­cyj­ny z an­giel­skim opa­no­wa­nym do per­fek­cji wska­zał im wła­ści­wą dro­gę. Kil­ka mi­nut póź­niej bra­cia z obłę­dem w oczach już znacz­nie mniej­szym wsia­da­li do tak­sów­ki.

– Gar Mą­par­nas, si­wu­ple – za­dys­po­no­wał Egon, któ­ry sły­szał o tym, że Fran­cu­zi wo­lą jak się do nich mó­wi po fran­cu­sku. Usil­nie sta­rał się ak­cen­to­wać wszyst­ko na ostat­niej sy­la­bie.

Tak­sów­karz, o dzi­wo, zro­zu­miał i kiw­nął gło­wą.

La Po­lo­gne – po­wie­dział z mi­łym uśmie­chem. – Wa­lę­sa. Tusk!

– O, uiiii – po­twier­dził z ulgą Egon. – Ziu­uu. Je­dzie­my. Te­że­we. Bre­ta­nia. La Bre­tań. Kę­per.

Bre­ta­gne, je com­prends. S’il vo­us pla­ît. Va­can­ses? Le to­uri­sme?

– O, ną – jęk­nął Er­win z tym sa­mym ak­cen­tem, co brat. – Mis­sion im­pos­si­ble

Kie­row­ca wy­buch­nął śmie­chem peł­nym sym­pa­tii do dwóch za­gu­bio­nych nie­co Po­la­ków. Po dro­dze usi­ło­wał im tłu­ma­czyć, co wła­śnie wi­dzą, a oni, choć ro­zu­mie­li go tyl­ko czę­ścio­wo, grzecz­nie wy­ka­zy­wa­li za­in­te­re­so­wa­nie wszyst­kim.

W re­zul­ta­cie do­je­cha­li na dwo­rzec Mont­par­nas­se nie­omal za­przy­jaź­nie­ni. Sym­pa­tycz­ny tak­sów­karz sta­nął do­kład­nie przed wła­ści­wym wej­ściem. Zno­wu coś ga­dał, z cze­go oni zro­zu­mie­li, że on im ży­czy bon­ne chan­ce. Zna­czy: po­wo­dze­nia.

Po­że­gna­li go ser­decz­nie, wzię­li ple­ca­ki i we­szli w dwor­co­wą cze­luść. Ko­cioł pa­no­wał tu pra­wie ta­ki jak na lot­ni­sku, ale już się trosz­kę uod­por­ni­li. Wszak od go­dzi­ny by­li w Pa­ry­żu!

– Gdzie tu są TGV? – spy­tał Egon. – Masz ja­kiś po­mysł?

– Mo­im zda­niem wszę­dzie – mruk­nął Er­win. – Ro­zej­rzyj się, czło­wie­ku.

W isto­cie, na pe­ro­nach przy­le­ga­ją­cych do głów­nej ha­li sta­ły srebr­ne ma­szy­ny jak gi­gan­tycz­ne stwo­ry z wy­dłu­żo­ny­mi py­ska­mi i czer­wo­ny­mi oczy­ma świa­teł.

– O kur­czę, ależ one są pięk­ne – za­chwy­cił się star­szy brat. – Cie­ka­we, czy nasz już stoi?

– Chy­ba nie, ma­my jesz­cze trzy go­dzi­ny z ha­kiem. Zo­rien­tuj­my się, co i jak, i chodź­my gdzieś coś zjeść. Chy­ba że wo­lisz tu…

– Nie, wo­lę gdzie in­dziej. Tu jest ta­bli­ca in­for­ma­cyj­na. No, oczy­wi­ście, na­sze­go po­cią­gu jesz­cze nie ma. Gdzie oni ma­ją ozna­czo­ne pe­ro­ny?

– Oba­wiam się, że ni­g­dzie. Jak jest po ich­nie­mu pe­ron al­bo tor? Ty spraw­dza­łeś te rze­czy.

Vo­ie? – po­wie­dział nie­pew­nie Egon.

– Tam coś jest na­pi­sa­ne o vo­ie. Patrz.

Istot­nie, na ta­bli­cy in­for­ma­cyj­nej pod tra­sa­mi i go­dzi­na­mi od­jaz­du po­cią­gów wid­nia­ła in­for­ma­cja: La vo­ie de départ des tra­ins se­ra af­fi­chée 20 mi­nu­tes avant le départ.

– Na in­te­li­gen­cję trze­ba – orzekł sta­now­czo Er­win. – To ca­łe wu­aje, za­kła­da­my, ozna­cza pe­ron. Départ jak an­giel­skie de­par­tur czy­li od­jazd. Tra­in to po­ciąg, każ­dy głu­pi wie. Se­ra nie wiem. Oni tu ma­ją od za­rą­ba­nia se­rów. Afi­sze­ee… no to ja­sne, afi­szu­ją. Ogła­sza­ją. Dwa­dzie­ścia mi­nu­tes, wia­do­mo. Awan­gar­da idzie przed. Arier­gar­da idzie za. Wszyst­ko ro­zu­miem. Pe­ron od­jaz­du po­cią­gu afi­szu­je się dwa­dzie­ścia mi­nut przed od­jaz­dem. Ser nam zo­stał, ale on chy­ba nie ma ja­kie­goś spe­cjal­ne­go zna­cze­nia. To ja­kiś przy­imek al­bo sło­wo po­sił­ko­we.

– Pięk­ny ję­zyk – za­chwy­cił się nie­spo­dzie­wa­nie Egon. – Bę­dę się go uczył, sta­ry.

– Te­raz?

– Póź­niej. Chodź, pój­dzie­my so­bie gdzieś. Nie chcę jeść buł­ki na dwor­cu. Po­za tym wi­dzia­łem ta­kie jed­no du­że, chęt­nie bym to zo­ba­czył z bli­ska.

Bra­cia wy­szli na sło­necz­ną uli­cę. Du­że na­tych­miast rzu­ci­ło się oby­dwu w oczy.

– O, ja wiem, co to jest – po­chwa­lił się Er­win. – Jak gu­gla­łem so­bie o TGV i dwor­cu Mont­par­nas­se, to mi sa­mo wy­sko­czy­ło. To jest, mój dro­gi, To­ur Mont­par­nas­se. Zna­czy wie­ża. Dwie­ście me­trów z grosz­kiem. Na pięć­dzie­sią­tym dzie­wią­tym pię­trze ma­ją ja­kieś wi­do­ki. Ja bym to chęt­nie zo­ba­czył.

Nie­ba­wem bra­cia oglą­da­li Pa­ryż z gó­ry i roz­po­zna­wa­li roz­ma­ite obiek­ty ar­chi­tek­to­nicz­ne, zna­ne im do­tąd je­dy­nie z ob­raz­ków – ru­cho­mych al­bo nie­ru­cho­mych. Zi­den­ty­fi­ko­wa­li Pan­te­on, ba­zy­li­kę Sa­cré-Cour, Wie­żę Eif­fla, No­tre Da­me, daw­ne wię­zie­nie Con­cier­ge­rie, Łuk Try­um­fal­ny, Luwr, Ogród Luk­sem­bur­ski, dziel­ni­cę La Défen­se i kil­ka in­nych dro­bia­zgów. W Er­wi­nie na­gle obu­dzi­ła się za­wo­do­wa żył­ka hi­sto­rycz­na i Pa­ryż do nie­go prze­mó­wił.

