Klub mało używanych dziewic - Monika Szwaja - ebook
Wydawca: Sol Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2010

Klub mało używanych dziewic ebook

Monika Szwaja

3.04040404040404 (99)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 464 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka dostępny w abonamencie „Legimi bez limitu+” w aplikacji Legimi z:

Androida
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Czas: 13 godz. 15 min

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Klub mało używanych dziewic - Monika Szwaja

Klub mało używanych dziewic” to – wbrew prowokującej nazwie – coś niemal tak niewinnego jak drużyna harcerska. Matkami założycielkami są cztery interesujące kobiety, których celem nie jest złapanie wreszcie chłopa (nie da się ukryć, lata lecą), lecz – w pewnym sensie – poprawianie rzeczywistości. Mają w sobie coś z dzielnych pozytywistek, choć broń Boże, nie są w typie Siłaczek padających na posterunku. Skuteczność – oto ich dewiza. Inteligencja i wdzięk pomagają im osiągać cele...

Monika Szwaja twierdzi, że zbyt późno zadebiutowała, żeby dopiero szukać własnych dróg literackich i że po pięćdziesiątce trzeba wiedzieć, czego się chce. Ona sama chce pisać dla wszystkich, którzy tak jak jej bohaterki pamiętają, że świat nie składa się wyłącznie z ciemnych stron; znają smak walki z przeciwnościami losu (raz się wygrywa, raz przegrywa, ale walczyć trzeba); wiedzą, że "sol omnibus lucet" - słońce świeci wszystkim. Liczba sprzedanych książek i pozycje na listach bestsellerów świadczą o tym, że nie jest w poglądach odosobniona. Wrażliwość społeczna, znajomość ludzkiej psychiki, umiejętność obserwacji (wiele lat pracy w charakterze reporterki telewizyjnej!), swoboda w poruszaniu się po świecie literatury, sztuki i kultury, poczucie humoru i barwny, potoczysty język - to zasadnicze cechy jej pisarstwa. Niektórzy poza tym twierdzą, że należałoby ją przepisywać na receptę, jako lek antydepresyjny...

Opinie o ebooku Klub mało używanych dziewic - Monika Szwaja

Cytaty z ebooka Klub mało używanych dziewic - Monika Szwaja

w  córeczce, gdyby dziadkowie Konikowie nie stali przy nim murem i  nie traktowali go jak najmilszego syna, prawdopodobnie nie wytrzymałby w  Szczecinie dłużej niż rok, dwa. Wytrzymał sześć lat. Pół roku po śmierci babci Neli Konikowej z  bólem serca zwiał od ukochanej niegdyś żony
szczęścia, a  Bożena z  trudem powstrzymała się od strzelenia ukochanego Irlandczyka w  dziób. Uważała, że mu się słusznie należy. Noel w  Szczecinie przyjął się bardzo dobrze i  dość szybko znalazł sobie pracę w  jakiejś niemieckiej spółce żeglugowej, gdzie gwałtownie
głowy do nauki, więc skapitulowała po  drugiej klasie liceum, po czym poszła do pracy w  sklepie spożywczym. I  tam została na dobre. Marcelina wybiła się z  familii dość szybko, nie wiadomo po  kim odziedziczywszy dużą inteligencję. Złośliwi plotkarze wsiowi twierdzili, że
tym zrobić. Póki są  szanse, trzeba się ich trzymać. Wiesz, ja słyszałam takie powiedzenie, że jeśli pacjent wykazuje naprawdę silną wolę życia, to  medycyna jest bezradna… Jowita chwilę pomyślała i  wreszcie złapała sens dowcipu. Uśmiechnęła się blado. – To pomaga? – Pomaga. Nie tylko dlatego, że jest ci lepiej na duszy. Ale  jak się człowiek poddaje, to chorobie łatwiej go dopaść. A  jak zrezygnuje, to jakby

Fragment ebooka Klub mało używanych dziewic - Monika Szwaja

 


www.wydawnictwosol.pl

Copyright © Monika Szwaja 2007

www.monikaszwaja.pl

Redakcja:

Elżbieta Tyszkiewicz

Korekta:

Monika Kołakowska

Okładka:

Leszek Żebrowski

 

Warszawa 2012

ISBN 978-83-62405-62-6

Wydawca:

Wydawnictwo SOL
Monika Szwaja Mariusz Krzyżanowski

05-600 Grójec, Duży Dół 2a
wydawnictwo@wydawnictwosol.pl

ePub Redakcja techniczna:

Ilona Dominik Trzebińscy Du Châteaux
atelier@duchateaux.pl

 

Mariuszowi Sławkowi
na dobry początek

te­raz jesz­cze nie­zbęd­ne po­dzię­ko­wa­nia za kon­sul­ta­cje oraz inspiracje:

  • An­drze­jo­wi Grze­li vel Qni, Mać­ko­wi Ję­drzej­ce oraz ho­wi­czo­wi, czy­li bar­dzo po­waż­nym Pa­nom Dok­to­rom za cier­pli­wość udzie­la­niu mi wy­ja­śnień te­ma­cie, jak wia­ry­god­nie uszko­dzić na zdro­wiu bo­ha­ter­kę powieści…

  • mo­jej przyja­ciół­ce, Ani psy­cho­loż­ce, za pro­wa­dze­nie mnie po psy­cho­lo­gicz­nych oraz od­wy­ko­wych (he, he…) meandrach…

  • pa­nu Wojt­ko­wi Łęc­kie­mu za hi­sto­ryj­ki ogrodnicze...

  • jazzmanom za jazz…

  • Ir­land­czy­kom za ballady…

  • pew­ne­mu znaw­cy li­te­ra­tu­ry ame­ry­kań­skiej za nie­za­wod­ne wspar­cie moralne…

  • szcze­gól­nie czu­le Jar­ko­wi Ma­ren­dzia­ko­wi, mo­je­mu sym­pa­tycz­ne­mu ko­le­dze re­dak­to­ro­wi TV Szcze­cin za mes­ser­sch­mit­ta bombardującego…

Klub mało używanych dziewic

 

– Ta­ta­ta­ta­ta! Ta­ta­ta­ta­ata! – Ka­ra­bi­ny ma­szy­no­we na skrzy­dłach my­śliw­skie­go sa­mo­lo­tu za­ter­ko­ta­ły wście­kle i do ta­le­rza Mi­cha­li­ny Hart po­sy­pał się deszcz po­ci­sków. Ści­ślej mó­wiąc, ob­fi­ty deszcz pie­przu i so­li.

Pie­prz­nicz­ka i sol­nicz­ka (w tym przy­pad­ku groź­na broń) spo­czy­wa­ły w pew­nych dło­niach Ja­sia Na­ręb­skie­go, w cy­wi­lu dy­rek­to­ra po­waż­nej pań­stwo­wej fir­my o du­żym zna­cze­niu dla go­spo­dar­ki kra­ju, chwi­lo­wo peł­nią­ce­go obo­wiąz­ki pi­lo­ta sa­mo­lo­tu i jed­no­cze­śnie strzel­ca po­kła­do­we­go. Wła­ści­wie nie spo­czy­wa­ły, bo od­kąd Ja­sio zo­stał my­śliw­cem, to jest od ja­kichś dzie­się­ciu mi­nut, nie da­wał so­bie ani chwi­li lu­zu. Kur­so­wał mię­dzy sto­li­ka­mi i ob­fi­cie ostrze­li­wał ko­lej­ne ce­le, nie­za­leż­nie czy by­ły to por­cje pi­kant­nych sa­ła­tek, czy so­lid­ne ka­wa­ły tor­tu orze­cho­we­go. Po­nie­waż o tej po­rze w sa­li gim­na­stycz­nej, za­mie­nio­nej na ban­kie­to­wą, nie by­ło już ani jed­ne­go trzeź­we­go, nikt Ja­sio­wi spe­cjal­nie nie prze­szka­dzał, tyl­ko wła­ści­cie­le tor­tu sta­ra­li się usu­nąć ta­le­rzy­ki spod ostrza­łu sol­nicz­ko­we­go. Pieprz w na­zbyt słod­kim kre­mie był na­wet in­te­re­su­ją­cym do­dat­kiem.

– Ja­siek, zwa­rio­wa­łeś kom­plet­nie! – Agniesz­ka Bo­row­ska, śmie­jąc się, za­ma­cha­ła gwał­tow­nie rę­ka­mi. – Nie syp mi te­go świń­stwa do oczu!

– Opp, prze­pra­szam! Ce­le cy­wil­ne są dla nas świę­te! – Ja­sio mok­nął ją w czu­bek gło­wy i hoj­nie syp­nął so­li do jej sa­łat­ki śle­dzio­wej. – Ta­ta­ta­ta! Tyl­ko woj­sko­we! Ta­ta­ta! Je­stem mes­ser­sch­mit­tem. Bom­bar­du­ją­cym! –   ko­le­żan­ki, po­su­nął se­rią gdzie po­pad­nie i wziął kurs na pół­noc­ny za­chód, na sto­lik pod prze­ciw­le­głym oknem, za­ję­ty przez daw­ne cia­ło pro­fe­sor­skie i za­rzą­dy kla­so­we.

Ca­ły ten na­lot miał miej­sce na po­wtór­ce ze stud­niów­ki, zor­ga­ni­zo­wa­nej przez czte­ry daw­ne kla­sy ma­tu­ral­ne jed­ne­go ze szcze­ciń­skich li­ce­ów w dwu­dzie­sto­le­cie tej pierw­szej i za­sad­ni­czej. Stud­niów­ka głów­na od­by­ła się w ro­ku 1986 czy­li „w sta­nie po­wo­jen­nym”, jak go na­zy­wał szkol­ny hi­sto­ryk i by­ła ra­czej po­nu­ra. Dzie­więt­na­ście lat póź­niej daw­na go­spo­dy­ni kla­sy „c”, Agniesz­ka Bo­row­ska, de­mon or­ga­ni­za­cji, a obec­nie dy­rek­tor­ka no­wiut­kie­go pry­wat­ne­go li­ceum spo­tka­ła przy­pad­ko­wo w cen­trum za­ku­po­wym Krzysz­to­fa Ło­sia, go­spo­da­rza kla­sy „a” – obo­je bar­dzo ucie­sze­ni, po­szli na ka­wę i na tej ka­wie syn­chro­nicz­nie wpa­dli na po­mysł zor­ga­ni­zo­wa­nia ri­ple­ja po­nu­rej stud­niów­ki. Za­sta­na­wia­li się przez chwi­lę nad ba­lem ma­tu­ral­nym, ale do­szli do wnio­sku, że stud­niów­ka lep­sza, bo w kar­na­wa­le.

No i tym ra­zem ab­so­lut­nie nie ma pra­wa być smęt­na.

Co naj­mniej rów­nie do­brą za­ba­wą jak prze­wi­dy­wa­ne ba­le­ty, sta­ły się co­mie­sięcz­ne po­sie­dze­nia ko­mi­te­tu or­ga­ni­za­cyj­ne­go, w któ­re­go skład Agniesz­ka i Krzysz­tof po­wo­ła­li czo­łów­kę in­te­lek­tu­al­no-roz­ryw­ko­wą swo­je­go rocz­ni­ka. W re­zul­ta­cie po­wstał plan ba­lu, na któ­ry wstęp przy­słu­gi­wał wy­łącz­nie daw­nym abi­tu­rien­tom, bez żad­nych współ­mał­żon­ków i in­nych osób po­stron­nych, plus, oczy­wi­ście, wy­bra­nym oso­bom spo­śród cia­ła pro­fe­sor­skie­go. Na­mięt­ne dys­ku­sje wzbu­dził wy­bór miej­sca ba­lu: ko­mi­tet po­dzie­lił się na zwo­len­ni­ków wy­pa­sio­nej knaj­py (osta­tecz­nie ma­tu­rzy­ści do­ro­śli i też się tro­chę wy­pa­śli) oraz en­tu­zja­stów kli­ma­tycz­nej po­tań­ców­ki w sa­li gim­na­stycz­nej z pro­wian­tem przy­go­to­wa­nym przez tro­skli­we ma­my.

Zwy­cię­żył kom­pro­mis – praw­do­po­dob­nie z po­wo­du bra­ku en­tu­zja­zmu tro­skli­wych mam co do przy­go­to­wa­nia fu­ra­żu. Po­sta­no­wio­no wy­ko­rzy­stać sa­lę gim­na­stycz­ną – dla kli­ma­tu ude­ko­ro­wa­ną w sty­lu lat mi­nio­nych, z por­tre­tem to­wa­rzy­sza Pierw­sze­go Se­kre­ta­rza włącz­nie – oraz za­mó­wić pro­fe­sjo­nal­ny ca­te­ring. Kli­mat mia­ła stwo­rzyć Ma­ryl­ka Wą­sik, ab­sol­went­ka Aka­de­mii Sztuk Pięk­nych w Kra­ko­wie i ce­nio­na sce­no­graf­ka te­atral­na. Sze­ro­ko po­ję­tą wy­żer­kę wraz z wy­twor­ną za­sta­wą i kel­ne­ra­mi obie­cał za­ła­twić Mi­rek Lip­ko, dy­rek­tor or­bi­sow­skie­go ho­te­lu.

Obo­je spra­wi­li się zna­ko­mi­cie, po­dob­nie jak ca­ła resz­ta ko­mi­te­tu, od­po­wie­dzial­na za od­na­le­zie­nie wszyst­kich ab­sol­wen­tów i ulu­bio­nych na­uczy­cie­li, po­zbie­ra­nie pie­nię­dzy i tak da­lej. Kur­tu­azyj­nie za­pro­szo­no obec­ną dy­rek­cję, któ­ra wpraw­dzie mia­ła w no­sie hu­lan­ki i swa­wo­le daw­nych uczniów i naj­chęt­niej nie da­ła­by ze­zwo­le­nia na ca­ły ten ba­ła­gan w mu­rach szko­ły – tyl­ko ba­ła się pod­sko­czyć ak­tu­al­ne­mu wi­ce­ku­ra­to­ro­wi… nie­ste­ty, jed­ne­mu z fi­la­rów ko­mi­te­tu or­ga­ni­za­cyj­ne­go. Nie tyl­ko więc ze­zwo­li­ła, ale po­szła na ca­łość i ja­ko jed­na z pierw­szych strą­bi­ła się po­ka­zo­wo… a na­wet za­tań­czy­ła kan­ka­na na chwie­ją­cym się sto­le – ku ra­do­ści wi­ce­ku­ra­to­ra, któ­ry jej szcze­rze nie lu­bił.

Ge­ne­ral­nie jed­nak na ba­lu pa­no­wa­ła at­mos­fe­ra szczę­ścia i sło­dy­czy, ogól­nej ra­do­ści ze spo­tka­nia, życz­li­wo­ści, po­go­dy i we­se­la. Od­na­la­zły się daw­ne sym­pa­tie, od­ży­ły za­po­mnia­ne przy­jaź­nie, od­ku­rzo­no licz­ne nie­śmier­tel­ne aneg­do­ty z ży­cia uczniow­skie­go, a śro­dek sa­li za­ro­ił się od par, gru­pek i so­li­stów tań­czą­cych dy­na­micz­ne tań­ce mło­dzie­żo­we sprzed lat dwu­dzie­stu.

Pod jed­nym z wy­so­kich, za­kra­to­wa­nych okien mie­ści­ła się kwa­te­ra głów­na, czy­li ob­szer­ny i do­sko­na­le wy­po­sa­żo­ny we wszyst­kie do­bra sto­lik ko­mi­te­tu. Skład oso­bo­wy zmie­niał się tu jak w ka­lej­do­sko­pie, a od mniej wię­cej kwa­dran­sa sie­dzia­ły przy nim czte­ry in­te­re­su­ją­ce da­my, do­sta­tecz­nie już wy­tań­czo­ne i ucha­cha­ne, że­by wresz­cie móc nie­co od­po­cząć i po­ga­dać o ży­ciu.

Agniesz­ka Bo­row­ska, za­do­wo­lo­na z wy­ni­ku swo­ich wie­lo­mie­sięcz­nych tru­dów – o ile tru­da­mi moż­na na­zwać ra­do­sne po­sie­dze­nia ko­mi­te­tu – sta­now­czym ru­chem (na ogół ru­chy mie­wa­ła sta­now­cze) się­gnę­ła po bu­tel­kę szam­pa­na.

– Daj­cie jesz­cze tro­chę tych bą­bel­ków, dziew­czy­ny. Głu­pi Ja­siek do­so­lił mi śle­dzia, mu­szę go czymś za­pić. To co, Mar­cy­sia, kie­dy wy­cho­dzisz za ten mąż?