– Co za mia­sto – mruk­nął w za­du­mie. – Pierw­szy raz je wi­dzisz, a ono do cie­bie ga­da. Wszyst­ko mi się te­raz mę­tli w gło­wie: Re­wo­lu­cja Fran­cu­ska, noc świę­te­go Bar­tło­mie­ja, Ko­mu­na Pa­ry­ska, Na­po­le­on, Hen­ryk IV, Król Słoń­ce, de Gaul­le i mar­sza­łek Foch… Mu­szę tu kie­dyś przy­je­chać na dłu­żej. Do­tarł do mnie zew mi­nio­nych wie­ków, mój bra­cie.

– Bie­da­czek – od­mruk­nął je­go brat. – Ja tam ni­cze­go po­dob­ne­go nie sły­szę. Nic mnie nie wo­ła. Ta­kie wiel­kie mia­sto mnie prze­ra­ża. Chcę jak naj­szyb­ciej wró­cić do mo­jej chat­ki pu­stel­ni­ka i w spo­ko­ju oglą­dać wscho­dy i za­cho­dy słoń­ca. A hi­sto­ria jest głów­nie pa­smem mor­derstw i wszel­kie­go obrzy­dli­stwa. Nie lu­bię jej.

– Ja uwa­żam, że to two­je ro­ba­le są pa­smem obrzy­dli­stwa – wy­szcze­rzył się Er­win. – Chodź, znaj­dzie­my coś do je­dze­nia.

– Owa­dy, głą­bie. Chodź, bo już mnie w doł­ku ści­ska.

Po­krę­ciw­szy się chwi­lę, bra­cia tra­fi­li na po­łą­cze­nie re­stau­ra­cji z gril­lem i bras­se­rią o na­zwie L’Atlan­ti­que. Uzna­li to za świet­ny zbieg oko­licz­no­ści – je­cha­li prze­cież nad ten oce­an. Po­sta­no­wi­li, że ry­by bę­dą jeść tam, gdzie one są na­praw­dę świe­że, po­pro­si­li więc, po­słu­gu­jąc się an­giel­skim, o po­rząd­ne por­cje mię­sa. Do­sta­li cał­kiem spo­re ste­ki, ja­kieś fryt­ki, su­rów­ki, do­dat­ki, do­ło­ży­li so­bie de­se­ry i po­czu­li, że mo­gą je­chać.

W ha­li dwor­co­wej od­by­wa­ło się coś dziw­ne­go. Po­cią­gi sta­ły jak przed­tem, go­to­we do jaz­dy. Chy­ba nie by­ły to te sa­me skła­dy, co wcze­śniej, bo tam­te po­win­ny trzy go­dzi­ny te­mu od­je­chać. Za­pew­ne pod­sta­wio­no no­we. Pod ta­bli­cą in­for­ma­cyj­ną ze­brał się tłum pa­sa­że­rów, spo­glą­da­ją­cych w gó­rę z wy­cze­ki­wa­niem. Nu­me­rów pe­ro­nów kon­se­kwent­nie na niej nie by­ło.

– Coś mi tu nie gra. – Egon po­krę­cił gło­wą. – Patrz, wszyst­kie pe­ro­ny są pu­ste. Nor­mal­nie po­win­no być tak, że lu­dzie jeż­dżą ty­mi po­cią­ga­mi i wie­dzą, skąd one od­cho­dzą. A to wy­glą­da, jak­by do ostat­niej chwi­li nic nie by­ło wia­do­mo.

– Do­kład­nie tak jest! – wark­nę­ła po pol­sku sto­ją­ca obok wiedź­mo­wa­ta sta­rusz­ka z dłu­gim no­sem i po­tar­ga­ny­mi si­wy­mi wło­sa­mi. – Oni tu so­bie urzą­dza­ją re­gu­lar­ne­go to­to-lot­ka! Lo­so­wa­nie, cho­le­ra! Je­dzie­cie do Bor­de­aux?

– Nie, my do Qu­im­per, pro­szę pa­ni – od­po­wie­dział grzecz­nie Er­win.

– Gdzie to jest? – Sta­rusz­ka wy­glą­da­ła na zdzi­wio­ną, ale na­tych­miast trzep­nę­ła się dło­nią w czo­ło. – Do­brze, już nie mów, wiem. Bre­ta­nia. A po co wy tam je­dzie­cie, chłop­cy? Tam strasz­nie wie­je. Jak w Kie­lec­kiem… he­he, mó­wi się tak jesz­cze w kra­ju? A w Bor­de­aux są do­bre wi­na, he­he. W Bre­ta­nii bę­dzie­cie się tru­li cy­drem… O Je­zu­sie! Po­ka­zu­ją!

Klap­ki na ta­bli­cy za­czę­ły się ob­ra­cać, od­sła­nia­jąc ko­lej­ne nu­me­ry pe­ro­nów. Bab­cia po­rwa­ła swo­ją wa­li­zę na kół­kach i z ło­sko­tem tych­że kó­łek po­gna­ła gdzieś w głąb dwor­ca.

– Po­mo­że­my! – Obaj jak na ko­men­dę ru­szy­li za nią.

– Nie trze­ba! – wrza­snę­ła wiedź­ma. – Pil­nuj­cie swo­je­go, bo nie zdą­ży­cie!

Rze­czy­wi­ście, nie­wie­le bra­ko­wa­ło. Wi­docz­nie fran­cu­skie ko­le­je nie prze­wi­dy­wa­ły ga­pio­stwa u swo­ich klien­tów. Srebr­ny po­ciąg zda­wał się nie mieć koń­ca, a wła­ści­wy wa­gon znaj­do­wał się – no wła­śnie – na tym koń­cu od­da­lo­nym mak­sy­mal­nie od głów­nej ha­li. Bra­cia do­tar­li do nie­go po kil­ku mi­nu­tach, za­sta­na­wia­jąc się, ile ner­wów kosz­tu­ją po­dob­ne bie­gi prze­ła­jo­we lu­dzi nie­peł­no­spraw­nych, le­ci­wych, na wóz­kach…

Obaj z dzie­cin­ną cie­ka­wo­ścią ocze­ki­wa­li mo­men­tu, kie­dy su­per­szyb­ki po­ciąg ru­szy z miej­sca. Spo­dzie­wa­li się ja­kie­goś szarp­nię­cia, wgnie­ce­nia w fo­tel, cze­goś z tej po­ety­ki. TGV spra­wił im za­wód. Prze­oczy­li mo­ment dzie­jo­wy, bo się za­ga­da­li. Pod­nie­śli oczy, a za oknem mi­ga­ły już kra­jo­bra­zy. Tro­chę się po­cie­szy­li, kie­dy mi­ja­li rów­no­le­gle bie­gną­cą au­to­stra­dę i wy­prze­dza­li śmi­ga­ją­ce po niej sa­mo­cho­dy.

– To nie ma nic wspól­ne­go z Pe­ka­pe – za­chi­cho­tał Er­win. – War­to by­ło za­pła­cić tę ku­pę for­sy, że­by ta­kie sztu­ki zo­ba­czyć.

– Też mi się po­do­ba – zgo­dził się je­go brat. – Ład­na ta Fran­cja, ale strasz­nie szyb­ko prze­la­tu­je. To ja się prze­śpię.

Po chwi­li obaj bra­cia, wresz­cie od­prę­że­ni, chra­pa­li w naj­lep­sze, igno­ru­jąc cał­ko­wi­cie ma­low­ni­cze pej­za­że słod­kiej Fran­cji.

 

 

Sztorm przy­szedł i po­szedł. Po­trwał dwa dni. Wca­le to nie by­ło du­żo jak na moż­li­wo­ści Atlan­ty­ku na pół­noc­nym krań­cu Bi­ska­jów, ale dość spo­ro jak na wy­trzy­ma­łość Cla­ire. Oczy­wi­ście, trzy­ma­ła się dziel­nie, jak zwy­kle, ale co się we­wnętrz­nie na­trzę­sła, to jej. Dwu­krot­nie mu­sia­ła iść do szko­ły, zma­ga­jąc się z po­ry­wa­mi wi­chru, któ­ry ko­niecz­nie chciał urwać jej gło­wę, a to, co zo­sta­nie, miot­nąć pod ja­kiś mur al­bo płot. Dwie no­ce prze­spa­ła – jak to mó­wi­ła jej pol­ska bab­cia – na jed­no oko. Nie by­ło to pre­cy­zyj­ne okre­śle­nie; oby­dwo­je oczu mia­ła szczel­nie za­mknię­te, ale w jej uszy wciąż wdzie­ra­ły się ry­ki gniew­ne­go oce­anu. Bab­cia ma­wia­ła też coś o stu­la­niu uszu i kła­dze­niu ich po so­bie – chy­ba zresz­tą w zu­peł­nie in­nym zna­cze­niu – nie­mniej Cla­ire naj­chęt­niej cał­kiem do­słow­nie zwi­nę­ła­by uszy w trąb­kę al­bo odło­ży­ła je gdzieś da­le­ko od sie­bie, by­le nie sły­szeć te­go, co się dzia­ło za oknem. Kie­dy uda­ło jej się za­snąć, śni­ły jej się bab­ci­ne opo­wie­ści o ko­bie­tach ze­bra­nych na ko­ściel­nej dzwon­ni­cy i księ­dzu. Obu­dziw­szy się, po­sta­no­wi­ła, że kie­dyś wy­dzier­ga ta­ki płaszcz: fa­le mor­skie, lu­dzie i dzwon­ni­ca. Mo­że wte­dy prze­sta­nie się bać sztor­mów.

– Ty, ma­ły – po­wie­dzia­ła do kor­ri­ga­na, któ­ry ra­zem ze swo­im me­da­lio­nem wi­siał na klam­ce okien­nej. – Mógł­byś kie­dyś coś zro­bić w tej spra­wie. Al­bo je­steś isto­tą cza­ro­dziej­ską, al­bo nie.

Kor­ri­gan łyp­nął na nią okiem, ale nic nie po­wie­dział. Cla­ire z wes­tchnie­niem wy­grze­ba­ła się spod koł­dry. Jest ład­nie, a za­tem przy­pły­ną tu­ry­ści, a ona bę­dzie mu­sia­ła ra­czej po­ma­gać w ich ob­słu­gi­wa­niu, niż dłu­bać w me­ta­lu. My­śla­ła wła­śnie in­ten­syw­nie o zro­bie­niu w sre­brze ma­łej ryb­ki pa­trzą­cej na świat ułam­kiem ciem­no­nie­bie­skie­go la­pis la­zu­li. Ryb­ka bę­dzie no­si­ła na­zwę Chi­me­ra Ma­ris. Cla­ire mia­ła na­dzie­ję, że gdzieś w głę­bi­nach oce­anu pły­wa­ją po­dob­ne do tej, któ­rą sa­ma wy­my­śli­ła i na­zwa­ła. Nada­wa­ła imio­na wszyst­kim swo­im pra­com – i rzeź­biar­skim, i ju­bi­ler­skim – ła­ciń­skie, fran­cu­skie, bre­toń­skie, a cza­sem pol­skie. Naj­le­piej ba­wi­ła się, na­zy­wa­jąc ko­lej­ne kor­ri­ga­ny – a rzeź­bi­ła ich ostat­ni­mi cza­sy mnó­stwo.

Cla­ire zu­peł­nie nie­źle mó­wi­ła po pol­sku, ale nie by­ło to za­słu­gą jej mat­ki, tyl­ko bab­ki. Pa­ni Han­na Sto­biec­ka przy­je­cha­ła na sta­łe do Fran­cji dwa la­ta po tym, jak zmarł jej mąż, dzia­dek Cla­ire, któ­re­go dziew­czyn­ka ni­g­dy nie po­zna­ła. Bab­cia Ana mia­ła wte­dy pięć­dzie­siąt kil­ka lat i z ra­do­ścią rzu­ci­ła pra­cę w ar­chi­wum pań­stwo­wym, znu­dziw­szy się nią osta­tecz­nie. Te­raz, do­bie­ga­jąc sie­dem­dzie­siąt­ki, by­ła oso­bą we­so­łą, po­god­ną i opty­mi­stycz­ną. Zu­peł­nie jak fran­cu­ska bab­cia Pier­ret­te. I dzia­dek Char­les. Ci z ko­lei znu­dzi­li się pro­wa­dze­niem re­stau­ra­cji Chez Ma­rian­ne i pry­snę­li do sło­necz­nej Pro­wan­sji, kie­dy tyl­ko uzna­li, że mo­gą prze­ka­zać ro­dzin­ny biz­nes sy­no­wi i je­go żo­nie. Wszyst­ko wy­ni­kło stąd, że kie­dyś, daw­no (by­ły to la­ta sześć­dzie­sią­te ubie­głe­go wie­ku) na wy­spie po­ja­wi­li się ze swy­mi ob­ra­za­mi dwaj zna­ko­mi­ci ma­la­rze, Mau­ri­ce Bo­itel i Je­an Ri­gaud. Star­si pań­stwo Au­tret od­kry­li na­gle dla sie­bie po­wa­by ma­lar­stwa i zo­sta­li wiel­ki­mi ama­to­ra­mi sztu­ki. Po­cią­gał ich zwłasz­cza im­pre­sjo­nizm, w związ­ku z czym za­czę­li ma­rzyć o od­wie­dze­niu miejsc ma­lo­wa­nych kie­dyś przez Van Go­gha i in­nych wiel­kich. Sie­dzie­li już od dwu­dzie­stu lat w nie­wiel­kim dom­ku, w sa­miut­kim Ar­les i na­pa­wa­li się szczę­ściem oraz słoń­cem. To ostat­nie do­sko­na­le ro­bi­ło im na reu­ma­ty­zmy na­by­te w po­przed­nim miej­scu za­miesz­ka­nia. Co ja­kiś czas po­ja­wia­li się na Île-de-Se­in, ob­ła­do­wa­ni bu­tel­ka­mi pro­wan­sal­skie­go wi­na i ko­sza­mi pro­wan­sal­skich ła­ko­ci. Cla­ire i Ma­rian­ne ob­ja­da­ły się kan­dy­zo­wa­ny­mi owo­ca­mi, a kie­dy wy­do­ro­śla­ły, opi­ja­ły do­sko­na­ły­mi wi­na­mi, szu­ka­jąc w nich – we­dług za­le­ceń bab­ci i dziad­ka – po­łu­dnio­we­go słoń­ca i po­wie­wów mi­stra­la.