– Tyl­ko nie Mar­cy­sia! – Mar­ce­li­na He­ska, ład­nie za­ru­mie­nio­na, pod­sta­wi­ła jej wła­sny kie­li­szek. – Po­dob­no na wio­snę. Tak twier­dzi mój na­rze­czo­ny. Słu­chaj­cie, czy by­ły w ogó­le mes­ser­sch­mit­ty bom­bar­du­ją­ce?

– Mat­ko świę­ta, a kto wie ta­kie rze­czy! Le­piej po­wiedz, jak on się na­zy­wa, ten twój na­rze­czo­ny, bo za­po­mnia­łam – Ali­na Gro­sik, dla od­mia­ny bez śla­du wy­pie­ków, któ­re za­wsze uwa­ża­ła za okrop­nie nie­wy­twor­ne, się­gnę­ła po tort. – Ja­koś tak bar­dziej ślicz­nie, Kor­ko­ciąg… czy Graj­ca­rek?

Mi­sia Hart, sko­ra dziś do nie­opa­no­wa­nych chi­cho­tów, roz­chi­cho­ta­ła się po raz ko­lej­ny.

– Kor­ko­ciąg… nie mo­gę! Al­ka, ko­bie­to, on się na­zy­wa Fir­lej! Mar­ce­la mó­wi­ła dzie­sięć ra­zy! Al­bo sto. To jest pięk­ne, szla­chec­kie, sta­ro­pol­skie na­zwi­sko! Trze­ba by­ło czy­tać „Pa­ziów Kró­la Zyg­mun­ta”!…

– Nie by­ło w lek­tu­rze – wzru­szy­ła ra­mio­na­mi Ali­na. – Słu­chaj­cie, dziew­czyn­ki, to na­wet faj­nie bę­dzie: Mar­ce­li­na He­ska-Fir­lej! Ce­sia, nie zmar­nu­jesz swo­je­go na­zwi­ska, co? Bę­dziesz mia­ła po­dwój­ne?

– Mo­ja ma­ma na ta­ką drew­nia­ną beł­tacz­kę do ja­jek mó­wi­ła „fir­lej­ka” – po­wie­dzia­ła z za­sta­no­wie­niem Agniesz­ka. – To mo­że nie tak głu­pio ci się sko­ja­rzy­ło z kor­ko­cią­giem, Al­cia?

– No wi­dzisz. – Ala by­ła za­do­wo­lo­na. – Ty słu­chaj, Ce­lia­kio. Z ta­kim na­zwi­skiem, a wła­ści­wie z ta­ki­mi dwo­ma na­zwi­ska­mi po­win­naś mieć pięk­ny ślub. Z eks­tra wy­pa­sem. Z wiel­kim tor­tem, ko­niecz­nie ró­żo­wym. Z li­mu­zy­ną. I z druh­na­mi. Chcesz, bę­dzie­my two­imi druh­na­mi, co, dziew­czyn­ki?

– Kie­dy to ma być skrom­ny ślub – pró­bo­wa­ła pro­te­sto­wać Mar­ce­li­na, ale oczka jej świe­żo od­zy­ska­nych ko­le­ża­nek już zdą­ży­ły za­bły­snąć bla­skiem zdro­we­go, dam­skie­go pod­nie­ce­nia.

– Ge­nial­ne! – Mi­cha­li­na zno­wu by­ła ca­ła roz­ra­do­wa­na. – Bę­dzie­my sy­pać kwiat­ki!

– Urżnę­łaś się – wy­pro­wa­dzi­ła ją z błę­du Agniesz­ka. – Kwiat­ki to na pro­ce­sji. Bę­dzie­my mia­ły ró­żo­we su­kien­ki i bu­kie­ty. Jak na tych de­bil­nych fil­mach ame­ry­kań­skich.

Mi­cha­li­na za­ma­cha­ła rę­ka­mi.

– Tyl­ko nie ró­żo­we! Ja nie mo­gę ró­żo­we­go! Zie­lo­ne…

– Fak­tycz­nie – zmar­twi­ła się Ali­na. – Po­żresz się. A mo­że się prze­far­buj… tyl­ko na ten ślub? Druh­ny po­win­ny być ró­żo­we…

Mi­cha­li­na z obu­rze­niem po­trzą­snę­ła ru­dą czu­pry­ną.

– Na pew­no nie! Wiesz, co to jest kicz? Wiesz! To, co w owa­lu. A co jest tan­de­ta? Ró­żo­we. No.

Agniesz­ka do­la­ła wszyst­kim ro­syj­skie­go szam­pa­na.

– Miś­ka, ty nic nie ro­zu­miesz! Ma być tan­de­ta i kicz! Ró­że, zło­to i ko­lie w trwa­łej on­du­la­cji! Bry­lan­ty jak ku­rze ja­ja al­bo i więk­sze! Fal­ban­ki i tiu­le! Du­żo fal­ba­nek…

– I od za­rą­ba­nia tiu­li – wtrą­ci­ła krnąbr­nie Mar­ce­li­na. – Żad­nych tiu­li! Osza­la­ły­ście! Ja je­stem es­tet­ka! A wręcz ar­tyst­ka! Nie za­mie­rzam wy­glą­dać jak kró­lo­wa tor­ci­ków bez­owych! Je­śli się uprze­cie, pro­szę bar­dzo, mo­że­cie wy­stą­pić ja­ko druh­ny. Ale jak zo­ba­czę cho­ciaż jed­ną fal­ban­kę, to was nie wpusz­czę za próg…

– O co się tak ład­nie kłó­ci­cie, dziew­czyn­ki? Nie cho­waj­cie ta­le­rzy­ków, tu już i tak wszyst­ko zbom­bar­do­wa­łem i wi­dzę sa­me ru­iny…

Istot­nie, w pią­tej go­dzi­nie im­pre­zy ta­le­rze z wy­twor­nej ho­te­lo­wej za­sta­wy nie wy­glą­da­ły re­pre­zen­ta­cyj­nie. Zmor­do­wa­ny na­lo­ta­mi Ja­sio przy­siadł na wol­nym krze­śle i na­lał so­bie szam­pa­na do ja­kiejś pu­stej szklan­ki, po czym wy­chy­lił go dusz­kiem.

– Strasz­nie się pić chce przy tej ro­bo­cie – wy­znał. – A mo­że ja so­bie zro­bię prze­rwę i po­tań­czę? Czy któ­raś z was mnie za­szczy­ci? Agniesz­ko, kwiat­ku? Nie? Alin­ko, skar­bie? Wy też nie? Mi­sia? Mar­cy­sia? Ro­zu­miem. Wo­li­cie da­lej się kłó­cić. To ja le­cę. Wwww­wum, www­wum!

Za­pu­ścił sil­ni­ki i już pra­wie wy­star­to­wał, ale jesz­cze się za­wa­hał.

– A nie po­wie­dzia­ły­ście mi, o co się bi­je­cie, gwiaz­decz­ki! Czy do­brze sły­sza­łem, że wy­cho­dzi­cie za mąż?

– Mar­ce­li­na wy­cho­dzi – od­po­wie­dzia­ła Ali­na. – Na nas nie by­ło chęt­nych. Mo­że chcesz się z na­mi oże­nić?

– Zbio­ro­wo? – ucie­szył się Ja­sio. – Bar­dzo chęt­nie. Ma­ły, ko­cha­ny ha­re­mik! Za­wsze chcia­łem być Tur­kiem!

Do­lał so­bie szam­pa­na i na­gle po­smut­niał.

– A nie, jed­nak się z wa­mi nie oże­nię. Coś so­bie przy­po­mnia­łem: mam żo­nę. Hen­drycz­kę – Han­drycz­kę. Nie mo­gę wam te­go zro­bić, bo ona by was wy­koń­czy­ła. Mnie wła­śnie wy­kań­cza. Mo­je bie­dac­twa – roz­czu­lił się na­gle. – Nikt was nie chciał? Na­praw­dę? To mo­że cho­ciaż za­łóż­cie ja­kąś wspól­no­tę, ko­mun­kę ma­lut­ką, bę­dzie wam raź­niej… Sto­wa­rzy­sze­nie wyż­szej ko­niecz­no­ści. Wyż­szej uży­tecz­no­ści, chcia­łem po­wie­dzieć. Bę­dzie­cie się mo­gły sta­rać o do­ta­cje. Na­wet unij­ne. Ma­sa szma­lu.

– Ja­kie sto­wa­rzy­sze­nie? – Czte­ry ko­bie­ty pę­ka­ły ze śmie­chu, wi­dząc au­ten­tycz­ne za­an­ga­żo­wa­nie życz­li­we­go ko­le­gi.

Ja­sio – no­men omen Na­ręb­ski – za­sta­no­wił się dwie se­kun­dy.

– Klub dzie­wic – rzekł. Po czym, spoj­rzaw­szy na nie kry­tycz­nym wzro­kiem, po­pra­wił: – Klub uży­wa­nych dzie­wic. No, po­wiedz­my, ma­ło uży­wa­nych dzie­wic.

Mi­cha­li­na, czo­ło­wa kla­so­wa chi­chot­ka, po­pła­ka­ła się z ra­do­ści.

– Ja­sień­ku ko­cha­ny, z cze­go wno­sisz, że ma­ło uży­wa­ne?…

– Nie mo­gę ci te­go po­wie­dzieć – oświad­czył god­nie i po­now­nie za­pu­ścił sil­ni­ki. – Www­wum. Mu­szę wra­cać do obo­wiąz­ków, służ­ba nie druż­ba, mo­je ko­cha­ne. Spo­tka­my się po woj­nie. Wwwummmmm! Czy wa­szym zda­niem po­wi­nie­nem udać się te­raz zbom­bar­do­wać Lon­dyn, czy ra­czej po­le­cieć na Do­oooouuuver?

– Leć na Do­oouuuver – po­wie­dzia­ła Mi­cha­li­na sta­now­czo i z tym sa­mym bar­dzo an­giel­skim ak­cen­tem. – Daj im po­pa­lić.

– Je­ste­ście słod­kie – oświad­czył Ja­sio i od­le­ciał.

Słod­kie i też już nie­co za­la­ne ko­le­żan­ki spoj­rza­ły po so­bie.

– Ja nie wiem – po­wie­dzia­ła z wa­ha­niem Ali­na – czy to do­brze, że ma­ło uży­wa­ne, czy źle…

– Prze­stań – za­żą­da­ła Agniesz­ka. – W na­szym wie­ku!

– No tak – wes­tchnę­ła Mar­ce­li­na. – Te­raz to po­dob­no już w trze­ciej kla­sie szko­ły pod­sta­wo­wej wstyd się przy­znać, że się jesz­cze nie mia­ło fa­ce­ta. Mo­że na­praw­dę pój­dzie­my po­tań­czyć, za­nim ko­lej­ni mą­dra­le przyj­dą nam tu ro­bić afron­ty?

Na par­kie­cie sza­lał dzi­ki tłum, ba­wią­cy się do­sko­na­le przy dźwię­kach prze­bo­jo­wej gru­py U2. Czte­ry ma­ło uży­wa­ne dzie­wi­ce do­łą­czy­ły do nich i już po chwi­li ha­sa­ły ra­do­śnie w po­tęż­nej ko­edu­ka­cyj­nej gru­pie rów­no­la­tek i rów­no­la­tów. Nie wia­do­mo dla­cze­go, bab, jak zwy­kle, by­ło wię­cej.

Po dwóch mu­zycz­nych ka­wał­kach gru­pę U2 za­stą­pi­ła gru­pa Qu­een, a po­tem Han­na Ba­na­szak, sek­sow­nie szem­rzą­ca o tym, co ma w swo­im ma­gicz­nym do­mu. Gru­pa na par­kie­cie po­dzie­li­ła się na pod­gru­py dam­sko-mę­skie, po­przy­tu­la­ne jak w naj­lep­szych cza­sach pry­wat­ko­wych.

Spo­śród na­szych czte­rech przy­ja­ció­łek tyl­ko Ali­na po­zo­sta­ła bez part­ne­ra. Nie za­mie­rza­ła się tym przej­mo­wać, wy­mi­nę­ła roz­ma­rzo­ne pa­ry i po­że­glo­wa­ła w stro­nę Ro­ber­ta Sój­ki, dwa­dzie­ścia lat te­mu wy­róż­nia­ją­ce­go się buj­ny­mi lo­ka­mi do pa­sa, a dzi­siaj kom­plet­nie ły­se­go (co mu jed­nak nie uję­ło ani odro­bi­ny wdzię­ku, ja­kim cza­ro­wał wszyst­kie ko­le­żan­ki i co młod­sze na­uczy­ciel­ki). Ro­bert pra­co­wał w ra­diu ja­ko re­ali­za­tor, znał się za­tem na wsze­la­kiej apa­ra­tu­rze gra­ją­cej i obec­nie fa­cho­wo peł­nił funk­cję di­dże­ja, uży­wa­jąc na prze­mian no­wych płyt kom­pak­to­wych i sta­rych, czar­nych wi­ny­lo­wych krąż­ków.

– Cześć, Rob­ciu – za­ga­iła Ali­na ma­ło ory­gi­nal­nie – co tam jesz­cze masz z tych sta­ro­ci?

– Róż­ne mam – od­parł Rob­cio, po­pi­ja­jąc fin­lan­dię roz­cień­czo­ną so­kiem z grejp­fru­ta (co do drin­ków, po­sta­no­wio­no nie trzy­mać się kur­czo­wo tra­dy­cji, uzna­jąc zde­cy­do­wa­ną wyż­szość al­ko­ho­lo­wej te­raź­niej­szo­ści). – A co byś chcia­ła, anioł­ku?

Za­nim jed­nak Ali­na zdą­ży­ła za­żą­dać wcze­snych Be­atle­sów, po któ­rych przy­szła, na schod­kach wio­dą­cych na di­dżej­ski   po­ja­wi­ła się jesz­cze jed­na oso­ba. Oso­ba mia­ła wy­raź­ne   z ujarz­mie­niem trzech schod­ków, ale za­mie­rza­ła trud­no­ści po­ko­nać, nie ba­cząc na ewen­tu­al­ne stra­ty. Dżen­tel­men Rob­cio wy­cią­gnął ku niej po­moc­ną dłoń i na po­dest wto­czy­ła się, omal nie prze­wra­ca­jąc sto­ja­ków z apa­ra­tu­rą, pa­ni dok­tor Eu­ge­nia Bia­łuń, od sze­ściu lat dy­rek­tor­ka li­ceum, oso­ba szczu­pła do gra­nic ano­rek­tycz­nej chu­do­ści, odzia­na w wi­szą­ce na niej smęt­nie fio­le­to­we sza­ty, bo­ga­to zdob­ne w sztra­sy i sztucz­ne pe­reł­ki. Ol­brzy­mi de­kolt od­sła­niał oboj­czy­ki tak spi­cza­ste, że Rob­cio w pierw­szym od­ru­chu (spo­wo­do­wa­nym za­pew­ne du­żą ilo­ścią fin­lan­dii z so­kiem) cof­nął się gwał­tow­nie, że­by so­bie nie wy­bić oka.

Pa­ni dok­tor Bia­łuń, wdarł­szy się na pod­wyż­sze­nie, po­sta­ła chwi­lę bez ru­chu, od­zy­ska­ła rów­no­wa­gę i wy­cią­gnę­ła w stro­nę Ro­ber­ta ko­ści­stą pra­wi­cę.

– My się jesz­cze nie zna­my – po­wie­dzia­ła uprzej­mie. – A prze­cież pan tu­taj jest naj­waż­niej­szy na tej sa­li, nie­praw­daż, zga­dza się pan ze mną?

– Praw­daż – zgo­dził się po­słusz­nie Ro­bert. – Je­stem naj­waż­niej­szy. A to jest Ala, ona jest też naj­waż­niej­sza.

– Ach! – Pa­ni dok­tor dy­rek­tor uści­snę­ła Ali­nie rę­kę, nie­omal gru­cho­cząc jej ko­ści. Kto by się spo­dzie­wał ta­kiej krze­py w chu­dzi­nie? – Jak­że się cie­szę, pa­ni Alu. Pro­szę mi wie­rzyć, bar­dzo sza­nu­ję wa­sze po­ko­le­nie, bar­dzo. Ty­le prze­ży­li­ście. Praw­dzi­wa mar­ty­ro­lo­gia. Ale cóż, ja wła­ści­wie je­stem z te­go sa­me­go po­ko­le­nia… – Przez chwi­lę za­du­ma­ła się, za­pew­ne nad swo­ją oso­bi­stą mar­ty­ro­lo­gią. – No, mo­że mam kil­ka lat wię­cej, ale też mło­do za­czę­łam stan wo­jen­ny. Pa­mię­tam, pa­mię­tam… te kon­spi­ra­cje, po­wie­la­cze, in­ter­no­wa­nia na każ­dym kro­ku… Bo­że, co to był za kraj…

Ali­na słu­cha­ła jed­nym uchem, za­sta­na­wia­jąc się, czy pa­ni Bia­łuń prze­wró­ci się na Rob­cio­we kon­so­le, czy nie.