Bab­cia Ana za­przy­jaź­ni­ła się z Au­tre­ta­mi ser­decz­nie – w prze­ci­wień­stwie do Ewy, swo­jej cór­ki, któ­ra ca­ły czas od­no­si­ła się do te­ściów z re­zer­wą... po­dob­nie zresz­tą jak do wła­sne­go mę­ża. Han­na nie ro­zu­mia­ła te­go. Prze­cież, na Bo­ga, wi­dzia­ły ga­ły, co bra­ły! Vin­cent mo­że nie ja­kiś cud uro­dy, ale przy­stoj­ny – jak na męż­czy­znę – zu­peł­nie wy­star­cza­ją­co. Sym­pa­tycz­ny. Cie­pły. Do­bry czło­wiek. Ko­cha żo­nę i jest naj­lep­szym oj­cem na świe­cie. Cze­go ona od nie­go chce?

Ewa chcia­ła po pro­stu, że­by Vin­cent był kimś in­nym.

 

 

Egon i Er­win do­tar­li fran­cu­skim cu­dem tech­ni­ki ko­le­jo­wej do Qu­im­per, zo­sta­li do­bu­dze­ni przez współ­pa­sa­że­rów i wy­szli na pe­ron, prze­cie­ra­jąc za­spa­ne oczy. Wy­pi­li w dwor­co­wym ba­rze kiep­ską ka­wę i po­szli po sa­mo­chód. Za­mó­wi­li go so­bie przez In­ter­net a te­raz by­li cie­ka­wi, czy na­praw­dę na nich cze­ka. Ow­szem, cze­kał. Uprzej­ma do sza­leń­stwa pa­ni za­ła­twi­ła z ni­mi for­mal­no­ści i prze­ka­za­ła im klu­czy­ki do nie­wiel­kie­go czer­wo­ne­go C3, sto­ją­ce­go na par­kin­gu przed dwor­cem.

– By­ło za­mó­wić z dżi­pie­sem – wes­tchnął Egon, sa­do­wiąc się za kie­row­ni­cą. – Gdzie mam je­chać?

– Za­wiń w le­wo i pro­sto. Nic się nie martw, bę­dę two­im dżi­pie­sem, mam tu ma­pę, a po­dob­no we Fran­cji są przy­zwo­ite dro­gi.

– Jak się na­zy­wa to­to, do cze­go je­dzie­my, bo za­po­mnia­łem?

– Esqu­ibien. Na ra­zie jedź przo­dem do przo­du. Mam wra­że­nie, że dzi­siaj się na tę na­szą wy­spę nie do­sta­nie­my.

– By­ło spraw­dzić.

– Spraw­dzi­łem. Na pew­no się nie do­sta­nie­my.

– By­ło za­mó­wić ho­tel.

– Za­mó­wi­łem. Na wy­spie. Uwa­żaj, że­byś man­da­tu za pręd­kość nie do­stał.

Licz­nik czer­wo­nej cy­tryn­ki wska­zy­wał pręd­kość trzy­dzie­ści ki­lo­me­trów na go­dzi­nę.

– Pierw­szy raz pro­wa­dzę die­sla. Mu­szę się przy­zwy­cza­ić do re­ak­cji. Chcesz, że­bym wy­ko­nał ka­ta­stro­fę dro­go­wą w ob­cym kra­ju?

– Ja uciek­nę z miej­sca wy­pad­ku, a ty rób, jak uwa­żasz – za­śmiał się Er­win bez­tro­sko. – Do­brze bę­dzie, co się mar­twisz, bra­cie...

– Bra­cie-wa­ria­cie – mruk­nął Egon i ostroż­nie przy­spie­szył do trzy­dzie­stu pię­ciu.

Po­wo­li za­czy­nał się przy­zwy­cza­jać do nie­zna­jo­me­go sa­mo­cho­du i fran­cu­skich ozna­czeń na dro­gach. Je­cha­ło mu się cał­kiem do­brze, zwłasz­cza że fran­cu­scy kie­row­cy by­li kul­tu­ral­ni i to­le­ran­cyj­ni. Nikt na nie­go nie za­trą­bił, na­wet kie­dy usi­ło­wał zje­chać z ron­da pod prąd.

– Wi­dzą ob­cą re­je­stra­cję i ro­zu­mie­ją, że kie­row­ca nie zna te­re­nu...

– Ja­ką ob­cą – na­pro­sto­wał bra­ta Er­win. – Prze­cież tu­tej­szym je­dzie­my. Re­je­stra­cja też tu­tej­sza.

– A fak­tycz­nie, masz ra­cję. – Egon za­ha­mo­wał gwał­tow­nie, ustę­pu­jąc pierw­szeń­stwa efek­tow­nej blon­dy­nie w wiel­kim je­epie. Po­ma­cha­ła mu wdzięcz­nie rącz­ką i ry­cząc sil­ni­kiem, po­zo­sta­wi­ła ich da­le­ko za so­bą. – Ale wi­dzą, że au­to wy­na­ję­te, i się do­my­śla­ją. Mo­że byś jed­nak sam po­pro­wa­dził? Ja chy­ba wo­lę swo­je­go ła­zi­ka i na­sze dro­gi, dziu­ra­we, ale zna­jo­me. Nie bę­dę mi­strzem raj­dów Mon­te Car­lo. Mo­gę ci mó­wić, jak je­chać.

– Nie trze­ba, dam ra­dę. Stań gdzieś. Patrz, tam jest ja­kaś ce­pe­en­ka...

– Co ty z tą ce­pe­en­ką... Już zjeż­dżam.

Wpraw­dzie pol­ska Cen­tra­la Prze­my­słu Naf­to­we­go od lat by­ła nie­boszcz­ką, Er­win jed­nak prze­jął od oj­ca zwy­czaj na­zy­wa­nia sta­cji pa­liw ce­pe­en­ka­mi, cze­go Egon w ża­den spo­sób nie mógł zro­zu­mieć. Pa­li­wa nie po­trze­bo­wa­li, ale fran­cu­ska sta­cja ofe­ro­wa­ła też ka­nap­ki i ka­wę, co przy­ję­li wdzięcz­nym ser­cem, nie wy­ry­wa­jąc się ze stwier­dze­niem, że na na­szych or­le­nach ka­wa jest du­żo lep­sza. Nie­ste­ty, ben­zy­niarz ży­czył so­bie mó­wić wy­łącz­nie po fran­cu­sku, więc nie po­ga­da­li zbyt wie­le. Me­to­dą czę­ścio­wo mi­go­wą upew­ni­li się tyl­ko, że są na wła­ści­wej dro­dze i że do Esqu­ibien po­win­ni do­je­chać za nie­ca­łą go­dzi­nę.

Po­nie­waż był do­pie­ro maj i rze­sze tu­ry­stów jesz­cze się nie po­ja­wi­ły, a tak­że dla­te­go, iż kie­row­ni­cę prze­jął młod­szy brat, rze­czy­wi­ście w nie­speł­na go­dzi­nę zna­leź­li się w Esqu­ibien – mia­stecz­ku po­dob­nym do tych, któ­re mi­ja­li po dro­dze. Zjazd do por­tu zna­leź­li bez kło­po­tu, bo­wiem był po­rząd­nie ozna­czo­ny. Skrę­ci­li więc w le­wo i po chwi­li zo­ba­czy­li Atlan­tyk z bli­ska.

Tro­chę to ich wzru­szy­ło. Nie wi­dzie­li jesz­cze oce­anu. Ja­koś nie by­ło oka­zji.

W spo­rej ma­ri­nie ki­wa­ły się na cu­mach bia­łe jach­ty i kil­ka ło­dzi ry­bac­kich. Ki­wa­ły się jed­na­ko­woż nie na oce­anicz­nej fa­li, a ra­czej w grzą­skim błot­ku. Kil­ka po­sta­ci w wy­so­kich ka­lo­szach krą­ży­ło mię­dzy ni­mi, na­chy­la­jąc się co chwi­la i wy­do­by­wa­jąc coś z mu­łu.

– Od­pływ – skon­sta­to­wa­li jed­no­cze­śnie obaj bra­cia i po­ki­wa­li gło­wa­mi.

– Ostry­gi zbie­ra­ją – do­dał Egon. – Al­bo ja­kieś in­ne ży­jąt­ka spo­żyw­cze.

– Za nic na świe­cie nie we­zmę te­go do ust – prych­nął Er­win. – A ty?

– A ja tak. Chodź do tej ka­sy, do­wie­my się cze­goś kon­kret­ne­go.

Po chwi­li do­wie­dzie­li się, że kon­kret­nie to dzi­siaj nie bę­dzie nic pły­nąć na wy­spę, ale ju­tro o dzie­wią­tej ra­no pro­szę bar­dzo, jest sta­tek. Pa­no­wie wró­cą te­go sa­me­go dnia? Po­byt trwa sześć go­dzin.

Dziew­czy­na w okien­ku mia­ła przy­pię­ty kar­to­nik z imie­niem „Ju­lie”, by­ła bar­dzo ład­na i do­sko­na­le mó­wi­ła po an­giel­sku. Obaj bra­cia roz­ma­śli­li się nie­co na jej wi­dok i po­in­for­mo­wa­li ją, że jak po­pły­ną, to tak za­raz nie wró­cą, oraz że ma­ją za­re­zer­wo­wa­ny po­kój w pen­sjo­na­cie na wy­spie.

– Do­sko­na­le – po­wie­dzia­ła ślicz­na Ju­lie. – A ma­cie gdzie spać dzi­siaj?

– Nie ma­my – od­rze­kli chó­rem.

– Je­ste­ście bliź­nia­ka­mi? – za­in­te­re­so­wa­ła się. – Chy­ba nie. Jed­nak nie. Mo­gę po­móc za­ła­twić ho­tel. Chce­cie, że­by był bar­dzo ta­ni?

Bra­cia spoj­rze­li po so­bie i jak na ko­men­dę za­prze­czy­li. Za ład­na by­ła ta ca­ła Ju­lie, że­by jej ka­za­li za­ła­twiać ta­nie noc­le­gi.

– Tu­taj już nic nie do­sta­nie­cie – po­in­for­mo­wa­ła ich dziew­czy­na. – Wiem, bo szu­ka­łam noc­le­gu dla ko­goś. Je­śli nie mu­si być bar­dzo ta­nio, to mo­ja cio­cia ma pen­sjo­nat w Ro­scoff. Wie­cie, gdzie to jest? Po­ka­żę wam na ma­pie. Zdą­ży­cie jesz­cze dzi­siaj sko­czyć na Po­in­te du Raz.

– Ko­niec świa­ta? – mruk­nął Er­win.

Ju­lie po­ki­wa­ła gło­wą.

– Fi­ni­stere. Ko­niec świa­ta. Dłu­go tu bę­dzie­cie?

– Tyl­ko kil­ka dni – od­parł Egon. – Ma­my coś do za­ła­twie­nia na wy­spie i bę­dzie­my wra­cać.

– Szko­da. Sta­ra do­bra Bre­izh jest war­ta dłuż­sze­go po­by­tu. Mo­że na­stęp­nym ra­zem wpad­nie­cie cho­ciaż na ty­dzień?

– A ty je­steś bre­toń­ską pa­triot­ką – uśmiech­nął się Er­win.

Ju­lia wy­dę­ła ustecz­ka.

– Ja­sne. Bre­izh jest w po­rząd­ku! A wy skąd je­ste­ście?

– Z Pol­ski. La Po­lo­gne.

– Ach, oczy­wi­ście!

– Dla­cze­go oczy­wi­ście? – za­in­te­re­so­wał się Egon.

– Bo Po­la­cy to zwy­kle przy­stoj­nia­ki – oświad­czy­ła Ju­lie, prze­wra­ca­jąc oczy­ma. – No, sko­ro nie je­ste­ście po pro­stu tu­ry­sta­mi, to ja chy­ba wiem, do ko­go przy­je­cha­li­ście. Do Au­tre­tów? Tam są w ro­dzi­nie Po­la­cy.

– Przy­stoj­nia­ki?

– Aku­rat sa­me ko­bie­ty. – Ju­lie zno­wu ro­ze­śmia­ła się ślicz­nie. – Ma­da­me Ana, ma­da­me Ewa i dwie cór­ki Ewy, to już na pół Bre­ton­ki, Cla­ire i Ma­rian­ne. Z Ma­rian­ne cho­dzi­łam kie­dyś do jed­nej kla­sy. Do­brze je znam. To wa­sze krew­ne?

– Nie, ale ma­my im coś do prze­ka­za­nia. Ro­zu­miesz. Coś od ko­goś.

– Spe­cjal­na mi­sja?