– To by­ło zbrod­ni­cze pań­stwo i na do­brą spra­wę na­le­ża­ło­by wszyst­kich wy­strze­lać – oznaj­mi­ła tym­cza­sem pa­ni Bia­łuń. – Wszyst­kich jak le­ci. Oprócz tych, co wal­czy­li, oczy­wi­ście. Po­rząd­ni lu­dzie wal­czy­li. Ta­cy jak wy. Jak ja. I dro­go za to za­pła­ci­li.

Gib­nę­ła się nie­bez­piecz­nie i za­da­ła Rob­cio­wi dra­ma­tycz­ne py­ta­nie:

– Co się sta­ło z wa­szą kla­są?!

– Nic się nie sta­ło – od­po­wie­dział, lek­ko zdzi­wio­ny. – Pra­wie wszy­scy tu są. Ja by­łem z „b”.

– Nie wszy­scy, tyl­ko ci, któ­rym się uda­ło – po­pra­wi­ła go pa­ni Bia­łuń. – Któ­rzy prze­ży­li. Któ­rych nie zła­ma­ła es­be­cja, któ­rzy nie wy­je­cha­li do Izra­ela, któ­rzy nie ode­bra­li so­bie ży­cia…

– Co ona bre­dzi? – Rob­cio po­chy­lił się do ucha Ali­ny.

– Mo­im zda­niem cy­tu­je Kacz­mar­skie­go al­bo ko­goś z tej pacz­ki – mruk­nę­ła Ali­na. – Jak jej stąd nie usu­niesz, za­cznie śpie­wać „Mu­ry”. Al­bo „Że­by Pol­ska”.

Wy­czu­cie słusz­nie jej pod­po­wia­da­ło. Pa­ni Bia­łuń się­gnę­ła po mi­kro­fon, któ­re­go na szczę­ście nie po­tra­fi­ła włą­czyć.

– Czy to nie jest do­bra chwi­la, że­by­śmy wszy­scy za­śpie­wa­li jed­ną z tych pie­śni, co nam kie­dyś do­da­wa­ły sił do prze­trwa­nia złe­go cza­su?

– Nie – po­wie­dział Ro­bert sta­now­czo i ode­brał jej mi­kro­fon. – Ale mo­gę pa­ni pu­ścić „Ima­gi­ne” Len­no­na. To też jest ide­olo­gicz­ne. Po­zwo­li pa­ni, że po­mo­gę zejść?

– Ja po­mo­gę, a ty da­waj te­go Len­no­na. – Ali­na de­li­kat­nie, choć z de­ter­mi­na­cją po­pchnę­ła pa­nią Bia­łuń w stro­nę schod­ków. Uda­ło się ja­kimś cu­dem bez ofiar w lu­dziach. – Je­zu, Rob­ciu, pra­wie wy­trzeź­wia­łam z wra­że­nia. Co ona ma za szaj­bę?

– Kom­ba­tanc­ką – wy­ja­śnił Ro­bert. – Ujaw­nia jej się pod wpły­wem na­po­jów wy­sko­ko­wych. Mam na­dzie­ję, że ta ciot­ka re­wo­lu­cji nie uczy dzie­ci hi­sto­rii.

– Nie mam po­ję­cia, cze­go ona uczy. Po­każ, co tu jesz­cze masz. Ale faj­ne! To te­raz daj Si­mo­na i Gar­fun­ke­la, ja ich lu­bię. Patrz, Ro­ber­to, ona or­ga­ni­zu­je wiec?

Istot­nie, pa­ni dok­tor Bia­łuń dzia­ła­ła te­raz na środ­ku sa­li, a wo­kół niej zbie­rał się co­raz więk­szy tłu­mek. Nie mi­nę­ły dwie mi­nu­ty, a „Scar­bo­ro­ugh Fa­ir” zo­sta­ło nie­mal za­głu­szo­ne, ocho­czo, acz fał­szy­wie wy­ko­ny­wa­nym re­fre­nem:

– „Wy­rwij mu­rom zę­by krat, ze­rwij kaj­da­ny, po­łam bat”…

Pa­ni Bia­łuń, szczę­śli­wa, sta­ła wśród śpie­wa­ją­cych jak praw­dzi­wa „Wol­ność wio­dą­ca lud na ba­ry­ka­dy”. Lud śpie­wał na­der ocho­czo – wy­łącz­nie re­fren, bo­wiem sło­wa ca­ło­ści zna­ło tyl­ko kil­ka osób, a te nie mia­ły szans przedar­cia się z mi­kry­mi ra­czej gło­sa­mi so­lo­wy­mi przez po­tęż­ny chór.

W pew­nym mo­men­cie zak­ty­wi­zo­wał się Pa­weł Szu­mi­las z kla­sy „c”, ka­pi­tan że­glu­gi wiel­kiej, do­wo­dzą­cy po­tęż­ny­mi ma­sow­ca­mi, a dwa­dzie­ścia lat te­mu naj­lep­szy tan­cerz li­ceum, któ­ry nic a nic ze swych umie­jęt­no­ści nie stra­cił i od po­cząt­ku był kró­lem te­go ba­lu.

– To jest walc – wrza­snął i prze­krzy­czał chór. – Wszyst­kie pa­ry tań­czą! Pa­ni po­zwo­li!

Po­rwał opie­ra­ją­cą się nie­co pa­nią Bia­łuń i ru­szył z nią w po­su­wi­sty ta­niec. Po chwi­li tań­czy­li wszy­scy, wsku­tek cze­go, kiep­skie od uro­dze­nia, ma­so­we wy­ko­na­nie prze­bo­ju do resz­ty stra­ci­ło zna­mio­na sztu­ki.

Nie prze­szka­dza­ło to ba­lo­wi­czom w naj­mniej­szym stop­niu i nie wia­do­mo, jak dłu­go trwał­by ten walc z fi­gu­ra­mi (Pa­weł wziął na sie­bie ro­lę wo­dzi­re­ja), gdy­by w sam śro­dek tań­czą­cych nie wkro­czył na­gle Ja­sio Na­ręb­ski. Sol­nicz­kę i pie­prz­nicz­kę gdzieś po­siał, za to ca­ły owi­nię­ty był srebr­ny­mi i zło­ty­mi łań­cu­cha­mi, a z uszu zwi­sa­ły mu dwie róż­no­barw­ne bomb­ki. Naj­wy­raź­niej po­ży­czył so­bie tro­chę ozdób z cho­in­ki sto­ją­cej do tej po­ry w ho­lu i już pra­wie po­zba­wio­nej igli­wia.

Wi­dok bo­ga­to zdo­bio­ne­go Ja­sia spo­wo­do­wał na­głe znie­ru­cho­mie­nie ba­le­tu.

Ja­sio, za­do­wo­lo­ny z efek­tow­ne­go en­trée, roz­ło­żył sze­ro­ko ra­mio­na i za­sze­le­ścił łań­cu­cha­mi.

– Pa­nie i pa­no­wie, wy­gra­li­śmy tę woj­nę! Już nie je­stem my­śliw­cem. Ani bom­bow­cem. – Za­chwiał się lek­ko, ale za­raz od­zy­skał pion. – Je­stem Taj­ta­ni­kiem w dzie­wi­czym rej­sie – oznaj­mił, wy­wo­łu­jąc okrzy­ki po­dzi­wu oraz zro­zu­mie­nia dla swe­go przy­bra­nia. „Taj­ta­nik” w dzie­wi­czym rej­sie do­praw­dy miał pra­wo tak wy­glą­dać. – Za chwi­lę roz­bi­ję się o gó­rę lo­do­wą. Czy ktoś z was, ko­le­dzy, ze­chciał­by być mo­ją gó­rą lo­do­wą?

– Ja­siu! Dla cie­bie wszyst­ko! Bę­dę ci gó­rą! – Ura­do­wa­ny swo­imi ta­necz­ny­mi suk­ce­sa­mi Pa­weł wy­stą­pił z tłu­mu i na­tych­miast te­go po­ża­ło­wał. Taj­ta­nik w dzie­wi­czym rej­sie roz­pę­dził się bo­wiem, po­chy­lił i ude­rzył dzio­bem w lód, to jest wy­rżnął go gło­wą pro­ściut­ko w splot sło­necz­ny.

Hi­sto­rycz­nie rzecz wy­glą­da­ła ina­czej, ale tym ra­zem uto­nę­li obaj. I Taj­ta­nik, i gó­ra lo­do­wa.

 

 

– Jak­bym wi­dzia­ła two­je­go oj­ca. Tak sa­mo pa­skud­nie wy­glą­dał za każ­dym ra­zem, kie­dy się po­na­pi­jał jak głu­pi. Te oczka czer­wo­ne. Te wor­ki pod ocza­mi. Ca­ły ta­tuś. Ca­lut­ki. Wła­ści­wie to chy­ba na­wet le­piej, że wy­je­chał, bo jak­bym tak sta­le mia­ła mu ro­soł­ki go­to­wać…

– Masz ro­so­łek, ma­mo?

Mi­cha­li­na spoj­rza­ła na mat­kę z na­dzie­ją, ale ta za­śmia­ła się iro­nicz­nie.

– Ro­so­łek. Barsz­czyk. Kwa­śna ka­pust­ka i ogó­recz­ki ki­szo­ne. I co jesz­cze? Trze­ba by­ło my­śleć, za­nim za­czę­ło się pić. Jest gro­chów­ka od przed­wczo­raj… o ile two­ja wą­tro­ba dzi­siaj znie­sie gro­chów­kę.

Mi­cha­li­na po­czu­ła bar­dzo wy­raź­nie, że nie znie­sie ani trzy­dnio­wej gro­chów­ki – sa­ma myśl o niej spra­wi­ła jej du­żą przy­krość – ani, przede wszyst­kim, ga­da­nia wła­snej mat­ki. Je­że­li trzy­dzie­ści pięć lat te­mu mat­ka mia­ła tak sa­mo… trud­no dzi­wić się oj­cu, że wy­brał wol­ność w ro­dzin­nej Ir­lan­dii. Mi­cha­li­na chęt­nie na­tych­miast wy­je­cha­ła­by do Ir­lan­dii al­bo gdzie­kol­wiek in­dziej, nie by­ło to jed­nak moż­li­we.

Za bar­dzo rą­ba­ła ją gło­wa.

Wol­nym kro­kiem uda­ła się do kuch­ni, zna­la­zła w szu­fla­dzie swo­je ulu­bio­ne zup­ki z pa­pier­ka i nie mo­gąc się zde­cy­do­wać, co jej zro­bi le­piej, spo­rzą­dzi­ła ku­bek ro­soł­ku i dru­gi ku­bek barsz­czy­ku. Sta­ran­nie wy­ło­wi­ła mi­nia­tu­ro­we grza­necz­ki i wy­rzu­ci­ła je do śmie­ci. Żad­ne grza­necz­ki. Za du­żo żu­cia. Tyl­ko pły­ny.

Ma­ka­ro­nik się nie li­czy, ma­ka­ro­nik sam prze­le­ci.

Mat­ka wciąż coś tam nada­wa­ła, ale Mi­cha­li­nie uda­ło się wy­łą­czyć. Kwe­stia wpra­wy. Gdy­by oj­ciec tro­chę po­ćwi­czył, za­miast od ra­zu ucie­kać, też by się na­uczył. Tyl­ko czy to jest ży­cie?

Ni­by jest. We­wnętrz­ne.

Bo­że je­dy­ny. Ta­kie ży­cie we­wnętrz­ne jest do­bre dla śli­ma­ka win­nicz­ka, a nie dla czło­wie­ka.

Te­le­fon.

Te­le­fo­nu nie od­bie­ra­my, o nie.

– Mi­cha­li­no, te­le­fon ci dzwo­ni. Nie masz za­mia­ru ode­brać? Prze­cież to nie­grzecz­nie! Ja od­bio­rę. Ha­lo!… Nie, to mat­ka. Mi­cha­li­na źle się czu­je, za du­żo wczo­raj wy­pi­ła… Prze­pra­szam, co?… Pa­ni też za du­żo wy­pi­ła? I też zmu­sza pa­ni sta­rą, scho­ro­wa­ną mat­kę, że­by spe­cjal­nie dla pa­ni go­to­wa­ła barsz­czy­ki?

Mat­ka naj­wy­raź­niej za­mie­rza­ła się roz­wi­nąć, ale Mi­cha­li­na bez sło­wa ode­bra­ła jej słu­chaw­kę.

– Ha­lo. Je­stem. Słu­cham.

– Mi­sia?

Głos Agniesz­ki był naj­wy­raź­niej udrę­czo­ny, nie­mniej gdzieś tam z bar­dzo da­le­ka prze­bi­ja­ły w nim iskier­ki do­bre­go hu­mo­ru. Sła­biut­kie, lecz wy­raź­ne. Mi­cha­li­nie na­tych­miast zro­bi­ło się le­piej. Nie ona jed­na cier­pi.

– Ja. Ży­jesz, Agnie­cha? Bo ja ra­czej nie.

– Ja też nie. Okła­dam się ko­tem, ale na ra­zie nie po­ma­ga.

– Ja­kim ko­tem?

– Mo­im. On jest bar­dzo du­ży. Po­dob­no kot kła­dzie się tam, gdzie czło­wiek ma ja­kieś ku­ku. Ja mam wszę­dzie. On się prze­miesz­cza. To mą­dry kot. Na­zy­wa się Ram­bo.

– O mat­ko. Kot? Ram­bo?

– Bo to ban­dy­ta. Ale mnie ko­cha. Ty, Miś­ka… ty masz do­brze, ma­mu­nia o cie­bie dba…

– Za­po­mnij. Mo­ja mat­ka tyl­ko tak ga­da. Pro­po­no­wa­ła mi przed­wczo­raj­szą gro­chów­kę. Nie­wy­klu­czo­ne, że na do­bi­cie…

Przed­wczo­raj­sza gro­chów­ka roz­śmie­szy­ła Agniesz­kę do te­go stop­nia, że ta za­ry­zy­ko­wa­ła bar­dzo de­li­kat­ny chi­cho­cik. Nie wy­szedł jej na zdro­wie.

– Bo­że, jed­nak nie mo­gę się śmiać. Mi­sia, ty pa­mię­tasz, uma­wia­li­śmy się na ja­kieś spo­tka­nie, ale ja do koń­ca nie wiem, z kim i kie­dy…

– Oho­ho­ho, to ze mną nie jest tak naj­go­rzej. Z ko­mi­te­tem, oczy­wi­ście. Za ty­dzień u jazz­ma­nów. Ma­ją być wszy­scy, tym ra­zem z ro­dzi­na­mi. Mar­ce­la, Ala, Krzy­chu z Ma­ryl­ką, An­drzej z Ka­sią, Ja­sio z Heń­ką, Ma­re­czek z Mi­recz­kiem… Aga… czy ty też od­nio­słaś wra­że­nie, że Ma­re­czek z Mi­recz­kiem?…

– Że co? Że są ra­zem? Nie mu­sia­łam od­no­sić ni­cze­go. Sa­mi po­wie­dzie­li, bar­dzo za­do­wo­le­ni. Tyl­ko chęt­nie by mie­li ja­kieś dziec­ko, a to się jak­by nie mo­że udać, ro­zu­miesz. Chcie­li ad­op­to­wać, ale ich wy­śmia­no.

– Kur­czę, to wła­ści­wie szko­da, nie? Oni są obaj strasz­nie faj­ni.

– Dziec­ko ma mieć ma­mu­się, nie wiesz?

– To chy­ba le­piej że­by mia­ło dwóch ta­tu­siów niż nic wca­le? Dwóch faj­nych ta­tu­siów, za­uważ. Ja się prze­waż­nie cho­wa­łam bez żad­ne­go ta­tu­sia i na pew­no z tej przy­czy­ny nie mam te­raz żad­ne­go chło­pa. Mo­ja ma­mu­sia nie­na­wi­dzi chło­pów i mo­że mi coś tam prze­ka­za­ła. Ma­re­czek z Mi­recz­kiem mo­gli­by za­adop­to­wać dziew­czyn­kę, mia­ła­by kró­lew­skie ży­cie. Po­dob­no có­recz­ki są za­wsze ta­tu­sio­we, wiesz. Ja przez chwi­lę by­łam.

– Daj spo­kój. Mój ta­tuś mnie nie zno­sił. Ma­mu­sia też. Jak by­łam ma­ła, to po­dob­no by­łam brzyd­ka jak nie­szczę­ście…

– Prze­stań. Ty, brzyd­ka?