Obu bra­ciom zno­wu przy­szło do gło­wy okre­śle­nie mis­sion im­pos­si­ble. Cóż, nie bę­dą prze­cież opo­wia­dać o ro­dzin­nych spra­wach na­wet naj­ład­niej­szej bre­toń­skiej ka­sjer­ce...

Bre­toń­ska ka­sjer­ka sa­ma się po­ła­pa­ła.

– Prze­pra­szam, oczy­wi­ście nie po­win­nam by­ła py­tać. Ży­czę wam w każ­dym ra­zie po­wo­dze­nia. A te­raz za­dzwo­nię do cio­ci.

Wy­bra­ła nu­mer i po­wie­dzia­ła coś po fran­cu­sku. Jej fran­cusz­czy­zna wy­da­ła się bra­ciom jak­by nie­ty­po­wa.

– Roz­ma­wia­łaś po bre­toń­sku? – za­cie­ka­wił się Er­win.

– Tak. My roz­ma­wia­my głów­nie po bre­toń­sku. Słu­chaj­cie. W Ro­scoff przy głów­nej dro­dze jest ho­tel. Cio­cia ma dla was po­kój, aku­rat się zwol­nił na jed­ną noc, tyl­ko czy mo­że­cie spać w jed­nym łóż­ku? To jest du­że łóż­ko, mał­żeń­skie...

– Nie ma spra­wy. Po­wo­ła­my się na cie­bie, do­brze?

Po­że­gna­li dziew­czy­nę z na­dzie­ją, że cio­cia oka­że się rów­nie sym­pa­tycz­na.

Ow­szem, cio­cia by­ła rów­nie mi­ła jak sio­strze­ni­ca i rów­nie do­brze zna­ła an­giel­ski. Dość ele­ganc­ki pen­sjo­nat na­zy­wał się Ker­mo­or i stał na brze­gu śred­nio uro­dzi­wej za­tocz­ki, gdzie ło­dzie rów­nież ta­pla­ły się w rzad­kim błot­ku. Za to po­kój był re­we­la­cyj­ny, urzą­dzo­no go bo­wiem bre­toń­ski­mi cięż­ka­wy­mi, ale pięk­ny­mi me­bla­mi, a wspo­mnia­ne mał­żeń­skie ło­że znaj­do­wa­ło się we­wnątrz cze­goś w ro­dza­ju sza­fy. Moż­na się by­ło w niej za­mknąć i na przy­kład prze­cze­kać zi­mę – jak za­uwa­ży­li bra­cia. Okno wy­cho­dzi­ło na za­to­kę.

– Je­śli chce­cie je­chać na Po­in­te du Raz, to pro­po­nu­ję te­raz – po­wie­dzia­ła Ma­da­me Cio­cia, jak ją od ra­zu na­zwa­li. Z ak­cen­tem na ostat­niej sy­la­bie. Cio­CIA. – Jedź­cie tą dro­gą pro­sto, a do­je­dzie­cie. Jak wró­ci­cie, to was na­kar­mi­my czymś smacz­nym. Ma­my pysz­ne ry­by. So­la po mły­nar­sku. Mu­le po ma­ry­nar­sku. Ostry­gi! Lu­bi­cie ostry­gi?

– Jesz­cze nie wie­my – uśmiech­nę­li się i zwia­li go­ścin­nej Ma­da­me Cio­ci.

Dro­ga po­pro­wa­dzi­ła ich środ­kiem ma­łe­go mia­stecz­ka, zwa­ne­go nie wie­dzieć cze­mu z ro­syj­ska Plo­goff. Z le­wej stro­ny przez za­ro­śla i bu­dyn­ki prze­świ­ty­wa­ła tu i ów­dzie błę­kit­na wo­da Atlan­ty­ku. Bra­cia za­sta­na­wia­li się przez chwi­lę aka­de­mic­ko, co by by­ło, gdy­by ja­kiś stuk­nię­ty ar­chi­tekt spró­bo­wał po­sta­wić tu wie­żow­ce. Ta­kie jak te, któ­re spo­koj­nie psu­ją więk­szość pol­skich miej­sco­wo­ści wa­ka­cyj­nych. Tu­taj nikt nie miał po­dob­nych po­my­słów. Dom­ki by­ły nie­wiel­kie, choć nie­ko­niecz­nie sta­re, prze­waż­nie bia­łe z nie­bie­ski­mi okien­ni­ca­mi al­bo in­nym nie­bie­skim ak­cen­tem. Przy dro­dze ro­sły kwia­ty – zwy­kłe, po­lne i wiej­skie w cha­rak­te­rze. Ja­kieś dro­gi i dróż­ki od­cho­dzi­ły w pra­wo i zni­ka­ły w za­bu­do­wa­niach.

Na­gle dro­ga skoń­czy­ła się, a wśród gę­stych ży­wo­pło­tów po­ja­wi­ła się bram­ka ze szla­ba­nem. Wy­glą­da­ło to tro­chę tak, jak­by już mia­ło nie być nic wię­cej, jed­nak ka­wa­łek da­lej ob­ja­wił się ol­brzy­mi par­king, pra­wie cał­kiem za­pcha­ny sa­mo­cho­da­mi i au­to­bu­sa­mi. Skąd to wszyst­ko się wzię­ło, by­ło dla bra­ci nie­wia­do­mą. Ow­szem, mi­ja­ło ich kil­ka po­jaz­dów, ale że­by aż ty­le? I to przed se­zo­nem! W se­zo­nie mu­si tu być ist­ne pie­kło.

No i gdzie się po­dzia­ło ca­łe to­wa­rzy­stwo, któ­re przy­je­cha­ło ty­mi au­ta­mi?

Kie­dy Egon i Er­win za­par­ko­wa­li cy­tryn­kę i wy­chy­nę­li zza ży­wo­pło­tu, zro­zu­mie­li wszyst­ko. Przed ni­mi do­słow­nie zni­kąd po­ja­wi­ły się usta­wio­ne w rząd­ku nie­zli­czo­ne sto­iska i skle­pi­ki z pa­miąt­ka­mi, ubra­nia­mi, za­baw­ka­mi, pocz­tów­ka­mi i wszyst­kim, cze­go du­sza tu­ry­sty mo­że za­pra­gnąć. Ka­wa­łek da­lej sza­rzał wiel­ki kom­pleks in­for­ma­cyj­ny.

Po­in­te du Raz oka­zał się du­żo więk­szy, niż my­śle­li.

Oczy­wi­ście. Do­wie­dzie­li się, że stąd do ko­niusz­ka Eu­ro­py jest jesz­cze oko­ło ki­lo­me­tra i że mo­gą pójść na pie­cho­tę al­bo po­je­chać bu­si­kiem. Zlek­ce­wa­ży­li bu­sik i po kil­ku mi­nu­tach mi­ja­li za­bu­do­wa­nia la­tar­ni mor­skiej. Ka­wa­łek da­lej stał bia­ły po­sąg. Ma­don­na z Dzie­ciąt­kiem w ob­ję­ciach i unie­sio­ną dło­nią, a przed ni­mi klę­czą­cy w bła­gal­nej po­zie męż­czy­zna.