Agniesz­ka by­ła smu­kłą, wy­so­ką blon­dyn­ką, o ab­so­lut­nie kla­sycz­nych ry­sach twa­rzy, przy któ­rych mo­gła spo­koj­nie ścią­gać wło­sy do ty­łu bądź, jak te­raz, strzyc je pra­wie po mę­sku. Wiel­kie fioł­ko­we oczy mia­ły wy­raz ta­jem­ni­czo­ści, być mo­że dla­te­go, że Agniesz­ka nie lu­bi­ła swo­ich oku­la­rów, któ­re, ja­ko krót­ko­widz, po­win­na no­sić na co dzień. Jesz­cze bar­dziej nie zno­si­ła so­cze­wek kon­tak­to­wych. Pod­da­wa­ła się tyl­ko, pro­wa­dząc sa­mo­chód, bo wte­dy już brak oku­la­rów gro­ził jej śmier­cią lub ka­lec­twem. No i cza­sem, kie­dy czy­ta­ła coś wy­dru­ko­wa­ne na­praw­dę ma­ły­mi li­ter­ka­mi… ale sta­ra­ła się to ro­bić bez nie­po­trzeb­nych świad­ków. Ja­ko dy­rek­tor­ka szko­ły mia­ła z tym cza­sa­mi pro­blem.

– By­łam ohyd­nym dziec­kiem – po­wie­dzia­ła sa­mo­kry­tycz­nie. – Tłu­sta jak Chrusz­czow. I ogól­nie po­dob­na. Mor­dę mia­łam pra­wie ta­ką jak on.

– Kto to jest Chrusz­czow?

– Był. To­wa­rzysz se­kre­tarz, ge­ne­ral­ny czy jak tam, Ko­mu­ni­stycz­nej Par­tii Związ­ku Ra­dziec­kie­go. Daw­no, jesz­cze przed pie­rie­stroj­ką. Po­dob­no dzię­ki nie­mu tak na­praw­dę mo­że­my tu­taj miesz­kać.

– Gdzie, w Zdro­jach? – Mi­cha­li­na z mat­ką miesz­ka­ły w nie­wiel­kim dom­ku w pra­wo­brzeż­nej dziel­ni­cy Szcze­ci­na.

– Też. Ale ge­ne­ral­nie tu, na Zie­miach Za­chod­nich. Za­parł się. Kie­dyś ci to wszyst­ko opo­wiem.

– Nie, dzię­ku­ję. – Mi­cha­li­na by­ła oso­bą ahi­sto­rycz­ną, w prze­ci­wień­stwie do Agniesz­ki, po­sia­dacz­ki dy­plo­mu Wy­dzia­łu Hi­sto­rii Uni­wer­sy­te­tu imie­nia Mic­kie­wi­cza w Po­zna­niu, gdzie swe­go cza­su jeź­dzi­ło na stu­dia pół Szcze­ci­na. Nie prze­szka­dza­ło jej to pa­sjo­no­wać się bie­żą­cą po­li­ty­ką, choć tyl­ko bier­nie. – Wi­szą mi luź­niut­ko wszyst­kie par­tie świa­ta te­go. Z ra­dziec­ki­mi na cze­le. Na­sze też. Nie wiesz, jak tam ko­le­żan­ki?

– Al­ka i Mar­ce­la? Przy­pad­kiem wiem. Dzwo­ni­łam do nich w pierw­szej ko­lej­no­ści. Ro­zu­miesz, al­fa­be­tycz­nie je­steś trze­cia. A, Ma, Mi. Cier­pią, bie­dacz­ki. Ale Ali­nę pie­lę­gnu­je Wi­sia, ta jej cór­ka, a Mar­ce­lę oso­bi­sty Fir­le­tek. Fir­le­jek. Kur­czę, wy to jed­nak ma­cie do­brze, każ­da z was ko­goś w do­mu ma, że­by ra­to­wał w po­trze­bie, a choć­by i wy­słu­chał, a ja mam tyl­ko mo­je­go Ram­bu­sia.

 

 

Agniesz­ka by­ła w błę­dzie.

Mat­ka Mi­cha­li­ny, jak już wie­my, by­ła jak naj­dal­sza od pie­lę­gno­wa­nia ska­co­wa­nej cór­ki i nie omiesz­ka­ła te­go wie­le ra­zy po­wie­dzieć, wy­po­mi­na­jąc jej przy oka­zji po­do­bień­stwo do ta­tu­sia, Ir­land­czy­ka, któ­ry kie­dyś, daw­no te­mu przy­je­chał do Pol­ski, aby w Kra­ko­wie, na Ujo­cie, stu­dio­wać sla­wi­sty­kę. Na tym sa­mym Ujo­cie Bo­że­na Ko­nik stu­dio­wa­ła ru­sy­cy­sty­kę, któ­rej zresz­tą nie lu­bi­ła i sa­ma nie wie­dzia­ła, dla­cze­go na nią po­szła. Zda­je się, że sto­sun­ko­wo ła­two by­ło się do­stać na ten wy­dział, a Bo­że­na bar­dzo chcia­ła się wy­rwać ze Szcze­ci­na i uciec jak naj­da­lej od ro­dzi­ców, pio­nie­rów te­go mia­sta. Mia­ła im za złe obrzy­dli­wą asce­zę w za­kre­sie po­trzeb ży­cio­wych, a zwłasz­cza to, że mo­gąc w la­tach pio­nier­skich za­jąć ob­szer­ną po­nie­miec­ką wil­lę na Po­god­nie, za­do­wo­li­li się dom­kiem w Zdro­jach. Bo ja­cyś przy­ja­cie­le miesz­ka­li obok. A cóż to za po­wód?!

Ro­dzi­ce pa­ni Bo­że­ny by­li pa­rą ła­god­nych na­uczy­cie­li ma­te­ma­ty­ki, któ­rzy we Lwo­wie ja­kimś cu­dem unik­nę­li po­dró­ży na bia­łe niedź­wie­dzie, a nie­dłu­go po woj­nie, na fa­li tak zwa­nej re­pa­tria­cji, z trzy­let­nim dzie­cię­ciem na rę­kach przy­by­li do Szcze­ci­na. Dwa mie­sią­ce wcze­śniej za­miesz­ka­ło tu, wła­śnie w dziel­ni­cy Zdro­je, za­przy­jaź­nio­ne mał­żeń­stwo pań­stwa Du­szyc­kich i wła­śnie ze wzglę­du na nich pan An­to­ni Ko­nik zre­zy­gno­wał z wil­li na Po­god­nie. Jak rów­nież dla­te­go, że le­wo­brze­że ra­zem z re­pre­zen­ta­cyj­nym Po­god­nem by­ło mniej bez­piecz­ne niż pra­wo­brzeż­ny Szcze­cin. Wciąż jesz­cze sły­chać tam by­ło strza­ły. Pan An­to­ni nie­na­wi­dził strza­łów. Po­tem jesz­cze dłu­gie la­ta wszy­scy by­li przy­go­to­wa­ni na to, że „przyj­dzie chwi­la” i bę­dą mu­sie­li na gwałt pa­ko­wać wa­liz­ki i wy­jeż­dżać… Bóg je­den wie, do­kąd tym ra­zem. De­ner­wo­wa­li się tak czter­na­ście lat, aż wi­zy­ta Ni­ki­ty Sier­gie­je­wi­cza w Szcze­ci­nie w pięć­dzie­sią­tym dzie­wią­tym ro­ku, ozna­cza­ją­ca, że Wiel­ki Brat osta­tecz­nie przy­kle­pał Szcze­cin ja­ko mia­sto pol­skie, spo­wo­do­wa­ła, że ode­tchnę­li z ulgą i od­sta­wi­li wa­liz­ki na paw­la­cze.

Ty­le lat ży­cia w ner­wach spo­wo­do­wa­ło jed­nak spo­re spu­sto­sze­nia w do­brych ser­cach oboj­ga pań­stwa Ko­ni­ków, a po­nie­waż kar­dio­lo­dzy nie po­tra­fi­li jesz­cze wte­dy ro­bić wie­lu rze­czy, któ­re dzi­siaj są dla nich dro­biażdż­kiem – pan An­to­ni opu­ścił nasz pa­dół w ro­ku sie­dem­dzie­sią­tym dru­gim, a je­go mał­żon­ka, pa­ni Ne­la, rok póź­niej.

Za­nim jed­nak do­szło do tych smut­nych wy­da­rzeń, Bo­żen­ka zdą­ży­ła do­ro­snąć, zwiać do Kra­ko­wa, roz­po­cząć stu­dia, po­znać cza­ru­ją­ce­go sla­wi­stę in spe, za­ko­chać się w nim i nie­spo­dzie­wa­nie uro­dzić mu ślicz­ną ma­lut­ką có­recz­kę Mi­cha­lin­kę.

Nie­ste­ty, uro­dzi­ła mu tę có­recz­kę na trze­cim ro­ku i mu­sia­ła wziąć dzie­kan­kę, któ­ra sta­ła się po­cząt­kiem koń­ca jej edu­ka­cji. Cza­ru­ją­cy No­el Hart ro­bił wła­śnie dy­plom, wy­słał więc mło­dą ma­mę z dzie­cię­ciem przy pier­si do ro­dzi­ców, a sam obie­cał do nich do­łą­czyć nie­ba­wem.

Był to rok ty­siąc dzie­więć­set sześć­dzie­sią­ty siód­my, już za­po­wia­da­ją­cy burz­li­we wy­da­rze­nia mar­co­we, a po­nad­to od­zna­cza­ją­cy się tym, że przy­szła wów­czas na świat po­nad set­ka nie­mow­la­ków, któ­re w od­po­wied­nim cza­sie spo­tka­ły się w mu­rach jed­ne­go ze szcze­ciń­skich li­ce­ów, a ja­ko ma­tu­rzy­ści mie­li by­le ja­ką stud­niów­kę, więc po dwu­dzie­stu la­tach zor­ga­ni­zo­wa­li so­bie dru­gą, o wie­le lep­szą.

Dziad­ko­wie Ko­ni­ko­wie wnu­czu­nią by­li za­chwy­ce­ni, szczę­ściem na­pa­wał ich rów­nież po­wrót cór­ki, któ­rą uzna­li już nie­mal za stra­co­ną dla sie­bie.

Bo­żen­ka nie by­ła za­chwy­co­na ani po­sia­da­niem dziec­ka, ani prze­rwa­niem stu­diów. Za­no­si­ło się na dłu­gi i nud­ny okres ma­cie­rzyń­stwa. A cho­ler­ny No­el ni­cze­go nie za­mie­rzał prze­ry­wać, ko­nik po­lny ir­landz­ki. Bo­że je­dy­ny, co ona w nim wi­dzia­ła?! Te ru­de wło­sy… ciem­no­ru­de, je­śli ma­my być do­kład­ni, brą­zo­we oczy, pie­gi na gę­bie… Głos. No pew­nie, wszyst­kie fi­lo­loż­ki się w nim ko­cha­ły z po­wo­du gło­su i rzew­nych bal­lad, któ­re śpie­wał przy gi­ta­rze. Jej rok po­dzie­lił się wte­dy na dwie gru­py: tych, co bie­ga­li do Piw­ni­cy pod Ba­ra­na­mi i tych, któ­rzy by­li sta­ły­mi go­ść­mi w aka­de­mi­ku, gdzie No­el śpie­wał te dur­no­wa­te pio­sen­ki. Znał ich chy­ba z ty­siąc. Ir­landz­kie, szkoc­kie, wa­lij­skie, an­giel­skie, bre­toń­skie i nie wia­do­mo ja­kie jesz­cze.

Pań­stwo Ko­ni­ko­wie z cie­ka­wo­ścią cze­ka­li na przy­szłe­go zię­cia, ale cór­ka szyb­ko ochło­dzi­ła ich ser­decz­ne za­pa­ły do uro­czy­stych po­wi­tań, ślu­bu i tak da­lej. Mia­ła ab­so­lut­ną pew­ność, że chwi­la, kie­dy ru­dy No­el że­gnał je oby­dwie na dwor­cu głów­nym w Kra­ko­wie by­ła ostat­nią oka­zją do po­pa­trze­nia w te łaj­dac­kie oczka. Wy­ra­ża­ła to prze­ko­na­nie so­czy­ście i z du­żą czę­sto­tli­wo­ścią.

Nie by­ły to cza­sy po­wszech­ne­go po­sia­da­nia ko­mó­rek, a na­wet te­le­fo­ny sta­cjo­nar­ne sta­no­wi­ły ra­ry­tas. No­el zaś nie­na­wi­dził pi­sa­nia li­stów. Wie­ści od nie­go nie przy­cho­dzi­ły żad­ne.

Dziad­ko­wie da­li się za­su­ge­ro­wać i też stra­ci­li na­dzie­ję na ta­tu­sia dla Mi­cha­lin­ki.

Mi­cha­lin­ka mia­ła pół ro­ku, zwąt­pie­nie jej dziad­ków i zgorzk­nie­nie mat­ki się­ga­ło szczy­tu, ma­rzec sześć­dzie­siąt osiem stał u wrót kra­ju, kie­dy do drzwi dom­ku w Zdro­jach za­stu­kał No­el Hart, sza­le­nie za­do­wo­lo­ny, z du­żym bu­kie­tem kwia­tów i ty­tu­łem ma­gi­stra (acz­kol­wiek obro­nił się dość kiep­sko, bo na chyb­ci­ka – je­go pro­mo­tor, któ­ry też bie­gał do aka­de­mi­ka na im­pro­wi­zo­wa­ne kon­cer­ty, zro­zu­miał nie­cier­pli­wość mło­de­go oj­ca stę­sk­nio­ne­go za pra­wie nie­wi­dzia­nym dzie­ciąt­kiem, przy­spie­szył mu eg­za­min dy­plo­mo­wy i nie cze­piał się szcze­gó­łów).

Dziad­ko­wie omal się nie roz­pły­nę­li ze szczę­ścia, a Bo­że­na z tru­dem po­wstrzy­ma­ła się od strze­le­nia uko­cha­ne­go Ir­land­czy­ka w dziób. Uwa­ża­ła, że mu się słusz­nie na­le­ży.

No­el w Szcze­ci­nie przy­jął się bar­dzo do­brze i dość szyb­ko zna­lazł so­bie pra­cę w ja­kiejś nie­miec­kiej spół­ce że­glu­go­wej, gdzie gwał­tow­nie po­trze­bo­wa­no lu­dzi zna­ją­cych ję­zy­ki. Ślub z Bo­żen­ką wziął w naj­szyb­szym moż­li­wym ter­mi­nie, na­zwi­sko Mi­cha­li­nie dał już na star­cie, więc z tym pro­ble­mów nie by­ło, w có­recz­ce za­ko­chał się nie­przy­tom­nie od pierw­szej chwi­li, a po­tem tyl­ko mu się to po­głę­bia­ło, star­szych pań­stwa Ko­ni­ków ocza­ro­wał bez naj­mniej­sze­go tru­du (a oni je­go), na­to­miast sto­sun­ki ze świe­żo po­ślu­bio­ną mał­żon­ką po­zo­sta­wia­ły wie­le do ży­cze­nia.

Pół­rocz­ne ocze­ki­wa­nie na No­ela po­łą­czo­ne z in­ten­syw­nym sa­mo­na­pę­dza­niem się w prze­ko­na­niu o je­go pod­łej rej­te­ra­dzie spo­wo­do­wa­ły u Bo­że­ny przy­krą re­ak­cję.

Prze­sta­ła go ko­chać, mia­no­wi­cie.

Praw­do­po­dob­nie od sa­me­go po­cząt­ku jej uczu­cie by­ło śred­niej pró­by. Ow­szem, to faj­nie, że uwiel­bia­ny przez wszyst­kie stu­dent­ki Ir­land­czyk wy­brał wła­śnie ją, Bo­że­nę Ko­nik, skrom­ną ru­sy­cyst­kę. Mi­ło by­ło, kie­dy śpie­wał te głu­pie pio­sen­ki spe­cjal­nie dla niej i w nią wle­piał te swo­je oczy, pod­czas gdy resz­ta obec­nych dziew­czyn pa­trza­ła na to z nie­ukry­wa­ną za­wi­ścią. Prze­rwa­nie jed­nak stu­diów, ocze­ki­wa­nie mie­sią­ca­mi na przy­by­cie aman­ta, go­to­wa­nie w ko­cioł­ku pie­lu­szek te­tro­wych (cza­sy, cza­sy…), wy­wie­sza­nie ich dzie­siąt­ka­mi, set­ka­mi, ty­sią­ca­mi i mi­lio­na­mi w ogró­decz­ku przy­do­mo­wym… ooo, to mo­gło zja­do­wić naj­ła­god­niej­szą!

No i zja­do­wi­ło Bo­żen­kę nad po­dziw.

Gdy­by No­el nie był tak cięż­ko za­ko­cha­ny w có­recz­ce, gdy­by dziad­ko­wie Ko­ni­ko­wie nie sta­li przy nim mu­rem i nie trak­to­wa­li go jak naj­mil­sze­go sy­na, praw­do­po­dob­nie nie wy­trzy­mał­by w Szcze­ci­nie dłu­żej niż rok, dwa. Wy­trzy­mał sześć lat. Pół ro­ku po śmier­ci bab­ci Ne­li Ko­ni­ko­wej z bó­lem ser­ca zwiał od uko­cha­nej nie­gdyś żo­ny Bo­że­ny.

Nie da­ła mu żad­nych szans.

Któ­re­goś dnia po­pły­nął jed­nym ze stat­ków spół­ki, w któ­rej pra­co­wał, do Bel­fa­stu i stam­tąd za­wia­do­mił Bo­żen­kę, że ma ser­ce roz­dar­te z po­wo­du Mi­cha­lin­ki, ale nie wra­ca, bo jesz­cze mu ży­cie mi­łe.

Bo­żen­ka do­sta­ła ata­ku dzi­kiej fu­rii i od­cię­ła nie­wier­ne­mu wszel­kie kon­tak­ty z có­recz­ką. Nie obu­dzi­ły się w niej żad­ne skru­pu­ły – rów­nież wte­dy, kie­dy re­gu­lar­nie co trzy mie­sią­ce po­ja­wiał się w Zdro­jach co­raz to in­ny pra­cow­nik daw­nej fir­my No­ela i prze­ka­zy­wał jej przy­zwo­itą su­mę w fun­tach. No­el Hart do­sta­tecz­nie dłu­go miesz­kał w Pol­sce Lu­do­wej, że­by nie wy­głu­piać się z prze­ka­za­mi ban­ko­wy­mi i ofi­cjal­nym prze­licz­ni­kiem sil­nej an­giel­skiej wa­lu­ty na so­cja­li­stycz­ne zło­tów­ki.

Prze­sył­ki przy­cho­dzi­ły do mo­men­tu, kie­dy Mi­cha­li­na skoń­czy­ła stu­dia na war­szaw­skiej SGGW, na kie­run­ku ar­chi­tek­tu­ra kra­jo­bra­zu. Ta­tuś No­el miał nie­zły wy­wiad. Mu­siał się nim po­sił­ko­wać, po­nie­waż oso­bi­ste kon­tak­ty zo­sta­ły mu unie­moż­li­wio­ne.

Mi­cha­li­na po­cząt­ko­wo tę­sk­ni­ła za ko­cha­nym ta­tuś­kiem, dla któ­re­go by­ła kró­lew­ną, wróż­ką i el­fem z wrzo­so­wisk (nie­zu­peł­nie ro­zu­mia­ła, co miał na my­śli, kie­dy ją tak na­zy­wał), ale po ja­kimś cza­sie, słu­cha­jąc re­gu­lar­nych opo­wie­ści Bo­że­ny na te­mat, ja­ką to No­el był świ­nią – zwąt­pi­ła. Za­pa­mię­ta­na po­stać oj­ca śpie­wa­ją­ce­go uwiel­bia­nej có­recz­ce na do­bra­noc ślicz­ne bal­la­dy nie­mal za­tar­ła się w jej świa­do­mo­ści. Ku ta­jo­nej zło­ści Bo­że­ny, Mi­cha­li­na ni­g­dy jed­nak nie da­ła się wcią­gnąć w roz­pa­mię­ty­wa­nie je­go pod­łych uczyn­ków.

Po stu­diach za­mie­rza­ła rzu­cić się z gło­wą w wir ży­cia. Nie­ste­ty, prze­szko­dzi­ło jej w tym odzie­dzi­czo­ne po dziad­kach, względ­nie po ta­tu­siu, do­bre ser­ce. Jej mat­ka, któ­ra wła­śnie prze­szła na ren­tę in­wa­lidz­ką z ty­sią­ca, do­praw­dy, po­wo­dów, nie po­dej­mo­wa­ła się miesz­kać sa­ma. Tak to wła­śnie okre­śli­ła.

– Nie po­dej­mu­ję się – prze­ma­wia­ła do te­le­fo­nu, na któ­re­go dru­gim koń­cu, w da­le­kiej sto­li­cy wi­sia­ła zde­ner­wo­wa­na do sza­leń­stwa Mi­cha­li­na. – Nie po­dej­mu­ję się i już. Je­stem zbyt cho­ra, że­by wziąć na sie­bie tru­dy utrzy­ma­nia te­go do­mu… te­go do­mu, któ­re­go zresz­tą nie zno­szę, jak wiesz, Mi­cha­li­no…

– No to mo­że sprze­daj­my go i się prze­pro­wadź. – Mi­cha­li­na sta­ra­ła się mó­wić to­nem bez­tro­skim, ale sła­bo jej to wy­cho­dzi­ło. Mat­ka swo­im, la­ta­mi tre­no­wa­nym, uchem wy­czu­ła fałsz.

– Gdzie, two­im zda­niem, mam się prze­pro­wa­dzić? – spy­ta­ła lo­do­wa­to. – Do do­mu opie­ki spo­łecz­nej? Że­by ja­kaś nie­czu­ła pie­lę­gnia­ra nie po­da­ła mi na­wet szklan­ki wo­dy, kie­dy jej bę­dę po­trze­bo­wać? Czy mo­że pod most? Al­bo od ra­zu na Ku Słoń­cu…

Na­zwę uli­cy, przy któ­rej mie­ści się prze­pięk­ny, roz­le­gły, za­byt­ko­wy cmen­tarz, wy­mó­wi­ła ze szcze­gól­nym ja­dem. Wie­dzia­ła do­sko­na­le, jak to po­dzia­ła na Mi­cha­li­nę.

– No, ma­mo, co ty mó­wisz, prze­cież ja nic ta­kie­go nie mia­łam na my­śli! Cho­dzi­ło mi o to, że ja te­raz mam szan­sę na faj­ną pra­cę, i gdy­by­śmy rze­czy­wi­ście sprze­da­ły cha­łup­kę, to mo­gły­by­śmy ku­pić ja­kieś miesz­kan­ko w War­sza­wie. I tam by­śmy za­miesz­ka­ły. Ra­zem, ma­mo!

– Ty mnie jed­nak nie­na­wi­dzisz. – To zda­nie Bo­że­na wy­gło­si­ła z du­żą przy­jem­no­ścią; daw­no już je so­bie przy­go­to­wa­ła, tyl­ko nie mia­ła do­tąd oka­zji go użyć. – Chcesz mnie ode­rwać od te­go miej­sca, gdzie prze­ży­łam pra­wie ca­łe ży­cie. Gdzie są gro­by mo­ich ro­dzi­ców. Gdzie przez krót­kie la­ta dzie­ciń­stwa by­łam szczę­śli­wa… Tak. Ty mnie nie­na­wi­dzisz. To zro­zu­mia­łe. Je­steś cór­ką swe­go oj­ca. Wszy­scy mnie nie­na­wi­dzi­cie. Ta­ki mój los. Trud­no. Ale że­by wła­sna cór­ka?… Nie ob­cho­dzi cię mat­ka, któ­ra zruj­no­wa­ła so­bie krę­go­słup, dźwi­ga­jąc cię, kie­dy by­łaś ma­ła… za­wsze by­łaś o wie­le za gru­ba, to przez to two­je ła­kom­stwo… Te­raz za­pew­ne cze­ka mnie wó­zek in­wa­lidz­ki, ale cie­bie to nie ob­cho­dzi. Wie­dzia­łam, że w koń­cu tak bę­dzie, cho­ciaż łu­dzi­łam się, że wró­cisz… łu­dzi­łam się przez te szyst­kie la­ta, kie­dy ty so­bie stu­dio­wa­łaś na mój koszt…

Kosz­ty po­no­sił No­el, ale dla Bo­że­ny był to dro­biazg nie­wart wzmian­ki.

– Wi­docz­nie tak mu­si być. Mat­ka ro­dzi, wy­cho­wu­je, ko­cha… ko­cha, po­wia­dam, bo nikt tak nie ko­cha dziec­ka jak je­go mat­ka! I w re­zul­ta­cie za­wsze, po­wia­dam, za­wsze zo­sta­je sa­ma.

Za­mil­kła znie­nac­ka, cze­ka­jąc na efek­ty prze­mo­wy.

Nie roz­cza­ro­wa­ła się. Ciąg dal­szy roz­mo­wy świad­czył o tym, że wzbu­dzi­ła w Mi­cha­li­nie po­tęż­ne po­czu­cie wi­ny.

Nie by­ło już wię­cej mo­wy ani o sprze­da­ży roz­pa­da­ją­ce­go się dom­ku w Zdro­jach, ani o wspól­nym za­miesz­ka­niu w War­sza­wie. Mi­cha­li­na za­ci­snę­ła zę­by, spa­ko­wa­ła wa­liz­ki, wzię­ła swój bez­cen­ny dy­plom z wy­róż­nie­niem i wró­ci­ła na sta­re śmie­cie.

Nie zwie­rza­ła się mat­ce z roz­cza­ro­wa­nia, ja­kie­go do­zna­ła, nie mo­gąc sko­rzy­stać z róż­nych pięk­nych per­spek­tyw za­wo­do­wych, ja­kie się przed nią otwie­ra­ły w War­sza­wie. Nie opo­wie­dzia­ła jej rów­nież o nie­ja­kim Dar­ku Ju­rec­kim, świe­żym ab­sol­wen­cie pra­wa, z któ­rym od ja­kie­goś cza­su mia­ła coś w ro­dza­ju ro­man­su. Mi­ły ro­mans był­by się prze­ro­dził w coś po­waż­niej­sze­go, a mo­że na­wet za­koń­czył mał­żeń­stwem – nie­ste­ty, Da­rek, syn dy­plo­ma­ty, szy­ko­wał się do wiel­kiej ka­rie­ry, a ta­ką, jak wia­do­mo, moż­na ro­bić wy­łącz­nie w sto­li­cy. Nie w Szcze­ci­nie. Mi­cha­li­na na­wet nie żą­da­ła te­go od swe­go no­mi­nal­ne­go „chło­pa­ka”. Po­wia­do­mi­ła go o swo­jej de­cy­zji, po­że­gna­ła z pew­nym ża­lem i za­ra­zem po­że­gna­ła ma­rze­nia o wiel­kiej, szczę­śli­wie za­koń­czo­nej mi­ło­ści. W Szcze­ci­nie zna­la­zła pra­cę w fir­mie utrzy­mu­ją­cej zie­leń na te­re­nie te­goż cmen­ta­rza, któ­rym stra­szy­ła ją mat­ka. Mi­cha­li­na od daw­na lu­bi­ła ogrom­ną, prze­pięk­ną ne­kro­po­lię, któ­rą cza­sem od­wie­dza­ła, że­by wy­szu­ki­wać ory­gi­nal­ne ga­tun­ki drzew i krze­wów, więc od­ża­ło­wa­ła swo­je per­spek­ty­wy. Od cza­su do cza­su tra­fia­ła jej się ja­kaś nie­du­ża fu­cha, prze­waż­nie za­ła­twia­na przez Mar­ce­lę He­ską, któ­ra skoń­czy­ła po­dob­ne stu­dia na szcze­ciń­skiej uczel­ni, pra­co­wa­ła w ma­gi­stra­cie i mia­ła sze­ro­kie zna­jo­mo­ści śro­do­wi­sko­we.

Oczy­wi­ście mat­ka da­wa­ła Mi­cha­li­nie nie­źle w kość. Cięż­ko prze­ży­wa­ne kli­mak­te­rium, któ­re daw­no po­win­no się skoń­czyć, cią­gnę­ło się la­ta­mi i za­pew­ne po­sta­no­wi­ło po­zo­stać z nią na za­wsze. Mia­ła ty­siąc do­le­gli­wo­ści, ho­do­wa­ła je pie­czo­ło­wi­cie i wy­kłu­wa­ła ni­mi cór­ce oczy przy każ­dej oka­zji. Szcze­gól­nie po­ży­tecz­ne by­ły bó­le krę­go­słu­pa, bo mo­gła się na nie w każ­dej chwi­li po­wo­łać i na przy­kład unie­moż­li­wić Mi­cha­li­nie wyj­ście po po­łu­dniu gdzie­kol­wiek… z przy­ja­ciół­mi, do knajp­ki, do ki­na, czy ulu­bio­ne­go przez nią te­atru.

Być mo­że pan­na Hart (pan­na co­raz da­lej w la­tach po­su­nię­ta, na­wia­sem mó­wiąc) po­win­na się ja­koś uod­por­nić, utwar­dzić, ska­mie­nieć zgo­ła – w obro­nie wła­snej – ale nie po­tra­fi­ła. Nie wia­do­mo, ja­kim cu­dem za­cho­wa­ła po­go­dę i do­bry hu­mor oraz skłon­ność do śmie­chu, mo­że po pro­stu ge­ny odzie­dzi­czo­ne po oj­cu by­ły ja­kiejś nad­zwy­czaj­nej ja­ko­ści.

 

 

Mar­ce­li­na He­ska rów­nież ła­two się uśmie­cha­ła i pre­zen­to­wa­ła świa­tu nie­odmien­nie po­god­ne ob­li­cze. W prze­ci­wień­stwie do swo­jej ko­le­żan­ki po ogrod­ni­czo-kra­jo­bra­zo­wym fa­chu, nie by­ła jed­nak w tej po­go­dzie do koń­ca szcze­ra.

Wy­cho­wa­ła się w licz­nej ro­dzi­nie na pod­ko­sza­liń­skiej pe­ge­erow­skiej wsi i je­dy­na z sze­ścio­oso­bo­we­go ro­dzeń­stwa (czte­ry sio­stry i dwaj bra­cia) do­szła do tak im­po­nu­ją­cych wy­ni­ków w ka­rie­rze na­uko­wej. Jej dwaj bra­cia skoń­czy­li tech­ni­kum rol­ni­cze i od ra­zu za­czę­li pra­cę w spół­dziel­ni rol­ni­czo-pro­duk­cyj­nej, dwie sio­stry zo­sta­ły pie­lę­gniar­ka­mi i za­trud­ni­ły się w sa­na­to­rium w Po­łczy­nie Zdro­ju, trze­cia nie mia­ła gło­wy do na­uki, więc ska­pi­tu­lo­wa­ła po dru­giej kla­sie li­ceum, po czym po­szła do pra­cy w skle­pie spo­żyw­czym. I tam zo­sta­ła na do­bre.

Mar­ce­li­na wy­bi­ła się z fa­mi­lii dość szyb­ko, nie wia­do­mo po kim odzie­dzi­czyw­szy du­żą in­te­li­gen­cję. Zło­śli­wi plot­ka­rze wsio­wi twier­dzi­li, że ja­ko naj­młod­sza po­zbie­ra­ła wszyst­kie sza­re ko­mór­ki nie­wy­ko­rzy­sta­ne przez ro­dzeń­stwo. Ist­nia­ła też prost­sza hi­po­te­za – że to IQ po księ­dzu wi­ka­rym, któ­ry ja­koś tak nie­dłu­go po przyj­ściu na świat dziew­czyn­ki zo­stał prze­nie­sio­ny do in­nej pa­ra­fii. Po­nie­waż jed­nak po­dob­na by­ła do mat­ki, więc nie bar­dzo da­ło się zło­śli­we plo­ty uwia­ry­god­nić. Ba­dań DNA jesz­cze wte­dy po­wszech­nie nie sto­so­wa­no, zresz­tą ta­tuś Mar­ce­li­ny nie zgła­szał re­kla­ma­cji. Cór­ka by­ła mu do­sko­na­le obo­jęt­na, po­dob­nie jak jej trzy sio­stry. Ser­ce miał tyl­ko do sy­nów. Mat­ka usi­ło­wa­ła ko­chać wszyst­kie dzie­ci po rów­no, ale by­ła zbyt za­ro­bio­na kar­mie­niem i opie­ra­niem dzie­wię­ciu osób (do­cho­dzi tu nie­do­łęż­na bab­cia z da­le­ko po­su­nię­tą miaż­dży­cą) – nie mia­ła w tym za­kre­sie wspar­cia żad­nych au­to­ma­tów i ro­bo­tów, z wy­jąt­kiem pral­ki wir­ni­ko­wej „Fra­nia” i ma­szyn­ki do mie­le­nia mię­sa na korb­kę.

Na swo­je szczę­ście, Mar­ce­li­na mia­ła nie tyl­ko in­te­li­gen­cję. Mia­ła też mat­kę chrzest­ną, któ­ra za­pew­ne przez przy­pa­dek by­ła ciot­ką wi­ka­re­go, a po­za tym po­sia­da­ła w Szcze­ci­nie miesz­ka­nie, w któ­rym nie lu­bi­ła miesz­kać sa­ma. Kie­dy Mar­ce­la do­szła do wie­ku li­ce­al­ne­go, mat­ka chrzest­na za­pro­po­no­wa­ła jej, że­by za­miesz­ka­ła ra­zem z nią w wie­żow­cu na­prze­ciw­ko ki­na „Ko­smos”, na Woj­ska Pol­skie­go, czy­li w pryn­cy­pial­nym punk­cie mia­sta.