– Ja wiem, co to za po­mnik – oświad­czył Er­win. – Pod­słu­cha­łem. To Ma­don­na Za­to­pio­nych. Ro­zu­miesz. Nie tych, co się uto­pi­li w gli­nian­ce, jak chcie­li po­pły­wać, tyl­ko za­to­pio­nych ra­zem ze swo­imi stat­ka­mi.

– To ma się kim opie­ko­wać – stwier­dził fi­lo­zo­ficz­nie Egon. – Tu, o ile mi wia­do­mo, uto­nę­ło mnó­stwo stat­ków.

– Zga­dza się. I dla­te­go ma­ją tu mnó­stwo la­tar­ni mor­skich. Nie chciał­bym ja się wpa­ko­wać na te ska­ły. Gdy­bym był że­gla­rzem, oczy­wi­ście. Na szczę­ście ni­g­dy nie bę­dę.

Istot­nie, przed ni­mi roz­cią­ga­ły się już tyl­ko po­szar­pa­ne ska­ły, wciąż ata­ko­wa­ne przez fa­le.

– Chciał­bym wi­dzieć, jak tu wy­glą­da po­rząd­ny sztorm – po­wie­dział Egon w za­du­mie.

– Ja nie. Gdzie jest ta wy­spa?

– Mo­im zda­niem tam, na wprost. Wi­dać ją.

– Nie, to la­tar­nia mor­ska na ska­le. Wy­spa jest da­lej.

Z ma­py obaj wie­dzie­li, że Po­in­te du Raz jest naj­bar­dziej na po­łu­dnie wy­su­nię­tym cy­plem pół­wy­spu Fi­ni­stere, ogra­ni­cza­ją­cym z ko­lei od pół­no­cy wiel­ką i słyn­ną ze sztor­mów Za­to­kę Bi­skaj­ską. Po­wy­żej Po­in­te du Raz był już otwar­ty Atlan­tyk. Na prze­dłu­że­niu cy­pla, osiem ki­lo­me­trów od je­go koń­ca, tkwi­ła w oce­anie ma­leń­ka wy­sep­ka, Île-de-Se­in, do któ­rej za­mie­rza­li ju­tro po­pły­nąć, aby zna­leźć pew­ną mło­dą oso­bę i – nie da się ukryć – zmie­nić jej ży­cie.

 

 

Ży­cie ma­łej El­żu­ni Szu­ma­che­rów­ny mia­ło zmie­nić się na eta­pie o wie­le wcze­śniej­szym. W do­mu wła­ści­wie wszyst­ko to­czy­ło się daw­nym try­bem, a o wi­zy­cie wój­ta jak gdy­by za­po­mnia­no. Bab­cie i dziad­ko­wie ro­bi­li swo­je. Ma­ma wzo­ro­wo pro­wa­dzi­ła dom, a oj­ciec, zwa­ny przez El­żu­nię ta­cim­kiem, wciąż cho­dził do swo­jej ce­men­tow­ni. Coś nie­do­bre­go jed­nak wi­sia­ło w po­wie­trzu.

No i sta­ło się.

Naj­pierw znik­nął ta­ci­mek.

Za­nim jed­nak znik­nął, po­ja­wił się któ­re­goś dnia po pra­cy z po­dłuż­nym pu­deł­kiem pod pa­chą. El­żu­nia szó­stym zmy­słem ko­cha­nej có­recz­ki ta­tu­sia wy­czu­ła, że to coś dla niej, ale mu­sia­ła od­cze­kać, aż ta­ta zje obiad i wy­pi­je swo­ją her­ba­tę. Po­tem już nie wy­trzy­ma­ła.

Wsko­czy­ła oj­cu na ko­la­na i zła­pa­ła go za oba po­licz­ki, roz­cią­ga­jąc je za­baw­nie. Za­kła­pał i spoj­rzał na nią groź­nie. Nie prze­ję­ła się wca­le, bo prze­cież to by­ła ich sta­ła za­ba­wa! Po­ca­ło­wa­ła go w nos.

– Ta­cim­ku, co dla mnie przy­nio­słeś?

– Ja dla cie­bie coś przy­nio­słem? – Oj­ciec ar­ty­stycz­nie udał zdzi­wie­nie.

– PU­DEŁ­KO – po­wie­dzia­ła bar­dzo wy­raź­nie El­żu­nia. – Ta­tu, nie oszu­kuj dziec­ka. To nie­wy... nie­wyw... cho­wa­ce.

– Nie­wy­cho­waw­cze.

– No wła­śnie. Co tam masz?

– Ale po­wiedz: nie-wy-cho-waw-cze.

El­żu­nia sprę­ży­ła się i po­do­ła­ła za­da­niu.

– NIE­WY­CHO… WAW­CZE. Po­wie­dzia­łam. Do­sta­nę?

Oj­ciec ro­ze­śmiał się, cho­ciaż ja­koś nie tak, jak zwy­kle, i się­gnął do szaf­ki po pu­deł­ko. By­ło słod­ko­ró­żo­we. Wstą­żecz­ka na nim też ró­żo­wa, w tym sa­mym od­cie­niu.

El­żu­nia ener­gicz­nie zdar­ła wstąż­kę, zdję­ła po­kryw­kę i wy­da­ła okrzyk za­chwy­tu.

W pu­deł­ku le­ża­ła lal­ka. Prze­pięk­na. Cał­kiem do­ro­sła. Nie ża­den ce­lu­lo­ido­wy go­la­sek. Ubra­na w ele­ganc­ką se­le­dy­no­wą su­kien­kę, na gło­wie mia­ła ko­ron­ko­wy ka­pe­lu­sik bud­kę w tym sa­mym ko­lo­rze. Zie­lo­ne but­ki pru­nel­ki. Zaj­mo­wa­ła ja­kieś dwie trze­cie pu­deł­ka. Po­zo­sta­łą je­go część wy­peł­niał ku­fe­rek z se­le­dy­no­wym płasz­czy­kiem i ta­kąż pa­ra­sol­ką.

Dziew­czyn­ka wy­da­ła pe­łen za­chwy­tu pisk i rzu­ci­ła się oj­cu na szy­ję. Uści­skał ją jak zwy­kle. A mo­że tro­chę moc­niej.

– Jak ma na imię? – spy­ta­ła, wyj­mu­jąc lal­kę z ró­żo­wych bi­bu­łek.

– Wy­myśl coś – uśmiech­nął się.

– Ja mam wy­my­ślić... Do­brze. Coś się wy­kom­bi­nu­je. Cze­kaj, ta­cim­ku, cze­kaj... Ona bę­dzie... ona bę­dzie... Lam­pu­ce­ra!

Nie­opa­no­wa­ny wy­buch śmie­chu wszyst­kich obec­nych w po­ko­ju do­ro­słych (ja­kimś cu­dem ze­bra­ła się ca­ła ro­dzi­na) nie ty­le spe­szył El­żu­nię, ile dał jej do my­śle­nia.