Pa­ni He­le­na Ja­błoń­ska by­ła do­ży­wot­nią pan­ną i nie mia­ła żad­nych dzie­ci. Z Mar­ce­li­ną do­ga­dy­wa­ły się zna­ko­mi­cie – obie spo­koj­ne, in­te­li­gent­ne, za­zwy­czaj za­głę­bio­ne w książ­kach i po­zor­nie po­god­ne.

Dla­cze­go tyl­ko po­zor­nie?

Pa­ni He­le­na ca­łe ży­cie ba­ła się cho­ro­by i przed­wcze­snej śmier­ci. Za­miast jed­nak dbać o sie­bie, cho­dzić do le­ka­rzy i ro­bić ba­da­nia, ku­po­wa­ła mnó­stwo ksią­żek o zdro­wym try­bie ży­cia, pra­wi­dło­wym od­ży­wia­niu, wpły­wie psy­chi­ki na kon­dy­cję, wi­ta­mi­nach, gim­na­sty­ce i czar­nej ma­gii. Za­czy­ty­wa­ła się w nich i co­raz bar­dziej by­ła prze­ko­na­na, że umrze na dniach. Je­dy­ną roz­ryw­ką, ja­kiej od­da­wa­ła się na­mięt­nie, by­ło co­ty­go­dnio­we wy­peł­nia­nie ku­po­nów to­to­lot­ka. W przy­pad­ku tra­fie­nia czwór­ki – na wię­cej nie li­czy­ła – by­ło­by ją stać na przy­zwo­ity po­grzeb i ślicz­ny na­gro­bek z wy­ry­ty­mi w mar­mu­rze kwia­ta­mi li­lii.

Coś, co kry­ło się pod we­so­ło­ścią Mar­ce­li­ny i prze­szka­dza­ło jej na­praw­dę cie­szyć się ży­ciem, spo­wo­do­wa­ne by­ło chy­ba tą kon­se­kwent­ną obo­jęt­no­ścią oj­ca. Kie­dy by­ła dziec­kiem, wy­cho­dzi­ła po pro­stu ze skó­ry, że­by wresz­cie się nią za­in­te­re­so­wał. Nie mo­gła znieść, że oj­ciec za­cho­wu­je się, jak­by nie ist­nia­ła, że kie­dy mu prze­szka­dza, od­su­wa ją po pro­stu od sie­bie jak krze­sło. I przy­wią­zu­je do niej ty­leż wa­gi co do krze­sła.

Bez ta­pi­cer­ki.

Tak. Mar­ce­li­na w do­mu czu­ła się jak sta­re, nie­po­trzeb­ne krze­sło bez ta­pi­cer­ki.

Gdy za­miesz­ka­ła z ciot­ką wi­ka­re­go, tak jak­by przy­by­ła jej owa ta­pi­cer­ka. Wciąż jed­nak by­ła tyl­ko krze­słem, ty­le że cie­szą­cym się sym­pa­tią pa­ni He­le­ny. Sym­pa­tia nie ozna­cza­ła praw­dzi­we­go za­in­te­re­so­wa­nia. Zbyt ab­sor­bu­ją­ce by­ło wer­to­wa­nie mnó­stwa ksią­żek i po­rad­ni­ków oraz co­ty­go­dnio­we cze­ka­nie na wiel­ką for­sę.

Któ­re­goś dnia stał się cud. Pa­ni He­le­na tra­fi­ła szóst­kę. By­ła to wy­jąt­ko­wo tłu­sta szóst­ka, bo od czte­rech ty­go­dni nie no­to­wa­no du­żych wy­gra­nych.

Mar­ce­li­na by­ła wte­dy na trze­cim ro­ku Aka­de­mii Rol­ni­czej.

Po ode­bra­niu ja­kiejś ko­smicz­nej ilo­ści for­sy pa­ni He­le­na prze­sta­ła na­gle czy­tać swo­je po­rad­ni­ki. Uda­ła się do biu­ra po­dró­ży Or­bis i wy­ku­pi­ła naj­bar­dziej eks­tra­wa­ganc­ką wy­ciecz­kę, ja­ką jej za­ofe­ro­wa­no. Spa­ko­wa­ła ku­fry i po­je­cha­ła do Egip­tu.

I stam­tąd już nie wró­ci­ła.

Ależ nie, broń Bo­że, nie dla­te­go, że­by ją do­pa­dły te wszyst­kie cho­ro­by, na któ­re cze­ka­ła. Prze­ciw­nie. Ta pięć­dzie­się­cio­pię­cio­let­nia, nie­po­zba­wio­na uro­dy da­ma spo­tka­ła tam naj­zu­peł­niej­szym przy­pad­kiem męż­czy­znę swe­go ży­cia, któ­rym oka­zał się po­dró­żu­ją­cy in­dy­wi­du­al­nie i dla przy­jem­no­ści zan­gielsz­czo­ny Po­lak, syn lot­ni­ka RAF, któ­ry to lot­nik wziął udział w Bi­twie o An­glię, ze­strze­lił sześć sa­mo­lo­tów wro­ga, a po woj­nie nie za­ry­zy­ko­wał po­wro­tu do oj­czy­zny. Na­stą­pi­ło kla­sycz­ne ocza­ro­wa­nie i pa­ni Ja­błoń­ska wy­je­cha­ła z Egip­tu z no­wiut­kim pier­ścion­kiem na ser­decz­nym pal­cu. Nie do Szcze­ci­na. Do Van­co­uver, gdzie po­to­mek dziel­ne­go pi­lo­ta miał nie­wiel­ki do­mek, nie­wiel­ki sklep z dzie­ła­mi sztu­ki i cał­kiem spo­ry ma­ją­te­czek. Po­to­mek nie oka­zał się ani oszu­stem, ani zbo­czeń­cem, ani bi­ga­mi­stą, więc w krót­kim cza­sie pa­ni Ja­błoń­ska zmie­ni­ła na­zwi­sko na Vtor­ko­vsky.

Mar­ce­li­na ucie­szy­ła się za­rów­no szczę­ściem ciot­ki wi­ka­re­go, jak i miesz­ka­niem, któ­re otrzy­ma­ła w pre­zen­cie. Mrs Vtor­ko­vsky za­ła­twi­ła wszyst­ko per­fek­cyj­nie, tak że Mar­ce­li­nie po­zo­sta­ło już tyl­ko zmie­nić ta­blicz­kę na drzwiach.

Mo­że jed­nak coś by­ło w plot­kach o wi­ka­rym?

A mo­że po pro­stu pa­ni He­le­na na­praw­dę ko­cha­ła swo­ją chrzest­ną cór­kę, któ­ra przez sie­dem lat dzie­li­ła jej sa­mot­ność.

Mar­ce­li­na skoń­czy­ła stu­dia i za­le­gła na śred­nio am­bit­nym sta­no­wi­sku w miej­skim biu­rze pla­no­wa­nia prze­strzen­ne­go. Nie­na­wi­dzi­ła biu­ro­wych ry­go­rów, przy­cho­dze­nia i wy­cho­dze­nia na go­dzi­ny, ry­tu­al­nych ka­wek i her­ba­tek, imie­ni­nek wszyst­kich współ­pra­cow­ni­ków, po­ża­ło­wa­nia god­nych dow­ci­pów sze­fa. Nie­na­wi­dzi­ła te­go z ca­łe­go ser­ca, a jed­nak ba­ła się po­rzu­cić wy­god­ny i sta­bil­ny etat. Jej ze­wnętrz­na po­go­da by­ła pod­szy­ta nie­wi­docz­ną war­stwą smut­ku. Czymś, co na­si dziad­ko­wie na­zy­wa­li bó­lem ist­nie­nia, ewen­tu­al­nie bar­dziej ele­ganc­ko – we­ltsz­mer­cem.

Mo­że ten we­ltsz­merc od­stra­szał od Mar­ce­li­ny wiel­bi­cie­li? Bo mie­wa­ła ich, ow­szem. Trwa­ło to za­zwy­czaj kil­ka mie­się­cy, cza­sem kil­ka lat. Kie­dy ko­lej­ny ko­chaś do­cie­rał do owe­go pod­skór­ne­go po­kła­du, zwi­jał się ra­czej szyb­ko i pry­skał do mniej re­flek­syj­nych ko­bi­tek.

Mi­ko­ła­jo­wi Fir­le­jo­wi nic w Mar­ce­li­nie nie prze­szka­dza­ło. Ten nie­po­zor­ny urzęd­nik, a wła­ści­wie na­wet kie­row­nik wy­dzia­łu lo­ka­lo­we­go w ra­tu­szu, zda­wał się ak­cep­to­wać ją z ca­łym do­bro­dziej­stwem in­wen­ta­rza. Od pół­to­ra ro­ku miesz­kał już z nią w wie­żow­cu na Woj­ska Pol­skie­go, wła­sne miesz­ka­nie wy­na­jąw­szy za cał­kiem nie­złą su­mę. Być mo­że ko­muś mniej wiel­ko­dusz­ne­mu niż Mar­ce­li­na wy­da­ło­by się nie­zu­peł­nie w po­rząd­ku, że nie do­kła­dał się do żad­nych opłat do­mo­wych, cza­sem tyl­ko da­jąc jej drob­ne kwo­ty na bie­żą­ce za­ku­py spo­żyw­cze – pod­czas kie­dy wła­sne po­bo­ry i wszyst­ko, co do­stał od swo­je­go lo­ka­to­ra, skła­dał pie­czo­ło­wi­cie w ban­ku na wła­sne, nie­na­ru­szal­ne kon­to. Mar­ce­li­nie ani w gło­wie by­ło ro­bić Mi­ko­łaj­ko­wi wy­rzu­ty. Osta­tecz­nie, nie­ba­wem ślub, a wte­dy je­go pry­wat­ne kon­to sta­nie się kon­tem ro­dzin­nym.

A mo­że on zbie­ra pie­nią­dze na ja­kąś obłęd­ną po­dróż po­ślub­ną? To już nie te cza­sy, kie­dy Egipt ciot­ki He­le­ny ro­bił za bó­gwi­co. Te­raz moż­na je­chać wszę­dzie, na naj­bar­dziej nie­praw­do­po­dob­ne Wy­spy Szczę­śli­we.

Mi­ko­łaj nie za­prze­czał. Uśmie­chał się w spo­sób przy­wo­dzą­cy na myśl Pier­ce’a Bro­sna­na w cha­rak­te­rze Ja­me­sa Bon­da, do­bie­ra­ją­ce­go się wła­śnie do ja­kiejś szcze­gól­nie ape­tycz­nej gwiazd­ki fil­mo­wej. Oczy­wi­ście nie był ta­ki za­bój­czy jak Bro­snan, ale Mar­ce­li­nie ja­koś tam go przy­po­mi­nał.

Wiel­ka jest po­tę­ga uczu­cia.

 

 

Kie­dy Agniesz­ka zo­ba­czy­ła Mi­ko­ła­ja Fir­le­ja wcho­dzą­ce­go do jaz­zo­wej piw­nicz­ki na Sta­rów­ce, sko­ja­rzył jej się ra­czej ze szczur­kiem. Nie był to ża­den szcze­gól­nie obrzy­dli­wy szczur, ra­czej je­den z tych trzy­ma­nych w do­mu, w klat­ce, któ­rym po­zwa­la się bie­gać po koł­nie­rzu. Agniesz­ka prę­dzej by sko­na­ła, za­nim by wpu­ści­ła na­wet naj­pięk­niej­sze­go szczu­ra na swój koł­nierz – i te­go Fir­le­ja ca­łe­go też by tam nie wpu­ści­ła. Ze wzglę­du jed­nak na ko­le­żan­kę po­sta­no­wi­ła (chwi­lo­wo nie­sku­tecz­nie) nie zwra­cać uwa­gi na je­go szczur­ko­wa­tość, wy­ra­ża­ją­cą się rów­nież w pew­nej cha­rak­te­ry­stycz­nej przy­mil­no­ści. Po­dob­ną pre­zen­tu­ją nie­któ­rzy fry­zje­rzy sta­rej da­ty oraz kel­ne­rzy w re­stau­ra­cjach kiep­skiej ka­te­go­rii.

– Uprze­dzi­łaś się – szep­nę­ła jej na bo­ku Mi­cha­li­na, kie­dy Agniesz­ka na tym­że bo­ku zwie­rzy­ła jej się ze swo­ich od­czuć w sto­sun­ku do na­rze­czo­ne­go ko­le­żan­ki. – Wca­le nie jest ta­ki, jak mó­wisz. Nor­mal­ny, uprzej­my fa­cet. I nie ro­zu­miem, dla­cze­go szczu­rek?

– Szczu­rek, mó­wię ci, szczu­rek – sy­cza­ła nie­prze­jed­na­nie Agniesz­ka. – Ząb­ki ma, zo­bacz…

– Każ­dy ma ząb­ki!

– Ale je­mu wy­sta­ją!

– Prze­stań! Gdzie wy­sta­ją? Śmie­je się, to mu je wi­dać!

– A ja ci mó­wię, że on ty­mi ząb­ka­mi mo­że chla­snąć…

– O czym tak szep­cze­cie, dziew­czyn­ki? – Nie­za­wod­ny Ja­sio Na­ręb­ski spie­szył wy­mie­nić im szkla­necz­ki pu­ste na peł­ne. – To sa­mo pi­je­cie, ro­zu­miem? No więc o czym by­ło szep­ta­ne?

– To sa­mo. A szep­ta­ne by­ło o chło­pach, oczy­wi­ście. Daw­no was nie wi­dzia­ły­śmy, ba­lu nie li­czy­my, bo i tak wszy­scy się na­bom­ba­li, te­raz się za­sta­na­wia­my, któ­ry z was naj­ślicz­niej­szy…

– Pro­szę, nie mów­cie mi o żad­nym bom­ba­niu – po­pro­sił Ja­sio trosz­kę ża­ło­śnie. – I co, na któ­rym miej­scu je­stem w wa­szym ran­kin­gu? Bo nie ukry­wam, że je­stem odro­bi­nę próż­ny…

– W ści­słej czo­łów­ce, Ja­siu, w ści­słej czo­łów­ce – za­śmia­ła się Mi­cha­li­na, któ­ra prze­pa­da­ła za Ja­siem od pierw­szej kla­sy li­ceum. – Nie ma się co dzi­wić, że ta­ka pięk­na ko­bie­ta na cie­bie po­le­cia­ła…

Istot­nie, Hen­drycz­ka-Han­drycz­ka, jak ją na­zwał ko­cha­ją­cy mąż w sta­nie wzmo­żo­nej szcze­ro­ści, po­sia­da­ła uro­dę zbli­żo­ną do Miss Uni­ver­sum (ko­ło czter­dziest­ki). Ani jej się śni­ło han­dry­cze­nie się na ża­den te­mat, prze­ciw­nie, pre­zen­to­wa­ła zna­ko­mi­ty hu­mor i sia­ła wo­kół sie­bie roz­licz­ne per­ły dow­ci­pu. Obec­ni pa­no­wie – wy­łą­cza­jąc mo­że Mi­recz­ka z Ma­recz­kiem – by­li ocza­ro­wa­ni i da­wa­li te­mu wy­raz, co z ko­lei po­wo­do­wa­ło po­wsta­wa­nie cha­rak­te­ry­stycz­nych bły­sków w oczach ich ślub­nych żon. Ali­na, Mi­cha­li­na i Agniesz­ka ob­ser­wo­wa­ły zja­wi­sko z pew­nym roz­ba­wie­niem, Mar­ce­la z nie­co mniej­szym, bo­wiem jej oso­bi­sty Mi­ko­łaj ad­o­ro­wał ho­żą Hen­ry­kę z praw­dzi­wym za­an­ga­żo­wa­niem.

– Ład­na to ona jest, fak­tycz­nie – przy­znał Ja­sio, ki­wa­jąc gło­wą zgo­dli­wie. – Ale po­wiem wam, dziew­czyn­ki, że wca­le nie je­ste­ście od niej gor­sze. Gdy­bym był wte­dy ta­ki mą­dry jak te­raz, to bym się oże­nił z któ­rąś z was. A pro­pos, zda­je się, że na stud­niów­ce na­szej na­ga­da­łem wam ja­kichś strasz­nych im­per­ty­nen­cji. Czy do­brze pa­mię­tam?

– Ka­za­łeś nam za­ło­żyć Klub Ma­ło Uży­wa­nych Dzie­wic – za­wia­do­mi­ła go, chi­cho­cząc, Agniesz­ka. Ja­sio zbladł, sczer­wie­niał i zła­pał się za gło­wę.

– Je­zus Ma­ria – jęk­nął. – Ależ ze mnie cham… Oraz idio­ta. Dziew­czyn­ki ko­cha­ne, czy je­ste­ście w sta­nie mi to wy­ba­czyć?

Dziew­czyn­ki – z wy­jąt­kiem Mar­ce­li­ny, któ­ra za­ję­ta by­ła ob­ser­wo­wa­niem spod oka swo­je­go na­rze­czo­ne­go, ob­ska­ku­ją­ce­go przy­stoj­ną pa­nią Na­ręb­ską – pę­ka­ły ze śmie­chu.

– Nie rycz, ma­ły – po­wie­dzia­ła li­to­ści­wie Ali­na. – My ci wy­ba­czy­my, bo to chy­ba wca­le nie jest ta­kie głu­pie, jak by się mo­gło wy­da­wać. Oso­bi­ście mam wra­że­nie, że wszyst­kim nam czte­rem cze­goś bra­ku­je…

– Chło­pa – wtrą­ci­ła kon­kret­na Agniesz­ka. – Mar­ce­li nie bra­ku­je. Ma swo­je­go Fir­lej­ka.

– Ja nie o tym. Po­wiedz­cie mi, ko­cha­ne, kie­dy ostat­ni­mi cza­sy zaj­mo­wa­ły­ście się czymś po­ży­tecz­nym?

– Puk­nij się w czół­ko. – Mi­cha­li­na za­de­mon­stro­wa­ła jak Ali­na po­win­na to zro­bić. – Bez prze­rwy ro­bię coś po­ży­tecz­ne­go. Jak tyl­ko fir­ma mnie wy­pu­ści z łap, do­bie­ra się do mnie mo­ja ma­mu­nia. Siu­siu nie mam kie­dy zro­bić. To­bie cho­dzi o ja­kieś sa­mo­do­sko­na­le­nie, Al­ka?

– Nie­zu­peł­nie…

– No to o co? – chcia­ła wie­dzieć Agniesz­ka. – Ko­bie­to, jak ty wy­glą­dasz, za­dbaj o sie­bie, jedź do spa, daj się wy­ma­so­wać go­rą­cy­mi ka­mie­nia­mi? Upra­wiaj spor­ty, leć do si­łow­ni, bądź fit?

– Też nie. Kie­dyś na­wet pró­bo­wa­łam, ale ja­koś bra­ko­wa­ło mi do te­go ser­ca. Mia­łam wra­że­nie, że usi­łu­ję pod­nieść swo­ją war­tość to­wa­ro­wą, je­śli wie­cie, co mam na my­śli. Po­czu­łam się par­szy­wie i da­łam spo­kój.

– Nie ro­zu­miem – wtrą­cił się do dys­ku­sji Ma­re­czek, po­dob­nie jak je­go part­ner Mi­re­czek, im­po­nu­ją­cy kla­tą, ba­ra­mi oraz do­sko­na­łą ce­rą. – Odro­bi­na wy­sił­ku fi­zycz­ne­go, wła­ści­wie skie­ro­wa­ne­go, mo­że zdzia­łać cu­da, ko­cha­na Alin­ko. Nie twier­dzę, że to­bie aku­rat jest to po­trzeb­ne.

– Dzię­ku­ję ci, mój dro­gi. Sa­ma wiem, gdzie mam nad­mia­ry, a gdzie mi się zmarszcz­ki ro­bią. Mo­że tra­fił mnie wła­śnie ja­kiś kry­zys wie­ku śred­nie­go czy coś w tym ro­dza­ju, ale na­praw­dę, mam wra­że­nie, że mar­nu­ję ży­cie.

– Prze­cież masz cór­kę – bąk­nę­ła nie­pew­nie Ka­sia Szu­mi­las, żo­na An­drze­ja i mat­ka troj­ga uda­nych dzie­ci. Uwa­ża­ła, że po­sia­da­nie cho­ciaż­by jed­ne­go dziec­ka stwa­rza aż nad­to oka­zji do by­cia po­ży­tecz­nym w co­dzien­nym ży­ciu. Wła­sne có­recz­ki da­wa­ły jej nie­źle do wi­wa­tu, a sy­nek do­kła­dał, jak po­tra­fił.

– No mam. Na­wet nie­źle nam idzie ra­zem, ale Wi­śnia prze­cho­dzi ko­lej­ny etap ne­ga­cji i ne­gu­je wszyst­ko, jak le­ci, ze mną na cze­le. Chy­ba mu­szę to prze­cze­kać.

– Prze­cze­ka­nie nic ci nie da – za­uwa­ży­ła pew­nym sie­bie to­nem Hen­ry­ka Na­ręb­ska. – Jak jej nie weź­miesz za twarz w sto­sow­nym mo­men­cie, to ci wle­zie na gło­wę. Gdy­bym po­zwo­li­ła Jan­ko­wi wy­cho­wy­wać na­sze dzie­ci je­go me­to­dą, to już daw­no pi­sa­li­by o nas w ga­ze­tach. W kon­tek­ście kry­mi­nal­nym. Wie­cie: w pry­wat­nej wil­li na Bez­rze­czu po­li­cja zna­la­zła dziś ra­no zwło­ki mał­żeń­stwa N  Z go­spo­dar­stwa do­mo­we­go wy­pa­ro­wa­ły dwa may­ba­chy i czte­ry ki­lo kosz­tow­no­ści. Oraz tro­je ma­ło­let­nich dzie­ci.

– Ma­cie dwa may­ba­chy?

– Ma­cie czte­ry ki­lo bry­lan­tów?

Dwu­głos Mi­recz­ka i Ma­recz­ka za­brzmiał z ide­al­ną syn­chro­ni­za­cją. Ja­sio spoj­rzał na żo­nę z wy­rzu­tem.

– He­nia, co ty ga­dasz za bzdu­ry. Ja­kie may­ba­chy. Dwie to­yo­t­ki. Jed­na po przej­ściach, bo He­nia kil­ka ra­zy sie­dzia­ła z nią na słu­pie. Nie lu­bi jed­ne­go ta­kie­go za­krę­tu i cza­sem mu­si dać te­mu wy­raz.

– Mój mąż to świ­nia – oznaj­mi­ła żo­na. – Do­brze zro­bi­ły­ście, dziew­czy­ny, że­ście za ni­ko­go nie po­wy­cho­dzi­ły. Mógł­by wam się tra­fić ta­ki Na­ręb­ski…

Mi­cha­li­nie prze­mknę­ło przez gło­wę, że gdy­by nie trze­ci po­dwój­ny dżin z to­ni­kiem, trud­no by jej by­ło wy­trzy­mać dłu­żej po­dob­ne dia­lo­gi. Za­czę­ła się za­sta­na­wiać, czy przy­pad­kiem słyn­ny ri­plej stud­niów­ki nie był tak uda­ny z po­dob­nych przy­czyn. Czymś zu­peł­nie in­nym by­ły po­sie­dze­nia ko­mi­te­tu, wte­dy ba­wi­li się świet­nie, na­wet bez­al­ko­ho­lo­wo (wbrew te­mu, co są­dzi­ła o niej mat­ka, Mi­cha­li­na nie mia­ła za­dat­ków na al­ko­ho­licz­kę, a im­pre­zy opar­te wy­łącz­nie na szam­pań­skim szwun­gu ra­czej ją nu­dzi­ły). Dzi­siej­szy, dość bez­barw­ny w su­mie wie­czór w gro­nie ko­mi­te­to­wym, świad­czył o tym, że sa­ma tyl­ko wspól­no­ta prze­żyć z lat mło­do­ści, wspól­nej szko­ły i tak da­lej – to za ma­ło, że­by stwo­rzyć ja­kąś głęb­szą więź lu­dzi do­ro­słych.

Przy­jem­nie gra ten ły­sy sak­so­fo­ni­sta… ca­ły je­go ze­spół faj­nie gra, pro­szę, ta­kie mło­de chło­pa­ki, a ma­ją ta­kie wy­czu­cie do sta­rych stan­dar­dów… Jazz jest w ogó­le w po­rząd­ku.

No więc co się ty­czy daw­nych ko­le­gów, to jed­nak kra­wat sta­rej szko­ły nie wy­star­cza.

Na­to­miast to, o czym za­czę­ła mó­wić Ali­na, mo­gło­by mieć sens. Oczy­wi­ście te­raz już się o tym po­waż­nie po­ga­dać nie da, ale za dzień, dwa… Mi­cha­li­na też mia­ła wra­że­nie, że do­brze by­ło­by zna­leźć so­bie za­ję­cie in­ne niż to wszyst­ko, co zaj­mo­wa­ło ca­ły jej czas przez ostat­nich kil­ka­na­ście lat i po­wo­do­wa­ło, że dzień od dnia co­raz mniej się róż­nił. Oczy­wi­ście, pró­bo­wa­ła już sa­ma pa­ru moż­li­wo­ści, ale ja­koś nie tra­fi­ła na tę wła­ści­wą. Po­li­ty­ka nie   w grę, cho­ciaż Mi­cha­li­na do­sta­wa­ła już pro­po­zy­cje od miej­skich ko­mi­te­tów dwóch prze­ciw­staw­nych par­tii – jed­nej le­wi­co­wej, dru­giej pra­wi­co­wej. Mi­cha­li­na by­ła na­mięt­ną oglą­dacz­ką i słu­chacz­ką pro­gra­mów po­li­tycz­nych (lu­bi­ła wie­dzieć na bie­żą­co, jak się ukła­da ka­rie­ra Dar­ka Ju­rec­kie­go), jed­nak trak­to­wa­ła je ja­ko skrzy­żo­wa­nie kry­mi­na­łu z ka­ba­re­tem i moż­li­wość wej­ścia w ten świat bu­dzi­ła w niej zde­cy­do­wa­ny sprze­ciw. Po­dob­nie za­re­ago­wa­ła na za­pro­sze­nie do sto­wa­rzy­sze­nia się z moc­no ide­ową or­ga­ni­za­cją zie­lo­nych, a ja­kiś czas póź­niej – wal­czą­cych fe­mi­ni­stek.

Ni­g­dy nie lu­bi­ła ży­cia wiel­ko­stad­ne­go.

Co in­ne­go ka­me­ral­ne stad­ko czte­ro­oso­bo­we, w któ­rym na do­da­tek każ­dy dzia­ła na wła­sną rę­kę. Trze­ba bę­dzie spo­tkać się z dziew­czy­na­mi w ja­kiś in­ny dzień i po­ga­dać w ści­słym gro­nie. Ja­sio miał ra­cję – ma­ły, in­te­li­gent­ny klu­bik, to­wa­rzy­stew­ko wza­jem­nej ad­o­ra­cji… ad­o­ra­cyj­ki.

Na­gły gwar nie­mal za­głu­szył sak­so­fo­no­we pro­duk­cje mło­de­go ły­se­go. Mi­cha­li­na, wy­rwa­na ze swo­je­go za­my­śle­nia, stwier­dzi­ła, że ca­ły ko­mi­tet z przy­le­gło­ścia­mi wy­ko­nu­je dziw­ny ba­let, to zry­wa­jąc się z krze­seł, to sia­da­jąc na po­wrót i wy­da­jąc przy tym mnó­stwo ra­do­snych okrzy­ków. Nie bra­li w tym udzia­łu je­dy­nie Mar­ce­la i Mi­ko­łaj Fir­lej, ona wy­raź­nie zmie­sza­na, on dum­ny i go­tów do przyj­mo­wa­nia gra­tu­la­cji.

– Kie­dyż ma na­stą­pić to ra­do­sne wy­da­rze­nie? – Mi­re­czek za­glą­dał Mar­ce­li cie­ka­wie w oczy, pod­czas gdy Ma­re­czek pań­skim ge­stem przy­wo­ły­wał kel­ne­ra aby za­mó­wić szam­pa­na dla wszyst­kich.

Mi­cha­li­na za­czę­ła się do­my­ślać przy­czy­ny ca­łe­go przed­sta­wie­nia.

– Po­dob­no we wrze­śniu – ogło­sił Fir­lej, kry­gu­jąc się nie­mi­ło­sier­nie. – Mar­ce­lecz­ka mo­ja pój­dzie do ślu­bu w sze­ro­kiej su­kien­ce, cha, cha!

Ły­sy sak­so­fo­ni­sta za­niósł się sak­so­fo­no­wym łka­niem.

 

 

Ja­dwi­ga Gro­sik, zwa­na przez swo­ją mat­kę Wi­sią, Wi­nią, Wi­śnią al­bo zgo­ła Wi­sien­ką, nie­na­wi­dzi­ła swo­je­go idio­tycz­ne­go imie­nia i wszyst­kich tych zdrob­nień. Ży­czy­ła so­bie być Ja­gą i by­łą nią wszę­dzie po­za do­mem. Dom ją uwie­rał mię­dzy in­ny­mi z tej przy­czy­ny. Ale nie je­dy­nie.

Cze­ka­ła wła­śnie na mat­kę z za­mia­rem wy­gar­nię­cia jej pa­ru prawd pro­sto w oczy. By­ło ich kil­ka mniej waż­nych, jak na przy­kład cał­ko­wi­cie re­al­na per­spek­ty­wa po­zo­sta­nia na dru­gi rok w pierw­szej kla­sie li­ceum czy ko­niecz­ność po­kry­cia dwu­stu­zło­to­we­go dłu­gu za­cią­gnię­te­go u ko­le­żan­ki ce­lem na­tych­mia­sto­we­go na­by­cia tor­by imi­tu­ją­cej słyn­ną „bir­kin”, za któ­rą sza­le­je ca­ły sty­lo­wy Za­chód (tak w każ­dym ra­zie na­pi­sa­no w jed­nym z pism ko­lo­ro­wych dla wy­twor­nych ko­biet). By­ła też jed­na na­praw­dę istot­na: Ja­ga doj­rza­ła do po­zna­nia praw­dy o swo­im oj­cu i tę praw­dę chcia­ła po­znać jak naj­szyb­ciej – sko­ro już się na to zde­cy­do­wa­ła.

Ja­ga Wi­śnia Gro­si­ków­na nie zno­si­ła cze­ka­nia.

Nic więc dziw­ne­go, że kie­dy póź­nym wie­czo­rem Ali­na prze­krę­ci­ła klucz w zam­ku Ger­da Ty­tan (ja­ko stu­pro­cen­to­wy ban­ko­wiec pre­fe­ro­wa­ła so­lid­ne za­bez­pie­cze­nia) – jej cór­ka znaj­do­wa­ła się sta­nie wrze­nia. Ali­na roz­po­zna­wa­ła ten stan bez­błęd­nie, cho­ciaż u Ja­gi nie da­wał on żad­nych ob­ja­wów.

Brak ob­ja­wów świad­czył o tym, że dzi­siej­sze­go wie­czo­ru Ja­ga ki­pi z wście­kło­ści.

Przez chwi­lę Ali­na za­sta­na­wia­ła się, czy uciec jak naj­szyb­ciej do ła­zien­ki, wsko­czyć pod prysz­nic i szu­mem wo­dy za­głu­szyć co się da, czy mo­że ra­czej prze­zwy­cię­żyć sła­bość cha­rak­te­ru i wziąć by­ka za ro­gi.

Su­mie­nie mat­ki zwy­cię­ży­ło.

Na­sta­wi­ła wo­dę w elek­trycz­nym czaj­ni­ku i za­brzę­cza­ła fi­li­żan­ka­mi. – Ro­bię so­bie her­ba­tę, zro­bić w dzban­ku? Bę­dziesz pi­ła?

Ali­na zdzi­wi­ła­by się, gdy­by usły­sza­ła od­po­wiedź. Cór­ka sie­dzia­ła na ka­na­pie i ka­mien­nym wzro­kiem wpa­try­wa­ła się w ekran wy­łą­czo­ne­go te­le­wi­zo­ra. Ale mat­ka zna­ła te nu­me­ry.

– To ci zro­bię – za­ko­mu­ni­ko­wa­ła po­god­nie. – Cy­try­no­wą? Po­ma­rań­czo­wą? Bo ja dzi­siaj zwy­kłe­go lip­ton­ka na szel­kach. Nie bę­dę kom­bi­no­wać.

Ci­sza.

– Wi­sien­ka, nie na­dy­maj się. Po­ma­rań­czo­wą ci dam, cy­try­na mo­gła­by po­głę­bić to, co cię drę­czy.

Ze­ro re­ak­cji.

Ali­na po­sta­wi­ła na sto­li­ku dwie za­chę­ca­ją­co pa­ru­ją­ce fi­li­żan­ki w nie­bie­ski wzo­rek. Ja­ga ze­rwa­ła się na rów­ne no­gi, omal nie prze­wra­ca­jąc sto­li­ka.

Tu już Ali­nę tro­chę tąp­nę­ło, opa­no­wa­ła się jed­nak.