– Nie mo­że być Lam­pu­ce­ra? Dla­cze­go? Mnie się po­do­ba!

Pierw­szy spo­waż­niał oj­ciec.

– Ko­cha­nie, bar­dzo mi przy­kro, ale nie mo­że. I pro­szę cię, nie mów tak ni­g­dy, bo to brzyd­kie sło­wo. Gdzieś ty to usły­sza­ła?

– Bab­cia He­la tak mó­wi­ła o pa­ni wój­to­wej – od­rze­kło praw­do­mów­ne dziec­ko, po­wo­du­jąc ko­lej­ny ryk śmie­chu ro­dzi­ny. Bab­cia He­la tro­chę przy tym po­czer­wie­nia­ła, ale też nie mo­gła po­wstrzy­mać chi­cho­tu.

Ta­ci­mek jak­by tro­chę się na­wet spła­kał.

Pierw­szy oprzy­tom­niał dzia­dek Jó­zef.

– Ko­cha­nie, two­jej bab­ci się wy­rwa­ło, ale na­praw­dę nie moż­na tak mó­wić. Bab­cia też już nie bę­dzie, praw­da, żo­no?

– Praw­da, mę­żu...

El­żu­nia by­ła tro­chę zmar­twio­na. Sło­wo brzmia­ło god­nie i bar­dzo jej się po­do­ba­ło. Sko­ro jed­nak star­szy­zna na­le­ga, to pew­nie coś w tym jest.

– Ja tyl­ko jesz­cze ostat­ni raz so­bie po­wiem, do­brze? LAM­PU­CE­RA. Ko­niec.

Do­ro­śli zno­wu prych­nę­li, ale już na krót­ko.

– No to jak ja mam ją na­zwać? Lam­pu... wam się nie po­do­ba. To jak?

– Mo­że Ma­tyl­da?

– Eu­fro­zy­na?

– Ku­ne­gun­da?

– Kon­fe­ren­cja?

– Pa­ra­lak­sa?

– Ra­wal­pin­da?

Okrop­na ro­dzin­ka zno­wu zwi­ja­ła się ze śmie­chu. El­żu­nia zna­ła to zja­wi­sko od uro­dze­nia i wie­dzia­ła, że star­szy­zna jest nie­po­waż­na. Nie szko­dzi. Ona już mia­ła wła­sny po­mysł.

– Ci­cho bądź­cie! Dziec­ko py­ta!

Za­dzia­ła­ło. Do­ro­śli prze­sta­li chi­cho­tać, rżeć i po­ry­ki­wać. Spoj­rze­li na dziec­ko, któ­re chcia­ło o coś spy­tać.

– Mów, có­recz­ko.

– El­żu­nia to jest od Elż­bie­ty? Ta­ka ma­ła Elż­bie­ta?

– Tak. To zdrob­nie­nie.

– Ale to to sa­mo? Na pew­no?

– To sa­mo.

– To ja już wiem. Ona bę­dzie mia­ła na imię Elż­bie­ta.

– Tak jak ty? – Bab­cia Ja­nia by­ła tro­chę zdzi­wio­na, po­dob­nie jak resz­ta ze­bra­nych.

– Bo to cza­sem bę­dę ja – oświad­czy­ła nie­dba­le El­żu­nia, na­ło­ży­ła lal­ce płasz­czyk i za­bra­ła ją na spa­cer, po­ka­zać jej ku­ry, gę­si i psa Pryn­ca.

 

 

Egon i Er­win, wy­spaw­szy się cał­kiem przy­zwo­icie w bre­toń­skiej sza­fie mał­żeń­skiej, wyj­rze­li przez okno i zo­ba­czy­li ło­dzie, któ­re już nie te­le­pa­ły się w rzad­kim błot­ku, tyl­ko dum­nie ko­ły­sa­ły na fa­lach przy­pły­wu. Zje­dli lek­kie śnia­dan­ko, po­że­gna­li Ma­da­me Cio­cię i po­je­cha­li do Esqu­ibien, ła­pać swój sta­tek. Tak na­praw­dę obaj by­li so­lid­nie głod­ni, bo ani ka­wa i cro­is­san­ty z ma­słem (Egon), ani ka­wa i ba­giet­ka z ma­słem i se­rem (Er­win) – cóż z te­go, że wszyst­ko bar­dzo smacz­ne i świe­że – nie sta­no­wi­ły po­sił­ku god­ne­go męż­czy­zny.

– Pa­ró­wecz­ki, jaj­ka na be­ko­nie, kieł­ba­ska grza­na z musz­tar­dą, szy­necz­ka, twa­ro­żek ze śmie­ta­ną, rzod­kiew­ka i szczy­pio­rek na ra­zo­wym chleb­ku – mam­ro­tał Er­win zza kie­row­ni­cy, sta­ra­jąc się nie prze­kra­czać prze­pi­sów dro­go­wych. – Co to za kraj, ta Fran­cja, jak moż­na lu­dziom do­ro­słym da­wać ciast­ka na śnia­da­nie. Bo­że, ja chcę do ma­my!

– Omlet. Z sze­ściu ja­jek. Z zie­lo­nym grosz­kiem. Na ma­seł­ku – roz­ma­rzył się je­go brat. – Masz ra­cję, tu jest bar­dzo ład­nie, ale mu­si­my zna­leźć ja­kieś żar­cie.

– No, mu­sisz przy­znać jed­na­ko­woż, że u Ma­da­me Cio­ci… ko­la­cyj­ka... Sma­ko­wa­ły ci ostry­gi?

– Jak­bym się mo­rza na­ły­kał. I ma­śla­ków na su­ro­wo. Ale sa­łat­ka z kra­bów by­ła nie­zła. So­la też okay. Zna­czy, trrr­re bię.

– Tyl­ko ma­ło. Szczę­ście, że Cio­cia ba­gie­tek nie ża­ło­wa­ła. Se­rek do­bry. W sam raz śmier­dział, a to wca­le nie tak ła­two utra­fić.

– W co? – nie zro­zu­miał Egon.

– W sto­pień si­ły ra­że­nia bre­toń­skie­go ser­ka.

– On był nor­mandz­ki. Wi­dzia­łem pu­deł­ko.

– Je­den dia­beł. Jest Esqu­ibien. Gdzie to się zjeż­dża­ło? Wi­dzę. Mam na­dzie­ję, że nikt nam nie rąb­nie te­go au­tka...

– Na­sza no­wa przy­ja­ciół­ka mó­wi­ła, że jak po­sta­wi­my tu, ko­ło bu­dyn­ku, to nie rąb­ną. Jest sta­tek. Ma­ły ja­kiś. To­to pły­wa po oce­anie?

– Przy ta­kiej po­go­dzie to i ka­ja­kiem moż­na. Do­bra. Tu sto­ję. Za­bie­ra­my be­ty i idzie­my.