– Chcia­łam, że­by to by­ła na­sza faj­ka po­ko­ju – po­wie­dzia­ła ła­god­nie. – Dla­cze­go na­ra­żasz mo­je uko­cha­ne fi­li­żan­ki na ta­kie stre­sy?

Zu­peł­nie nie­chcą­cy tra­fi­ła.

– Uko­cha­ne fi­li­żan­ki! – roz­dar­ła się có­recz­ka. – Wiem, wiem, uko­cha­ne fi­li­żan­ki! Chi­na Blau! Ty­siąc ra­zy mi mó­wi­łaś! Za­byt­ki kla­sy świa­to­wej! To po co je na­ra­żasz? Ja mo­gę pić w kub­ku! Czy ja cię zresz­tą pro­si­łam o her­ba­tę?

Ali­na po­li­czy­ła do dzie­się­ciu.

Bę­dę spo­koj­na, bę­dę spo­koj­na, nie dam się spro­wo­ko­wać, jej tyl­ko o to cho­dzi…

– Czy to coś złe­go, że przy­nio­słam ci her­ba­tę?! – Nie chcia­ła te­go, na­praw­dę, jed­nak też wrza­snę­ła. – Czy to coś złe­go, że lu­bię te fi­li­żan­ki? Nie są kla­sy świa­to­wej, ale to ład­ne sta­ro­cie! Mo­gę lu­bić sta­ro­cie, nie uwa­żasz?

– Mo­żesz so­bie lu­bić, co chcesz! O wie­le pro­ściej jest lu­bić ja­kieś po­rą­ba­ne sko­ru­py niż wła­sne dziec­ko, praw­da? Fi­li­ża­necz­ki! Ta­le­rzycz­ki! Pół­mi­secz­ki w kwia­tecz­ki! Bo one wszyst­kie są ci­che i bez­won­ne! Nie stwa­rza­ją pro­ble­mów! Nie ru­szą się z pó­łecz­ki, że­by ci po­wie­dzieć praw­dę w oczy!

W mia­rę jak cór­ka się roz­pę­dza­ła, mat­ka od­zy­ski­wa­ła spo­kój. Po­pi­ła her­ba­ty i po­cze­ka­ła, aż Wi­siu­nia się za­tch­nie.

– Pro­szę cię uprzej­mie – po­wie­dzia­ła nie­co chłod­niej, niż za­mie­rza­ła. – Słu­żę ocza­mi. Je­stem go­to­wa na wy­słu­cha­nie praw­dy. Sią­dziesz ze mną, czy bę­dziesz tak sta­ła?

– Nie bę­dziesz mi dyk­to­wać, czy mam stać, czy sie­dzieć!

– Uwa­żaj, bo tą me­to­dą tyl­ko się za­pę­tlisz.

Nie­ste­ty, Ja­ga zda­ła so­bie spra­wę, że wła­śnie się za­pę­tli­ła. At­mos­fe­ra, któ­rą sa­ma stwo­rzy­ła tak sta­ran­nie, nie nada­wa­ła się ab­so­lut­nie do ne­go­cja­cji fi­nan­so­wych. Trud­no by­ło też wy­krzy­czeć w tych wa­run­kach dra­ma­tycz­ną praw­dę o wła­snych, po­ża­ło­wa­nia god­nych, wy­ni­kach z pol­skie­go, hi­sto­rii i, czę­ścio­wo rów­nież, bio­lo­gii oraz o tym, co wy­cho­waw­ca po­wie­dział na te­mat jej szans na przej­ście do dru­giej kla­sy.

Moż­na by­ło jed­nak wy­cią­gnąć oj­ca.

– Je­że­li wo­bec mo­je­go oj­ca by­łaś ta­ką sa­mą zim­ną…

Omal nie po­le­cia­ła tek­stem z ty­się­cy sce­na­riu­szy fil­mo­wych i nie po­wie­dzia­ła „su­ką”, nie od­wa­ży­ła się jed­nak.

– Ta­ką zim­ną, nie­czu­łą, obo­jęt­ną… ba­bą… to ja wca­le się nie dzi­wię, że cię zo­sta­wił… że nas zo­sta­wił! Cie­ka­wa je­stem, czy kie­dyś wresz­cie zdo­bę­dziesz się na to, że­by mnie wta­jem­ni­czyć w szcze­gó­ły mo­je­go, bądź co bądź, ży­cia ro­dzin­ne­go! Czy mo­że bę­dę mu­sia­ła dać kie­dyś ogło­sze­nie w pra­sie: „pan, któ­ry kie­dyś za­ry­zy­ko­wał mał­żeń­stwo z mo­ją mat­ką, uprzej­mie pro­szo­ny o kon­takt”!

Ali­na za­mro­zi­ła się już na amen. Nie chcia­ła, że­by cór­ka bra­ła ją za zim­ną su­kę (usły­sza­ła to, co mia­ło być po­wie­dzia­ne, cho­ciaż nie by­ło), ale chęć do­ko­pa­nia, tak do­sko­na­le wy­czu­wal­na w wy­stą­pie­niu Ja­gi, spra­wi­ła jej do­tkli­wą przy­krość. Mia­ła te­raz do wy­bo­ru: al­bo się pod­dać i roz­pła­kać, al­bo wła­śnie za­mro­zić.

– Mo­ja dro­ga. Prze­stań się ci­skać, bo w ten spo­sób ni­g­dy nie zdo­ła­my po­roz­ma­wiać nor­mal­nie. Pro­szę, przy­po­mnij so­bie, że kil­ka ra­zy chcia­łam z to­bą po­ga­dać o two­im oj­cu i że to ty ni­g­dy nie chcia­łaś mnie słu­chać.

– Mo­że nie by­łam jesz­cze go­to­wa!

– Ro­zu­miem, że te­raz je­steś.

Ja­ga za­sta­no­wi­ła się szyb­ko. Mia­ła ocho­tę jesz­cze po­wrzesz­czeć, tyl­ko że pew­nie wte­dy mat­ka zro­bi­ła­by to, co za­wsze – wsta­ła­by, sztyw­na jak ko­łek i ode­szła god­nie do swo­je­go po­ko­ju. Ja­ga nie mia­ła po­ję­cia, że by­ło to wy­ra­zem kom­plet­niej bez­sil­no­ści Ali­ny, któ­ra w kon­tak­cie z ja­ką­kol­wiek agre­sją wpa­da­ła w re­gu­lar­ną pa­ni­kę. Nie­wy­klu­czo­ne, że swe­go cza­su wy­bra­ła pra­cę w ban­ku z te­go wła­śnie po­wo­du – w ci­chych i do­brze chro­nio­nych sa­lach ban­ko­wych praw­do­po­do­bień­stwo wy­stą­pie­nia agre­sji wy­da­wa­ło się ra­czej nie­wiel­kie. Bar­dzo krót­ko zresz­tą pra­co­wa­ła w głów­nej ha­li, szyb­ko zna­la­zła so­bie lep­sze za­ję­cie, ostat­nio w tak zwa­nej ban­ko­wo­ści pry­wat­nej. Jej klien­ci by­li na ogół spo­koj­ni, do­brze wy­cho­wa­ni i ci­si.

De­mon­stra­cyj­nie i dra­ma­tycz­nie Ja­ga rzu­ci­ła się na fo­tel.

– Tak, te­raz je­stem. Od daw­na je­stem, tyl­ko ty te­go nie wi­dzisz – Co chcesz wie­dzieć?

– Wszyst­ko! Chy­ba że nie za­słu­gu­ję!

Ali­na wzię­ła głę­bo­ki od­dech.

Mę­ża mia­ła przez ja­kieś dwa la­ta. Ku­ba Gro­sik był wiecz­nym stu­den­tem Po­li­tech­ni­ki i obiek­tem wes­tchnień by­wal­czyń klu­bu „Pi­no­kio”, gdzie spę­dzał więk­szość wie­czo­rów. Dość pręd­ko Ali­na za­czę­ła po­dej­rze­wać, że jest tyl­ko jed­ną z wie­lu pod­ry­wek we­so­łe­go Ku­bu­sia. Je­dy­ną na­to­miast, któ­ra nie uwa­ża­ła do­sta­tecz­nie.

Jak to po­wie­dzieć do­ra­sta­ją­cej cór­ce, aby jej nie zra­nić? No i nie cho­dzi o to, że­by wziąć ca­łą wi­nę na sie­bie – o ile ma­my tu do czy­nie­nia z ja­ką­kol­wiek wi­ną.

– I co? Jed­nak wo­lisz jesz­cze po­cze­kać? Mo­że do mo­jej peł­no­let­no­ści, to w za­sa­dzie nie­dłu­go, ja­koś wy­trzy­mam!

– Nie, po­wiem ci wszyst­ko, co chcesz wie­dzieć. Za­sta­na­wia­łam się tyl­ko, od cze­go za­cząć…

– Naj­le­piej od po­cząt­ku!

Ali­na za­uwa­ży­ła, że Wi­sien­ka tro­chę jak­by sklę­sła, acz wciąż nad­ra­bia mi­ną.

– Do­brze. Bę­dzie od po­cząt­ku. Po­zna­łam two­je­go oj­ca w klu­bie stu­denc­kim…

– Wiem, w „Pi­no­lu” – mruk­nę­ło dziec­ko. – To już kie­dyś z sie­bie wy­du­si­łaś, pew­nie przez po­mył­kę. „Pi­nol” zwa­ny ogier­nią, tak?

– W nie­któ­rych krę­gach. Ja wte­dy stu­dio­wa­łam eko­no­mię, a twój przy­szły oj­ciec ob­cho­dził wła­śnie ju­bi­le­usz dzie­się­cio­le­cia stu­diów na lą­dów­ce. Wiesz, urlo­py dzie­kań­skie i tak da­lej. Ku­buś był kró­lem ży­cia, śpie­wał w Chó­rze Po­li­tech­ni­ki, ro­bił róż­ne ka­ba­re­ty, fil­my ama­tor­skie, ra­dio aka­de­mic­kie, Bóg wie co jesz­cze i miał mnó­stwo przy­ja­ciół… oraz przy­ja­ció­łek… a ja by­łam ta­ka sza­ra mysz­ka wte­dy, nie mam po­ję­cia jak to się sta­ło, że zwró­cił na mnie uwa­gę. Je­że­li na­praw­dę ko­niecz­nie chcesz wie­dzieć, jak to by­ło, to tak to by­ło, że się da­łam po­de­rwać…

Za­sta­no­wi­ła się przez chwi­lę, czy przy­znać się, że da­ła się po­de­rwać te­go sa­me­go wie­czo­ru, kie­dy po­zna­ła nadak­tyw­ne­go Ku­bu­sia. To chy­ba jed­nak by­ła­by szcze­rość zbyt da­le­ko po­su­nię­ta.

– No i po ja­kimś cza­sie oka­za­ło się, że je­stem w sta­nie bło­go­sła­wio­nym. Strasz­nie się wte­dy za­sta­na­wia­łam, co zro­bić, czy po­wie­dzieć Ku­bie, bo on już za­li­czał ko­lej­ne przy­ja­ciół­ki, ale osta­tecz­nie mu po­wie­dzia­łam, a on, ku mo­je­mu zdu­mie­niu oka­zał się dżen­tel­me­nem i za­pro­po­no­wał mał­żeń­stwo.

– To zna­czy, że wy­ście się wca­le nie ko­cha­li – po­wie­dzia­ła Ja­ga to­nem, któ­ry miał być spi­żo­wy. Nie wy­szło jej do koń­ca z tym spi­żem i głos jej za­drżał… odro­bi­nę.

– Na eta­pie ślu­bu chy­ba na­praw­dę nie. Z tym że ja się za­ko­cha­łam dość szyb­ko, Ku­ba miał ta­ki etap, kie­dy pró­bo­wał się ustat­ko­wać i był wte­dy sza­le­nie mi­ły, uwa­ża­ją­cy, usi­ło­wał na­wet dbać o mnie i o cie­bie, jak już się uro­dzi­łaś. No i wy­star­czy­ło mu te­go uczu­cia ro­dzin­ne­go na ja­kieś dwa la­ta. Skoń­czył wte­dy swo­je słyn­ne stu­dia, na­wia­sem mó­wiąc.

– I co? I wte­dy tak po pro­stu po­wie­dział „do wi­dze­nia”? Sko­ro by­ło do­brze?

– Ja nie wiem, czy by­ło do­brze. On się sta­rał… twój oj­ciec… al­bo przy­naj­mniej wy­wo­ły­wał ta­kie wra­że­nie. W dru­gą rocz­ni­cę na­sze­go ślu­bu zo­sta­wił mi na sto­le du­żą wią­zan­kę róż… na­wia­sem mó­wiąc, nie miał po­my­słu, że­by ją wsta­wić do wo­dy i one pra­wie zwię­dły, te ró­że… a do kom­ple­tu li­ścik, że prze­pra­sza, ale nie umie tak żyć, nie jest do te­go stwo­rzo­ny, pró­bo­wał, ale się nie uda­ło, je­śli za­żą­dam roz­wo­du, to on mi go da bez pro­ble­mu. Ży­czy nam szczę­ścia.

– Masz gdzieś ten list?

– Nie mam. Trzy­ma­łam go ja­kiś czas, na wy­pa­dek, gdy­by był po­trzeb­ny, na przy­kład przy roz­wo­dzie, aż w koń­cu go wy­rzu­ci­łam.

Tu Ali­na umyśl­nie roz­mi­nę­ła się z praw­dą. List w sta­nie nie­na­ru­szo­nym spo­czy­wał w jej oso­bi­stej szu­fla­dzie, na sa­mym dnie. Bez­sen­sow­ny ko­bie­cy sen­ty­men­ta­lizm, tak da­le­ce sprzecz­ny z przy­tom­no­ścią umy­słu ban­kow­ca, ka­zał jej za­cho­wać je­dy­ny ślad te­go, że ktoś ją jed­nak kie­dyś ko­chał. Krót­ko bo krót­ko, ale po­tem nie by­ło już ni­ko­go ta­kie­go.

– Nie po­my­śla­łaś, że mo­że kie­dyś po­win­naś dać mi go do prze­czy­ta­nia?

Ali­na po­my­śla­ła, ow­szem. List od Ku­by za­wie­rał jed­nak kil­ka zdań, któ­rych Wi­sien­ka nie mia­ła pra­wa ni­g­dy po­znać.

– To był list do mnie – po­wie­dzia­ła krót­ko. – In­te­re­su­je cię dal­szy ciąg?

Ja­ga po­nu­ro i le­d­wie do­strze­gal­nie ski­nę­ła gło­wą.

– Nie zdą­ży­li­śmy się roz­wieść, bo nam się nie spie­szy­ło, twój oj­ciec pew­nie miał do­brą wy­mów­kę dla swo­ich ko­lej­nych pań, że prze­cież się z ni­mi nie oże­ni, bo ma żo­nę i dziec­ko. A po­tem do roz­licz­nych swo­ich za­in­te­re­so­wań do­łą­czył ama­tor­skie raj­dy sa­mo­cho­do­we. Praw­do­po­dob­nie był do­brym kie­row­cą, ale kie­dyś cze­goś tam nie wziął pod uwa­gę i roz­bił się na ja­kimś gór­skim eta­pie. W Be­ski­dach. Zo­sta­ło mi po nim to miesz­ka­nie, przed­tem miesz­ka­li­śmy u mo­ich ro­dzi­ców na Ja­ro­wi­ta. Pa­mię­tasz miesz­ka­nie dziad­ków, praw­da? Mia­łaś sześć lat, kie­dy się prze­pro­wa­dza­ły­śmy.

– A cze­mu nie miesz­ka­li­ście od ra­zu tu­taj?

– Twój oj­ciec nie po­wie­dział mi, że to miesz­ka­nie ma. Do­wie­dzia­łam się, że do­stał je w spad­ku po ja­kichś krew­nych, któ­rzy wy­je­cha­li do Szwe­cji. Chy­ba trzy­mał je w ta­jem­ni­cy na wszel­ki wy­pa­dek. No i przy­da­ło mu się, kie­dy nas zo­sta­wił. Po­miesz­ki­wał tu so­bie z ko­lej­ny­mi ko­bie­ta­mi swo­je­go ży­cia.

– Skąd wiesz, że z ko­bie­ta­mi?!

– Tak so­bie my­ślę. Twój ta­tuś nie był asce­tą.

– Wiesz, co ja my­ślę? Że ty go nie­na­wi­dzi­łaś od po­cząt­ku i ucie­szy­łaś się, kie­dy od­szedł. A po­tem jesz­cze bar­dziej ucie­szy­łaś się, kie­dy zgi­nął.

Ali­na by­ła wstrzą­śnię­ta.

– Wi­sien­ko ko­cha­na, skąd ta­kie przy­pusz­cze­nia, na Bo­ga?